sobota, 20 lutego 2016

Igła Deotymy

,,W czas srogiej zimy,
Ustał dla Rzymu pokój miły,
Zza gór i rzek Północy
Wyszedł lud dziki, jak wieszczyli prorocy.
Lud to srogi i brodaty, Longobardami zwany,
Wyszedł z landów przerażający lud Lonobardów,
Wionęło od nich śmierci chłodem, za nimi szła zaraza wraz z głodem.
[…]
Lamission ksiądz wielki longobardzki
Gdzieś w ostępach dzikich, chciał wielką rzekę Wandalów przekroczyć, lecz brodu broniły mu Amazonki, wojowniczki.
Poszli brodacze w bój straszliwy, królowa Amazonek poległa, Germanie głowy mistrzyń miecza u siodeł swych zawiesili.
Lamission przekroczył rzekę i ruszył na południe, gdzie nad Wielkim Morzem, Rzym rozkwitał cudnie''
- ,,Pieśń o Lamissionie''





Na falach Morza Ciemnego, zwanego też Czarnym, albo Pontus Euxinus, wznosił się okręt greckich korsarzy. Grecy opuszczali w pośpiechu wybrzeża Amazonii i zdążali czym prędzej do swej ojczyzny, aby na ateńskiej agorze sprzedać pojmane niewiasty, zwane w pieśniach mistrzyniami łuku i miecza. Żeglarze nie napotkali przeszkód w rodzaju burzy czy ataku morskich potworów, ewentualnie innych piratów, jednak żaden z nich nie wrócił żywy do ateńskiego portu Pireusu. Amazonki sprawiedliwie słynęły jako ,,rogate dusze'' – żadna z nich nie nadawała się na niewolnicę, a co więcej żadna nie puszczała płazem zniewagi ze strony mężczyzny bez krwawej pomsty. Choć trzydzieści Amazonek z najszlachetniejszych rodów zostało pojmanych obrzydliwym podstępem, którego powstydziłby się każdy barbarzyńca, lecz nie człowiek cywilizowany; w czasie uczty uśpionych winem zaprawionym ,,pharmaka'', czyli durmanami i zakutych w kajdany, ich duma nie została złamana. Za to gniew szalał jak pożoga. Na pełnym morzu jedna z wojowniczek udusiła swym łańcuchem grubego nadzorcę, sprośnie zaśmiewającego się z jej urody, po czym odebrała mu klucze. Wystarczyło parę chwil, by Amazonki porzuciwszy okowy, wycięły w pień nadzorców i opanowały statek. Niestety obca im była sztuka nawigacji; upojone radością ze zwycięstwa i winem rozbiły trierę na podwodnych skałach u wybrzeży ziemicy dackiej, tak fascynującej Pavlasa ov Vidłara.





Jedna tylko Amazonka, imieniem Poliklimena ocalała z katastrofy. Fale wyrzuciły ją na ląd brzemienną za sprawą jednego z Greków, który ją porwał. Trzeba wiedzieć, że Amazonki, bezlitosne w boju dla mężów, nigdy nie zabijały dzieci, ani przed, ani po narodzeniu. Poliklimena w czas swojej tułaczki, przeganiana z miejsca na miejsce przez ludy bojące się zemsty Greków, w końcu zaszła do Sklawinii, na tereny zwane później Visclą – jedną z prowincji Królestwa Analapii.





Tam zmarła z wyczerpania, w lesie, rodząc córeczkę, której nadała imię Deotyma (Deotima). W erze trzynastej jej imię obrała sobie za pseudonim artystyczny polska pisarka Dorota Łuszczewska.





Małą Deotymę przygarnęła matrona Przemysława – władczyni jednego z pomniejszych, już od dawna zaginionych, słowiańskich szczepów – Przemysławiców, mających swe siedziby tak jak Pawlaczyca otoczone nieprzebytą zaporą puszczy. Przemysława mieszkała na skraju lasu; miała moc łamać podkowy, znała tajniki ziół i minerałów, święte pieśni, mowę zwierząt, gwiazd i roślin. Umiała leczyć choroby, goić rany, nastawiać zwichnięte kończyny, odczyniać uroki, a razie potrzeby, uzbrojona we włócznię i tarczę jak Światłosława, przez Greków zwana Ateną, córka króla greckiego Jeszy, stawać na czele swego ludu odpierając atak Wiślan, czy innych najeźdźców. Urodziła i wychowała tuzin dzieci, nic nie tracąc ze swej urody, zaś Deotyma dorastała pod jej opieką otoczona miłością i szczęściem. Jej przybranym ojcem był witeź – patriarcha Sławibor, w którego żyłach płynęła krew plemienia Licicavików, książę Krzemska, stolicy Przemysławiców, słynny z odwagi, siły i prawości, szanowany zarówno w swym domu jak i w całym szczepie.
Deotyma pełna męstwa i jaśniejąca – chciałoby się rzec – boską urodą, wdała się w matkę. Jej kosa lśniła jednocześnie złotem, miedzią i bursztynem, oczy zaś były wielkie niby u krowy, lecz barwy bławatków. Każdy jej ruch i każde słowo emanowały nieopisanym wdziękiem. Deotyma była ponadto bardzo odważna, silna i zwinna, czysta, łagodna, dobrze wychowana, o pogodnym 





usposobieniu. Całe dnie spędzała w puszczy, polując, lub biegając z jeleniem Vamvą, mającym białą łatkę na czole, którego sława dotrwała aż do czasów Walta Disneya. Wielka przyjaźń łączyła ją również z poznanym na polowaniu herosem Odyńcem, badaj największym z siłaczy dawnej Sklawinii.


*






Odyniec, syn Tarnogniewa, księcia plemienia Histulów, tak jak Ordzień (Ardanus) herbu Zarzycki, zabójca smoków z Poltoski i Grzęzła, był to mąż rosły i krzepki jak tur, w boju zażarty i nieulękły jak ranny dzik, o czarnej brodzie, włosach i wąsach. W jego dłoniach kruszyło się żelazo. Walczył mieczem władnym przecinać wszystko co najtwardsze i nabijaną krzemieniem maczugą Ciężarem, której prócz samego Odyńca, nikt inny nie mógł udźwignąć. Wyruszał ponadto do boju z tarczą zdobioną wizerunkiem Księżyca, Chors był bowiem jego patronem. Lękały się go strzygi, wilkołaki i rozbójnicy. Swą siłą i odwagą odznaczał się Odyniec od lat swych najmłodszych. W dwunastej wiośnie życia, strzegąc ojcowego pola, zobaczył ogromnego dzika, który rył w nim i szkody wyrządzał.
- Głupi dziku – zawołał młodzieniec ciskając w czarnego zwierza kamykiem – idź sobie do lasu buchtować, to nie twoje pole! - dzik gniewnie zakwiczał i zaszarżował na otroka, ów zaś zamiast uciekać, uderzył czarnego zwierza pięścią w głowę z miejsca kładąc go trupem.
Od tego czasu Odyńca poczęto sławić w pieśniach. On zaś zdarł z dzika skórę i uczynił sobie zeń hełm i przepaskę na biodra. W stroju tym, w miecz i maczugę uzbrojony, bronił Słowian przed strzygami i brukołakami, pankami, léwicami, sinymi ludźmi, ażdachami, smokami i wszelkim innym nasieniem Czarnoboga.





Kiedy Odyniec liczył sobie piętnastą wiosnę życia, do Sklawinii przybył wielki wojownik grecki, syn – bęś króla Jeszy i księżniczki plemienia Dorów, Alkmeny, Herakles, przez Słowian zwany Górzychwałem, na cześć Górzycy – Hery, prawowitej żony władcy Grecji. Ileż to atramentu wylano, by opisać jego czyny! Był to mąż nadludzkiej siły i wytrzymałości, w ciężką jak tur, żubr i niedźwiedź maczugę uzbrojony. Bawił w Libii, Tarszisz, kraju nad rzeką Nilus, później zwanym Egiptem, na Krecie, w Scytii, oraz w Brytanii. Podczas swych wędrówek zabił hydrę z bagnisk Lerny i lwa z Nemei, którego skóra posłużyła mu za zbroję, ujarzmił trójgłowego psa Cerbera strzegącego lochów Niji Niewidka – brata Jeszy, oraz żywiące się ludzkim mięsem klacze króla Diomedesa z Tracji, przepłoszył strzelające ostro zakończonymi piórami ptaki ze Stymfalos, polował na łanię kerynejską, dzika z Erymantu i byka z Krety. Zabił olbrzymy – Anteusza, czerpiącego siłę z ziemi w Libii i Albiona w Brytanii, zaś w kraju Scytów spłodził synów z dziewicą, która od pasa w dół była wężem. Ten, który zabił Kakusa w Italii, postawił kolumny zwane Gibraltar i Ceuta na brzegach Europy i Afryki, oraz położył kres zbrodniom Buzyrysa nad rzeką Nilus, nie omieszkał odwiedzić też Sklawinii słynącej w całym ówczesnym świecie ze strasznych potworów, mężnych wojowników, urodziwych niewiast, przednich napojów i jadła. Gdzieś na ziemiach dzisiaj zwanych Polską, w Rozdrożu w pobliżu krainy zwanej Ojcowem (Fatryver), Herakles wyzwał na pojedynek Odyńca. Stanęli przeciw sobie największy mocarz Grecji i największy mocarz Słowian od czasów Ilji Muromca, tak jak Anteusz błogosławiony przez Mat' Syraję Ziemlę w swoich zmaganiach. Straszna to była walka; jakby dwaj Tytani bój ze sobą wiedli. Maczugi uderzały o siebie jak pioruny, a cały las otaczający rodzinną wieś Odyńca jęczał i stękał z podziwu i trwogi. W końcu Odyniec po raz trzeci rzucił o ziemię tym, co chwałę przynosił Grecji.
- Nigdy jeszczem nie spotkał równego sobie, lecz oto nadeszła ta chwila – rzekł Herakles. - Chodźmy pić, bośmy brać! - zapalczywość ulotniła się mocą uczciwej walki z serc bohaterów.
Wymienili się nawęzami i odtąd zawsze mogli liczyć na siebie.


*




Deotyma, choć wyglądała na łatwą do skrzywdzenia, jak prawdziwa Amazonka potrafiła walczyć nawet z pięcioma zbrojnymi drabami naraz, a nawet bawiąc na krywickiej ziemi ubiła pożerającego ludzi potwora – wodnego trolla Plosa z Veresiny o ciele pokrytym łuskami. O ileż bardziej była więc bezpieczna podróżując w towarzystwie Odyńca! Udali się razem do Ojcowa – niewielkiego księstwa nad rzeką Czterowodą (Te – y – aka), należącego do rodu Byczyńskich (ov Taurov). W Ojcowie w znacznej mierze pokrytym nieprzebytą Puszczą Białego Mamuta stały jeno trzy wioski: Patrit, Sospa i Betkovo. Można tu było napotkać stada wymarłych gdzie indziej zwierząt – mamutów, nosorożców włochatych, tygrysów szablozębnych, niedźwiedzi jaskiniowych i krótkopyskich, jeleni o olbrzymich porożach, a ponadto lwy, hieny, wilki, tury, żubry, tarpany, suhaki, cyjony, owcowoły – piżmowoły i wiele innych. Odyniec i Deotyma zwiedzali Jaskinię Hien, gdzie w erze jedenastej przebywająca na wygnaniu królowa Tatra powiła sześcioro dzieci, a także Jaskinie Lwów i Niedźwiedzi. W rzece Czterowodzie ścigali się na grzbietach karpi wielkości delfinów. Odyniec bronił Deotymy przed szczupakiem większym niż tygrys i pijawką rozmiarów węża boa mogącego łykać woły. Kochankowie pili oskołę brzóz i brzozoświerków, wyjadali miód z barci lipowych i chronili się przed deszczem pod kapeluszami olbrzymich muchomorów. Spali w lesie przy ognisku, rozdzieleni nagim mieczem, tak jak Tristan i Izolda w erze późniejszej. Mogli liczyć na gościnność leśnych ludzi, Lynxów, rusałek w giezłach i białowłosych wodników o zielonej, żabiej skórze. Przechadzali się w cieniu olbrzymich, ojcowskich skał, na których szczytach swe sabaty odprawiały czarownice.





- Tak jak ongiś, w dziesiątym eonie wodnik Pukuver nadał Plastrowi Kovaty tę nazwę na cześć umiłowanej przez siebie topielicy – rzekł pewnego razu Odyniec – tak ja chciałbym, aby ta góra o spiczastym szczycie zwała się Igłą Deotymy – córce Greka i Amazonki wiele się ten koncept spodobał.
Pokraśniała dumna ze swego narzeczonego, a jej pełne wdzięku rzęsy zatrzepotały jak motyl skrzydłami.






- Ja zaś nadaję tej górze, co pałkę przypomina, twoje imię – Maczugi Odyńca – rzekła.
- Myślałem, by nazwać ją Maczugą Heraklesa, na cześć owego rycerza z Grecji, z którym zawarł braterstwo krwi – rzekł Odyniec. - Wszak między Grekami nie wyszedł z łona niewiasty wojownik większy od niego. - Późniejsze legendy polskie utrzymywały, że Maczuga Heraklesa była w istocie orężem króla Kraka, którym uśmiercony został luty smok z Vovel.
Odyniec i Deotyma odwiedzili również Mroczne Błota, gdzie ongiś mieszkał potwór Vrouga, zabity w końcu przez Ilję Muromca, a gdzie teraz urodne Wiły tańczyły, unosząc się nad bagniskiem, zaś przybyła z południa Roga Baba – jędza o ostrym rogu wyrastającym z czoła, przygrywała im na harmonijce.
W swojej ojcowskiej włóczędze, mąż i niewiasta pełni mocy i odwagi, zostali przyjęci na zamku Byczynie (Taurovo) przez pana Byczyńskiego – księcia owej krainy. Jego kapelan, żerca Wiejnik udzielił parze bohaterów upragnionego ślubu. Ci nasyciwszy się Ojcowem, powrócili do Rozdroża, lecz jakiś dziwny zew kierował ich uwagę ku nowym przygodom, gdzieś na dalekich morzach i lądach, tam gdzie w śmiertelnych zapasach z niebezpieczeństwem można było nabyć sławę.


*

,, [Tassilia] Ma dostęp również do Morza Trzcin i Morza Ciemności, nad którym leży gród Bajadorsk. Nad tym morzem nigdy nie świeci Słońce i żyją w nim okrutne węże i smoki, niekiedy wyprawiające się w głąb lądu. Dlatego Morze Ciemności bywa nazywane 'Morskim Čortlandem'' – opowieść Białego Tulipana, króla Tassilii.





Na hucznym weselu Deotymy i Odyńca w Rozdrożu, gości zabawiał wodnik Rakošniček o zielonkawym odcieniu skóry, pan stawu Szmaragdowe Oczko na ziemiach późniejszej Bohemii, pokazując swoje tresowane raki. Nowożeńcy zamieszkali w pięknej chacie; białej o ścianach malowanych w kwiaty i ptaki, o krytym słomą dachu. Czekało ich życie spokojne i szczęśliwe, lecz tajemniczy zew każący udać się na poszukiwanie przygód, nawiedzał ich tak we śnie jak i na jawie.
- Każdy prawdziwy wojownik powinien choć trochę zabawić w Afryce, albo chociaż w Bharacji – mówił przy śniadaniu Odyniec – jest tam tyle potworów do ubicia, tyle skarbów czekających, aby ktoś je zdobył, tyle pięknych miejsc wołających o to by je zobaczyć.
- Nim narodzi się dziecię z naszej krwi – rzekła Deotyma – chciałabym przepłynąć Morze Ciemności, nad którego brzegiem leży gród Bajadorsk – każdy żerca czy filozof powiedziałby jej, że roztropniej by uczyniła trzymając się z dala od tego strasznego miejsca, gdzie zguba groziła tak ciału jak i duszy. - Gdybyśmy przeżyli tę próbę, dowiedzielibyśmy się co jest za Morzem Ciemności, może coś pięknego. Moglibyśmy, o ile z łaski Peruna wystarczy nam siły w prawicach, a odwagi w sercu, wybić morskie Čorty i potwory, a tym samym usunąć zagrożenie dla żeglarzy, a za to wszystko czeka nas sława mołojecka, owe pragnienie sprawiedliwej pochwały z ust człowieka szlachetnego, które nie jest niczym zdrożnym!
Odyniec zamyślił się. Uwielbiał żonę i nie zwykł jej odmawiać, sam pragnął przygód i sławy, a poza tym już nieraz rozbijał maczugą rogate łby Čortów. Oboje potomkowie bitnych plemion, byli młodzi i dzielni, a nie nauczyli się jeszcze bać.
- Wszystkich potworów nie ubijemy – odpowiedział Odyniec – będą się one rodzić, aż do skończenia świata, kiedy to pochłonie je wreszcie ogień i woda. Jednak chcę z tobą wyruszyć, ty co zabiłaś Plosa, bo i mnie przyzywa zew Wielkiej Przygody.
Nowożeńcy nie słuchając przestróg kapłanów, że porywają się z motyką na Słońce i że podobne zuchwalstwo nie ujdzie im bezkarnie, wyprawili ucztę pożegnalną dla przyjaciół i poleciwszy się opiece Jarowita, Jeźdźców Ognistego Pioruna, Leśnej Matki i Dziwicy udali się na południe. Przepłynęli Morze Rajskie, w ,,Pieśni o Lamissionie'', królu Longobardów zwane Morzem Wielkim i znaleźli się w Afryce – tajemniczej krainie olbrzymów, karłów i potworów, zaklętych źródeł i skarbów, czarnoksiężników, mówiących zwierząt i zaginionych miast i plemion gdzie przygoda goniła przygodę.

*






,,Pierwiej krowy zaczną latać, niż pojawi się coś lepszego niż nasze wiejskie mleko''! - mówiła pewna stara kobieta z Rozdroża. W Afryce niemal wszystko było wówczas możliwe, nawet latające krowy. Pomijając alfudu – skrzydlate bawoły, żyły wówczas istoty zwane ,,draszkarami''. Miały ci one rogi, tułów i nogi krowy, głowę tygrysa, umaszczenie zebry, stopy żaby, skrzydła orła, oraz ogon węgorza. Jeden z owych draszkarów, bardzo silnych zwierząt, ludzką mowę znających, niestrudzenie niósł na swym grzbiecie Odyńca i Deotymę. Lecieli nad wiecznie zielonymi lasami, pustyniami, zamieszkanymi przez smoki i hymantopody; podobne do kóz o zrośniętych w pałąk przednich nogach, gdzie leżały żywe kamienie – terrobuli... Pod nimi biły fale migoczących w blasku Słońca rzek i jezior, gdzie nadobne, ciemnoskóre rusałki pasły stada hipopotamów, zieleniły się sawanny, kryły w cieniu tajemnicy ruiny prastarych miast. Draszkar służący grzbietem parze nieustraszonych odkrywców ze Sklawinii, zawdzięczał im życie. Przed miesiącem bowiem złapał się we wnyki czarnoskórych olbrzymów, nie gardzących bynajmniej ludzkim mięsem. Dwóch olbrzymów wysokich jak drzewa z Incalii, zwane sekwojami, na cześć jednego z tamtejszych królestw, już miało nadziać draszkara na pal i upiec go nad ogniskiem z zaczarowanych kryształów, mających moc sprowadzać ogień i pioruny. Nie zrealizowały swego planu, bo Odyniec i Deotyma usłyszawszy od mijanych plemion murzyńskich o ludożerczych ucztach pary gigantów, żyjących ze sobą w sposób przeciwny naturze, przybyli na miejsce z maczugą i łukiem. Wywiązała się walka. Odyniec, mocniejszy od samego Heraklesa – Górzychwała ciosem maczugi zgruchotał nogi olbrzymów, a ci padli na ziemię z łoskotem. Deotyma wskoczyła na pierś jednego z nich, jednym ciosem długiego miecza ścięła sunącą ku niej dłoń i przebiła wielkie jak u wieloryba serce. Obu olbrzymom – ludożercom, Odyniec rozbił wełniste głowy, a wyciekające mózgi zwabiły stada hien. Uwolniony draszkar został ich przyjacielem. Jednak któregoś wieczoru, przy ognisku, za ogrodzeniem z kolczastych zarośli, odmówił dalszej pomocy.
- Wybaczcie, możecie mieć do mnie żal, ale dalej nie lecę. Mój strach przed Morzem Ciemności jest zbyt wielki, aby mógł wam towarzyszyć – draszkar spodziewał się, że towarzysze wyprawy uznają go za tchórza, lecz Deotyma objęła go za krowi kark i szepnęła do tygrysiego ucha.
- Ja cię nie potępię; jak się boisz, możesz nie lecieć, bo nie jesteś naszym niewolnikiem i nigdy nim nie byłeś – Odyniec serdecznie poklepał draszkara po krowim karku, z którego wyrastały orle skrzydła i nazwał go swym przyjacielem.
Draszkar w blasku Księżyca odleciał ku usianej gwiazdami czerni nieba niosąc w sercu wyrzuty sumienia aż po kres swych dni.





Dalsza podróż przebiegała na miękkim grzbiecie ptaka dodeona, którego Odyniec jednym ciosem miecza uwolnił z wnyków gdzieś w puszczy (w erze trzynastej na grzbiecie innego ptaka dodeona latał saraceński król Zemuzil, wasal Księdza Jana). Dodeony jak sama nazwa wskazuje, podobne były do drontów dodo z Wyspy Świętego Maurycego, lecz osiągały rozmiary słoni. Pióra miały jasnoniebieskie, zaś haczykowaty koniec dzioba – czerwony. Ich skrzydła przypominały skrzydła albatrosów. Jeszcze w XX wieku na żywego dodeona natknął się w głębi Afryki słynny podróżnik 




Henry Morton Stanley. Odyniec i Deotyma znów zostawili za sobą w dole miasta i wioski, pożółkłe od Słońca sawanny ze stadami dzikich zwierząt, nieprzebyte puszcze i mokradła, pełne olbrzymich 





gadów niezmienionych od ery trzeciej, takich jak pożeracz hipopotamów dilai, kongamoto o błoniastych skrzydłach, czy olbrzymi krokodyl mahamba, aż dolecieli do starożytnego grodu Bajadorsk, gdzie stała wyrzeźbiona w kamieniu olbrzymia, czarodziejska fontanna w kształcie ozdobnego pucharu, z której tryskała źródlana woda mająca moc leczyć poparzenia i ukąszenia. Dodeon, ptak odważny i posłuszny, ku przerażeniu mieszkańców miasta wzbił się nad Morze Ciemności i wtedy nastąpiła katastrofa. Odyniec i Deotyma musieli sobie oświetlać trasę lotu pochodniami. Morze Ciemności w niemożliwy do zniesienia sposób cuchnęło gnojem i siarką. Wiały nad nim porywiste, lodowate wiatry i rozlegał się wizg morskich potworów i upiorny chichot morskich czarownic o ogonach białych, ślepych ryb. Pod czarną, lodowatą wodą kotłowały się węże i smoki, jakieś przebrzydłe polipy i głowonogi władne wciągać w głębinę całe okręty, gigantyczne kraby i homary, tudzież rogate, morskie Čorty uzbrojone w złote trójzęby, pokryte granatową łuską, łyse olbrzymy, mięsożerne hipopotamy o rybich ogonach, foki osiągające rozmiary smoków, wielkie ryby o przerażająco długich zębach, kraxy – wielkie i krwiożercze żółwie morskie, jaszczury, krokodyle, mureny, rekiny, długie jak anakondy minogi i śluzice, rozszalałe orki i kaszaloty, czy morskie satyry, których rybie ogony miały moc razić prądem. Powiew mrożącego krew w żyłach wichru w jednej chwili zgasił pochodnie Odyńca i Deotymy. Ptak dodeon omdlewał ze strachu i od fetoru siarki. Bohaterowie pojęli, że porwali się z motyką na Słońce, a raczej na Ciemność. Dodeon chciał zawrócić, machał rozpaczliwie skrzydłami, lecz niemal namacalny, egipski mrok zdawał się lepić do niego jak smoła i krępować niczym kajdany. Z Morza Ciemności wynurzały się uskrzydlone rekiny. Podleciały na czarnych, orlich skrzydłach do ptaka dodeona i rozszarpały go żywcem w powietrzu. Odyniec i Deotyma z imieniem Juraty na ustach, poczęli spadać w czarną, lodowatą, cuchnącą toń. Czekając tam na nich, rozdziawiał przepastną paszczę morski potwór Krocionóg. Przypominał on swych lądowych krewnych, lecz długi był jak Lewiatan, a z jego zębatej paszczy buchały płomienie, wśród których uwijały się Čorty. Odyniec i Deotyma spadając trzymali się za ręce.
- Czyż nie lepiej nam było przed wyruszeniem na tę wyprawę zgromadzić liczną a śmiałą drużynę? - pytał się z goryczą Odyniec.
- Mieczysławie, Dziwico, dobrzy Enkowie, ratujcie! - krzyknęła Deotyma w strugach lodowatego a zarazem palącego deszczu. - Kocham cię, Odyńcze, Pogromco Dzików! - wojowniczka gotująca się na śmierć wpiła się ustami w usta swojego męża, którego nierozważnie zaprowadziła pod lodowe ostrze ościenia Mar – Zanny. - Wszyscy Enkowie Ageja, nieprzyjaciele Čortów, pomścijcie nas! - po raz ostatni zawołała Deotyma.
Krocionóg zawarł z łoskotem szczęki o żelaznych zębiskach i zanurzył się w głębinie trafiony dwiema strzałami w oba oczy. Morskie potwory rzuciły się, aby go rozszarpać i pożreć, wywołując nawet gwałtowny sztorm ruchami swych ciał, lecz do pary niefortunnych bojowników już nic nie docierało.
Wojownik i wojowniczka otworzyli oczy z dala od Bajadorska i Morza Ciemności. Spostrzegli, że leżą na złocistej plaży, a Słońce delikatnie pieściło ich pólnagie ciała.
- A więc jesteśmy w Nawi Jasnej! - ucieszył się Odyniec.





Małżonkowie spostrzegli stojących koło nich odzianego w samą przepaskę na biodrach, uskrzydlonego młodzieńca o długich, brązowych włosach i skórze ogorzałej od Słońca, oraz towarzyszącą mu wielce urodziwą syrenę o ptasich skrzydłach i rybim ogonie. Obaj Enkowie, w których Odyniec i Deotyma rozpoznali Pochwista i Meluzynę, z mandatu Ageja władających wiatrami, uzbrojeni byli w łuki i sajdaki ze strzałami, a pióra ich skrzydeł były czerwone jak krew.
- Gdzie jesteśmy, pani? - Deotyma zadała pytanie Meluzynie, której dzisiaj wielu ludzi błędnie przypisuje przygody czarodziejki Światłowidy.
- W Afryce, u wybrzeży Morza Rajskiego – odrzekła skrzydlata syrena – w murzyńskim królestwie zwanym Numidią (Numidistan).
- Czemu wasze pióra stały się czerwone jako ta krew? - spytał Pochwista Odyniec.
- Ta krew naprawdę została przelana – odrzekł Pochwist – bo była to cena, za jaką przyszło nam was uratować.
- Ze złem trzeba walczyć – zabrała głos Meluzyna – ale w pierwszej kolejności trza wam czynić dobro. Tyle lat jesteście sobie poślubieni, a gdzie wasze dziatki? Nadejdzie czas gdy Morski Čortieńsk zostanie zniszczony, ale to jeszcze nie teraz. Sami nie możecie nic mu zrobić, jeno pod Okrwawionego Drzewa sztandarem, Čorty będą się was lękać. Sława Agejowi i żegnajcie!


*





Odyniec zbudował Deotymie chatkę w Numidii – krainie znakomitych jeźdźców. Zbliżyli się do siebie, po raz drugi w swym życiu i z białego łona Deotymy wyszło pięcioro dziatek – trzech chłopców i dwie dziewczynki. Gdy dzieci podrosły i wyprawiono im postrzyżyny i zapleciny, cała rodzina opuściła Numidię – kraj potomków Numidosa i udała się do Sklawinii, do wsi Rozdroża nieopodal Ojcowa. Jednak nikt nie poznał Odyńca i Deotymy, prócz starego jelenia Vamvy, który skonał szczęśliwy z głową na piersi swej przyjaciółki. 

Oniricon cz. 189

Śniło mi się, że:




- szukałem w Szczecinie miejsca gdzie przebywała żółwica Stara Morla i myślałem, że egzorcyści nie lubią takich rzeczy,
- przyszedł Andreus ov Sieniticus i po raz kolejny naciągnął Mamę na pieniądze co mi się nie spodobało,
- wieczorem na ulicy spotkałem obcego mężczyznę, który chyba planował przestępstwo przez telefon,




- razem z dwoma chłopakami zakradłem się do pracowni Philipa Pullmana, gdzie pisał ,,Mroczne materie'' i zdemolowali ją i zabili białego szczura, UWAGA: Na jawie nie namawiam nikogo do napaści na jakichkolwiek Autorów, nawet jeśli się z nimi nie zgadzam,
- byłem w pięknej katedrze w Poznaniu i myślałem, że rodzimowiercy nie mają tak pięknych świątyń jak katolicy,



- porównywałem kobiety z książek J. Grzędowicza i A. Sapkowskiego; uznałem, że kobiety opisane przez Sapkowskiego są ,,mistyczne i pobudzające wyobraźnię'',
- szedłem po ulicy z długą witką w dłoni i niechcący uderzyłem mężczyznę niosącego dziecko w ramionach, a ten wziął witkę i zaczął mnie bić gdy klęczałem przy fontannie,
- w szczecińskim Parku Nadratowskiego rozmawiałem z młodą dziewczyną i polecałem jej mojego bloga, potem przyszło kilku dresiarzy, aby wyłudzać haracz, a gdy zacząłem uciekać, dresiarz począł strzelać do mnie z pistoletu,




- dwukrotnie w ciągu tego samego dnia spowiadałem się u księdza z serialu ,,Ranczo'', który zamontował kamery na żółtych słupach sygnalizujące kiedy ktoś chce iść do spowiedzi,




- tłumaczyłem jakiejś dziewczynie, że bazylozaur był prawaleniem i że podział na zębowce i fiszbinowce nastąpił dopiero w oligocenie,




- pisząc posta o Sapkowskim napisałem dużo o symbolach okultystycznych, smokach dobrych i złych, dowodziłem też, że nazwa potwora zeugla pochodzi od zeuglodona, czyli bazylozaura (wymarłego wieloryba),
- próbowałem unieść się w powietrzu, ale nie mogłem oderwać się od ziemi,
- nie spałem całą noc, a potem latałem nad ziemią,
- śledziła mnie jakaś babuszka, która wyszła na klatkę schodową i tam umarła,
- Jarosław Grzędowicz napisał artykuł, w którym ostrzegał przed wysiedleniem Niemców z III RP,




- rozmawiałem z Jakubem Żulczykiem i wypożyczyłem z biblioteki jego książkę ,,Zmorojewo'', aby zrecenzować ją na blogu. 

czwartek, 18 lutego 2016

Wielki powrót ,,Oka jelenia'', czyli ,,Sowie zwierciadło''

,,Za ojców, braci kości bielejące
W Sybiru śniegach, wśród Kaukazu skał
Sióstr, żon i matek naszych łez gorące,
Co wróg im hańbą w żywe oczy pluł.
Za plemion całych zmarnowane lata,
Co im w zepsuciu truto myśl i cześć,
Za niecne jarzmo, cośmy wobec świata
Jęcząc i drzemiąc, mogli dotąd znieść,
Na bój, Polacy, na święty bój''!
- Włodzimierz Wolski (1824 – 1882) ,,Marsz powstańców''





Przeczytałem cały cykl science fiction Andrzeja Pilipiuka ,,Oko jelenia'' opowiadający o podróżach w czasie, który bardzo mi się spodobał. Składają się nań tomy: ,,Droga do Nidaros'', ,,Srebrna Łania z Visby'', ,,Drewniana twierdza'', ,,Pan Wilków'', ,,Triumf Lisa Reinicke'' i ,,Sfera Armilarna''. W lutym 2016 r. sięgnąłem po ostatni tom – sequel ,,Sowie zwierciadło'' napisane w 2015 r. (tytuł nasuwa skojarzenia ze średniowiecznym, niemieckim błaznem Dylem Sowizdrzałem).
Akcja powieści rozgrywa się symultanicznie w 1864 r. (okres od października do grudnia) i na początku XXI wieku, w takich miejscach jak: Warszawa (XXI wiek), dwór Krzywki, Lublin, Gdańsk i Szwecja (Visby).





Głównym bohaterem, a zarazem narratorem jest Marek Oberech – informatyk, który po powrocie z XVI wieku rzucił pracę w liceum. Jak dowiadujemy się o nim z jednego z wcześniejszych tomów, miał ukraińskich przodków (słowo ,,oberech'' oznacza po ukraińsku amulet). Drugim bohaterem jest licealista, Staszek Grążel, który po powrocie z XVI wieku przeniósł się do wieku XIX, aby uratować życie ukochanej Helenie Korzeckiej i móc ją poślubić. Co wyszło z tych planów – nie będę spojlerował ;). W ostatnim tomie poznajemy też jego rodziców, którzy kazali porwać Marka Oberecha i zmusić go do sprowadzenia Staszka w nasze czasy. Czy i jak się to udało – zapraszam do lektury ;). Ojciec Staszka – Ferdynand ,,Hipopotam'' Grążel był niezwykle bogatym biznesmenem, właścicielem sieci sklepów, człowiekiem pełnym charyzmy i zarazem bezwzględnym, nie wahającym się stosować gangsterskich metod. Jego żoną, a zarazem macochą Staszka była młoda, chuda jak Barbie, Magda, nie umiejąca się porządnie ubrać. Choć są to postaci raczej antypatyczne, na swój sposób kochają Staszka. Ponadto jednym z bohaterów jest historyk Robert Storm znany z tomów ,,opowiadań bezjakubowych''. Z istot fantastycznych pojawia się strażnik czasu w postaci mechanicznego kota (we wcześniejszych tomach występował kosmita Skrat podobny do ślimaka i mechaniczna łasica Ina).





Powieść oceniam bardzo pozytywnie, podobnie jak całą twórczość Pana Pilipiuka. W ,,Sowim zwierciadle'' spodobał mi się pozytywny, pełen heroizmu obraz powstańców styczniowych i Kościoła, pochwała takich wartości jak honor i rodzina, oraz liczne ciekawostki historyczne jak: ważna rola Dnia Świętego Marcina (11 listopada), pochodzący z Wołynia zwyczaj całowania kobiet w obnażone piersi zwany ,,rycerskim pożegnaniem'', jedzenie jajecznicy po turecku – z miodem i orzechami, przyzwolenie na pojedynki do pierwszej krwi na niemieckich uniwersytetach itd. 

,,Błękitny ptak''

,, […]   Dla błękitnego ptaka nie chciej złotej klatki,
A jeśliś już ją kupił, i diabli cię biorą,
Widząc ptaka na dachu – wyznajże z pokorą,
że Twój błękitny ptaszek
Zwykłą jest sikorą''
- Maria Pawlikowska – Jasnorzewska ,,Niedole miłości''





W lutym 2016 r. obejrzałem amerykańsko – sowiecki (sic!) film fantasy ,,Błękitny ptak'' w reżyserii George'a Cukora (1899 – 1983) z 1976 r. na podstawie sztuki belgijskiego poety Maurice'a Maeterlincka (1862 – 1949). W filmie zagrali amerykańscy aktorzy min. Elisabeth Taylor i Jane Fonda, zaś zdjęcia kręcono w Moskwie i ówczesnym Leningradzie (obecnie: Sankt Petersburg).
Czas akcji przypomina wiek XIX, miejsce zaś jest nieokreślone. Głównymi bohaterami jest para dzieci – rodzeństwo Mitil i jej brat Tiltil, które poszukiwały tytułowego Błękitnego Ptaka; symbolu szczęścia, aby dać go chorej dziewczynce. W swojej wędrówce dzieci napotkały całą plejadą istot fantastycznych, głównie alegorii. W drogę po Błękitnego Ptaka wysłała je ubrana na pomarańczowo, garbata Czarownica. W czasie swojej przygody dzieci napotkały dusze przedmiotów – nawiązanie do animizmu; personifikacje Światła (postać nawiązująca do bogiń – greckiej Eos, rzymskiej Aurory, słowiańskiej Dennicy, litewskiej Auszry i indyjskiej Uszas), Ognia, Wody, Chleba, Mleka i Cukru, Macierzyńskiej Miłości (postać ubrana na biało i niebiesko co może nawiązywać do Maryi), Nocy (nawiązanie do greckiej bogini Nyks i indyjskiej Ratri), jej dzieci – Sen i Śmierć (nawiązanie do takich bóstw jak: Hypnos, Morfeusz, Tanatos i bogini Mors), Przyjemności (nawiązanie do rzymskiej bogini Voluptas; córki Erosa i Psyche), Ojca Czas (nawiązanie do greckiego Kronosa i rzymskiego Saturna), ożywione drzewa, których królem był dąb, duchy (min. Napoleona i Hamleta), demony wojny w mundurach min. niemieckich, wreszcie Błękitne Ptaki grane przez liczne gołębie pomalowane na niebiesko. W swojej wędrówce dzieci odwiedziły zmarłych Babcię i Dziadka. Pomagał im wierny, mówiący pies Tylo (czarny owczarek kaukaski), przeszkadzała zaś kotka Tylelette.




Film mi się podobał1, szczególnie godny uwagi był motyw pro life – społeczność nienarodzonych dzieci, które wysyłał na świat Ojciec Czas. Wśród nich był braciszek Mitil i Tiltila, który mimo że miał narodzić się chory i żyć krótko, został przyjęty przez rodzeństwo z miłością ;).



1 Niemniej ubogie efekty specjalne i dekoracje mogą rozczarować współczesnego widza.   

Oniricon cz. 188

Śniło mi się, że:




- Ojcowie Kościoła uznali egipską boginię Bastet za demona,




- w czasie zjazdu słowiańskich bogów rusałka o zielonych włosach śpiewała na cześć bogini - kotki Kołowierszy ,,Katiuszę'', zastępując imię Katiusza, słowem ,,korgorusza'',




- Park Żeromskiego w Szczecinie jest poświęcony braciom - archaniołom: Michałowi, Gabrielowi i Rafałowi, ja zaś nazwałem go ,,Puszczą Brańską'',
- moim hobby było zaglądanie ludziom przez okno; zobaczyłem książkę w domu starej kobiety i odczuwałem pokusę, aby ją ukraść, lecz nie zrobiłem tego,




- w telewizji mówiono o różnych rodzajach pączków jedzonych w Tłusty Czwartek, z czego odradzano wielkie pączki indyjskie nadziewane mięsem,
- pomyślałem, że chrześcijaństwo nie stworzyło antysemityzmu, ale jako pierwsze podjęło z nim walkę,




- Andrzej Sapkowski brał udział w dymitriadach, w czasie oblężenia Kremla opowiadał jak pracował w firmie produkującej chipsy i był kiedyś oskarżony o pobicie,
- miałem nieślubne dziecko z siostrą Voytakusa ov Visnica, UWAGA: To tylko sen, nic takiego nie zdarzyło się naprawdę,




- w czasie wojny domowej w Hiszpanii, Ewa Kopacz stała na czele republikańskiego rządu, przeciwko któremu walczyli rycerze w zbrojach,
- szedłem z Babcią po ulicy, widziałem w witrynie księgarni książkę ,,Kontynenty'' N. Daviesa, lecz byłem zbyt zmęczony, by iść dalej,




- w sklepie mięsnym widziałem razem z Babcią smakowitą rybę złożoną z krewetek, lecz nie mogłem jej zjeść z powodu diety,
- Wołch Wsiesławicz był synem diabła i czarownicy,
- razem z Pavlasem ov Vidłarem i Andreusem ov (nazwiska nie znam) chciałem kupić ,,Słowo i miecz'' W. Jabłońskiego w kiosku, gdzie sprzedawczyni mnie obrażała nazywając mnie upośledzonym bratem Pavlasa i Andreusa,
- dowiedziałem się, że czytanie 666 komentarza na blogu grozi opętaniem,
- w PRL - u istniała poniemiecka ,,fabryka szkieletorów'', w której głodzono ludzi na śmierć,




- w jednym z opowiadań Pilipiuka dziewczynka poszła na miasto i zaszlachtowała mordercę, co zbulwersowało jednego z widzów Telewizji Trwam,
- razem z młodą dziewczyną poszedłem przeszkadzać Ormianom w składaniu ofiar ze zwierząt,




- chciałem uprawiać seks z Billem Clintonem, UWAGA: To tylko sen, nie jestem homoseksualistą, ani nie pochwalam tego zboczenia,
- jednym z legendarnych władców Anglii był Stanisław Wilhelm, który nakładał na chłopów nowe ciężary pańszczyźniane,



- opowiadałem Pavlasowi ov Vidłarowi o pobycie Tatry w Irlandii, a on pytał się czy spotkała żmiję. 

wtorek, 16 lutego 2016

Radwan

,,W czas rzeźby srogiej,
Ban Radwan uciekał przed wrogiem,
Pioruny bardzo biły, drogę oświetlały, gdy Radwanowi wojowie, do kąciny przez las się przedzierali.
Gdy chłód i cień chramu ich owionął, ban Radwan z Uskoków, świątynną stanicę śmiało ujął,
I z bojowym okrzykiem wypadł na wroga,
Ten myśląc, że to odsiecz przybyła, haniebnie dał nogę''
- ,,Gędźba o junakach, hajdukach i uskokach''





Działo się to w czasie, kiedy na tronie w Agram, stolicy Czerwonej Krobacji zasiadał król Virovit Sławdarović, będący honorowym członkiem rycerskiego zakonu stuha. Oto najwierniejszy z jego sług, ban Radovan, przez Polaków zwany Radwanem, ten sam co w czasie bitwy z Panończykami, schronił się przed nimi w chramie ukrytym pośród lasu, skąd wybiegł ze świątynną chorągwią, teraz płynął korabiem o żaglach ze szkarłatnej pawłoki, hen do Syrii, albo nawet do Bharacji. Był to bowiem czas pokoju, zaś odległe krainy, te wszystkie Mitanni, Nubie, Iberie, Mari, Sumer, Sarmacja, Scytia i Huristan nęciły czekającymi na junaka przygodami. Okręt nazwany imieniem ,,Feniks'', czyli żar – ptak minął wybrzeże Grecji, na której tronie zasiadał Słowianin Jesza, oraz Anatolii – ziemicy Hetytów. Na wyspie Cypr, gdzie Mokosza przechadzała się wśród gajów Pafos, Krobaci odnowili zapasy, po czym skierowali się w stronę Międzyraju, nazywanego też Orientem i Lewantem.
Gdzieś u wybrzeży Syrii, dawnej prowincji sarmackiej, dopadł ich sztorm białogrzywy, który połamał przybrane w purpurę maszty ,,Feniksa'' i rozbił o podwodne skały jego ciało dębowe. Z całej załogi, jeno ban Radovan z Uskoków ocalał. Gdy otworzył oczy spostrzegł, że przebywa na łożu z kości słoniowej, zaścielonym piernatami z edredonowego puchu, wewnątrz pałacu z przejrzystego złota i pereł, o kryształowej kopule. Jedno spojrzenie uświadomiło rycerzowi, że pałac został zbudowany pod wodą.
- Ja żyję, a co z moją drużyną? - złapał się za głowę.
Myśl tę wypowiedział widać na głos, bo usłyszał odpowiedź.
- Bądź spokojny o swych druhów, dzielny żeglarzu. Śpią w swoich komnatach – Radovan spostrzegł, że powiedziała to morska rusałka przedziwnej piękności, odziana w srebrzysty bisior naszywany perłami.
W jej długich, czarnych włosach, czaił się krab, dookoła zaś figlowały małe rybki.
- Kim jesteś, pani? - spytał ten co ongiś pobił Panończyków.





- Nazywam się Ojdola, co w słowiańskiej mowie oznacza: Płacząca nad Nieszczęściami Innych. Zostałam w dziecięcych latach oddana pod opiekę Doli – Enki dobrego losu, którą gdzie indziej nazywają Fortuną.
- Czy to ty mnie uratowałaś? - chciał wiedzieć Radwan.
- Swoje życie zawdzięczasz mojemu ojcu, Nirowi, który jest morskim wodnikiem. Ma on rybi ogon i nosi spiczastą czapkę. Podziękuj mu; gdyby nie on, pożarłyby cię morskie potwory.
Okeanida zaprowadziła Radwana do wyłożonej łuskami złotej rybki sali, gdzie witeź został przywitany przez morskiego wodnika – pana tego zamku, wyglądającego tak jak w opisie córki. Nir (Nirus) wyprawił ucztę. Klasnął w dłonie i stół począł się uginać od miedzianych i cynowych naczyń; półmisków z pieczonymi kawałkami tuńczyków, łososi, rekinów, marlinów, od śledzi w śmietanie i occie, oraz od wydrążonych w wielkich perłach i opalach dzbanów i pucharów pełnych wina z morskich winogron. Radwan rozpoznał siedzących za stołem towarzyszy swej żeglugi: Stanigniewa, Avita, Radogniewa, Stanigoja, Vuka, Korogryza i innych, którzy pogrążeni byli w głębokim, czarodziejskim śnie.





- Oni potrzebują wypoczynku – rzekł Nir. - To dzielni ludzie, ale nie nawykli do żeglugi. Sztorm złamał ich dusze, tak jak wcześniej połamał maszt. Obudziwszy się chwycili za miecze, myśląc, że planuję ich zgubę, przeto ich uśpiłem. Będą spali, gdy moi słudzy ułożą ich na plaży na wyspie poświęconej Mokoszy, zwanej Cypr. Tam obudzą się, gdy tchnienie Pochwista sprawi, że przypłynie ku nim okręt mogący ich zabrać do Krobacji – uczta dobiegła końca w milczeniu, po czym Nir poprosił swą córkę Ojdolę, aby coś zagrała dla niego i dla gości. Ojdola ujęła w swe białe dłonie złotą harfę i dobyła z ust swych koralowych pienie wspaniałe.





,,Sławcie usta moje, Perłowica sławne czyny;
On był Chłopcem z Perły Urodzonym, z perły narodził się jako jedyny,
Zrodził się z perły białej a dużej, znalezionej przez bezdzietną niewiastę w jaskini, haj!
Tak gościnność dziewicy ubogiej wspaniale wynagrodzona została,
Montania daleka o szczytach ośnieżonych nowego obrońcę zyskała.
Perłowic był prawy i krzepki, oglądały się za nim wszystkie dziewki, haj!
Ciupagą swą ocalenie góralom zgotował, pośród górskich szczytów
wielkiego a strasznego Węża Złoczynia popsował, haj!
Krwawił od jadowej rany Perłowic młody, lecz przeżył,
Jego sława po całej Sklawinii się szerzy, haj!''

Ban Radwan i król – wodnik Nir słuchali pieśni pełni zachwytu. Nie było rusałki, którą Rigel nie obdarzyłby przepięknym głosem, a także umiejętnością gry na harfie lub lirze. Mężnemu Krobatowi przyszło zabawić na dnie Morza Rajskiego piętnaście miesięcy, które na lądzie liczono jako piętnaście lat. W tym czasie pojął za żonę Ojdolę, córkę N ira, której imię Syryjczycy wymawiali Aszera. Ślubu udzielił im morski biskup. Choć piękny był pałac morskiego wodnika, w którym zamieszkali nowożeńcy, Radwan z każdym dniem coraz bardziej tęsknił za ,,słodką Krobacją''. W końcu, pożegnawszy teścia, powrócił do kraju swych ojców zabierając ze sobą żonę, którą przedstawił na dworze króla i królowej w stołecznym Agramie.


*





Tak jak ongiś żupan Miloš Obilić z Valkanicy, tak również i król Virovit, syn Mścibora IV z Krobacji, wyruszał na wojnę, bądź łowy, dosiadając dobrego smoka. Trzeba bowiem wiedzieć, że nieliczne smoki wybrały służbę rycerskiemu zakonowi stuha. Król Virovit poczytywał sobie za honor był kawalerem tego zakonu wojowników, mocą Mokoszy unoszących się wśród chmur, by bronić ludzi przed ałami, ażdachami, strzygami, wąpierzami, złymi smokami, harpiami, larwami, dybukami czy innymi straszydłami. Królewski miecz, ,,Odblask Purpury'', mający moc cięcia kamieni i żelaza, wykuty został w smoczym ogniu. Ten, który nim walczył był młody i urodziwy, jak ów heros grecki, co w zimnej Hiperborei strzałą z łuku ubił koszmarnego Tsathogguę. Jego dłonie łamały podkowy i skręcały karki turów i niedźwiedzi. Ceniono dowcip króla Virovita, jego ogładę i dworność, o szczodrości nie wspominając.
Tego dnia na jego zamku wielki raut się odbywał. Stoły uginały się od pieczeni i złotych pucharów z winem, zaś po porcelanowej posadzce tańczyły damy ze swymi rycerzami, a wśród nich Ojdola z Radovanem. Król Virovit Mściborović dojrzał morską rusałkę przez złote lorgnon i z miejsca zapłonął do niej pożądaniem, choć miała już męża. W przerwie między jednym tańcem a drugim, król Krobacji spytał swojego witezia czy może mu sprzedać żonę. Proponował mu za nią sumy naprawdę wysokie; w grzywnach złota, stadach bydła i dobrach ziemskich. Radowan jednak słysząc te propozycję, poczerwieniał jak burak, aż w końcu odparł dyplomatycznie, że jego żona nie jest na sprzedaż. Król udał, że to rozumie i nie drążył więcej tego tematu, choć w sercu swoim już planował zgubę swego najwierniejszego wojownika.

*

Tak jak ongiś Azarmarot, król sarmacki chucią zaślepiony, usiłował odebrać nadobną Morenę swemu wasalowi Jarosławowi, tak teraz Virovit, król krobacki często zajeżdżał do majątku Radwana, aby nagabywać jego wiecznie młodą żonę. Ojdola, szczerze miłując swego wybrańca, zawsze odmawiała swemu władcy, ów zaś powracał zły i markotny. Nic już go nie cieszyło, jeno pogrążył się w rozmyślaniach jak przywłaszczyć sobie cudzą żonę. Myślał o niej w dzień i w nocy, dawniej wesoły na ucztach i zdrowy jak byk, teraz nie jadł, nie pił i nie sypiał. Zbladł i wychudł, aż poczęto o nim szeptać za jego plecami, że to jakaś zmora po nocach krew zeń wysysa, albo czarownica urok nań rzuciła. Sam Virovit zadurzony jak Tristan w Izoldzie, aby zrealizować swe pragnienie począł chodzić na rozstajne drogi do wiedźm, katów, czarnych kowali i czarowników. Wychodził od nich, kiedy noc mrocznym całunem kładła się na grody i sioła, pola i lasy.





Któregoś dnia król zaprosił bana na łowy. Gdy obaj oddalili się od orszaku, pomykając za jeleniem w leśne ostępy, ten, w którego żyłach płynęła krew Krobiciów, dobył długiego a cienkiego sztyletu o falistym brzeszczocie, którego ostrze na samym końcu rozwidlało się jak język węża, po czym zatopił go aż po rękojeść w plecach swego poddanego. Myślicie, że Radwan zginął? A guzik prawda! Przeżył, lecz zmalał, raniony ostrzem wykutym w ogniu Čortieńska. Stał się mały jak myszka, a do tego niebieski jak Płanetnik. Wyrosła mu też broda długa, a siwa, a odzienie jego stało się takie jak to, które noszą krasnoludki. Virovit zamienił Radwana w sinego krasnalka; skrzata przez Walonów nazywanego smerfem. W owe istoty po raz pierwszy zostało zamienionych przez Welesa siedmiu synów Malmazina, króla Kos, a była to kara za zgłębianie przez nich zakazanych, magicznych sztuk. Ich osady leżały zagubione w leśnych ostępach, gdzieś między Galią w Batawią. Radwan widząc czym się stał, wyjąc z rozpaczy zaszył się w leśnym runie, zaś przeniewierczy król śmiał się długo i szyderczo. Jego dworzanie, łowczy i sokolnik byli z nim w zmowie; zostali wtajemniczeni w spisek, zaś jedyny sprawiedliwy w tym gronie, ban Kransota zginął od trucizny nie zdążywszy ostrzec swego przyjaciela Radwana.
Teraz Ojdoli nie miał już kto bronić przed zalotami króla. Ów z grzbietu smoka zwyciężył latające zagony ażdach, zbrojnych w szable, po czym pełen pychy, zaniedbując oczyszczenia z przelanej krwi, pospieszył do Radwanowego majątku. Dzień w dzień nachodził Ojdolę i zalecał się do niej – dawał jej sznury pereł i pióra pawie. Rusałka już nie wiedziała jak ma odmawiać, zaś król – zalotnik z dnia na dzień stawał się coraz bardziej natarczywy. W końcu stracił wszelki umiar. Tak jak ongiś Tatra, tak teraz Ojdola została przez żołdaków zawleczono na zamek władcy – prostaka. Virovit kazał jej wybierać ziarna grochu z popiołu.
- To złamie twoją hardość – powiedział król i trzasnął drzwiami.
Ojdola płakała i wzdychała do Doli, swojej patronki, która odmieniła się w niedolę. Jej łzy wpadały do popiołu i zamieniały go w błoto. Jednak Dola, Enka losu wysłuchała pokornych próśb tej, która została jej poświęcona w latach swych dziecinnych. W ciemnej kuchni wnet zaroiło się od myszy, pomogły córce morskiego wodnika oddzielić ziarna grochu od popiołu. Gdy nazajutrz ujrzał to król Virovit, poczerwieniał jak burak i łamiąc dane słowo ani myślał zrezygnować z dalszych zalotów.
Tymczasem ban Radwan w sinego krasnalka zamieniony, błąkał się tygodniami wśród traw i grzybów, które teraz wydawały mu się wysokie jak drzewa. Szedł i wypłakiwał oczy. Był bezbronny, mógł go pożreć tchórz, zaskroniec, ropucha, borsuk, żbik, gronostaj, czy kuna. Podskubywał jagody i grzyby, wykopywał korzonki i tylko w Enkach pokładał jeszcze nadzieję.
Ojdola zawodziła smętnie leżąc na gnijącej słomie w zimnej celi w wieży. Virovit nie miał dla niej litości. Którejś nocy, zakutą w kajdany rusałkę zbudził jakiś niebieski ludzik dosiadający nietoperza. Siny krasnalek przeciął kraty złotym lancetem, wykutym w smoczym ogniu, po czym wleciał do celi budząc swą żonę. Ojdola przestraszyła się.
- To ja, twój Radovan – zapiszczał cichutko skrzacik – a ten nietoperz, który teraz użycza mi grzbietu jest jednym z tych, których Dziewanna Šumina Mati używa do zakręcania włosów – siny krasnalek przeciął zaczarowane łańcuchy pętające jego żonę, po czym Ojdola wdzięczna Doli, wzięła na siebie postać Światła, czyli błędnego ognika z rodzaju tych, które widuje się na bagnach i razem opuścili wieżę, a Księżyc i roztańczone a rozśpiewane gwiazdy wskazywały im drogę ucieczki.
- W czas polowania król Virovit przebił mnie zaczarowanym sztyletem, zamieniając w to, czym się stałem. Na szczęście błogosławiona pani Dziewanna użyczyła mi jednego ze swych nietoperzy i dała mi złoty lancet... - opowiadał zaczarowany Radovan.
- Nawet nie wiesz, mój miły, ile wycierpiałam przez zaloty tego wieprza, którego nazywacie tu królem – mąż i żona udali się na północ.
Każdej nocy ich nietoperz gnał na złamanie karku, aż zostawił Krobację daleko za sobą. Siny krasnalek i morska rusałka pod postacią Światła pożegnali zwierzątko nad rzeką Visaną, na ziemiach w erze trzynastej zwanych Analapią. Nietoperz, z którego puszystego grzbietu zdjęto siodło, poleciał do Rokitnickiego Sioła do swej pani. Radwan i Ojdola byli bezpieczni, lecz trapiła ich myśl jak zdjąć zaklęcie. Mokosza, której miłosierdzie wysławiała cała Sklawinia, wejrzała okiem swym modrym na modlitwy i posty małżonków i napełniła ich myśli. Wierność została wynagrodzona. Gdy Radwan spał w zagłębieniu dłoni swej żony, Mokosza pełna wdzięku, z kryształowego flakonu napoiła skrzata swymi łzami, wylanymi nad śmiercią samobójców, zaś zwycięzca Panończyków, wasal zdradzony przez swego seniora, odzyskał ludzką postać. Wielka była radość bana – wygnańca i Ojdoli. Na stałe zamieszkali nad rzeką Visaną, żyjąc jak kmiecie, wśród ciężkiej pracy, ale szczęśliwi. Mokosza ofiarowała im herb Radwan, zaś ich liczni synowie i córki wstąpili, idąc drogą zasług, do stanu rycerskiego. Odlegli potomkowie Radwana i Ojdoli żyją w Polsce po dziś dzień.






*

Źle działo się w Królestwie Krobacji. W niespotykanych dotąd ilościach, rozpleniły się strzygi, wąpierze, ały i ażdachy; siejące spustoszenie i biorące w jasyr wielkie ilości jeńców. Virovit choć zepsuty, wciąż jednak był latającym rycerzem stuha, świadomym swoich obowiązków. Gdy doniesiono mu o nadciągających ażdachach kazał czym prędzej osiodłać smoka, lecz ten spał tak głęboko jak tylko może spać smok. Król w gniewie kłuł go palicą, lecz nic to nie dawało. Jego wspaniały, zionący ogniem wierzchowiec już nigdy nie otworzył powiek, a z czasem zamienił się w skałę.
- Głupie bydlę – warknął król, po czym mocą Mokoszy usiłował wzlecieć w niebo, tak jak to czynili inni rycerze stuha, lecz tym razem nie udało mu się to.
Nie zważając na dobre rady doradców, dosiadł śnieżnobiałego rumaka z Arabistanu i pełen gniewu a goryczy wyruszył do boju. Jego ciężki miecz podobny do Zerwikaptura, ścinał czerwone czaszki ażdach zakończone białymi kitami. Nie straszne mu były mogące pochłaniać całe chmary ptactwa paszcze ał, wąpierze, ani strzygi. W końcu nadleciał ogromny smok; Gadiuka – car było jego imię.
- Poddajcie się, Wasza Wysokość – rzekł potwór o zimnych, bezlitosnych oczach.
- Gnój! - zawył władca, po czym cisnął palicą w smoka.
Gadiuka – car konając, pogrążył Virovita w płomieniach, śmierć bohaterską mu przynosząc. Tego dnia w Nawi, Weles sądzący dusze stanął przed trudnym wyborem....


poniedziałek, 15 lutego 2016

Pereswiet

Pereswiet (nie mylić z Perepiatem, mężem Perepiatychy) był witeziem żyjącym na wschodzie Sklawinii. Oprócz walki mieczem, maczugą, łukiem i toporem znał też liczne pieśni czarodziejskie, umiał kamłać zaklęcia, odczyniać uroki, sporządzać nawęzy i leki. Nauczył się tego od swego wuja, wołwcha Wrzeciony z uroczyska w Świętej Dąbrowie, lecz nie kapłaństwo było mu pisane, jeno rycerska walka w obronie swego ludu.
Był sierpień i susze po polach szalały, gdy Pereswiet syn Łukomora, na grzbiecie białej klaczy Śnieżawy o złotej uprzęży, opuściwszy wspólnotę wołwchów – cenobitów ze Świętej Dąbrowy, wśród których parę lat się wychowywał, przejeżdżał przez Szmaragdowy Las. Uzbrojony był we włócznię o grocie spiżowym, przeszywającym na wylot tury i kruszącym kamienie. Okrywał go pancerz z karaceny, głowę zaś chronił szyszak stalowy zakończony czerwoną kitą końską. Młody był jeszcze Pereswiet Łukomorycz, a choć odwago mu nie brakło, wojna wciąż była mu znana tylko z opowieści.




Jadąc przez las zobaczył tańczącą wśród drzew rusałkę przedziwnej piękności. Gdy tańczyła, rozbrzmiewał dookoła jej śmiech perlisty, a duże, zielone motyle biły skrzydełkami, ledwo nadążając za zielonymi włosami leśnej rusałki i jej również zieloną, jedwabistą suknią. Urokliwa istota, której oczy lśniły niczym ogromne szmaragdy, miała na sobie sporo ozdób ze złota. Widząc ją Pereswiet zaniemówił z wrażenia.
- To brzydko tak się gapić! - rusałka tupnęła bosą nóżką, przerywając zabawę, lecz w jej oczach tańczyły figlarne ogniki.
Zielone motyle otaczały jej głowę na podobieństwo nimbu. Pereswiet zsiadł z konia, skłonił się przed panną, na widok której serce mu mocniej zabiło, ucałował jej zimną jak lód dłoń i przedstawił się.
- Zowię się Siliża (Silisa) i z łaski Boruty i Dziewanny Šumina Mati jestem królową Szmaragdowego Lasu. Chciałabym mieć złotą muchę – rzekła tęsknie rusałka – nie kolejną ozdobę, jeno żywe stworzenie, owada złotego jak złoto, który tańczyłby razem z moimi motylami – Pereswiet zadurzył się w leśnej piękności niczym pewna mołodycia w wąpierzu i gotów był spełnić każde z jej życzeń.

,,To jeszcze nie była miłość, choć ów afekt gwałtowny mógł w miłość się przekształcić, albo … przynieść nieszczęście'' - ,,Codex vimrothensis''

Pragnąc sprawić uciechę rusałce, Pereswiet, którego krew wielce była gorąca, bez zwłoki wyruszył łowić złotą muchę. Wciąż na wschód wędrował; trzy nieprzebyte puszcze przemierzył, trzy wielkie rzeki przekroczył, góry Złotą i Srebrną minął. Jego klacz Śnieżawa, szybka jak tchnienie Pochwista, po dziewięćkroć gubiła podkowy przybijane na nowo w mijanych siołach i grodach. Wreszcie oczom junaka ukazał się bogato umajony Kalinowy Mosy. Rozciągał się nad przepaścią, pełną czarnej, wzburzonej wody, cuchnącej siarką i lodowatej. Wstępu na most, gałęziami kaliny umajony, pilnowały dwa posągi. Pierwszy z szarego kamienia wykuty, przedstawiał trójgłowego smoka, jednego z synów Gorynycza. Smok zdawał się spać. Obok na drewnianej ławce pomalowanej na zielono, siedział odlany z brązu tyran Vronisław, trzymający na kolanach obnażony miecz. Vronisław znany z okrucieństwa, żył w erze jedenastej i był wasalem królów Orlandu. Pereswiet już chciał wejść na Kalinowy Most, gdy zupełnie nieoczekiwanie oba posągi ożyły. Trójgłowy smok zionął




ogniem, zaś brązowy Vronisław herbu Ślepowron; zdrajca i ciemiężca swego ludu, zerwał się z ławki wywijając mieczem. Wtedy to Pereswiet dobył łuku i trzema złotymi strzałami Płanetników obrócił w proch trzy zionące ogniem głowy kamiennego smoka. Gdy martwy smok spadł z wielkim pluskiem w przepaść, skrzyżował się przecinający stal, miecz Pereswieta, zwany Ostrota z orężem Vronisławowym i przepołowił je. Ukośny cios Ostroty przeciął żywą rzeźbę od karku do lędźwi, po czym rycerz strącił ją w spienione, czarne odmęty. Przejechał przez Kalinowy Most i znalazł się po drugiej stronie; na progu znanej sobie ze świętych opowieści, krainy, zwanej Trzydziewiątym Carstwem (Ty – deve Carland). Długo błądził po jego drogach i bezdrożach, liczne przygody go spotykały. Stanąwszy na szczycie Wróblej Góry, najwyższej w całej krainie, ujrzał Pereswiet wszystkie zakątki Trzydziewiątego Carstwa. Jego oczom ukazało się huczące Morze Sine, oraz pomniejsze morza – Syren, Amazońskie, na którego brzegach osiedlały się kolonistki znad Aspinu, a także liczne wyspy – Poseidy, gdzie czci największej doznawał jytnas Gâc, rozmiłowany w Juracie, Rutas – porośniętą przez pełną panter i słoni dżunglę; wyspę utworzoną z rozbitego okrętu o nazwie ,,Purpura'', polarną Archiboreję – rzadko nawiedzaną przez ludzi, za to zamieszkaną przez białe pawiany i krwiożercze koty, zwane ,,krydmoryki'', oraz archipelag Pompapamidów o równie





mroźnym klimacie, którego mieszkańcy sławili i rzeźbili w kamieniu boginię Ośmiornicę. Pereswiet widział jak toczą swe wody, wielkie rzeki Węgorapa, Parsuta, Han'ča, Modroja i Żabnica – wszystkie wypływały z czarodziejskiego, srebrnego dzbana, oraz wielkie wewnętrzne jezioro, zwane Morzem Meockim (Mare Meoticum). Nad jego brzegami żyło rybackie i łowieckie plemię Meotów, przodków Ichtiofagów z Azji, napotkanych przez Aleksandra Wielkiego. Uwagę herosa przykuły też ośnieżone, niebotyczne szczyty Gór Sokolich (gdzie zbrodniarzy przykuwano do skał), Orlich, Sępich i Kruczych – w tych ostatnich królami były dwa kruki – bracia, wyklute z jednego jaja, o imionach Hugin i Mugin, a także jaśniejszy od najjaśniejszego klejnotu Świetlisty Step, gdzie mieszkała Enka Świetłana Świarłorodzica, Dąb Feniksów – wysokie jak góra, najwyższe drzewo w Carstwie, w którego koronie wiły swe gniazda żar – ptaki, oraz nieprzebyta, zaczarowana puszcza, zwana Ogrodem Królowej (Viridarium ov Roykova), gdzie rosły złote jabłonie i gdzie żyły białe jelenie obwieszone klejnotami. W swoich wędrówkach przez Trzydziewiąte Carstwo, Pereswiet zaszedł do stołecznego Kiszłakowa o złotych kopułach i wieżach z kości słoniowej, gdzie na bogato zdobionych tronach zasiadali nieśmiertelni i wiecznie młodzi; car Kagan – niezwyciężony wojownik i jego elficko piękna żona Biała Knegini. Takiej gościnności jak na ich dworze nie było nawet w dawnej Polsce. Pereswiet odwiedził takie prowincję jak Zefirię (przodkowie Zefirotów w erze jedenastej napadli Valkanicę, na której tronie zasiadał król Hrebel, lecz zostali pokonani w bitwie na Ostropolu, w dużej mierze dzięki Smoczemu Jeźdźcowi, Milošowi Obiliciowi, który postępem zabił zefirockiego sułtana Murada), Pan (lesista krainę satyrów), Centaureę (lesistą krainę Centaurów), Dedalię (kolonię grecką płacącą dań w klejnotach, broni, zbroi, zegarach i pozytywkach, ongiś zamieszkaną przez karły), Tharsus – gdzie żyły mówiące tygrysy, Foris – thar – las mówiących rysiów, oraz prowincję zamieszkaną przez słowiańskie plemię Runwirów; liczne i waleczne, mające swą stolicę w grodzie Kłodarzewie (Komlarevo). Z tego to plemienia Runwirów wywodził się Kagan wraz z Białą Kneginią.




W końcu Pereswiet uczyniwszy sobie siatkę na motyle z pukla lśniących włosów Białej Knegini (oczywiście za jej zgodą!) i złowił do niej złotą muchę, której tak pragnęła rusałka Siliża ze Szmaragdowego Lasu. Niedługo trwała jego radość. Ledwo złota mucha znalazła się w siatce, z konarów pobliskiej gruszy, spadły na kark rycerza dwie harpie o wielkich jak spodki, zielonych oczach. Ich szpony i hakowate dzioby przebijały karacenę i raniły ciało aż do kości. Potworne ptaszyska o jakby niewieścich twarzach, ciążyły jak worki pełne kartofli. Przeraźliwie wrzeszcząc, bijąc skrzydłami i fajdając ile wlezie, obaliły Pereswieta, tak jak wichura obala stuletni dąb. Gotowe były rozszarpać go żywcem, lecz uciekły tchórzliwie, wstrętne ptaszyska, gdy poczuły uderzenia bicza na swych szaro – białych grzbietach. Harpie odleciały wrzeszcząc i roniąc cuchnące odchody, tak jak ich siostry uprzykrzające życie Fineusowi i świętym pustelnikom Antoniemu i Pawłowi. Pereswiet przetarł ręką zalane krwią oczy i ujrzał nad sobą parskającego i szarpiącego murawę racicą, białego jednorożca o złotym rogu. Siedziała na nim zielonowłosa rusałka w sukni barwy trawy.
- Siliża... - wyszeptał Pereswiet pobladłymi wargami.
Rusałka przypadła doń płacząc rzewiliwie.
- Wybacz mi, mój miły, że dla głupiej zachcianki, kazałam ci ryzykować życiem – jej chłodne, słodkie jak sok jabłkowy łzy o różanym zapachu, uleczyły rany Pereswieta.
Łzy rusałki tak jak jej krew, miały bowiem moc panaceum. Siliża płakała długo i żałośnie, nie umiejąc sobie wybaczyć, lecz Pereswiet objął ją i pocałował jej zimne usta. Minęło pięć miesięcy od tego wydarzenia i w Żmijowej Leśniczówce, gdzieś w ostępach Szmaragdowego Lasu, odbył się ślub Pereswieta z Siliżą, jego koronacja na króla puszczy i huczne wesele pełne radości. ,,I ja tam byłem, miód i wino piłem, po brodzie kapało, w gębie nie zostawało...'' - ,,Codex vimrothensis''


*

,,Lezgini, (Leki) jeden ze szczepów płn. Kaukazu, zamieszkuje głównie Dagestan i okręg Sakatali w Azerbejdżanie. […]. Do L. należą Kurincowie, Kazikumuchowie, Darginowie i i. Wzrostu miernego, krępi, o twarzach szerokich z dużym nosem, włosach czarnych, zajmują się rolnictwem, hodowlą bydła, tkactwem i kowalstwem; chaty budują z kamieni lub drzewa, żony kupują, zmarłych grzebią. Od VIII w. wyznają mahometanizm'' - ,,Encyklopedia Powszechna Wydawnictwa Gutenberga tom 9 Lauda do Małpy''


Pereswietowi i Siliży nie było dane długo cieszyć się sobą. Z dalekiego kraju, zwanego Lak (Lakiya, Lakistan), o którym pisał w erze trzynastej Marco Polo, że graniczy z ,,Wielką Krainą Rosją'', wyruszyły na Słowian zagony najeźdźców. Mieszkańcy kraju Lak, zwani Lezinami, bądź po słowiańsku – Lesinami; Ludźmi Lasów, których praojcem był turański książę Lak (Lacus), w którego żyłach płynęła krew leśnych ludzi, czczących Borutę i Dziewannę Šumina Mati, zostali podbici przez Amazonki. Utraciwszy swe królestwo, Lezini stawszy się nomadami, zbrojni w łuki, szable i arkany, prowadząc ze sobą tabuny koni i bydła, rzucili się na wschodnich Słowian – Antów jak chmara szarańczy. Prowadził ich do boju stary król Dargal Siwobrody, wywodzący się z rodu chrobrego Ujger – chana, syna Laka Wychowanego w Lesie. Prawą ręką zbiegłego króla Lak był jego syn, młody i krzepki królewicz Czułubej (Kulubej), zrodzony przez płowiecką księżniczkę. Szli Lezini przez żyzne ziemice słowiańskie; od ich strzał ciemniało niebo, a carowie, diuki i kniazie zawierali przymierza i słali wici do swych wojów.
Gdy Pereswiet dowiedział się o najeździe, postanowił wyruszyć w pole, aby bronić swych braci Słowian. Na próżno Siliża, przeczuwając, że jej oblubieniec może nie wrócić z wyprawy, namawiała go by został w Szmaragdowym Lesie.
- Utkam sieć z zaklęć, które bronić będą dostępu ciemiężcom, a przepuszczać będą ciemiężonych. Choć ta wojna napawa mnie wstrętem głębokim, rzucę do walki rusałki i Wiły zbrojne w łuki i włócznie, wypuszczę przeciw Lezinom stada wilków i niedźwiedzi, dzików, turów i żubrów, rysiów i rosomaków, Neurów i Lynxów, oraz węże – trusie o jadzie palącym! Zrobię wszystko, bylebyś został u mego boku i żył! - łkała rusałcza królowa, lecz Pereswiet nie chciał zrezygnować.
- Jestem witeź z krwi witezi; wstydno by mi było, gdybym zażywał tu wywczasów, gdy mój lud cierpi – na pożegnanie Siliża wręczyła swemu małżonkowi kryształową fiolkę pełną jej krwi chłodnej a turkusowej.
Krew rusałek i wodników moc miała leczyć wszystkie choroby i zranienia, lecz Pereswiet zużył całą porcję panaceum napotkawszy trędowatego żebraka. Pożegnał żonę i wskoczywszy na grzbiet wiernej Śnieżawy, wyruszył pod stanice cara Igora Kołomira. Siliże, a wraz z nią cały Szmaragdowy Las napełnił bezbrzeżny smutek, ale i wielka duma z odwagi i prawości króla Pereswieta. Pod sercem leśnej królowej, na powrót ojca czekało dzieciątko, dziedzicem Dębowego Tronu będące.


*



Długa i zażarta była wojna Słowian z Lakami. Lato już dawno przemieniło się w jesień – najpierw złotą i słoneczną, później zaś w szarą i dżdżystą. Siliża co dzień stawała na rozstaju dróg, gdzie czarownice odprawiały swe czary i nasłuchiwała ptaków, pytając je co Pereswiet porabia i kiedy do niej wróci. Rusałka, której łono urosło jak wielkanocna baba, z nadzieją słuchała o bitewnych przewagach męża. Dzięcioł, łabędź i sikorka opowiadały jej jak to z ręki Pereswieta ginęli Kuruc, Kazył – kum i Meriadach; najwięksi wojownicy walecznego ludu Lezginów, oraz o tym jak to car Igor Kołomir przyczepił do jego piersi ordery – Zielonego Dębu, Srebrnej Brzozy, Czerwonego Liścia, Rysia, Orła, Tura, Dzika, Szczupaka, Ośmiu Mieczy, Płonącej Buławy i Skrzyżowanych Piorunów. Kraśniała z dumy słuchając o tym.
Jednak w dniu kiedy nad światem płakał lodowatymi łzami Listopad, Siliża ujrzała na rozstajnych drogach kruka z Trzydziewiątego Carstwa. Ptak skłonił się przed leśną królową, po czym bez dłuższych wstępów zakrakał:
- Twój pan stanął dziś do boju pod Kalicą, kra! Skrzyżował swój miecz z Czełubejem Królewiczem, synem Dargala Siwobrodego, kra! Obaj walczyli jak lwy; ubił Pereswiet Czełubeja, głowę w misiurce mu uciął, ale sam, nieborak, życie z ran postradał, bardzo mi przykro, kra!
- Och! - Siliża złapała się za głowę.
- Jego ciało jedzie tu w przystrojonym kirem wozie, abyś mogła, o Pani, go pożegnać. Smętna sprawa. Muszę już lecieć, kra! - kruk odleciał, a Siliża płakała długo i żałośnie, a z nią listopadowe niebo.
Minął jakiś czas, odkąd prochy mężnego Pereswieta przesypano do popielnicy, na której straży stanęły żegliszcz – żeny, a Siliża porodziła syna, w którego żyłach płynęła krew ludzka i toropiecka. Syn ów podwoił sławę ojca, a imię jego Jantar.