środa, 15 maja 2013

Ilja Muromiec



,,Ilja Muromiec, główny bohater ruskich epickich pieśni bohaterskich, t. z. bylin, syn chłopski, cudem otrzymawszy nadprzyrodzone siły, udaje się na dwór kijowski księcia Włodzimierza, dokonywuje niezwykłych czynów bohaterskich w walkach z olbrzymami, zbójcami i Tatarami, zawsze szlachetny i dobroczynny, dobrodziej wdów i sierot, obrońca ojczyzny i wiary. Wzór historyczny nieznany’’ - ,,Encyklopedia Powszechna Wydawnictwa Gutenberga tom 6 Grecki język do Izasław’’.


- Przebaczam ci – mówił chłop Czuryło (Čurilo) z Karačoru (Karaczorowca), podgrodzia grodu Muromy, do klęczącej przed nim żony Jagi, która zeszłej nocy zdradziła go ze żmijem. Czuryło zapłonął gniewem, wyobrażał sobie jak cały Karačor wypędza ,,nieczyste zwierzę’’, jego wiarołomną żonę do lasu, albo jak ginie ona straszną śmiercią. Jaga klęczała i zalewała się łzami, aż jej mąż pożałował gniewu i przebaczył żonie, bo ją miłował, ,,a ten żmij to huncwot’’ – rzekł. Od tej pory nigdy więcej go nie zdradziła. Mijały miesiące, aż łono niewiasty opuścił chłopczyk.
- Mój dziadek nazywał się Eliasz z Międzyraju, z pokolenia Grabu i Jodły. Niech na jego cześć nasz syn zowie się Ilja – postanowił ojciec.
To dziecko w przyszłości zapisało się w legendzie jako Ilja Muromiec (Iliyon Muromý). Wyglądało zdrowo, lecz nie mogło chodzić, a lata mijały. ,,To kara za ciągotki do żmija’’ – plotkowały kumoszki. Matka i ojciec tymczasem prosili Ageja i Enków o odwrócenie złego losu. Ilja – Iliyon kończył trzydziesty rok życia. Siedział w chacie, a ojciec i matka pracowali w polu. Miał piwne oczy, czarne włosy, wąsy i rozłożystą brodę. Nudząc się marzył, że sprawny i silny, jedzie na pięknym koniu z błyszczącym mieczem, gromi zbójów i straszydła, ratuje urodziwą królewnę, że poważają go w całej Sklawinii i poza jej granicami, że sam Agej nakłada mu ognistą koronę... Z zadumy wyrwali go dwaj siwi, brodaci starcy, ubrani w podróżne sukmany i wsparci o kostury.
- Pokój tobie! – pozdrowił męża dziad w zielonej kapocie.
- Pokój wam! – odrzekł sparaliżowany.
- Jesteśmy Scyta i Sarmata; bracia Nastazji, to my z pomocą Ageja zwyciężyliśmy hulajpartię Złodzieja – Rozbójnika. Dzielny byłeś chorując, teraz twego męstwa potrzeba w boju – Ilja słyszał o przygodach obu braci i podziwiał ich, ale sam nie wiedział jak ma zostać junakiem. Teraz głos zabrał dziad w szarej kapocie.
- Uralisław, Rysza, Nyria II Azor, Volch Alabasta, Nastazja, Walaszka, Goplana I, Novals i Aivalsa, Teost, Wielki Barnum, Tatra, Ruta, Belsk i Kallap, Dobromir, Jovan i Dilwica, Alan, Aredvi Milovana – wszyscy oni w imieniu Ageja i Enków zapraszają cię do wstąpienia w swoje ślady. Zjedz chleb i wypij łyk wina – Ilja uczynił to i nagle zerwał się na nogi, skakał i tańćzył po całej izbie.
- Czy przybyło ci siły? – spytał dziad w zielonej kapocie.
- Czuję, że mógłbym walczyć maczugą ciężką jak żubr, tur i niedźwiedź! – wykrzyknął uzdrowiony.
- Chciałeś to ruszaj w drogę, spraw sobie broń i rumaka; konia przeznaczonego na śmierć wykup, wykarm go i ujeźdź, a będzie to najlepszy rumak w dziejach. Broń bezbronnych, a walcz ze sługami Gorynycza i nie bądź jak Kościej – wielki pan i nieśmiertelny, a z powodu swych złości umarł sromotnie zadławiwszy się ością. Nie gromadź łupów jak królowa Nastazja i nie pożądaj sławy. Patrząc w niebo, wypatruj białego orła Jaroga – Raroga, aby był twoim przewodnikiem.
- Tak zrobię – oznajmił siłacz, a starcy poszli sobie. Niebawem umarli. Tymczasem Iliyon, ujrzawszy, że rodzice posnęli, zamiótł w izbie, niewprawnie uwarzył strawę, po czym dokońćzył wszystkie prace polowe. Gdy się obudzili spostrzegli syna – chodzącego, silnego jak niedźwiedź, pomagającego im w trzebieniu lasu. Wielka była ich ich radość, gdy usłyszeli opowieść syna o dwóch starcach. ,,Agej bieatifikoł’’! – Jaga płakałą ze szczęścia.
Jednak starzy rodzice posłyszeli też o pragnieniu junackich czynów żywionym przez ich syna. Oznaczało to rozłąkę. Jednak orzeł Jarog już krążył nad chatą wzywając do boju i przygód. Cały Karačor żegnał Ilję, on zas pierwsze kroki skierował do Muromy. Tam ujrzał jak pewien wołwch (kapłan) prowadzi za miasto chabetę, na pożarcie dla wilków. Przyszły bohater odkupił konia, a że nie miał czym zapłacić, jeden dzień przepracował w gospodarstwie wołwcha. Następnie kierując się wskazówkami starców, sprawił, że chabeta w jego rękach stała się wspaniałym rumakiem; szybkim, silnym, mądrym, a nawet znającym ludzką mowę. Koń otrzymał imię Homel (Gomelus). W miejscu gdzie zabił go olbrzymi wąż, Ilja założył gród nazwany jego imieniem. Było to na białoruskiej ziemi. Junak wiele wędrował przez lasy, stepy, bagna, góry, grody i sioła, straszny dla wysłanników Čortieńska, pomagajacy wszystkim skrzywdzonym, słabym i bezbronnym. Wodzowie plemnion słowiańskich usilnie błagali go, by walczył w ich drużynach, on jednak zawsze odmawiał, bo co innego było dlań przelewać krew smoka czy strzygi, a co innego swoich pobratymców. Jednak zawsze bronił Karačoru i Muromy przed najeźdźcami; czy to ludźmi, czy Čortami. Po każdej wyprawie wracał do ojczystego sioła, by pobyć z ukochanymi rodzicami.

,,Gdy padło imię Aloszy Popowicza, Ilja rzekł:
- Nie należy posyłać Aloszy Popowicza. Toć ten zachłanny pop połakomi się na złotą uprząż. A w tym momencie przeciwnik obali go z konia’’ - ,,Bajka – bylina o Ilji Muromcu’’; baśń rosyjska ze zbioru ,,Mocarni czarodzieje’’.


Wołwch, który sprzedał bohaterowi konia, imieniem Izasław miał syna Aloszę, zwanego w ,,Codex vimrothensis’’ – Alosza Syn Wołwcha. Miał splecione w trzy warkocze, złociste włosy i niebieskie oczy. Uczestniczył w wyprawach Ilji, w tym również ostatniej. Ojciec marzył, że syn zostanie wołwchem, lecz Agej we śnie przepowiedział mu inną przyszłość.

,,- Słyszałem, że Orowie mają złe mniemanie o synach i córkach kapłanów – zamyślił się jakiś krasnoludek, a Wieńczesław był bliski rozdeptania go’’ – K. Oppman ,,Perłowy latopis’’.



*
Mijały ery, a car olbrzymów Światogor (Światogór) spał w ziemi snem nieprzerwanym. Wreszcie – w miejscu, gdzie dziś stykają się granice Rosji, Białorusi i Ukrainy, a gdzie nie mieszkali ludzie, pewnego poranka, ziemia z hukiem pękła i wynurzył się z niej olbrzym. Jego czarna broda zdążyła już zbieleć. Wiekami nie widziane Słońce, omal go nie oślepiło, był też strasznie głodny i spragniony. Podziękował Mokoszy, ze ukryła go w ziemi, z której tymczasem wynurzył się ogromny, kary rumak Światogora. Strasznie wychudzony koń, od razu zabrał się do jedzenia trawy. Olbrzym wsiadł nań i skierował się na zachód, w góry Montanii. Ich królowa, Tatra odwiedzała go we śnie, teraz zaś postanowił ją odwiedzić. Jechał konno, a ludzie, którzy go widzieli, przeważnie tylko słyszeli o olbrzymach. ,,Olbrzymy są niemal tak samo krwiożercze jak smoki – mówili – a ten nie łapie nas, by pożreć. Co to ma znaczyć’’? – myślano sobie. Raz nawet, Światogor ugasił pożar potężnym dmuchnięciem. Wreszcie przybył pod górę Gerlach. Na spotkanie wyszła mu przepiękna, czarnowłosa i niebieskooka niewiasta w bieli i w ognistej koronie. Tatra. Miała dla Światogora stół uginający się od potraw i napojów. Opowiadała mu od dziejach świata, które przespał, a on płakał słysząc o smutnym losie olbrzymów. Na pożegnanie otrzymał od Tatry zieloną tarcze z białym koziorożcem, tą samą, której używała broniąc się przed smokiem Wołoszynem. Olbrzym ucałował jej rękę, a ona ostrzegła go:
- Pamiętaj, żebyś nie słuchał tego, co będzie cię ostrzegał przed zamachem na twe życie! – olbrzym odjechał do ofiarowanej mu przez Enków posiadłości Święte Wzgórza. Wybudowal tam sobie dom z głazów i żył spokojnie. Tymczasem jechał tamtędy na Homelu, Ilja Muromiec. Olbrzym, gdy go ujrzał posłał jako ostrzeżenie żelazną strzałę w pobliski głaz, który z hukiem rozsypał się w drobny mak.
- Nas tu nie potrzeba! – rzekł Homel, lecz jeździec nie okazał lęku, tylko ciekawość.
Można by zapytać dlaczego olbrzym tak postąpił? Trzeba bowiem wiedzieć, że podczas snu, sługa Gorynycza, Licho z Čortieńska, pod postacią Tatry ostrzegło Światogora przed chcącym go zabić , wyglądającym jak ów jeździec, którego właśnie zobaczył. Ilja ujrzał na Świętych Wzgórzach dom olbrzyma, a nawet samego gospodarza. Światogor siedział na koniu, z mieczem u pasa i napiętym łukiem. W kierunku przybysza posypały się strzały, a okoliczne drzewa szły w drzazgi. Jednak Homel był zbyt zwinny, by go trafić. Kołczan był już pusty, a wtem wielkolud natarł z mieczem. Już miał rozciąć jeźdźca i konia na dwie połowy, gdy Iliyon chwycił miecz wielkości drzewa i nie puszczał go. Wreszcie wyrwał napastnikowi broń i odrzucił ją daleko. ,,Co to za siła drzemie w tym chucherku’’? – zdumiał się gigant. Miał jednak maczugę, ciężką jak wieloryb i nią walczył. Jednak junak był niezwyciężony. Walczyli tak, aż do zgaszenia Słońca przez Swaroga, gdy tymczasem, z woli Ageja, Jarowit rozdzielił walczących piorunem. Zapaśnicy upadli na grzbiety. W umyśle Światogora coś zaświtało.
- Czy to ty jesteś Iliyon Muromý z Karačoru, noszący maczugę ciężką jak tur, żubr i niedźwiedź? – spytał.
- To ja – a dalsze pytanie zabrzmiało:
- Czy chciałeś mnie zabić?
- A po co mi to? – odrzekł Ilja. – Ktoś cię okłamał.
Wówczas Światogor przypomniał sobie, że Čorty przybierają czasem postać Enków i jytnas, aby zwodzić. Zrobiło mu się przykro i głupio. Junak nie był pamiętliwy. Poczuł ciepły powiew – to Światogor użyczył mu swego oddechu, zaś Ilja podwoił jego moc. Obaj wyruszyli w drogę i zwyciężyli wielką armię strzyg i wąpierzy idącą na Mały Gródek. Nasz bohater zaprosił Światogora do Karačoru, a ten przyjął zaproszenie. Już wjeżdżali, gdy drogę zastąpił im mąż na koniu z napiętym łukiem. Celował w olbrzyma. Wnet jednak odłożył łuk, gdy zobaczył u jego boku Ilję.
- To jest mój druh, Alosza Syn Wołwcha – wyjaśnił junak olbrzymowi. – A ten olbrzym to sam bajeczny Światogor, co niedawno się zbudził i opuścił podziemia. Ręczę głową, że nikogo nie skrzywdzi – zapewniał przestraszonych chłopów.
Olbrzym rozejrzał się po siole, zjadł ofiarowanego mu wolu i popił wodą, po czym wrócił do siebie. Ilja i Alosza odprowadzali go aż do Świetych Wzgórz, jednak przed swoim domem, wielkolud padł na ziemię i wyzionął ducha.

*
W erze pierwszej u boku Rykara walczył potwór Vrouga.

,, ... był wielki jak Arvot Baldas. Miał niedźwiedzi łeb, korpus i ogon, w miejscu uszu miał krowie rogi, a w miejscu rogów – krowie uszy. Przednie kończyny były ogromne i pięciopalczaste. Ich uzbrojenie stanowiły 90 – centymetrowe, proste i obosieczne pazury. Kończyny tylne były podobne do ludzkich, lecz grube i owłosione, okrywały je czarne, skórzane buty’’ - ,,Tatra. Suplement cz. IV Sen’’.

Nie wiadomo jak wyglądał zanim zdradził Ageja. Walczył we wszystkich bitwach z Enkami, po stronie Čortów. Jego siedziba mieściła się w Ojcowie, w bagnie zwanym Mroczne Błota. Przez długie ery mordował i pożerał wszelkich mieszkańców Ojcowa. Podczas Złotego Wieku ludzkości uwięził rusałkę Kovatę, lecz ponieważ został zwyciężony przez Welesa, została uwolniona. W jedenastej erze, na grzbiecie białego rysia Deneba, do Ojcowa przybyła królowa Tatra. Choć potwór uciął jej oba ramiona (wyleczył ją Deneb oskołą brzozy ojcowskiej), niewiasta skręopowała bestię złotym łańcuchem Mokoszy. Vrouga do końca ery jedenastej pozostał skrępowany w swoim bagnie. Niestety potop wypłukał go i rozdzielił ze złotym łańcuchem. Po potopie znalazł suchy grunt pod nogami na wyspie Wolin. Niezwłocznie wyruszył do Ojcowa, siejąc mord po drodze. Dodać należy, że wspierał rozbójnika Rinkajzena w walce ze Stanisławem Byczyńskim (Stanislavus ov Taurov), lecz zbój i tak poszedł na pal.
Tak o Vroudze opowiadał ojcowski wodnik Tatarak Kumakov, goszczący w swoim podwodnym domostwie Ilję i Aloszę. Ich gospodarz przypominał człowieka, lecz był zielony, miał długie, białe włosy, żabi język i płetwy zamiast stóp. Wstyd zasłaniał czerwoną przepaską biodrową. Jego dom zbudowany z marmuru był zadbany, zdobiony freskami, dywanami i popiersiami.
- To jest popiersie Jazyka, księcia Ojcowa. Obecnym księciem jest Stanisław. Jazyk był wielkim przyjacielem rusałek i wodników – tłumaczył pan Tatarak. – Poślubił najadę Venedę, a wesele odprawili u mnie! – dodał z dumą. – Gdy wybuchła zaraza białęj dżumy, naszej jedynej choroby, książę i jego żona, sprowadzali dla nas wraczy i leki, a nawet osobiście pielęgnowali chorych – Ilja i Alosza opowiedzieli z kolei o własnych przygodach. Tatarak Kumakov miał nadzieję, że zabiją Vrougę. Rano znaleziono wodnika martwego. Był pociety pazurami i nadgryziony. ,,To robota Vrougi’’ – wszyscy wiedzieli. Ciało spalono na brzegu i pochowano, zaś dom odziedziczył jego siostrzeniec, Traszek Badyl. Przyjechał w wozie ciągniętym przez ogromną traszkę i ostro zganił obu junaków, że pozwalają ,,aby im pod nosem chodził potwór’’. Z samego rana obaj wyruszyli na polowanie na potwora. Ten opity krwią wodnika czekał na nich nad brzegiem Mrocznego Błota. Wstał z pniaka i jego oczy zaświeciły jak pochodnie. Odważny skądinąd Alosza zlal się potem, po czym zaczął strzelać z łuku. Po brązowym futrze ciekła zielona krew, lecz nagle potwór zabił jego rumaka i już miał pożreć jeźdźca, gdy Ilja natarł nań z mieczem. Čort skruszył spiż pazurami i trzeba było walczyć gołymi rękoma. Iliyonowi starczyło siły na połamanie pazurów.
- Głupstwo! Odrosną – mówił Vrouga; mnie może zabić tylko syn żmija! – tymczasem pięść Ilji spadła na niedźwiedzi łeb z rogami. Pękła z hukiem czaszka, polały się mózg i zielona krew. Pozbawiony głowy potwór upadł na grzbiet, a jego dusza przeniosła się do Čortieńska. Tymczasem z lasu wynurzył się jakiś zielony stwór. Traszek Badyl. Gdy ujrzał zabitego Vrougę złapał się za głowę, po czym jął całować po rękach Ilję i Aloszę.
- Dam wam więcej złota niż udźwigniecie! – mówil.
- A czy możesz mi sprawić nowego konia? – spytał Alosza.
Obu junaków gościł na zamku książę Stanisław Byczyński i podarował im na uczcie scytyjskie miecze ,,akinakesy’’ w złotych pochwach, oraz obiete złotą blachą łuki refleksyjne. Tu ,,Codex vimrothensis’’ podaje zagadkowe słowa Ilji:
- Niech przeklęte będzie imię Nilats i ci co mu będą służyli! – Nilats to ogromny, czerwony smok z ery jedenastej, który spalił Nist.



*
Ilja siedział przy ognisku razem z rosłymi mężami i niewiastą w jasnobłękitnej sukni, której uroda ustępowała tylko wdziękowi Mokoszy.
- Jestem Wyrwidąb, a to mój brat Waligóra – przedstawił siebie i brata dryblas. – Mnie wykarmiła wilczyca, a mego brata – niedźwiedzica. Obu nas Agej i Enkowie obdarzyli nadludzką siłą. Ta krasawica to nasza najdroższa siostra – Wanda. Pewnego razu mój brat i ja zaszliśmy na d Rajskei Morze i w mieście Venetiji (Wenecji) ujrzeliśmy pannę przeznaczoną dla smoka na żer. Zabiliśmy potwora skałą i dębem, a owa panna, która okazała się być naszą siostrą to była – wyobraź sobie – założycielka owej Venetiji, nazwa miasta wywodzi się od imienia Wanda. Nasza siostra w swym miłosierdziu, sama wydała się na pastwę potwora – opowiadał Wyrwidąb. W ,,Codex vimrothenesis’’ można też przeczytać, że Wanda założyła w Galii królestwo Wandei (Vandeya). Głos zabrał teraz Waligóra, dotąd milczący.
- Naszą matką była Światłowida, wielka czarodziejka. Pewnego razu, spotkała księcia Siłę, naszego ojca. Ten kochał ją najszczerzej i stał się jej mężem. Przed ślubem nasza macierz posatwiła mu warunek: aby nie widywał jej w szóstym dniu tygodnia. Ojciec zgodził się, lecz później ciekawość nie dawał mu spokoju – czy Światłowida zdradza go? Postanowił ją podglądać i ujrzał jak zmienia się w wężą – takei były jej czary odmładzające.Wtem – spostrzegła, że jest obserwowana i frrr... wyleciala bez skrzydeł przez okno. Zamieniła się w jaskółkę. Księżę Siła wylecial za nią i też stał się ptakiem. Resztę dnia przybierali postaci zwierząt, roślin, stworów, żywiołów, aż późnym wieczorem przebaczyli sobie. Niedługo potem urodziliśmy się my. Nasi rodzice byli bardzo bogaci i szanowani, piliśmy mleko matki w szafirowym pałacu, a nasze kolyski były ze złota. Jednak czarownica Smoczycha, kochanka Gorynycza, postanowiła się zemścić na naszym ojcu, że odrzucił jej zaloty, by poślubić naszą matkę. Smoczycha stanęła na czele armii ażdach, ał, ludzkiej hulajpartii. Wojaków dostarczył jej Niemal Człowiek z Nowej Ziemi i obecny król wąpierzy Tybalt. Wydała rozkaz, by zabić ,,płody suki’’, czyli nas, toteż nasza matka dałą mego brata na wychowanie wilczycy, a mnie – niedźwiedzicy. Oba zwierzęta były jej wiernymi sługami. Co się działo z Wandą, nim założyła gród, to tylko ona sama może opowiedzieć, podobno chroniła się w Tmutarakanie.
- Żyłam zamieniona w żabę – rumieniąc się rzekła krasawica.
- W ostatniej bitwie – podjął Wyrwidąb – książę Siła rozgromił połączone siły Smoczychy, Niemal Człowieka i Tybalda. Wówczas spotkaliśmy się z rodzicielami. Pomieszkaliśmy razem, po czym zabraliśmy Wandę i ruszyliśmy szukać przygód.
Ilja zauroczony Wandą przyłączył się do jej braci. Wszyscy szli drogą wskazaną przez Jaroga, aż na Nową Ziemię. Zauroczenie przerodziło się w miłość; pierwszą, czystą i niewinną.
Pewna niewiasta zosłała żoną żmija i powiła chłopca o tak mocnym głosie, że pod jego wpływem, jabłka w sadzie eksplodowały. ,,Codex vimrothensis’’ nazywa go ,,Sołowiejem – Chąsiebnikiem’’, zaś w ruskich bylinach występuje jako ,,Słowik’’, lub ,,Sołowiej – Rozbójnik’’. Miał brązowe, nastroszone włosy i duży, zakrzywiony nos. W szesnastym roku życia wybrał się w junacką podróż, aż na Nową Ziemię. Niemal Człowiek kazał go pochwycić i upiec do zjedzenia, lecz gdy tylko Sołowiej zaczął krzyczeć, tłumy kikimor padały trupem z głowami rozerwanymi przez jego ryk. Tak pozabijał wszystkie kikimory z Nowej Ziemi, na końcu zaś uśmiercił Niemal Człowieka, przeraźliwie gwiżdżąc. Z jego łba ściągnął złotą koronę i sam koronował się na króla Nowej Ziemi. Rok później spotkał przedziwnego syna Juraty – żółwia, na którego skorupie rosły lasy, góry, płynęły rzeki i jeziora. Był to Wyspożółw, w Britainie zwany ,,Fastitocalon’’. Wyspożółw był sam jeden na świecie. Sołowiej osiedlił się na nim i zbudował sobie dom i skarbiec, w którym zgromadził łupy zdobyte na Niemal Człowieku. Miał wiele żon, których łona opuściło stu synów i sto córek, które to dzieci współżyły cieleśnie ze sobą. Sołowiej popadłwszy w pychę odrzucił Ageja i Enków, a swoim synom nakazał napadać na korabie, oraz nabrzeżne grody i chramy w poszukiwaniu skarbów, co zapewniło mu przydomek ,,Chąsiebnika’’ (Pirata). Sam kazał się tytułować ,,morskim carem’’.
Ilja, Waligóra, Wyrwidąb i Wanda zatrzymali się, by spocząć. Nieoczekiwanie ujrzeli tron zrobiony z trzech dębowych pni. Siedział na nim, przystrojony w złotogłów mąż o zakrzywionym nosie i nastroszonych włosach. ,,Przed chwilą tego tronu tu nie było’’ – pomyśleli wszyscy.
- Kukuryku! – zapiał tak, że Wanda zemdlała. – Jestem morski car, Sołowiej Chąsiebnik Wspaniały. Wow! – szczeknął, aż Waligórze z ucha polała się strużka krwi. – Na twarze parchy i złórzcie mi daninę!
- Nie mamy drogich kruszców, ni kamieni – rzekła oprzytomniała Wanda.
- A ja nie mam litości! Muuuuu...! – począł ryczeć jak krowa, by zabić pannę, lecz nagle Ilja z całej siły kopnął tron Sołowieja, który rozleciał się na drobne drzazgi. Chąsiebnik wyleciał w powietrze i zawisł w nim.
- Hej, synaczkowie! – wrzasnął w stronę morza. – Zróbcie kęsim tym parchom! – wnet do plaży zaczął się przybliżać korab z czarną banderą. Chąsiebnicy szyli z łuków. Wtedy Waligóra przekrzykując fale zawołał:
- Przybywamy w pokoju! Nie chcemy waszej ziemi, a nie mamy skarbów na daninę dla waszego władcy! – jednak chąsiebnicy już mieli wyskakiwać na ląd. Waligóra trzymał na ramionach ogromny odłam skalny i jeszcze raz ostrzegł:
- Nie chcemy waszej krwi, lecz jeśli na nas uderzycie, zostaniecie zabici, bo jak widzicie mamy nadludzką siłę!
- Nie słuchajcie go! Do ataku! – wrzasnął Sołowiej Chąsiebnik.
Jedna z zatrutych strzał rozerwała ucho Ilji, lecz jego nie imały się trucizny. Waligóra ze smutkiem rzucił odłam skalny na korab i zatopił go, zabijając wszystkie dzieci ,,morskiego cara’’.
- Sami tego chcieliście! – wyrzekł osiłek.
- Kra, kra, kra! – zakrakał Sołowiej Chąsiebnik i pikował w dół, by ukarać naszych bohaterów. Ilja chwycił go za kark i powalił na ziemię. Zbój nie mógł już niszczyć głosem.
- Łaski.... – wyszeptał czując, że może mieć przetrącony kark. – Łaski panie złoty, miłosierny! Łaski! – rozpłakał się po raz pierwszy od wielu lat. Ilja trzymał go za kark i nie puszczał. Wandzie zrobiło się żal Sołowieja. Podeszła do Ilji i poczęła go prosić, by darował mu życie. Ocalony grabieżca padł jej do nóg i płakał jak bóbr. Przyłączył się do drużyny prowadzonej przez orła Jaroga i nikogo już nie krzywdził. Został wiernym sługą Ilji i jego narzeczonej Wandy. Gdy niedługo zmarł w wyniku starości, pochowano go na jednej z wysp archipelagu, który Ilja nazwał Sołówkami (Wyspami Sołowieckimi).
Drużyna objęła na własność Wyspożółwia. Osiedliła się na nim i podróżowała po morzach i oceanach całego świata. W owianej mrocznymi legendami Lemurii odkryła, że jej mieszkańcy nie byli magicznymi potworami, tylko zwykłymi ludźmi. Ilja poślubił Wandę i po raz pierwszy przyjął dar z jej dziewictwa. Miał syna Wentę (Ventę) i paru innych, którzy założyli na Wyspożółwiu pływające państwo Vinetę. Wenta był dorosły i miał już rodzinę, gdy Wanda owdowiła Ilję umierając na gruźlicę.



*
Do potomków Grabu i Jodły należały Amazonki, mające swe państwo na azerskiej ziemi i wzdłuż całego wybrzeża jeziora Aspin. Było to wojownicze plemię, którym rządziły niewiasty, a mężowie (jeńcy wojenni) byli ich niewolnikami. Do ich zadań należało wychowywanie męskich potomków Amazonek. Rządziła nimi królowa Arta. Smukła, zielonooka, jej rude włosy spięte w koński warkocz srebrną obrączką sięgały kolan. Nosiła złoty diadem z odroślą w kształcie kwiatu lilii z rubinem, złoty kolczyk w nosie, złote kolczyki z rubinami, złotymi promieniami i długimi ,,ogonami’’, czerwone korale, białą suknię wzorem królowych rusałek, na rękach złote osłony najeżone srebrnymi kolcami i takiż pas. Była uzbrojona w długi miecz i tarczę z wizerunkiem Mokoszy. Zasiadała na elektronowym tronie, a jej podnóżkiem była czaszka pierwszego zabitego wojownika (Arta na pierwszą bitwę wyruszyła w czternastym roku życia). Piła z czaszek pokonanych wrogów. Była dziewicą. Ilja postarzał się, lecz przez wszystkie lata wyglądał niemal tak samo, jak wówczas, gdy przybyli doń dwaj starcy. Pięć lat po śmierci Wandy opuścił Vinetę, gdzie rządził jego syn Wenta i razem z Aloszą udał się na poszukiwanie nowej żony. Zawędrowali aż do królestwa Amazonek. Tam Ilja wyzwał na pojedynek królową Artę, a Alosza jej siostrę – Darię. Walka trwała długo i nie mogła się skończyć. Arta nie mogąc pokonać Ilji, zaczęła przybierać postaci różnych zwierząt; tygrysicy, lwicy, niedźwiedzicy, lochy, słonicy, krowy tura i smoczycy. Jednak nie mogła pokonać starca. Ilja i Arta, Alosza i Daria dorównywali sobie siłą, znajomością szermierki, zręcznością, odwagą i uporem. ,,Traktuje mnie jak Jurata Swaroga’’ – myślał Ilja. Walka dobiegła kresu, gdy cała czwórka padła na ziemię z wyczerpania. Przełamane zostały lody i Arta i Ilja i Daria i Alosza pobrali się. Prawo Amazonek nie dopuszczało istnienia królów, a tylko królowych, tak więc Arta nie mogąc koronować Ilji , abdykowała i wyznaczyła następczynię. Cała czwórka powędrowała razem w świat, lecz tym razem biały orzeł Jarog nie prowadził Ilji. Ów był szczęśliwy z Artą, lecz zawsze gdy przypominał sobie Wandę, łzy niepostrzeżenie ciekły mu z oczu. Cenił piękno, siłę i sprawność królowej Amazonek, która dla niego zrzekła się tronu, ale od niewiasty skręcającej głowy turom i wyrywającej żuchwy dzikom, jego męskie serce wolało cichą i miłosierna Wandę, pokorną i cierpliwą, szczerze kochającą jego i synów. Ilja i Alosza patrząc wstecz na swoje życie kraśnieli z dumy. Wyleczenie w cudowny sposób z paraliżu, mówiący i wierny koń, walki ze zbójami i potworami, zwycięstwo nad legendarnym Światogorem, zabicie Vrougi, nadludzka siła, Wanda i Arta, wierni druhowie, powszechny szacunek, uczty w Ojcowie - ,,któż jak ja’’ – mawiał w sercu Ilja. Nie wiedział, że wcześniej mówił tak Enk Zmiennik, zanim stał się Čortem Czarnym Psem. Arta i Daria pełne uwielbienia dla swych mężów, pobudzały w ich sercach pragnienie dokonywania coraz bardziej niezwykłych czynów, aż przestało to być zdrowe. Pewnego razu Ilja i Alosza uznali, że są władni pokonać samego Ageja i Enków i odebrać im władzę nad całym stworzeniem. Wybrali się więc z żonami w afrykańskie góry Atlas, wyrosłe z krwi Światogora.
- Zawróćcie, zawróćcie! – wołały nad nimi orły Jarog, Tinez, Ridan i Tinez Dwugłowy, lecz wędrowcy nie okazali posłuszeństwa. Już w Afryce, Amazonka Daria, żona Aloszy, wdrapała się na wysoką górę i na jej szczycie, wznióswszy pięści w niebo, zawołała:
- Oto kres twojej władzy! – ledwo słowa te opuściły jej usta, straciła równowagę i spadła z góry. Skręciła kark, a jej duszę porwały Čorty. Wojownicy urządzili jej pogrzeb, po czym poszli dalej nie zmieniając celu wędrówki. Wielki Dąb i góra Triglav już majaczyły z oddali. Wtem – oczom Ilji, Aloszy i Arty ukazał się biały lew z rozdwojonym ogonem, będący takiego wzrostu jak zwykłe lwy. Był to Strażnik Wielkiego Dębu, syn Deneba i brat Poleszy.
- Zawróćcie! – ryknął. – Dlaczego chcecie wojować z Agejem, do którego należycie w każdej chwili żywota? – jednak Ilja zbył lwa grubiaństwem. Arta rzuciła weń oszczepem, który się złamał i nadaremno wystrzelała cały kołczan. Alosza złamał sobie miecz, a jego tarcza poszła w drobne kawałki. Maczuga Ilji uderzywszy w lwią głowę zmieniła się w drzazgi. Lew ryknął i poszedł sobie. Nim bohaterowie ochłonęli, przybliżyła się do nich biała chmura, na której płonął ogień. To sam Agej, Osoba Ognista przyszedł im na spotkanie. Cała trójka zobaczyła się takimi, jakimi widział ich Agej, w całej marności ich pychy, choć nie stracili wolnej woli, przez co decyzja o ukorzeniu się należała tylko do nich. W ich sercach począł się wielki żal, aż pękły, a dusze poszły na oczyszczenie do Nawi Ciemnej. Ciała miast zgnić odsłaniając kości, zamieniły się w kamienie. Do dzis w górach Atlas, niby trzy pomniki stoją kamienie w kształcie dwóch mężów i niewiasty. Tu kończy się ,,Perłowy latopis’’.

Potop (opowiadanie ze zbioru ,,Legenda'')



,,Potop (hebr. mabbul, grec. kataklysmos, łac. diluvium), opisane w Genesis, zesłane przez Boga na ziemię celem zgładzenia rodzaju ludzkiego, zalanie wodami za czasów Noego. Od śmierci uratował się jedynie Noe wraz z rodziną w arce, do której sprowadził po parze zwierząt. Podobne opowiadania znamy z babilońskiego eposu o Gilgameszu. Podania o p. znają prawie wszystkie ludy [...]’’ - ,,Encyklopedia Powszechna Wydawnictwa Gutenberga tom 14 Polska Agencja Telegr. do Rewindykacja’’.


Było to za aplańskiego króla Ćwieczka IV, w drugiej połowie V wieku ery jedenastej. U wybrzeży Morza Joldów, w ubogiej rodzinie żyło dwóch braci rybaków: Gac (Gâc) i Mirosław. Nocą Gac nie mógł zasnąć. Światło Księżyca odbijało się od rybich pęcherzy w oknach pokoju, który dzielił z bratem, ojcem i matką. Liczył barany, lecz to nie pomagało. Wreszcie po cichutku wyszedł na plażę. Już stał w progu, gdy ujrzał niezwykłe zjawisko. Z morza wyszła przecudna niewiasta, o sięgających kolan, czarnych, rozpuszczonych włosach, z których ciekła woda. Jej oczy przypominały szafiry, skóra – alabaster, zaś usta – koral. Na wietrze powiewała jej suknia naszywana perłami i bursztynem, zdawałoby się uszyta z jedwabiu. Gac nie wiedział, że była to morska piana. Milcząc wlepiał oczy w piękną istotę, która czciły śpiewem wieloryby i syreny i przed która klęczały okeanidy. Rybak ze zdziwieniem zobaczył fokę o trzech głowach. Nagle, na plaży znalazł się postawny mąż, cały barwy złota. Ucałował dłonie morskiej niewiasty, od której Gac nie mógł oderwać wzroku. Wtem przed rybakiem stanął nagi, bezskóry człowiek w kapitańskiej czapce, a imię jego: Anatolij Rdzeniejew. Gac wzdrygnął się.
- Otus gracilis Jurata Aredvi Maris – rzekł – mistra ysena. Otus tzay sien anilis – Svaroh, ad otus – Ceta1 – do rybaka podszedł inny sługa pani morza – Ox Kellu Simi – Abö, lecz drzwi checzy były już zamknięte. Brat Mirosława zasnął i śnił o Juracie. Odtąd każdej nocy przychodził na plażę, lecz Juratę nie zwasze widywał. Zato razem z bratem i ojcem łowił wiecej ryb – myślał więc słusznie, że to dar od królowej morza. Dziękował jej i błagał w głębi serca o spotkanie. Marzył skrycie, że będzie ona jegom żoną i matką jego dzieci. Raz zdobył się na wypowiedzenie tego pragnienia przed jej rzeźbą w chranmie, a gdy wrócił do checzy od razu usnął. Jurata ukazał mu się we śnie. ,,Jestem żoną Swaroga – mówiła – a twoją kochanką być nie chcę i nie mogę. Nie mówię tego, dlatego, ze on jest Enkiem, a ty człowiekiem, ani dlatego, że ja nie jestem zwykła kobietą, a to z tej przyczyny, ż eszczerze kocham Swaroga i nie chcę, by musiał mnie dzielić z innymi, bo oboje jesteśmy jednym ciałem’’. Gac wzdrygnął się przez sen. ,,Nawet największe połowy nie wynagrodza mi braku ciebie’’ – mówił przez sen. ,,Jeśli mnie kochasz, uszanujesz mą wolę zostania z tym, którego obdarzyłam miłością przed wiekami’’ – odrzekła Jurata. - ,,Ciebie za męża pragnie wiele syren i okeanid o złotych sercach’’. ,,Ty znaczysz dla mnie więcej niż one, a Swaróg jest najszczęśliwszym z tworów Ageja – mówil przez sen Gac, aż jego stary ojciec na chwilę otworzył oczy – powiedż mu o mnie i powiedz też, że Wasze szczęście będzie miom’’ – więcej nie mówił. Jurata popatrzyła nań ciepło i na piersi rybaka złorzyła długio jak Gacowa noga czarny włos. ,,Dorównaj mi słaby człowieku sprawiedliwością, a mej siostrze miłosierdziem, a wówczas zamieszkasz na dnie morskim, w moim bursztyynowym pałącu, służąc mi tak jak Kellu Simi – Abö z Oxlandu, co na Seylanie ratował rusałkę przed morskim satyrem’’. Nagle kogut zapiał i Jurata dała nura w fale. Połów był niezwykle obfity; tak bardzo, ze częśąć ryb zasolono i włożono do beczek. Beczki z kolei załadowano na wóz, zaprzężony w klacz Lawinę i ogiera Obraz (Pikturał). Mirosław i Gac z polecenia ojca wsiedli na wóz, by sprzedać ryby w pobliskim miasteczku Żuławicy (Sulavica). Bracia jechali leśną drózką, z dala od rodzinnej wioski.
- Co tam masz? – zaciekawił się Mirosław, widząć jak jego brat coś trzyma, podobnego do długiej nici. W Żuławicy Gac chciał kupić złoto, by oprawić w nie swój skarb.
- Mogę przysiąc, że nocą rozmawiałem z Juratą Aredvi Maris; dała mi w prezencie swój włos – mówiąc to pokazał go bratu.
Mirosław zmienił się na twarzy. Był butny i ordynarny, toteż dziewczęta go unikały, nie mówiąc już o syrenach, okeanidach i najadach, których szukał w delcie Visany i w Moltavie. Tymczasem nieśmiały Gac został obdarowany przez samą Juratę! Pewny, że nie zosatnie zauważony, wyjął noż i jednym pchnięciem zabił młodszego brata, a jego cialo ukrył w zaroślach. Nastęnie pojechał do Żuławicy, gdzie z wielkim zyskiem sprzedał ryby, po czym wrócił do rodzinnej wioski, przywożąc podartą i zakrwawioną koszulę Gaca. Opowiadał, że ów został zabity przez strzygę, rzewnie płakał, a wszyscy mu wierzyli. Pewnego razu nie mogąc usnąć wyszedł na plażę, pooddychać morskim powietrzem. W blasku Srebroniowym zobaczył męża bez skóry z napietym łukiem. Nim Mirosław zdążył się przestraszyć, padł raniony strzałą na piasek i skonał. ,,Kara śmierci dla morderców’’ – rzekł Rdzeniejew, po czym powoli odszedł do morza. Jurata wiele płakała po tej zbrodni, aż wreszcie zrzekła się swego włodarstwa nad morzem. Tylko jej Agej dał moc do ujarzmiania jego niszczycielskich bałwanów, a zrzeczenie się włodarstwa mogło oznaczać tylko jedno – potop.



*
Tymczasem inni Enkowie odbyli naradę w swojej podniebnej siedzibie. Mówili o ludziach. Po skamienieniu Gorynycza wielu zapomniało o swych dobrych obietnicach – powrócił kult Spora. Na czele państw stanęłi tyrani – sam Ćwieczek IV wytruł wszystkich braci, siostrę i matkę i ciemiężył lud Aplanu. Niewolnictwo, ofiary z ludzi, rozpusta, nekromancja, kult Čortów, morderstwa i kradzieże – Enkowie byli bardzo zagniewani na ludzi, którzy gardzili skruchą i nie oczekiwali przebaczenia. Zgadzali się na potop, jako na sprawiedliwą karę dla nich. Jedynie Mokosza – siostra Juraty chciała dąc ludzkości ostatnią szansę.
- Pozwólcie bracia i siostry, że pójdę między ludzi i będę prosić o ich dobroć, aż ktoś się nade mną zlituje – po tych słowach opuściła Wielki Dąb i udała się do Aplanu. Szła od sioła do sioła, od grodu do grodu pod róznymi postaciami. Prosiła o zywność, nocleg, pracę, lecz zawsze ją wyganiano. Gdy przybierała postać staruszki szczuto ją psami, lecz te rozpoznawały jej tożsamość i nie chciały gryźć, ani szczekać. Zjawiała się też jako piękna dziewczyna, lecz wówczas dziewczeta rzucały w nią kamieniami zazdroszcząc urody, a młodzieńcy i mężczyźni usiłowali gwałcić, lecz padali bezradni na ziemię. Mokosza przewędrowała niemal cały Aplan, aż znalazła się w małej osadzie rodzinnej Dobromira, leżącej u stóp wzgórza Vovel. Zapukała do drzwi i otworzono jej. Ojciec i matka rodu, siwobrody Dobromir i jego żona, pozbawiona mocy widzenia Drzewica (Dendraka) wyszli jej na spotkanie z chlebem i solą i zaprosili do środka. Za stołem siedziało sześciu mężów, każdy mający żonę. Podano przybyłej żywność i napoje, a choć ród był biedny, wszystkie wiktuały jakby się mnożyły.
- Wszystkie nasze dzieci mają imiona wywodzące się od drzew – mówił Dobromir i już miał je wymienić, gdy Mokosza weszła mu w słowo:
- Po prawej siedzi twój syn Dąb z żoną Brzozą, po lewej Buk z Lipą, a w środku, od prawej do lewej: Świerk i Sosna, jesion i Grusza, jawor i Kosodrzewina i Grab i Jodła. Wszyscy będziecie ojcami i matkami narodów i języków – wszystkich ogarnęło zdumienie skad obca im Milda zna całą rodzinę, nie majacą skądinąd sąsiadów. Wtem gość zajaśniał jak Słońce i wszyscy ujrzeli złotowłosą niewiastę w bieli i zieleni, koronowaną ogniem, pachnącą rózami i sławioną przez słowiki. Cały ród upadł na twarze rozpoznając w niej Mokoszę.
- Pacis payen2 – uspokoiła ich. – Światu grozi zagłada z powodu zbrodni jego mieszkańców. Svantemot i Velehrad już znalazły się pod wodą, bo Jutrata zrzekła się swego włodarstwa nad morzami. Nie upłynie miesiąc jak nastąpi potop. Idźcie do Montanii gdzie na potwierdzenie prawdziwości mych słów znajdziecie żołędź z Wielkiego Dębu; tak wielki, że nigdy jeszcze nie spadł i nigdy już nie spadnie. Wydrążcie go i posmarujcie smoła, zgromadźcie też spyże wwielkiej ilości, bo przyjdą do was parami zwierzęta lądowe wszystkich gatunków, aby zamieszkac w skorupie. Idźcie bo czas nagli – po tych słowach Mokosza dmuchnęłą w pokryte bielmem oczy Drzewicy, a te się otworzyły i zapanowała wielka radość, ale i smutek.
Tymczasem Mokosza była już na Wielkim Dębie, gdzie opłakiwała zagładę świata. Dobromir udał się z żoną i dziećmi do Montanii, gdzie istotnie na szczycie górskim spoczywał żołądź niezwykłej wielkości. Cała rodzina zabrała się za wypełnianie rozkazu Mokoszy – Mildy. Tymczasem montański król Dziewięćsił (Devemocar) walczył ze swym suzerenem, Ćwieczkiem IV. Wreszcie Dąb i Grab usunęli ostatni kawałek miąższu, zaś Jesion ostatni raz pomalował gruba skorupę smołą. Ludzie walczyli ze sobą nie szczędząc nikogo, zaś z całego świata przybywały zwierzęta i stwory. Oczywiście nie było wśród nich istot morskich, zaś rusałki i wodniki oprócz płuc miały też skrzela. Buk posłował do królów Montanii i Aplanu, oraz do króla Oýlandu, lecz ci tylko pukali się w głowę. Nikt z Montańczyków nie chciał ratowań się w żołędziowej łodzi, nawet ci co uciekli z Velehradu. Jurata pożałowała swego gniewu i chciała powstrzymać morze, lecz nawet ona tego nie mogła. Nie zmieściły się mamuty, nosorożce północne o bujnym futrze, owcowoły, północne lwy i hieny, koty o szablastych kłach, jelenie o porożach wielkości człeka, nienaturalnie wielkie niedźwiedzie – potop je zniszczył, choć kto wie, czy nie przeżyły w Ojcowie. W ,,Codex vimrothensis’’ zapisano zaczerpniętą od Żydów legendę, w której Kłamstwo i Niezgoda też ocalały z potopu. Najpierw Kłamstwo – mające postać zielonego męża w czerwonej szacie błagało Dobromira o ratunek w żołędziowej łodzi. Ten jednak odparł, że przyjmuje tylko pary. Wówczas Kłąmstwo znalazło sobie do pary Niezgodę i Dobromir musiał obu wpuścić. Morza nic już nie zatrzymywało. Zalało Aplan, Montanię, cały świat, aż po szczyt Góry Aradvi – Sura – Aredvi (Aredvijskiej) w Imalainie. Król Ćwieczek utonął wołając: ,,Całe moje życie było jednym, wielkim złem’’! Czarna Wólka schował się w norze i fale go nie dosięgły, lecz zMrocznych Błot w Ojcowie wypłukały Vrougę. Potwór po ustaniu potopu błąkał się siejąc mord, aż znów osiadł na starym miejscu. Został obalony Plaster Kovaty, zaś po potopie w Morzu Smoły miast smoły została czarna woda, stąd otrzymało ono nową nazwę – Morze Czarne. Niejeden topielec i niejedna topielica odwrócił się od czynionego zła. Minął czas, którego długości nie znamy i łódź osiadła znów w Montanii, na szczycie zwanym obecnie Trzy Korony. Jurata opanowała morze i kazała mu wrócić na pierwotne miejsce. W czasie potopu Mokosza otwierała swe łono, by wchłonąć wody, lecz tych było za dużo. Na zawsze zatonął kontynent Sonor, z którego pochodził Wilson Eaneawatt, za to Mokosza urodziła nowe lądy: Atlantydę, Avalon, Hy Brasil, Antillę, Lemurię, Mu, Golkondę i Eldorado. Zatonęła większa część Bergamutów. Z końcem potopu dobiegł kresu czas upadku człowieka - Wiek Żelazny – era jedenasta, a zaczęła się era dwunasta, czyli era bohaterów.






1 Oto wielka Jurata Morska Aredvi, pani nasza. Oto jest jej oblubieniec Swaróg, a to - Ceta
2 Pokój wam

Gorynycz



,, [...] Dobrynia uniósł głowę i zobaczył lecącego straszliwego Smoka Gorynycza o trzech głowach i siedmiu ogonach. Z nozdrzy potwora sypały się iskry, z uszu buchały kłęby dymu, a od spiżowych pazurów biła łuna.
Smok Gorynycz [...], wrzasnął:
- [...] Zechcę połknę żywcem, zechcę – lodem skuję. Już dużo tam uwięziłem ludzi z rozległej Rusi, braknie im tylko Dobryni do towarzystwa’’ - ,,O Dobryni Nikityczu i Smoku Gorynyczu’’; baśń rosyjska ze zbioru ,,Mocarni czarodzieje’’


Każdym, pierwszym wiosennym grzmotem, Jarowit wzmacniał łańcuch krepujący smoka Rykara. Trwało to aż do jedenastej ery, a cudowny łańcuch powoli, lecz nieubłaganie robił się coraz słabszy. Wreszcie w czwartym wieku ery jedenastej, straszliwy smok rozerwał ogniwa i z rykiem wystawił łeb z czeluści, szydząc z Jarowitowych piorunów. Wówczas wyroiły się liczne Čorty i straszydła z podziemi. Odór siarki czuć było nawet w Afryce i w Sinea. Smok przewrócił się na wznak i jego purpurowo – złota skóra poczęła z hukiem pękać, aż wynurzyła się z niej nowa istota. Na cześć zabitej w erze ósmej przez Jarowita, Matki Żmyi, potwór przybrał postać przeokropnie długiej i szerokiej żmii, zionącej ogniem i lodowym powiewem, której głowę uwieńczyła złota korona.
- Vabo yseno tzay Horinič1! – ryknął wąż, aż góry zadrżały.
- Któż jak Gorynycz Wielki, łycar i gospodar, pogromca Enków! – wołały Licho, Čart i Przegrzecha.
Gorynyczowi służył smok Girginicz, ogromny zaskroniec z Czterowody; rzeki w Ojcowie, trolle z Nürtu, czarownice, mamuny, nocnice, południce, mory, ogry z Britainy, smoki i wielkie węże, potwory morskie, bazyliszki, hydry, ały, ażdachy, centaury, gorgony, wielogłowe psy, kolczaste ptaki ze Stimfalii, leofontony, ksykuny, brukołaki, wilkołaki, wąpierze, sysuny, podziemne potwory, dusiołki, chimery, kikimory, Nagowie z Bharacji i olbrzymy. Ponadto jego synami były smoki Żmej Tugarin i Wołoszyn. Pierwszy z nich raz był mężem o żmijowych oczach, a raz górskim smokiem dużym jak wilk. Jako smok Tugarin miał szarą skórę, spiczasty pysk pełen ostrych zębów i błoniaste skrzydła. Miał wyjątkowo podły charakter i zgubił niejedną niewiastę uwodząc ją jako mąż, a pożerając jako smok. Wołoszyn (Volosinus) nie mógł zamieniac się w człowieka, był za to niezmiernie wielki. Trzy głowy i siedem ogonów, zielona skóra, błoniaste skrzydła, spiżowe pazury, od których biła łuna, zdolność ziana ogniem i dym lecący z uszu niby z kominów – wszystko to napełniało serca trwogą. Dawszy posłuch zaskrońcowi z Czterowody, przyleciał do Ojcowa i w jeden dzień obrócił w perzynę Patrit, Sospę i Betkovo. Następnie poszybował do Montanii, by spalić Śnieżelicę, Scareyov, Crinix, Toreń, czyli Nowy Głogów... Marzył też by uwięzić jytnas – górską królową Tatrę ,,Gorską Majkę’’. Już radował się obrazami zniszczenia, gdy drogę zastąpiła mu wielka postać niewieścia w gorejącej koronie. Trzymała zieloną tarczę z białym koziorożcem i obnażony miecz, a wiatr rozwiewał jej czarne włosy i biale szaty. U jej stóp oready napinały łuki, a niedźwiedzie wymachiwały maczugami i toporami, lecz królowa gór dała im znak, by odeszły. ,,To jest pewnie owa Tatra’’ – pomyślał Wołoszyn. Ryknął dziko, bluźniąc Agejowi i Enkom, po czym rzucił się na królową. Zapalał jej długie włosy, wbijał pazury w ramiona i uda, krępował nogi ogonami, lecz Tatra zasłoniła głowę tarczą i brocząc krwią odcięła smocze ogony. Wołoszyn zawył, aż śnieg spadał ze szczytów i jeszcze mocniej wczepił pazury w jej ciało. Tatra czuła, że słabnie i lada chwila smok ją przewróci. ,,Perzona Foyakista, asekurat ysenen2! Niech nie triumfują Twoi wrogowie i niech te góry nie zginą w płomieniach’’ – gdy to mówiła, przybywało jej siły, tak, że odrzuciła od siebie smoka cisnąwszy go w dolinę, po czym natarła z mieczem i za jednym zamachem ścięła wszystkie głowy. Wówczas cialo potwora zamieniło się w górę Woloszyn, stojącą po dziś dzień. Wojska Gorynycza bały się odtąd atakować Montanię. Raz tylko ruszyła tam armia olbrzymów i trolli, lecz królowa Tatra zesłała, aby ich wypędzić zadymkę. Jednak bestie były uparte i szły do celu po omacku, az potopiły się w Morskim Oku. Gorynycz był wściekły. Osobiście ruszył na Montanię – w splotach żmijowego cielska uwięził królową Tatrę, po czym nie mogąc zabić jytnas zatopił ją w bryle lodu. Nastęnie spalił Śnieżelicę, razem z królem Gąsienicą, lennikiem aplańskiego Mszczuja Starego, Scareyov, Crinix, Toreń, lasy... Matką Żmeja Tugarina i Wołoszyna była Locha, wciąż pozostająca królową Čortów. Gorynycz spalił Nist, Oskę, Asgard – stolicę Nürtu, Loitikon, Presnau, Likostopolis, Jezioro Niedźwiedzi, wiele innych siół i grodów. Nie oparły mu się Sybaris, Çatal Höyük, Tmu Tarakan, ni Mohenedżo Daro. Dziennie pożerał tysiące ludzi, wielu też więził, a jak jego potworna armia szalała po świecie, to niejeden odwrócił się od Spora, by o ocalenie błagać Ageja i Enków. Żaden wojownik nie mógł mu sprostać – co więcej Gorynycz zamroził Morze Joldów czyniąc je więzieniem dla Juraty, Boruty, Leśnej Matki, Dziwicy, Arktura, Żweruny, Deneba, Świętowita, Welesa, a nawet Jarowita. Niewolnicą Lochy została królowa rusałek i wodników Ruta. Celem Gorynycza było odebranie władzy Agejowi i podbój świata. Powszechnie zapanował smutek i oczekiwano końca świata. Niektórzy, nie wiedząc kiedy zginą, na potęgę oddawali się przeróżnym uciechom, inni szukali winnych pojawienia się Gorynycza i tych mordowali. Wąż nienawidził ludzi i nie przyjmował poselstw błagających o litość. Tymczasem ocaleli Enkowie zebrali się wokół Ageja, by pytac o ratunek.
- Węża uda się zwyciężyć, jeśli dwóch śmiertelników odda życie w tym celu – brzmiałą odpowiedź. – Pamiętacie Tatrę i Kościeja?- Enkowie a zwłaszcza Mokosza i jytnas Gromorodna stropili się, bo kochali ludzi, lecz nikt z nieśmiertelnych nie był włądny uczynic się śmiertelnikiem. Tymczasem liczba ludzi topniala jak wiosenny śnieg. W Mavkovie, gdzie szalał Czarna Wólka żyło dwóch braci – Belsk, zwany Dużym i Kallap. Ich matkę pożarł potwór. Pewnego razu, gdy pracowali na polu, ujrzeli Mokoszę, która dała im diament o dziesięciu kolcach, ,,którego będą się bac wszystkie bestie’’.
- Zginiecie spalenie przez smoka, lecz wasza śmierć uwięzi króla Čortów w skale – powiedziała im.
- Chodzą słuchy, że gierhoj3 Dobrynia z Orlandu szykuje wyprawę przeciwko Gorynyczowi – mówił Belsk. – Mój brat i ja chcemy tam iść – Mokosza dała im miecze, włócznie, tarcze, łuki, strzały i zbroje, a następnie znikła.
- Czyżby to może była południca? – zamyślił się Kallap, lecz Belsk zgromił go wzrokiem.



,,Nie opodal Kijowa żyłą wdowa, Mamielfą Timofiejewną nazywana. Miała ona ukochanego syna, osiłka Dobrynię. Sława o nim rozeszła się po całym Kijowie. Bo i jakże mogło być inaczej, skoro Dobrynia był i wysoki, i zgrabny, i wykształcony, na biesiadach wesoły, w boju mężny. Potrafił pięknie zagrać na gęślach, ułożyć pieśń, oraz słowem rozumnym się ozwać. I charakter miał Dobrynia dobry. Zawsze był spokojny, łagodny i opanowany. Nie pozwolił nigdy na grubiaństwo, czy nietakt wobec ludzi. Dlatego właśnie nazywano go ‘Cichym Dobryniuszką’’’ - ,,O Dobryni Nikityczu i Smoku Gorynyczu’’; baśń rosyjska ze zbioru ,,Mocarni czarodzieje’’.

W Orlandzie, Gorynycz spustoszył wyspę Cortix i porwał królewska córkę, Zabawę Putiatiszną (Savava ov Putiatisnaya). Poniósł ją na wschód, gdzieś w okolice rzeki Roxyzor. Wówczas zakochany w niej wojownik z Dzikich Pól, Dobrynia (Dobrinia), syn wdowy Mamielfy, z całego Orlandu i okolicznych krain, zebrał junaków, by zabić potwora i uwolnić królewnę. Uzbrojony był w czarodziejską szpicrutę, uszytą przez Mamielfę z siedmiu jedwabi. W jego drużynie, oprócz ludzi, byli Neurowie, Lynxowie, Płanetnicy, żmijowie, rusałki, a także uzbrojeni przez Mokoszę bracia Belsk i Kallap. Towarzyszył im Puczajka (Pučayka) – górski smok, jak wszystkie górskie smoki wielkości wilka, który wszem i wobec rozgłaszał, że jest wrogiem Gorynycza. Niestety w drużynie znalazł się też Żmej Tugarin w ludzkiej postaci. Przed spotkaniem z Dobrynią, bracia urządzili w Mavkovie polowanie na Czarną Wólkę, lecz nie mogli go wytropić. Dobrynia stoczył wiele walk z potworami służącymi Gorynyczowi – gromił je jedwabną szpicrutą, a jego wydobyty z zarosłej gnojem stajni, czarny koń Burhaszka, był równie nieustraszony, co jeździec. Niejeden troll, brukołak, wielki wąż, czy smok znalazł śmierć pod jego podkutymi kopytami. Sfinksy, mantrykony i chimery, Dobrynia po prostu dusił. Tak drużyna była z każdym dniem coraz bliżej Roxyzoru, w którego wodach pławił się Gorynycz. Jego słudzy pierzchali na widok klejnotu o dziesięciu kolcach, który nieśli w złotym relikwiarzu Belsk i Kallap, śpiewający hymny na część Mokoszy. Razem z ludźmi walczyli nieuwiezieni Enkowie, a zwłaszcza Swaróg z synem Swarożycem i Moksoza, której nie imały się zatrute strzały wąpierzy.
- Jeśli zabiję Gorynycza i uwolnię Zabawę Putiatiszną, to zaprowadźcie mnie nad Visanę, bym mógł zmierzyć się z Czarną Wólką – prosił Dobrynia.
- Nie omieszkamy – rzekł Kallap.
Drużyna była dzięń drogi od brzegów Roxyzoru, gdy doszło do koeljnej bitwy ze straszydłami. Smoki bały się czarodziejskiej szpicruty, którą wymachiwał Dobrynia. Unikał jej sam wielki zaskroniec z Czterowody. Dobrynia bił zielonego smoka, aż zęby leciały na wszystkie strony, a za sobą miał Żmeja Tugarina na karym ogierze. Zielony smok już nie żył, gdy nagle z ust Żmeja wydobył się ogień, wyrosły mu skrzydła, ogon i pazury. Syn Gorynycza przybrał smoczą postać i zwalił Dobrynię z grzbietu Burhaszki. Mąż i smok kotłowali się na trawie, ogier Tugarina zamienił się w duzego, zielonego węża, który połknął konia, zanim rusałka Milda przebiła go oszczepem. Gdy nadjechali Belsk i Kallap, Żmej tugarin miał przetrącony kark, zaś Dobrynia – przegryzione gardło. Ludzie jeszcze raz pokonali straszydła,a poległemu Dobryni wyprawiono wspanialy pogrzeb. Już jutro dzielna Milda weźmie jego czarodziejską szpicrutę, by zabijać Gorynycza nad Roxyzorem.
Wieczorem wszyscy usiedli przy ogniskach. Smok Puczajka usilnie prosił Belska i Kallapa, by razem z nim oddalili się od obozujacych, bo chcial powierzyć im jakąś tajemnicę. Bracia posłuchali i odeszli od obozu, choć Kallap podejrzewał coś niedobrego. Nagle Puczajka złąpał szponiastymi łapami głowy obu mężów i nim zdążyli wezwać pomocy Moksozy, plunął na nich ogniem. Trzymał ich za głowy, aż płomienie ich zwęgliły. Następnie wielce zadowolony wzbil się w niebo, by powiedzieć Gorynyczowi o swym czynie lecz padł martwy. Milda ustrzeliła go z łuku.
- Grrrrrrrrrrrrrr! Rrrrrrr! – ze wschodu dobiegł smoczy ryk, zwalający śniegi ze szczytów Alpenlandu i Księżyc zasłonił ognisty obłok. Ofiara Belska i Kallapa zamieniła ciało Gorynycza z wielki łańcuch górski – w owych czasach nazywany ,,Pasmem Gorynycza’’, a obecnie Uralem. Ojcowski zaskroniec stał się kaukazem - z jaskini utworzonej z jego oka wyszła strasznie wychudzona królewna Zabawa Putiatiszna. Błąkała się po azjatyckich stepach, aż przygarnęli ją żółtoskórzy ludzie ze stepów Taj – Każk. Uwięzieni Enkowie i ludzie wyszli z lodowych okowów, a uwolniony Jarowit, razem z Jeźdźćami Ognistego Pioruna zagnał straszydła z powrotem do Čortlandu. Duszę Gorynycza przywiązał nowym, mocnym łańcuchem do do korzenia Wielkiego Dębu i odtąd każdej wiosny wzmacnaił ów łańcuch uderzeniem pioruna. W Aplanie nową osadę na część jednego z braci nazwano Belskiem Dużym. Nowo powstałę góry uznano za granicę miedzy Europą a Azją.

1 Moje imię jest Gorynycz!
2 Osobo Ognista, wspomóż mnie!
3 bohater

Volch Alabasta


,, - Ta drewniana rzeźba przedstawia jednego z wodniaków żyjących w erze morskiej, czyli drugiej – tłumaczył Wiłkokuk. – Istoty te wykluły się z jaja zniesionego przez kosmiczną Łabędzicę... – zwiedzający minęli rzeźbę morskiego robakołaka’’ - ,,Tatra cz. II Wiek Żelazny’’

Morskie robakołaki, zrodzone przez Juratę miały ludzką głowę osadzoną na wężowym ciele. Dzieci Aradvi Sura Aredvi (Mokoszy), lądowe robakołaki wyglądały tak samo. Jedne i drugie nazywały siebie ,,Nagami’’. Żyły na bharatyjskiej ziemi i na Wyspach Wyrajskich. Nagowie mieli królów i królowe, jedli pokarmy mięsne i roślinne. Gdy na ich tereny przybyli ludzie, nauczyli się przybierać ich postać i często mieli wspólne potomstwo.


,, [...] – Czy jesteś wężem? – uprzejmie spytał Akko Jubastin.
- Gotów! – mruknął Lech III.
- Proszę się nie obrażać – włączyła się Yrbos. – Akko miał na myśli Nagów. Są to istoty, które mają ludzkie głowy, a resztę ciała jak węże, ale potrafią przybierać ludzką postać.
- Nikt z nas nie jest Nagiem – odrzekł Lech III. – U nas w Europie żyje natomiast prastary lud Neurów [...]. Mogą oni przybierać postaci ludzkie i wilcze, a nieoświeceni nazywają je ‘wilkołakami’’’ - ,,Tatra. Suplement cz. IV Sen’’.

Za królowej Walaszki królem Nagów został Tarakan. Omamił swych pobratymców słodką mową. Służyły mu bazyliszki, gorgony i słonie. Tarakan gdy już zdobył mir u Nagów postanowił zdobyć ,,Daleki Zachód’’. Jego wysłannicy przybierający postać wodników, donieśli, że wielki krab zabił Walaszkę u ujścia Moltavy, a ponieważ nie zrodziła syna ni córki, wodniki i rusałki mają teraz bezkrólewie. Tarakan wygłosił wielką mowę ku czci wojen zdobywczych.



*
Stazja i Alabasta mieli syna, którego nazwali Volch (Wołch). W szkole nazywano go ,,Volch Alabasta’’, dodając do jego imienia imie ojca. Rodziców ogarnęło zdumienie, bo ich syn mówił już po narodzeniu. Rósł również niezwykle szybko. Jakby tego było mało potrafił zamienić się w mrówkę i gronostaja. Był wielkiej siły i sprytu, a do tego pracowity, posłuszny, uczynny, pobożny, kochający rodziców. Ci nie mieli obaw, że wykorzysta swe zdolności w dobrym celu. Liczył już sobie dwanaście lat, gdy poprosił rodziców o zgodę na założenie drużyny, by szukać sławy mołojeckiej (gloriya gierhoitis). Co zgodzili się, bo miał wówczas wakacje. Poszedł na rozstajne drogi i widzi jak na drogowskazie siedzi dudek. Chwilę później Volch ujrzał postać człowieczą z głową dudka i pomarańczowymi piórami u ramion. ,,Strix1’’! – pomyślał wodnik i podszyty strachem wyciągnął łuk i nałożył strzałę. Nagle – wszystkie strzały zamieniły się w zaskrońce, a tajemniczy osobnik przemówił:
- To ty nie odróżniasz strzygi od upiora?! Jestem jak widac upiorem i nazywam się Dudek. Naszymi braćmi i siostrami są Enkowie i Wieszczyce Losu. Ja nie piję krwi – Dudek położył dłoń na sercu – bo nie jestem wąpierzem. Ty jesteś Volch Alabasta i chcesz założyć drużynę? Ja mogę się przyłączyć – upiór zeskoczył z drogowskazu i podał rękę Volchowi. Następnie Dudek przybrał postać ptaka o tej nazwie i usiadł wodnikowi na ramieniu. Poradził mu wejść w las, a tam oboje ujrzeli zapasy białego rysia i rosomaka.
- Śniło mi się, że objedzony rosomak wyszukiwał w lesie blisko siebie rosnące drzewa i przeciskał się między nimi, aby pokarm opuścił jego trzewia, a potem go na nowo zjadał – rzekł Volch.
- Chyba cię Zmora ukarała tym snem za obżarstwo – odpowiedział nagle rosomak.
Ryś stanął nieoczekiwanie na tylne łapy i okazało się, że ma ludzki kadłub i kończyny. Lynx.
- Szukasz zwady? – zapytał nieuprzejmie wodnika, a ten już zacisnął pięści i był gotów do bójki. Dudek przybrał postać upiora, stanął między nimi i rzekł:
- Jesteście obaj bardzo silni, toteż moglibyście się nawzajem pozabijać – była to prawda. – Zamiast zapasów proponuję więc przeciąganie liny – w dłoniach upiora pojawił się długi sznur. – Rosomak i ja będziemy sędziować. Chcecie tego, czy wolicie się pozabijać, choć nawet się nie znacie?
- Dobrze radzisz! – Volch Alabasta i Lynx byli zadowoleni ze słów upiora.
Złapali za sznur i naprężyli muskuły. Ciągną i ciągną, lecz żadnemu nie udało się uzyskać przewagi. Wreszcie sznur zamienił się w żmiję, a obaj mocarze puścili go. Wówczas żmii wyrosły błoniaste skrzydła i szponiaste łapy. Zamieniła się w smoka powietrznego i odleciała w siną dal. Dudek i rosomak smieli się, co udzieliło się również niedawnym wrogom. W najlepszej komitywie szli przez las, a Lynx o imieniu Białuszko ciekawie opowiadał o zwierzynie i roślinności. Volch Alabasta serdecznie wszystkich rozbawił swoim snem o rosomaku opijającym się krwią reniferów.

,, [...] Kola wszedł do izby i dostrzegł w niej siedzącą stara, prastarą Babę – Jagę. Ta zaś popatrzyła na przybysza i rzekła:
- Ducha ruskiego nie było było tu widać, ani słychać. A ten sam się zjawił. Zaraz cię pożrę!
- Milcz, stara jędzo! Udławisz się mną, bo jestem zdrożony i brudny [...].
Zdziwiła Babę – Jagę śmiałość młodzieńca. Toteż darowała mu życie’’ - ,,O młodzieńcu Koli i pięknej Nastazji’’, baśń rosyjska ze zbioru ,,Mocarni czarodzieje’’.

Dudek, Volch, Białuszka i rosomak szli i szli, aż zapadła noc i po lesie zaczęły hulać nocnice. Zobaczyli kolorowy domek wznoszący się na kurzej nóżce. Przed nim siedziała czarnowłosa postać kobieca w sukni ze skóry tiherny. Miała świecące, niebieskie oczy i szpony na palcach. Była to Mora Zjadarka. Na widok wędrowców wstała z ganku i poczęła ich witać bardzo wylewnie.
- Uważajcie – szepnął Dudek – to jest mora. Chce was udusić, a potem zjeść. Tak robi z wszystkimi swymi gośćmi. Ja jednak mam na nią sposób – wszyscy poszli do chaty, a tam mora podała im wieczerzę. Dudek po kryjomu wręczył Volchowi, Białuszce i rosomakowi po listku, który kazał włożyć pod język.
- To liść unieszkodliwiający wszystkie trucizny – wyjaśnił. – Goście zjedli, poszli do łaźni, a następnie do łóżek. Dudek kazał Volchowi czuwać. Istotnie, gdy Białuszka już spał, do sypialni, cicho jak kot, weszła Mora Żarłonia, której imię znaczyło: ,,Ta, która zjada’’. Volch Alabasta zmienił się w mrówkę i zszedł na klepisko. Zatopił żuwaczki w pięcie mory, a ta wrzasnęła.
- Bijcie kije – samobije! – krzyknął naraz Dudek budząć Lynxa i jego zwierzę.
Do sypialni wleciały dwa kije i rzuciły się na morę.
- Jej matka była czarownicą – tłumaczył Dudek – nasza gospodyni używała ich do ubijania mięsa.
Mora padła na podłogę i wiła się, a kije nie miały litości.
- Nie pozwólcie, by mnie uśmierciły! – wołała mora, a Dudek rzekł:
- Całymi latami dusiłaś i pożerałaś, a teraz przyszła kryska na matyska! – powiedział upiór.
- Litości! – wrzasnęła Mora Żarłonia.
- A gdzie ty miałaś litość? – spytał się Dudek.
- Dość już kije – samobije! – rzekł Volch pod postacią gronostaja.
Kije natychmiast opadły na klepisko. Mora leżała na nim, cała w guzach i siniakach, nie mając nawet sił, by dziękować wodnikowi zamienionemu w zwierzę.
- Nie zabijemy cię – uspokoił Morę Żarłonię upiór, po czym wziął łańcuch i związał ją. – Pójdziesz pod sąd leśny! – rankiem wędrowcy przekazali groźną istotę driadom do osądzenia.
Sędzina, imieniem Rajeczka wypowiedziała zaklęcie, a mora znalazła się nagle we flaszce. Zakorkowano ją.
- Teraz wrzucimy Morę Żarłonię do rzeki – orzekła sędzina.
Prąd rzeki porwał flaszkę do morza, gdzie znalazła ją morska rusałka i złożyła z niej dar dla Juraty. Enka odkorkowała flaszkę, a mora miała jej służyć na wynagrodzenie swych win.

*
Volch Alabasta osiągnął piętnasty rok życia. Tymczasem Tarakan podbił Seylan, Międzyraj i inne krainy wschodu. Jego słonie piły już wodę z Roxyzoru. Nagowie prześladowali rusałki i wodniki, a szły z nimi bazyliszki i gorgony zamieniające wszystko w popiół, kamień, lub skwierczącą, czarną galaretę. Jedne i drugie miały bowiem zabójczy wzrok. Armia Tarakana zostawiałą po sobie ziemię i wodę. Wówczas to Volch Alabasta, razem z Dudkiem, Białuszką i rosomakiem wziął udział w obronie. Wojna była długa i straszna.

*
Białuszka nie żył. Bazyliszek wystrzelił w jego kierunku czarny piorun z oka. Wdową została jego żona, a dzieci sierotami. Rosomak zdołał odgryźć orlą nogę potwora, lecz i jego dosięgnął czarny piorun. Lynx i zwierz stali się czarna, skwierczącą galaretą. Niewiele więcej szczęścia miał upiór Dudek. Na złotych skrzydłach leciały za nim gorgony. Ścinał obrośnięte wężami łby, a mając zwierciadło odbijał ich mordercze spojrzenia. Volch pomagał towarzyszowi, szyjąc z łuku do potworów. Trafił jednego z nich, a ten opadał, z wolna rozpostarwszy złote skrzydła, lecz jeden z węży rosnących na głowie gorgony ugryzł upiora w stopę. Ten latał nie zważając na ukąszenie, zabił parę bazyliszków lustrem, lecz po godzinie padł martwy na ziemię. Volch szpiegował w obozie Nagów mając postać mrówki lub gronostaja, Dzięki jego informacjom rusałki i wodniki mogły nieoczekiwanie atakować, bądź uciekać. Sam również walczył z Nagami, oszczędzając wszystkich oddajacych się w niewolę, lecz przelana krew zawsze była dla niego wielką udręką. Teraz po stracie całej drużyny, stał samemu naprzeciw armii bazyliszków i gorgon. Lada chwila nie będzie po nim nawet popiołu. Wspominał jak Nagowie uśmiercili Stazję i Alabastę, jego rodziców i ich pożarli. Palili lasy, zatruwali jeziora i rzeki, kruszyli skały, burzyli domy, palili biblioteki, rozkopywali mogily, obalali olatrze, mordowali istoty rozumne, zwierzynę i roślinność. W brzuchu Tarakana znalazło się wielu kolegów Volcha. Król najezdników kazał sobie skłądać ofiary, dla niego spalono mnarzeczoną wodnika, którą wielce miłował. Na szyi Volch miał zawieszony diament o dziesięciu kolcach.

,,To ten sam, który Mokosza zawiesiła niczym gwiazdę nad Toropieckiem, gdy szły nań Biesy i Čady. Mokosza dała mi go w darze, gdy szedłem na wojnę. Mówiła abym dzielił się dobrodziejstwami tego klejnotu’’

- myślał wodnik. Tymczasem bazyliszki i gorgony otoczyły go i posłały w jego kierunku pioruny z oczu. Jednak odbił je w stronę potworów. Ich węże, złote skrzydła, kogucie grzebienie i dzwonki, modliszkowe odnóża, szczurze ogony i orle nogi stanęły w ogniu. Cała armia bestii paliła się, elcz ogień szybko wygasł. Pole bitwy było pokryte popiołem, z którego zaczęły powsatwać nieuzbrojone wodniki.
- Kim jesteście? – zapytał Volch Alabasta.
- Dzięki ci szlachetny młodzieńcze – rzekł jeden z nich. – Tarakan zamienił nas w potwory, lecz ty nas odczarowałeś.
- To zasługa Mokoszy – odrzekł Volch pokazując niezwykły klejnot.

*
Na polu bitwy stali przeciwko sobie Nagowie; piesi i na słoniach, oraz wodniki i rusalki. Od strony morza przyszła niewiasta w tygrysiej skórze, a w długich, czarnych włosach miała wodorosty i muszle. Coś powiedziała i dwa kije wyskoczyły jej z rąk i dalejże tłuc Nagów i ich słonie. Powstał chaos i masowe ucieczki. Kije okładały wroga przez dwa dni i dwie noce. Wreszcie obie strony wysłały do siebie posłów z żądaniem:

,,Niech dwóch stoczy bój za wszystkich’’.

Przeciwko królowi Tarakanowi walczyły ojcowskie wodniki Ponat i nieznany z imienia, rusałka Wela, Mora Zjadarka, czarownica Vava Jaha, lecz potworny włądca wszystkich zabijał i zjadał. Kolejnym zapaśnikiem był Volch Alabasta. Tarakan walczył pod postacią węża z ludzką głową. Gryzł wodnika, a na zęby włożył żelazną, kończystą protezę, toteż rany krwawiły. Już miał odgryźć kawałek mięsa, gdy Volch schwycil go za gardło. Jednak cialo Naga było wysmarowane oliwą, toteż stale się wyślizgiwał. Nagle –
- Ten kiep tak się mnie wystraszył, że prysnłą – stwierdził król Tarakan, a tymczasem wodnik stał się mrówką.
Wszedł tyranowi do ucha i gdy był już głęboko, przemienił się w wodnika. Ciało Tarakana zostało rozerwane na strzępy. Volch stał przed Nagami czerwony od krwi i były na nim flaki.
- Zlituj się! – zawołali Nagowie pozbawieni nagle władcy. Wodnik o czymś myślał.

,,Jeśli ich wymordujemy będziemy jak oni, może nie wszyscy są źli.’’

- Oszczędzę was, bom sługą Ageja nie Rykara. Wcześniej jednak naprawicie szkody, pod przysięgą wyrzekniecie się napadania na nas i wydacie nam do osądzenia najbliższych pomocników Tarakana! - tak się stało.
Pewnego razu, Volch Alabasta idąc polaną zobaczył na chmurze tron Jarowita. Ukląkł, a król Enków strzelił weń piorunem. Wówczas wodnik został oczyszczony z krwi, którą przelewał, co prawda w słusznej sprawie. Stał się bohaterem wszystkich rusałek i wodników. Dowodził nawet buntem przeciw królowej – czarownicy Malkiešy Lysarayacie.

1 Strzyga!

Teost



,, [...] Z bóstw tych jako wspólnych dla prawie wszystkich Słowian pogańskich wymienić należy Swaroga, boga słońca, czczonego też pod nazwą Dażboga, Swarożyca; kulty tych ostatnich, to jedynie pewne lokalne odmiany pierwotnego kultu słońca i ognia [...]’’ - ,,Encyklopedia Powszechna Wydawnictwa Gutenberga tom 16 Serbowie do Szkocja’’.


Kora pochodziła z Północy, lecz jej rodzice uciekając przed wojną i zimą osiedlili się nad rzeką Nilus. Była dziewicą, lecz ostatnio nawiedził ją Pochwist i oznajmił, że będzie w swym stanie matką. Tak się stało. Gdy rodziła syna, wody Nilusa zmieniły się w wino, na znak wielkiej radości, a zwierzęta zaczęły mówić ludzkimi głosami. Kora i jej mąż Zdenko nazwali go imieniem Teost, a był to Swaróg wcielony w człowieka. Żyli prosto i zwyczajnie, bez żadnych bogactw. Po osiągnięciu dojrzałości, Teost sprawił, że znieba spadły ogromne, żelazne kleszcze. Wylądowały miękko na brzegu rzeki, nikogo nie krzywdząc.
- To dar Enków! – rzekł Teost i nauczył ludzi przekuwać owe kleszcze na potrzebne narzędzia. W erze dziesiątej nie znano bowiem żelaza, lecz narzędzia i broń wytwarzano z kamienia, kości, lub z czarnego, wulkanicznego szkła, zwanego obsydianem. Wiec dziękując mu za dokonany cud obrał go królem. Jednak ani on, ani jego rodzice nie chcieli żyć w luksusie, odcinającym od poddanych. Teost mieszkał w glinianej chacie ze słomianym dachem, a utrzymywał się z lepienia garnków i z pasterstwa. Sprawiedliwie sądził poddanych, wprowadzał nowe instytucje i obyczaje, uzdrawiał, zapobiegał wojnom, nauczał o dobru i złu. Wynalazł koło, kalendarz, zegar słoneczny, kolo garncarskie, oswajał bawoły, antylopy i gazele, oraz konia, wprowadził wiele nowych upraw zbóż i jarzyn, pierwszy podzielił dobę na dwadzieścia cztery godziny, tydzień na siedem dni, odnalazł wiele książek z ery ósmej i dziewiątej, oraz wymyślił własne pismo. Rozkazał spisywać dzieje i wysyłał ekspedycje w odległe strony świata, nad Kongo, Visanę, Gangos, by można było rysować dokładne mapy. Jego żeglarze zbadali Ultima Thule, Bergamuty, Górę Magnetyczną, Morze Suche, a nawet byli na Najdalszym Zachodnim Kresie Świata i Sonorze. Badał lecznicze zioła i je opisywał, posiadał też dużą wiedzę o zwierzynie. W jego czasach dzieci uczyły się przeważnie w domu, a nieliczne szkoły prowadziły chramy. Zniósł kult Čortów i ofiary z ludzi; za jego rządów broń i zbroja były nieużyteczne. Po zjedzeniu żołędzi z dębu Baublis, znikło małżeństwo. Ludzie obcowali cieleśnie z kim, gdzie, kiedy i jak chcieli, a matki, jeśli pozostawiały dziecko przy życiu, czyniły ojcem, tego mężczyznę, który był im najmilszy. Teost przywrócił naturalne prawo małżeństwa między jednym mężczyzną i jedną kobietą, trwającego aż do śmierci jednego z małżonków. Potomni wierzyli, że karał cudzołożników śmiercią, w szczególności niewiasty, które miał palić w piecu. W rzeczywistości było to oszczerstwo czarownika Amosowa – Teost nikogo nie karał śmiercią. Ponadto na drodze stopniowych reform zniósł niewolnictwo.

,,W rzece Nilus żyją Sobakowie – plemię wodników opiekujących się krokodylami’’ - ,,Obraz świata’’

Od czasu wojny Sobakowie zabijali ludzi i karmili ich ciałami krokodyle. Teost zawarł z nimi przymierze i odtąd, ani wodniki, ani ich podopieczni nie zabijali ludzi nad rzeką Nilus.

Bocian



,,Bocian, (Ciconia ciconia L.) [...] Ptak duży, barwy białej o czarnych lotkach. Dziób i nogi czerwone, bardzo długie, nogi w górnej części nieopierzone, trzy palce przednie spięte błoną, tylny sięga aż do ziemi. [...] Żeruje najchętniej na mokradłach, żywiąc się żabami, jaszczurkami, [...], owadami, młodymi zającami, pisklętami innych ptaków, nawet nie gardzi jadowitymi żmijami. [...]. B. jest ulubionym ptakiem naszego ludu [...]’’ - ,,Encyklopedia Powszechna Wydawnictwa Gutenberga tom 2 Assurbanipal do Caudry’’


- Masz tu worek. Chcę, abyś go spalił – mówił Jarowit dos wego sługi, zwanego Bociek. Na jego barki włożył ogromny wór i wrócił do innych Enków. Bociek uczuł jego ciężar, aż przysiadł. ,,Co w nim jest’’? – spytał sam siebie. Odłożył ciężar i zabrał się do rozpalania ogniska. Nagle coś go tknęło. ,,A może w tym worku jest złoto, srebro, perły i drogie kamienie? W takim razie to ognisko byłoby cudowne. Dlaczego jednak Jarowit chce zniszczyć tak piękne rzeczy? Pewnie dlatego, że chce pokoju, a ludzie zabijają się dla klejnotów. A te nie są przecież złe same w sobie! Czy naprawdę muszę je palić? Jarowit chyba się nie pogniewa, jeśli otworzę worek i uszczknę trochę dla siebie’’ – z tą myślą powoli zaczął rozwiązywać wór. Coś zapiszczało i zabuczało i przerażony Bociek ujrzał masy myszy, szczurów, szarańczy, chrabąszczy majowych, norników, polników, ślimaków z muszlą i bez, które rozlazły się po całym świecie.
- Co ja zrobiłem?! – wrzasnął sługa Jarowita.
Jakiś głos mówił mu: ,,Źałuj i umieraj’’. Wyrwał sznur z worka i zarzucił go na gałąź pobliskiego drzewa. Do drugiego końca przywiązał siebie i powiesił się. Po jakimś czasie Jarowit przyszedł, by spytać go czy wykonał zadanie. Ujrzał świat zalany zwierzętami z worka, zaś samego Boćka dyndającego na gałęzi. Zlitował się nad nim i zamienił w dużego, białego ptaka z czerwonym dziobem i nogami. Trochę jednak gniewał się nań, totez za karę osmalił mu końce skrzydeł piorunem. Ptaka nazwano ,,bocianem’’ i jako były człowiek pokutujący za swą głupotę, cieszy się sympatią i szacunkiem na polskiej ziemi. Nie boi się również ludzi i chętnie zakłada gniazda na dachach chałup. A ponieważ nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, zwierzęta, które wypuścił z worka jako człowiek posłużyły za pokarm innym zwierzętom.

Wierzba




W siole Sierpkowice przed jedną z chat stanęła kobieta odziana w łachmany, jednakże jej twarz była piękna. Na palcach miała szpony orlicy, a w oczach – dwa koziołki.
- Dobrzy państwo; dajcie mnie ubogiej czegoś do jedzenia. Pięknie proszę! – żebrała przed chatą Kriva i Drevlany, spodziewającej się dziecka.
- A ty idź won wędrusko – w oknie ukazała się pąsowa z gniewu pani domu. – Słyszysz wywłoko; już cię nie ma!
- Pani złota, ja głoduję! – oponowała żebraczka.
- To sobie wyczaruj żarcie! – burknęła Drevlana i odwróciła się, by móc się krzatać w kuchni.
Żebraczka zawołała na całą wieś:
- Żeby z łona waszego dziecka nie wyszedł syn ni córka! – ledwo wypowiedziała ostatnie słowo, rozpłynęła się jak mgła.
Miesiące mijały jak z bicza strzelił, az Drevlana urodziłą córeczkę. Dziecko rosło i mialo się dobrze, lecz matkę dręczyły dziwne sny. Śniła, że rodzi niemowlę z kamienia, lub z drewna, a tłumy dziewcząt, chłopców i dorosłych wytykają ją palcami szydząc. Czekała na wnuka, lecz jakiś szyderczy głos świdrował jej uszy: Bezpłodna! Bezpłodna! Po każdym z takich snów, kobieta budziła się zlana zimnym potem. Któregoś dnia, gdy jej córka, zwana Wierzbą wyrosła na piękną dziewczynę o czarnych włosach, Drevlana zaprowadziła ją do bab, by zbadały, czy istotnie nie może mieć dzieci. Jakaż była rozpacz matki i ojca, gdy ich obawy zostały potwierdzone! Nie będą mieli wnuków, a cała wieś będzie wytykać Wierzbę palcami, mówić, że jest przeklęta przez Enków; żaden chłop nie będzie jej chciał za żonę. Również sama dziewczyna zmartwiła się, że nigdy niegdy nie zostanie matką. Jednak Mokosza bardzo kochała tak ukrzywdzone niewiasty i nieraz pomagała im zostać matkami. To ona zdjęła bezpłodność z Limby, żony Giewonta i z jej córki – Tatry. Cała rodzina błagała w chramie o zdjęcie złego czaru z Wierzby. Pewnego dnia, a raczej nocy, Drevlana nie mogąc zasnąć, ujrzała w izbie jakąś niewiastę w koronie z płomieni, ubraną w białą suknię i zielony płaszcz. ,,Kriv! Obudź się! Sama Mokosza nas odwiedza’’! – chciałą krzyknąć, lecz nie mogła, tylko poszturchiwała męża. Aredvi dotknęła śniącej o odmianie losu Wierzby, a następnie rzekła do Drevlany:
- Uczynię waszą córkę najpłodniejsza z niewiast, a wy przygotujecie ją do służby w mym chramie – Wierzba zostałą odczarowana, a po Mokoszy nie został w izbie ani jeden ślad. Tak myśleli Kriv i Drevlana, lecz rano, na posłaniu córki znaleźli długi, złoty włos. ,,A więc to nie był sen. Aredvi odczarowała nasze dziecko’’ – myśleli rodzice po czym uczcili to piwem i miodem, zabiciem prosiaka i upieczeniem kołaczy, co ściągnęło do ich chaty połowę wsi. Poważnie potraktowali rozkaz Mokoszy o przygotowaniu Wierzby do służby w chramie. Dostała nową, białą szatę z wyszytym na piersi czerwonym, wizerunkiem Enki, którą otaczało dwóch jeźdźców na koniach, cztery kwiaty, cztery pawie i dwa motyle. Na głowie Wierzba nosiła wianek z lilii, do czoła miała przywiazany szafir. Jej palec zdobił pierścień z wyobrazeniem jednorożca.1 Mokosza udzieliła jej takiej mocy rozrodczej, że z jej łona wychodziło złoto i srebro, za które świątynia wykupywała jeńców pojmanych przez bandę Osteryka, kwiaty, kamienie, perły, szaty, ciasta, które następnie składała w darze Mokoszy i innym Enkom, zboże, drób, ryby, bydło, którymi wspierała ubogich i pogorzelców, leki na wszystkie choroby, a nawet broń do odpierania ataków zbójców (z urodzonego przez nią łuku, kapłan Sulimir posłał strzałę w oko samego Osteryka). Mogła rodzić co chciała, lecz pragnęła mieć dzieci. Mokosza pozwoliła jej poślubić bezpłodnego Bolesława. Kilka dni po ślubie rozszarpały go w lesie, gdzie szedł wbrew ostrzeżeniom strzygi, a Wierzba powiła sto dzieci – pięćdziesięciu chłopców i tyleż dziewczynek. Rzecz niezwykła w owych czasach - wszystkie przeżyły. Część wybrała służbę w chramie, część została ratajami w Sierpkowicach, a jeszcze inne założyły nowe sioła. Nie przestawała być piękna, a choć serdecznie kochała Mokoszę, powoli wzbijala się w pychę. Była znana i szanowana przez całe Sierpkowice, aż z Gryfii i wyspy Cortix przybywały do niej bezpłodne kobiety, które leczyła mocą swej pani. Pewnego dnia słysząc słowa pieśni ,,Wierzba zrodziła setkę dzieci, a z łon Mokoszy, Dziewanny i Juraty wyszło całe życie’’ pomyślała sobie: ,,Żadna z niewiast nie jest tak płodna jak ja, niewiele ustępuję Aredvi, a mimo to nikt nie oddaje mi czci, nawet jako jytnas. Czyż jestem gorsza od Enków’’? Myśłi te trapiły ją codziennie, w ednie i w nocy, aż wreszcie Wierzba postanowiła: ,,Zrodzę hufiec olbrzymów, które poprowadzę na Wielki Dąb. Zwyciężę Enków i cała ich sława spłynie na mnie’’. Jej łono opuściło tysiąc chłopców, którzy gdy dorośli, stali się wielkoludami, bez ludzkich uczuć. Zrobili sobie zbroje ze skór wielkich ryb z jezior krainy Burus, miecze z obsydianu, oraz wielką klatkę. ,,Zamknę w niej Mokoszę, Juratę i Dziewannę, a Świętowit, Swaróg i Boruta będą moimi mężami. Oczywiście znajdzie się w niej miejsce dla Gromorodnej, bo Jarowit tez mi się podoba’’ – pomyślała. Opuściła chram i stanęła na czele armii swych synów. Rozpięto chorągiew z fantastycznym drzewem rosnącym nad wodą. Wierzbę poparło wielu mieszkańców Sierpkowic – starszyzna, jak i młodzież. Dowodziłą z grzbietu białej klaczy, ubrana w krasną suknię wystającą spod skóry ojcowskiego karpia. Pancerne olbrzymy przemaszerowały na południe siejąc zniszczenie. Siódmego dnia od wymarszu nad chorągwią z wizerunkiem drzewa załopotały skrzydła wielkiego jak Kraken smoka. Był brunatny, miał siedem głów i dziesięć ogonów.
- To Girginicz! – najbojaźliwszy z olbrzymów zasłonil się szczetem, spiął konia i chciał zawracać, lecz jego bracia szyli do poczwary z łuków.
- Głupcy! – ryknął smok Girginicz i wszystkie siedem paszcz plunęło ogniem, a następnie tchnieniem zamrażającym rzeki i morza. Bestia obniżyła lot i poczęła pożerać trupy koni, wielkoludów i sierpkowiczan. Ledwo żywej Wierzby smok nie zauważył. Poleciał dalej paląc dla rekreacji sioła i lasy. Jego ofiarą padły tez Sierpkowice – zginęl wóczas Kriv i Drevlana, rodzice Wierzby. Ona sama, pozbawiona wierzchowca, poczuła, że jej nogi grzęzną w błocie. Usiłowała je wydobyć, lecz jeszcze bardziej zanurzała się w czarnej mazi. Płąkałą widząc klęskę swej armii, przerażeniem napawała ją perspektywa utknięcia na stałe w rozmokłej ziemi. ,,Mokosza zemściłą się na mnie. Chciałam ją uwięzić, a to ona mnie uwięziła’’! Jej serce napełniła skrucha, a ona sama była mokra i czerwona od łez. Zrzuciła rybią skórę, lecz nadal nie mogła wyjść.
- Matko wybacz! – krzyknęłą, a w uszach usłyszała: ,,Przebaczam ci’’.
Jej nogi zamieniły się w korzenie, skóra zgrubiała i stała się brązowa, twarz rozpłynęła się, a ręce i włosy były teraz giętkimi gałązkami, na których wyrosły zielone listki. Wierzba stała się dziwnym drzewem ze swej chorągwi – teraz zwie się ono ,,wierzba płacząca’’ i jest symbolem płodności (czarownice często robiły swe miotły z drewna wierzbowego). Rosła całymi wiekami, obumarła dzień przed potopem. Od niej wywodzi swój ród plemię Drewlan i Piotr Wierzba z Pawlaczycy.

1 W tym wypadku – symbol dziewictwa. Autor jest przeciwnikiem ,,wolnej miłości’’ i czynów homoseksualnych.

Chrzest Polski


To opowiadanie znalazłem w ,,Codex vimrothensis’’. Nie potwierdzają jego prawdziwości ani Kościół, ani historycy. Jest to bowiem wyłącznie twór bujnej wyobraźni Innowojciecha Błyszczyńskiego.
Mieszko (Metytlałos), gdy został królem, wziął sobie za żony siedem niewiast. ,,Biada!’’ – myśleli poddani. ,,Tyle samo żon miał król wąpierzy Tybald, wielki niegodziwiec, zabity przez księcia Ruryka’’. Jednak Mieszko panujący miłosiernie i sprawiedliwie, nie przypominał zgoła króla wąpierzy. Jego żonami stały się najpiękniejsze i najmilsze panny z niemal całego kraju: Listka z Pomori, Dobrota z Polani i Jarota z Gopalni, Lisywka z Lubusza, Zwolenka z Mazivy, Szarotka z Montanii i rusałka Lilistka z Zielonych Stawów. Każda miała tytuł królowej i w swojej części Analapii miała przecudny pałac, każdy jeszcze z czasów Popiela II Gnuśnego, służbę, zwierzyniec i wszelkie dobra, sprowadzane z dalekich stron przez kupców arabskich.


,,Mieszko nawet nie wiedział w jak wielkiej żył nędzy’’

- głosił utwór, którego tytuł się nie zachował. Pewnego razu, król udał się z braćmi Czciborem i Budzimirem na łowy do puszcz okalających gród stoleczny. Goniąc za jeleniem, odłączył się od orszaku i zapuścił w ruiny chramu wszystkich bogów. Ongiś król Popiel I Okrutny miał sen, w którym król izraelski Salomon, cesarz bizantyjski Justynian Wielki i Papież, przyszli do nesty i złorzyli mu hołd. Popiel tak zrozumiał sen; ,,Wybuduję przybytek większy i wspanialszy niż świątynia w Jerozolimie, cerkiew Hagia Sofia w Carogrodzie i kościół świętego Piotra w Rzymie’’. W jego zamyśle, ów chram miał być tak wysoki jak obecna Statua Wolności. Wnet zgromadził środki i rozpoczął budowę. Jednak jego budowniczy nie potrafili wznieść budowli tak wysokiej, przeto zawaliła się, pogrążająć Popiela I w smutku i wściekłości.
Mieszko stracił jelenia z oczu. Słońce paliło niemiłosiernie, więc zsiadł z konia i postanowił się zdrzemnąć wśró ruin. Przespal się trochę, aż zbudził go śpiew; piękny jakby śpiewała rusałka, albo okeanida.

,,Oświecony przez Ducha,
ochrzczony w ogniu,
kimkolwiek jesteś, dziewicą, mnichem, kapłanem,
ty jesteś tronem Boga,
jesteś siedzibą, jesteś narzędziem,
jesteś światłem Boskości’’1.

Mieszko zerwał się na równe nogi. Ujrzał cudną Pannę w sukni błękitnej, noszącą koronę, której skronie zdobiły złote pierścienie. Bił od Niej łagodny blask jak od małego Słońca, a zapach roztaczała niczym lilie i róże. Na ramionach trzymała Niemowlę w koronie, a pod stopami miała boga wód Żmija, którego czczono ofiarami z dziewic. Władca nie mógł wymówić ani słowa, ani czuć pożądania, jak wówczas gdy widział żony. Z czcią padł na twarz, aż Panna znikła. Tymczasem nadjechali bracia Mieszka.
- Dlaczego leżysz na ziemi? – sytał Czcibór.
- Bo ujrzałem boginię potężniejszą od Żmija – mówił rozpromieniony król Analapii.
- Trzeba spytać się kapłanów, może oni wiedzą, jakie jest Jej imię – stwierdził Budzimir.
Nie czekając, Mieszko zawołał przed swe oblicze kapłanów i opowiedział im o swym widzeniu, pytając o imię ,,bogini’’.

,,Niewiele, prócz tego, że byli, wiemy o pogańskich kapłanach naszych ziem. Czy nosili długie szaty druidów? Rozczochrane brody derwiszów? Biel rzymskich celebransów? [...]’’

- pisał o nich Ludwik Stomma. Zapytani przez władcę, długo się zastanawiali. Mówili o Mokoszy, Marzannie, Dziewannie, oj daleko było im do zgody! Któryś powiedział, że Ta, którą widział Mieszko, nosi wiele imion, a inny nabrał wody w usta. Król zaczynał już się niecierpliwić. Wreszcie najmądrzejszy z nich zaproponował:
- Spróbuj panie, pójść tam jeszcze raz, a jeśli Ona znów się tobie ukaże, spytaj Ją o imię – tak właśnie zrobił Mieszko. Udał się znów na ruiny chramu, razem z siostrą Jagodą, późniejszą Adelajdą, królową Węgier. Obojew czekali i prosili Panią w Błękicie, by znów się ukazała. Wtem – zobaczyli Ją! Brat i siostra padli na twarze, po czym Mieszko z trwogą rzekł:
- Jakie jest Twoje imię, o najwspanialsza z bogiń?
- Jestem Maryja. Nie nazywaj Mnie boginią. Nie ma żadnych bogów, ni bogiń, jest tylko jeden Bóg.
- A czy nie ma także takiej bogini, co ją czczą od niepamiętnych czasów wszystkie ludy? – odezwała się Jagoda.
- Jej też nie ma. Bóg jednakowo kocha mężów i niewiasty i za nich i za nie przelał swą Krew.
- Więc kim jesteś, Pani? – siostra Mieszka zadała kolejne pytanie.
- Jam córą Ewy, tak jak ty – mówiła do Jagody. – Bóg wybrał Mnie na Matkę swego syna Jezusa Chrystusa i poczęłam jako dziewica, za sprawą Ducha Świętego. Bóg jest jeden, ale w trzechy Osobach. Pragnie, abyście wy i wasz lud przyjęli wiarę w Niego, lecz aby to zrobić musicie odrzucić wiarę ojców, bo choć droga waszym sercom, nie ma w niej Prawdy. Nie ma kogoś takiego jak Bóg Niemców. On kocha całą rasę ludzką, a jednego z waszych potomków powoła na swego zastępcę. – Widzenie się skończyło, ale odtąd Mieszko, razem z siostrą, lub braćmi, niemal codziennie chodził na ruiny Popielowego chramu, by rozmawiać z Maryją. Po pewnym czasie, postanowił przyjąć chrzest. Jego siostra chętnie się zgodziła, Czcibór mniej chętnie, a Budzimir do końca życia został poganinem, choć umierając wzywał Jezusa i Maryję. Możnym z otoczenia króla żal było starej wiary. Aby ich przekonać, król pokazał im dwie szkatułki. Jedna była ze złota, a druga z brzozowego drewna.
- Jak myślicie, której zawartość jest cenniejsza? – spytał Mieszko.
- Złotej – stwierdzili zgodnie możnowładcy, a gdy król ją otworzył, ze szkatułki wydobył się straszliwy odór gnoju. Wtedy władca otworzyłą tę drugą i już nie było czuć gnoju, lecz przecudne wonności, daninę kupców arabskich. Wielu skłoniło to do przyjęcia chrztu, dając do myślenia. Wreszcie nadszedł dzień chrztu. Miał on miejsce na Wyspie Ledy, lub jak kto woli – w Ratyzbonie. Chrzcił biskup misyjny Jordan, człowiek surowy, lecz dobry.

,,Nagnij hardy kark i słuchaj: Pal to co czciłeś, czcij to co paliłeś’’

- tak ongiś mówił ten co chrzcił Klodwika, króla Franków i przyjaciela króla Bogdala. To samo powiedział Jordan władcy Analapii. Biskup chrzczący Analapów przeżył wiele przygód. Raz w lesie napadli go zbójcy i już miał zginąć, gdy uratowali go leśni ludzie. Jordan napisał o nich długi list adresowany do Papieża. Zakończył go słowami:

,,Gdyby leśni ludzie znali Chrystusa, żaden lud nie czciłby Go tak gorąco jak oni’’.

Neofita oddalił wszystkie swe żony i poślubił Dobrawę z Bohemii. One też przyjęły chrzest i każda znalazła sobie dobrego męża. Niebawem Mieszko udał się znów na ruiny Popielowego chramu, tym razem z Dobrawą i po raz ostatni przed śmiercią ujrzał Maryję.
- To Ona przywiodła mnie do chrztu – rzekł Dobrawie, po czym zdjął z palca pierścień Wizimira, który przez wieki nosili królowie analapijscy i rzekł:
- Zabierz go do Nieba i niech się zapełni Analapami, zaś mój lud niech zasłynie z czci ku Tobie!
- Amen – odrzekła wzruszona Dobrawa, a Maryja znikła.
Po raz kolejny od czasów Wandy i Bogdala, w glebę ludu analapijskiego wrzucono ziarno Dobrej Nowiny, tym razem na trwałe. Mieszko, zwany ,,Dawidem Północy’’ ułożył na cześć Maryi hymn - ,,Bogurodzicę’’. Trwała uczta na zamku w Neście. Nagle – Mieszko wstał, podniósł w górę srebrny, zdobiony turkusami kruż, napełniony małmazją i zawołał po starokrasnemu:
- Eichen lyva kristiyeńskaya Palana! – wszyscy osłupieli, a on powtórzył po łacinie: ,,Vivat Polonia christiana’’!, a w końcu wypowiedział te słowa po słowiańsku: ,,Niech żyje chrześcijańska Polska’’!
Dobrawa pierwsza wstała ze swoim pucharem i rzekła ,,Niech żyje’’, a za nią toast wzniósł biskup Jordan i pozostali biesiadnicy. Od tego czasu, kraj założony ongiś przez Lecha I Dalmackiego, już nie zowie się Analapia, lecz Polska. Nazywa się tak po dziś dzień. Jednak Analapia nie umarła. Wszystko co był w niej piękne, prawdziwe i dobre, przejęła i pomnożyła chrześcijańska Polska.

1 autentyczne