sobota, 2 kwietnia 2016

Ognisty człowiek

,,Czasem łatwiej przychodzi śmierć szybka a bohaterska, niż praca znojna, zdawać by się mogło – niegodna uwiecznienia w pieśniach, a mimo to bardziej potrzebna'' – Chiron Hipocentaurus




Od niepamiętnych czasów, na rozległych bagnach Sklawinii, gdzie ludzie żyli jak bobry, ukazywały się błędne ogniki. Były to żywe istoty, starsze od ludzi, bo stworzone przez Mokoszę już w erze dziewiątej. Wśród ogromnej ich liczby widywało się Światła, których postać przybierały rusałki i wodniki, a także ognistych ludzi i świeczniki. Te dwie ostatnie rasy jawiły się ludziom w rozmaitej postaci; jako błędne ogniki barwy czerwonej, żółtej lub sinej, tańczące na polach i błotach jako niewielkie kule ogniste, migoczące światełka, płomyki – całe konstelacje płomyków, niekiedy jak w przypadku ognistych ludzi – układających się na kształt ciała ludzkiego.
W owym czasie na bagnach gdzieś w Analapii żył sobie ognisty człowiek o imieniu Iskrzyk. Całe jego ciało utkane było z iskier i płomyków. Iskrzyk mógł je dowolnie przybliżać, przemieszczać i oddalać, kurczyć się do rozmiaru płomyka świecy, lub stawać się tak dużym jak ognisko, nad którym można by upiec wołu. Potrafił też przybierać postać psów i innych zwierząt o ciałach utkanych z ogników.






Razu pewnego znudziło mu się ciągłe mieszkanie na bagnie, zapragnął poznać szeroki świat. Gdy odchodził, ojciec i matka dali mu złoty nawęz, zwany ,,Obliczem Swarożyca'', chroniący przed wodą mogącą zagasić ogień Iskrzyka. Nawęz ów miał zaś postać niewielkiej okrągłej tarczy z wyobrażeniem Słońca. Iskrzyk szukając przygód, doleciał pod postacią ognistej kuli z rozwianym ogonem nad Morze Srebrne, gdzie został uczniem morskiego wodnika, mistrza Sinowłosa, który czuprynę miał długą i niebieską. Pod jego okiem uczył się Iskrzyk całymi dniami walki mieczem, szablą z ości ogromnej ryby, trójzębem i harpunem, zasad postępowania z honorem zgodnego i reguł dworności. Już wkrótce młody ognisty człowiek miał przeżyć swój chrzest bojowy...


*





W owym czasie, gród Roztokę nad Morzem Srebrnym, w prowincji Bliski Zachód nawiedził luty smok. Wielki jak korab Waregów, albo półtorej wieloryba, wynurzył się z sino – zielonych fal białogrzywych. Był to morski smok, nie mający skrzydeł. Palce jego spięte były błoną, ogon zaś kończyła płetwa w kształcie żabiej stopy. Potwór zionął niebieskim płomieniem. Gdy wypełznął na plażę, jął palić rybackie korabie i sieci rozwieszone na Słońcu, aby się suszyły. Nie darował chatom na podgrodziu Roztoki, lecz niszczył je bezlitośnie. Pożerał ludzi i ich trzodę. Wielu wojów, zachęconych nagrodą króla Bogusława I, syna Radosława I Wielkiego udawało się do Roztoki, by ubić smoka, dziewic pożeracza, lecz trud ich był daremny. Nikt nie wierzył, że Iskrzyk może uwolnić mieszczan od plagi.






- Smok chlapnie wodą i ugasi tego ognistego człowieka z bagien. Tyle już płakaliśmy, że aż nam łez brakuje, by opłakiwać tego cudaka – mówili mieszkańcy Roztoki.
Iskrzyk zdawał się tańczyć nad wodą. Smok warczał i porykiwał gniewnie, nie mogąc go chwycić zębami, a Sinowłos przypatrywał się temu z bezpiecznej odległości, skryty w falach. Oblicze Swarożyca chroniło ognistego wojownika przed wodą i ogniem z paszczy smoka, niebieskim od soli. Na brzeg wyszli roztoccy kupcy i rybacy, by patrzeć na zażarty pojedynek, w wyniku którego zrodziły się białogrzywe bałwany, hulające na pełnym morzu ku zgubie żeglarzy. Iskrzyk podskoczył tak wysoko jak żaden człowiek nie potrafi. Opuścił się z wolna na powierzchnię morza, a stopy utkane z płomyków spoczęły na łbie smoka. Ognisty człowiek czym prędzej aż po rękojeść zatopił Ość – jak nazywał swój miecz – w smoczych nozdrzach, które tak jak u wieloryba, usytuowane były na czubku głowy. Rozległ się wizg, od którego wały Roztoki zaczęły się rozsypywać. Fale zabarwiły się na czerwono. Ciałem smoka wstrząsnął dreszcz. Szponiasta łapa po raz ostatni pacnęła Iskrzyka. Zerwała mu z szyi złoty nawęz i wciągnęła pod wodę, która ugasiła ognistego człowieka.
Widząc to Sinowłos wydobył miecz Iskrzyka ze smoczej czaszki, po czym wylazł na brzeg i ociekając wodą udał się do bawiącego podówczas w Roztoce króla Bogusława I, aby przypisawszy sobie zwycięstwo, prosić o nagrodę. Król uwierzył wodnikowi i nadał mu herb Żmij Morski, Sinowłos nie omieszkał nawet pokazać władcy smoczego języka, który wił się jak robak. Herb nie był jedyną nagrodą. Bogusław I obiecał również swą córkę Małankę za żonę i nic nie znaczyło to, że bała się wodnika i nie chciała mieszkać w zimnym morzu jako rusałka! Słowo się rzekło....


*

Wody pogrążonej w mroku rzeki Nevedamai niosły łódź Sowicy w stronę Nawi. Wśród pasażerów był jakiś młody rycerz o ciele utkanym z płomyków, a także jakaś mewa. Łódź dopłynęła do przystani na Sudnym Ostrowie, gdzie Weles zasiadał na złotym tronie pośród bagniska, a Mokosza i Čart stali po obu jego stronach, by bronić dusz i je oskarżać. Księga została otwarta, sąd się rozpoczął. Mewa, która towarzyszyła w drodze Iskrzykowi, sfrunęła nagle do stóp Welesa i okazało się, że była to Jurata w ptasim przebraniu.






- Panie bracie – pozdrowiła cara Nawi – przybyłam tu, aby oznajmić ci, że z woli Ageja, ten ognisty człowiek musi wrócić między żywych, aby zapobiec niechcianemu ślubowi królewny Małanki z wodnikiem Sinowłosem – Weles niechętnie wypuszczał mieszkańców Nawi poza jej obszar, ale musiał uszanować wolę Ageja.
- Słyszę i jestem posłuszny – zagrzmiały zgodnym chórem wszystkie trzy głowy pana Nawi, a Jurata okryła Iskrzyka swym płaszczem z grudek bursztynu i już po chwili był znów wśród żywych.
Fale Morza Srebrnego bawiły się złotą wydmuszką niczym piłką. Gdy wreszcie wyrzuciły ją na brzeg, pękła złota skorupka i wyleciał z niej maleńki płomyczek, który rósł i rósł, aż przybrał postać podobną do ludzkiej.
- Jurata mówiła mi – dumał Iskrzyk – że mój mistrz Sinowłos okłamał króla Analapii, aby podstępem poślubić jego córkę. Mam temu zapobiec, bo królewna z wyroku Agejowego przewidziana jest komu innemu – pomyślał ognisty człowiek i zgodnie ze wskazówkami Juraty skierował się do zamku grododzierżcy Roztoki, który gościł króla Bogusława I.
Iskrzyk pod postacią ognistego motyla wleciał w czas wystawnej uczty przez otwarte okno, upodobnił się do człowieka i upadł na kolana przed władcą Analapii. Sinowłos na jego widok przybrał barwę kredy.
- Wiedz, o sławny potomku Wielkiego Lecha – zwrócił się ognisty człowiek do króla – że wydając swą córkę za Sinowłosa, unieszczęśliwisz ją tylko. Nie każda dziewica chce być zamieniona w rusałkę, ognicę, wąpierzycę, czarownicę czy Neuryjkę. Może uśmiecha jej się pozostanie istotą ludzką?
- Cóż za bezczelność! - parsknął któryś z dworzan.
- Wiedz, królu, że obecny tu morski wodnik Sinowłos, który mnie uczył władać orężem, przywłaszczył sobie moje zwycięstwo nad smokiem.
- Czy to prawda? - Bogusław I Radosławic spytał groźnie Sinowłosa.
- Myślałem, że ten ognisty człowiek zgasł w morzu! - odpowiedział szczerze Sinowłos.
- To prawda – potwierdził Iskrzyk – mój ogień zgasł i stanąłem przed trzema obliczami Welesa; wielkiego sędziego dusz, lecz błogosławiona Jurata sprawiła, że powróciłem między żywych. Pytaj jej; ona potwierdzi, a nawet jakby słowo samej królowej Morza Srebrnego ci nie wystarczyło, królu, to tu mam listę świadków, którzy widzieli moje zmagania ze smokiem i mogą potwierdzić, żem to ja go zabił – Iskrzyk zdjął z szyi ołowianą tulejkę i wyjął z niej papirus, na którym wypisane były imiona roztockich kupców i rybaków.
Wobec takich dowodów, król Bogusław I zmienił się na twarzy wobec Sinowłosa i dobył miecza by go rozpłatać jak rybę. Wodnik jednak czym prędzej zamienił się w niebieski płomyczek i wyleciał oknem ku Srebrnemu Morzu. Król odebrał mu herb i nadał go Iskrzykowi, ten zaś chcąc być pożytecznym, porzucił junacki szlak i resztę swych dni spędził wyprowadzając zabłąkanych ludzi z lasów i bagien.




piątek, 1 kwietnia 2016

Rokosz Gliniański

,, […] t. zw. r. gliniański przeciw Ludwikowi Węgierskiemu należy do rzędu legend historycznych'' - ,,Encyklopedia Powszechna Wydawnictwa Gutenberga tom 15 Rewir do Serbja''




Była noc i Srebroniowe promienie z trudem przedzierały się przez gęstwinę liści. Leśną ścieżką jechał rycerz o obliczu ponurym, kolczugą okryty, a koń jego siwy. Jeździec zatrzymał się przy leśnym jarze i zsiadł z konia. Ujrzał wielkie ognisko, przy którym tańcowały nagie czarownice. Na rzeźbionym, hebanowym fotelu sprowadzonym aż z Egiptu, zasiadała ich królowa, w przejrzystą koszulę odziana, a włosy jej złociste i rozpuszczone. Jej głowę zdobił złoty diadem z małym porożem jelenia układającym się na kształt litery ,,V'', tudzież znamienia Kainowego co zdobi głowę żmii. Ujrzawszy ją rycerz ucałował jej kolano.






- Witaj, Boraszko! - pozdrowił królową polańskich czarownic.
- Witaj, Glinie, tyś jest bęś króla Radosława, pierwszego tego imienia i jak wiem przybyłeś tu po władzę nad Analapią.
- Zgadza się – potwierdził Glin, nieślubny syn Radosława I Wielkiego i nimfy rzeki Virany.
- Pomogą ci strzygi i czarownice – rzekła Boraszka podrzucając w dłoni kostkę – możesz też liczyć na możnych panów, zwłaszcza na ród Pompiliuszów, chcących mieć prawo do posiadania niewolników jak u Scytów, Germanów, Egipcjan i Greków. Musisz się jednakże wystrzegać – czarownica uniosła w górę szponiasty palec – szpilkowego lasu, bo tylko on może przynieść ci klęskę.
- Niby w jaki sposób? - Glin nie zrozumiał.
- Nikt się nie ostoi, gdy las na niego ruszy z kopyta – rzekła czarownica.
- Mnie to nie grozi – roześmiał się Glin – nawet twoje czary nie mogą dać nóg drzewom! - tymczasem koszula Boraszki rozwiała się jak mgła.
Glin zrozumiał co to znaczy i zaczęło się wielkie chędożenie, którego opisu wolę Czytelnikowi oszczędzić. Inni powiadają, że było inaczej, że Glin uzyskawszy wskazówkę, natychmiast opuścił sabat i pognał ciemnym lasem do swojego dworca. Obserwował go z gałęzi dębu Nocowid – szpieg królewski, syn kobiety i żmija, który urodził się z oczami żbika. Tenże Nocowid potrafił czytać księgę przy blasku Księżyca. Gdy ujrzał Glina, posłał weń strzałę z łuku, lecz chybił. Powiadają też bajarze, że jakaś czarownica, być może sama Boraszka pod postacią wilka odgryzła ogon konia, na którym Glin jechał, ale to mało rzeczy można opowiadać?


*

W Analapii wybuchł rokosz. Glin niesyty tytułu żupana, ogłosił się królem, a na swą tymczasową stolicę obrał Sirad. Wydał dekret składający z tronu króla Radosława, wydziedziczający jego małoletniego syna Bogusława, pierwszego tego imienia i legalizujący niewolnictwo w Analapii. Zebrawszy pod swymi stanicami rody Pompiliuszów, Starżów, Odrowążów i Myszkowskich, a także strzygi, czarownice i Neurów, wyruszył na Nestę grabiąc, gwałcąc i paląc po drodze.
Król Radosław rozesłał wici do zakonu stuha, do wiernych sobie rodów Toporów i Awdańców, w których żyłach płynęła krew Skarbnika; pana węglowych kopalni Śląża, Błyszczyńskich, Chrynickich, Wierzbiętów i Mierzbów. Pomocy mógł się spodziewać również od rusałek i wodników, gryfów, Lynxów, słowińskich olbrzymów z plemienia Stolimów, żmijów i krasniludków z plemienia Uboża.
Obie armie – królewska pod stanicą z białym orłem Tinezem i rokoszanie walczący pod znakiem węża dipsy z Bharacji o palącym jadzie stanęły sobie naprzeciw pod Błotem – maleńką wioseczką pośród mokradeł, złożoną ledwie z kilkunastu chatynek. Król wysłał herolda do rokoszan. Jego orędzie zostało odrzucone; wyśmiane, przegadane i zakrzyczane – nie każdy kto wygrywa w dyspucie musi mieć rację. Glin uparcie chciał zająć miejsce królewicza Bogusława; od tego zamiaru nie potrafiły go odwieść żadne dobra, ani urzędy. Kiedy dyplomacja zawiodła, obie armie stanęły do bitwy. Potokami krwi współplemieńców – tak przyszło wielkiemu władcy płacić za chwilę zapomnienia się. Należąc do zakonu stuha, król Radosław mocą Mokoszy wzbił się razem z koniem wyżej niż sięgają korony dębów. Trzymaną w dłoni włócznią przebił Vrana; króla strzyg, okrytego szkarłatną szatą wystającą spod kolczugi. Jego miecz ścinał chronione garnczkowymi hełmami głowy strzyg kosookich, sojuszników Glina. Królewscy łucznicy oddali salwę w niebo, a sama królowa Boraszka znalazła się wśród czarownic, które ranione strzałami pospadały z mioteł na ziemię. Ubił Radosław wraz z innymi rycerzami stuha pięćdziesiąt pięć strzyg, za każdym razem wznosząc okrzyk ku czci Swaroga. Królewicz Bogusław rozpłatał dwuręcznym toporem dwa rosłe wilkołaki, braci Scabiora i Scolfa dowodzących złymi Neurami. Glin zbiegł ranny z pola bitwy i schronił się w lesie, gdzie przed pogonią ochronił go mrok zapadającej nocy.


*

W owym to czasie Finryk był królem Sasów, Tasillo zaś zasiadał na tronie Bawarii. Glin oddał pokłon obu władcom bitnych ludów germańskich i przyobiecał im Bliski Zachód w zamian za pomoc w zdobyciu korony Lecha. Wkroczyli przeto Sasi i Bawarowie do Analapii, niosąc na ostrzach swych mieczy i toporów śmierć i zniszczenie. Pożoga szła w ślad za Finrykiem i Tasillem, a gwałt ich poprzedzał. Widząc, że Glin sprowadził na Analapię hordy Germanów, opuściła uzurpatora połowa jego sprzymierzeńców. Hufce króla i rokoszan starły się ponownie pod Wrześnią. Miejscowość ta nosiła nazwę na cześć jednego ze Zviezdunów. Dobył miecza chrobry Radosław i skrzyżował go z orężem króla Sasów, aż iskry się posypały. Z imieniem Świętowita na ustach, król Analapii zatopił miecz w okrytej kolczugą piersi wroga. Wyszarpnął oręż i z tym samym okrzykiem natarł na Tasillę, króla Bawarów w topór zbrojnego. Uchylił się przed ciosem i ściął rudobrodą głowę w hełmie rogatym, a masywne cielsko króla Bawarów zwaliło się z łoskotem jak padające drzewo. Germanie widząc śmierć swych władców z ręki króla Słowian, porzucili pole walki, pierzchając jak sarny przed wilkiem. Straszna to była bitwa, w której wojska królewskie otrzymały wsparcie od Strażników Lasu. Oto mgliście zapowiedziane przez królową czarownic Boraszkę, plemię świerczków – entów świerkowych opuściło swe komysze, gniewnie posapując i miażdżąc najezdników, nie mających szacunku dla leśnych Enków. Świerczki szły niepowstrzymanie, ich korzenie wiły się jak macki głowonoga, a na ich czele szedł strzelisty car Svitibor o srebrzystych igłach, syn Mokoszy. Rokoszanie rzucali oręż i płacząc ze strachu błagali o litość. Glin przegrał bitwę, a wraz z nią również wojnę, gdy Svitibor wraz z innymi świerczkami zdobył jego zamek w Chęcinach.







Król Radosław darował życie swemu synowi z nieprawego łoża, jak też wszystkim, którzy złożyli broń, zażądał jednak ukorzenia się przed nim jako przed sędzią. Pompiliusze stawili się na sąd królewski w worze i popiele, kajali się aż miło i odwiedli tym litościwego władcę od należnej im kary. Glin jednak był zbyt dumny, by się ukorzyć przed kimkolwiek, nawet przed królem. Zdradę planował. Gdy nadszedł dzień sądu, Glin udał się do namiotu królewskiego niosąc oburącz dzban malowany, pełen skarbów zamorskich dla zwycięzcy, jak mówił. Idąc w stronę namiotu władcy swego, potknął się upokorzony uzurpator o korzeń, którego nie dostrzegł. Przewrócił się i padł plackiem do stóp Radosława, co ongiś pogromił demony Zarazy, zaś ozdobny dzban wyleciał mu z rąk i stłukł się. Wówczas okazało się, że zamiast klejnotów, mirry czy przypraw, była w nim dipsa – wąż z dalekiej Bharacji o jadzie palącym, groźnym nawet dla słonia czy smoka. Owa to dipsa mająca ukąsić króla, zatopiła kły w twarzy tego, co nosił ją na swych sztandarach. Glin obrzydliwie posiniał i zaraz potem zmarł wśród majaków. Radosław I Wielki kazał go uroczyście spalić i pochować, bo mimo wszystko, mimo całego wyrządzonego przez siebie zła, Glin był jego synem.







czwartek, 31 marca 2016

Demony Zarazy

,,Mówi się, że gdzieś chodzi po świecie
jakieś dziwne ciche dziecię
Dziewczynka jest to mała
twarz jej śniada suknia biała,
wzrok jej zimny i uroczy,
jakieś martwe, trupie oczy.
W polne maczki się przebiera
po cmentarzach kostki zbiera,
krwawą chustą głowę słoni,
czarny pręcik nosi w dłoni
A gdzie idzie, tam jej ramię
wszystkie kwiatki niszczy, łamie
A gdzie przejdzie tam i w wiośnie
trawka nawet nie porośnie.
Próżno człek ją pyta, bada,
sama tylko z sobą gada
jakieś straszne, dzikie słowa,
których ludzka nie zna mowa...''
- wiersz z XIX wieku.






Działo się to w czasach kiedy na tronie w Neście zasiadał Radosław I Wielki, syn Edmunda Krzywonosego, króla Analapii. W siódmym dniu jego panowania do sali tronowej weszła nie pytając o zgodę strażników dziewczynka, na oko dziewięcioletnia, o cerze śniadej jak u Giptyjki, włosach długich i czarnych, a oczach takich jak te, które ma śnięta ryba. Pogrążona w milczeniu dziewczynka miała na głowie chustkę czerwoną jak maki. Była też odziana w białą koszulę i czerwoną spódnicę. Na szyi miała zawieszony naszyjnik z trupich kostek, w dłoni zaś trzymała czarny pręt, którym zdołała bez słowa wyprawić do Nawi wojów pilnujących sali tronowej. Dworzanie zadrżeli, bo widząc ponurą dziewczynkę o brudnych stopach, przypomnieli sobie na wpół zapomniane klechdy o Cichej – służebnicy Zarazy, która przenosiła śmierć i choroby zaklęte w czarnym patyku. Cicha dygnęła przed królem i wbrew swej naturze powiedziała dziecięcym głosikiem:




- Pani Zaraza przysyła ci, królu Słowian, carzu wielki, pozdrowienia i długich lat życia ci życzy. W zamian za wyrazy szacunku, prosi cię, królu Analapii, abyś przybył do jej uroczyska Zgniłego Błota, aby oddać jej pokłon i złożyć ofiarę w intencji pokojowego współżycia ludzi i Čortów – Radosław I Wielki zadumał się chwilę.
Zasięgnął opinii doradców – jedni z nich to byli starcy siwobrodzi, drudzy zaś młokosy, którym się puch sypał pod nosem – rówieśnicy i towarzysze zabaw młodego króla Analapii. Wreszcie Radosław odpowiedział Cichej:
- Nie jest rzeczą godziwą układać się człowiekowi z Čortami. Pozdrowienia od twojej pani nie chcę, hołdu zaś nie złożę. Idź, nieszczęsna istoto i niech cię Złota Baba skarci! - Cicha spojrzała na króla bykiem i zakasawszy spódnicę czerwoną jak maki, pobiegła w stronę tronu z czarnym prętem wymierzonym w serce króla.
Radosław nie dał się zabić. W decydującym momencie uderzył Cichą z całej siły złotym berłem w śniadą rękę, wytrącając z niej pręt. Cicha przewróciła się z płaczem i krzykiem na błyszczącą jak lustro posadzkę. Król kopnął jej magiczny oręż w odległy kąt komnaty.
- Zadrzyjcie jej spódnicę i dajcie klapsa paskiem na goły zadek, a …. potem wypuśćcie – rozkazał król Analapii wojom, a jego rozkazowi stało się zadość.
- Morowa Suka będzie obgryzała wasze kości! - darła się wniebogłosy Cicha.





Čorty nie wybaczają i Zaraza; Pani Czerwonej Chustki nie była wyjątkiem. Zadęła w róg i od strony zachodu, z dalekiego Tarszisz przyleciały hiszpanki. Miały ci one postać starych kobiet niewyobrażalnej wręcz brzydoty, z zębami czarnymi jak węgiel. Za odzienie służyły im szare płaszcze i spiczaste czapki z futra czarnych kotów. Unosiły się w powietrzu bez skrzydeł, machając dużymi, żylastymi i powykręcanymi rękami. Na ich czele leciał Grypiec – podobny do człowieka o krótkich, siwych włosach, sterczących na jeża, szczerzący żółte kły, ociekające zatrutą śliną, ciągle warczący i bluzgający. Pod jego komendą hiszpanki rozsypywały na sioła i grody trujący proszek, który sprawiał, że ludzie chorowali i umierali na grypę. Na szczęście w Analapii, tak jak w całej Sklawinii byli rycerze stuha – ludzie, Płanetnicy, żmijowie i Lynxowie. Mocą swej pani, Mokoszy, oraz mocą Pochwista, wzlecieli bez skrzydeł pod krzemienną kopułę nieba i dobyli mieczy przeciw demonom Zarazy. Jarowit wspomagał rycerzy stuha bijąc gęsto piorunami. Hiszpanki sypały stuhaczom zatruty pył do oczu, gryzły ich do krwi swymi czarnymi zębami, z butów wyciągały długie szpile, aby wrażać je w serca wojów Mokoszy. Grypiec pluł jadem jak biała kobra co nawiedziła rzymską willę Magnencjusza Promotora, gryzł i drapał. Na dole, na świętej, analapijskiej ziemi, zaraza grypy hiszpanki zbierała śmiertelne żniwo, nie dane jej jednak było trwać w nieskończoność. Żmij Krasuta Mokrydół przebił Grypca palicą ciężką, po czym odciął mu głowę. Stuha rozpalili ogniska na chmurach i wrzucili do nich trupy pobitych hiszpanek. Pierwsza bitwa została wygrana, zaś sławne królestwo Lechitów odetchnęło.





*

Był wieczór gdy Radosław I, król Analapii, wraz z orszakiem kierował się w stronę Rybnego Stawu – sanktuarium Mokoszy w prowincji Zielone Stawy, rozciągającej się między wzgórzem Vovel na północy, a Ojcowem na południu. Arfaxador; biały jak mleko rumak władcy, pochodzący z Persji, zwietrzył niebezpieczeństwo i w porę ostrzegł swego pana, stojąc dęba. Oto z zarośli wyskoczył ogromny wilkołak o czterech oczach. Rzucił się na króla, ten zaś dobył miecza i ściął wilczą głowę, która nawet po dekapitacji nie przestawała kłapać zębami. Jeden z dworzan, cyrulik Belmir wyjął z kalety flakonik ze srebrzystym płynem i polał nim ubitego potwora.




- To płynne srebro, panie – objaśnił – owoc pracy alchemików. Dzięki niemu zły Neur nie ożyje – po tej przygodzie król i jego wojowie wraz z dworakami zostali przyjęci przez kapłanki Mokoszy.
Po zjedzeniu skromnego posiłku w refektarzu – miski gryczanej kaszy z grzybami, popitej słabym piwem, król skierował się do kaplicy, w której stał bałwan Matki Wilgotnej Ziemi, Stworzycielki Rusałek i Wodników, oraz Pani Złotego Łańcucha. Radosław razem z dwoma towarzyszami padł na starannie zamiecioną posadzkę, odmawiał modły, recytował dziesięć świętych imion Mokoszy, w końcu zaczął ku czci zamęczonego Teosta Cara Słońce biczować się po nagim ciele, on i jego towarzysze. Wreszcie gdy było już bardzo późno, Mokosza przybyła na ich wołanie. Zstąpiła z Korony Wielkiego Dębu po promieniu Księżyca. Gdy weszła do kapliczki, jej niewysłowiona uroda przyćmiła wszystkie piękne rzeczy i istoty, jakie król Radosław widział w ciągu całego życia.





- Sława tobie, Królowo Analapii! - król Radosław Wielki jak pierwszy w dziejach określił Mokoszę tym tytułem, ona zaś otarła zakrwawione plecy swym płaszczem i krew zamieniła się w czerwone perły.
- Witaj, umiłowany Radosławie, pasterzu rodu Lecha! - pozdrowiła króla Mokosza. - Hiszpanki zostały odparte, ale Zaraza nie zamierza zrezygnować z zemsty. Widziałam twe łzy nad ludźmi pozabijanymi przez hiszpanki. Dobrześ zrobił odmawiając Zarazie pokłonu, bo kto wchodzi w układy z Čortami, nigdy nie wychodzi na tym dobrze. Zaraza szykuje nowe ataki, a Złota Baba, Znachor – Władca Chorób, ich córka Bolnica i ja, jesteśmy by ci pomóc – w dłoni Mokoszy zalśnił promień Księżyca, który zamienił się w długi, ostry miecz.
- Radosławie, Stoigniewie i Twardogniewie – ozwała się Mokosza – czy chcecie należeć do zakonu stuha? Czy chcecie ubijać latające Čorty?
- Chcemy – odpowiedział król, a z nim dwaj książęta, których przodkowie otrzymali herby od Samona.
- A więc przyjmuję was w szeregi latających rycerzy stuha. Błogosławię wam, byście mogli sprawnie latać bez skrzydeł, bronić słabych i skrzywdzonych. Przyjmijcie te oto srebrne pierścienie ze szmaragdami i moim imieniem; znak waszego zakonu – od tej nocy król Radosław stanął na czele zakonu stuha w Analapii.
Jego pierwszym zadaniem było wykraść i zniszczyć złotą łopatę Kolery, aby powstrzymać nadejście drugiej po grypie hiszpance epidemii.


*

,,Na podolu, na szczerym polu, stoi kuźnia na kamieniu,
A w niej kowal kuje, nigdy ognia nie zgasuje''
- ludowa pieśń z Küjvu






Kolera miała ci postać starej i brzydkiej kobiety w żółtej chustce na głowie. Jej oręż stanowiła złota łopata, śmierć rozsiewająca, na której służebnica Zarazy latała niczym czarownica na miotle. Mieszkała w rozlatującej się, drewnianej chatce wśród prastarych bagien. Wokół jej domostwa rosły olchy, na których wisieli zaczarowani wisielcy. Strzegli oni posiadłości Kolery, a kogo mogli dosięgnąć, tego pożerali. Radosław król Analapii wraz z innymi rycerzami stuha idąc za radą Mokoszy odciął wisielców, któych oczy świeciły zielonym światłem a zęby zgrzytały z gałęzi i zdjął im stryczki z szyi. Polecił ich dusze Sowicy, a wycharsłe ciała piaskiem z woreczka przysypał. Tym sposobem wisielcy już nie musieli straszyć. Ich udręczone dusze zaznały spokoju. Stuha z pochodniami w dłoniach weszli do domostwa Kolery. Zastali ją śpiącą na bujanym fotelu, ze złotą łopatą w ręku. Król ostrożnie wyjmował babinie oręż z dłoni, lecz wtem Kolera zbudziła się. Otworzyła jedno oko i widząc co się święci, zacisnęła palce na złotym stylisku, aż przebiegły po nim złote iskry. Zaskrzeczała groźnie i poderwała się z fotela. Nie było zwyczajem stuha zabijać niewiasty, jednak tym razem król Radosław jednym ciosem miecza Żurawia odciął dłoń Kolery trzymającą łopatę. Kolera zawyła, a pozostali stuha podpalili jej chatę i wylecieli z niej oknem. Stuha udali się na rozległy, tajemniczy step, gdzieś na ziemiach Ludu Ledy. Idąc za radą Pochwista – Striboga odnaleźli Wieczną Kuźnię zbudowaną na fundamencie z kamienia i w jej nigdy nie gasnącym ogniu spalili złotą łopatę Kolery.


*

,,Na drzewach zamiast liści, będą wisieć komuniści'' – Prawe Skrzydło




Gospodarski syn Ździebrzyłko leżał w łożu, w drewnianej bolnicy, czyli chramie Złotej Baby. Służący jej kapłani i kapłanki, biegli w sztuce znachorskiej, sławili swą panią opiekując się chorymi. Zaraza mściła się za klęskę hiszpanek i odrodzonej z brudnego popiołu Kolery zadane przez rycerzy stuha, toteż wracze i znachorzy mieli pełne ręce roboty. Król Radosław na czele zakonu stuha odnosił coraz to nowe zwycięstwa. Jego miecz Promieniem Miesiąca nazwany zadał śmierć odrodzonemu Grypcowi, a także Febrze, siostrom Żółtaczce, Białaczce i Czerownce, mającym postać trzech zmór zjadliwych, Kokluszowi, Zapaleniu, Udarowi, Zawałowi, Durowi, Wylewowi, demonicznej maciorze Śwince, topielicy Odrze i Rakowi Demonicznemu o sinym pancerzu, który rozbiło uderzenie królewskiej maczugi....
Ździebrzyłko, młody chłopak, któremu wąs się dopiero sypał, a serce przygód pragnęło, rad był dołączyć do latających rycerzy stuha i okryć się sławą pod stanicami króla Radosława, lecz w bohaterskich czynach przeszkodził mu towarzysz Tyfus herbu Wesz. Miał ci ten filut postać starca o ognistych oczach, mających moc zarażania tyfusem. Odziany był w brązowy surdut, na szyi miał zaś zawiązany czerwony krawat, utkany z tej samej materii co chustka Zarazy. Ździebrzyłko ujrzał towarzysza Tyfusa jęcząc i majacząc w gorączce. Demon z orszaku Zarazy ukazał się młodzieńcowi w nikłym blasku świecy. Był zły. Zrzucił lekarstwa z taboretu i dopytywał się:
- Kiedy wreszcie umrzesz, na potęgę jasnej Kolery?! - Tyfus sierdził się, sapał i zgrzytał zębami.
- Złota Babo, ratuj mnie! - szepnął rozpalony do czerwoności i zlany potem chłop, a towarzysz Tyfus pogroził mu pięścią, zamachał twardymi rękami i wyleciał oknem.
Chory krzyczał i stękał, a do jego pokoju weszła kapłanka z kompresem na rozpalone czoło i rosołem z kury. Cała Analapia walczyła ze sługami Zarazy, w im więcej król Radosław otrzymywał ran boju z demonami, tym bardziej wzrastał doń szacunek ludu.


*

,,Siądże sobie, uspokój się, roztocz się jak ziarenko maku! Ja ciebie o to proszę, ja cię błagam, ja cię przekonywam, ja cię namawiam i do nóżek twoich padam. Siądzież ty na złoty krześle, na swoim miejscu, gdzie cię matka porodziła, gdzie ci Bóg kazał przebywać'' – ludowy tekst zamawiania Zołotnika (Kazimierz Moszyński ,,Kultura ludowa Słowian'').




Nastał czas zimy. Po nocnym niebie w czas zadymki galopował na karym rumaku Zamorze, pan Nawi, Weles trójgłowy, a szron osadzał się w jego czarnym futrze. Za Welesem ciągnęły hufce turoni, dzików, wilków i Neurów; biegły po niebie z wywieszonymi jęzorami, trzymając pochodnie w kosmatych łapach. Białe kotołaki szczerzyły zęby i stroszyły futro, a wokół nich tańczyły złote iskry i błędne ogniki. Wiły i zimowe rusałki galopowały na jednorożcach i białych jeleniach, a z ich łuków leciały zapalone strzały. Weles wysłuchał modłów ludu Analapii; swymi sześcioma oczami spojrzał przychylnie na ich posty. Zwietrzył wroga zwierzęcymi chrapami i zaryczał przeciągle, jak tur, jak jeleń. Dobył wideł i uderzył nimi w Złotnika, w Roxie zwanego Zołotnikiem, a był to najgroźniejszy z demonów Zarazy. Potężny cios zwalił go z nóg, a trzeba wiedzieć, że Złotnik miał postać olbrzyma o ciele pokrytym złotą, rybią łuską i obalił na grzbiet. Złotnik przeobraził się w koguta, ciosem dzioba odtrącił widły Welesowe za rzekę Odirnę, w której król Radosław utopił Odrę i wbił się szponami w ciało konia sędziego dusz. Weles złapał za skrzydła demonicznego koguta i wyrwał mu je, a te zamieniły się w kłęby ognia, które poszybowały ku niebu. Złotnik zamienił się w dzika, lecz Weles zadusił go mocarnymi ramionami i złoty łeb ukręcił, a wtedy ciało potwora zaczęło się rozsypywać na tysiące i tysiące tysięcy złotych ziarenek, które zawiało do Čortieńska tchnienie Pochwista. Zaraza dała za wygraną a tysiące głosów w Analapii powtarzało z radością:
- Sława Agejowi, Enkom i Radosławowi, naszemu umiłowanemu obrońcy!



,,Sheena - królowa dżungli''

,,Dziewczyno dżungli – bystra i zimna od wszystkich inna.
Niezwykle sprytna, zawsze niewinna, jak motyl zwinna''
- Top One ,,Dziewczyna Dżungli''





W marcu 2016 r. obejrzałem amerykański film fantasy ,,Sheena – królowa dżungli'' w reżyserii Johna Guillermina (1925 – 2015) z 1984 r. Postać tytułowej bohaterki, niejako kobiecego odpowiednika Tarzana, po raz pierwszy pojawiła się w komiksach Willa Eisnera i Jerry'ego Igera z 1937.
Akcja filmu rozgrywa się w drugiej połowie XX wieku w fikcyjnym afrykańskim królestwie Tigary (jej król Jabalani został zamordowany przez swego brata, piłkarza Otwaniego). Do Tigary należały cieszące się autonomią ziemie murzyńskiego plemienia Zambouli. Nazwa plemienia została zaczerpnięta z opowiadania Roberta Ervina Howarda ,,Cienie w Zambouli'' o jednej z przygód Conana, opublikowanego w listopadzie 1935 r. Niegdyś słynęli jako znakomici łucznicy, lecz ich bogini czy kapłanka nauczyła ich żyć w pokoju. Król Jabalani chronił plemię Zambouli, zaś jego zły brat chciał wydobywać tytan z ich świętej góry. Zambouli posiadali ponadto leczniczą glebę (uzdrawiali ludzi zakopując ich w owej ziemi po szyję; czyżby było to przygotowanie do wiary w zmartwychwstanie?)





Sheena (grana przez Tanyę Roberts) – piękna blondynka o niebieskich oczach była córką białych lekarzy badających leczniczą glebą. Początkowo nazywała się Janet. Została osierocona w dzieciństwie gdy jej rodzice zginęli w zawalonej jaskini u stóp świętej góry plemienia Zambouli. Przygarnęła ją i wychowała szamanka (grana przez ugandyjską księżniczkę Elżbietę z Toro), która nadała jej imię Sheena. Była ona dzieckiem ze starej przepowiedni mającej ocalić plemię Zambouli (motyw mesjański; często spotykany w fantasy). Sheena rozumiała mowę zwierząt i posiadała magiczną władzę nad nimi; jej poleceń słuchały zwierzęta od słoni po komary. Broniła swej przybranej matki i plemienia przed zakusami księcia Otwaniego; zmobilizowała lud Zambouli do ponownego chwycenia za łuki w celu obrony swych ziem. Łucznicy Zambouli osiągnęli zwycięstwa nad wrogami uzbrojonymi w karabiny (przypomina to trochę scenę z mojej powieści ,,Pawlaczyca cz. I Słomiane wojny'', gdzie polscy chłopi szli z kosami na uzbrojonych po zęby w broń maszynową członków Dziadostwa i … zwyciężyli). Pomagał jej zakochany w niej amerykański dziennikarz Vic Caisey, lecz ostatecznie romans zakończył się rozstaniem.





W filmie spodobała mi się postać Sheeny – kobiety nie tylko zjawiskowo pięknej, ale i odważnej i szlachetnej, a do tego czystej i niewinnej. Ma się wrażenie, że jest to współczesna wersja mitu o bogini Artemidzie. Szkoda, że nie mieszka ona w polskich lasach, np. w Puszczy Białowieskiej ;). Inne zalety to ukazanie piękna afrykańskiej przyrody i pewne podobieństwo Zambouli do Polaków (pokojowy, gościnny lud zmuszony do walki w obronie swej ziemi, ważna rola kobiet). 

środa, 30 marca 2016

Oniricon cz. 200 Jubileuszowa

Śniło mi się, że:




- C. S. Lewis pisał w liście o dziobaku,
- razem z Mamą i Pavlasem ov Vidłarem pojechałem autobusem na basen znajdujący się na świeżym powietrzu,




- na jakiejś wycieczce zobaczyłem zająca, który złapał węża, aby go zjeść i przeklinał, a ja nie mogłem w to uwierzyć,



- dobry wołwch, czciciel Roda, którego spotkał Aleksza chodził boso, aby czerpać moc z ziemi i nosił plaster na stopie,




- poszedłem do biblioteki gdzie znalazłem książki Christophera Tolkiena dla dzieci, zaś dzieci szukały dla mnie książki ,,Ciekawostki z życia zwierząt'', lecz się rozmyśliłem,




- w carskiej Rosji panowała straszna rozpusta na dworach, a ci co chcieli z nią walczyć, angażowali w to wodne demony o śniadej skórze z południa Rosji, zobaczyłem w książce rysunek demona - czarownika o nosie długim jak u Pinokia, potem zobaczyłem diabła bądź upiora i obudziłem się z krzykiem,
- wracałem do domu autobusem, gdzie zdjąłem buty, a jakaś dziewczynka powiedziała do swej matki, że ,,jakiś krasnoludek ukradł mi śmierdzące buciki'', po powrocie do domu zobaczyłem, że wujek Markus ov Kujvis pomazał czarnym flamastrem kabinę prysznicową, a potem zły na mnie wpychał mi palec do ust, a ja go gryzłem,




- rozmawiałem ze starą znachorką, która powiedziała, że jest moją ,,męską matką'' i wypominała mi używanie ziół do uwodzenia dziewcząt i do przywracania im dziewictwa,




- ujrzałem kilku katów ubranych w same czerwone kaptury i białe majtki, trzymających w rękach topory,
- Oriana Fallaci chwaliła Napoleona Bonaparte,




- będąc na działce nie chciałem zabijać atakujących mnie komarów ponieważ były to samice, a ,,kobiet nie bije się nawet kwiatkiem''; słysząc to jakaś dziewczyna domagała się, abym jej masował stopy,




- znalazłem na portalu ,,Fronda pl.'' dwa artykuły Marii Patynowskiej, w których potępiała Artemidę za to, że składano jej ofiary z ludzi,
- w szkolnej świetlicy czytałem komiks ,,Baśnie'' i chciałem opublikować na blogu fragment dialogu, dzieci zaś się dziwiły, a pani świetliczanka  chciała obejrzeć komiks i myślała, że jest rosyjski, a nie amerykański; w komiksie tym widziałem ludzi w czerwonych strojach z XVIII wieku.

*
 Teraz chciałbym się zwrócić do Drogich Czytelników z pytaniem, który z moich snów opublikowanych na tym blogu podobał Im się najbardziej ;). 


sobota, 26 marca 2016

Kobieta, która założyła Rzym




,,Założenie Rzymu przypisywano czasem mężczyźnie, czasem kobiecie. Kobieta wymieniona przez Hellanikosa w V wieku p. n. e. zwała się Rhome. Nieraz uchodziła ona za Greczynkę, ale powiadano też, że imię Rhome nosiła trojańska branka, która skłoniła innych więzionych razem z nią jeńców, by spalili okręty, gdy oddział Greków żeglujących spod Troi musiał z powodu burzy morskiej lądować w Lacjum (...). Takie samo miano nosiła według historyka z Syrakuz, Kalliasa (ok. r. 300), żona Latynusa (według innych - jego siostra albo córka). W początkach II wieku p. n. e. mówiono o niej, że była córką Aresa, jak Amaznoki. [...] robiono pewne próby, aby ją skojarzyć w małżeństwie z Eneaszem albo Askaniuszem. [...]'' - Michael Grant ,,Mity rzymskie''


Wielkanoc 2016





Z okazji zbliżających się Świąt Zmartwychwstania naszego Pana, Jezusa Chrystusa, chciałbym wszystkim Czytelnikom bloga niezależnie od wyznania i światopoglądu,  złożyć najserdeczniejsze życzenia zdrowych, pogodnych i radosnych Świąt Wielkanocnych, Bożego Błogosławieństwa, smacznego jajka i mokrego dyngusa.
P. S. Cała rasa Zajęczan życzy Czytelnikom bogatego Zajączka ;)