piątek, 16 października 2015

Lutica

,, […] największym junakiem spośród walczących z Turkami był królewicz Marko […]. Poza nim występuje wielu innych junaków: Momcził, Relio Kriliatica (Skrzydlaty), Lutica Bogdan oraz ojciec Marka, król Vukaszyn […]'' - Andrzej Szyjewski ,,Religia Słowian''



,,Nie przeczę, że niewiasty stać na wielką odwagę, oraz, że potrafią walczyć z wielkim oddaniem. Jednak to co w nich najlepsze, to nie siła i zdolność do walki, ale moc przekazywania życia, dobroć, łagodność, miłość i miłosierdzie. Złe to czasy kiedy niewiasty muszą chwytać za broń, bo jeśli zabraknie ich najlepszych, najwspanialszych cech, świat stanie się miejscem nie do zniesienia'' – Kosa Oppman ,,Perłowy latopis''.




Oto żywot walecznej Wiły Luticy, córki wodnika Bogdana i Wiły Radunicy herbu Raduniec, córki Orioli, zwanej też Wilgą, zrodzonej przez Radyboję, córkę Mladnicy, córki Swarzisławy, córki Gałezy. Macierz powiła ja na dnie jeziora Karuka, zewsząd otoczonego kniejami Puszczy Dziewańskiej, w noc kiedy gwiazdy na niebie ułożyły się w figurę łabędzicy, serca i dwóch szabel, co zapowiadało miłość i walkę. Od najmłodszych lat Lutica była odważna, silna i wytrwała jak jej ojciec, którego czyny opiewano w pieśniach, a przy tym jej serce odziedziczyło po matce łagodność i wrażliwość na dziejącą się wokół krzywdę. Ucząc się pod okiem ojca strzelała z łuku, walczyła włócznią, kopią, sztyletem, mieczem, czy szablą, biegała, pływała i jeździła konno lepiej od niejednego męża, a ponadto jak na Wiłę przystało biegle znała tajniki ziół, drzew, kwiatów, grzybów, ryb, ptaków i wszelkiej zwierzyny – czytała w kniejach i wodach jak w otwartej księdze. Władała mową starokrasną, toropiecką i słowiańską, umiała tańczyć i śpiewać piękniej niż czynią to ludzie, a także uzdrawiała. Co więcej na mocy przysługującego każdej Wile prastarego przywileju, w Noc Kupały mogła nie tylko wyleczyć każdą chorobę i zagoić wszelką ranę, ale nawet zmarłemu przywrócić życie. Lutica była bardzo piękną Wiłą – smukła i wysoką, o nieskazitelnych rysach twarzy, długich, złocistorudych włosach, miękkich jak kitajka i cichutko grających rozkoszne melodie, oczach, w których płonął szmaragdowy ogień, jednej nodze ludzkiej, a drugiej koziej. Oglądały się za nią wodniki, żmijowie, leśni ludzie, satyry, znicze, dziwy, lecz Wiła nie pragnęła ślubu z żadnym z nich i bycia matką jego dzieci. Pociągała ją walka i sława, zdobyte w długich i niebezpiecznych wędrówkach po dzikich krainach. W dwunastej wiośnie życia zgięła kolana przed wyrzezanym w pniu lipy posągiem Mokoszy i zaniosła ku niej słowa prośby.




- Uczyń mnie wielką wojowniczką! - jednak łagodna i miłosierna Mokosza, której wstrętny był wszelki rozlew krwi, poprzez szereg wieszczych snów, odmówiła tej prośbie.
- ,,Jesteś łagodna i dobra, Lutico Bogdanówno – szeptała jej we śnie do ucha, zdobionego wymyślnym kolczykiem. - Twoje miejsce nie jest na polu walki, lecz u boku twego oblubieńca, a twemu łonu przeznaczonym jest wydać na świat synów i córki'' – Wiłę tak zasmuciła ta odpowiedź, że po przebudzeniu płakała gorzkimi łzami.




Gdy płacząc, szła przez las, ujrzała wychodzącą zza drzew Dziwicę; czarnowłosą córę Srebronia i Srebrennicy, trzymającą wielki tartarski łuk przerzucony przez ramię. Jej włosy tańczyły na wietrze, długa suknia z cienkiego płótna lśniła bielą, a obok największej z łowczyń i wojowniczek biegły poszczekujące wesoło ogary. Enka pozdrowiła Luticę, a ta padła przed nią na kolana i objęła za nogi, tuląc się do niej i mocząc gorącymi łzami. Dziwica położyła jej białą dłoń na głowie.
- Nie płakałaś gdy szarżował na ciebie tur i dzik, a teraz płaczesz? Któż cię pognębił? - Lutica ośmielona łagodnym głosem Enki wyznała jej co ją trapiło.
- Mokosza nie chce bym została wojowniczką i łowczynią jak ty, pani, ale chce bym wyszła za mąż. Mogę jej nie posłuchać, ale wówczas jeśli będę robiła to czego Enkowie nie chcą, nie będzie to miało sensu, ani nie da radości. Tylko to co jest zgodne z ich wolą ma sens i przynosi radość – zakończyła, siedząc razem z Dziwicą na zwalonym omszałym drzewie.
- Droga Lutico – rzekła poważnie największa z wojowniczek – nie jest ważne czego chce Mokosza, ani czego ja chcę. Ważne jest to, czego chce Agej, który do niczego nie zmusza. Jeśli zechce, byś była żoną i matką, to tak pokieruje twoimi drogami, że wybierzesz jego wolę z przyjemnością – Lutica słysząc to, zarumieniła się i przez chwilę walczyła z nieśmiałością.
- Czy zechcesz, Srebrna Pani, przyjąć mnie … do terminu? - Dziwica z radością się zgodziła, ucałowała Wiłę w oba policzki i podała jej zdobną pierścieniami rękę.
Od tego dnia, Lutica pożegnała ojca i matkę i na długie lata zaszyła się w mateczniku razem ze swą mistrzynią, by doskonalić swe wojenne umiejętności. Niestrudzenie uczyła się walczyć maczugą i toporem, trójzębem, kiścieniem, siecią i rohatyną, oraz zapasów, a w każdym z tych kunsztów przewyższała najlepszych. Przejmując część oddechu swej pani i nauczycielki, nauczyła się rozrywać kolczugi, kłaść trupem żubry i tury jednym uderzeniem pięści, rozrywać dzika na sztuki, nosić bez szkody ogień na głowie, rękami i nogami kruszyć głazy, rozszczepiać stuletnie drzewa jedną strzałą, znosić znosić ciężki ból, głód, ogień i zimno bez słowa skargi, a także czytać z oczu, wosku, gwiazd, lotu ptaków i wody, unosić się w powietrzu bez skrzydeł i rozmawiać telepatycznie. Po ukończeniu wszystkich nauk, w siedemnastej wiośnie życia opuściła Puszczę Dziewańską i udała się w świat szukać przygód a sławy.


*




Lutica udała się na zachód do królestwa zwanego Czerwoną Krobacją. Wówczas to na jej tronie zasiadał Mato, syn Kroba, pierwszy z królów owej krainy. Był to wielki mocarz, władca łaskawy, sprawiedliwy i mężny, którego znak władzy stanowił dar królowej Tatry – Gorskiej Majki; święty rubin o takim blasku, że nocą można było przy nim podkuwać konia. Król Mato nosił ów klejnot wprawiony w głowicę miecza. Niedawno gościł trzech starców – Czarodziejów ze wschodnich ziemic. Ci powiedzieli Krobićowi o Czerwiu; olbrzymim potworze; ni to wiju, ni to smoku, który podgryzał korzenie Wielkiego Dębu, a gdy owo najwyższe z drzew runie, Niebo zderzy się z Ziemią, zaś wszelkie życie zginie w pożarze i potopie. Bohaterski król chcąc ocalić świat, naszykował okręt nazwany ,,Albireo'', na cześć jego ukochanej żony, królowej Albirei co miast nóg miała żmijowe ogony i zgromadził pełną męstwa drużynę. Razem z takimi pełnymi sławy junakami jak Żmij Ognisty Wilk, czy Andaj, z krobackiego portu Voldar wypłynęła również Lutica, bynajmniej nie ukrywając, że jest niewiastą. Jako Albireonautka przeżyła pełen przygód rejs Morzem Rajskim ku Afryce. Pięknem swego głosu zawstydziła syreny wabiące śpiewem żeglarzy, jednym ciosem ołowianej palicy ubiła młodego węża morskiego, który owinął się wokół statku, na wyspie Melicie spotkała Fitka; białego kota Teosta, zionącego ogniem, walczyła z rogatym smokiem morskim, nieco tylko mniejszą ośmiornicą zatapiającą korabie i pożerającą żeglarzy, oraz z dwoma kresami – czarnymi, morskimi jaszczurami, które niczym gekony wspinały się po burcie ,,Albireo'', by pożerać tych co nim płynęli. Cała załoga ją uwielbiała, a nawet powstał przesąd, że Wiła na statku przynosi szczęście. Na małej wysepce u wybrzeży Libii, Lutica wraz z królem i resztą jego drużyny, toczyła walkę z zamieszkującymi ją potworami. Z jej ręki zginęła wówczas długa jak pięć słoni i gruba jak męskie udo murena o zębach ociekających jadem i jeden z czternastu zagrzebanych w piasku krabów wielkich jak byki. Po dotarciu do Libi majtek Horczałko upolował dzikiego byka, który okazał się być Hathorem – istotą z rozumnej rasy ludzi o krowich rogach i ogonach. Wzbudziło to gniew ich władcy, rudego Minotaura, cara Kudrewana. Wszyscy pozostali członkowie załogi solidarnie wstawili się za biednym, przygłupim majtkiem, toteż car Hathorów zrezygnował z ukarania go śmiercią. Na prośbę namiestnika prowincji południowych Gizaka, skierował Matową drużyną do walki z potworem Sadrem – słoniem zionącym ogniem. Dzięki wspólnemu wysiłkowi Albireonautów, Sadr został schwytany do dołu – pułpaki i nadział się na umieszczony weń, zaostrzony pal. Gdy król Mato chciał dobić ognistego słonia ciosem maczugi w głowę, Lutica wyprosiła dlań ułaskawienie, uleczyła ranę i telepatycznie przekonała do udziału w wyprawie przeciw Czerwiowi. Jeszcze później do drużyny króla Maty dołączył Trzyrożec – monstrualny nosorożec o trzech rogach i zażarty wróg Sadra. Oba zwierzęta udało się rozdzielić i pogodzić królowi Macie. W miarę zbliżania się ku Wielkiemu Dębowi, Lutica wraz z królem i resztą jego drużyny walczyła z potworami przysyłanymi przez Czerwia, takimi jak gorgońce z ziem Gorgo i Mormo. Decydująca bitwa odbyła się u stóp samego Wielkiego Dębu. Wówczas to Lutica, celnymi strzałami z łuku uśmierciła mrowie straszydeł; gorgońców, Čortów, sinych ludzi, wilkołaków, ażdach i olbrzymich węży. Z jej ręki zginął również Pafum – czarnoskóry Cyklop z południowego krańca Afryki. Bitwę o Wielki Dąb zakończył król Mato, który ubił Czerwia. Potem usłyszał rozlegający się z nieba głos Ageja, wzywający do powrotu do królestwa i jego obrony. Lutica popłynęła do Krobacji razem z królem Matą i razem z nim walczyła przeciw lutemu najeźdżcy – Wołrowowi – królowi Hlumiaków. Lutica zabiła z łuku wojewodę Wira i krocie najlepszych rycerzy znad rzeki Hlum. Gdy Wołrow ciężko ranny i pozbawiony obu synów, którzy zginęli z ręki Wiły, opuścił Krobację, król Mato już nigdy nie opuszczał ukochanej beregini Albirei, zaś Lutica wraz z innymi uczestnikami wyprawy została odznaczona Orderem Szachownicy, złotym naszyjnikiem, obręczą na prawe ramię i pierścieniem z rubinem. Otrzymała również herb Czerwony Wąż, tytuł bański i majątek ziemski w dolinie rzeki Krakovnicy. Jednak zdobyte męstwem bogactwa i zaszczyty nie zatrzymały Luticy na miejscu. Porzuciła je, by wędrować na wschód ku nowym przygodom.


*

,,Potomkowie Jesionu i Gruszy nad Skamandrem w Azji założyli gród na cześć zaczarowanego wodnika Trojana zwany Troją, który po wielu latach zniszczyli Grecy […]'' - ,,Codex vimrothensis''




Troja (Troyanopolis) zbudowana u ujścia rzeki Skamander do Morza Śródziemnego była stołecznym grodem krainy Troady, leżącej u zachodnich rubieży ziemicy anatolijskiej. Założył ją Teukros, syn wielkiego maga i żeglarza – Posejdona, którego Grecy czcili jako boga, choć był tylko człowiekiem. Teukros przybył do Troady razem z poślubioną sobie Trisną Ilianą – córką króla Atlantydy, zaś gdy został pierwszym królem nowego państwa, korzystając z jej rad uczynił gród stołeczny Troję podobnym do labiryntu – świętego znaku, który Atlanci umieszczali na tarczach i chorągwiach. Troja zwana też Ilionem (Ilionus) była miastem ludnym i bogatym, o murach wysokich, grubych i mocnych, do którego przybywali kupcy aż ze Sklawinii i Sinea. Po śmierci Teukrosa na tron wstąpił jego syn Dardanos; jeden z przodków słynnego króla Priama.




W piętnastym roku panowania drugiego króla Troi, pojawił się w owych stronach straszliwy zbój, który przybłąkał się z Hatystanu, leżącego w głębi Azji. Rozbójnik ów, o którym powiadano, że nosił w piersi aż trzy serca, mąż straszliwej siły i wzrostu, nazywał się w swoim języku Musa Kedendżija, co na mowę trojańską tłumaczy się Musar Krwiopijca. Odkąd przybył do Troady, nie było dnia, w którym by nie łupił tak biednych jak i bogatych. Zabijał wszystkich, których spotkał, nie znając przy tym żadnej litości, a przeciwnie – radując się wyrządzonym złem i bólem. Król Dardanos wielokrotnie posyłał na gościniec najlepszych wojowników Ilionu, a wśród nich swego syna Tejona, lecz żadna broń czy zbroja nie chroniły przed szablą i maczugą Musy Krwiopijcy.
Kiedy Lutica dotarła do Troi, zastała gród pogrążony w żałobie, nękany głodem, bo nikt nie miał odwagi opuścić murów miejskich i panicznym lękiem o przyszłość. Wraz ze śmiercią królewicza Tejona, któremu rozbójnik urwał głowę, nadzieja opuściła miasto. Lutica przybyła na białej klaczy, zwanej Tišara – darze od króla Maty i wielkiej przyjaciółce Wiły. Gdy oznajmiła, że zatopi kopię w cielsku Musy Kesendżiji, Trojanie nie wierzyli, by istota o tak niewinnym, pełnym łagodności i dziewiczego wdzięku wyglądzie mogła skrzywdzić muchę, a cóż dopiero zabić najstraszniejszego z wrogów Troi przed najazdem Greków. Śmiali się z niej, mówili, że jest hardą dziewką i że ojcowskiego pasa jej trzeba by spokorniała. Inni opłakiwali ją, mniemając, że idzie na pewną śmierć. Sam król Dardanos płakał nad losem pięknej i odważnej Wiły, którą z rąk Musy Kesendżiji czekała tylko śmierć w męczarniach, wcześniej zaś gwałt jeszcze straszniejszy od śmierci. Lutica odchodząc z pałacu króla, zapowiedziała jeno, że rzuci do stóp jego tronu głowę rozbójnika, po czym wyszła, nawet się nie kłaniając. Dosiadła swej ukochanej klaczy i czym prędzej udała się w stronę groty u stóp góry Ida, gdzie mieszkał Krwiopijca. Paru Trojan szło za nią w oddali, by przypatrywać się pojedynkowi. ,,Jeśli zginie, my zginiemy z nią i tak odzyskamy utraconą wolność'' – rzekli sobie ci co szli za Luticą. Tymczasem Wiła z grzbietu Tišary donośnym głosem jęła wyzywać mieszkańca jaskini na pojedynek. Trwało to już pół godziny, gdy wreszcie białą grotą wstrząsnął niedźwiedzi ryk i przy dźwiękach kołyszącej się ziemi, wylazł z niej on – bezlitosny grabieżca i morderca setek niewiast i dzieci, gwałciciel i podpalacz, pożerający serca swych ofiar i pijący ich krew, mocarz wielki, lecz krwawy i złośliwy, za którego głowę król Troi obiecał pół królestwa – Musa Kesendżija z Hatystanu! Najwyżsi z wojowników Ilionu sięgali mu ledwo do piersi, a jego maczugi i szabli nie byłoby w stanie podnieść nawet trzydziestu junaków z drużyny Volgi Busłajewicza. Okryty pancerzem ze stalowych łusek, nosił spiczasty hełm okręcony turbanem. Na widok Luticy zaryczał ze śmiechu, po czym jął lżyć ją najohydniejszymi wyzwiskami. Wiła nic mu nie odrzekła, jeno pełnym galopem rzuciła się ku olbrzymiemu bandycie i z całej siły zatopiła kopię w jego sercu, aż ta wyszła na drugą stronę.
- Głupia suka! - zawył Musa Kesendżija. - Myślisz, żeś mnie zabiła, a ja mam jeszcze dwa serca w piersi! - Lutica wyrwała mu kopię z ciała i zrobiła unik na bezpieczną odległość, gdy zamierzył się na nią maczugą.
Znów zaszarżowała i przebijając tarczę Musy, zabiła drugie z jego serc.
- Uf! Zakręt! - warknął Krwiopijca, a Wiła znów uskoczyła przed ciosem jego szabli i po raz ostatni przebodła mu serce, trzecie i ostatnie. - Zakręt mać, ale z ciebie... o, o, o! - broń wypadła z hukiem z rąk Musy, on zaś z łoskotem upadł jak ścięte drzewo.
- Mów gdzie ukryłeś jeńców i skarby, a skrócę ci mękę – oznajmiła Lutica, lecz olbrzymi rozbójnik nie chciał powiedzieć. Charcząc i krztusząc się krwią umarł i oddał ducha Gorynyczowi.
Wtedy to Wiła dobyła własnej szabli, której nadała imię Rayta i dwoma cięciami odrąbała olbrzymią głowę Musy, po czym trzymając ją za długie, czarne włosy zaniosła do Troi, by rzucić do nóg króla Dardanosa. Przez cały czas drogi do królewskiego pałacu towarzyszyły jej radosne okrzyki i pieśni, a pod kopyta jej konia rzucano kwiaty. Król Dardanos widząc, że Musa Kesendżija zginął, powstał z tronu i uściskał Luticę ze słowami:
- Tejon został wreszcie pomszczony... choć życia i tak mu to nie zwróci.
Nie zwlekając król Troi na oczach możnych swego królestwa nadał Wile jej trzeci już herb.
- Na pamiątkę trzech serc Musy Kesendżiji, któreś przebodła kopią, waleczna Lutico, obdarzam cię herbem Trzy Serca – rycerstwo trojańskie uczciło tę decyzję oklaskami na stojąco, zaś zaraz potem nastąpiła uczta ku czci Luticy.
W jej trakcie wojowniczka usiłowała dowiedzieć się czegoś o jeńcach zabitego wroga, aż w końcu Dardanos obiecał jej, że jutro przydzieli jej przewodnika, by zaprowadził ją do grot, pełnych skarbów i brańców. Król okazał się słowny i nazajutrz z samego rana, Lutica udała się wraz z młodym myśliwym Amizjuszem w stronę Omszałych Skał. Niebawem odnaleźli ukryte w grupie głazów spiżowe kraty, za którymi jęczał na stosie złotych monet i ozdób, pereł, drogich kamieni, kości słoniowej, jedwabiu i bisioru tłum niemal nagich, wynędzniałych postaci, zarosłych brudem i konających z głodu. Wśród nich byli dawniej potężni mężowie, niewiasty co utraciły w niewoli urodę i dzieci podobne do małych trupków. Od długiego przebywania w mrokach kamiennego lochu, wielu z nich postradało wzrok, niektórzy zaś stracili rozum, wszystkim zaś zabrakło nadziei na śmierć ich dręczyciela i uwolnienie. Luticy, która była twardsza od niejednego męża, na widok tych nieszczęsnych jeńców Musy chciało się płakać. Nie mając klucza, jednym ciosem szabli Rayty rozcięła zamek i tak otwarzyła bramę. Wielu więźniów nie miało już sił, by cieszyć się wolnością, przeto Wiła i Amizjusz musieli zachęcać ich do opuszczenia lochu i zapewniać, że niewola skończyła się na jawie, a nie we śnie. Inni krzycząc przeraźliwie z radości wybiegli z lochu jak jelenie, kiedy tylko szabla Luticy przecięła ich kajdany. Wśród uwolnionych znalazł się pewien dawniej piękny, lecz teraz brudny, zarośnięty i spowity w łachmany mąż, który gdy ujrzał Luticę, wyjąc przypadł jej do kolan, objął ją i mocząc łzami powtarzał: ,,Wieszczba się spełniła. Zostałem uratowany przez niewiastę''. Lutica i Amizjusz zabrali wszystkich uwolnionych do miasta stołecznego, gdzie czekało ich spotkanie z bliskimi, kąpiel i nowe szaty, zaś tego z nich, któy znał mowę słowiańską i uznał pojawienie się Luticy za wypełnienie się wieszczby, Wiła osobiście ugościła w swej komnacie w pałacu króla i ciekawie wypytywała o jego losy.


*




- Nazywam się Sołowiej Budzimirowicz – opowiadał w komnacie Wiły były więzień Musy – a urodziłem się na wschodzie, w ziemi Antów. Moim ojcem był posadnik grodu Korostewia – opowiadał junak jedząc przybraną oliwkami pierś gołębia i winogrona. - Od najmłodszych lat pragnąłem zostać rycerzem. Byłem silny i zdrowy, lecz moje serce pełne było pychy, przeto miast pokornie dziękować Enkom, że dzięki swej sile mogę bronić słabszych od siebie, kazałem nazywać się lepszym od Dobryni z Dzikich Pól, Margusa i wszystkich innych. W szesnastej wiośnie życia wsiadłem na karego konia Pikora i z błogosławieństwem rodziców wyruszyłem w świat szukać sławy. W swoich wędrówkach stanąłem nad brzegiem wielkiego morza o ciemnej wodzie, które na cześć wpadającej doń rzeki Dunaj – Danubius, nazwałem Morzem Dunajskim (Mare Danubium). Dopiero później powiedziano mi, że owe morze ma już nazwę. Nazywają je bowiem Morzem Czarnym, albo Ciemnym. Usłyszałem też wieszczbę starej baby, że z ciężkiej opresji uratuje mnie niewiasta, lecz zbyłem to śmiechem. Zaszedłem do krainy Kimerów – ludu, którego mowa przypomina mowę Scytów. Spotkałem tam wychowanego przez szczep Kimerów, Słowianina o imieniu Bodo, z którym zmierzyłem się w zapasach i walce na pięści, a że dorównywał mi siłą i bystrością umysłu, zawarłem z nim braterstwo krwi. Ruszyliśmy na północ, aż nad Morze Srebrne, gdzie w ziemicy Sławińców ubiliśmy Kura Morskiego...




- Racz opowiedzieć, Sołowieju, o tym stworze – poprosiła Lutica, wielce zaciekawiona jego opowieścią.
- Kur Morski – rzekł Sołowiej Budzimirowicz pokrzepiwszy się winem – był wielki jak smok labo wieloryb. Pokrywała go łuskowata skóra barwy sino – bladej z turkusowymi guzami. Miał koguci łeb z wyłupiastymi oczyma, osadzony na strusiej szyi, wielki, pękaty kadłub, cztery długie łapy zakończone płetwami jak u żaby i długi ogon zakończony wachlarzowatą płetwą. Groźny był. Wywracał statki i rwał sieci, chwytał rybaków a żeglarzy i połykał ich. Bodo zatopił włócznię w jego sercu, ja zaś ściąłem koguci łeb, który nawet po ścięciu ruszał dziobem... Razem ze swym przyjacielem przebyłem jeszcze wiele wiorst, uśmiercając krocie potworów i rozbójników. W końcu nasze drogi się rozeszły. Przybyłem do Troi gdzie złożyłem hołd królowi Dardanosowi. Pod jego stanicą strzegłem porządku i bezpieczeństwa, aż przyszło mi wyprawić się przeciwko Musie Kesendżiji. Myślałem, że go ubiję i powrócę w chwale, lecz trafiła kosa o kamień! Zbój ogłuszył mnie maczugą, rozbroił i zamknął w lochu, by któregoś dnia zabić i wyżreć trzewia. Resztę historii już znasz. Agej dozwolił by uwolniła mnie niewiasta, aby poskromić moją pychę – zakończył opowieść.
Lutica Bogdanówna i Sołowiej Budzimirowicz przypadli sobie do serca. Gdy minął czas, w którym się bliżej poznali, król Dardanos udzielił im ślubu, dając im pić z jednego kielicha. Tak oto Lutica zaznała zarówno losu wojowniczki, jak i losu żony, a trzeba wiedzieć, że dopiero spotykając swą wielką miłość doznała prawdziwego szczęścia. Razem z Sołowiejem mieszkała jakiś czas w Troi i służyła orężnie królowi Dardanosowi, aż wreszcie powróciła do Sklawinii i porzucając wojenne rzemiosło, zamieszkała w niej na stałe. Urodziła swemu oblubieńcowi liczne dzieci, w tym syna Ratajniczę; mężnego junaka okrytego sławą; jeźdźca i przyjaciela koni. Od Ratajniczy pochodził wielki polski patriota Tadeusz Reytan.








czwartek, 15 października 2015

Cejlońska Atlantyda




,, [...] W ciche i spokojne noce z jednej z lagun dobiegają najróżniejsze przedziwne dźwięki. Wydaje się, że laguna ... śpiewa. Pochodzenie tych głosów nie zostało do końca wyjaśnione. Legendy mówią o zatopionych pałacach, syrenach i zaczarowanych księżniczkach. Uczeni twierdzą, że odgłosy przypominające śpiew mogą powstawać w czasie równoczesnego otwierania się setek tysięcy muszli małż. Mogą też tworzyć się podczas żerowania tych mięczaków, które głośno zasysają ił denny, by przefiltrować go w poszukiwaniu jedzenia'' - ,,Wyspa słoni, herbaty i drogich kamieni'' [w]: ,,Zwierzaki nr 10 (82), październik 1998''




Legenda o jaguarze




,,Chyba żaden z wielkich kotów nie stał się bohaterem tylu legend  i opowieści co jaguar. Południowoamerykańscy Indianie uważali go za wysłannika bogów. Wierzyli, że został obdarzony niezwykłą mocą i potrafi zsyłać deszcz, bronić świętych miejsc, a nawet wcielać się w plemiennych czarowników. [...] Niektórzy mieszkańcy Patagonii do dziś uważają, że ten wielki kot jest złym duchem dżungli'' - ,,Postrach dżungli'' [w]: ,,Zwierzaki nr 11 (83), listopad 1998''


Legendy o koniach arabskich




,,Konie arabskie są bohaterami wielu legend. Jedna z nich głosi, że wyłoniły się z morza, podobnie jak grecka bogini Afrodyta. I tak jak Afrodyta przewyższa urodą wszystkie kobiety, tak araby są najpiękniejsze wśród końskich ras. Według innego podania konie te wywodzą się od klaczy, którą biblijna królowa Saba podarowała królowi Salomonowi. Arabowie dzielili konie na rody, wywodząc je od słynnych pięciu klaczy islamskiego proroka Mahometa. Wszystkie nosiły piękne egzotyczne imiona: Saklavi, Kuhajlan, O'Bajan, Hadban i Hamdani. Hodowcy do dzisiaj używają tych prastarych imion do określania różnych typów urody koni arabskich. [...]'' - ,,Szlachetnie urodzone'' [w]: ,,Zwierzaki nr 2 (86), luty 1999''


środa, 14 października 2015

Dzień Nauczyciela 2015




Z okazji Dnia Edukacji Narodowej, nasz Autor, Pan Tadeusz Klarowski, prosił nas o przekazanie wszystkim Nauczycielom i Nauczycielkom najserdeczniejszych życzeń. Podpisano: Brat i Siostra (bohaterowie zbioru opowiadań ,,Dom'').



Bogdan

,,Posrebrzało pole rosą,
Chodzi zorza stopką bosą,
Chodzi miedzą, chodzi żytem,
Sieje perły srebrnym sitem.
Cisza w polu, że aż dzwoni,
[…]''
- Maria Konopnicka ,,Rankiem w polu''





Wodnik Łoboss z jeziora Karuka leżącego na bałkańskiej ziemi, spłodził Lasztymira, ojca Gostymira, ojca Lutyna, ojca Lutymira, ojca Bogdana przez Greków zwanego Teodatem, z którego lędźwi wyszła bohaterska Wiła Lutica.
Bogdan Lutomirović, urodzony w jeziorze Karuka, zewsząd otoczonym kniejami Puszczy Dziewańskiej, miał postać męża potężnego a wysokiego. Za cały służyła mu przepaska barwy seledynowej. Miał ociekające wodą i mułem długie włosy, wąsy i brodę w barwie tak ciemnej zieleni, że wyglądały jak czarne. Jego wielkie, zielone oczy świeciły w mroku niby dwie gwiazdy, zaś ręce i nogi, tak jak cały ród Łobossa Karuckiego, miał Bogdan pokryte dużymi, złotymi łuskami, podobnymi do łusek karpia. Jak na junaka przystało umiał walczyć każdym rodzajem broni – mieczem Igłą, maczugą Ogłuszaczem, jak też czterema sztyletami – Vosem, Severem, Zapadem i Jugiem, które stale nosił przytwierdzone paskami do rąk i nóg. Nim spłodził pełną sławy Luticę, opuścił swe rodzinne, śródleśne jezioro i wyruszył szukać przygód. W swych wędrówkach przemierzał Puszczę Białej Wieży, oraz Góry Biesów i Čadów. Pływał w Morzu Rajskim, Ciemnym, czyli Czarnym, oraz Srebrnym. Był na dworach królowych Rodopy i Tatry, w Górach Dynarskich i w zamku cara Dwojedusznika, zbudowanym wśród szczytów Pasma Gorynycza. Zaszedł do ziemi Kolchów, Alanów, Scytów, Armańczyków, Sarmatów, Medów i Kimerów; był nawet w tajemniczym i nawiedzonym przez ghule i ifryty Iremie, przez Słowian nazywanym Grodem Kolumn. Wszystkich jego niezwykłych przygód i junackich czynów na wołowej skórze byś nie spisał. Ta opowieść przedstawi tylko niektóre z nich.


*




Noc dobiegła kresu, gdy Swaróg opuścił bursztynowy zamek swej żony Juraty, leżący na dnie Morza Srebrnego i wszedł na niebo, by zapalić Słońce. Mrok ustąpił miejsca złotu i purpurze, gdy młody wodnik Bogdan Lutymirović, dopiero co opuściwszy świętą Puszczę Dziewańską, jechał na grzbiecie wiernego rumaka Kruczka – rosłego, czarnego i włochatego, lecz wielce odważnego. Wodnik ujrzał budzącą się do życia wieś Korczevice z jej białymi polami gryki i chatynkami o dachach krytych słomą. Przejeżdżając przez pszeniczne pola, ujrzał małą, zdaje się ośmioletnią dziewczynkę o długich, złotych włosach, bosą i odzianą w długą, białą sukienkę. Dziewczynka trzymała w podobnych do eburnu rączętach sito wykonane ze srebra, którym rozsiewała po polu perlistą rosę. Nuciła przy tym pieśń sławiącą Ageja w jakimś zapomnianym języku. Bogdan jak wszystkie wodniki i rusałki mający zdolność dostrzegania Enków; tak niewidzialnych jak i zakrytych zasłonami innych postaci, usłyszał pieśni siedmiu rannych Zorji – dziewiczych, oddających chwałę Agejowi i owej niepozornej dziewczynce siejącej srebrnym sitem perły, pośród tego co ludzie odbierali jako ciszę, że aż dzwoni. Wodnik wiedział, że ową dziewczynką jest sama Dennica – siostra Swaroga i Chorsa – Srebronia, różana jutrzenka zwiastująca nowy dzień. Czym prędzej zsiadł z grzbietu Kruczka, którego poprzedni właściciel jako ,,konia brzydkiego i leniwego'' przywiązał u drzewa na żer wilków, po czym padł na twarz przed Zorzą i oddał jej cześć. Dziewczynka zaśmiała się wesoło swym perlistym śmiechem, uściskała zimnego jak ryba wodnika i ucałowała go w czoło. Następnie jedną z kropel rosy zamieniła w maleńką perełkę i podała ją Bogdanowi, a ów z powagą zawiesił ją sobie na szyi.
- W tej perełce, którą stworzyłam z wody – oznajmiła Dennica – zaklęta jest moc i odwaga rycerska. Gdy nadzieje zawiodą, w mojej perełce znajdziesz pociechę i ratunek – Bogdan ucałował drobne rączki Zorzy – Dennicy i na znak podzięki pozwolił jej wsiąść na grzbiet Kruczka i zabrał na przejażdżkę po rozbudzonej już wsi Korczevicach. Nim nastało złociste południe, Bogdan spostrzegł, że jedzie konno sam, że piękna i radosna Dennica powróciła niepostrzeżenie do swych braci i sióstr Enków.


*




W Azji, za Górami Jasowskimi zwanymi Prometem i Kaukazem i nad jeziorem Van, w którym mieszkają smoki, leżała kraina Hajastan, przez Persów zwana Armanem. Była to dzika, górzysta kraina, pełna turów, wilków, niedźwiedzi, szakali i tygrysów, hien i orłów, urokliwych nimf armenek, czarownic i wielogłowych smoków, olbrzymów, a także takich obcych Słowianom i Grekom stworzeń jak aralezy czy kadże. Arman – Hajastan obfitował także w pustynie pełne wielkich węży i skorpionów, oraz olbrzymie puszcze, w których tańcowały satyry. Królestwo ludzi założyli na tych dzikich ziemiach potomkowie Grabu i Jodły, a właściwie zastęp wojów ze stepów nad Morzem Ciemnym, na którego czele stał Hayk. Jego drużyna pojęła za żony armenki, oraz inne rodzaje nimf jak najady, oready, driady, waleczne meliady opiekujące się jesionami, orestiady i kameny, a także ludzkie niewiasty z dzikich plemion bytujących wśród ruin miast Sarnath i Karmath, z ludów Scytów i Medów. Sam Hayk, przez Greków zwany Armenosem, poślubił Orgambis – córkę króla Medów, założył gród stołeczny Haiaka – gird i przyjął koronę Hajastanu. Po jego śmierci władali jego syn, Ara Gehecik, przez Greków zwany Erem Armeńczykiem, a przez Słowian – Królem Duchem, Gabriel, Lumis, Tigranes Ragajan, Samir Asaradel, Dara Siruk, wreszcie zaś Kaugamart I Bars, w czasie którego panowania przybył do Armanu wodnik Bogdan i po dwakroć ocalił jego królestwo. W późniejszych wiekach królowie z krwi Hayka wielokrotnie odpierali ataki Amazonek, aż w końcu cała kraina została podbita i wcielona do Pierwszego Imperium Sarmackiego jak prowincja Arman. Wraz z upadkiem imperium Sarmatów, na tron odrodzonego Hajastanu wstąpił nowy król – Tarfan II Pulidi, założyciel dynastii Pulidów, która sprawowała rządy, aż do króla Haj – Urartu, na którego cześć królestwo na długie wieki zmieniło nazwę. W erze trzynastej Armenia – spadkobierczyni króla Hayka jako pierwsza z wszystkich ziem przyjęła Prawdę Jezusa Chrystusa.


*





W ósmym dniu panowania Kaugamarta I Barsa straszna plaga spadła na jego królestwo. Oto z puszczy Vara – gaj wyszły nieprzeliczone stada dzików, które stworzyły prawdziwą armię, której żadne inne wojsko nie dorównałoby okrucieństwem. Armia dzików z Vara – gaj miała swego marszałka; olbrzymiego, czarnego odyńca o szablach długich jak kły szablozębnego tygrysa, czterech generałów, licznych tysięczników, setników i szeregowców. Zwierzęta te kierowane jakimś čortowskim szałem o pełni Księżyca opuściły puszczę i ruszyły, by niszczyć wszelkie uprawy. Ludzie byli zupełnie bezradni; gdy próbowali bronić swych pól, ginęli rozszarpani dziczymi szablami, podobnie jak najsilniejsze i najzażartsze brytany i psy molosy z Epiru. Dziczy marszałek Vurga ze swym stadem wysłał do mogiły siedemdziesięciu siedem łowców, a pogrążonemu w strachu królestwu Armanu zagroził głód. Wsie i co mniejsze miasta poczęły pustoszeć i popadać w ruinę, a ich szczątki z wolna porastały lasem. Król zwołał najtęższych wojowników, tak hajastańskich, jak i pochodzących z alańskiego plemienia Nartów, oraz z Medii, a sam stanął na ich czele, lecz niewiele to dało. Poległ dziczy generał Kasaparim i pięciu dziczych oficerów, lecz marszałek Vurga wciąż żył, a rozzuchwalił się do tego stopnia, że w biały dzień wypruwał białymi szablami trzewia ze stad koni i owiec. ,,Oto sprawiedliwa zemsta na brudnej rasie synów ludzkich, za całe wieki polowań na rasę dzików'' – kwiczał Vurga do swych wojów, a ci przyznawali mu rację. Z ich powodu Arman z wolna obracał się w cmentarz, gdy na świętej ziemicy króla Hayka zjawił się wodnik Bogdan na karym koniu Kruczku. Syn Lutymira przekroczył właśnie Góry Jasowskie i skierował się ku zielonym dolinom, by człowieczym zwyczajem poszukać gospody, lub przynajmniej jeziora czy rzeki na nocleg. Plemiona ludzkie, które spotkał nad Terekiem, opowiadały mu, że w niedalekiej krainie Arman trwa wojna ludzi z dzikami, lecz Bogdan skłonny był uznać to za wymysł poczęty od picia wina z Kolchidy. Teraz gdy szukając przygód i sławy, po licznych utarczkach z rozbójnikami w Promecie wkroczył na ziemię poślubioną przez króla Hayka i jego następców, zastał dziwną wioskę. Nie było w niej ani jednego człowieka, pola były zryte i zarosłe chwastami i siewkami leśnych drzew, brakowało również zdziczałych psów, kóz, kur, czy innych gospodarskich zwierząt. Gdy Bogdan dumał nad przyczyną opuszczenia wioski, z zarośli wyskoczyły nań cztery olbrzymie jak krowy, spasione dziki z wyraźnym zamiarem posiekania go białymi szablami. Kruczek przerażony stanął dęba, lecz uspokoił go łagodny głos wodnika, szepczącego toropieckie zaklęcia uspokajające zwierzęta. Cztery odyńce otoczyły konia i jeźdźca z wszystkich stron, groźnie chrząkając i kwicząc.
- Cóż wam uczyniłem, synowie Białej Lochy, że chcecie mnie rozszarpać? - spytał Bogdan szykując sztylet do rzutu.
- Chrum! Rasa ludzka jest wrzodem całej przyrody. Ludzka i tylko ludzka rasa gdziekolwiek się rozprzestrzenia, wykorzenia bardziej wartościowe rasy zwierząt i roślin. Arman zbudowano na zbrodni. Żadne jego osiągnięcia nie odkupią tego, co cywilizacja zrobiła z przyrodą. Chrum! Wysłuchałeś, wszawy człowieku, to teraz giń!
- Jeśli o to chodzi – odrzekł Bogdan ważąc sztylet w dłoni – nie jestem człowiekiem, ani nie mam wszy! - dzik jednak nie bacząc na te słowa zaszarżował, więc wodnik cisnął weń sztylet. Trafił w głowę i od razu położył odyńca trupem. Następnie uśmiercił tak trzy pozostałe dziki, gotowe go pożreć, tak jak pożarły domowe zwierzęta z wyludnionej wioski. Bogdan zsiadł z Kruczka, wyjął swym prześladowcom sztylety z zakutych łbów i wytarł je z krwi o trawę.
- Stary Nagum z Terecji mówił prawdę – stwierdził wodnik – junak. - Widzi mi się, drogi Kruczku, że czekają nas w tej krainie srogie walki – kary ogier zastrzygł uszami. - Jestem wszak bogatyr, a jako taki muszę bronić najsłabszych – uzasadniał w dialogu z ukochanym koniem.


*

Bogdan dołączył do hufców króla Hajastanu i pod jego stanicą z wyobrażonymi na niej lwem, orłem i siedmioma srebrzystymi gwiazdami, stawił się na polu walki, zwanym Hurczur (Gurczur) nieopodal miasta stołecznego Haiaka – gird. Siłami armańskimi dowodził sam król Kaugamart I Bars, a wraz z nim walczyć mieli ostatni z ocalałych witezi ziemicy Haykowej. Po drugiej stronie wojsko dzików dowodzone przez marszałka Vurgę, czarnego jak noc, silnego niczym sto niedźwiedzi, a zajadłego na ludzkie plemię niby Čort, czekało na rozkaz do uderzenia. ,,Chrum! Rozpłatamy synów Novalsa jak kucharz rybę i wdepczemy ich w ziemię''! - przemawiał wódz dzików do swych wojów. Zakwiczał przenikliwie i jego zwierzęca horda rzuciła się na najdzielniejszych synów Armanu. Rozpętało się piekło. Najodważniejsze konie, sprowadzone aż z Arabistanu i ziemicy Hetytów, które narodzić się miały z morskiej piany, na widok szarżujących dzików niemal dorównujących im wielkością, poniosły i zrzuciły rycerzy z grzbietów, a same ubiegły w góry. Dziki nie miały litości. Z ich szabli i ważących półtora puda, twardych jak spiż racic zginęli Vargal z Kaszt, Eram z Eratu, Aram Gacziri, Chan – tou z Sinea, wojowniczka Sandra z Arpales i paru wojów, których imiona zakryły mroki dziejów. Sam król, choć nie należał do tchórzów i jak na króla przystało walczył w pierwszym szeregu, stracił panowanie nad jabłkowitą klaczą Borołoszką, a ta z przestrachu zrzuciła jeźdźca na ziemię i uciekając wlokła go po cierniach i kamieniach. Trudno za to co zaszło winić konie; prawdę mówiąc, owej dziczej armii przeląkłby się nawet lew czy tygrys! Jednak gdy inni polegli, bądź uciekli, Bogdan został na polu bitwy wraz z wiernym Kruczkiem. Jego cztery sztylety poszybowały jak ptaki, a każdy z nich przyniósł śmierć jednemu z czterech dziczych generałów. Następnie miecz Igła i ciężka jak byk maczuga Ogłuszacz, której nikt poza Bogdanem podnieść nie zdołał, jęły siać jeszcze większe spustoszenie, błyskawicznie ścinając głowy z grubych karków, bądź miażdżąc je jak orzechy. Wokół Bogdana rósł stos powalonych dzików, a te co jeszcze żyły, kwiczały między sobą trwożliwie: ,,Charakternik''! Chcąc ratować morale swej armii, czarny jak smoła marszałek Vurga, o czerwonych oczach co świeciły w mroku, zaszarżował na wodnika. Klął przy tym grubo jak pijany woźnica, lecz Bogdan odpowiedział mu milczeniem. Zeskoczył z konia i dobył maczugi. Po trzykroć bił nią w twardą i grubą czaszkę dzika, aż poszła w drzazgi. Vurga zatrzymał się i padł ogłuszony na skalistą ziemię. Wówczas Bogdan dobił go mieczem, zaś dziki zdjęło przerażenie. Bogdan popędził ku nim na Kruczku rozdając Igłą celne ciosy i w godzinę ubił czterdzieści parę dziczych wojów. Reszta widząc śmierć wodza i pogrom armii, płaczliwie kwicząc schroniła się w lasach i górach, nigdy już nie napadając ludzi. Syn Lutomira zdjęty zmęczeniem i czerwony od przelanej posoki, wziął eburnowy róg Sandry z Arpalos i donośnie weń zadął obwieszczając zwycięstwo ludzi. Następnie toporem Vargala z Kaszt odrabał łeb wodza dzików i udał się do miasta stołecznego, by okazać go królowi. Kaugamart I Bars przeżył; mądra klacz miast w góry pognała z nim w stronę zamku. Doznał jednak bardzo ciężkich ran i nigdy już nie był tak silny i sprawny jak przed bitwą z dzikami. Na cześć Bogdana wyprawił ucztę z ciał poległych dzików, które upieczono w całości i podano z najlepszymi sosami i przyprawami znanymi na południe od Gór Jasowskich. Ponadto bohaterski wodnik ze Sklawinii został pasowany na rycerza i zamieszkał w jeziorku, które na jego cześć nazwano Bagadan. Po opiewanej w pieśniach nierównej bitwie pod Hurczurem, nadszedł dla prostego ludu czas mozolnej odbudowy tego co zniszczyły dziki.


*







Bogdan Lutomirović, przez króla Armanu obdarzony złotym pierścieniem, obręczą na ramieniu i jedwabnym płaszczem barwy błękitnej w czasie swych wędrówek po wielkim mieście stołecznym ujrzał zarówno przepych kapiących od złota pałaców i świątyń, jak i nędzę rozlatujących się lepianek. Gdy zwiedzał miasto stołeczne Haiaka – gird, w którym pozdrawiali go padając na twarz tak książęta i najwyżsi kapłani Groha i Cavera, jak też kupcy, tragarze, rzemieślnicy i żebracy, jego oczy zielone jak łuski smoka rozbłysły na widok nędzarzy stoczonych trądem. Straszna ta choroba trapiła wyłącznie ludzi poczynając od ery dziesiątej, a rozsiewały ją Čorty służące Zarazie, takie jak Trądzitwa – mająca postać trędowatej kobiety; bladej i okrytej samym prześcieradłem, czy mieszkający w jeziorze Trądziec, wyglądający jak nagi mąż stoczony trądem, którego zabili bracia Radym i Wiatko. Bogdan zlitował się nad ludźmi pokrytymi mrowiem białych strupów, którym odpadały palce rąk i nóg. Nikt ich nie chciał, za to wszyscy się ich bali. Musieli mieszkać w miejscu odosobnionym, a jeśli już przychodzili do miasta na żebry, bo do żadnej pracy już się nie nadawali, musieli ustawicznie hałasować kołatkami i wołać: ,,Przeklęty przez Groha i Cavera''! Gdy nikt tego nie widział, wodnik upuścił sobie sztyletem parę kropel krwi, która jak u wszystkich wodników i rusałek była jasnoniebieska, lodowata i miała moc leczyć najcięższe choroby. Skropieni ową krwią nędzarze w pół minuty powrócili do zdrowia i nie ma takich słów, które mogłyby opisać ich radość. Rzucali się wodnikowi na szyję i ściskali go, mimo że jak wszystkie wodniki był zimny i mokry jak ryba, wołali donośnie i tańczyli wokół niego. Następnie udali się z nim do kolonii trędowatych, która mieściła się za miastem, na małej wyspie pośród leśnego jeziora. Bogdan otworzył sobie żyły i począł skrapiać nieszczęśników swą krwią, a ci natychmiast zdrowieli. Przywrócił tak do zdrowia osiemdziesiąt dusz, aż w końcu zabrakło mu krwi i padł wycieńczony na ziemię ku przerażeniu ludzi. Ujrzał ciemność i stracił rachubę czasu. Gdy ponownie otworzył oczy, spostrzegł, że leży na białej pierzynie na łożu z kości słoniowej, a zatroskany Kruczek trąca go wilgotnym pyskiem. Dowiedział się, że leży w jednej z komnat zamku wzniesionego przez króla Hayka, a sama królewna Tais, córka Kaugamarta przychodzi doń, by pytać się o jego samopoczucie i przynieść kolchidzkiego wina z zamkowej piwnicy.
- Byłeś na Wyspie Trędowatych – tłumaczyła Tais – gdzie leczyłeś jej mieszkańców swą krwią. Wszystkich uratowałeś od strasznej śmierci w męczarniach, lecz sam straciwszy całą krew, omal nie umarłeś. Dzięki Aralezie, otrzymałeś nową i teraz żyjesz – mówiąc to królewska córka ucałowała mężnego wodnika w oba zimne jak lód policzki.
Gdy do komnaty wszedł król Kaugamart, Bogdan coś sobie przypomniał. Gdy spał i Śmierć wlokła go na stos swych łupów, ujrzał oczami duszy samą Mokoszę, z której łona wyszli Europa i Bałkan Łobasta; pierwsza rusałka i pierwszy wodnik. Mokosza pochyliła się nad nim z czułością i pocieszyła słowami: ,,Wierz, a będzie dobrze'', po czym rozchyliła mu martwe powieki, a wtedy Bogdan się obudził. Wodnik nie zapomniał uczcić swej pani nową pieśnią, której słowa dziś już zaginęły.
Tymczasem Zaraza nie przestawała trapić świata wszelkimi możliwymi chorobami. Późnym wieczorem, gdy Bogdan wrócił z zamykanej właśnie gospody ,,Pod Złotą Lunetą'', w której zjadł pół pieczonego byka, wypił antałek najlepszego wina z Kolchidy i spętał zabijakę, który upiwszy się, gonił dziewkę służebną z nożem, ujrzał w mroku przemykającą chyłkiem jakąś dziwną postać, podobną trochę do Centaura. Nie był to jednak Centaur. Bogdan, jak na wodnika przystało, mogący widzieć w ciemności i dostrzegać to co czary uczyniły niewidzialnym, podszedł bliżej cicho jak kot i ujrzał niewidzialnego stwora. Stwór ów do pasa był potężnym, brodatym mężem, zaś od pasa w dół – jeszcze potężniejszym, brązowym bykiem. Bogdan przypomniał sobie, że taki stwór nazywa się gauszydem. Niedawno król Kaugamart opowiadał jak jego przyjaciel Faruskad – król potężnej Medii zabił gauszyda – czarownika z krainy Ułu – saxał, gdy ten przybrał postać byka zionącego ogniem. Gauszyd, którego ujrzał syn Lutomira trzymał worek i coś z niego sypał na ulicę, jakby to było ziarno dla ptaków. Bogdan zaintrygowany tym podszedł bliżej, a jego wyostrzone magią zmysły ujawniły mu straszną prawdę. Gauszyd był sługą Zarazy, zaś z worka sypał ziarna trądu, które wciąż sypały się z dziur w obu piersiach przeklętej Trądzitwy. Wodnik dobył maczugi i zwinnie jak kot skoczył ku słudze Zarazy z bojowym okrzykiem. Gauszyd natychmiast dobył szabli i rozpoczęła się zażarta, lecz krótka walka. Dwoma zadanymi jakby od niechcenia uderzeniami w byczy grzbiet i w potylicę, Bogdan ogłuszył przeciwnika, a ów zwalił się na uliczne kamienie ciężko jak kłoda. Wówczas wodnik, silniejszy od niejednego bohatera, wziął ogłuszonego gauszyda na plecy i poszedł z nim w stronę swego jeziora. Wcześniej jednak ogniem ze swych oczu spalił jego wór z zawartością. Pojmany przez Bogdana gauszyd o imieniu Gojs obudził się skrępowany w skleconej z desek stajni na brzegu jeziora Bagadan. Ujrzał jak wodnik rozcina jego więzy i daje mu śniadanie w postaci placka jęczmiennego i bukłaka wina.
- Dlaczego mnie nie zabiłeś? - wychrypiał gauszyd.
- Lepiej ty odpowiedz po kiego Čorta rozsiewałeś trąd? - odpowiedział pytaniem wodnik, a gauszyd widząc jego groźne, gorejące zielonym ogniem oczy zrozumiał, że wykręty nic mu nie dadzą.
- My gauszydy nie przyjaźnimy się z ludźmi, ale nie pragnąłem ich wytępić. Żyłem sobie ze swym stadem z dala od człowieczych sadyb i byłem szczęśliwy. Jednak ostatnio zachorowałem na jakąś straszną chorobę bydlęcą i żaden z naszych szamanów nie mógł mi pomóc. Porzucony przez stado bredziłem w gorączce, aż ujrzałem Zarazę z czerwoną chustką w białej dłoni. Powiedziała mi, że moje życie zostanie oszczędzone, jeśli pójdę jej służyć. Jak to mówią ludzie ,,tonący brzytwy się chwyta'', więc zgodziłem się, byle tylko żyć dalej. Zaraza uczyniła mnie niewidzialnym i dała worek z ziarnami trądu, bym pozarażał nim ludzi. Proszę cię, panie wodniku przebij mnie raz a dobrze mieczem, bo jak Zaraza się dowie, że spartaczyłem robotę, to ześle na mnie najsroższe męczarnie...
- Zamiast służyć Zarazie – ozwał się Bogdan – mogłeś wezwać pomocy Złotej Baby, albo Znachora – Władcy Chorób, oni by ci pomogli. Czy chociaż żałujesz tego co zrobiłeś? - gauszyd pokiwał głową, choć nie był na ogół skłonny współczuć ludziom.
- Nie ubiję cię. Masz tu flakon mojej krwi co leczy wszystkie choroby, a jak Zaraza będzie cię napastować, chluśnij jej tym w twarz. Wracaj do swego stada i strzeż się wracać tu z trądem – po tych słowach gauszyd podziękował wodnikowi, chwycił kryształowy flakonik z jego leczniczą krwią i pogalopował na skaliste stepy, gdzie paśli się jego pobratymcy.


*





Po opuszczeniu Hajastanu, Bogdan zawędrował do Iremu i do Arabii, gdzie szukał przygód i skarbów w ruinach starożytnego, pustynnego miasta, którego nazwa zaginęła, a które w erze jedenastej było stolicą królestwa Memnona. Był również w Sindzie, gdzie broniąc się przed zjedzeniem ubił pięćdziesiąt Minotaurów, w Bharacji, w krainie Androfagów, przez Słowian zwanych Samojedami, leżącej na Dalekiej Północy, aż w końcu opromieniony sławą powrócił do ojczystej Puszczy Dziewańskiej. Osiadł w rodzinnym jeziorze Karuka i pojął za żonę, szczerze kochającą go Radunicę herbu Raduniec – przepiękną Wiłę, co jedną nogę miała ludzką, a drugą kozią i słynęła z nabożeństwa do Roda, zwanego też Ródem. Na ich hucznym weselu, młody wodnik Półpanek szarpiący struny złotej harfy śpiewał pieśń weselną o Jarowicie, który pod postacią wspaniałego ptaka strącił z jabłoni trzy jabłka, a trzy córki wdowy schowały je do zapasek, by dać owoce swym wybrańcom. ,,Komu jabłka, temu dziewczyna'' – brzmiały ostatnie słowa pieśni. Niedługo potem, czarnowłosa Radunica w krasnej sukni, obdarzyła swego oblubieńca piękną i mężną córką, która otrzymała imię Lutica Bogdanówna.






wtorek, 13 października 2015

Oniricon cz. 155

Śniło mi się, że:

- na ulicy widziałem ikonę o. Posackiego napisaną za jego życia, zaś dwóch księży dało mi prawosławne krucyfiksy,
- Alexandrus ov Cocelaise polował na zwierzęta,
- Pavlas ov Vidłar namówił mnie do wypicia kilku piw u niego w domu,
- poszedłem do szkoły, gdzie razem z jakimś małżeństwem cofnąłem się w czasie o kilka dekad, pełzałem po chodniku i jadłem dwie suche bułki tak łapczywie, że zwymiotowałem, stałem się nieco niższy, potem zobaczyłem dziewczynkę, której spadł bucik,



- w alternatywnym świecie miał miejsce wielki konkurs piękności zwany ,,Missterium Piękna'' połączony z modlitwami do Wielkiej Bogini i orgią, sędzią był następca tronu Polski, w tym śnie organizowano też 6 grudnia uroczyste misteria ku czci św. Mikołaja,



- inną wersją imienia Conan był Coran,



- poszedłem do Zabulona z filmu ,,Nocna Straż'' razem z rudą kobietą, która powiedziała mu, że jego pierwowzorem był żydowski czarnoksiężnik z legend średniowiecznych,



- kiedy Ten Wielki wybrał dobro, wówczas Geser tańczył z radości,



- byłem na spotkaniu z Wojciechem Cejrowskim, który założył buty, lecz nie miał skarpet; z jego karku wydobywał się strumień pary; chciałem się go zapytać dlaczego nie lubi Stevena Kinga, lecz nie miałem śmiałości,



- byłem na huśtawce razem z grupą starszych ludzi, którzy znaleźli kolonię samotnych pszczół pszczolinek; brali je do ręki, lecz ja bałem się użądlenia,
- byłem na pielgrzymce i czytałem starą książkę religijną z powyrywanymi kartkami, w której było coś o archeologii, oraz o Napoleonie Bonaparte,
- gdy szedłem do biblioteki zostałem zaatakowany przez małe dzieci,



- pojechałem do Dobrej Szczecińskiej, aby pracować jako jałmużnik,
- w średniowieczy w północnych Włoszech żyło słowiańskie plemię Strachów,



- zamierzałem napisać posta o motywach mitologicznych w ,,Koranie'',
- Ibn Saud żył w średniowieczu,
- w mojej kuchni bojler płonął niebieskim ogniem, co jakiemuś Rosjaninowi skojarzyło się z ,,Mistrzem i Małgorzatą'',



- Robert Biedroń był jednym z bohaterów ,,Mistrza i Małgorzaty'', w tej książce  występowałem również ja sam.