środa, 14 października 2015

Bogdan

,,Posrebrzało pole rosą,
Chodzi zorza stopką bosą,
Chodzi miedzą, chodzi żytem,
Sieje perły srebrnym sitem.
Cisza w polu, że aż dzwoni,
[…]''
- Maria Konopnicka ,,Rankiem w polu''





Wodnik Łoboss z jeziora Karuka leżącego na bałkańskiej ziemi, spłodził Lasztymira, ojca Gostymira, ojca Lutyna, ojca Lutymira, ojca Bogdana przez Greków zwanego Teodatem, z którego lędźwi wyszła bohaterska Wiła Lutica.
Bogdan Lutomirović, urodzony w jeziorze Karuka, zewsząd otoczonym kniejami Puszczy Dziewańskiej, miał postać męża potężnego a wysokiego. Za cały służyła mu przepaska barwy seledynowej. Miał ociekające wodą i mułem długie włosy, wąsy i brodę w barwie tak ciemnej zieleni, że wyglądały jak czarne. Jego wielkie, zielone oczy świeciły w mroku niby dwie gwiazdy, zaś ręce i nogi, tak jak cały ród Łobossa Karuckiego, miał Bogdan pokryte dużymi, złotymi łuskami, podobnymi do łusek karpia. Jak na junaka przystało umiał walczyć każdym rodzajem broni – mieczem Igłą, maczugą Ogłuszaczem, jak też czterema sztyletami – Vosem, Severem, Zapadem i Jugiem, które stale nosił przytwierdzone paskami do rąk i nóg. Nim spłodził pełną sławy Luticę, opuścił swe rodzinne, śródleśne jezioro i wyruszył szukać przygód. W swych wędrówkach przemierzał Puszczę Białej Wieży, oraz Góry Biesów i Čadów. Pływał w Morzu Rajskim, Ciemnym, czyli Czarnym, oraz Srebrnym. Był na dworach królowych Rodopy i Tatry, w Górach Dynarskich i w zamku cara Dwojedusznika, zbudowanym wśród szczytów Pasma Gorynycza. Zaszedł do ziemi Kolchów, Alanów, Scytów, Armańczyków, Sarmatów, Medów i Kimerów; był nawet w tajemniczym i nawiedzonym przez ghule i ifryty Iremie, przez Słowian nazywanym Grodem Kolumn. Wszystkich jego niezwykłych przygód i junackich czynów na wołowej skórze byś nie spisał. Ta opowieść przedstawi tylko niektóre z nich.


*




Noc dobiegła kresu, gdy Swaróg opuścił bursztynowy zamek swej żony Juraty, leżący na dnie Morza Srebrnego i wszedł na niebo, by zapalić Słońce. Mrok ustąpił miejsca złotu i purpurze, gdy młody wodnik Bogdan Lutymirović, dopiero co opuściwszy świętą Puszczę Dziewańską, jechał na grzbiecie wiernego rumaka Kruczka – rosłego, czarnego i włochatego, lecz wielce odważnego. Wodnik ujrzał budzącą się do życia wieś Korczevice z jej białymi polami gryki i chatynkami o dachach krytych słomą. Przejeżdżając przez pszeniczne pola, ujrzał małą, zdaje się ośmioletnią dziewczynkę o długich, złotych włosach, bosą i odzianą w długą, białą sukienkę. Dziewczynka trzymała w podobnych do eburnu rączętach sito wykonane ze srebra, którym rozsiewała po polu perlistą rosę. Nuciła przy tym pieśń sławiącą Ageja w jakimś zapomnianym języku. Bogdan jak wszystkie wodniki i rusałki mający zdolność dostrzegania Enków; tak niewidzialnych jak i zakrytych zasłonami innych postaci, usłyszał pieśni siedmiu rannych Zorji – dziewiczych, oddających chwałę Agejowi i owej niepozornej dziewczynce siejącej srebrnym sitem perły, pośród tego co ludzie odbierali jako ciszę, że aż dzwoni. Wodnik wiedział, że ową dziewczynką jest sama Dennica – siostra Swaroga i Chorsa – Srebronia, różana jutrzenka zwiastująca nowy dzień. Czym prędzej zsiadł z grzbietu Kruczka, którego poprzedni właściciel jako ,,konia brzydkiego i leniwego'' przywiązał u drzewa na żer wilków, po czym padł na twarz przed Zorzą i oddał jej cześć. Dziewczynka zaśmiała się wesoło swym perlistym śmiechem, uściskała zimnego jak ryba wodnika i ucałowała go w czoło. Następnie jedną z kropel rosy zamieniła w maleńką perełkę i podała ją Bogdanowi, a ów z powagą zawiesił ją sobie na szyi.
- W tej perełce, którą stworzyłam z wody – oznajmiła Dennica – zaklęta jest moc i odwaga rycerska. Gdy nadzieje zawiodą, w mojej perełce znajdziesz pociechę i ratunek – Bogdan ucałował drobne rączki Zorzy – Dennicy i na znak podzięki pozwolił jej wsiąść na grzbiet Kruczka i zabrał na przejażdżkę po rozbudzonej już wsi Korczevicach. Nim nastało złociste południe, Bogdan spostrzegł, że jedzie konno sam, że piękna i radosna Dennica powróciła niepostrzeżenie do swych braci i sióstr Enków.


*




W Azji, za Górami Jasowskimi zwanymi Prometem i Kaukazem i nad jeziorem Van, w którym mieszkają smoki, leżała kraina Hajastan, przez Persów zwana Armanem. Była to dzika, górzysta kraina, pełna turów, wilków, niedźwiedzi, szakali i tygrysów, hien i orłów, urokliwych nimf armenek, czarownic i wielogłowych smoków, olbrzymów, a także takich obcych Słowianom i Grekom stworzeń jak aralezy czy kadże. Arman – Hajastan obfitował także w pustynie pełne wielkich węży i skorpionów, oraz olbrzymie puszcze, w których tańcowały satyry. Królestwo ludzi założyli na tych dzikich ziemiach potomkowie Grabu i Jodły, a właściwie zastęp wojów ze stepów nad Morzem Ciemnym, na którego czele stał Hayk. Jego drużyna pojęła za żony armenki, oraz inne rodzaje nimf jak najady, oready, driady, waleczne meliady opiekujące się jesionami, orestiady i kameny, a także ludzkie niewiasty z dzikich plemion bytujących wśród ruin miast Sarnath i Karmath, z ludów Scytów i Medów. Sam Hayk, przez Greków zwany Armenosem, poślubił Orgambis – córkę króla Medów, założył gród stołeczny Haiaka – gird i przyjął koronę Hajastanu. Po jego śmierci władali jego syn, Ara Gehecik, przez Greków zwany Erem Armeńczykiem, a przez Słowian – Królem Duchem, Gabriel, Lumis, Tigranes Ragajan, Samir Asaradel, Dara Siruk, wreszcie zaś Kaugamart I Bars, w czasie którego panowania przybył do Armanu wodnik Bogdan i po dwakroć ocalił jego królestwo. W późniejszych wiekach królowie z krwi Hayka wielokrotnie odpierali ataki Amazonek, aż w końcu cała kraina została podbita i wcielona do Pierwszego Imperium Sarmackiego jak prowincja Arman. Wraz z upadkiem imperium Sarmatów, na tron odrodzonego Hajastanu wstąpił nowy król – Tarfan II Pulidi, założyciel dynastii Pulidów, która sprawowała rządy, aż do króla Haj – Urartu, na którego cześć królestwo na długie wieki zmieniło nazwę. W erze trzynastej Armenia – spadkobierczyni króla Hayka jako pierwsza z wszystkich ziem przyjęła Prawdę Jezusa Chrystusa.


*





W ósmym dniu panowania Kaugamarta I Barsa straszna plaga spadła na jego królestwo. Oto z puszczy Vara – gaj wyszły nieprzeliczone stada dzików, które stworzyły prawdziwą armię, której żadne inne wojsko nie dorównałoby okrucieństwem. Armia dzików z Vara – gaj miała swego marszałka; olbrzymiego, czarnego odyńca o szablach długich jak kły szablozębnego tygrysa, czterech generałów, licznych tysięczników, setników i szeregowców. Zwierzęta te kierowane jakimś čortowskim szałem o pełni Księżyca opuściły puszczę i ruszyły, by niszczyć wszelkie uprawy. Ludzie byli zupełnie bezradni; gdy próbowali bronić swych pól, ginęli rozszarpani dziczymi szablami, podobnie jak najsilniejsze i najzażartsze brytany i psy molosy z Epiru. Dziczy marszałek Vurga ze swym stadem wysłał do mogiły siedemdziesięciu siedem łowców, a pogrążonemu w strachu królestwu Armanu zagroził głód. Wsie i co mniejsze miasta poczęły pustoszeć i popadać w ruinę, a ich szczątki z wolna porastały lasem. Król zwołał najtęższych wojowników, tak hajastańskich, jak i pochodzących z alańskiego plemienia Nartów, oraz z Medii, a sam stanął na ich czele, lecz niewiele to dało. Poległ dziczy generał Kasaparim i pięciu dziczych oficerów, lecz marszałek Vurga wciąż żył, a rozzuchwalił się do tego stopnia, że w biały dzień wypruwał białymi szablami trzewia ze stad koni i owiec. ,,Oto sprawiedliwa zemsta na brudnej rasie synów ludzkich, za całe wieki polowań na rasę dzików'' – kwiczał Vurga do swych wojów, a ci przyznawali mu rację. Z ich powodu Arman z wolna obracał się w cmentarz, gdy na świętej ziemicy króla Hayka zjawił się wodnik Bogdan na karym koniu Kruczku. Syn Lutymira przekroczył właśnie Góry Jasowskie i skierował się ku zielonym dolinom, by człowieczym zwyczajem poszukać gospody, lub przynajmniej jeziora czy rzeki na nocleg. Plemiona ludzkie, które spotkał nad Terekiem, opowiadały mu, że w niedalekiej krainie Arman trwa wojna ludzi z dzikami, lecz Bogdan skłonny był uznać to za wymysł poczęty od picia wina z Kolchidy. Teraz gdy szukając przygód i sławy, po licznych utarczkach z rozbójnikami w Promecie wkroczył na ziemię poślubioną przez króla Hayka i jego następców, zastał dziwną wioskę. Nie było w niej ani jednego człowieka, pola były zryte i zarosłe chwastami i siewkami leśnych drzew, brakowało również zdziczałych psów, kóz, kur, czy innych gospodarskich zwierząt. Gdy Bogdan dumał nad przyczyną opuszczenia wioski, z zarośli wyskoczyły nań cztery olbrzymie jak krowy, spasione dziki z wyraźnym zamiarem posiekania go białymi szablami. Kruczek przerażony stanął dęba, lecz uspokoił go łagodny głos wodnika, szepczącego toropieckie zaklęcia uspokajające zwierzęta. Cztery odyńce otoczyły konia i jeźdźca z wszystkich stron, groźnie chrząkając i kwicząc.
- Cóż wam uczyniłem, synowie Białej Lochy, że chcecie mnie rozszarpać? - spytał Bogdan szykując sztylet do rzutu.
- Chrum! Rasa ludzka jest wrzodem całej przyrody. Ludzka i tylko ludzka rasa gdziekolwiek się rozprzestrzenia, wykorzenia bardziej wartościowe rasy zwierząt i roślin. Arman zbudowano na zbrodni. Żadne jego osiągnięcia nie odkupią tego, co cywilizacja zrobiła z przyrodą. Chrum! Wysłuchałeś, wszawy człowieku, to teraz giń!
- Jeśli o to chodzi – odrzekł Bogdan ważąc sztylet w dłoni – nie jestem człowiekiem, ani nie mam wszy! - dzik jednak nie bacząc na te słowa zaszarżował, więc wodnik cisnął weń sztylet. Trafił w głowę i od razu położył odyńca trupem. Następnie uśmiercił tak trzy pozostałe dziki, gotowe go pożreć, tak jak pożarły domowe zwierzęta z wyludnionej wioski. Bogdan zsiadł z Kruczka, wyjął swym prześladowcom sztylety z zakutych łbów i wytarł je z krwi o trawę.
- Stary Nagum z Terecji mówił prawdę – stwierdził wodnik – junak. - Widzi mi się, drogi Kruczku, że czekają nas w tej krainie srogie walki – kary ogier zastrzygł uszami. - Jestem wszak bogatyr, a jako taki muszę bronić najsłabszych – uzasadniał w dialogu z ukochanym koniem.


*

Bogdan dołączył do hufców króla Hajastanu i pod jego stanicą z wyobrażonymi na niej lwem, orłem i siedmioma srebrzystymi gwiazdami, stawił się na polu walki, zwanym Hurczur (Gurczur) nieopodal miasta stołecznego Haiaka – gird. Siłami armańskimi dowodził sam król Kaugamart I Bars, a wraz z nim walczyć mieli ostatni z ocalałych witezi ziemicy Haykowej. Po drugiej stronie wojsko dzików dowodzone przez marszałka Vurgę, czarnego jak noc, silnego niczym sto niedźwiedzi, a zajadłego na ludzkie plemię niby Čort, czekało na rozkaz do uderzenia. ,,Chrum! Rozpłatamy synów Novalsa jak kucharz rybę i wdepczemy ich w ziemię''! - przemawiał wódz dzików do swych wojów. Zakwiczał przenikliwie i jego zwierzęca horda rzuciła się na najdzielniejszych synów Armanu. Rozpętało się piekło. Najodważniejsze konie, sprowadzone aż z Arabistanu i ziemicy Hetytów, które narodzić się miały z morskiej piany, na widok szarżujących dzików niemal dorównujących im wielkością, poniosły i zrzuciły rycerzy z grzbietów, a same ubiegły w góry. Dziki nie miały litości. Z ich szabli i ważących półtora puda, twardych jak spiż racic zginęli Vargal z Kaszt, Eram z Eratu, Aram Gacziri, Chan – tou z Sinea, wojowniczka Sandra z Arpales i paru wojów, których imiona zakryły mroki dziejów. Sam król, choć nie należał do tchórzów i jak na króla przystało walczył w pierwszym szeregu, stracił panowanie nad jabłkowitą klaczą Borołoszką, a ta z przestrachu zrzuciła jeźdźca na ziemię i uciekając wlokła go po cierniach i kamieniach. Trudno za to co zaszło winić konie; prawdę mówiąc, owej dziczej armii przeląkłby się nawet lew czy tygrys! Jednak gdy inni polegli, bądź uciekli, Bogdan został na polu bitwy wraz z wiernym Kruczkiem. Jego cztery sztylety poszybowały jak ptaki, a każdy z nich przyniósł śmierć jednemu z czterech dziczych generałów. Następnie miecz Igła i ciężka jak byk maczuga Ogłuszacz, której nikt poza Bogdanem podnieść nie zdołał, jęły siać jeszcze większe spustoszenie, błyskawicznie ścinając głowy z grubych karków, bądź miażdżąc je jak orzechy. Wokół Bogdana rósł stos powalonych dzików, a te co jeszcze żyły, kwiczały między sobą trwożliwie: ,,Charakternik''! Chcąc ratować morale swej armii, czarny jak smoła marszałek Vurga, o czerwonych oczach co świeciły w mroku, zaszarżował na wodnika. Klął przy tym grubo jak pijany woźnica, lecz Bogdan odpowiedział mu milczeniem. Zeskoczył z konia i dobył maczugi. Po trzykroć bił nią w twardą i grubą czaszkę dzika, aż poszła w drzazgi. Vurga zatrzymał się i padł ogłuszony na skalistą ziemię. Wówczas Bogdan dobił go mieczem, zaś dziki zdjęło przerażenie. Bogdan popędził ku nim na Kruczku rozdając Igłą celne ciosy i w godzinę ubił czterdzieści parę dziczych wojów. Reszta widząc śmierć wodza i pogrom armii, płaczliwie kwicząc schroniła się w lasach i górach, nigdy już nie napadając ludzi. Syn Lutomira zdjęty zmęczeniem i czerwony od przelanej posoki, wziął eburnowy róg Sandry z Arpalos i donośnie weń zadął obwieszczając zwycięstwo ludzi. Następnie toporem Vargala z Kaszt odrabał łeb wodza dzików i udał się do miasta stołecznego, by okazać go królowi. Kaugamart I Bars przeżył; mądra klacz miast w góry pognała z nim w stronę zamku. Doznał jednak bardzo ciężkich ran i nigdy już nie był tak silny i sprawny jak przed bitwą z dzikami. Na cześć Bogdana wyprawił ucztę z ciał poległych dzików, które upieczono w całości i podano z najlepszymi sosami i przyprawami znanymi na południe od Gór Jasowskich. Ponadto bohaterski wodnik ze Sklawinii został pasowany na rycerza i zamieszkał w jeziorku, które na jego cześć nazwano Bagadan. Po opiewanej w pieśniach nierównej bitwie pod Hurczurem, nadszedł dla prostego ludu czas mozolnej odbudowy tego co zniszczyły dziki.


*







Bogdan Lutomirović, przez króla Armanu obdarzony złotym pierścieniem, obręczą na ramieniu i jedwabnym płaszczem barwy błękitnej w czasie swych wędrówek po wielkim mieście stołecznym ujrzał zarówno przepych kapiących od złota pałaców i świątyń, jak i nędzę rozlatujących się lepianek. Gdy zwiedzał miasto stołeczne Haiaka – gird, w którym pozdrawiali go padając na twarz tak książęta i najwyżsi kapłani Groha i Cavera, jak też kupcy, tragarze, rzemieślnicy i żebracy, jego oczy zielone jak łuski smoka rozbłysły na widok nędzarzy stoczonych trądem. Straszna ta choroba trapiła wyłącznie ludzi poczynając od ery dziesiątej, a rozsiewały ją Čorty służące Zarazie, takie jak Trądzitwa – mająca postać trędowatej kobiety; bladej i okrytej samym prześcieradłem, czy mieszkający w jeziorze Trądziec, wyglądający jak nagi mąż stoczony trądem, którego zabili bracia Radym i Wiatko. Bogdan zlitował się nad ludźmi pokrytymi mrowiem białych strupów, którym odpadały palce rąk i nóg. Nikt ich nie chciał, za to wszyscy się ich bali. Musieli mieszkać w miejscu odosobnionym, a jeśli już przychodzili do miasta na żebry, bo do żadnej pracy już się nie nadawali, musieli ustawicznie hałasować kołatkami i wołać: ,,Przeklęty przez Groha i Cavera''! Gdy nikt tego nie widział, wodnik upuścił sobie sztyletem parę kropel krwi, która jak u wszystkich wodników i rusałek była jasnoniebieska, lodowata i miała moc leczyć najcięższe choroby. Skropieni ową krwią nędzarze w pół minuty powrócili do zdrowia i nie ma takich słów, które mogłyby opisać ich radość. Rzucali się wodnikowi na szyję i ściskali go, mimo że jak wszystkie wodniki był zimny i mokry jak ryba, wołali donośnie i tańczyli wokół niego. Następnie udali się z nim do kolonii trędowatych, która mieściła się za miastem, na małej wyspie pośród leśnego jeziora. Bogdan otworzył sobie żyły i począł skrapiać nieszczęśników swą krwią, a ci natychmiast zdrowieli. Przywrócił tak do zdrowia osiemdziesiąt dusz, aż w końcu zabrakło mu krwi i padł wycieńczony na ziemię ku przerażeniu ludzi. Ujrzał ciemność i stracił rachubę czasu. Gdy ponownie otworzył oczy, spostrzegł, że leży na białej pierzynie na łożu z kości słoniowej, a zatroskany Kruczek trąca go wilgotnym pyskiem. Dowiedział się, że leży w jednej z komnat zamku wzniesionego przez króla Hayka, a sama królewna Tais, córka Kaugamarta przychodzi doń, by pytać się o jego samopoczucie i przynieść kolchidzkiego wina z zamkowej piwnicy.
- Byłeś na Wyspie Trędowatych – tłumaczyła Tais – gdzie leczyłeś jej mieszkańców swą krwią. Wszystkich uratowałeś od strasznej śmierci w męczarniach, lecz sam straciwszy całą krew, omal nie umarłeś. Dzięki Aralezie, otrzymałeś nową i teraz żyjesz – mówiąc to królewska córka ucałowała mężnego wodnika w oba zimne jak lód policzki.
Gdy do komnaty wszedł król Kaugamart, Bogdan coś sobie przypomniał. Gdy spał i Śmierć wlokła go na stos swych łupów, ujrzał oczami duszy samą Mokoszę, z której łona wyszli Europa i Bałkan Łobasta; pierwsza rusałka i pierwszy wodnik. Mokosza pochyliła się nad nim z czułością i pocieszyła słowami: ,,Wierz, a będzie dobrze'', po czym rozchyliła mu martwe powieki, a wtedy Bogdan się obudził. Wodnik nie zapomniał uczcić swej pani nową pieśnią, której słowa dziś już zaginęły.
Tymczasem Zaraza nie przestawała trapić świata wszelkimi możliwymi chorobami. Późnym wieczorem, gdy Bogdan wrócił z zamykanej właśnie gospody ,,Pod Złotą Lunetą'', w której zjadł pół pieczonego byka, wypił antałek najlepszego wina z Kolchidy i spętał zabijakę, który upiwszy się, gonił dziewkę służebną z nożem, ujrzał w mroku przemykającą chyłkiem jakąś dziwną postać, podobną trochę do Centaura. Nie był to jednak Centaur. Bogdan, jak na wodnika przystało, mogący widzieć w ciemności i dostrzegać to co czary uczyniły niewidzialnym, podszedł bliżej cicho jak kot i ujrzał niewidzialnego stwora. Stwór ów do pasa był potężnym, brodatym mężem, zaś od pasa w dół – jeszcze potężniejszym, brązowym bykiem. Bogdan przypomniał sobie, że taki stwór nazywa się gauszydem. Niedawno król Kaugamart opowiadał jak jego przyjaciel Faruskad – król potężnej Medii zabił gauszyda – czarownika z krainy Ułu – saxał, gdy ten przybrał postać byka zionącego ogniem. Gauszyd, którego ujrzał syn Lutomira trzymał worek i coś z niego sypał na ulicę, jakby to było ziarno dla ptaków. Bogdan zaintrygowany tym podszedł bliżej, a jego wyostrzone magią zmysły ujawniły mu straszną prawdę. Gauszyd był sługą Zarazy, zaś z worka sypał ziarna trądu, które wciąż sypały się z dziur w obu piersiach przeklętej Trądzitwy. Wodnik dobył maczugi i zwinnie jak kot skoczył ku słudze Zarazy z bojowym okrzykiem. Gauszyd natychmiast dobył szabli i rozpoczęła się zażarta, lecz krótka walka. Dwoma zadanymi jakby od niechcenia uderzeniami w byczy grzbiet i w potylicę, Bogdan ogłuszył przeciwnika, a ów zwalił się na uliczne kamienie ciężko jak kłoda. Wówczas wodnik, silniejszy od niejednego bohatera, wziął ogłuszonego gauszyda na plecy i poszedł z nim w stronę swego jeziora. Wcześniej jednak ogniem ze swych oczu spalił jego wór z zawartością. Pojmany przez Bogdana gauszyd o imieniu Gojs obudził się skrępowany w skleconej z desek stajni na brzegu jeziora Bagadan. Ujrzał jak wodnik rozcina jego więzy i daje mu śniadanie w postaci placka jęczmiennego i bukłaka wina.
- Dlaczego mnie nie zabiłeś? - wychrypiał gauszyd.
- Lepiej ty odpowiedz po kiego Čorta rozsiewałeś trąd? - odpowiedział pytaniem wodnik, a gauszyd widząc jego groźne, gorejące zielonym ogniem oczy zrozumiał, że wykręty nic mu nie dadzą.
- My gauszydy nie przyjaźnimy się z ludźmi, ale nie pragnąłem ich wytępić. Żyłem sobie ze swym stadem z dala od człowieczych sadyb i byłem szczęśliwy. Jednak ostatnio zachorowałem na jakąś straszną chorobę bydlęcą i żaden z naszych szamanów nie mógł mi pomóc. Porzucony przez stado bredziłem w gorączce, aż ujrzałem Zarazę z czerwoną chustką w białej dłoni. Powiedziała mi, że moje życie zostanie oszczędzone, jeśli pójdę jej służyć. Jak to mówią ludzie ,,tonący brzytwy się chwyta'', więc zgodziłem się, byle tylko żyć dalej. Zaraza uczyniła mnie niewidzialnym i dała worek z ziarnami trądu, bym pozarażał nim ludzi. Proszę cię, panie wodniku przebij mnie raz a dobrze mieczem, bo jak Zaraza się dowie, że spartaczyłem robotę, to ześle na mnie najsroższe męczarnie...
- Zamiast służyć Zarazie – ozwał się Bogdan – mogłeś wezwać pomocy Złotej Baby, albo Znachora – Władcy Chorób, oni by ci pomogli. Czy chociaż żałujesz tego co zrobiłeś? - gauszyd pokiwał głową, choć nie był na ogół skłonny współczuć ludziom.
- Nie ubiję cię. Masz tu flakon mojej krwi co leczy wszystkie choroby, a jak Zaraza będzie cię napastować, chluśnij jej tym w twarz. Wracaj do swego stada i strzeż się wracać tu z trądem – po tych słowach gauszyd podziękował wodnikowi, chwycił kryształowy flakonik z jego leczniczą krwią i pogalopował na skaliste stepy, gdzie paśli się jego pobratymcy.


*





Po opuszczeniu Hajastanu, Bogdan zawędrował do Iremu i do Arabii, gdzie szukał przygód i skarbów w ruinach starożytnego, pustynnego miasta, którego nazwa zaginęła, a które w erze jedenastej było stolicą królestwa Memnona. Był również w Sindzie, gdzie broniąc się przed zjedzeniem ubił pięćdziesiąt Minotaurów, w Bharacji, w krainie Androfagów, przez Słowian zwanych Samojedami, leżącej na Dalekiej Północy, aż w końcu opromieniony sławą powrócił do ojczystej Puszczy Dziewańskiej. Osiadł w rodzinnym jeziorze Karuka i pojął za żonę, szczerze kochającą go Radunicę herbu Raduniec – przepiękną Wiłę, co jedną nogę miała ludzką, a drugą kozią i słynęła z nabożeństwa do Roda, zwanego też Ródem. Na ich hucznym weselu, młody wodnik Półpanek szarpiący struny złotej harfy śpiewał pieśń weselną o Jarowicie, który pod postacią wspaniałego ptaka strącił z jabłoni trzy jabłka, a trzy córki wdowy schowały je do zapasek, by dać owoce swym wybrańcom. ,,Komu jabłka, temu dziewczyna'' – brzmiały ostatnie słowa pieśni. Niedługo potem, czarnowłosa Radunica w krasnej sukni, obdarzyła swego oblubieńca piękną i mężną córką, która otrzymała imię Lutica Bogdanówna.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz