wtorek, 10 lutego 2026

Wind

 

,,Kiedy przebywał w Galii w charakterze prokonsula, król Batawów przysłał mu w podarunku kilku Indów, od których, dopytując się, skąd do tego kraju przybyli, dowiedział się, że gwałtowna burza porwała ich z wód indyjskich, po czym, przebywszy wszystkie morza leżące po drodze, wylądowali na koniec na brzegach Germanii’’ - Korneliusz Nepos, I wiek p. n. e.



Minął rok odkąd książę Pirogazon z Bharacji opuścił swoje włości. Jako swego zastępcę wyznaczył starego wezyra Pandakę. Sam zaś Pirogazon, syn Rudry, syna Orbegastesa wsiadł na pokład korabia, zwanego ,,Łabędziem’’ i pożeglował przez Ocean Wyrajski w poszukiwaniu dalekiej i tajemniczej Germanii. Zamiar swój podjął trzy lata wcześniej, jeszcze za życia ojca. Był wówczas świadkiem przybycia na książęcy dwór w Kesalii posłów z nieznanych krain gdzieś w Europie. Byli jasnowłosi, przeważnie rudzi, wysocy i muskularni, oczy zaś mieli szare jak morza Dalekiej Północy. Władali mieczami, włóczniami a toporami z wprawą najbitniejszych kszatriów. Nosili długie włosy, zaplecione z tyłu w końskie warkocze a także brody i wąsy. Za odzienie służyły im proste spodnie i koszule z płótna, barwione różnobarwnym urzetem, a także skóry upolowanych wilków, rysiów i niedźwiedzi. Zawieszone na ich szyjach ochronne nawęzy wykonane były z dziczych kłów a także z drogocennych bursztynów, w które obfitowały piaszczyste plaże Morza Srebrnego. Przynieśli w darze beczki piwa i wina znad wielkiej rzeki Rinin, aromatyczny miód, sznury jantaru, sól, wosk, futra bobrów i śnieżnobiałych gronostajów oraz rzeczne perły, stanowiące ulubioną ozdobę saskich księżniczek, aby wymienić je na pawie pióra, rubiny i wszelkie inne różnobarwne klejnoty, eburn, ambrę, drzewo sandałowe, sineańską kitajkę, rogi jednorożców, przydatne w wykrywaniu trucizn, mumio, poszukiwane przez znachorów oraz przyprawy droższe niż złoto z Hawilii. Kupcy nie znali żadnego z licznych języków, używanych podówczas w Bharacji, korzystali przeto z usług tłumacza. Książę Pirogazon był podówczas obecny w sali tronowej, w której jego ojciec, Rudra udzielał audiencji Germanom. Następca tronu niewiele pojął co przybysze mówili poprzez tłumacza jego ojcu. Pojął jednakże, że świat jest znacznie większy i ciekawszy niż to sobie dotąd wyobrażał. Z każdym rokiem coraz mocniej marzył, aby odwiedzić tajemniczą Germanię między rzekami Rininem a Lebaną, krainę mrocznych puszcz pełnych dzikiego zwierza, zamieszkaną przez nieustraszonych mężów i nadobne niewiasty. W krainie tej jak posłyszał, przez pół roku zalegał wszędy śnieg i lód niczym na niebotycznych szczytach Imalainu. Minęły lata i wraz ze śmiercią starego księcia Rudry, Pirogazon objął tron jako jego następca. Swoje panowanie rozpoczął od realizacji dziecięcego marzenia. Przyświecały mu przy tym trzy cele. Zamierzał poszerzyć wiedzę Bharatyjczyków o plemionach zamieszkujących daleką Europę i nawiązać z nimi kontakty handlowe. Pragnął również zasilić swoje zastępy kszatriów bitnymi wojownikami z Dalekiego Zachodu, potrzebnymi do obrony księstwa przed atakami piratów z Seriffe. Najął najlepszych szkutników, braci Wiszura i Wiszara, uważanych za półbogów i zlecił im budowę okrętu. ,,Łabędź’’ został zbudowany z drewna sandałowca, pomalowany na biało i złoto i zaopatrzony w purpurowe żagle. Wiszur i Wiszar, parający się sztukami magicznymi, wyryli na burtach okrętu zaklęcia, mające zapewnić mu niezatapialność.




- Biada wam, którzy nie przestrzegacie zwyczajów ojczystych! - Zawołał wielkim głosem stary, siwobrody bramin imieniem Rupaka, jako jedyny nie podzielający radosnego podniecenia ludu, tłumnie zgromadzonego w królewskim porcie. - Czyż nie wiecie, że Boski Zakon zabrania synom Bharacji wyprawiania się za morze?!

Rupaka był łysy jak kolano, chudy niczym szczapa i okryty białymi łachmanami, zaś jego słowa wzbudziły niepokój w sercach poddanych księcia Pirogazona. Kilkoro dziatek zaczęło nawet płakać ze strachu. Bramin budził mieszane odczucia wśród mieszkańców Kesalii. Podczas gdy jedni widzieli w nim mędrca i człowieka świętego, zdaniem innych nadzwyczaj sędziwy wiek pomieszał mu w głowie. W istocie nikt nie wiedział ile Rupaka miał lat. Był starcem już za panowania Orbegastesa, dziada Pirogazona. Ponoć jako pacholę słuchał nauk Dobromira – Manu, budowniczego żołędziowej arki, w której ocalał rodzaj ludzki.



- Przeklęty każdy kto wypływa za morze! Gniew Ka nad każdym, kto zdąża do Lemurii i innych piekielnych krain! - Rupaka krzyczał w amoku.

Zrzucił z siebie skąpe odzienie. Wymachiwał rękami i nogami jak ukąszony przez tarantulę, przewracał oczami i toczył obficie pianę z ust. Tłum ogarnęła zgroza. Książę zmarszczył twarz i szepnął coś dowódcy straży. Wnet dwóch kszatriów delikatnie lecz stanowczo ujęło natchnionego starca za ramiona i wyprowadziło go z portu. Dla zatarcia złego wrażenia Pirogazon kazał grać wesołej muzyce, zapalić najwonniejsze kadzidło oraz hojnie sypać obecnym w porcie poddanym perły i złote monety.



,,Łabędź’’ opuścił Kesalię z ładownią pełną kosztownych podarków dla Germanów. Książę wszedł na pokład razem z ukochaną Bituri, niegdyś bajaderą, teraz zaś księżną Kesalii, noszącą pod sercem następcę tronu. Książęcy muzykanci grali niezmordowanie jeszcze długo po tym jak najwyższe wieże stołecznego grodu zniknęły za horyzontem, aż z fal oceanu wyglądały zaciekawione delfiny i wielkookie syreny olśniewającej piękności…



*



Historycy, pracujący w pocie czoła nad zachowanymi fragmentami dziennika pokładowego, spisanego w mowie prakryckiej, odtworzyli część przygód, jakie przypadły w udziale załodze ,,Łabędzia’’.



,,Bharatyjczycy opłynęli Afrykę. Mapy, którymi dysponowali były bałamutne, przez co pomylili Morze Rajskie, dziś zwane Śródziemnym z Oceanem Germańskim czyli dzisiejszym Morzem Północnym. W istocie płynęli w nieznane. Vatara, kapitan ‘Łabędzia’ pisał w dzienniku o przeżytych sztormach, zarazach i atakach piratów, z powodu których traciła życie znaczna część załogi. Opisał ptaka Roka, gnieżdżącego się na wielkiej wyspie Malgalesio, tak wielkiego i silnego, że pożerał na jeden posiłek trzy słonie. Podróżni widzieli także morskie smoki o turkusowej łusce, nabijanej złotymi guzami, ptaka dodeona, od dronta dodo różniącego się olbrzymimi rozmiarami zdolnością lotu, olbrzymich ludożerców o czarnej skórze, kontrastującej z czerwonymi oczami i włosami, trójgłowego rekina, zdolnego do poruszania się po lądzie, Abukuru, plemię niecnych kynokefali, odbywających długie lotu na grzbietach skrzydlatych scynków, powabne syreny o smagłej cerze i ogonach pokrytych diamentowymi łuskami, kraby i langusty, dorównujące rozmiarami wielorybom i żyjącego w falach oceanu, gigantycznego, czarnego jednorożca. Ten ostatni zwierz miał tylną część ciała rekina i zdobył ponura sławę, atakując rogiem przepływające korabie. ,,Łabędź’’ dzielnie walczył ze sztormami, według ówczesnych zsyłanymi przez złośliwe morskie potwory, demony, czarownice i czarnoksiężników. W końcu zatonął u wybrzeży bałkańskiej ziemi...’’


- Pisał w pracy ,,Historia Bharacji. Od potopu do podboju sarmackiego’’ prof. Filip Uczonek z Uniwersytetu w Złocieńcu.


*



- Hau! Pospiesz się, pani! - Łowcze psy ze sfory Dziwicy, przemierzającej z łukiem w ręku drogi i bezdroża Sklawinii, ponaglały ją do biegu.



Dziwica, nadobna córa Chorsa – Srebronia i Srebrennicy potrafiła doścignąć i pochwycić nawet najbardziej rączą gazelę. Była jedną z Enków, posłańców Ageja, którą Ilirowie sławili pod imieniem Zany. Jej cera i krótka sukienka do kolan jaśniały srebrzystym blaskiem, podczas gdy warkocze wiły się w pędzie na podobieństwo węży. Psy wierne a zmyślne, charty, wyżły, ogary i brytany zaprowadziły Dziwicę na morski brzeg. Błękitne oczy Enki spoczęły na szczątkach pięknego niegdyś korabia, zmiażdżonego sztormowymi falami. Wśród nich leżały sponiewierane potęgą żywiołu zwłoki młodej księżniczki z dalekiej Bharacji. Była tak urodziwa, że sama Dziwica nie miała pewności czy ma przed sobą apsarę czy tylko córkę Aivalsy. Martwe ramiona Bituri wciąż tuliły do obnażonej piersi kwilące niemowlę, maleńkiego chłopczyka. Kiedy Dziwica podeszła w ich stronę, ujrzała czarny jak czeluść Čortieńska cień swej nielubianej ciotki, Mar – Zanny.

- Odejdź mi tu zaraz ze swymi psami – fuknęła Mar – Zanna. - Nic tu po tobie!



Mar – Zanna była odziana w suknię czarną jak żałoba, zaś na jej kruczych włosach spoczywał wieniec z chryzantemy, kwiecia składanego na żalnikach. Jej zimne, niebieskie oczy oraz piękna, surowa twarz, blada jak oblicze trupa, wyrażały najwyższą dezaprobatę. W dłoni Przynoszącej Smutek lśnił długi i cienki oścień z sopla lodu, niezawodne narzędzie służące oddzielaniu dusz od ciał.

- Przybyłam ocalić to dziecię. - Oznajmiła Dziwica.



- Jestem w swoim prawie – warknęła Mar – Zanna. - Nie tobie, smarkulo, wcinać się między wódkę a zakąskę! Patrz! - Mar – Zanna wskazała zimnym ościeniem. - W czas sztormu nasłałam mamule, mroczne nimfy, które orężem z rogów narwali przedziurawiły burty, wpuszczając do wnętrza wodę. Wicher, tchnienie Przegrzechy i rozhukane fale dopełniły dzieła. Nikt nie ocalał. Wszyscy topielcy przeobrazili się w morskie wodniki. Teraz milcz i pozwól mi zabrać do Nawii tę sierotę.

Oblicze Dziwicy pokraśniało ze wzburzenia.

- Na życie Ageja i żertwę Teosta, który połamał twój oścień, nie pozwolę ci na to!

- A więc walczmy – rzuciła gniewnie Mar – Zanna.



Obydwie Enki doskoczyły do siebie, po czym zwarły się w zapasach. Walka była długa i zażarta, prowadzona według prastarych prawideł, które zakazywały jedynie gryzienia i wydłubywania oczy. Z każdym zadanym ciosem na niebie przybywało ciemnych chmur, ażeby w końcu lunęło jak z cebra. ,,Baby się biją, będzie deszcz’’. - Mówiło przysłowie zanotowane w Pawlaczycy, odnoszące się do pojedynków Amazonek, opisanych przez dawnych kronikarzy. Dziwica stanęła dumnie, ocierając krew z nosa. Plecy Mar – Zanny pokrył zygzak, utworzony z sińców. Wyczerpana walką upadła na twarz przed młodszą od siebie przeciwniczką i wysyczała coś w wężowym języku. Leżąc, przeobraziła się w żmiję z wielkimi, błoniastymi skrzydłami. Zamachała nimi, po czym odleciała za morze.

- Jeszcze po niego wrócę! Każdego kiedyś dopadnę! - Syczała groźbę, nie oglądając się za siebie.

Dziwica podeszła do kwilącego oseska i delikatnie wyjęła go z ramion martwej matki.

- Będę twoją matką, a ty moim synem. Przysposobię cię do rzeczy wielkich. - Obiecała, dając dziecięciu mleko ze swojej piersi.


*




                                                        Ryc. za: Pixabay


Dziwica nazwała swojego przybranego syna imieniem Wind (Vindus), oznaczającym Bharatyjczyka. Dziecię wyróżniało się jasną cerą, przypominającą perłę. Miało czarne włosy, między oczami zaś znamię w postaci kropki, świecące w ciemności niczym szkarłatny klejnot. Wygląd ten był charakterystyczny dla książęcego rodu zasiadającego na tronie Kesalii. Spożywający mleko Dziwicy w latach swojego niemowlęctwa, Wind posiadł siłę, sprawność, szybkość i wytrzymałość większe niż te, którymi dysponowali jego rówieśnicy ze Sklawinii i ziemicy Ilirów. Umysł miał równie lotny jak strzały, które wypuszczał z łuku. Dziwica uczyła go z powodzeniem walki każdym rodzajem oręża, sporządzania driakwi ze znalezionych w głuszy roślin, tropienia zwierząt, łowienia ryb i zapasów. Opowiadała mu dzieje świata poczynając od pierwszego eonu. Nauczyła mowy starokrasnej, toropieckiej, słowiańskiej, iliryjskiej, a także języków używanych przez zwierzęta. Zabierała go ze sobą na uczty i narady Enków oraz jytnas.



Z całej sfory należącej do Dziwicy, Wind najwięcej upodobał sobie brytana imieniem Bari, zwierzę niezwykle mądre, odważne, lękające się jedynie burzy i wierne. Choć wszystkie psy miłowały Winda, Bari była dla niego nie tylko przyjacielem, ale też doradcą i kimś w rodzaju ojca.

W czasie swych piątych urodzin Wind zapytał opiekującą się nim Córę Księżyców.

- Mamo, a jelonek rogacz powiedział mi, że nie jesteś moją prawdziwą mamą!

Dziwica spojrzała na niego poważnie.

- Imię, które ci nadałam, oznacza, że pochodzisz z Bharacji, bardzo dalekiej krainy. Twoja mama i tata byli jej władcami i bardzo cię kochali. Urodziłeś się na okręcie płynącym na Zachód. Twoi bliscy zginęli w sztormie, jeno ty sam ocalałeś. Znalazłam cię na plaży i ocaliłam przed śmiercią. Agej przeznaczył cię na wielkiego króla Słowian.

- To straszne… - Chłopiec zaczął płakać. - Czy nigdy nie poznam mamy i taty?

- Są teraz szczęśliwi w Nawii Jasnej i wbrew swoim obawom nie będą musieli nigdy więcej się odradzać. Poproszę mojego wujka, Welesa, aby pozwolił nam ich odwiedzić. - Wind zapiszczał z radości i z całej siły przytulił się do przybranej matki.

Dziwica dotrzymała słowa. W najbliższe święto Dziadów Weles otworzył portal prowadzący do jego królestwa, złożonego z trzech archipelagów. Dziwica ujęła Winda za rączkę i przeszli w bród przez czarny strumień o lodowatej wodzie, płynącej wśród leśnych drzew. Z oddali dobiegały ich uszu pieśni i zaklęcia żywych, ucztujących wespół ze swymi przodkami. Niebawem odgłosy biesiady ucichły. Wind wraz z Dziwicą dotarli na jedną z najpiękniejszych wysp Nawii Jasnej. Jytnas Bituri podbiegła i uściskała synka. Również jytnas Pirogazon miał w oczach łzy wzruszenia.

- Widzieliśmy stąd jak rośniesz, synu. Napełniasz nas dumą. - Oznajmił Pirogazon.

Rodzice Winda pokłonili się w pas Dziwicy, dziękując jej za troskliwą opiekę nad ich dzieckiem. Następnie wszyscy zasiedli do uczty, złożonej z kołaczy o złocistej skórce, w środku zaś bielszych od śniegu i miodu przewyższającego smakiem wszystkie ziemskie napoje. Do tego wspomnienia z dzieciństwa Wind powracał najchętniej.



Lata biegły na podobieństwo rozpędzonych rumaków. Na bałkańskiej ziemi coraz częściej dawało się słyszeć pieśni o towarzyszącym Zanie Łowczyni, czarnowłosym junaku o ciele białym jak perły. Uzbrojeni w łuki zabijali z nich strzygi, todoraki i karakondżule, bestie Czarnoboga, wybijające stada zwierząt i groźne dla ludzi.



*


- Kra, kra! Kimże jest ten mąż, idący późną jesienią przez las bez koszuli za to w czarnych szarawarach i płaszczu szkarłatnym? - Zdziwił się młody kruk imieniem Kri.

- To jest właśnie Wind, kra, o którym tyle ci opowiadałem, łowca potworów z zastępu Dziwicy. - Wyjaśnił starszy kruk, zwany Riri. - Jako ludzkie pisklę został wykarmiony jej mlekiem.

Ptak ten, najstarszy spośród kruków żyjących na początku ery dwunastej, uchodził też za najmądrzejszego. Chlubił się tym, że pływał w żołędziowej arce Dobromira, zaś jego pióra na znak szczególnej łaskim Welesa obsypane były złotym pyłem.

- Kra, dzień ma się już ku końcowi, przeto zmierza do obozowiska swej przybranej macierzy, zrodzonej przez Dwa Księżyce. - Ciągnął Riri.

- Kra, widzę na jego szyi rzemyk z nanizanymi nań kłami, które lśnią jak najczystsze srebro. Jest taki piękny, że gdybym nie bał się ludzi, zerwałbym mu go z szyi i zaniósł swoim pisklętom do zabawy. - Rozmarzył się Kri.

- Stanowczo odradzam takie pomysły godne złodziejskiej sroki. - Zakrakał z dezaprobatą Riri. - To co tak ci się podoba, to nie są klejnoty jeno kły bauka z Puszczy Dziewańskiej.

- Co to takiego ten bauk?



- Odmiana niedźwiedzia demonicznego o smoliście czarnym futrze, ślepiach szkarłatnych jak ogień piekielny i ogłuszającym ryku, od którego junakom pękają serca i kości. Stojąc z nim do walki Wind zatkał sobie uprzednio uszy pszczelim woskiem, otrzymanym od siwobrodego pasiecznika. Walcząc z baukiem zginął Bari, ukochany pies Winda. Junak uzbrojony był jeno w kordelas wykuty przez karły. Ciął nim z taką furią jak szarżujący Indrik, nie zważając na własne rany, aż uśmiercił potwora. Noszony przezeń naszyjnik ostrzega inne bauki, aby czym prędzej zmykały do Čortieńska. Dopełnił tym samym wróżdy za śmierć ośmiu dziewczynek pożartych przez bauka.

- Taki bauk to nic dobrego… - Stwierdził Kri.

Wind, znający mowę zwierząt posłyszał o czym prawiły kruki. Uśmiechnął się do nich i pomachał im ręką. W miarę jak zagłębiał się w las, niebo zakrywały coraz większe ciemności. Z runa i ściółki wyglądały niewielkie grzyby roztaczające wokół siebie fioletową poświatę. Wind spostrzegł, że stoi na rozstaju dróg.

- Zaszedłem nie tam gdzie zamierzałem… - Stwierdził z uczuciem zawodu.



Po swojej prawicy miał dąb, zaś po lewej stronie rósł cis. Oba drzewa stare były i dorodne, wysokością zaś przewyższały rosłego męża. Księżyc oświetlał swym blaskiem rozwidlająca się drogę, jakby chciał uczynić ją lepiej widoczną. Wind zastygł w bezruchu, widząc jak w pniu cisu otwierają się niewidoczne do tej pory drzwi. Powoli wyszła z nich starucha o twarzy pokrytej głębokimi bliznami. Jej żółte oczy świeciły w ciemności. Odziana była w poszarpaną i dziurawą suknię z kapturem, uszytą z białego całunu pogrzebowego. Opierała się na rzeźbionym kosturze, zakończonym głową wilka. Choć Wind nigdy wcześniej jej nie spotkał, słyszał sporo opowieści o Pechterebabie. Prawiono, że była okrutną czarownicą, zsyłającą siarczyste mrozy i zawieje śnieżne. Z upodobaniem zasypywała ślady i niczym sęp oczekiwała śmierci zabłąkanych wśród zamieci. Następnie kroiła ich ciała ostrym nożem na paski nazywane stroganiną i pożerała je żarłocznie.

- Widzę, że kawaler snuje się po lesie sławy bohaterskiej szukając. - Zagaiła szyderczym tonem a z jej ust, skrywających złote kły, wypadały kawałki lodu.

Wind wiedział z opowieści, że ci, którzy wchodzili w układy z Pechterebabą później gorzko tego żałowali.

- Bo ja na przykład znam takie miejsce w pobliskich górach – ciągnęła Pechterebaba. - U stóp świętego Triglavu zaklęta królewna czeka na junaka, który wyrwie ją z łap potwora. Tam są skarby, zaszczyty, życie długie i szczęśliwe oraz noce upojne w łożnicy – Pechterebaba puściła oko. - Ubiłeś już tyle różnych larw siłą swego ramienia, więc potyczka z jeszcze jedną szkaradą nie będzie przedstawiać większych trudności.

- Wiem z opowieści Enków, że nigdy jeszcze nikomu nie doradziłaś dobrze. - Wind szczerze powiedział o swojej wątpliwości a zarazem jakaś część jego duszy wyrywała się ku nowej przygodzie.



Wtedy otworzyły się ukryte drzwi w pniu dębu i wyszła z nich młoda niewiasta o cerze śniadej i piersiach obfitych, odzianej w przepaskę z białego perkalu na biodrach. Na kostce nosiła złotą obrączkę. Najbardziej jednak rzucała się w oczy jej głowa białej klaczy. Wind rozpoznał w niej Kobę Babę, o której słyszał wiele dobrego z ust Dziwicy. Koba Baba była potężną jytnas. Urodziła się jako księżniczka plemienia Nerudów. Władzę nad tym słowiańskim, dziś już zaginionym ludem sprawował jej brat, książę Pawlimir, który był gnuśny, okrutny i rozpustny. Koba próbowała w miarę swoich możliwości chronić poddanych przed okrucieństwem brata. W końcu Pawlimir, podżegany przez niegodziwych doradców, odciął mieczem głowę upominającej go siostrze, jej zwłoki zaś kazał porzucić niepochowane na zarośniętym chwastami polu. Weles przyjął Kobę w szeregi jytnas i w miejsce odciętej ludzkiej głowy dał nową, należąca wcześniej do białej klaczy. Pechterebaba pogroziła jej pięścią.

- Co pragniesz mi przekazać, piękna w głowie i członkach? - Słowa Winda wyrażały szacunek.

- Bestia okrutna, która osiadła w cieniu Triglavu jest daleko silniejsza niż te, które ubijałeś do tej pory. - Głos Koby Baby przypominał delikatne rżenie jednorożca. - W starciu z nią zawiedzie siła twych ramion jak też każdy oręż używany przez ciebie do tej pory.

- Wszak jestem junakiem – oburzył się Wind – jednym z tych, których Enkowie przeznaczyli do obrony najsłabszych! Miałbym zostawić zaklętą królewnę bez pomocy?!

- A widzisz jak ta przewrotna młódka namawia cię do tchórzostwa? Słuchaj jej a zasłużysz na kądziel i skórkę z zająca! - Szydziła Pechterebaba, kryjąc się do połowy wewnątrz cisowego pnia.

- Wręcz przeciwnie! - Zaprzeczyła Koba Baba. - Odkąd Teost Car – Słońce zadał sromotną klęskę Mar – Zannie, nie ma potwora, którego nie można by zwyciężyć w taki czy inny sposób. Chodź ze mną a dam ci oręż jakiego potrzebujesz! - Wind ujął wyciągnięta dłoń Koby Baby i udał się z nią w miejsce położone daleko od obozowiska Dziwicy.

Jytnas prowadziła go przez strome i czarne w Srebroniowym blasku góry, porośnięte prastarą puszczą, zamieszkane w wielkiej liczbie przez wilki, niedźwiedzie i zbójców. Koba Baba biegła ze zwinnością kozicy. Wind podążał za nią równie szybko, radując się w swym sercu oczekującą go przygodą. O drugiej straży nocnej stanęli u drzwi chatki, do której przylegała kuźnia.




                                        Ryc. za: Moonhaven Forest


- Witaj, Mistrzyni Tuło! - Koba Baba pozdrowiła panią tego domostwa.

Tuła była niewiastą, której uroda i wdzięk szły w parze z niezłomną siłą stalowych mięśni. Włosy zaś miała długie i złociste. Wielu brało ją za Amazonkę, wsławioną na polach wielu bitew. Urodziła się na ziemiach Antów, daleko na wschodzie. Tajniki sztuki kowalskiej przekazał jej Swarożyc, będący jej umiłowanym mistrzem. Prawili niektórzy mitografowie, że Swarożyc spłodził Tułę z wojowniczką z plemienia Salamander. Wielce pojętna była z niej uczennica pana płomieni i mistrza kowali. Jej kuźnię opuszczały wyroby w niczym nie ustępujące dziełom krasnoludów, Cyklopów i Chalibów. Posłyszał o jej niezwykłym talencie germański kowal Wieland z mroźnego Nürtu. Wystawiając rzemieślniczkę na próbę, ofiarował jej wykutą przez siebie naturalnej wielkości pchłę z żelaza. Tuła zwróciła mu owada, wcześniej podkuwając każdą z jego sześciu nóg. Swarożyc namaścił Tułę na swoją emisariuszkę, powołaną po to, aby po całym okręgu Ziemi szerzyła sztukę obróbki metali. Przemierzając rozmaite dzikie krainy, walczyła niekiedy w obronie ludzi z potworami takimi jak smok Żuroziej czy Ognisty Gryf o skrzydłach pokrytych płomieniami zamiast piór.

- Z czym przybywacie? - Tuła spytała swoich gości.

- Ten junak – Koba Baba wskazała na Winda – potrzebuje oręża zdatnego do ubicia Korutana.

- To będzie miecz inny niż te, które kułam do tej pory. - Tuła nie tracąc czasu na czczą paplaninę, weszła do swej kuźni.

Wind obserwował z uwagą jak Tuła mieszała w milczeniu roztopione żelazo z suszonymi płatkami róż i lilii, pokruszonymi perłami olśniewającej białości, solą z Dacji lub Panonii oraz uncją wody z Sobotniej Góry, przechowywanej na tę okazję w kryształowym flakoniku. Wszystkie prace kowalskie wykonywała nadzwyczaj sprawnie. Była szybka i dokładna, aż podziw brał patrzących na jej robotę. Wykucie miecza zabrało jej godzinę. Jeszcze tylko wyryła tinezyjskimi literami imię oręża na jego klindze, po czym wręczyła go Windowi.

- Twój miecz nazywa się Oset – objaśniła. - Możesz dobywać go jeno dla przywracania sprawiedliwości. Użyty w złej sprawie natychmiast pęknie.

Wind wziął Oset do ręki. Miecz był znakomicie wyważony, ostry zaś tak, że bez trudu przecinał piórko opadające na ziemię. Na znak podziękowania junak zgiął kolana i z czcią ucałował dłonie Tuły, równie piękne co silne.

- Trzeba teraz abyś się posilił i wypoczął po męczącym dniu. - Oznajmiła Koba Baba. - Na jutro musisz być wypoczęty, mężny i mocny, bo w twoje ręce Enkowie złożyli dalsze losy Sklawinii.

Tuła nakryła do stołu. Przyniosła ze spiżarni suszoną szynkę, bochen razowego chleba, owczy i kozi ser, rodzynki, figi, orzechy laskowe oraz omszały gąsior z winem. Konwersując z gościem, opowiadała o sławnych czynach Swarożyca, przemierzającego świat na grzbiecie Złotego Smoka. Po smakowitej wieczerzy, Wind legł w przygotowanym dlań łożu, nakrytym baranimi skórami i szybko zapadł w sen bez marzeń.


*


,,Księga Kurenta’’, najstarszy zabytek piśmiennictwa, powstały na ziemiach dziś nazywanych Słowenią, podaje, że Korutan przybył przed dwoma laty z mroźnej i ponurej krainy Lomar, położonej gdzieś na Dalekiej Północy. Swoim wyglądem przypominał małpoluda, sięgającego łbem do koron najwyższych dębów. Długa, brązowa sierść pokrywała całe jego cielsko oprócz wielkich, pomarańczowych dłoni, ogromnych stóp i całkowicie łysej głowy. Podobna była głowie węża, osadzonej na długiej szyi z pokaźnym, zwisającym wolem. Do tego cuchnął przeraźliwie niczym piekielna koza z tysiącem młodych. Siła zaklęta w jego łapach pozwalała mu obalać stuletnie drzewa i wyginać żelazne pręty. Dysponował ponadto jadem palącym, którym umiał razić zarówno przez ugryzienie żmijowymi kłami jak też poprzez oplucie śliną. Nie to jednak stanowiło najgroźniejszy jego oręż. Na kosmatej piersi nosił rzemień z okaryną. Ilekroć grał na tym instrumencie, sprowadzał sen na wszystkich słuchających. Zszedł z gór w kwitnącą dolinę, gdzie mieszkali pospołu zgodnie Słowianie i Ilirowie. Ledwo przytknął okarynę do gadzich warg i wydobył z niej głos, pogrążył we śnie czarodziejskim tak ludzi jak i wszystkie zwierzęta. Tego właśnie pragnął. Wielce teraz był kontent, mając rozległą dolinę u stóp Triglavu tylko dla siebie. Kiedy tylko czuł się głodnym, bez wysiłku brał do łapy uśpioną owcę, kozę, krowę, niedźwiedzia a nierzadko też człowieka i pożerał ze smakiem, łykając w całości. Umyślił sobie, że po zjedzeniu wszystkich istot żywych, przeniesie się w inne miejsce, niosąc w nie sen i śmierć. Wędrując z przeklętego Lomar na Bałkany, nie lękał się oręża wojowników. Ich miecze, włócznie, topory i zatrute strzały jak dotąd nie zdołały przebić jego twardej skóry pokrytej gęstymi kudłami.

- Ciebie zjem na sssamym końcu, moja sssłodziutka… - Wysyczał z jadowitą słodyczą Korutan, spozierając ku uśpionej królewnie, spoczywając na kamiennym łożu wewnątrz kurhanu.

Słońce stało wysoko na niebie, kiedy Koba Baba pokazała wymownym gestem Windowi zieloną halę zaścieloną przez kości pożartych dziewcząt, chłopców, ludzi dorosłych, starców, zwierząt domowych i dzikich. Nieprzyjaciela poznał Wind po zapachu, tak jak zostało mu powiedziane.

- Zaznaj ościenia Mar – Zanny, wyziewie z Čortieńska! - Zawołał donośnie.

- Idźże ssspać, zuchwały karle! - Korutan roześmiał się szyderczo.



Ujął w palce okarynę i począł na niej grać. Wind poczuł się dziwnie. Całą jego głowę ogarnęło mocne mrowienie. Zdawało mu się, że złośliwy chochlik wbija mu rozżarzony gwóźdź głęboko w skroń, po czym wnętrze czaszki wypełniło tępe dudnienie. W gardle wzbierały mdłości. Walczył z pokusą, aby wypuścić miecz z ręki, upaść na trawę i po zamknięciu oczu odpłynąć w niebyt. ,,Przybież mi ku pomocy!’’ - Wycedził z największym wysiłkiem, myśląc o swej Mistrzyni i Żywicielce. Nachylił się i zacisnął pięść na leżącym w trawie kamieniem. Z wolna wyprostował się. Wziął zamach i z celnością Dawida posłał kamień prosto w okarynę Korutana. Ceramiczny instrument pękł w jednej chwili na trzysta odłamków, które wbiły się boleśnie w gadzią głowę potwora. Demoniczna muzyka ucichła jak nożem uciął.

- Przywiążę cię zaraz do sssosssen i rozerwę na kawały! - Obiecał solennie Korutan.

Tymczasem Wind podbiegł i przebił mieczem na wylot podobną do grubego pnia drzewa nogę potwora. Wielka to była siurpryza dla Korutana, który aż dotąd śmiał się z każdego wymierzonego przeciwko sobie oręża. Nadął wole i opluł Winda potokiem straszliwego jadu, wypalającego dziury w skórach słoni i smoków. Wind wrzasnął. Zaklął szpetnie, czując ból jak po oparzeniu ukropem. Jako pierwszy nie poniósł śmierci opluty jadem Korutana, chroniły go bowiem moce zaklęte przez kowalkę Tułę w jego mieczu. Wind walczył teraz z zajadłością rannego dzika. Raził potwora w stopy, uda i podbrzusze, zwinnie uchylał się przed ciosami jego pięści, aż obalił z hukiem na ziemię.

- Poniechaj mnie, a dam ci złoto, szafiry niebieskie jak woda, szmaragdy zielone jak trawa i rubiny czerwone jak krew! - Kusił Korutan.

- Nie pozwolę ci więcej żreć dziewek i niewinnych dziatek! - Wind odrzucił twardo obietnicę okupu, po czym jednym cięciem oddzielił wężowy łeb od małpiego ciała.

Gdy Korutan wydał ostatnie tchnienie, poczęli z długiego i złego snu budzić się wszyscy, których uśpił. Otwierali oczy młodzi i starzy, synowie Novalsa i córki Aivalsy. Przebudził się także wszelki zwierz domowy i polny. Widząc to Swaróg wstrzymał biegł Słońca, aby uczcić to wydarzenie. ,,Księga Kurenta’ podaje nawet wersję, w której pożarci przez Korutana ludzie i zwierzęta na powrót ożywali, znów okryci ciałem i skórą.

- Ta, dla której przybyłeś czeka na ciebie wewnątrz kurhanu. - Objaśniła Koba Baba. - Spętał ją czar silniejszy niż resztę. Potrzebuje twojego pocałunku, aby móc się przebudzić.

Kurhan królewny był widoczny z daleka, zaś Wind ruszył ku niemu bez ociągania na czele rozradowanej gromady wybudzonych. Drogę zastąpiła im Pechterebaba, dosiadająca czarnej, burzowej chmury.

- Nie idź tam, królewiczu! Dziewica, która tam spoczywa na łożu jest już martwa. Jak ją pocałujesz, ugryzie cię długimi zębami i wyssie twą krew!

- Zmykaj stąd, babonie, pókim dobry! - Wind wykonał przed Pechterebabą gest odpędzania się od natrętnej muchy. - Już poznałem na sobie szkodliwość twoich rad.



Stanął przed kurhanem i z pomocą dwóch osiłków, braci Petrysława i Pawlimira uchylił ciężkie, kamienne wrota. Blask płonących wewnątrz świec padał na wielkie łoże z kamienia przykryte materacem ze złotogłowiu, wypełnionym łabędzim puchem. Leżała na nim pod wzorzystą narzutą z sineańskiej kitajki uśpiona panna przedziwnej piękności. Cerę miała jasną jak kość słoniowa, zaś rozsypane na szkarłatnej poduszce włosy mieniły się barwą stopu miedzi i złota. Wind podszedł do niej z bijącym sercem. Nachylił się i delikatnie pocałował ją w czoło. Królewna otworzyła natychmiast śliczne, seledynowe oczy.

- Co się stało? Kim jesteś? - Zapytała, podnosząc się z łoża.

- Twój oprawca już nie żyje a jego czary zostały zniweczone. Nazywam się Wind. Jestem księcia z dalekiej Bharacji. Przybyłem cię wyzwolić i prosić o rękę.

- Zowię się Julia. Julia Alpnu. - Zmieszała się królewna. - Opowiedz mi więcej o sobie i swoich przygodach. Porządnie posilić się też nam nie zawadzi. Spałam tak długo, że obudziłam się głodna jak wilk. Ty zapewne też zjadłbyś konia z kopytami, nieprawdaż?

Wind poślubił Julię Alpnu w pobliskim chramie, zaś wybudzeni ze snu pasterze obwołali ich swoimi królem i królową. Nowe królestwo otrzymało nazwę Windo – Korutanii, upamiętniającą sławne zwycięstwo Winda nad Korutanem. Miłość króla i królowej obrodziła pięciorgiem pociech, oznaką wielkiego błogosławieństwa Ageja i wszystkich Enków. Wind nazwał na cześć umiłowanej żony pobliskie góry Alpami Julijskimi.