wtorek, 20 października 2015

Vel Lazarica





W krainie Burus, gdzie zawsze żyło mało ludzi, lecz za to pełno było puszcz i jezior, rósł stary i tajemniczy Las Veli. Ów ogromny las, jak i znajdujące się w nim jezioro zamieszkiwały istoty przez Bałtów zwane velami na cześć Welesa, który je stworzył. Vele nie miały stałej postaci, lecz nieraz nawet kilkadziesiąt razy w ciągu dnia zmieniały się w ryby, ślimaki, robaki, węże, płazy, ptaki, zwierzęta pokryte futrem, a nawet w ludzi, rośliny i kamienie. Potrafiły też przybierać postaci rusałek, syren, krasnoludków, Lynxów, olbrzymów, czy wszelkich istot z wyjątkiem Enków, bo udawania tych ostatnich zabraniał im względ na należny im szacunek. Weles stworzył je w erze drugiej. Początkowo mieszkały wraz z nim w Nawi, zabawiając ciągłym przybieraniem coraz to nowych postaci, aż w erze czwartej, czy to przez ciekawość świata, czy z powodu jakiejś przewiny opuściły pałac Welesa i zamieszkały na Ziemi, ucząc junaków sztuki obroticzestwa, czyli polimorfii. Potop przetrwały zamienione w ryby, a po jego ustaniu zamieszkały w odrastającej puszczy w Burus. Poza Welesem nie czciły innych Enków, za to w erze dwunastej uznały za swą panią, jego oblubienicę Welewitkę, którą nazywały imieniem Velu Mate (Matka Velów). Była ona śmiertelną niewiastą Borką ze Sklawinii, która pokochał Weles i uczynił ją nieśmiertelną jytnas. Wielka i serdeczna była miłość między rasą velów, przez Greków zwanych ,,polimorfami'', a Welewitką. Często odwiedzały ją jeszcze żywe w Nawi, a kiedy mróz szalał po świecie, Velu Mate pozwalała im grzać się przy piecu, który zbudował dla niej człowiek o imieniu Zdun.




W czasach kiedy żyli król Mato, Żmij Ognisty Wilk, Andaj, Lutica Bogdanówna i Sołowiej Budzimirowicz, w Lesie Veli nad jeziorem Patrap przyszedł na świat najsłynniejszy z veli o imieniu Lazarica (Lasarica). Jego ojcem był vel – istota przez Słowian zwana zjawą, nosząca imię Patollo, zaś matką uboga wiejska niewiasta z rodu ludzi, która zbierając chrust zabłąkała się w Lesie Veli. Patollo, ojciec Lazaricy, przyszedł do niej pod postacią starca o długiej, siwej brodzie, odzianego w płaszcz z mysiego futra, a gdy uciekała przed nim, bojąc się jego ognistych oczu, dopadł ją jako lampart i posiadł. Niedługo potem dziewczyna, która już nigdy nie wróciła do swej wioski, zniosła jajo, tak duże jak jajo strusia, pokryte skorupą z turkusu z domieszką złota. Z owego drogocennego jaja wykluł się maleńki chłopczyk o złotych kędziorach i niebieskich oczach. Wiejska dziewczyna pokochała go, mimo że została skrzywdzona przez jej ojca – króla veli i arcykapłana Welesa. Chłopiec otrzymał imię Lazarica, a w piątym roku życia pod postacią rosłego rycerza, uśmiercił swego ojca, nie wiedząc o tym, gdy ów jako niedźwiedź o smoliście czarnym futrze napastował karawanę antyjskich kupców idących z trwogą przez las.
Lazarica nie wdał się w ojca, którego nawet nie znał. Był velem dobrym i mądrym, łagodnym i odważnym, stroniącym od ludzi, lecz nie czyniącym im krzywdy. Wielce miłował swą macierz i bolał nad jej krzywdą wyrządzoną przez króla Lasu Veli. Gdy umarła w młodym wieku, Lazarica pragnąc zdobyć mądrość i cnotę, potrzebne do rządzenia velami, udał się sam jeden na daleką wędrówkę w nieznane, by szukać Jeziora Nawek, o którym słyszał w velańskich legendach.

*

Idąc między ludzi, Lazarica wziął na siebie postać młodzieńca wysokiego i urodnego niby dziewczyna, bo nasłuchał się wiele o ludziach, co miłują jeno pięknych, a brzydkimi pogardzają i traktują ich z okrucieństwem. Miał teraz długie, czarne włosy o błękitnym połysku, ogniste oczy (ich barwy żaden vel nie mógł zmienić, a jedynie zasłonić innym kolorem za pomocą magii iluzji), a ciało silne i bogate w twarde muskuły okrywał płaszczem ze skóry lamparta, który utworzył sobie z waporów dusznego powietrza i przepaskę na lędźwie. Jego oręż stanowiły miecz i długa włócznia, a na lewe ramię założył złotą bransoletę z wyrytym na niej imieniem Welesa (w innej wersji: swej człowieczej matki Rojnicy, która zmarła w lesie, bo vele choć żałowały jej, nie miały odwagi narazić się na gniew swego króla Patolla). Jak każdy vel, Lazarica otrzymał od Welesa dar rozumienia wszelkiej mowy, tak ludzkiej, jak i poza – ludzkiej, co wielce przydało mu się w czasie wyprawy. Żegnany przez dwoje zaprzyjaźnionych veli; maleńkich dzieci; chłopca Urtusa i jego starszą siostrę Šandrę, opuścił Burus.
Wkroczył na ziemie Słowian. Minął kraj Seledczan, gdzie wszystkie dziewki patrzyły się nań jak w tęczę i zaszedł do ziemicy Słonczan, czyli ludzi o głowach słonek.



,,Słonka jest ptakiem nieco mniejszym od gołębia zwanego grzywaczem. Ma długi, wrażliwy dziób, podobny do słomki, a jej pióra są barwy brązowej z czarnymi i płowymi plamami, co umożliwia ukrywanie się wśród traw i zeschłych liści. Składa nakrapiane brązowymi plamami jaja w gniazdach na ziemi. Lata o zachodzie Słońca i odbywa dalekie wędrówki''

- pisał o tych ptakach Kosa Owinniczew na kartach ,,Animalistyki''. Niewielka Kraina Słonczan liczyła ledwie kilkanaście wiorst porośniętych puszczą, a jej mieszkańcy byli o głowę niżsi od Słowian. Potrafili przybierać postać słonek, a nosili luźne i skąpe odzienie ze skór, sitowia, bądź zdobytego handlem z karawanami kupców białego płótna. Dzielili się na trzy maleńkie szczepy, mające swych wodzów i żyjące ze sobą w zgodzie. Słonczanie jako domów używali szałasów i ziemianek, które nazywali gniazdami (nesten). Ich broń stanowiły łuki i strzały, włócznie i sztylety o ostrzach zatrutych jadem wielkich węży trusi, lecz ów ptasiogłowy lud używał tego oręża jedynie w łowach dla skór, bowiem nie miał zwyczaju napadać na przechodzących przez puszczę ludzi, ci zaś z reguły nie napastowali ubogiej rasy Słonczan. Jedyna ich wojna z ludźmi miała miejsce w III wieku ery XII, kiedy to Słonczanie odparli atak słowiańskiego księcia Cisomierza, chcącego wypalić ich las pod nowe osady i pola uprawne. Nie znali ozdób ciała. Za pożywienie służyły im owady, dżdżownice, ślimaki, pająki i nasiona, choć zjadali też węże, żaby, jaszczurki, traszki, myszy, nornice i ryby, które łowili zatrutymi strzałami i włóczniami. Jadło to uzupełniali jagodami. Słonczańskie samki przez dziewięć miesięcy rodziły olbrzymie, nakrapiane jaja, które po urodzeniu wysiadywały, aż do wyklucia się piskląt, mogących obyć się bez ludzkiego mleka. Z Enków najwięcej czcili Swaroga.
Kiedy Lazarica przybył do ich puszczy, został przyjęty życzliwie i ugoszczony największymi przysmakami owej pół – ludzkiej, a pół – ptasiej rasy, jednak gdy pytał swych gospodarzy o Jezioro Nawek, z którego urokliwe służebnice Welesa czerpią wodę srebrnymi dzbanami, co jeno rozkładali ręce, na których nie było żadnych pierścieni czy bransolet. Vel goszcząc w lesie Słonczan spotkał także mieszkających w nim ludzi – samych mężów o rybich oczach i bezmyślnych twarzach Lotofagów, noszących pióropusze z brązowych, nakrapianych piór. Ludzie ci pochodzący z okolicznych plemion słowiańskich, przybyli do ziemi Słonczan przed wieloma laty. Zostali gościnnie przyjęci i stali się członkami poszczególnych szczepów. Ich pamięć o dawnym życiu wygasła; zapomnieli też swych człowieczych imion. Niczym Lotofagowie zatracili wszystkie zaszłe smutki i radości, marzenia i cele. Żaden z nich nie potrafiłby już powiedzieć po co i dla kogo żyje, ani nawet nie zadawał sobie takiego pytania. Mogli odejść w każdej chwili, lecz nie chcieli, bo nie wiedzieli dokąd mieliby się udać. Słonczanie traktowali ich życzliwie, lecz mieli z nimi same kłopoty, bo owi Zatraceni Ludzie nie umieli być poważni, ani odpowiedzialni, a ich życie toczyło się od jednej zabawy do drugiej, zupełnie jakby cofnęli się do lat dziecięcych. Lazarica bliżej poznał jednego z tych nieszczęsnych mężów, który otrzymał do Słonczan imię Satyr (Satirus), a to z powodu swej nienasyconej chuci. Człowiek zwany Satyrem, bez ustanku gonił za cielesnymi rozkoszami, aż dla nich zarzucił noszenie odzieży i wszelki zakon religijny, bo mówił, że krępowały. Nie było dnia, w którym nie obcowałby cieleśnie z niewiastami, a śmierć jego była nagła i niespodziewana jak sam tego pragnął. Gdy jak co dzień podglądał rusałkę Smiewtalnicę kąpiącą się w jeziorze Kodrus, spadł z gałęzi i zabił się. Lazarica uczuł litość dla tego zagubionego stadka ludzkiego. Aby przwyrócić im sens życia, chciał, aby poszli za nim na poszukiwanie Jeziora Nawek, którego wody dają mądrość i cnotę, oraz dar widzenia Welesa. Chcąc ich przekonać do tego zamierzenia, wziął złotą lirę i zaśpiewał velański hymn ku czci Welesa Trygława Trojana, którego nauczył się w ojczystym lesie jako najświętszej pieśni.

,,Tam gdzie Słońce zapada w morza wody,
Pośród bagniska, na tronie złotym zasiada nasz pan trójgłowy
Ma kły dzika i bydlęce rogi, łańcuchem jest opasany niczym jaki Čort srogi,
Czarne futro go okrywa, a nad duszami sąd odbywa...''

- Lazarica śpiewał jak syrena, lecz Zaraceni Ludzie nie umieli tego docenić. Umieli jedynie mówić, że się nudzą, albo przerywać, by wtrącać tak niedorzeczne komentarze, że junak omal nie rozkwasił im nosów. Vel opuścił ziemicę Słonczan, zaś ludzie zostali w niej i wymarli bezpotomnie.

*

- Udajesz się, cny Lazarico, na poszukiwanie Jeziora Nawek – mówił mu na odchodnym stary wódz Słonczan. - Nie wiemy gdzie to jest; ani my, ani ojcowie nasi nie słyszeliśmy nigdy tej nazwy. Opowiadamy sobie za to o bajecznej krainie Kazalar (Casalarus) leżącej gdzieś daleko, daleko na wschodzie. Pod berłem cara Kazalaru, Petryły Mirczunowicza z rasy ludzi, żyje wszystko co piękne i dobre. Kraina ta tonie w różach i klejnotach, a jej zamki i chramy z białego kamienia wieńczą kryształowe kopuły. Dzień i noc trwa w owym szczęśliwym carstwie radość i wesele, co dzień jest święto, nie ma tam śmierci, bólu, chorób, głodu i zmartwień. Kazalar jest skarbcem wszelkich cudów i wspaniałości. Ufam, że jeśli go odnajdziesz, odnajdziesz też Jezioro Nawek, któreś ukochał – Lazarica podziękował staremu Słonczaninowi o imieniu Sołonka za ową opowieść.





Nie chcąc nadużywać gościny jego plemienia opuścił las i powędrował ku wschodnim ziemiom, licząc, że na końcu drogi znajdzie bajeczny Kazalar, piękny jak ze snu, a w nim jeszcze cudowniejsze Jezioro Nawek. Długo szedł i uparcie przemierzał drogi i bezdroża, tych co go gościli pytał o Kazalar, a jego oręż pił krew zbójców i potworów. O tajemniczym, pięknym junaku – pielgrzymie stale zdążającym na wschód, zaczęto śpiewać pieśni. Jedna z nich opowiada o walce z olbrzymim potworem Gąsienicą, przez Greków zwanym Kampe. Potwór ów podobny był do szarej i brunatnej gąsienicy, larwy motyla, o skórze grubej kiej u smoka, na grzbiecie pokrytej długimi jak włócznie, parzącymi włoskami, których jad mógł powalić całe stado słoni. Ponadto miał spiżowe oczy i takież zęby. Gąsienica długa jak osiemnaście byków ustawionych jeden za drugim, śliniąc się i kłapiąc zębami pełzła po trawie w stronę pięknej dziewczyny o czarnych włosach, odzianej w czerwoną suknię menady, która nie mogła uciec, bo jej ręce i nogi były przykute srebrnymi łańcuchami do palika wkopanego w ziemię. Panna owa ze strachu nie mogła już nawet krzyczeć. Lazarica usłyszał w najbliższej wiosce, zwanej Korłońskie Siedliszcze, że właśnie rzucono dziewicę na żer potworowi i pełen gniewu wyruszył by ją odbić. Gdy Gąsienica już pochylała pokryty miedzianą łuską łeb nad odkrytym brzuchem dziewczyny, wylewając na nią całe potoki śliny, Lazarica cisnął w ów łeb dużym kamieniem, czym odwrócił uwagę Kampe. Kamień wielkości strusiego jaja wyrwał wielką dziurę w głowie Gąsienicy, z której poczęła wyciekać całymi wiadrami zielona, parząca krew. Potwór porzucił dziewicę i ruszył w stronę junaka. Parzące włoski na jego grzbiecie uderzając o siebie, podzwaniały niczym pióra ptaków ze Stimfalos. Lazarica wznosząc włócznię popędził w jego stronę i z okrzykiem: ,,Sława Panu Nawi''! z całej siły zatopił ją w ranie Gąsienicy. Włócznia weszła w ciało potwora w całości, spaliła się od jego krwi, lecz przyniosła śmierć. Gdy wróg przestał się ruszać, Lazarica dla pewności odciął mu łeb. Następnie rozciął łańcuchy krępujące młodą kobietę, a ta wycisnęła ślinę ze swych długich włosów barwy smoły. Lazarica będąc velem; istotą o magicznych zmysłach, potrafił odróżnić prawdziwego człowieka od istoty podszywającej się podeń. Ledwo uwolnił dziewczynę, przyłożył jej miecz do gardła ze słowami:
- Połóż się i nie ruszaj a będzie mniej bolało, gdy przebiję ci serce i utnę głowę, by w końcu spalić na sypki popiół razem z Gąsienicą.




- Dlaczego chcesz mnie tak okrutnie potraktować? - spytała dziewczyna z przerażeniem.
- Przecież wiem, że jesteś wąpierzem, a wąpierze są złe, służą Gorynyczowi i piją krew.
Uratowana stropiła się, bo istotnie należała do rodu wąpierzy; świadczyły o tym jej białe, kończyste kły i utrata siły wobec srebra.
- Racz zważyć, panie, że nie jestem zwykłym wąpierzem – chlipała dziewczyna – wszak promienie Swaroga mnie nie zabijają. Musisz mi uwierzyć, panie, że nie służę Gorynyczowi, jako jedyna w swej rasie. Przeciwnie; moim panem jest Agej, wyznaję też, że Swaróg stał się Teostem, czego żaden inny wąpierz nie powie – Lazarica bezlitosny dla złych istot, Čortów, straszydeł, potworów i rozbójników, tym razem okazał litość, bo był honorowy i zwykł walczyć z przeciwnikami silnymi i zdolnymi do obrony, a nie mordować bezbronne dziewice z płaczem błagające go o darowanie życia.
Schował miecz do pochwy.
- Racz wybaczyć, piękna pani, moją zapalczywość, ale nigdy jeszcze nie spotkałem wąpierza wzywającego Ageja i Enków, a do tego unikającego człowieczej krwi. Rozpoznałem cię, bom jest velem; po słowiańsku: zjawą i moja rasa ma od Welesa moc przybierania dowolnej postaci – aby nie być gołosłownym na oczach dziewczyny zamieniał się kolejno w orła, łabędzia, lwa, jednorożca, byka, węża, kobietę, kamień i ogień, który strawił ciało Gąsienicy, by na koniec znów być junakiem. - Czy zechcesz powiedzieć mi, piękna wampirko pozwalająca się całować Słońcu, o swym rodzie i imieniu? - oboje usiedli na zwalonym drzewie na skraju lasu.
- Jestem Vampiřica, córka Agatodemona, księcia Stylichonii. Moja macierz była istotą ludzką i ja urodziłam się jako człowiek. Nadano mi imię Aretuza. Jednak w ósmej wiośnie życia ukąsił mnie wąpierz gdy spałam i tak stałam się jedną z nich. Muszę pić krew, by żyć, ale uparłam się, że nie będę służyć Gorynyczowi i udało mi się, dzięki pomocy Enków, dotrzymać tego ślubu. Co więcej sam Swaróg, którego moi rodacy zowią Heliosem, nawiedził mnie we śnie i specjalnym zaklęciem uczynił niewrażliwą na swoje palące promienie. Opuściłam Stylichonię i odtąd przemierzam różne krainy, przeżywając najdziwniejsze przygody. Niegdyś słyszałam, że gdzieś na północy rośnie las, gdzie mieszkają vele – istoty wybrane przez Welesa, ale zawsze miałam to za legendę. A ciebie dokąd Słońce prowadzi? - spytała Vampiřica.
- Wiec velański obrał mnie na konata, w miejsce Patolla, którego zabiłem. Jako władca będę potrzebował cnoty i mądrości, przeto zmierzam do carstwa Kazalaru, by napić się z cudownego Jeziora Nawek, którego wody czynią mądrym i dobrym.
- I ja słyszałam o Jeziorze Nawek – odrzekła Vampiřica. - Byłam także w carstwie Kazalar. Jest to miejsce pełne piękna, ale i tam dotarły śmierć i cierpienie. Nie znajdziesz tam Jeziora Nawek; ono leży w Nawi; na Dalekim Zachodzie – Lazarica podziękował pięknej córze Agatodemona, czy czym sporządził sobie nową włócznię i ruszył w daleką, pełną przygód drogę na Zachód, ku królestwu Welesa.


*





Cesebor, syn Bronimira pochodził z ziemi Maziva, w erze trzynastej wchodzącej w skład Analapii. Był rycerzem; synem rycerskiego rodu. Wyruszył na junacki szlak, by dorównać sławą Margusowi, albo nawet go przewyższyć. Gdy Lazarica przybył do jego rodzinnego grodu Kaczego Błota, Cesebor znając z pieśni dziadów i rybałtów jego pełne męstwa czyny i niezwykłe przygody, porwał za miecz i stanął z nim w szranki, aby zdobyć sławę. Obaj junacy byli sobie równi męstwem, siłą i sprytem, przeto zawarli między sobą braterstwo krwi. Cesebor uznał się za brata Lazaricy i razem z nim wyruszył na poszukiwanie Jeziora Nawek. Przeszli razem wiele wiorst; przemierzyli rzeki, lasy, bagna i grody, a cały czas życie nie szczędziło im niebezpieczeństw, znoju i uporczywych myśli, by rzucić całą przygodę Čortom i zawrócić. W czasie tej wyprawy dumny Cesebor nie raz i nie dwa uświadomił sobie, że choć dzielny i silny, jak każdy ma słabości i wciąż daleko mu do męstwa i sławy Margusa. Doszli do grodu zwanego Skórzewice, gdzieś na polańskiej ziemi. Jego mieszkańcy żyli w wielkiej trwodze przed potworem – Lisem o Żelaznej (albo Stalowej) Szczęce. Pokryty rudym futrem, większy był niż trzy wilki, całą żuchwę miał z metalu odpornego na rdzę, a jego podobne do gwoździ zęby same się ostrzyły. Ponadto biegał szybciej od najszybszego charta. Mieszkańcy Skórzewic mieli z nim moc utrapień, bowiem nie poprzestając na wykradaniu kur, kaczek i gęsi, pożerał też owce, kozy, świnie, bydło, a nawet ludzi, których czaszki poniewierały się u wejścia do jego nory. Bez wysiłku niszczył wszystkie sidła, a najlepszych myśliwych i wojów rozszarpywał stalowymi kłami. Kiedy w Skózewicach zebrał się więc, aby radzić o opuszczeniu grodu i przeniesieniu się w miejsce wolne od potwora, zjawili się w tych okolicach Lazarica i Cesebor. Odnaleźli w lesie olbrzymią norę Lisa o Żelaznej Szczęce, przed którą piętrzyły się obgryzione kości owiec, świń, dzików, jeleni i ludzi. Lazarica zamienił się w koguta i donośnym pianiem wywabił lisa z nory, a gdy zwierz o ognistym futrze wyszedł, pod Ceseborem ugięły się nogi, gdy ujrzał jaki jest ogromny. Lis już miał jednym kłapnięciem połknąć koguta, gdy ów wieszczący Słońce ptak przybrał postać woja o rękach z żelaza. Dwoma potężnymi ciosami pięści w rudy łeb, żelaznoręki Lazarica ogłuszył lisa, po czym mocnym szarpnięciem wyrwał mu stalową żuchwę. Lis poczuł ból i wnet oprzytomniał. Jednym susem skoczył ku Ceseborowi, który nie zdążył zasłonić tarczą, aby rozedrzeć mu brzuch spiżowymi pazurami. Byłby osiągnął to z łatwością, mimo okrywającej rycerza kolczugi, lecz nim tego dokonał, Cesebor przebił go na wylot mieczem. Junacy zdarli z Lisa o Żelaznej Szczęce ognistą skórę i razem z stalową żuchwą, której nie imały się zęby Anatolija Rdzieniejewa, zanieśli do Skórzewic. Oba łupy rzucili do nóg grododzierżcy; lękliwego księcia Chwostka, ów zaś wyprawił ucztę na cześć bohaterów, nadał im herb Lis, zaś ich dary złożył w kącinie Boruty i Leśnej Matki.






Ciężkim strapieniem wioski Zaduma Leśna leżącej nad rzeką Viraną był mieszkający na jej uboczu mąż, zwany Ludojadem. Kosa Oppman opisuje go jako nieco podstarzałego, ale wysokiego i bardzo muskularnego chłopa w szarym kubraku i spodniach z niebieskiego sukna. Miał ogniste oczy jak rusałka, albo Wiła, zęby spiłował sobie, aby były kończyste i ostre, zaś w policzki wcierał igiełki ze spalonej gąbki, by uzyskać trwały rumieniec niczym ukraińska chłopka. Żył samotnie i nie pozdrawiał innych gospodarzy kiedy ich mijał, nikt też nie prosił go na kuma. Ponoć za młodu pracował w rzeźniczej jatce, a przybył z południa, z osady Nebuš. Budził lęk i nienawiść, bo powiadano o nim, że wabił do siebie małe, ufne dziewczynki, a następnie zarzynał je rzeźniczym nożem, patroszył jak prosięta, piekł i zjadał. Kiedy zaginęły dwie maleńkie córeczki powszechnie szanowanego kowala Bartosza Bierwiona, chłopi zgromadzili się w karczmie, by stamtąd pójść i podpalić chatę Ludojada. Dużo przemawiali, jeszcze więcej pili, uradzili podpalić chałupę swego groźnego sąsiada, w końcu zaś nakrzyczawszy się do woli, rozeszli się do domów, a cała sprawa rozeszła się po kościach. Gdy Lazarica wraz z Ceseborem przybył do Zadumy Leśnej i usłyszał o przerażających zdarzeniach, ogarnął go wielki i słuszny gniew na Ludojada. Nocą przybrał postać ćmy i poleciał do chatynki na skraju lasu na przeszpiegi. Zobaczył wówczas jak właściciel walącego się domostwa wyjmuje z kominka upieczoną na brązowo nóżkę dziecka i objada ją z mięsa, popijając je samogonem, a następnie rozłupuje kość udową i piszczele w poszukiwaniu szpiku. Lazarica ujrzawszy to odleciał bezszelestnie, lecz powrócił z samego rana. Kiedy Ludojad w samych spodniach wyszedł przed chatę, by rąbać drwa na opał, zza płotu wyskoczył nań lew. Ryknął rozdzierająco, obalił chłopa na ziemię, w ów zranił go siekierą. Lazarica – lew czym prędzej odgryzł rękę trzymającą owe narzędzie, a następnie zadusił Ludojada i pożarł go ze smakiem. Ów umierając, szeptał jakieś straszne, bezbożne zaklęcie, którego nie godzi się powtarzać. Mówi o tym ,,Codex vimrothensis'', jednak w starszej wersji podanej przez ,,Perłowy latopis'' nie ma tego motywu. Dość, że Lazarica po pożarciu ludożercy chciał wziąć na siebie postać smoka, aby ogniem z paszczy obrócić w popiół jego chudobę, lecz nie mógł. Zadziałała tu klątwa umierającego potwora w ludzkim ciele, albo był to efekt zbrodni spożywania człowieczego ciała. Cokolwiek było tą przyczyną, Lazarica nie mógł już zmieniać postaci i musiał żyć jak lew płacząc wrócił do wioski, lecz chłopi nie poznali go, przeto z okrzykami przerażenia pochowali się przed nim w chatach. ,,Ostrzegano mnie, że ludzie to istoty płoche i niewdzięczne...'' - z goryczą pomyślał lew. Jedynie wierny Cesebor nie zatrzasnął przed nim drzwi, ale wyszedł mu na spotkanie, ukląkł przed nim i zatopił twarz w złocistej grzywie. Lazarica powiedział mu ludzkim głosem jaka straszna przygoda go spotkała, a wtedy Cesebor zapłakał nad jego niedolą i pożałował, że lecząc ,,choróbkę z przepicia'' nie poszedł razem z przyjacielem na Ludojada. Chłopi nie chcieli już ich dłużej gościć. ,,Ściga was gniew Enków'' – mówili. - ,,Idźcie stąd, bo sprowadzicie na nas nieszczęście''. Lazarica i Cesebor jak niepyszni opuścili wioskę. Nie tak wyobrażali sobie junackie przygody. Gdy mieli przekroczyć rzekę Viranę, spotkali starą i siwą kobietę o zębach czarnych jak u hiszpanki. Poprosiła obu wędrowców o pomoc w przejściu przez rzekę, a ci pomogli jej (zdziwiło ich, że starowinka wcale nie bała się lwa). Wszyscy troje zaszli do wsi o nazwie Zaduma Polna.
- Nazywam się Lennica – oznajmiła staruszka. - Nie musicie się mnie bać; ja nie zaraza hiszpanka, jeno mądra baba. A was jak macierz nazwała?






- Jestem Cesebor Bronimirowic, a ów lew nazywa się Lazarica i jest velem... jeśli to słowo coś wam mówi...
- A mówi i to dużo – potwierdziła Lennica. - Mam chałupkę w tej wiosce. Stara jestem i słaba, a po świecie różne łotrzyska się kręcą. Umrę niebawem. Czy do tego czasu, zacni panowie nie zechcą co noc strzec mej chaty, by jakiś rabuś nie podciął mi gardła? Chojnie was wynagrodzę.
- Nie chcemy zapłaty, mądra Lennico – zaryczał ludzkim głosem lew Lazarica. - Nie wyruszyliśmy szukać płacideł, ale Jeziora Nawek i sławy. Twego domu, babciu, możemy popilnować za darmo.
Od tego dnia Lazarica i Cesebor zamieszkali ze starą Lennicą i co noc strzegli jej domu, zaś w dzień pomagali prowadzić gospodarstwo. Dobrze wykonywali swą darmową pracę. Złodzieje omijali chatę staruszki szerokim łukiem, bo strzegli jej lew i potężny rycerz. Lennica odpłacała im za opiekę śpiewem starych pieśni i rozmaitymi opowieściami, a czasem też grała z nimi w bierki, albo kości. Wszyscy trzej mieszkali pod jednym dachem przez okrągły tydzień. Siódmego dnia Lennica nie wstała z łoża. Była zimna, sztywna i nie oddychała. Umarła we śnie. Jednocześnie waląca się chatka rozleciała się na dobre; stała się pyłem, który rozwiał wiatr. Lazarica ku swej wielkiej radości spostrzegł, że znów może dowolnie zmieniać postać jak na vela przystało. ,,Sen to czy czary''? - pytał się Cesebor. Tymczasem na miejscu rozwianej na wietrze chaty, obaj junacy ujrzeli przecudną, złotowłosą pannę w ognistej koronie sukni białej jak lilie i płaszczu zielonym. Upadli przed nią na twarze, bo rozpoznali w niej Mokoszę.
- Powstań, Lazarico; sławiący Welesa i ty, mężny Ceseborze – rzekła Mokosza łagodnym głosem pełnym słodyczy. - Oto nadszedł czas zapłaty, za to coście mi uczynili, gdy byłam stara, chora i bezbronna.
- Pani – rzekł Lazarica - Enko potężna, piękna i wszechrodna; kiedy widzieliśmy cię starą, chorą i bezbronną?
- To ja byłam Lennicą – odpowiedziała Mokosza zanosząc się perlistym śmiechem. - Przybrałam tę postać, aby was wypróbować. Teraz wiem, że jesteście warci swojej nagrody – junacy ledwo zdążyli poprosić, gdy Mokosza ujęła ich za twarde od oręża dłonie i nim się spostrzegli, zaprowadziła na wyspę piękną i zieloną, pełną Słońca, kwaitów, drzew uginających się pod ciężarem owoców, pląsających motyli i rozśpiewanego ptactwa. W samym sercu wyspy leżało ogromne jezioro podobne do szafiru, a odziane w białe szaty niewiasty urodziwe ponad wszelkie wyobrażenie nucąc święte pieśni, czerpały z jeziora czystą wodę srebrnymi dzbanami.





- Oto Nawia Jasna i Jezioro Nawek; cel waszej wędrówki – junacy przepełnieni radością pobiegli ku cudownemu jezioru i jęli chciwie pić zeń chłodną, niosącą ukojenie wodę, a im więcej pili, tym bardziej jej pożądali.
W końcu zanurzyli się w nim całkowicie i całym ciałem chłonęli dary jeziora. Gdy się już nim nacieszyli, wyszli zeń mądrzejsi, dojrzalsi i szlachetniejsi. Ich oczom ukazał się czarny Weles błogosławiący ze złotego tronu, a widzieć go było największym szczęściem dla vela. Bohaterowie oddali mu pokłon, po czym Mokosza znów wzięła ich za ręce i w mgnieniu oka zaprowadziła do Burus, do puszczy zwanej Lasem Veli.
Tu rozeszły się drogi Lazaricy i Cesebora. Vele ukoronowały Lazaricę na swego konata, podczas gdy Cesebor ruszył w dalszą drogę, na której końcu poślubi piękną pannę z książęcego rodu, miał z nią synów i córki, z których powstał ród chrobrych wojów przelewających swą krew na polach Cedynii, Grunwaldu i Wiednia, Konat Lazarica oprócz Welesa czcił odtąd również Mokoszę. Za żonę pojął urodną księżniczkę Vampiřicę, którą niegdyś uratował i razem panowali nad velańską puszczą długie wieki w szczęściu i miłości.



poniedziałek, 19 października 2015

Oniricon cz. 156

Śniło mi się, że:



- w jednym z moskiewskich mieszkań były polimorfy Niedźwiedź, Tygrys i Tygrysica, wszyscy byli przeciwnikami Putina,



- w ,,Biblii'' jest napisane, że Egipt istniał już przed potopem,



- w ,,Zwierzakach'' znalazłem dodatek o współczesnych legendach; o czarnej wołdze, o agencie M16 (Leonidii Zenon), widziałem też okładkę numeru z czerwca 2006 r. z zielonym potworem na okładce, pisano też coś o byłych esbekach,
- idąc na plażę spotkałem Ferdynanda Kiepskiego, który miał dwie siatki pełne jedzenia,



- w plejstocenie w Bałtyku żyły wieloryby grenlandzkie,



- w Pacynowie w Polsce straszy palec zakończony szponem (pomysł ten pojawił się u mnie przed zaśnięciem),



- szedłem przez czyjeś podwórko gdzie zaatakował mnie mieszaniec owczarka niemieckiego i hieny cętkowanej, którego się bałem,



- Voytakus ov Visnic pokłócił się z salezjankami, a potem razem ze mną wchodził po drabinie i zwisał z sufitu,
- w moim domu pojawiły się małe, czarne pająki z pomarańczowymi plamami, które rozgniatałem, potem zobaczyłem dwa sczepione ze sobą wije drewniaki,



- w fantastycznym świecie młodzieniec Darko miał matkę, która zamieniła się w potwora, ja zaś ruszyłem na wyprawę mając przywiązany do nóg sprzęt AGD, którym rzucałem po schodach,
- Alexandrus ov Cocelaise i pan Andreus ov Leovishiner wspólnie oglądali ,,Świat według Kiepskich'', który im się bardzo podobał,
- zmieniałem słowa piosenki ,,My Słowianie'' na ,,My chrześcijanie'',
- wychodząc z biblioteki zawinąłem plecak w sweter i zdjąłem buty,



- Irinie Czosnkowskiej w Homlu na Białorusi objawił się Homel - koń Ilji Muromca, który nakazał jej walczyć o odłączenie się tego miasta od Białorusi (wymyślone na jawie pod wpływem snu),



- bawiłem się z pięknym, puchatym kotem, który chował się pod łóżkiem, tymczasem odwiedziła mnie ciocia Ursula ov Sienitica,



- Pigmeje wymierają,



- głaskałem wielkiego, białego kota, który mówił do mnie ludzkim głosem,



- Kriszna zamienił się w pelikana i pod tą postacią stwarzał świat, a ja go zjadałem, a gdy go jadłem, jego wnętrzności podobne do robaków, ruszały się,



- dowiedziałem się w wyszukiwarki Google, że tyranozaur służył w NATO,



- mampalony żyją na Syberii i na polarnej wyspie Marktyce,



- Paździoch założył maskę słonia, zaś Halina Kiepska krzywiła się, kłamała i mówiła słowo ,,chupacabra'', aż w końcu chupacabra przyszła.

niedziela, 18 października 2015

,,Wendigo i inne upiory''

,,Niewiele można wymyślić nowego po Poe'm, Blackwoodzie i Lovecrafcie'' – Marek Wydmuch



O Algernonie Blackwoodzie (1869 – 1951), angielskim klasyku horroru, dowiedziałem się po raz pierwszy w 2009 roku w trakcie poznawania twórczości H. P. Lovecrafta (odsyłam do posta: ,,H. P. Lovecraft i mitologia Cthulhu''). Sięgnąłem po jego twórczość, ponieważ był to jeden z ulubionych autorów Lovecrafta.



W październiku 2015 r. przeczytałem antologię opowiadań Blackwooda ,,Wendigo i inne upiory'', zawierającą horrory i jeden kryminał (opowiadanie ,,Max Hensig''). Algernon Blackwood pochodził z angielskiej rodziny arystokratycznej. Jego rodzice wyznawali skrajny odłam kalwinizmu negujący Boże miłosierdzie, co niestety zraziło ich syna do chrześcijaństwa i popchnęło w sidła okultyzmu :(. W pewnym okresie życia wyjechał do USA gdzie cierpiał biedę. Zdarzało mu się występować w telewizji, poznał wielu sławnych ludzi min. G. K. Chestertona i C. S. Lewisa, jednak mamy bardzo mało wiadomości o nim samym. Jego biografia skrywa wiele białych plam, bardziej rzuca się w oczy jego twórczość.



Akcja omawianej antologii rozgrywa się w pierwszej połowie XX wieku przed I wojną światową w takich miejscach jak: wysepka na Dunaju w okolicach Pressburga, czyli dzisiejszej Bratysławy (wówczas Słowacja należała do Austro – Węgier), południowe Niemcy, Francja (małe miasteczko zamieszkane przez kotołaki, oraz kurort w Alpach francuskich), dzika puszcza w Kanadzie, Wielka Brytania (Londyn, okolice Edynburga itd.), oraz USA (Nowy Jork). W dwóch opowiadaniach pojawia się postać angielskiego okultysty dr. Johna Silence'a, który pełen empatii pomagał ludziom mającym kłopoty z niemieckimi satanistami, lub z francuskimi kotołakami. Trzeba jednak pamiętać, że w tak naprawdę nie ma dobrego okultyzmu, że w świetle ,,Biblii'' i nauki Kościoła jego praktykowanie zawsze jest ciężkim grzechem przeciwko pierwszemu przykazaniu :(.
Jakie nawiązania zawarł Blackwood w swoich opowiadaniach?



Z ,,Biblii'', a konkretnie z ,,Księgi Tobiasza'' został zapożyczony wzywany przez tajną wspólnotę niemieckich satanistów udających protestantów, brat Asmodeliusz, w którym łatwo domyśleć się postaci diabła Asmodeusza. John Silence uratował przed tym demonem bohatera jednego z opowiadań, który po latach powrócił odwiedzić swą szkołę w Niemczech.



Z mitologii germańskiej, a częściowo też celtyckiej zostały zapożyczone leśne elfy, które broniły lasu gdzieś w Anglii przed wycięciem (w opowiadaniach Blackwooda wroga ludziom przyroda odgrywa ważną rolę). Owe elfy ukazywały się bohaterowi pod postacią mężczyzn ubranych na zielono.
Z legend arturiańskich został zapożyczony motyw Ziemi Jałowej, tu ukazanej jako połać nagiej ziemi w ogrodzie, gdzie nic nie rosło. Owa ziemia pochłaniała energię z ludzi, aż dzięki wyssaniu jej z wampira energetycznego, znów się zazieleniła (motyw wampirów energetycznych został zaczerpnięty z okultyzmu).



Z tradycyjnych wierzeń europejskich doby średniowiecza pochodzą: francuskie czarownice zamieniające się w koty (jedną z nich była piękna dziewczyna Ilse, córka właścicielki zajazdu), oraz liczne duchy (jak np. dobrotliwy duch angielskiego dżentelmena mieszkający w Drugim Skrzydle, duch trędowatego, czy zmarłego z głodu, oraz piękny, kobiecy demon ośnieżonych szczytów, bojący się dźwięku dzwonów).



Z mitologii indiańskiej pochodzi kanadyjski, leśny stwór wendigo – olbrzymie zwierzę o płonących stopach porywające ludzi.
Innym ciekawym motywem są nieprzyjazne ludziom duchy przyrody zaklęte w ruszających się wierzbach, które na zasadzie analogii skojarzyły mi się z chcącą zjeść Merry'ego i Pippina Starą Wierzbą z ,,Władcy Pierścieni''.
W antologii spodobał mi się opis miasteczka kotołaków i chrześcijańskie przesłanie opowiadania ,,Urok śniegu'', okazującego wyższość chrześcijaństwa nad pogańskim duchem przyrody mającym cechy diaboliczne i usiłującym zgubić głównego bohatera. Zastrzeżenia budzi natomiast motyw reinkarnacji (jako katolik stanowczo odrzucam wiarę w wędrówkę dusz).



Na koniec ciekawostka: Blackwood zdaje się nie lubił Niemców, których reprezentują: sataniści, przestępcy i uczony – psychopata, a na dodatek – antysemita. Nie jest to książka dla germanofilów! Przypuszczam, że gdyby Blackwood żył dzisiaj i słyszał co wyprawia niejaki Martin Schulz szantażujący inne państwa Unii Europejskiej, zapewne tylko utwierdziłby się w owej niechęci :(. 

sobota, 17 października 2015

Ciekawostki o nessie




,,W naukach biologicznych już tak jest, że jak coś nie ma nazwy, to nie istnieje. Choć wcale to nie oznacza, że jak coś ma nazwę, to istnieje. I tak wydaje się być ze słynnym potworem z Loch Ness. [...] w połowie tego wieku znany brytyjski przyrodnik i założyciel parków ochrony przyrody Sir Peter Scott uznał, że czas nadać zoologiczne obywatelstwo temu stworowi przez przyznanie mu nazwy łacińskiej. W nomenklaturze zoologicznej Nessie nazywa się Nessiteras rhombopteryx. Niestety, jednak w tym przypadku, nazwa nie stworzyła zwierzaka. W dalszym ciągu jego istnienie jest wątpliwe, a przynależność systematyczna zupełnie mętna. [....].
2 czerwca 1973 roku Dr Donald Omand wypędzał złego ducha z jeziora w Loch Ness. Jeśli zwierz istnieje, to egzorcyzm może się  przydać, a jeśli go nie ma, to też nie zaszkodzi. W tym celu odprawił z łodzi odpowiednie modły w pięciu wybranych miejscach i poświęcił jezioro wodą święconą. Źródła podają nawet tekst wypędzania złego ducha. Dr Donald jest naczelnym egzorcystą, a także Sekretarzem Generalnym Rady Kapłanów do Spraw Kościoła w Cyrku. Jest taka organizacja pilnująca moralności cyrkowych prezentacji, a także trzymająca oko na wszystkie zagadnienia paranormalne związane ze sztuką cyrkową'' - Roman Antoszewski ,,Przyroda inaczej, czyli ciekawostki część 1''


UWAGA: Omand nie był katolikiem, tylko anglikaninem. 

piątek, 16 października 2015

Lutica

,, […] największym junakiem spośród walczących z Turkami był królewicz Marko […]. Poza nim występuje wielu innych junaków: Momcził, Relio Kriliatica (Skrzydlaty), Lutica Bogdan oraz ojciec Marka, król Vukaszyn […]'' - Andrzej Szyjewski ,,Religia Słowian''



,,Nie przeczę, że niewiasty stać na wielką odwagę, oraz, że potrafią walczyć z wielkim oddaniem. Jednak to co w nich najlepsze, to nie siła i zdolność do walki, ale moc przekazywania życia, dobroć, łagodność, miłość i miłosierdzie. Złe to czasy kiedy niewiasty muszą chwytać za broń, bo jeśli zabraknie ich najlepszych, najwspanialszych cech, świat stanie się miejscem nie do zniesienia'' – Kosa Oppman ,,Perłowy latopis''.




Oto żywot walecznej Wiły Luticy, córki wodnika Bogdana i Wiły Radunicy herbu Raduniec, córki Orioli, zwanej też Wilgą, zrodzonej przez Radyboję, córkę Mladnicy, córki Swarzisławy, córki Gałezy. Macierz powiła ja na dnie jeziora Karuka, zewsząd otoczonego kniejami Puszczy Dziewańskiej, w noc kiedy gwiazdy na niebie ułożyły się w figurę łabędzicy, serca i dwóch szabel, co zapowiadało miłość i walkę. Od najmłodszych lat Lutica była odważna, silna i wytrwała jak jej ojciec, którego czyny opiewano w pieśniach, a przy tym jej serce odziedziczyło po matce łagodność i wrażliwość na dziejącą się wokół krzywdę. Ucząc się pod okiem ojca strzelała z łuku, walczyła włócznią, kopią, sztyletem, mieczem, czy szablą, biegała, pływała i jeździła konno lepiej od niejednego męża, a ponadto jak na Wiłę przystało biegle znała tajniki ziół, drzew, kwiatów, grzybów, ryb, ptaków i wszelkiej zwierzyny – czytała w kniejach i wodach jak w otwartej księdze. Władała mową starokrasną, toropiecką i słowiańską, umiała tańczyć i śpiewać piękniej niż czynią to ludzie, a także uzdrawiała. Co więcej na mocy przysługującego każdej Wile prastarego przywileju, w Noc Kupały mogła nie tylko wyleczyć każdą chorobę i zagoić wszelką ranę, ale nawet zmarłemu przywrócić życie. Lutica była bardzo piękną Wiłą – smukła i wysoką, o nieskazitelnych rysach twarzy, długich, złocistorudych włosach, miękkich jak kitajka i cichutko grających rozkoszne melodie, oczach, w których płonął szmaragdowy ogień, jednej nodze ludzkiej, a drugiej koziej. Oglądały się za nią wodniki, żmijowie, leśni ludzie, satyry, znicze, dziwy, lecz Wiła nie pragnęła ślubu z żadnym z nich i bycia matką jego dzieci. Pociągała ją walka i sława, zdobyte w długich i niebezpiecznych wędrówkach po dzikich krainach. W dwunastej wiośnie życia zgięła kolana przed wyrzezanym w pniu lipy posągiem Mokoszy i zaniosła ku niej słowa prośby.




- Uczyń mnie wielką wojowniczką! - jednak łagodna i miłosierna Mokosza, której wstrętny był wszelki rozlew krwi, poprzez szereg wieszczych snów, odmówiła tej prośbie.
- ,,Jesteś łagodna i dobra, Lutico Bogdanówno – szeptała jej we śnie do ucha, zdobionego wymyślnym kolczykiem. - Twoje miejsce nie jest na polu walki, lecz u boku twego oblubieńca, a twemu łonu przeznaczonym jest wydać na świat synów i córki'' – Wiłę tak zasmuciła ta odpowiedź, że po przebudzeniu płakała gorzkimi łzami.




Gdy płacząc, szła przez las, ujrzała wychodzącą zza drzew Dziwicę; czarnowłosą córę Srebronia i Srebrennicy, trzymającą wielki tartarski łuk przerzucony przez ramię. Jej włosy tańczyły na wietrze, długa suknia z cienkiego płótna lśniła bielą, a obok największej z łowczyń i wojowniczek biegły poszczekujące wesoło ogary. Enka pozdrowiła Luticę, a ta padła przed nią na kolana i objęła za nogi, tuląc się do niej i mocząc gorącymi łzami. Dziwica położyła jej białą dłoń na głowie.
- Nie płakałaś gdy szarżował na ciebie tur i dzik, a teraz płaczesz? Któż cię pognębił? - Lutica ośmielona łagodnym głosem Enki wyznała jej co ją trapiło.
- Mokosza nie chce bym została wojowniczką i łowczynią jak ty, pani, ale chce bym wyszła za mąż. Mogę jej nie posłuchać, ale wówczas jeśli będę robiła to czego Enkowie nie chcą, nie będzie to miało sensu, ani nie da radości. Tylko to co jest zgodne z ich wolą ma sens i przynosi radość – zakończyła, siedząc razem z Dziwicą na zwalonym omszałym drzewie.
- Droga Lutico – rzekła poważnie największa z wojowniczek – nie jest ważne czego chce Mokosza, ani czego ja chcę. Ważne jest to, czego chce Agej, który do niczego nie zmusza. Jeśli zechce, byś była żoną i matką, to tak pokieruje twoimi drogami, że wybierzesz jego wolę z przyjemnością – Lutica słysząc to, zarumieniła się i przez chwilę walczyła z nieśmiałością.
- Czy zechcesz, Srebrna Pani, przyjąć mnie … do terminu? - Dziwica z radością się zgodziła, ucałowała Wiłę w oba policzki i podała jej zdobną pierścieniami rękę.
Od tego dnia, Lutica pożegnała ojca i matkę i na długie lata zaszyła się w mateczniku razem ze swą mistrzynią, by doskonalić swe wojenne umiejętności. Niestrudzenie uczyła się walczyć maczugą i toporem, trójzębem, kiścieniem, siecią i rohatyną, oraz zapasów, a w każdym z tych kunsztów przewyższała najlepszych. Przejmując część oddechu swej pani i nauczycielki, nauczyła się rozrywać kolczugi, kłaść trupem żubry i tury jednym uderzeniem pięści, rozrywać dzika na sztuki, nosić bez szkody ogień na głowie, rękami i nogami kruszyć głazy, rozszczepiać stuletnie drzewa jedną strzałą, znosić znosić ciężki ból, głód, ogień i zimno bez słowa skargi, a także czytać z oczu, wosku, gwiazd, lotu ptaków i wody, unosić się w powietrzu bez skrzydeł i rozmawiać telepatycznie. Po ukończeniu wszystkich nauk, w siedemnastej wiośnie życia opuściła Puszczę Dziewańską i udała się w świat szukać przygód a sławy.


*




Lutica udała się na zachód do królestwa zwanego Czerwoną Krobacją. Wówczas to na jej tronie zasiadał Mato, syn Kroba, pierwszy z królów owej krainy. Był to wielki mocarz, władca łaskawy, sprawiedliwy i mężny, którego znak władzy stanowił dar królowej Tatry – Gorskiej Majki; święty rubin o takim blasku, że nocą można było przy nim podkuwać konia. Król Mato nosił ów klejnot wprawiony w głowicę miecza. Niedawno gościł trzech starców – Czarodziejów ze wschodnich ziemic. Ci powiedzieli Krobićowi o Czerwiu; olbrzymim potworze; ni to wiju, ni to smoku, który podgryzał korzenie Wielkiego Dębu, a gdy owo najwyższe z drzew runie, Niebo zderzy się z Ziemią, zaś wszelkie życie zginie w pożarze i potopie. Bohaterski król chcąc ocalić świat, naszykował okręt nazwany ,,Albireo'', na cześć jego ukochanej żony, królowej Albirei co miast nóg miała żmijowe ogony i zgromadził pełną męstwa drużynę. Razem z takimi pełnymi sławy junakami jak Żmij Ognisty Wilk, czy Andaj, z krobackiego portu Voldar wypłynęła również Lutica, bynajmniej nie ukrywając, że jest niewiastą. Jako Albireonautka przeżyła pełen przygód rejs Morzem Rajskim ku Afryce. Pięknem swego głosu zawstydziła syreny wabiące śpiewem żeglarzy, jednym ciosem ołowianej palicy ubiła młodego węża morskiego, który owinął się wokół statku, na wyspie Melicie spotkała Fitka; białego kota Teosta, zionącego ogniem, walczyła z rogatym smokiem morskim, nieco tylko mniejszą ośmiornicą zatapiającą korabie i pożerającą żeglarzy, oraz z dwoma kresami – czarnymi, morskimi jaszczurami, które niczym gekony wspinały się po burcie ,,Albireo'', by pożerać tych co nim płynęli. Cała załoga ją uwielbiała, a nawet powstał przesąd, że Wiła na statku przynosi szczęście. Na małej wysepce u wybrzeży Libii, Lutica wraz z królem i resztą jego drużyny, toczyła walkę z zamieszkującymi ją potworami. Z jej ręki zginęła wówczas długa jak pięć słoni i gruba jak męskie udo murena o zębach ociekających jadem i jeden z czternastu zagrzebanych w piasku krabów wielkich jak byki. Po dotarciu do Libi majtek Horczałko upolował dzikiego byka, który okazał się być Hathorem – istotą z rozumnej rasy ludzi o krowich rogach i ogonach. Wzbudziło to gniew ich władcy, rudego Minotaura, cara Kudrewana. Wszyscy pozostali członkowie załogi solidarnie wstawili się za biednym, przygłupim majtkiem, toteż car Hathorów zrezygnował z ukarania go śmiercią. Na prośbę namiestnika prowincji południowych Gizaka, skierował Matową drużyną do walki z potworem Sadrem – słoniem zionącym ogniem. Dzięki wspólnemu wysiłkowi Albireonautów, Sadr został schwytany do dołu – pułpaki i nadział się na umieszczony weń, zaostrzony pal. Gdy król Mato chciał dobić ognistego słonia ciosem maczugi w głowę, Lutica wyprosiła dlań ułaskawienie, uleczyła ranę i telepatycznie przekonała do udziału w wyprawie przeciw Czerwiowi. Jeszcze później do drużyny króla Maty dołączył Trzyrożec – monstrualny nosorożec o trzech rogach i zażarty wróg Sadra. Oba zwierzęta udało się rozdzielić i pogodzić królowi Macie. W miarę zbliżania się ku Wielkiemu Dębowi, Lutica wraz z królem i resztą jego drużyny walczyła z potworami przysyłanymi przez Czerwia, takimi jak gorgońce z ziem Gorgo i Mormo. Decydująca bitwa odbyła się u stóp samego Wielkiego Dębu. Wówczas to Lutica, celnymi strzałami z łuku uśmierciła mrowie straszydeł; gorgońców, Čortów, sinych ludzi, wilkołaków, ażdach i olbrzymich węży. Z jej ręki zginął również Pafum – czarnoskóry Cyklop z południowego krańca Afryki. Bitwę o Wielki Dąb zakończył król Mato, który ubił Czerwia. Potem usłyszał rozlegający się z nieba głos Ageja, wzywający do powrotu do królestwa i jego obrony. Lutica popłynęła do Krobacji razem z królem Matą i razem z nim walczyła przeciw lutemu najeźdżcy – Wołrowowi – królowi Hlumiaków. Lutica zabiła z łuku wojewodę Wira i krocie najlepszych rycerzy znad rzeki Hlum. Gdy Wołrow ciężko ranny i pozbawiony obu synów, którzy zginęli z ręki Wiły, opuścił Krobację, król Mato już nigdy nie opuszczał ukochanej beregini Albirei, zaś Lutica wraz z innymi uczestnikami wyprawy została odznaczona Orderem Szachownicy, złotym naszyjnikiem, obręczą na prawe ramię i pierścieniem z rubinem. Otrzymała również herb Czerwony Wąż, tytuł bański i majątek ziemski w dolinie rzeki Krakovnicy. Jednak zdobyte męstwem bogactwa i zaszczyty nie zatrzymały Luticy na miejscu. Porzuciła je, by wędrować na wschód ku nowym przygodom.


*

,,Potomkowie Jesionu i Gruszy nad Skamandrem w Azji założyli gród na cześć zaczarowanego wodnika Trojana zwany Troją, który po wielu latach zniszczyli Grecy […]'' - ,,Codex vimrothensis''




Troja (Troyanopolis) zbudowana u ujścia rzeki Skamander do Morza Śródziemnego była stołecznym grodem krainy Troady, leżącej u zachodnich rubieży ziemicy anatolijskiej. Założył ją Teukros, syn wielkiego maga i żeglarza – Posejdona, którego Grecy czcili jako boga, choć był tylko człowiekiem. Teukros przybył do Troady razem z poślubioną sobie Trisną Ilianą – córką króla Atlantydy, zaś gdy został pierwszym królem nowego państwa, korzystając z jej rad uczynił gród stołeczny Troję podobnym do labiryntu – świętego znaku, który Atlanci umieszczali na tarczach i chorągwiach. Troja zwana też Ilionem (Ilionus) była miastem ludnym i bogatym, o murach wysokich, grubych i mocnych, do którego przybywali kupcy aż ze Sklawinii i Sinea. Po śmierci Teukrosa na tron wstąpił jego syn Dardanos; jeden z przodków słynnego króla Priama.




W piętnastym roku panowania drugiego króla Troi, pojawił się w owych stronach straszliwy zbój, który przybłąkał się z Hatystanu, leżącego w głębi Azji. Rozbójnik ów, o którym powiadano, że nosił w piersi aż trzy serca, mąż straszliwej siły i wzrostu, nazywał się w swoim języku Musa Kedendżija, co na mowę trojańską tłumaczy się Musar Krwiopijca. Odkąd przybył do Troady, nie było dnia, w którym by nie łupił tak biednych jak i bogatych. Zabijał wszystkich, których spotkał, nie znając przy tym żadnej litości, a przeciwnie – radując się wyrządzonym złem i bólem. Król Dardanos wielokrotnie posyłał na gościniec najlepszych wojowników Ilionu, a wśród nich swego syna Tejona, lecz żadna broń czy zbroja nie chroniły przed szablą i maczugą Musy Krwiopijcy.
Kiedy Lutica dotarła do Troi, zastała gród pogrążony w żałobie, nękany głodem, bo nikt nie miał odwagi opuścić murów miejskich i panicznym lękiem o przyszłość. Wraz ze śmiercią królewicza Tejona, któremu rozbójnik urwał głowę, nadzieja opuściła miasto. Lutica przybyła na białej klaczy, zwanej Tišara – darze od króla Maty i wielkiej przyjaciółce Wiły. Gdy oznajmiła, że zatopi kopię w cielsku Musy Kesendżiji, Trojanie nie wierzyli, by istota o tak niewinnym, pełnym łagodności i dziewiczego wdzięku wyglądzie mogła skrzywdzić muchę, a cóż dopiero zabić najstraszniejszego z wrogów Troi przed najazdem Greków. Śmiali się z niej, mówili, że jest hardą dziewką i że ojcowskiego pasa jej trzeba by spokorniała. Inni opłakiwali ją, mniemając, że idzie na pewną śmierć. Sam król Dardanos płakał nad losem pięknej i odważnej Wiły, którą z rąk Musy Kesendżiji czekała tylko śmierć w męczarniach, wcześniej zaś gwałt jeszcze straszniejszy od śmierci. Lutica odchodząc z pałacu króla, zapowiedziała jeno, że rzuci do stóp jego tronu głowę rozbójnika, po czym wyszła, nawet się nie kłaniając. Dosiadła swej ukochanej klaczy i czym prędzej udała się w stronę groty u stóp góry Ida, gdzie mieszkał Krwiopijca. Paru Trojan szło za nią w oddali, by przypatrywać się pojedynkowi. ,,Jeśli zginie, my zginiemy z nią i tak odzyskamy utraconą wolność'' – rzekli sobie ci co szli za Luticą. Tymczasem Wiła z grzbietu Tišary donośnym głosem jęła wyzywać mieszkańca jaskini na pojedynek. Trwało to już pół godziny, gdy wreszcie białą grotą wstrząsnął niedźwiedzi ryk i przy dźwiękach kołyszącej się ziemi, wylazł z niej on – bezlitosny grabieżca i morderca setek niewiast i dzieci, gwałciciel i podpalacz, pożerający serca swych ofiar i pijący ich krew, mocarz wielki, lecz krwawy i złośliwy, za którego głowę król Troi obiecał pół królestwa – Musa Kesendżija z Hatystanu! Najwyżsi z wojowników Ilionu sięgali mu ledwo do piersi, a jego maczugi i szabli nie byłoby w stanie podnieść nawet trzydziestu junaków z drużyny Volgi Busłajewicza. Okryty pancerzem ze stalowych łusek, nosił spiczasty hełm okręcony turbanem. Na widok Luticy zaryczał ze śmiechu, po czym jął lżyć ją najohydniejszymi wyzwiskami. Wiła nic mu nie odrzekła, jeno pełnym galopem rzuciła się ku olbrzymiemu bandycie i z całej siły zatopiła kopię w jego sercu, aż ta wyszła na drugą stronę.
- Głupia suka! - zawył Musa Kesendżija. - Myślisz, żeś mnie zabiła, a ja mam jeszcze dwa serca w piersi! - Lutica wyrwała mu kopię z ciała i zrobiła unik na bezpieczną odległość, gdy zamierzył się na nią maczugą.
Znów zaszarżowała i przebijając tarczę Musy, zabiła drugie z jego serc.
- Uf! Zakręt! - warknął Krwiopijca, a Wiła znów uskoczyła przed ciosem jego szabli i po raz ostatni przebodła mu serce, trzecie i ostatnie. - Zakręt mać, ale z ciebie... o, o, o! - broń wypadła z hukiem z rąk Musy, on zaś z łoskotem upadł jak ścięte drzewo.
- Mów gdzie ukryłeś jeńców i skarby, a skrócę ci mękę – oznajmiła Lutica, lecz olbrzymi rozbójnik nie chciał powiedzieć. Charcząc i krztusząc się krwią umarł i oddał ducha Gorynyczowi.
Wtedy to Wiła dobyła własnej szabli, której nadała imię Rayta i dwoma cięciami odrąbała olbrzymią głowę Musy, po czym trzymając ją za długie, czarne włosy zaniosła do Troi, by rzucić do nóg króla Dardanosa. Przez cały czas drogi do królewskiego pałacu towarzyszyły jej radosne okrzyki i pieśni, a pod kopyta jej konia rzucano kwiaty. Król Dardanos widząc, że Musa Kesendżija zginął, powstał z tronu i uściskał Luticę ze słowami:
- Tejon został wreszcie pomszczony... choć życia i tak mu to nie zwróci.
Nie zwlekając król Troi na oczach możnych swego królestwa nadał Wile jej trzeci już herb.
- Na pamiątkę trzech serc Musy Kesendżiji, któreś przebodła kopią, waleczna Lutico, obdarzam cię herbem Trzy Serca – rycerstwo trojańskie uczciło tę decyzję oklaskami na stojąco, zaś zaraz potem nastąpiła uczta ku czci Luticy.
W jej trakcie wojowniczka usiłowała dowiedzieć się czegoś o jeńcach zabitego wroga, aż w końcu Dardanos obiecał jej, że jutro przydzieli jej przewodnika, by zaprowadził ją do grot, pełnych skarbów i brańców. Król okazał się słowny i nazajutrz z samego rana, Lutica udała się wraz z młodym myśliwym Amizjuszem w stronę Omszałych Skał. Niebawem odnaleźli ukryte w grupie głazów spiżowe kraty, za którymi jęczał na stosie złotych monet i ozdób, pereł, drogich kamieni, kości słoniowej, jedwabiu i bisioru tłum niemal nagich, wynędzniałych postaci, zarosłych brudem i konających z głodu. Wśród nich byli dawniej potężni mężowie, niewiasty co utraciły w niewoli urodę i dzieci podobne do małych trupków. Od długiego przebywania w mrokach kamiennego lochu, wielu z nich postradało wzrok, niektórzy zaś stracili rozum, wszystkim zaś zabrakło nadziei na śmierć ich dręczyciela i uwolnienie. Luticy, która była twardsza od niejednego męża, na widok tych nieszczęsnych jeńców Musy chciało się płakać. Nie mając klucza, jednym ciosem szabli Rayty rozcięła zamek i tak otwarzyła bramę. Wielu więźniów nie miało już sił, by cieszyć się wolnością, przeto Wiła i Amizjusz musieli zachęcać ich do opuszczenia lochu i zapewniać, że niewola skończyła się na jawie, a nie we śnie. Inni krzycząc przeraźliwie z radości wybiegli z lochu jak jelenie, kiedy tylko szabla Luticy przecięła ich kajdany. Wśród uwolnionych znalazł się pewien dawniej piękny, lecz teraz brudny, zarośnięty i spowity w łachmany mąż, który gdy ujrzał Luticę, wyjąc przypadł jej do kolan, objął ją i mocząc łzami powtarzał: ,,Wieszczba się spełniła. Zostałem uratowany przez niewiastę''. Lutica i Amizjusz zabrali wszystkich uwolnionych do miasta stołecznego, gdzie czekało ich spotkanie z bliskimi, kąpiel i nowe szaty, zaś tego z nich, któy znał mowę słowiańską i uznał pojawienie się Luticy za wypełnienie się wieszczby, Wiła osobiście ugościła w swej komnacie w pałacu króla i ciekawie wypytywała o jego losy.


*




- Nazywam się Sołowiej Budzimirowicz – opowiadał w komnacie Wiły były więzień Musy – a urodziłem się na wschodzie, w ziemi Antów. Moim ojcem był posadnik grodu Korostewia – opowiadał junak jedząc przybraną oliwkami pierś gołębia i winogrona. - Od najmłodszych lat pragnąłem zostać rycerzem. Byłem silny i zdrowy, lecz moje serce pełne było pychy, przeto miast pokornie dziękować Enkom, że dzięki swej sile mogę bronić słabszych od siebie, kazałem nazywać się lepszym od Dobryni z Dzikich Pól, Margusa i wszystkich innych. W szesnastej wiośnie życia wsiadłem na karego konia Pikora i z błogosławieństwem rodziców wyruszyłem w świat szukać sławy. W swoich wędrówkach stanąłem nad brzegiem wielkiego morza o ciemnej wodzie, które na cześć wpadającej doń rzeki Dunaj – Danubius, nazwałem Morzem Dunajskim (Mare Danubium). Dopiero później powiedziano mi, że owe morze ma już nazwę. Nazywają je bowiem Morzem Czarnym, albo Ciemnym. Usłyszałem też wieszczbę starej baby, że z ciężkiej opresji uratuje mnie niewiasta, lecz zbyłem to śmiechem. Zaszedłem do krainy Kimerów – ludu, którego mowa przypomina mowę Scytów. Spotkałem tam wychowanego przez szczep Kimerów, Słowianina o imieniu Bodo, z którym zmierzyłem się w zapasach i walce na pięści, a że dorównywał mi siłą i bystrością umysłu, zawarłem z nim braterstwo krwi. Ruszyliśmy na północ, aż nad Morze Srebrne, gdzie w ziemicy Sławińców ubiliśmy Kura Morskiego...




- Racz opowiedzieć, Sołowieju, o tym stworze – poprosiła Lutica, wielce zaciekawiona jego opowieścią.
- Kur Morski – rzekł Sołowiej Budzimirowicz pokrzepiwszy się winem – był wielki jak smok labo wieloryb. Pokrywała go łuskowata skóra barwy sino – bladej z turkusowymi guzami. Miał koguci łeb z wyłupiastymi oczyma, osadzony na strusiej szyi, wielki, pękaty kadłub, cztery długie łapy zakończone płetwami jak u żaby i długi ogon zakończony wachlarzowatą płetwą. Groźny był. Wywracał statki i rwał sieci, chwytał rybaków a żeglarzy i połykał ich. Bodo zatopił włócznię w jego sercu, ja zaś ściąłem koguci łeb, który nawet po ścięciu ruszał dziobem... Razem ze swym przyjacielem przebyłem jeszcze wiele wiorst, uśmiercając krocie potworów i rozbójników. W końcu nasze drogi się rozeszły. Przybyłem do Troi gdzie złożyłem hołd królowi Dardanosowi. Pod jego stanicą strzegłem porządku i bezpieczeństwa, aż przyszło mi wyprawić się przeciwko Musie Kesendżiji. Myślałem, że go ubiję i powrócę w chwale, lecz trafiła kosa o kamień! Zbój ogłuszył mnie maczugą, rozbroił i zamknął w lochu, by któregoś dnia zabić i wyżreć trzewia. Resztę historii już znasz. Agej dozwolił by uwolniła mnie niewiasta, aby poskromić moją pychę – zakończył opowieść.
Lutica Bogdanówna i Sołowiej Budzimirowicz przypadli sobie do serca. Gdy minął czas, w którym się bliżej poznali, król Dardanos udzielił im ślubu, dając im pić z jednego kielicha. Tak oto Lutica zaznała zarówno losu wojowniczki, jak i losu żony, a trzeba wiedzieć, że dopiero spotykając swą wielką miłość doznała prawdziwego szczęścia. Razem z Sołowiejem mieszkała jakiś czas w Troi i służyła orężnie królowi Dardanosowi, aż wreszcie powróciła do Sklawinii i porzucając wojenne rzemiosło, zamieszkała w niej na stałe. Urodziła swemu oblubieńcowi liczne dzieci, w tym syna Ratajniczę; mężnego junaka okrytego sławą; jeźdźca i przyjaciela koni. Od Ratajniczy pochodził wielki polski patriota Tadeusz Reytan.