,,Orlica składa dwa jaja. Wykluwające się, starsze pisklę gnębi młodsze. Dziobie je, obdziera z puchu, w końcu zaś wyrzuca z gniazda. Inaczej dzieje się w przypadku sowy zwanej płomykówką. Starsze pisklę opiekuje się młodszym i dzieli pożywieniem przyniesionym przez matkę. Obydwie te postawy są przejawiane wśród ludzi’’ - Kosa Owinniczew ,,Animalistyka’’
Stary Lokman włóczył się od oazy do oazy, od karawanseraju do karawanseraju i opowiadał baśnie. Był stary, bardzo stary i brzydki. Odziany w łachmany, przemierzał pustynie wsparty o kiju zakończonym rzeźbioną głową kota. Skórę miał ciemną, niemalże czarną, brodę siwą, ciało wychudzone niczym asceci z Bharacji, oczy kaprawe, plecy zaś garbate. Mówiono o nim, że chodził po świecie już od 350 lat. Ponoć niegdyś był niewolnikiem, zapędzanym do prac najcięższych i uważanych za najbardziej poniżające. Wysłużył sobie wolność, po czym przez Bharację i Seylan udał się do Lemurii. Przez czternaście lat słuchał nauk Żółtego Druida, a następnie Szarego Mahatmy. Następnie powrócił do Arabii, gdzie jego sława przetrwała wieki.
Lokman opuścił ziemię plemienia Adytów. Zmierzał do wielkiego miasta, noszącego nazwę Irem, które ,,Gołębia Księga’’ zwała Słupogrodem. Irem był bardzo bogaty, zasobny w wodę i wszelkie kosztowności. Nie brakowało w jego murach geografów, alchemików, astrologów, magów, lekarzy i poetów. Największą jednak sławę przynosiły miastu pałace i chramy arabskich bogów, wsparte na białych kolumnach, przykuwających oczy niezwykłym pięknem wykonania. W erze trzynastej architekturę Iremu naśladowała zarówno świątynia Salomona jak też budowle Greków.
Lokman wszedł do prastarego Miasta Filarów i zasiadł przed studnią z białego marmuru. Niebawem otoczyły go gromadą dzieci a i paru dorosłych, głównie niewiast niosących na głowach dzbany z wodą.
- Bajarz przyszedł! Niech nam opowiada! - Audytorium opanowało radosne podniecenie.
- Insz – Hubal! - Zaczął Lokman. - Czterdzieści lat temu, kiedy jeszcze rozległa pustynia za miastem była szumiącym, zielonym gajem, przemierzało arabską ziemię dwóch farysów, dosiadających koni rączych jak gazele. Przybyli z daleka, z bardzo odległej krainy Al – Saqaliba, gdzie przez pół roku śniegi zalegają ziemię. Byli to bracia różniący się wiekiem, obaj potężni jak lwy. Włosy mieli długie, podobne barwą ognistemu złotu. Oczy zaś ich przypominały błękit nieba, prześwitującego przez puste oczodoły trupiej czaszki bielejącej na pustyni…
Dzieci wzdrygnęły się ze strachu jak jeden mąż, słuchając o straszliwych, błękitnych oczach, charakterystycznych dla demonów i czarnoksiężników.
- Pomimo srogiego wyglądu, bracia ci nie czynili zła – uspokajał swoich słuchaczy Lokman. - Dobywali ostrzy swych mieczy jeno po to, aby walczyć nimi z rozbójnikami, ghulami, ifrytami i smokami. Posłyszeli od pasterzy kóz o twierdzy zwanej Krwawym Zamczyskiem. Została wzniesiona z czerwonego kamienia, nie był to jednak jedyny powód, dla którego nosiła tę nazwę. W jej murach mieszkał straszliwy szejk Abrasachu Ibn Eblis. - Wymawiając te dwa imiona opowiadający Lokman wykonał dłonią gest odpędzający zło. - Miał ludzką przebiegłość i zdolność mowy uwiezione w ciele olbrzymiej, długiej na trzynaście sążni, paskowanej skolopendry. Swymi żuwaczkami, ociekającymi jadem, potrafił przebić pancerz nawet z najgrubszej stali. Potrzebował wielkich ilości mięsiwa do uśmierzania głodu swych wątpi. Jako pierwszą pożarł swoją matkę, Karinę bint – Rubal, czarodziejkę i kapłankę Eblisa. W miarę jak rósł, zjadał pochwycone przez siebie fenki, jaszczurki, węże, króliki, następnie zaś wielbłądy, gazele, lwy i strusie. Nikt za to go nie wini, wszak każda istota jeść musi, by nie sczeznąć z głodu. Niestety jego pastwą padali również ludzie. Abrasachu, wij piekielny pożerał każdego z podróżnych, zapuszczających się w pobliże Krwawego Zamczyska. Jego ojciec zaś tylko go za to chwalił, powiadając mu, że oczyszcza świat z nędznych robaków. Ludzkie ciała i krew wielce zasmakowały Abrasachu. Pragnął delektować się nimi jak najczęściej. W tym celu magiczną mocą swego ojca tworzył na pustyni miraże wody, zieleni, zasobnych miast i urodziwych niewiast. Z ich pomocą zwabił do siebie dziesiątą część poszukiwaczy szczęścia z całej Arabii. Każdy z nich zawierzywszy ułudzie, znajdował jeno śmierć bolesną w jadowitych żuwaczkach Abrasachu… - Dzieci słuchające tej opowieści miały twarze smutne i przejęte.
Lokman przerwał na chwilę. Pociągnął łyk koziego mleka z podarowanego mu bukłaka i przegryzł kilka daktyli. Posiliwszy się, wrócił do przerwanego wątku.
Ryc. za: Elias Chatzoudis
- Dwóch farysów z krainy Al – Saqaliba posłyszało w Jatrebie o zbrodniach Abrasachu – Lokman znów ułożył palce w znak ochronny. - Zapłonęli gniewem z powodu jego okrucieństwa. Pospiesznie wyruszyli w stronę Krwawego Zamczyska, choć wielu życzliwie im to odradzało. Wij demoniczny słał im naprzeciw przerażające majaki wielogłowych olbrzymów, srogich lwów i rozjuszonych byków, burz piaskowych, deszczy węży, skorpionów, ognia i siarki, samemu kryjąc się w najgłębszym lochu swojej twierdzy. Bracia szli jednak niezmordowanie do celu, dodając sobie nawzajem odwagi. Nie skusiły ich fantomy skarbów; złotych i srebrnych monet, stosów pereł i rubinów, ani też utkane z waporów powietrza nadobne niewolnice, słodkimi głosami zapraszające do biesiady przy dzbanach mrożonego wina. Bracia wkroczyli do zamku pełnego przerażających rzeźb i malowideł. Dopadli szejka w lochu i stoczyli z nim walkę. Wyrwali mu jadowite kły, zakrzywione jak półksiężyce i wrazili mu je w oczy. Tak umarł Abrasachu na posłaniu z kości pożartych ludzi i zwierząt. Wraz z jego śmiercią zniweczona została magia, czarna jak serce Eblisa, podtrzymująca mury Krwawego Zamczyska. Bracia opuścili czym prędzej rozsypującą się budowlę. Wraz z nimi wyszła na zewnątrz królewna odnaleziona przez nich w sekretnej komnacie. Nazywała się Kasylda, a jej piękność przywodziła na myśl Słońce i Księżyc. Nocą przy ognisku bracia poczęli wieść ze sobą spór o to, który z nich poślubi Kasyldę. W onej chwili gotowi byli walczyć ze sobą na podobieństwo rozjuszonych lwa i tygrysa z dalekiej Bharacji. ,,Pozwólcie mi zdecydować!’’ - Zawołała Kasylda, stając między nimi. Szybkim jak myśl ruchem wraziła sobie sztylet w białą pierś. Przemieniła się w bijące źródło wody czystej jak jej serce. Tak na pustyni pojawiła się nowa oaza, nazywana Kasyldą.
Dzieci dały zgodnym chórem do zrozumienia , że baśń spodobała im się.
- Jak nazywali się ci dzielni wojownicy? - Spytała sześcioletnia Aisza.
- Niestety mowa używana przed lud Al – Saqaliba jest tak trudna, że nie potrafię wymówić ich imion. - Zafrasował się Lokman.
*
Moigniew i Nieznami, bo tak brzmiały imiona rycerzy z opowieści Lokmana, byli synami Uściługa, księcia niewielkiego, słowiańskiego plemienia Natyczów, osiadłego nad rzeką Nath na ziemiach dziś noszących nazwę Polski. Nieznamir przyszedł na świat trzy lata po narodzinach swojego brata, Moigniewa. Byli zgodnym rodzeństwem. Wkrótce po narodzinach młodszego z synów Uściługa, Nelisława, matka obu chłopców podążyła do Nawii. Uściług, nazywany w kronikach Sumem z powodu długich wąsów, pojął wówczas drugą żonę, Fredegundę, córkę germańskiego księcia Riparuara. Nie mógł wybrać gorzej. Fredegunda, inicjowana niegdyś na czarownicę podczas sabatu w górach Hercynii, potajemnie warzyła trucizny, rzucała uroki i składała krwawe żertwy potępionym duchom. Nade wszystko nienawidziła braci Moigniewa i Nieznamira. Pragnęła ich wydziedziczyć, aby ich na tronie Uściługa mógł zasiąść jej spłodzony na sabacie syn, Lizander o twarzy pokrytej łuską złotej jaszczurki. Dopięła swego. Zdała księciu jad w winie sprowadzonym znad wielkiej rzeki Rinin, oddzielającej Germanię od Galii. Całą noc Uściług konał w męczarniach, krwawią obficie z wszystkich otworów ciała. Czary Fredegundy przyniosły plemieniu Natyczów bolesne wrzody i pryszcze, krew cieknącą z krowich wymion zamiast mleka oraz kilkudniowe opady gradu niszczące zbiory. Czarownica przekupiła kapłanów, odczytujących prognostyki. Ogłosili oni braci Moigniewa i Nieznamira winnymi sprowadzenia nieszczęść na plemię Natyczów za pomocą magii czarnej jak otchłań Čortieńska. Więc zwołany na majdanie stołecznego grodu skazał braci na dożywotnie wygnanie i przekazał władzę książęcą Lizandrowi. Dla Natyczów nastały wówczas ciężkie czasy wysokich danin, krwawych ofiar i ciosów nahajki ustawicznie spadających na obnażone plecy. Jedynie guślarz Sarwan śpiewał z dala od uszu donosicieli krzepiące serca pieśni o mającym kiedyś nastąpić powrocie wypędzonych książąt. ,,Dadzą Enkowie, strażnicy sprawiedliwości, że książęta – wygnańcy powrócą z tułaczki. Obalą ciemiężców naszego plemienia i zniweczą wszystkie czary występnej władczyni’’. Fredegunda nakazała, rzecz jasna, swym zbirom, aby przynieśli jej uciętą głowę Sarwana.
Moigniew wraz z Nieznamirem podążali coraz dalej na wschód. Podczas swojej wędrówki ochraniali kupieckie karawany oraz tępili zbójców i potwory w służbie scytyjskich królów. Doszli tak aż do krainy nazywanej Arabią.
- Mędrzec, którego napotkaliśmy trzy dni temu – zagadnął Nieznamir – prawił nam, że słowo Arab oznacza człowieka wolnego. Prawił, że przedrostek ,,a’’ jest przeczeniem, zaś ,,rab’’ to ten kto musi robić z pańskiego rozkazu. Przeto Arabowie to ci, którzy nie są niczyimi rabami; nie mają pana nad sobą.
- Nie wiem ile jest w tym prawdy – wzruszył ramionami Moigniew. - To wyjaśnienie równie dobrze może być jeno igraszką wyobraźni.
- Wszak ten, który nam to powiedział, był mędrcem, znającym uczone rozprawy Lemurian! - Zaperzył się Nieznamir.
- Mędrcy też się czasem mylą i nie wszystko wiedzą – odparł spokojnie Moigniew. - Przypomnij mi – dodał po chwili – jak nazywał się ten, o którym właśnie rozmawiamy?
- Zalewan, syn Farona. - Rzekł Nieznamir po chwili namysłu.
- Niegdyś słyszałem o nim na dworze Tiribatesa, monarchy Scytów Królewskich – zmarszczył czoło Moigniew. - Nadworni magowie mówili mi o Zalewanie jako o mędrcu upadłym, wykluczonym z ich kolegium.
- Ponoć przed potopem nie brakło takich, którzy śmiali się ze Zbigniewa, nazywanego Lodowym Znachorem, który wszystkie choroby leczył lodem z zaklętej jaskini… - Nie ustępował Nieznamir.
- To prawda – przyznał Moigniew. - Śmiano się jednakże również z Dyla Gębowicza i innych błaznów.
Ryc. za: Artur Balitskii
Bracia spędzili swój pierwszy nocleg w Arabii w oazie Fifarafa. W cieniu palm stały ruiny miasta, niegdyś władanego przez rozpustną królową, gardzącą napomnieniami proroków. Teraz jedynymi mieszkańcami Fifarafy było plemię Marabutów. Tworzyli je starcy mający głowy brzydkich, łysych bocianów z ogromnymi wolami, opadającymi na wychudłe piersi. Cieszyły się szacunkiem okolicznych szczepów z racji wielkiej mądrości, znajomości sztuk białej magii oraz zażyłości z Agejem, stojącym ponad wszystkimi bogami Arabii. Pojawili się na świecie w erze czwartej, wychodząc z jaja, zniesionego przez olbrzymiego ptaka o żelaznym dziobie. Bracia nie dostrzegli w ich gronie żadnych niewiast. Otrzymali za to wieczerzę; jaszczurki, zwane scynkami, upieczone na węglach, przybrane oliwkami i sałatą słony jogurt z koziego mleka i garść daktyli na deser.
- Przybyliśmy do was po zbawienne rady, słysząc uprzednie zapewnienia o waszej mądrości. - Oznajmił starszy z braci.
- A więc zasiądźcie z nami w kręgu a Ręka Uleda pokaże wam prawdę.
Kiedy na nocnym niebie ukazał się srebrzysty Księżyc, junacy zasiedli wkoło na piasku wespół z siedmioma Marabutami. Ujrzeli jak niewidzialna dłoń poczęła rysować jakieś nieznane im litery, być może używane po raz pierwszy na Bujanie.
- Nie każdy błądzi, kto wędruje! - Zaklekotał pierwszy Marabut.
- Największą przywarą jest tchórzostwo! - Oznajmił drugi.
- Kelb – Kebir, głupi pies, tam go nie ma, a tu jest! - Zaklekotał trzeci.
- Nic z tego nie rozumiem! - Zirytował się Nieznamir.
- A może nie chcesz zrozumieć? - Wtrącił czwarty Marabut.
Rano bracia podziękowali swoim pół ludzkim, pół ptasim gospodarzom za gościnę i ruszyli w dalszą drogę. Udali się jeszcze dalej na wschód.
*
,,Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi’’ - Mt 5,9
Podczas swoich wędrówek bracia posłyszeli, że gdzieś bardzo daleko, za Arabią, za Afryką, leży tajemnicza kraina nazywana Bharacją. Wiedzieli o sprowadzanych z niej klejnotach i przyprawach, a także o zamieszkujących nią w wielkiej liczbie magach, dzikich zwierzętach i potworach. Jednak to co ujrzeli na własne oczy, przerosło ich najśmielsze wyobrażenia.
- Nasze miasto nazywa się Tharobuxan – objaśniała Sinudi, dziesięcioletnia kwiaciarka, oprowadzająca obydwu braci po rozległej metropolii. - Początkowo istniały dwa oddzielne miasta po obu stronach rzeki Yamani. W Buxonii mieszkały same niewiasty, podczas gdy w Taruanie żyli wyłącznie mężczyźni. Nawet zwierzęta żyjące w obu miastach były tylko jednej płci – mówiła dziewczynka z oczami okrągłymi z przejęcia. - Dzieliły je nie tylko fale rzeki, ale też wzajemna nieufność i pogarda. Dopiero gdy na krańcu świata Najwyższy Radża dopełnił obrzędu Szkarłatnej Pudży, królowa Pixituba z Buxonii poślubiła króla Farefiza z Taruanu. Z ich rozkazu brzegi Yamani połączył złoty most. Za przykładem władców wnet poszli ich poddani. Weszli ze sobą w związki małżeńskie, aż oba miasta połączyły się w jedną, wielką rodzinę. - Sinudi zakończyła opowieść z promiennym uśmiechem.
Nieznamir nie omieszkał wyrazić w mowie starokrasnej głębokiego uznania dla erudycji i elokwencji zaledwie dziesięcioletniej przewodniczki.
- Mamusia powiedziała mi, że w poprzednim życiu byłam Bharatieną, królową – apsarą, która całą posiadaną przez siebie wiedzę o zwierzętach spisała w grubej i mądrej książce.
- Cóż, kapłani naszego ludu uczą, że dusze nie wędrują z ciała do ciała – zaoponował dyplomatycznie Moigniew.
Sinudi wciąż pokazywała nowe zabytki, jeden piękniejszy od drugiego. Bracia ujrzeli marmurową fontannę, w której dwanaście złotych lwów wypluwało z paszcz strumienie krystalicznej wody. Na jednym placu stał uwieńczony girlandami kwiatów wysoki, złoty słup, nazywany Palcem Bożym, podczas gdy inny zdobiła miedziana kolumna, ponoć ustawiona już w erze dziesiątej przez Keralę, syna Par – Ušana, założyciela Mohendżo Daro. Każdy chram w mieście wzniesiony został z marmuru mieniącego się jedną z siedmiu barw tęczy oraz wielu innych. Stały tu świątynie białe, czarne, seledynowe, różowe, zaś ich dachy lśniły od złota, srebra i wszelkich możliwych klejnotów. Ulice były zadbane, starannie zamiecione. Cień zapewniały liczne drzewa, których gałęzie uginały się jednocześnie od kwiatów i owoców.
- Muuusicie wracać do domuuu i zrobić tam porządek! - Ludzkim głosem zaryczała w stronę przechodzących junaków biała i chuda krowa, której ze względu na obowiązujący w Bharacji zakon nikt nie ważył się tknąć nawet palcem.
,,Krowa, która dużo ryczy, daje mało mleka’’ - Nieznamir uśmiechnął się do swoich myśli. Pod wieczór bracia pożegnali się ze swoją przewodniczką i dali jej jako zapłatę dwanaście srebrnych rupii. Ruszyli w stronę niewielkiej traktierni, zamierzając kupić za pozostałe pieniądze wino i ryż przyrządzony ze smakowitym sosem. Usiedli przy stoliku czekając aż oberżysta do nich podejdzie. Wtedy ujrzeli jak na czystym blacie usiadła papuga o mieniącym się seledynowym pierzu i czerwonym dziobie.
- Chodźcie za mną! Król i królowa pragną was widzieć! - Ptak zaskrzeczał ludzkim głosem.
Bracia wstali od stolika nie zdążywszy złożyć zamówienia. Podążyli szerokimi ulicami za papugą, aż ujrzeli pałac króla i królowej. Lśnił w blasku Księżyca od złotych i srebrnych rzeźb, pereł i drogich kamieni. Wystarczyło jedno słowo uczonego ptaka, aby dwóch strażników, okrytych lazurowymi kirysami, otworzyło przed nimi złotą bramę.
- Doszły naszych uszu wieści o waszych czynach jakich dokonaliście, zmierzając do nas przez Medię i Baktrię. - Król Farefiz powitał dwornie obu braci. - Radzi będziemy wysłuchać opowieści o tajemniczej, północnej krainie, skąd pochodzą tacy waleczni kszatriowie.
Farefiz nosił szkarłatną szatę z najcieńszej kitajki oraz złotą koronę. Najbardziej jednak rzucał się w oczy kolor jego skóry, pokrytej mozaiką białych i czarnych plamek. Z tego powodu król otrzymał w dziele ,,Purana Slovena’’ przydomek Tapata.
- I my jesteśmy radzi, zasiąść z wami do stołu, panie – odrzekł Moigniew. - Piękno waszego grodu przewyższa wszystko co nam o nim opowiadano.
Po prawicy Farefiza zasiadła królowa Pixituba. Jaśniała takim pięknem, że można ją było wziąć za Bharatiene, królową rusałek z ery dziewiątej. Najprawdziwsze apsary i najady podały do stołu mrożony arak, figi, winogrona, daktyle, podpłomyki oraz obficie przyprawioną potrawkę z ryżu i kawałków mięsa pawia karmionego opium. To ostatnie danie zostało podane w misie z sineańskiej porcelany.
Zgodnie z życzeniem króla bracia opowiedzieli o Sklawinii.
- U nas w Bharacji także żyją rozliczne istoty przypominające połączenie ludzi i zwierząt. - Oznajmił Farefiz. - Jedną z ich ras są Rinocerowie.
- Pierwszy raz mój brat i ja słyszymy o takowych. - Przyznał Moigniew.
- Należą do prastarej rasy, jeszcze przedludzkiej – ciągnął król. - Są wśród nich potężnie zbudowani mężowie, silni jak kolosy, a także niewiasty i dziatki. Wszyscy oni dźwigają na karkach głowy nosorożców. Czy zwierzęta takie są wam znane?
- Widzieliśmy niejednego i to w naszych stronach rodzimych. - Odrzekł z uśmiechem Nieznamir.
- Rinocerowie są już nieliczni, choć sprawiają synom Par – Ušana sporo kłopotów. Zbudowali osadę zwaną Nitraputrą w głębi pobliskiego lasu. Nie jedzą mięsa. Do życia wystarczy im wszelki pokarm roślinny; jarzyny, owoce, zboża, orzechy, grzyby jak również trawa i liście. Silni są zaś tak, że żaden leśny drapieżnik, nawet tygrys czy rakszas nie jest w stanie pokonać ich w walce. - Król przerwał wywód, aby wypić łyk araku. - Za życia mojego ojca i dziada mężom z Taruanu zdarzało się toczyć walki z Rinocerami. Uzbrojeni we włócznie z żelaznymi grotami, zatrutego jadem z wilczomleczu, zabijali te potwory, przydybane na niszczeniu upraw. Choć miłuję pokój, nad Tharobuxanem krąży widmo wojny. Naprawdę strasznej wojny.
- Dlaczego? - Nieznamir zatrzepotał rzęsami jak panienka.
- Bo te bydlęta zamiast siedzieć na zadach w swoim leśnym grajdole, nie spoczną póki nas nie zadepczą! - Wybuchnął Farefiz. - Nienawidzą nas za to, że jesteśmy ludźmi, podczas gdy oni bardziej przypominają nosorożce.
Bracia, którzy ubili już niejedną strzygę, pokiwali ze zrozumieniem głowami.
- Bodaj spadł z nieba kamień ognisty i spopielił tę prostacką rasę. - Dorzucił mściwie Farefiz.
- Opamiętaj się, zapalczywcze! - Milcząca do tej pory Pixituba z pobladłą twarzą, schwyciła męża za rękę. - Czy ich dziatki też chciałbyś wytracić?!
- No, nie. Wszak dziatki nie są niczemu winne. - Zawstydził się Farefiz, aż białe cętki na jego skórze przybrały barwę czerwoną. - Zgryzota miesza mi najwidoczniej w głowie.
- W razie czego mój brat i ja będziemy bronić murów Tharobuxanu. - Zapewnił poważnie Moigniew.
Należy wiedzieć, że wybuch wojny pomiędzy Nitraputrą a Tharobuxanem był celem Asury Orizabela, namiestnika smoka Rykara na Bharację. Orizabel, jak wszystkie Čorty, radował się z powodu wojennych rzezi, gwałtów i pożogi, łez i śmierci najbardziej niewinnych. Na miniaturach z księgi ,,Purana Slovena’’ miał postać półnagiego męża o trupio bladej cerze, trzech ognistych oczach, dwóch rzędach kłów i sześciu szponiastych rękach. We śnie i na jawie przemawiał do władców poprzez zjawy, widziadła, astrologów, wróżbitów i wędrownych dziadów. Niezmordowanie zasiewał w sercach lęk i palącą nienawiść ludzi do Rinocerów i Rinocerów do ludzi. Wszystkie Čorty Bharacji wysunęły już z gąb długie, szkarłatne języki, oczekując niecierpliwie potoków krwi, zalewających bitewne pole.
Przez trzy miesiące bracia zanosili orędzia króla Tharobuxanu do Nitraputry i z powrotem. Poznali bliżej Rinocerów. Wbrew temu co o nich usłyszeli, nie były to istoty okrutne ani złośliwe.
- Bharacja jest ogromna, tak że każda rasa rozumna znajdzie w niej swój dom – rzekł posłom Ratan, król Rinocerów. - Nie chcemy zabijać ludzi; nic nam nie przyjdzie z ich białych kości. Zależy nam tylko na tym, aby oni nie zabijali nas.
Wędrowcy z dalekiej Sklawinii ciągnęli z wielkim mozołem oba miasta na stronę pokoju, podczas gdy w tym samym czasie Orizabel dwoił się i troił, aby zepchnąć je w otchłań wojny i zagłady.
- Zawiodły nasze starania – w noc pełni Księżyca bracia powierzyli swe strapienia Agejowi i Enkom w świętym gaju. - Nie zdołaliśmy powstrzymać zapadnięcia decyzji o nikomu niepotrzebnej rzezi. Dlaczego, ach dlaczego ludzi i inne rozumne istoty dużo łatwiej przychodzi psuć niż naprawiać?
Kiedy tak modlili się wspólnie z uniesionymi rękami, na gałęzi figowca przysiadł biały feniks, przez Słowian nazywany żar - ptakiem. Otaczała go zielona poświata. Bracia wiedzieli z bajęd o królowej Tatrze, słyszanych w pacholęcych latach, że ptak ten był posłańcem Ageja, zasiadającym na złotym trójnogu przed jego ołtarzem.
- Idźcie na rozstajne drogi. Tam wykopiecie z ziemi i spalicie zawiniątko z czarami. Umieścili je tam czarownicy, aby podsycały w mieszkańcach obu miast pragnienie wzajemnego mordu. - Następnie biały feniks pokazał braciom turkusowe jajo. - To zasadzicie w ziemi na styku granic Tharobuxanu i Nitraputry.
Ptak załopotał skrzydłami i zniknął w deszczu złotych iskier. Moigniew i Nieznamir zaopatrzyli się w dwa rydle, a następnie karnie podążyli we wskazanym kierunku. Pracowali zawzięcie jakby nie istniały wokół nich chmary dokuczliwych komarów i bąków.
- Jest! - Ociekający potem Nieznamir wyjął z dna dołu zawiniątko ze skóry bezwłosego, czerwonego nietoperza z Lemurii.
Wewnątrz znajdowały się kostki dzieci, którym nie pozwolono się narodzić, strzępy brudnych, tłustych szmat, zardzewiałe gwoździe i lepiące się skorupki kurzych jaj. Młodszy z junaków z obrzydzeniem cisnął znalezisko do rozpalonego zawczasu ognia.
- Teraz pozostaje nam jedynie zakopać turkusowe jajo! - Westchnął z ulgą Moigniew.
Nazajutrz wydarzyła się rzecz niesłychana. Królowie Farefiz i Ratan odrzucili oręż i podali sobie ręce.
- Nigdy więcej wojen!
Za ich przykładem poszli kszatriowie, zarówno ci z głowami ludzi jak też nosorożców. Kroniki odnotowały tego dnia jeszcze jeden cud. Pękła skorupka turkusowego jaja i w przeciągu siedmiu godzin wybujało wyniosłe drzewo o niebieskiej korze. Jego liście z jadalnego złota miały moc leczyć wszystkie choroby. Farefiz nakazał odszukać Moigniewa i Nieznamira. Ci byli już daleko. Zdążali na Zachód do ziemi swych ojców…
*
W owym czasie w Jaszeni nad wielką rzeką Oką zasiadał na tronie młody car Smolen. Słuchając bajarzy w bezsenne noce, dowiedział się o zamierzchłej erze ósmej, kiedy na świecie rozwijała się cywilizacja Neurów, nazywanych powszechnie wilkołakami. Neurowie zgromadzili w swych komorach skarby, odebrane pokonanym Lynxom, zaś ich kłów lękały się nawet Čorty i wąpierze. Ze stulecia na stulecie stawali się coraz mądrzejsi, bardziej podobni do ludzi niż wilków, aż nauczyli się budować korabie unoszące się w przestworzach. Za panowania swego ostatniego króla, Rena Puszczyna, Neurowie najechali statkami latającymi Księżyc, aby toczyć wojnę z zamieszkującymi go płanetnikami. Przyniosło to zgubę ich wilczej cywilizacji, kiedy na Ziemię spadł potop splątanych ciał wężowych i jadu palącego…
Kiedy Smolen posłyszał o Neurach, umyślił sobie odnaleźć choć jeden z podniebnych okrętów, dryfujących wciąż, jak mniemał, między niebem a ziemią. Nęciły go bowiem skarby, jakie spodziewał się odkryć w ładowni. Wyśmiał grubiańsko siwobrodych bojarów, doradzających mu daleko posuniętą ostrożność. Wezwał przed swe oblicze łucznika, zwanego Sokolim Okiem. Nigdy nie chybiał, zaś jego oczy istotnie były żółte i nadludzko bystre tak jak oczy orła albo sokoła. W jasną, księżycową noc Sokole Oko wszedł na najwyższą wieżę carskiego kasztelu.
- Widzę, najjaśniejszy wnuku Dadźboga, prastary korab chyboczący się pomiędzy dwiema srebrnymi gwiazdami – objaśnił łucznik.
- Nie gadaj po próżnicy jeno natychmiast sprowadź go na dół! - Car niecierpliwił się na myśl o złocie Neurów niczym pacholę oczekujące prezentu od Dziadka Mroza.
Sokole Oko westchnął do Strzyboga Niosącego Strzały, po czym wystrzelił w niebo między dwie srebrne gwiazdy. Nie trzeba było długo czekać, aż nocne niebo rozdarła ognista smuga, kierująca się ku ziemi. To trafiony celną strzałą prastary statek Neurów spadał strącony z nieba. Jeszcze moment, jeszcze chwila i już leżał nad brzegiem Oki. Car Smolen wybiegł z zamku w asyście straży i dworu, aby przyjrzeć mu się bliżej. Korab trwał zawieszony w kosmicznej pustce całe ery, podczas których na Ziemi przemijały i następowały po sobie kolejne rasy, cywilizacje i królestwa. Żagle były w strzępach; niegdyś kolorowe, teraz zaś szare i łatwe do porozrywania jak pajęczyna. Wszystkie drewniane elementy kruszyły się w oczach. Dla każdego było jasnym, że latający statek teraz nadawać się będzie najwyżej na rozpałkę.
- Nuże, moje zuchy, przynieście mi teraz złoto z ładowni! - Car rozkazał swojej straży przybocznej uzbrojonej w bojowe topory.
Penetracja wraku dokończyła proces jego zniszczenia. Smolenowi wojowie nie znaleźli skarbów, ani nawet jednej złotej czy srebrnej monety z wizerunkiem wilka wyjącego do Księżyca. Przebudzili za to stwora, śpiącego przez całe tysiąclecia pod narzutą ze splątanych sieci rybackich. Wzdrygnął się Smolen ze swymi doradcami na widok zataczającego się na krzywych, krótkich nogach, nagiego karła o zielonej skórze pokrytej szwami i bliznami. Pokurcz miał całkowicie łysą głowę, świecące szkarłatnym żarem ślepia, pożółkłe kły i szpony, a do tego niemożliwie cuchnął rozkładająca się padliną.
- Powiedz jak się zowiesz, siło nieczysta! - Zawołał carski kapelan, wołchw, zgłębiający starodawne nauki czarcipłochów.
- Jam ci jest Borys Karłow, ty podglądaczu gołych dziewek! - Zaśmiał się pokurcz i boleśnie ukąsił wołchwa w rękę.
- Czego ode mnie chcesz? - Spytał Smolen, zieleniejąc na twarzy od wdychanego smrodu.
- W nagrodę za wyrwanie mnie ze snu, zjem twoje serce, fujaro – obiecał z całą powagą Borys Karłow. - Wcześniej jednak pożrę cały twój lud!
Stwór z Zaziemia zaśmiał się szyderczo, po czym z małpią zwinnością dał susa na najbliższe drzewo. Rozpłynął się w gęstniejącym mroku nim car zdołał wydać rozkaz ścigania zbiega.
- To wszystko twoja wina! - Smolen ryknął do Sokolego Oka.
Pragnąc uśmierzyć swój gniew, rozkazał ugotować nieszczęsnego łucznika żywcem z wielkim kotle. Rozkaz wykonano.
Borys Karłow okazał się słowny. Noc w noc nawiedzał chaty carskich poddanych. Dławił we śnie całe rodziny i rozszarpywał ich zwłoki niczym wilk wdzierający się do owczarni. Smolen widział w snach jego wyszczerzoną gębę, wypowiadającą groźby straszliwe: ,,Próżne, zaiste próżne są twoje rojenia o ucieczce w obce strony. Choćbyś się skrył w lamus murowany, wszędzie cię dopadnę, kpie! Zrobię z tobą to co Iwan Dziki zwykł czynić z plackami, a duszę zaciągnę w takie ciemne miejsce, skąd nawet Syroka jej nie wydobędzie!’’ Za każdym razem Smolen budził się z przeraźliwym krzykiem.
- Widzicie więc, jasne sokoły, jak źle dzieje się w moim państwie. - Smolen zwrócił się do braci Moigniewa i Nieznamira. - Daremne okazały się wysiłki wołchwów, zamawiaczy, czarodziejów jak też wojów i myśliwych, nie lękających się maszkar.
- Trzeba było nie mordować Strzelca Sokolego Oka – wypalił Nieznamir. - Żywy wytropiłby pokurcza i zabił go z łuku.
- Wiesz, śmiałku – Smolen podniósł głos o oktawę – że mógłby nakazać swojemu oprawcy, aby tobie zadał śmierć jeszcze bardziej bolesną? Nie uczynię tego jednak. - Dodał pospiesznie, widząc marsową twarz Moigniewa. - Wszak dobremu władcy przystoi cenić ludzi szczerych i odważnych jak wy. Pomożecie?
- Pomożemy! - Potwierdził Moigniew w imieniu swoim i brata.
Synowie Uściługa przemierzali konno Carstwo Jaszeńskie, nie pomijając nawet najmniejszej wioski. Wszędzie słyszeli o krwawych wyczynach Borysa Karłowa, nigdzie jednak nie zdołali pochwycić go na gorącym uczynku. W osadzie nazywanej Sielicą uratowali z rąk zbójców kupca El – Szaddaja w złotoróżowym chałacie i turbanie. Dowiedzieli się, że przyjechał przed siedmioma laty z Azji Przedniej znad wielkiej rzeki Jordanus. El – Szaddaj wynagrodził obu braci. Dał im w złoconej szkatułce porcje smakowitej leguminy. Była różowa jak jego chałat, słodka niczym ulepek, a do tego tak lepka, że Słowianie nazywali ją mordoklejką. Zgodnie ze wskazówkami kupca, bracia podrzucili leguminę, skropioną kilkoma kroplami swojej krwi jako przynętę dla Borysa Karłowa. Zaziemski skrytobójca połakomił się na nieznany sobie przysmak. Sam siebie unieszkodliwił, szczęki miał bowiem teraz zlepione jakby najmocniejszym klejem. Widząc to wyskoczył z zasadzki Moigniew z mieczem i Nieznamir zbrojny we włócznię. Ubili potwora szybciej niż zdążyłby wypuścić gazy z jelit. Żadna z jego ofiar nie umierała tak szybko. Następnie pokazali truchło carowi.
- Ostańcie w Jaszeni, a podzielę się z wami władzą! - Nalegał Smolen. - Umiem nagradzać za dobrodziejstwa.
- Doceniamy twój gest, gosudarze – odrzekł Moigniew – jednak potrzebni jesteśmy w naszej ojczyźnie. Już wiele lat temu powinniśmy powrócić nad rzekę Noth.
- Rozumiem i szanuję wasz wybór, choć osobiście żałuję – odparł Smolen.
- W zamian przed odjazdem możemy ofiarować Waszej Wysokości dar cenniejszy od złota i srebra.
- Zgadzam się! - Wykrzyknął uradowany Smolen.
Zgodnie z wytycznymi Moigniewa, car Smolen legł w łożu uśpiony wódką zaprawioną makiem. Starszy z braci kamiennym świdrem wywiercił mu otwór w czaszce, przez który nalał lejkiem złocisty płyn. Po skończonej operacji starannie opatrzył carską głowę.
- Co właściwie mu zrobiłeś? - Nieznamir spytał brata, jadąc u jego boku w blasku Księżyca jak najdalej od granic carstwa.
- Wlałem mu do głowy olej mądrości poświęcony podczas obrzędu ku czci Welesa. Powinien zbudzić się mądrzejszy.
- Ja bym raczej ubił tego głupca i okrutnika. - Zaoponował Nieznamir.
- Bądź co bądź jest to pomazaniec…
- Chciałeś raczej powiedzieć: popapraniec!
*
,,Codex vimrothensis’’ podaje, że bracia powrócili do księstwa Natyczów na czele drużyny złożonej ze zbójców wykupionych z rąk kata. Pomagając junakom w odzyskaniu ich ziemi zyskiwali darowanie kary i szansę na rozpoczęcie nowego życia. Fredegunda uciekła zawczasu do Germanii pod postacią wrony. Niedługo potem Lizander poniechał walki. Po zażyciu złotej pigułki zamienił się w białego morsa z ciemnozieloną grzywą i dał nura do rzeki Nath. Płynąc nią, trafił do rzeki Odirny, a przez nią do Morza Srebrnego. Wojowie złożyli broń i powracających książąt. Tron Uściługa powrócił do jego synów.
























Brak komentarzy:
Prześlij komentarz