środa, 14 października 2015
Bogdan
,,Posrebrzało
pole rosą,
Chodzi
zorza stopką bosą,
Chodzi
miedzą, chodzi żytem,
Sieje
perły srebrnym sitem.
Cisza
w polu, że aż dzwoni,
[…]''
Wodnik
Łoboss z jeziora Karuka leżącego na bałkańskiej ziemi, spłodził
Lasztymira, ojca Gostymira, ojca Lutyna, ojca Lutymira, ojca Bogdana
przez Greków zwanego Teodatem, z którego lędźwi wyszła
bohaterska Wiła Lutica.
Bogdan
Lutomirović, urodzony w jeziorze Karuka, zewsząd otoczonym kniejami
Puszczy Dziewańskiej, miał postać męża potężnego a wysokiego.
Za cały służyła mu przepaska barwy seledynowej. Miał ociekające
wodą i mułem długie włosy, wąsy i brodę w barwie tak ciemnej
zieleni, że wyglądały jak czarne. Jego wielkie, zielone oczy
świeciły w mroku niby dwie gwiazdy, zaś ręce i nogi, tak jak cały
ród Łobossa Karuckiego, miał Bogdan pokryte dużymi, złotymi
łuskami, podobnymi do łusek karpia. Jak na junaka przystało umiał
walczyć każdym rodzajem broni – mieczem Igłą, maczugą
Ogłuszaczem, jak też czterema sztyletami – Vosem, Severem,
Zapadem i Jugiem, które stale nosił przytwierdzone paskami do rąk
i nóg. Nim spłodził pełną sławy Luticę, opuścił swe
rodzinne, śródleśne jezioro i wyruszył szukać przygód. W swych
wędrówkach przemierzał Puszczę Białej Wieży, oraz Góry Biesów
i Čadów. Pływał w Morzu Rajskim, Ciemnym, czyli Czarnym, oraz
Srebrnym. Był na dworach królowych Rodopy i Tatry, w Górach
Dynarskich i w zamku cara Dwojedusznika, zbudowanym wśród szczytów
Pasma Gorynycza. Zaszedł do ziemi Kolchów, Alanów, Scytów,
Armańczyków, Sarmatów, Medów i Kimerów; był nawet w tajemniczym
i nawiedzonym przez ghule i ifryty Iremie, przez Słowian nazywanym
Grodem Kolumn. Wszystkich jego niezwykłych przygód i junackich
czynów na wołowej skórze byś nie spisał. Ta opowieść
przedstawi tylko niektóre z nich.
Noc
dobiegła kresu, gdy Swaróg opuścił bursztynowy zamek swej żony
Juraty, leżący na dnie Morza Srebrnego i wszedł na niebo, by
zapalić Słońce. Mrok ustąpił miejsca złotu i purpurze, gdy
młody wodnik Bogdan Lutymirović, dopiero co opuściwszy świętą
Puszczę Dziewańską, jechał na grzbiecie wiernego rumaka Kruczka –
rosłego, czarnego i włochatego, lecz wielce odważnego. Wodnik
ujrzał budzącą się do życia wieś Korczevice z jej białymi
polami gryki i chatynkami o dachach krytych słomą. Przejeżdżając
przez pszeniczne pola, ujrzał małą, zdaje się ośmioletnią
dziewczynkę o długich, złotych włosach, bosą i odzianą w długą,
białą sukienkę. Dziewczynka trzymała w podobnych do eburnu
rączętach sito wykonane ze srebra, którym rozsiewała po polu
perlistą rosę. Nuciła przy tym pieśń sławiącą Ageja w jakimś
zapomnianym języku. Bogdan jak wszystkie wodniki i rusałki mający
zdolność dostrzegania Enków; tak niewidzialnych jak i zakrytych
zasłonami innych postaci, usłyszał pieśni siedmiu rannych Zorji –
dziewiczych, oddających chwałę Agejowi i owej niepozornej
dziewczynce siejącej srebrnym sitem perły, pośród tego co ludzie
odbierali jako ciszę, że aż dzwoni. Wodnik wiedział, że ową
dziewczynką jest sama Dennica – siostra Swaroga i Chorsa –
Srebronia, różana jutrzenka zwiastująca nowy dzień. Czym prędzej
zsiadł z grzbietu Kruczka, którego poprzedni właściciel jako
,,konia
brzydkiego i leniwego''
przywiązał u drzewa na żer wilków, po czym padł na twarz przed
Zorzą i oddał jej cześć. Dziewczynka zaśmiała się wesoło swym
perlistym śmiechem, uściskała zimnego jak ryba wodnika i ucałowała
go w czoło. Następnie jedną z kropel rosy zamieniła w maleńką
perełkę i podała ją Bogdanowi, a ów z powagą zawiesił ją
sobie na szyi.
-
W tej perełce, którą stworzyłam z wody – oznajmiła Dennica –
zaklęta jest moc i odwaga rycerska. Gdy nadzieje zawiodą, w mojej
perełce znajdziesz pociechę i ratunek – Bogdan ucałował drobne
rączki Zorzy – Dennicy i na znak podzięki pozwolił jej wsiąść
na grzbiet Kruczka i zabrał na przejażdżkę po rozbudzonej już
wsi Korczevicach. Nim nastało złociste południe, Bogdan
spostrzegł, że jedzie konno sam, że piękna i radosna Dennica
powróciła niepostrzeżenie do swych braci i sióstr Enków.
W
Azji, za Górami Jasowskimi zwanymi Prometem i Kaukazem i nad
jeziorem Van, w którym mieszkają smoki, leżała kraina Hajastan,
przez Persów zwana Armanem. Była to dzika, górzysta kraina, pełna
turów, wilków, niedźwiedzi, szakali i tygrysów, hien i orłów,
urokliwych nimf armenek, czarownic i wielogłowych smoków,
olbrzymów, a także takich obcych Słowianom i Grekom stworzeń jak
aralezy czy kadże. Arman – Hajastan obfitował także w pustynie
pełne wielkich węży i skorpionów, oraz olbrzymie puszcze, w
których tańcowały satyry. Królestwo ludzi założyli na tych
dzikich ziemiach potomkowie Grabu i Jodły, a właściwie zastęp
wojów ze stepów nad Morzem Ciemnym, na którego czele stał Hayk.
Jego drużyna pojęła za żony armenki, oraz inne rodzaje nimf jak
najady, oready, driady, waleczne meliady opiekujące się jesionami,
orestiady i kameny, a także ludzkie niewiasty z dzikich plemion
bytujących wśród ruin miast Sarnath i Karmath, z ludów Scytów i
Medów. Sam Hayk, przez Greków zwany Armenosem, poślubił Orgambis
– córkę króla Medów, założył gród stołeczny Haiaka –
gird i przyjął koronę Hajastanu. Po jego śmierci władali jego
syn, Ara Gehecik, przez Greków zwany Erem Armeńczykiem, a przez
Słowian – Królem Duchem, Gabriel, Lumis, Tigranes Ragajan, Samir
Asaradel, Dara Siruk, wreszcie zaś Kaugamart I Bars, w czasie
którego panowania przybył do Armanu wodnik Bogdan i po dwakroć
ocalił jego królestwo. W późniejszych wiekach królowie z krwi
Hayka wielokrotnie odpierali ataki Amazonek, aż w końcu cała
kraina została podbita i wcielona do Pierwszego Imperium Sarmackiego
jak prowincja Arman. Wraz z upadkiem imperium Sarmatów, na tron
odrodzonego Hajastanu wstąpił nowy król – Tarfan II Pulidi,
założyciel dynastii Pulidów, która sprawowała rządy, aż do
króla Haj – Urartu, na którego cześć królestwo na długie
wieki zmieniło nazwę. W erze trzynastej Armenia – spadkobierczyni
króla Hayka jako pierwsza z wszystkich ziem przyjęła Prawdę
Jezusa Chrystusa.
W
ósmym dniu panowania Kaugamarta I Barsa straszna plaga spadła na
jego królestwo. Oto z puszczy Vara – gaj wyszły nieprzeliczone
stada dzików, które stworzyły prawdziwą armię, której żadne
inne wojsko nie dorównałoby okrucieństwem. Armia dzików z Vara –
gaj miała swego marszałka; olbrzymiego, czarnego odyńca o szablach
długich jak kły szablozębnego tygrysa, czterech generałów,
licznych tysięczników, setników i szeregowców. Zwierzęta te
kierowane jakimś čortowskim szałem o pełni Księżyca opuściły
puszczę i ruszyły, by niszczyć wszelkie uprawy. Ludzie byli
zupełnie bezradni; gdy próbowali bronić swych pól, ginęli
rozszarpani dziczymi szablami, podobnie jak najsilniejsze i
najzażartsze brytany i psy molosy z Epiru. Dziczy marszałek Vurga
ze swym stadem wysłał do mogiły siedemdziesięciu siedem łowców,
a pogrążonemu w strachu królestwu Armanu zagroził głód. Wsie i
co mniejsze miasta poczęły pustoszeć i popadać w ruinę, a ich
szczątki z wolna porastały lasem. Król zwołał najtęższych
wojowników, tak hajastańskich, jak i pochodzących z alańskiego
plemienia Nartów, oraz z Medii, a sam stanął na ich czele, lecz
niewiele to dało. Poległ dziczy generał Kasaparim i pięciu
dziczych oficerów, lecz marszałek Vurga wciąż żył, a
rozzuchwalił się do tego stopnia, że w biały dzień wypruwał
białymi szablami trzewia ze stad koni i owiec. ,,Oto
sprawiedliwa zemsta na brudnej rasie synów ludzkich, za całe wieki
polowań na rasę dzików''
– kwiczał Vurga do swych wojów, a ci przyznawali mu rację. Z ich
powodu Arman z wolna obracał się w cmentarz, gdy na świętej
ziemicy króla Hayka zjawił się wodnik Bogdan na karym koniu
Kruczku. Syn Lutymira przekroczył właśnie Góry Jasowskie i
skierował się ku zielonym dolinom, by człowieczym zwyczajem
poszukać gospody, lub przynajmniej jeziora czy rzeki na nocleg.
Plemiona ludzkie, które spotkał nad Terekiem, opowiadały mu, że w
niedalekiej krainie Arman trwa wojna ludzi z dzikami, lecz Bogdan
skłonny był uznać to za wymysł poczęty od picia wina z Kolchidy.
Teraz gdy szukając przygód i sławy, po licznych utarczkach z
rozbójnikami w Promecie wkroczył na ziemię poślubioną przez
króla Hayka i jego następców, zastał dziwną wioskę. Nie było w
niej ani jednego człowieka, pola były zryte i zarosłe chwastami i
siewkami leśnych drzew, brakowało również zdziczałych psów,
kóz, kur, czy innych gospodarskich zwierząt. Gdy Bogdan dumał nad
przyczyną opuszczenia wioski, z zarośli wyskoczyły nań cztery
olbrzymie jak krowy, spasione dziki z wyraźnym zamiarem posiekania
go białymi szablami. Kruczek przerażony stanął dęba, lecz
uspokoił go łagodny głos wodnika, szepczącego toropieckie
zaklęcia uspokajające zwierzęta. Cztery odyńce otoczyły konia i
jeźdźca z wszystkich stron, groźnie chrząkając i kwicząc.
-
Cóż wam uczyniłem, synowie Białej Lochy, że chcecie mnie
rozszarpać? - spytał Bogdan szykując sztylet do rzutu.
-
Chrum! Rasa ludzka jest wrzodem całej przyrody. Ludzka i tylko
ludzka rasa gdziekolwiek się rozprzestrzenia, wykorzenia bardziej
wartościowe rasy zwierząt i roślin. Arman zbudowano na zbrodni.
Żadne jego osiągnięcia nie odkupią tego, co cywilizacja zrobiła
z przyrodą. Chrum! Wysłuchałeś, wszawy człowieku, to teraz giń!
-
Jeśli o to chodzi – odrzekł Bogdan ważąc sztylet w dłoni –
nie jestem człowiekiem, ani nie mam wszy! - dzik jednak nie bacząc
na te słowa zaszarżował, więc wodnik cisnął weń sztylet.
Trafił w głowę i od razu położył odyńca trupem. Następnie
uśmiercił tak trzy pozostałe dziki, gotowe go pożreć, tak jak
pożarły domowe zwierzęta z wyludnionej wioski. Bogdan zsiadł z
Kruczka, wyjął swym prześladowcom sztylety z zakutych łbów i
wytarł je z krwi o trawę.
-
Stary Nagum z Terecji mówił prawdę – stwierdził wodnik –
junak. - Widzi mi się, drogi Kruczku, że czekają nas w tej krainie
srogie walki – kary ogier zastrzygł uszami. - Jestem wszak
bogatyr, a jako taki muszę bronić najsłabszych – uzasadniał w
dialogu z ukochanym koniem.
*
Bogdan
dołączył do hufców króla Hajastanu i pod jego stanicą z
wyobrażonymi na niej lwem, orłem i siedmioma srebrzystymi
gwiazdami, stawił się na polu walki, zwanym Hurczur (Gurczur)
nieopodal miasta stołecznego Haiaka – gird. Siłami armańskimi
dowodził sam król Kaugamart I Bars, a wraz z nim walczyć mieli
ostatni z ocalałych witezi ziemicy Haykowej. Po drugiej stronie
wojsko dzików dowodzone przez marszałka Vurgę, czarnego jak noc,
silnego niczym sto niedźwiedzi, a zajadłego na ludzkie plemię niby
Čort, czekało na rozkaz do uderzenia. ,,Chrum!
Rozpłatamy synów Novalsa jak kucharz rybę i wdepczemy ich w
ziemię''!
- przemawiał wódz dzików do swych wojów. Zakwiczał przenikliwie
i jego zwierzęca horda rzuciła się na najdzielniejszych synów
Armanu. Rozpętało się piekło. Najodważniejsze konie, sprowadzone
aż z Arabistanu i ziemicy Hetytów, które narodzić się miały z
morskiej piany, na widok szarżujących dzików niemal dorównujących
im wielkością, poniosły i zrzuciły rycerzy z grzbietów, a same
ubiegły w góry. Dziki nie miały litości. Z ich szabli i ważących
półtora puda, twardych jak spiż racic zginęli Vargal z Kaszt,
Eram z Eratu, Aram Gacziri, Chan – tou z Sinea, wojowniczka Sandra
z Arpales i paru wojów, których imiona zakryły mroki dziejów. Sam
król, choć nie należał do tchórzów i jak na króla przystało
walczył w pierwszym szeregu, stracił panowanie nad jabłkowitą
klaczą Borołoszką, a ta z przestrachu zrzuciła jeźdźca na
ziemię i uciekając wlokła go po cierniach i kamieniach. Trudno za
to co zaszło winić konie; prawdę mówiąc, owej dziczej armii
przeląkłby się nawet lew czy tygrys! Jednak gdy inni polegli, bądź
uciekli, Bogdan został na polu bitwy wraz z wiernym Kruczkiem. Jego
cztery sztylety poszybowały jak ptaki, a każdy z nich przyniósł
śmierć jednemu z czterech dziczych generałów. Następnie miecz
Igła i ciężka jak byk maczuga Ogłuszacz, której nikt poza
Bogdanem podnieść nie zdołał, jęły siać jeszcze większe
spustoszenie, błyskawicznie ścinając głowy z grubych karków,
bądź miażdżąc je jak orzechy. Wokół Bogdana rósł stos
powalonych dzików, a te co jeszcze żyły, kwiczały między sobą
trwożliwie: ,,Charakternik''!
Chcąc ratować morale swej armii, czarny jak smoła marszałek
Vurga, o czerwonych oczach co świeciły w mroku, zaszarżował na
wodnika. Klął przy tym grubo jak pijany woźnica, lecz Bogdan
odpowiedział mu milczeniem. Zeskoczył z konia i dobył maczugi. Po
trzykroć bił nią w twardą i grubą czaszkę dzika, aż poszła w
drzazgi. Vurga zatrzymał się i padł ogłuszony na skalistą
ziemię. Wówczas Bogdan dobił go mieczem, zaś dziki zdjęło
przerażenie. Bogdan popędził ku nim na Kruczku rozdając Igłą
celne ciosy i w godzinę ubił czterdzieści parę dziczych wojów.
Reszta widząc śmierć wodza i pogrom armii, płaczliwie kwicząc
schroniła się w lasach i górach, nigdy już nie napadając ludzi.
Syn Lutomira zdjęty zmęczeniem i czerwony od przelanej posoki,
wziął eburnowy róg Sandry z Arpalos i donośnie weń zadął
obwieszczając zwycięstwo ludzi. Następnie toporem Vargala z Kaszt
odrabał łeb wodza dzików i udał się do miasta stołecznego, by
okazać go królowi. Kaugamart I Bars przeżył; mądra klacz miast w
góry pognała z nim w stronę zamku. Doznał jednak bardzo ciężkich
ran i nigdy już nie był tak silny i sprawny jak przed bitwą z
dzikami. Na cześć Bogdana wyprawił ucztę z ciał poległych
dzików, które upieczono w całości i podano z najlepszymi sosami i
przyprawami znanymi na południe od Gór Jasowskich. Ponadto
bohaterski wodnik ze Sklawinii został pasowany na rycerza i
zamieszkał w jeziorku, które na jego cześć nazwano Bagadan. Po
opiewanej w pieśniach nierównej bitwie pod Hurczurem, nadszedł dla
prostego ludu czas mozolnej odbudowy tego co zniszczyły dziki.
Bogdan
Lutomirović, przez króla Armanu obdarzony złotym pierścieniem,
obręczą na ramieniu i jedwabnym płaszczem barwy błękitnej w
czasie swych wędrówek po wielkim mieście stołecznym ujrzał
zarówno przepych kapiących od złota pałaców i świątyń, jak i
nędzę rozlatujących się lepianek. Gdy zwiedzał miasto stołeczne
Haiaka – gird, w którym pozdrawiali go padając na twarz tak
książęta i najwyżsi kapłani Groha i Cavera, jak też kupcy,
tragarze, rzemieślnicy i żebracy, jego oczy zielone jak łuski
smoka rozbłysły na widok nędzarzy stoczonych trądem. Straszna ta
choroba trapiła wyłącznie ludzi poczynając od ery dziesiątej, a
rozsiewały ją Čorty służące Zarazie, takie jak Trądzitwa –
mająca postać trędowatej kobiety; bladej i okrytej samym
prześcieradłem, czy mieszkający w jeziorze Trądziec, wyglądający
jak nagi mąż stoczony trądem, którego zabili bracia Radym i
Wiatko. Bogdan zlitował się nad ludźmi pokrytymi mrowiem białych
strupów, którym odpadały palce rąk i nóg. Nikt ich nie chciał,
za to wszyscy się ich bali. Musieli mieszkać w miejscu
odosobnionym, a jeśli już przychodzili do miasta na żebry, bo do
żadnej pracy już się nie nadawali, musieli ustawicznie hałasować
kołatkami i wołać: ,,Przeklęty
przez Groha i Cavera''!
Gdy nikt tego nie widział, wodnik upuścił sobie sztyletem parę
kropel krwi, która jak u wszystkich wodników i rusałek była
jasnoniebieska, lodowata i miała moc leczyć najcięższe choroby.
Skropieni ową krwią nędzarze w pół minuty powrócili do zdrowia
i nie ma takich słów, które mogłyby opisać ich radość. Rzucali
się wodnikowi na szyję i ściskali go, mimo że jak wszystkie
wodniki był zimny i mokry jak ryba, wołali donośnie i tańczyli
wokół niego. Następnie udali się z nim do kolonii trędowatych,
która mieściła się za miastem, na małej wyspie pośród leśnego
jeziora. Bogdan otworzył sobie żyły i począł skrapiać
nieszczęśników swą krwią, a ci natychmiast zdrowieli. Przywrócił
tak do zdrowia osiemdziesiąt dusz, aż w końcu zabrakło mu krwi i
padł wycieńczony na ziemię ku przerażeniu ludzi. Ujrzał ciemność
i stracił rachubę czasu. Gdy ponownie otworzył oczy, spostrzegł,
że leży na białej pierzynie na łożu z kości słoniowej, a
zatroskany Kruczek trąca go wilgotnym pyskiem. Dowiedział się, że
leży w jednej z komnat zamku wzniesionego przez króla Hayka, a sama
królewna Tais, córka Kaugamarta przychodzi doń, by pytać się o
jego samopoczucie i przynieść kolchidzkiego wina z zamkowej
piwnicy.
-
Byłeś na Wyspie Trędowatych – tłumaczyła Tais – gdzie
leczyłeś jej mieszkańców swą krwią. Wszystkich uratowałeś od
strasznej śmierci w męczarniach, lecz sam straciwszy całą krew,
omal nie umarłeś. Dzięki Aralezie, otrzymałeś nową i teraz
żyjesz – mówiąc to królewska córka ucałowała mężnego
wodnika w oba zimne jak lód policzki.
Gdy
do komnaty wszedł król Kaugamart, Bogdan coś sobie przypomniał.
Gdy spał i Śmierć wlokła go na stos swych łupów, ujrzał oczami
duszy samą Mokoszę, z której łona wyszli Europa i Bałkan
Łobasta; pierwsza rusałka i pierwszy wodnik. Mokosza pochyliła się
nad nim z czułością i pocieszyła słowami: ,,Wierz,
a będzie dobrze'',
po czym rozchyliła mu martwe powieki, a wtedy Bogdan się obudził.
Wodnik nie zapomniał uczcić swej pani nową pieśnią, której
słowa dziś już zaginęły.
Tymczasem
Zaraza nie przestawała trapić świata wszelkimi możliwymi
chorobami. Późnym wieczorem, gdy Bogdan wrócił z zamykanej
właśnie gospody ,,Pod
Złotą Lunetą'',
w której zjadł pół pieczonego byka, wypił antałek najlepszego
wina z Kolchidy i spętał zabijakę, który upiwszy się, gonił
dziewkę służebną z nożem, ujrzał w mroku przemykającą
chyłkiem jakąś dziwną postać, podobną trochę do Centaura. Nie
był to jednak Centaur. Bogdan, jak na wodnika przystało, mogący
widzieć w ciemności i dostrzegać to co czary uczyniły
niewidzialnym, podszedł bliżej cicho jak kot i ujrzał
niewidzialnego stwora. Stwór
ów do pasa był potężnym, brodatym mężem, zaś od pasa w dół –
jeszcze potężniejszym, brązowym bykiem. Bogdan przypomniał sobie,
że taki stwór nazywa się gauszydem. Niedawno król Kaugamart
opowiadał jak jego przyjaciel Faruskad – król potężnej Medii
zabił gauszyda – czarownika z krainy Ułu – saxał, gdy ten
przybrał postać byka zionącego ogniem. Gauszyd, którego ujrzał
syn Lutomira trzymał worek i coś z niego sypał na ulicę, jakby to
było ziarno dla ptaków. Bogdan zaintrygowany tym podszedł bliżej,
a jego wyostrzone magią zmysły ujawniły mu straszną prawdę.
Gauszyd był sługą Zarazy, zaś z worka sypał ziarna trądu, które
wciąż sypały się z dziur w obu piersiach przeklętej Trądzitwy.
Wodnik dobył maczugi i zwinnie jak kot skoczył ku słudze Zarazy z
bojowym okrzykiem. Gauszyd natychmiast dobył szabli i rozpoczęła
się zażarta, lecz krótka walka. Dwoma zadanymi jakby od niechcenia
uderzeniami w byczy grzbiet i w potylicę, Bogdan ogłuszył
przeciwnika, a ów zwalił się na uliczne kamienie ciężko jak
kłoda. Wówczas wodnik, silniejszy od niejednego bohatera, wziął
ogłuszonego gauszyda na plecy i poszedł z nim w stronę swego
jeziora. Wcześniej jednak ogniem ze swych oczu spalił jego wór z
zawartością. Pojmany przez Bogdana gauszyd o imieniu Gojs obudził
się skrępowany w skleconej z desek stajni na brzegu jeziora
Bagadan. Ujrzał jak wodnik rozcina jego więzy i daje mu śniadanie
w postaci placka jęczmiennego i bukłaka wina.
-
Dlaczego mnie nie zabiłeś? - wychrypiał gauszyd.
-
Lepiej ty odpowiedz po kiego Čorta
rozsiewałeś trąd? - odpowiedział pytaniem wodnik, a gauszyd
widząc jego groźne, gorejące zielonym ogniem oczy zrozumiał, że
wykręty nic mu nie dadzą.
-
My gauszydy nie przyjaźnimy się z ludźmi, ale nie pragnąłem ich
wytępić. Żyłem sobie ze swym stadem z dala od człowieczych sadyb
i byłem szczęśliwy. Jednak ostatnio zachorowałem na jakąś
straszną chorobę bydlęcą i żaden z naszych szamanów nie mógł
mi pomóc. Porzucony przez stado bredziłem w gorączce, aż ujrzałem
Zarazę z czerwoną chustką w białej dłoni. Powiedziała mi, że
moje życie zostanie oszczędzone, jeśli pójdę jej służyć. Jak
to mówią ludzie ,,tonący
brzytwy się chwyta'',
więc zgodziłem się, byle tylko żyć dalej. Zaraza uczyniła mnie
niewidzialnym i dała worek z ziarnami trądu, bym pozarażał nim
ludzi. Proszę cię, panie wodniku przebij mnie raz a dobrze mieczem,
bo jak Zaraza się dowie, że spartaczyłem robotę, to ześle na
mnie najsroższe męczarnie...
-
Zamiast służyć Zarazie – ozwał się Bogdan – mogłeś wezwać
pomocy Złotej Baby, albo Znachora – Władcy Chorób, oni by ci
pomogli. Czy chociaż żałujesz tego co zrobiłeś? - gauszyd
pokiwał głową, choć nie był na ogół skłonny współczuć
ludziom.
-
Nie ubiję cię. Masz tu flakon mojej krwi co leczy wszystkie
choroby, a jak Zaraza będzie cię napastować, chluśnij jej tym w
twarz. Wracaj do swego stada i strzeż się wracać tu z trądem –
po tych słowach gauszyd podziękował wodnikowi, chwycił
kryształowy flakonik z jego leczniczą krwią i pogalopował na
skaliste stepy, gdzie paśli się jego pobratymcy.
Po
opuszczeniu Hajastanu, Bogdan zawędrował do Iremu i do Arabii,
gdzie szukał przygód i skarbów w ruinach starożytnego, pustynnego
miasta, którego nazwa zaginęła, a które w erze jedenastej było
stolicą królestwa Memnona. Był również w Sindzie, gdzie broniąc
się przed zjedzeniem ubił pięćdziesiąt Minotaurów, w Bharacji,
w krainie Androfagów, przez Słowian zwanych Samojedami, leżącej
na Dalekiej Północy, aż w końcu opromieniony sławą powrócił
do ojczystej Puszczy Dziewańskiej. Osiadł w rodzinnym jeziorze
Karuka i pojął za żonę, szczerze kochającą go Radunicę herbu
Raduniec – przepiękną Wiłę, co jedną nogę miała ludzką, a
drugą kozią i słynęła z nabożeństwa do Roda, zwanego też
Ródem. Na ich hucznym weselu, młody wodnik Półpanek szarpiący
struny złotej harfy śpiewał pieśń weselną o Jarowicie, który
pod postacią wspaniałego ptaka strącił z jabłoni trzy jabłka, a
trzy córki wdowy schowały je do zapasek, by dać owoce swym
wybrańcom. ,,Komu
jabłka, temu dziewczyna''
– brzmiały ostatnie słowa pieśni. Niedługo potem, czarnowłosa
Radunica w krasnej sukni, obdarzyła swego oblubieńca piękną i
mężną córką, która otrzymała imię Lutica Bogdanówna.
wtorek, 13 października 2015
Oniricon cz. 155
Śniło mi się, że:
- na ulicy widziałem ikonę o. Posackiego napisaną za jego życia, zaś dwóch księży dało mi prawosławne krucyfiksy,
- Alexandrus ov Cocelaise polował na zwierzęta,
- Pavlas ov Vidłar namówił mnie do wypicia kilku piw u niego w domu,
- poszedłem do szkoły, gdzie razem z jakimś małżeństwem cofnąłem się w czasie o kilka dekad, pełzałem po chodniku i jadłem dwie suche bułki tak łapczywie, że zwymiotowałem, stałem się nieco niższy, potem zobaczyłem dziewczynkę, której spadł bucik,
- w alternatywnym świecie miał miejsce wielki konkurs piękności zwany ,,Missterium Piękna'' połączony z modlitwami do Wielkiej Bogini i orgią, sędzią był następca tronu Polski, w tym śnie organizowano też 6 grudnia uroczyste misteria ku czci św. Mikołaja,
- inną wersją imienia Conan był Coran,
- poszedłem do Zabulona z filmu ,,Nocna Straż'' razem z rudą kobietą, która powiedziała mu, że jego pierwowzorem był żydowski czarnoksiężnik z legend średniowiecznych,
- kiedy Ten Wielki wybrał dobro, wówczas Geser tańczył z radości,
- byłem na spotkaniu z Wojciechem Cejrowskim, który założył buty, lecz nie miał skarpet; z jego karku wydobywał się strumień pary; chciałem się go zapytać dlaczego nie lubi Stevena Kinga, lecz nie miałem śmiałości,
- byłem na huśtawce razem z grupą starszych ludzi, którzy znaleźli kolonię samotnych pszczół pszczolinek; brali je do ręki, lecz ja bałem się użądlenia,
- byłem na pielgrzymce i czytałem starą książkę religijną z powyrywanymi kartkami, w której było coś o archeologii, oraz o Napoleonie Bonaparte,
- gdy szedłem do biblioteki zostałem zaatakowany przez małe dzieci,
- pojechałem do Dobrej Szczecińskiej, aby pracować jako jałmużnik,
- w średniowieczy w północnych Włoszech żyło słowiańskie plemię Strachów,
- zamierzałem napisać posta o motywach mitologicznych w ,,Koranie'',
- Ibn Saud żył w średniowieczu,
- w mojej kuchni bojler płonął niebieskim ogniem, co jakiemuś Rosjaninowi skojarzyło się z ,,Mistrzem i Małgorzatą'',
- Robert Biedroń był jednym z bohaterów ,,Mistrza i Małgorzaty'', w tej książce występowałem również ja sam.
poniedziałek, 12 października 2015
Mato cz. 3
U stóp kosmicznego drzewa, przez filozofów zwanego Osią Świata, zebrały się dwie armie. Czerw przybrał postać krasnoskórego jaszczura olbrzymich rozmiarów, któremu olbrzymy pomogły założyć srebrzysty pancerz z karaceny. Pod jego stanicami, na których wyszyte zostały czerwone wije, węże, robaki i jaszczury na polu srebrnym, zgromadziły się nieprzeliczone hufce sług Czarnoboga – Gorynycza. Čorty, wąpierze i ażdachy, Minotaury, chimery, brukołaki, mantykory, olbrzymy, smoki i olbrzymie węże, ały, gorgony i gorgońce, wilkołaki i ludzie – hieny, harpie, Centaury i sini ludzie; wszystkie te istoty zbrojne w najprzeróżniejsze miecze, maczugi, rohatyny, włócznie, szable i kłonice, odśpiewały bluźnierczy hymn ku czci Czarnoboga, po czym wydając przeraźliwe odgłosy, ruszyły pędem ku obrońcom Drzewa. Drugą armię stanowili król Mato wraz z drużyną, a także waleczni Murzyni z ziemi Suba pod wodzą królów Mamby, Galaana i Tahoona, hufiec Hathorów z Libii, Akefale z krainy Galonga, zwołane przez Sadra słonie i nosorożce, którym przewodził Trzyrożec, parę lwów i lampartów z rodu Phalmantydów. Mato walczył w pierwszym szeregu, miażdżąc maczugą tłumy gorgońców z Mormo i innych obrzydliwych stworzeń, a pod ciosami jego miecza Krasnoya, pękały szable ażdach, zaś olbrzymy i Cyklopy padały jak ścięte drzewa. Król Krobacji odniósł piętnaście tryskających potokami krwi ran od zębów chimer i pazurów Čortów, lecz jeno za każdym razem gdy zabił potwora wznosił okrzyk: ,,Za Niebo i Ziemię''! , po czym nieubłaganie jak nosorożec albo bawół rzucał się w największy gąszcz wrogów i poił świętą macierz wszystkich istot ich krwią. Czerw objedzony korzeniami, wylazł z podziemnych czeluści, ryczał gromko i uderzał jaszczurzymi łapami w wypchany brzuch, lecz od mieczy i włóczni wojowników Ageja zasłaniały go hordy złych istot. Niebo pociemniało i Jarowitowy piorun po trzykroć uderzył. Do boju włączyli się Enkowie. Jarowit wraz z dziewięcioma synami, mocą piorunów kładł trupem olbrzymy, smoki i Čorty. Dziewanna i Dziwica szyły z łuków, Jurata walczyła złotym trójzębem, a Boruta – obsydianowym mieczem. Nikt z Enków nie szczędził sił, by ocalić Wielki Dąb, a zastępy Czerwiowe z wolna topniały. Żmij Ognisty Wilk zamienił swego giermka Tórza w niedźwiedzia, sam zaś przybierał kolejno postać wilka, niedźwiedzia, wielkiego węża i szalejącego ognia. Łamał čortowskie widły w drobne drzazgi, obalał olbrzymów, zaś hufce z Mormo i Gorgo umyskały przed nim precz. Lutica córka Bogdana zasypywała wrogie hordy deszczem strzał, a za każdym razem uśmiercała. Jej oczy zapalały czarne szaty wąpierzy i kudły złych Neurów, a żadna z ażdach nie mogła jej pokonać w walce szablą z bułatowej stali. Spustoszenie siały miecze Andaja i Menessa, chłop Plonek i majtek Horczałko zginęli rozszarpani przez Merkułów – wojów z rasy pół – ludzi, pół – hien, Bent przebił włócznią trzech wodzów gorgońców i jednego sinych ludzi, Podaga walczył ciężkim, kowalskim młotem i ognistym swym tchnieniem... Nawet kot Fitek i Klabaternik włączyli się do boju i o dziwo przeżyli. Mato walczył jak berserk. Ze smoków ścierających się z ludźmi podczas owej bitwy o Wielki Dąb, najbardziej luty był zielony Dagar (Dagarus) o jednej głowie i czarnych, błoniastych skrzydłach, wielki niby góra Giewontem zwana. Ogień z jego przepastnych trzewi pochłaniał najdzielniejszych herosów Afryki, gdy wtem król Mato, zasłoniwszy się karacenową tarczą przed burzą płomieni, wskoczył smoku na łeb, twardy niby kamień i z całej siły uderzył weń maczugą, aż rozległ się huk jakby uderzenie gromu. Dagar ryczał i pluł płomieniami, a porażony bólem, rzucał się jak ryba wyrzucona z wody. Mato dobył lśniącego blaskiem rubinu miecza Krasnoja i zatopił go w wielkiej, podobnej do zwierciadła łusce na skroni poczwary. Smok, ostatni przedstawiciel swej rasy, służący w wojsku Czerwia, po raz ostatni zaryczał rozdzierająco, zwinął się jak wąż, wypuścił z nozdrzy obłok czarnego dymu, po czym umarł. Krobacki król i rycerz uczcił jego śmierć chwilą ciszy, bo smok Dabar choć służył złej sprawie, był godnym przeciwnikiem. Pod ciężkimi nogami Sadra i Trzyrożca ginęły gorgońców, sinych ludzi i Čortów. Na trzech długich jak pale rogach krwawiły przebite na wylot ciała lutych goblinów zwanych orkami, a ogień z trąby słonia obracał w popiół Merkułów i kotołaki. Sadr i Trzyrożec obalali i tratowali olbrzymy i drzewiaste potwory spijające krew swych ofiar, wyrzucali wysoko w powietrze przebite na wylot ogry i deptali wężołaki – ludzi mogących przybierać postać wielkich, jadowitych węży. Zdawało się, że słonia i nosorożca nic już nie powstrzyma i lada moment obrócą pierzchającego tchórzliwie Czerwia w mokrą plamę. Nic takiego się jednak nie stało. Oba zwierzęta, robiące zakłady, które z nich ubije więcej wrogów, powoli, lecz nieubłaganie słabły od zatrutych zębów gigantycznych węży, ran zadanych przez topory gorgońców i goblinów z ziemi Hork, od zaprawionych jadem wilczomlecza strzał i grotów włóczni, wreszcie od ciosów čortowskich wideł posmarowanych siarką i gnojem dla większej śmiertelności. Ubił Sadr trzysta Čortów, gorgońców z Mormo i orków z Hork, oraz pięć olbrzymów, zaś Trzyrożec podwoił jego wyniki. W końcu dwaj zapaśnicy sawanny natknęli się na Pafuma – czarnoskórego Cyklopa z ziemi Kapaja leżącej na Najdalszym Południowym Krańcu Afryki. Pafum – okryty płaszczem z pięciuset lampartów, zaryczał przeciągle, po czym ciosem maczugi cięzkiej jak wieloryb w głowę powalił na ziemię Sadra. Ognisty słoń jeno jęknął głucho i wypuścił z trąby obłok szarego dymu. ,,Nie wiedziałem, że oddam parę u boku nosorożca''! - zabrzmiały jego ostatnie słowa. Trzyrożec rzucił się na Cyklopa i rogami, oraz kolczastym językiem rozdarł jego podobną do hebanowej kolumny nogę na strzępy. Chwilę potem Pafum roztrzaskał jego kręgosłup maczugą ze smoczego drzewa. ,,Nie przy nosorożcu, jeno przy druhu''! - wycharczał olbrzymi nosorożec, po czym na zawsze zamknął szare powieki. Wojownik Czerwia wydał ryczący okrzyk bojowy wywracający drzewa i kruszący głazy, gdy wtem włócznia ciśnięta ręką Andaja ugodziła go w błyszczącą od oliwy pierś. Zaraz potem Lutica posłała zatrutą ciemierzem strzałę prosto w czarne oko wielkości bujanego fotela, uśmiercając tym monstrualnego woja. Mato walczył jak orkan, a Czerwiowe zastępy gubiąc broń umyskały przed nim ze skowytem.
-
Przyszedłem nakopać ci do ryja, robaku Czarnoboga! - wielce
niepolitycznie zawołał król w stronę Czerwia.
-
Idź na siano ze swą matką! - jeszcze bardziej niepolitycznie
odpowiedział zmiennokształtny, krasny smok podgryzający korzenie
Wielkiego Dębu.
Mato
bez większego trudu ciął ostrzem Krasnoja długie jak pytony i
mocne niby stal, zakończone spiżowymi szponami paluchy Czerwia,
zaciskające się na nim, by go zmiażdżyć. Król umknął
zaopatrzonym we władne kruszyć żelazo, białe zęby, szczękom
potwora i skuliwszy się, zawędrował pod jego brzuch. Sapiąc i
ociekając potem, wezwał imienia Mokoszy i Dziwicy, po czym zatopił
miecz w okrytych karacenową zbroją, miękkich trzewiach potwora.
Czerw wydał ostatni, donośny ryk, który strącił kamienne lawiny
w górach Atlas, po czym rzucając się jeszcze przez chwilę jak
ryba, zastygł w bezruchu. Mato wyczołgał się spod smoczego
brzucha, cały we krwi. Stanął na ciele Czerwia i uniósł miecz ku
niebu wznosząc okrzyk: ,,Za
Krobację''!,
a rubin w głowicy Krasnoja zajaśniał niby drugie Słońce.
Niedobitki potworów i straszydeł uciekły w niesławie, a Mokosza
spuściła rzęsisty deszcz na obmycie świętej ziemi z przelanej
krwi. Wszyscy – Albireonauci, Enkowie, Hathorowie i Murzyni
radowali się zwycięstwem, które ocaliło Wielki Dąb, gdy wraz z
przebijającymi się przez deszczowe chmury promieniami Słońca
złotego rozległ się głos Ageja:
*
Mato
czym prędzej wsiadł na pokład ,,Albireo''
i gnany tchnieniem Pochwista trzy razy szybciej niż płynęli zwykli
żeglarze, dotarł do Krobacji. Zdążył w samą porę. Królowa
Albirea zamknięta za wałami Agrebu już piąty miesiąc odpierała
oblężenie króla Hlumu. Nigdy nie brakło jej odwagi i
przemyślności; kochała wolność i wolała raczej oddać życie
niż je utracić. Jednak Krobaci byli już znużeni ciągłymi
klęskami i długim oblężeniem grodu stołecznego. Król hlumski
Wołrow kusił ich obietnicą darowania życia, przeto tak młodzi i
starzy, małodusznie naciskali na królową, by oddała ziemicę
krobacką najeźdźcom, a sama została żoną ich władcy. Gdy Mato
powrócił, rozgromił Hlumiaków i wypędził ich zagony ze swego
królestwa. Ponownie zasiadł na należnym sobie tronie i nigdy już
nie rozstawał się z umiłowaną bereginią Alibireą. Władali
jeszcze wiele lat w zdrowiu i szczęściu aż do śmierci króla na
polu jego ostatniej bitwy. Jak podaje ,,Codex
vimrothensis''
, król Mato był jednym z bohaterów, których w erze trzynastej, w
przeddzień bitwy na Kosowym Polu, serbski chłopiec Trajek spotkał
w zaczarowanym zamku zwanym Strażnicą Południa. KONIEC
Mato cz. 2
Przylegająca do Morza Rajskiego afrykańska kraina Libia (Libiya, po sarmacku: Libistan) wzięła swą nazwę od jednej z córek czarnoskórej rusałczej królowej Afaraki. W erze dwunastej przybyli na te ziemie ludzie, a byli to dzicy, półnadzy koczownicy z pustyń, którzy nosili coś co przypominało pejsy Żydów i co rusz ogłaszali ,,święte wojny'' przeciw Pierwszemu Imperium Sarmackiemu, później zaś przeciw Egiptowi faraonów. Przed przybyciem Libijczyków, ziemie afrykańskie między Egiptem a Kartaginą zamieszkiwał dziwny lud Hathorów. Stworzenia te przypominały ludzi – niewiasty i mężów, obdarzonych bydlęcymi rogami i ogonami. Hathorowie ilekroć tego zapragnęli, mogli brać na siebie postać krów i byków. Skórę mieli śniadą jak Egipcjanie, Libijczycy, Arabowie i wędrowni Giptowie, pokrytą kunsztownymi tatuażami barwy kiru bądź srebra, zaś ich włosy były czarne, namaszczane balsamami z krainy zwanej przez Rzymian Arabią Szczęśliwą, bądź bezlitośnie golone, aby nie zalęgły się w nich wszy. Na szyjach nosili wykonane z sineańśkiej porcelany, bądź kolorowego szkła z Libanistanu maleńkie czaszki byków, lub dzwonki. Utarła się tradycja, że nad wszystkimi szczepami Hathorów, na tronie z drewna bukowego zasiadał car z rasy Minotaurów. Pierwszym z nich był Apis – car, ojciec Apisamusa, ojca Apistima, ojca Kudrewana (Cudrevanus), którego imię pochodziło od starokrasnego ,,kudus'' - ,,buk''. (Dla porównania, Władymir Bukowski to Vladimirus ov Kudlabicic).
Rudogłowy
car Kudrewan zasiadał na bukowym tronie na złocistym, morskim
brzegu, mając po jednej stronie Morze Rajskie, a po drugiej gród
stołeczny Kalbatu. Żuł trawę, odziany jeno w błękitną
przepaskę biodrową, zdobił go ciężki naszyjnik ze sztabek złota,
a jego ręce dzierżyły maczugę o złotych kolcach i włócznię
zakończoną grotami z obu końców. Podnóżkiem dla jego bosych
stóp były dwie czaszki zabitych gołymi pięściami lwów. Kudrewan
zaryczał jak byk, a Hathorowie odpowiedzieli tym samym na jego
pozdrowienie. Rozpoczął się sąd. Przed rogatym obliczem cara
Minotaura padł na twarz trzęsący się jak osika, wielce wylękniony
Horczałko znad rzeki Volgi. Nie był bohaterem, jeno prostym,
lubiącym pić i przechwalać się marynarzem, służącym na okręcie
,,Albireo'',
którym król Mato płynął na Koniec Świata, by ocalić Wielki
Dąb. Oprócz rzeszy Hathorów, na sądzie Kudrewana zjawili się
król Mato, kapitan Drimala, Wiła Lutica, Bent, Andaj, Ligicz i
Derfint, Żmij Ognisty Wilk z giermkiem Tórzem, Meness, Manulis,
niewidzialny Klabaternik i reszta załogi gotowa bronić swego
przyjaciela do krwi ostatniej kropli z żył.
-
Wstań, panie człowieku – rzekł łagodnie car – Minotaur, dając
włócznią znak Horczałce, by spojrzał mu w olbrzymie, wole oczy.
- Zarzucają ci, że po przybiciu do mego carstwa korabiu ,,Albireo''
z Krobacji, majtek Horczałko, syn Borysa zabił jednego z moich
poddanych. Czy to prawda? - Kudrewan przemawiał w mowie
starokrasnej, która Meness, brat Dziwicy, jako Enk znający
wszystkie języki, tłumaczył nieuczonemu Horczałce na język
Słowian.
-
Pa... pa... panie Byku! - wyjąkał zlany potem i moczem tchórzliwy
majtek. - Ostrzegano mnie, alem ja nie wierzył, bo myślałem, że
to głupie bajki. Byłem głodny jak... jak.... świnia – ze
strachu plątały mu się słowa. - Zoczyłem na łące dzikiego
byczka, więc go ubiłem; nie cierpiał długo. Już chciałem go
oprawić i upiec, gdy on... on... stał się rogatym i ogoniastym
człowiekiem! Tu są jakieś czary! Nie chcę tu być! - płakał i
trząsł się biedny, głupi Horczałko, aż litość brała
patrzących na niego.
Wtedy
przed rogatym obliczem cara Minotaura stanął sam król Mato.
Otworzył usta i rzekł w mowie starokrasnej, nie znał bowiem
języków libijskich.
-
Jeśli raczysz Rogaty Panie, Pasterzu Hathorów skazać na śmierć
tego przygłupiego majtka, możesz to zrobić, jeśli tak nakazuje
sprawiedliwość. Pomnij jednak, że pierwiej będziesz musiał
uśmiercić mnie; z łaski Ageja, Enków i królowej Tatry króla
Czerwonej Krobacji! - szmer różnych komentarzy przebiegł wśród
Hathorów.
-
Mnie również – zabrał głos Żmij Ognisty Wilk, którego w
dziecięcych latach leśny krasnoludek Chobołd nauczył prastarej
mowy swego ludu.
Za
przykładem zmiennokształtnego sługi księcia Gwoździka, wystąpił
z szeregu jego giermek Tórz, potem zaś Meness, Lutica, zionący
ogniem Podaga i Fitek, w końcu zaś cała reszta Albireonautów. Car
Kudrewan zdziwił się niepomiernie tymi słowy, bowiem nie
spodziewał się po toczących między sobą wojny ludziach takiej
odwagi i szlachetności. Zaryczał donośnie, uciszając wszystkich,
po czym wydał wyrok.
-
Muuuuuuu! Zadziwiacie mnie, ludzie, swoją solidarnością. Prawa
Libii nakazują karać na gardle ludzi atakujących i zabijających
Hathorów, których pasterzem jest carski ród Apisydów. Ponieważ
od powodzenia waszej wyprawy zależą losy świata, nie ubijemy was,
ale kara musi być. - Wówczas głos zabrał Hathor Gizak – mąż
czarnoskóry jak Murzyn, rogaty, ogoniasty, pokryty srebrnym
tatuażem. Gizak był namiestnikiem prowincji południowych.
-
Parę razy odpierałem najazdy synów Novalsa, więc wiem, że trudno
o lepszych wojów. Zechciej, Rogaty Panie, wysłać tych ludzi do
mojej prowincji. Tam odkupią swoją winę, walcząc z lutym potworem
Sadrem, który pustoszy ogniem moją krainę – Kudrewanowi
spodobała się propozycja Gizaka, przeto wysłał Horczałkę, a z
nim całą załogę na wielkie łowy, zaś Czerw w najlepsze
podgryzał korzenie Wielkiego Dębu...
Trzeba
bowiem wiedzieć, że w pierwszych wiekach ery dwunastej, gdzieś
między libijską, a murzyńską ziemią żył słoń imieniem Sadr
(Sadrus).
Pewnego razu zdybał u podnóża jakiejś góry zbudowanej z gliny
nie rosnące nigdzie indziej ziele przez Słowian zwane ,,iskrzycą''.
Owa fatalna roślina, w smaku przypominająca ponoć siarkę, była
niewielka, zielona i żółto nakrapiana. Miała magiczne
właściwości. Kiedy słoń Sadr najadł się iskrzycy, ze
zdziwieniem spostrzegł, że wypuszcza z trąby iskry i kłęby
czarnego dymu. ,,Nie
chcę być smokiem''!
- pomyślał przerażony, a jeszcze tego samego dnia począł ziać
ogniem. Zrazu nie chciał tego, lecz już po paru dniach, spodobało
mu się wielce, że jest jedynym słoniem zionącym ogniem, a że nie
był zbyt mądry, począł dla zabawy palić drzewa, łąki, pola i
domy, zupełnie nie przejmując się tym, że krzywdzi inne
stworzenia. Namiestnik Gizak wielokrotnie polował na ognistego
słonia, chcąc położyć kres jego wybrykom, lecz Sadr bez wysiłku
niszczył pułapki i zamieniał myśliwych, tak Murzynów jak i
Hathorów w kupki popiołu. Po przybyciu na miejsce i ujrzeniu szkód
w postaci wypalonej ziemi, król Mato nakazał pozostałym
Albireonautom, w tym leniwemu Horczałce wykopać głęboki dół,
taki jak te, które plemię Naradów kopało, by łowić mamuty. Dół
został przez Enka Menessa przykryty iluzją – fałszywym obrazem
trawy i ziemi, zaś jako przynętę do spalenia położono stóg
siana. Bezmyślny Sadr nie kazał na siebie długo czekać. Wpadł do
dołu, a sterczący z ziemi, zaostrzony pal przebił mu brzuch. Wciąż
żywy chciał upiec żywcem swych prześladowców, lecz Meness zabrał
mu moc plucia ogniem, którą ów tak bezmyślnie szastał i zamknął
ją w jajku. Wtedy król Mato uniósł maczugę, by roztrzaskać nią
pusty łeb Sadra, a ów popłakał się z żalu i strachu,
przeklinając swą głupotę. Król nie zabił potwora, bowiem
waleczna, lecz litościwa Lutica padła mu do nóg i wyprosiła
litość dla skruszonego Sadra. Darowano mu życie. Mato i Żmij
Ognisty Wilk zamieniony w niedźwiedzia gołymi rękami wyciągnęli
słonia z dołu, a następnie Lutica swym magicznym śpiewem uśpiła
go, by przez resztę dnia i całą noc leczyć jego ranę zadaną
przez pal. Uczyniła to w czas Kupały, kiedy to każda Wiła na mocy
danego przez Mokoszę przywileju, mogła wyleczyć najcięższą
chorobę, zagoić najstraszniejszą ranę, a nawet zmarłego
przywrócić między żywych.
-
Čaitie oldokrasnyj1?
- w umyśle uśpionego Sadra rozległ się niewieści głos; cichy,
łagodny i kojący.
-
Posłuchaj, Sadrze – ciągnął ten sam głos. - Nazywam się
Lutica, córka wodnika Bogdana. Jestem Wiłą; taką nimfą ze
Sklawinii. Uratowałam ci życie.
-
Czego chcesz, Lutico? - spytał Sadr. - Oddam ci swoją kość
słoniową.
-
Zatrzymaj ją sobie – odmówiła córka wodnika. - Wpadając w
pułapkę poczułeś wreszcie to, co czuli ci, którym paliłeś pola
i domy. Mam nadzieję, że nauczy cię to rozumu...
-
Słuchać hadko – rzekł zawstydzony słoń.
-
Hadko to ty postępowałeś – odparła Lutica. - Car Kudrewan i
namiestnik Gizak wyznaczyli nagrodę za twój zakuty łeb, ale mój
suweren, król krobacki Mato daje ci szansę odkupienia swych win....
-
Nudzę się – oznajmił Sadr.
-
Na Zachodnim Końcu Świata potwór Czerw podgryza korzenie Wielkiego
Dębu. Gdy Wielki Dąb runie, Niebo spadnie na Ziemię, a ta zginie w
pożarze i potopie. Jeśli dołączysz do nas, to jeśli Agej
pozwoli, wrócisz jako bohater, albo przynajmniej zginiesz w chwale.
Wolisz być bohaterem, którego sławi się w pieśniach, czy raczej
skretyniałym potwiorem, którego się nienawidzi i poluje nań?
-
Nudzę się... - zaryczał przez sen ognisty słoń.
Kiedy
Sadr wreszcie się obudził, na znak zgody podał trąbę Luticy,
królowi Macie i całej drużynie. Po libijsku przeprosił
namiestnika Gizaka i innych Hathorów, po czym po starokrasnemu rzekł
do drużyny Słowian i Bałtów:
-
Ruszam z wami zmyć hańbę.
-
Teraz jesteś jednym z nas – rzekł król Mato i cała drużyna
opuszczając libijską ziemicę ruszyła na zachód...
Widząc,
że Sadr bardzo dobrze się sprawuje, Meness – Manulis, brat
Dziwicy rozbił jajo i przywrócił mu moc ziania ogniem.
*
,, […] mityczna Gorgona pochodziła z głębokiej Afryki. Przedstawiano ją z kłami jakie posiada goryl i przypisywano jej duszenie lampartów, czego potrafi dokonać wyłącznie ta największa małpa'' – Andrzej Trepka ,,Co kaszalot je na obiad''?
Paskudny
Czerw raz w ciele jaszczura, a raz wija, niestrudzenie toczył
korzenie kosmicznego drzewa, przez niemal cały czas myśląc jeno o
tym, by paść się i tuczyć. Choć był synem Mokoszy, albo
smoczycy Altairy, służył Gorynyczowi. Pod swymi rozkazami miał
lute potwory, które od jakiegoś czasu zaczął wysyłać w drogę,
by zabiły Albireonautów... W miejscowości Gmor – Gamada leżącej
parę wiorst od ziemic libijskich, królowi Macie i jego drużynie
zastąpił drogę hufiec przebrzydłych gorgońców. Straszne te
stworzenia miały postać mężów wysokich, muskularnych i
półnagich, o skórze sinozielonej, a oczach żółtych i
wyłupiastych. Gorgońcy mieli olbrzymie kły wystające z ust,
zielone, jadowite węże miast włosów, oraz czarne, zatrute szpony.
W przeciewieństwie do Gorgon nie potrafili zabijać wzrokiem, ale i
tak byli groźni. Ich dłonie trzymały długie włócznie i nabijane
krzemieniem maczugi.
-
W imię Czerwia zawróćcie, albo... - zagulgotał po mormijsku wódz
gorgońców, pociągając palcem po zielonym gardle.
Drużyna
króla Maty, której Ligicz przetłumaczył słowa gorgońca, ani
myślała ustąpić, więc wywiązała się walka. Władca Czerwonej
Krobacji dobył miecza Krasnoja, mającego olbrzymi rubin w
rękojeści, wydał bojowy okrzyk, po czym pierwszy rzucił się na
tabuny wrogów. Dopadł ich wodza i w parę chwil rozpłatał go na
pięć wijących się i podrygujących kawałów. Żmij Ognisty Wilk
wziąwszy na siebie postać olbrzymiego niedźwiedzia rozrywał ciała
gorgońców i kruszył ich kości jak słomki. Lutica raziła z łuku,
a każda z wypuszczonych przez nią strzał niosła szybką i
nieuchronną śmierć. Kowal Podaga rozbijał tępe, pokryte wężami
łby ciężkim, żelaznym młotem, a ponadto pluł ogniem jak smok.
Walczyli nawet ognisty kot Fitek i Klabaternik, bardzo silny mimo
nikczemnego wzrostu. Bój na korzyść Albireonautów zakończył
słoń Sadr, który tratował gorgońców potężnymi nogami i
wylewał na nich potoki ognia z trąby, aż dające się zliczyć na
palcach jednej ręki niedobitki wrzeszcząc przeraźliwie ze strachu
zbiegły do ziemi Mormo; zdobytej na Murzynach kolebki swej plugawej
rasy.
Po
opuszczeniu ziemicy Gmor – Gamada, drużyna zaszła do krainy,
zwanej Suba. Tam Sadr obdarzony przydomkiem Smoka, napotkał swego
starego i zaprzysiężonego nieprzyjaciela. Żaden z obu adwersarzy
nie umiał już powiedzieć co uczyniło ich wrogami. W chwili gdy
nikt z wędrowców się tego nie spodziewał, z gęstwiny drzew
wypadł na nich nosorożec. Wielkością dorównywał słoniom, a do
tego nosił aż trzy rogi, długie niczym pale do wbijania nań
skazańców. Nie dziwota więc, że nazywano go Trzyrożcem
(Tricornus).
Rogaty zwierz, wściekle rycząc i parskając, popędził w stronę
Sadra. Ognisty słoń przysiadł na zadnich nogach, wypuścił z
trąby obłok płomieni i rzucił się na Trzyrożca. Z obu pysków
posypały najpaskudniejsze klątwy w językach starokrasnym,
zwierzęcych i murzyńskich. Sadr i Trzyrożec byliby się
pozabijali, lecz król Mato stanął między nimi, a jako obdarzony
nadludzką siłą, jak na słowiańskiego witezia przystało,
zatrzymał w biegu oba zwierzęta, niczym Teodor Lacki w obecnej erze
zatrzymujący pędzącą karetę. Krótko i dosadnie przemówił obu
zapaśnikom do rozumu, czy też raczej do instynktu, aż skończyło
się to tak, że Sadr i Trzyrożec pogodzeni, przynajmniej na czas
wyprawy przeciw Czerwiowi, ruszyli z całą drużyną ku ziemicy
Wielkiego Dębu. CDN
1
Znacie język starokrasny?
2
Tak...
Mato cz. 1
Dobromir
spłodził Dęba, praojca Słowian, któremu poślubiona była
Brzoza. Dąb spłodził Słowana i Baltaina – założyciela ludu
Bałtów, zaś Słowan – Kalinę, od której wywodzą się
Celtowie, Trojanę – pramatkę germańskich Wandalów i Marychę,
co po utopieniu się została rusałką służącą ropuszej królowej
Betel – Gausse, oraz syna Aveta, przez Solimów zwanego Jafetem.
Avet spłodził Jovana, męża leśnej rusałki Dilvicy, ojca Alana –
praojca Alanów, którzy osiedlili się na ziemiach nazwanych na
cześć królowej południc Osetii i Owsiwoja. Jego córkami były
Mokosz i Mokośka. Pierwsza z nich, nosząca imię na cześć samej
Mokoszy, poślubiła Horpyna dając mu synów Madeja przez Rusiczów
zwanego Złodziejem – Rozbójnikiem i Kroba, praojca ludu Krobatów.
Krob
osiadł na południu nad Morzem Hadriańskim, wpadającym do Morza
Rajskiego. Jego synami byli Słowon i Mato, który posiadł w górach
olbrzymi, magiczny rubin, dar od królowej Tatry. Mato pędził
ojcowskie stada przez równinę Dinar, niosąc swój rubin zawieszony
na szyi, a jego blask zajął całą świętą ziemicę Krobatów.
Osiedli tam Słowianie, dotąd żyjący bez króla nad sobą, zbiegli
się do rubinowego światła jak muchy do miodu, a ujrzawszy
szkarłatny płomień na piersi Maty, uznali w tym cud, znak od Ageja
i Enków. Czym prędzej obwołali młodszego z braci Krobićów swym
królem, choć ów nie pragnął władzy i czterokrotnie odmawiał
przyjęcia przyznanej mu przez wiec złotej korony. W końcu uległ i
zbudował gród stołeczny Agramię, zwaną też Agreb, a na stanicy
nowego państwa, na cześć danego przez królową Tatrę rubinu
nazwanego Królestwem Czerwonej Krobacji umieścił szachownice
złożoną z pól białych i czerwonych. Mato z dynastii Krobićów
rządził mądrze, łaskawie i sprawiedliwie, bronił swego królestwa
z wielkim męstwem, będąc ,,pierwszym
w rozpaczliwym ataku i ostatnim w rozpaczliwym odwrocie''
(,,Codex
vimrothensis'').
Jego brat Słowon został Wielkim Księciem Czerestvicy i doradcą
swego króla – brata. Mato przeżył wiele niezwykłych przygód i
nikt z jego następców nie dorównał mu chwałą i zasługami. W
erze trzynastej jego rubin nosił Krak – wielki król Analapii.
Gdy
umarł król Mato i jego ciało oddano płomieniom, na tron agramski
wstąpił jego syn Słowon I, ojciec Basława, ojca Staszysa, ojca
Słowona II, ojca Kroba Stachona, ojca Sarmanda... Najgorszym z
królów Krobacji Czerwonej był Leszcz Stawłodarowić z dysnastii
stawłodarskiej, który uciskał swych poddanych i wydawał ich na
żer goblinów, którymi dowodził ban M'Yrcha. Za panowania
okrutnego, rozpustnego i gnuśnego syna Stawłodara I, jego królestwo
opuściła drużyna bohaterów – bracia Kloukas, przez Greków
zwany Glaukosem, Lovelos, Kasentis, Mouchlo, Korbeto oraz nadobne
siostry Touga i Vouga. Pieśni głosiły sławę rycerskich czynów
owych braci, synów bana Tihoszara. Kloukas na prośbę pięknej
Czarnej Pani w koronie, rozciął płonącą beczkę, Lovelos udał
się do królestwa Amazonek i poślubił ich królową Chaję,
Kasentis, aby poznać przyszłość spędził noc w Świecorzu –
budzącym powszechną grozę zamku trupich świec, Mouchlo dowiódł
wierności Wile Jani z Kosowa, która aby go wypróbować przybierała
przed nim różne postaci jak Jurata przed Swarogiem, zaś Korbeto
otrzymał rycerski pas i ostrogi od króla Stawłodara I po powrocie
z wyprawy do zamku jednego z władców wiatru – czarodzieja Chudego
i rozwiązaniu jego zagadek. Widząc pełne szaleństwa okrucieństwo
króla Leszcza, synowie i córki bana Tihoszara wraz z rodzinami
opuścili Krobację Czerwoną i za Montanią, u źródeł rzeki
Visany założyli nowe królestwo, które nazwali Białą Krobacją.
Jej pierwszym królem został Kloukas – najstarszy z braci i wódz
wyprawy, zaś stolica mieściła się w grodzie Glaukopolis, leżącym
w pobliżu późniejszego Grakchova.
Po
Kloukasie panował Zbroisław I, który nabył prawo do tronu
poślubiwszy Vougę. Białą Krobację podbili Sarmaci i włączyli
do swego monstrualnego imperium jako prowincję o nazwie Bela
Korbistan. Ten sam los spotkał Krobację Czerwoną (Kirta
Korbistan),
rządzoną przez dwóch królów – walczących ze sobą braci
Stawłodara II i Lścimira II.
Wiele
wieków po upadku pierwszego imperium sarmackiego na tronie w Agrebie
zasiadł król Borys I Trojan, syn rusałki Łamiji, córki Lamii,
córki Odmienicy, córki rataja Sima. Następcami Borysa I Trojana
byli Borys II Srebrnoręki i Borys III Herceg, ojciec Wyliny Złej i
jej braci Lecha, Czecha, Słowaka i Rusa, założycieli nowych
królestw na północ od Madunii. W erze trzynastej na miejscu
prastarej Puszczy Dziewańskiej pojawiło się nowe królestwo
graniczące z Krobacją. Była nim Sorabia Południowa. Oba szczepy
raz walczyły między sobą, innym razem zaś jednoczyły się
przeciwko wspólnym wrogom – Celtom, Grekom, Ilirom, Macedończykom
i Rzymianom. Za panowania króla Lścimira VII, Krobaci i inni
Słowianie z Kresu Południa zostali podbici przez Rzymian. Niektórzy
z nich odegrali wybitną rolę w Imperium Romanum, jak św. Hieronim
ze Strydonu, co przetłumaczył ,,Biblię''
na łacinę. Po upadku Rzymu, Słowianie powrócili na wydarte im
niegdyś ziemie.
Mato
syn Kroba, jak przystało na witezia był wysoki niby jaki dąb, a
silny niczym tur, żubr i niedźwiedź. Miał długie, brązowe włosy
i sumiaste wąsy, zakładał zbroję ze srebrzystych łusek i
niebieski kubrak. Swój magiczny rubin, dar królowej Tatry kazał
wprawić w głowicę miecza, a ów klejnot cudowny świecił takim
blaskiem, że w nocy można było przy nim podkuwać konia. Mato
pożerał w czasie jednej uczty pięć pieczonych w całości dzików,
popijając je beczkami miodu i wina, zaś kiedy pił wodę z jeziora,
obniżał się w nim poziom wody. W czwartym roku od jego wstąpienia
na tron, jego brat Słowon, wielki książę doliny rzeki Czerestwicy
zginął w wypadku podczas polowania na dziki – spadł z konia, a
odyniec wypruł mu trzewia białymi, zakrzywionymi szablami. Ledwo
dogasł jego stos pogrzebowy przed tronem stanęło trzech
siwobrodych starców w białe szaty odzianych, posłów zza siedmiu
gór, mórz i rzek, z odległego carstwa, w którym rudy kot Bajun
mieszka. Starcy nazywani w pieśni ,,czarodziejami'',
wparci o kostury z nawijskich drzew, pokłonili się nisko królowi
Macie, który przyjął ich ciepło i ugościł ich czym miał
najlepszego, bo też był gościnny jak na Słowianina przystało.
Rzekli oni władcy Krobacji:
-
Trza ci czym prędzej ruszać w drogę. Na Dalekim Zachodzie, tam
gdzie Góry Światogorskie i Nawia, pojawił się smok Czerw o skórze
krasnej jak u Nilatsa z poprzedniego eonu. Czerw ów mogący
przybierać postać smoka, lub wija, podgryza korzenie Wielkiego Dębu
– okrzyk przerażenia przebiegł po sali – a gdy wszystko
przegryzie, wówczas Wielki Dąb runie, a wtedy krzemienne niebo
spadnie na Ziemię – Łono Mokoszy i wszystko co żywie, szczeźnie
w ogniu z upadłego Słońca.
-
Czyż Jarowit – Car Perun nie jest władny zabić poczwary
piorunem? - ze zdziwieniem spytał Ratibor Sławonowić; syn zmarłego
wielkiego księcia Czerestwicy i dziedzic jego godności.
-
Agej nam powiedział, że król Mato ma być owym piorunem, który
ubije Czerwia – rzekł najstarszy ze starców, który mówił, że
nazywa się Blizbor Blizborović, zaś jego dwaj towarzysze to
Tworzysław Tworzysławić i Samon Samonović.
-
Agej i Enkowie kazali mi przede wszystkim dbać o własne królestwo
– ozwał się król Mato jakby grzmot zahuczał. - Jednak tym razem
muszę wyruszyć w drogę i uratować świat wraz ze słodką
Krobacją.
-
Sława mu! - zakrzyknęli biesiadujący wraz z królem dworzanie i
junacy, zaś starcy przekazawszy swe poselstwo ruszyli swoją drogą.
Po
wyjściu z bramy zamku królewskiego w Agramie padli na ziemię,
przeistoczyli się w trzy białe gołębie i odlecieli ,,do
Welesa za morze'',
gubiąc pióra. Mato, Pan Górskiego Rubinu oddał hołd Agejowi i
jego Enkom, prosząc o powodzenie wyprawy, wyznał swoje grzechy
ziemi, po czym rozesłał wici, zwołując na daleką i niebezpieczną
podróż najdzielniejszych junaków, witezi i zmiejoborów z całego
Królestwa Czerwonej Krobacji i paru płacących mu dań księstw.
Rozkazał naszykować okręt, który na cześć jego ukochanej żony,
grafini ov Borystenes, herbu Garafena nosił nazwę ,,Albireo''.
Mato poznał pierwszą królową Krobacji w drugi roku swego
panowania, gdy bawił na wschodzie Bliskiej Północy, na d wielką
rzeką Tinerpą, gdzie mieszkały plemiona Antów, Rusiczów i Burów
Czarnosiermiężnych. Albirea, której imię uwieczniono w nazwie
gwiazdy, jak wszystkie beregnie, zrodzone przez Mokosze mieszkanki
rzek i jezior, miała postać urokliwej niewiasty, miast nóg mającej
dwa żmijowe ogony, co upodabniało ją do Indów i syrenic. Miałą
długie i miękkie jak kitajka włosy barwy miodu i złota, zaś jej
oczy przypominały fiołki, albo chabry. Nosiła suknię z białej
kitajki, wyszywaną perłami i srebrną nicią. Kochał ją nie tylko
król, ale i cały lud krobacki, mimo że początkowo bał się
,,wężowej
czarownicy z rzeki Borystenes''.
Przed opuszczeniem królestwa, Mato nie bez żalu pożegnał się z
piękną królową – bereginią o wężowych nogach, matką jego
synów Jurgi i Słowona, po czym na czas swej nieobecności powierzył
jej pełnię władzy w królestwie i każdy z banów, witezi i
urzędników musiał złożyć przysięgę na wierność córze
rzeki, wywyższonej nad chrobrym ludem Kroba. Korab noszący jej imię
już czekał na króla w porcie Voldar, zaś wezwani poprzez wici,
przybyli pełni męstwa junacy i witezie z dalekich nieraz stron.
Kapitanem na ,,Albireo''
był biegły w sztuce nawigacji rycerz Drimala, przodek nie mniej
dzielnego polskiego chłopa Michała Drzymały z ery trzynastej. Pod
jego rozkazami płynęła Wiła Lutica, córka wodnika Bogdana,
Podaga – kowal zionący ogniem jak smok, biegły w sztuce
czarodziejskiej chłop Plonek, który przybył z północy z ziem
późniejszej Analapii i potrafił przybierać postać czarnego
koguta, Enk Meness, zwany też Manulisem, brat Dziwicy, opiewany w
pieśniach przez Bałtów, noszący na czole znamię w postaci
srebrnego półksiężyca, zasłaniający się przed ciosami błękitną
tarczą z wymalowanym złotym sierpem księżycowym i w nieprzebytych
lasach z grzbietu siwego rumaka zabijający smoki i strzygi, Enkowie
zgody Ligicz i Derfint, bałtyjscy wojownicy Bent i Andaj, syn
kowala, który odbył podróż w przeszłość i razem z kupcem
Wyszakiem opłynął Afrykę, w końcu zaś przysłany przez wasala
Maty, księcia Nareczników Gwoździka, rycerz Żmij Ognisty Wilk
razem z cierpiącym na chorobę morską giermkiem Tórzem. Żmij
Ognisty Wilk był synem świetlistego latawca o złotych skrzydłach
i warkoczu, oraz nie mogącej się oprzeć jego piękności żony
narecznickiego bana Vodka. Gdy się urodził, ban zawrzał gniewem na
wiarołomstwo żony, przeto nakazał ją zgładzić razem z
dziecięciem. Mający zabić chłopca Vodny Muż zlitował się i
zaniósł go do wielkiej Puszczy Dziewańskiej, gdzie dziecko
przygarnęła lwica, a jego nauczycielem i wychowawcą został
krasnoludek Chobołd. Mocą Teosta objawionego pod postacią
Jednorożca Divnusa, który zrobił mu rogiem charakter na czole,
wątły początkowo chłopiec otrzymał nadludzką siłę oraz
zdolność przybierania postaci wilka, niedźwiedzia, węża i ognia.
Kiedy w zastępstwie księcia Gwoździka zaciągnął się na
,,Albireo''
śpiewano już pieśni o jego wyprawie do zaczarowanej, bibliotecznej
wieży w puszczy, pełnej wizji z przyszłości, o boju z trusiem
Miedzianką, olbrzymim kleszczem o ludzkiej twarzy, który rzucił
się na księżniczkę Mesetnicę, z Jenzą – babą żywiącą się
ludzkim mięsem; siostrą Babyjędzy, z najazdami Idrijczyków i Ordy
z Monte Tartari, oraz Burów, o zdobyciu zaczarowanych pieniędzy
potwora Skarbowca mającego sto ogników zamiast oczu, poskromieniu
strzygi niszczącej nożycami noszonymi na plecach suknie królowej
Rożenicy, obronie Gwoździka przed potworem Ćmą, odczarowaniu
trupiszonów i królewskiego niewolnika Staszka, którego czarownica
zamieniła w konia i na jego grzbiecie latała na Babią Górę,
zabiciu trusia Ofiona, poskromieniu Żelaznego Konia i obronie
ziemicy Nareczników przed najazdem Centaurów, zniszczeniu
potwornego grzyba – borowika Sajetana, ujarzmieniu wielkiego psa z
Gorczańskiego Ostrowu, którym był duch złego ekonoma, o podróży
do gwiazd na grzbiecie Szarego Smoka, walce z wojskami Aranitów –
zakonem okrutnych jeźdźców na olbrzymich pająkach i zdobyciu ich
zamku Agyesze, oraz o wyprawie do Ynańska po srebrne krzesło i
obronie Lynxów przed złym czarownikiem Tyją, usiłującym
wyhodować potworną istotę zwaną Nadczłowiekiem. Wspaniały okręt
,,Albireo'',
po odśpiewaniu przez załogę hymnu na cześć świętej Juraty,
opuścił port Voldar i rozpoczął żeglugę po błękitnym
przestworze Morza Rajskiego, zmierzając ku tajemniczej Afryce –
pandemonium najdziwniejszych z możliwych istot, tak dobrych jak i
złych.
,,Pod
stanicą morskiej królowej Juraty,
Wypłyniemy
dziś na niezmierzonego morza odmęty,
By
ocalić od zagłady Dąb Wielki, podtrzymujący niebo i święty,
Ubić
Czerwia – to nasz cel drogi pielgrzyma,
Nasza
dłoń szablę na wielki bój trzyma''! - ,,Codex vimrothensis''
,,Albireo''
płynął dniem i nocą po Morzu Hadriańskim, mając po obu stronach
brzegi półwyspu Słowian, Greków i Ilirów, a Półwyspu
Italskiego. Już pierwszej nocy od opuszczenia portu, kapitan
Drimala, przodek sławnego Michała Drzymały, ujrzał w swej kajucie
małego człowieczka wielkości zająca. Stworek nosił niebieską
kurtkę ze złotymi guzami, oraz złoty kolczyk w uchu. Na nogach
miał czarne kiuloty, czyli krótkie spodnie, stopy bose, zaś
długie, miedziane włosy związane z tyłu niebieską kokardą. Za
pasem nosił mały, lecz ciężki młot; srebrny i zdobiony runami a
splecionymi żmijami, zaś w ręku trzymał wykonaną z syryjskiego
szkła latarenkę, której czarowny blask łagodnie zbudził kapitana
Drimalę.
-
Coś ty za stworzenie? Morski Čort, czy inne pioruństwo? - dowódca
okrętu ,,Albireo''
był gotów porąbać ludzika szablą zdobytą przez jego ojca na
ażdachach i wytoczyć zeń zieloną krew.
-
Wstrzymaj się człowiecze – rzekł stworek. - Uczyłeś się
nawigacji, owej szlachetnej sztuki godnej bohaterów, a nie słyszałeś
o mnie? Jam Klabaternik, syn Juraty, co opiekuje się korabiami, a
tym oto młotem biję leniwych marynarzy, gdy zaniedbują swe
obowiązki. Wierzaj mi ludzka istoto; jestem czystym duchem, co
chwali Ageja i wyznaje, że Swaróg jako car Teost przyszedł w
ludzkim ciele – słysząc to Drimala dał się przekonać.
-
I ja chwalę Ageja i Teosta, dobry Klabaterniku. Mój korab jest
twoim.
-
Będę cię wspierał radą, byś uniknął zasadzek pirackich i
paszcz potworów morskich, oraz byś wyszedł cało z każdego
sztormu – zapewnił Klabaternik przez teutońskich żeglarzy zwany
Klabaterem.
Drimala
na znak zgody podał rękę okrętowemu duszkowi i powiedział o swym
spotkaniu królowi Macie. Odtąd tak król jak i kapitan co noc
rozmawiali z Klabaternikiem, który nie musiał nikogo bić młotem
jak niewolnika Teutonów, bo cała załoga złożona z ludzi wolnych
i szlachetnych, przykładała się do pracy, pragnąc ocalić Wielki
Dąb, a z nim świat cały.
Wyspa
Melita leżała na Morzu Rajskim. Inaczej zwano ją Wyspą Słoni,
bowiem jeszcze w erze trzynastej żyły na niej małe słonie, daleko
mniejsze od pokrewnych im zwierząt z Afryki i Bharacji. Miniaturowe
słonie z Melity, podobnie jak słonie karłowate znad rzeki Kongo,
osiągały wielkość krów. Kosa Oppman wspomina o melitańskiej
słonicy, która w erze jedenastej w Dyskotece Pana Dżeka Piętro
Niżej opowiadała czarownicy swój dziwaczny sen o swoim mężu
słoniu unoszącym się wśród gwiazd. Mały zwierz z rajskomorskiej
wyspy był także jednym ze stworzeń uwięzionych w Żelaznym Zamku
króla wąpierzy Naraicarota I i został rozszarpany przez goszczące
w nim straszydła. W erze trzynastej Juliusz Cezar porównując
wielkość spotkanych w Galii turów do słoni miał na myśli te
miniaturowe z Melity. Ludzie pojawili się na Wyspie Słoni w erze
dziesiątej i założyli na niej swoje królestwo. Pierwszym królem
Melity był Melithus I prowadzący nieustanne wojny z ludami Europy i
Czarnego Lądu. Wyspę spustoszyły wojny i nadnaturalnie sroga zima,
która skuła Morze Rajskie lodem. Po zakończeniu Pierwszej Wojny
Ludzi z Ludźmi i przyjściu wyczekiwanej latami wiosny, na tronie w
stołecznym Olifionie zasiadł Mabeus panujący w tym samym czasie co
Teost Car Słońce. Melita stała się częścią imperium Kościeja,
zaraz po tym jak z pomocą Amosowa podbił Apap. Po klęsce złego
króla na lodach jeziora Mamir, Melita odzyskała utraconą wolność,
a na jej tronie zasiadł Rajmund II z Apapu. Ostatnim królem Melity
przed potopem był Ambrozjusz VII Gnuśny, który miast dbać o swe
włości całymi dniami uganiał się w ogrodzie za nagimi
niewolnicami, a myśl o wszystkich jego rozrywkach napawa
obrzydzeniem i wstydem. Po potopie Wyspa Słoni ponownie wynurzyła
się mocą Juraty i Lamii z morskich odmętów. W erze dwunastej do
jej brzegów przybił korab ,,Albireo'',
zaś gościem króla Maty stał się mieszkający na wyspie Fitek;
czarodziejski kot pamiętający jeszcze Teosta. W erze trzynastej
wyspę podbili Rzymianie i włączyli ją do swego imperium i nadali
jej nazwę Malta. Światło wiary Chrystusowej przyniósł na dawną
Wyspę Słoni wielki Apostoł św. Paweł.
Albireonauci
w celu uzupełnienia zapasów wylądowali na wyspie Melicie. Ułożyli
na plaży stos drewna na ognisko, zaś biały kot niczym smok
wypuścił płomień z pyszczka. Ów kot nie różniący się
wielkością od zwykłych kotów znał ludzką mowę i częstowany
kawałkami pieczonej kiełbasy począł snuć niezwykłą opowieść
o swych losach.
-
Nazywam się Fitek, syn Kotafieja z Białych Pól – zamruczał
wypuszczając spomiędzy kłów obłoczki sinego dymu. - Urodziłem
się w pierwszym wieku poprzedniego eonu, w siole Wiosłaki nad rzeką
Nilus. Moją matką była kotka Liswarta, w miot, w którym
przyszedłem na świat liczył ośmioro kociąt. Gdy źli ludzie
chcieli mnie utopić, przyszedł Teost Car Słońce i uratował mnie,
a odchował. Od tej pory chodziłem za nim wszędzie tak jak Agip –
czarny, sześcionożny pies, którego pokochałem jak brata, zaś pan
Teost pozwolił mi ziać ogniem jak smok, co czynię do tej pory –
na potwierdzenie tych słów biały kot Fitek wysunął z puszczka
jęzor ognia. - Agip, nietoperz Mysko i ja kochaliśmy pana Teosta,
jego macierz – Słonecznicę Korę Pokrowę i siebie nawzajem z
całego serca, tak mocno jak tylko może kochać
zwierzę. Jednak pewnego dnia do Błogosławionego Carstwa nad rzeką
Nilus przybył czarnoksiężnik Czerwony Wiaczesław Amosow, którego
klątwa pozbawiła ludzi pisma, żelaza i nauk. Amosow pojmał Teosta
i wydał na męki w bezlistnej koronie dębu. Agip rzucił się z
zębami w obronie naszego Pana, ja też chciałem go bronić, lecz
tchnienie Pochwista uniosło mnie wysoko w górę i zaniosło aż na
wyspę Melitę. Teost odniósł triumf, jakiego żaden wódz nie
odniósł – lodowy oścień Mar – Zanny, dar przeklętego Licha
połamał w drobne drzazgi i ukazał mi się w złotym rydwanie
ciągniętym przez żar – ptaki. Mieszkam na tej wyspie całymi
wiekami, nie starzejąc się, ani nie umierając. W piątym wieku
ubiegłego eonu< Melitę zalał Juratowy potop, w którym zginął
król Ambrozjusz Gnuśny.
-
Pozwól spytać się, panie – zabrał głos heros Żmij Ognisty
Wilk – czy byłeś na pokładzie żołędziowej arki Dobromira?
-
Nie – zaprzeczył Fitek pijąc z miseczki mleko, którym
poczęstowała go Lutica. - Gdy morze poczęło zatapiać Wyspę
Słoni, przypłynęła nad ranem Widmowa Łódź, w której pływałem
bez żagli i wioseł przez cały czas potopu, zaś patriarchy
Dobromira nawet nie widziałem na oczy.
Albireonauci
polubili kota Fitka, zaś król Mato zgodził się go zabrać w
podróż, na odsiecz korzeniom Wielkiego Dębu. Wcześniej jednak
biały kot Teosta, tak jak kowal Podaga obiecał, że nie będzie
ział ogniem na pokładzie, bo mógłby puścić z dymem cały
statek.
*
,,Na Oceanie Wyrajskim rozpętał się sztorm. Pioruny rozdzierały czerń nocnego nieba, a białe fale kłębiły się, to podnosiły, to opadały. Uszy rozdzierał huk morskich bałwanów i krzyk jakby nieprzeliczonych stad orłów […]'' - K. Oppman ,,Perłowy latopis''
Na
pokładzie ,,Albireo''
w chwili wolnej od pracy, Meness i Lutica, córka Bogdana, grali w
kości z Klabaternikiem, nie była to jednak gra o złote monety czy
inne dobra, bo tego zakazali król i kapitan. Tymczasem drobne zrazu
fale rosły do rozmiarów morskich bałwanów, a i wiatr wzmagał się
coraz bardziej, aż mocą wrogiego żeglarzom Čorta Przegrzechy i
służących pod jego rozkazami morskich Čortów i potworów,
rozpętał się straszliwy sztorm. Kto tylko mógł rzucił się do
ratowania okrętu, od którego zależało ocalenie podksiężycowego
świata. Tórz dostał ataku choroby morskiej i tracąc równowagę
wyleciał za burtę, lecz jego pan, Żmij Ognisty Wilk skoczył za
nim w rozhukane fale i przemoczonego do suchej nitki postawił znów
na śliskim od wody pokładzie. Z czarnego jak kir nieba lały się
strugi lodowatego deszczu, wiał przejmujący zimnem do szpiku kości
wicher i raz po raz uderzały złote i srebrne pioruny.
-
Ocal nas, Wielka Jurato! - zawołała Wiła Lutica wznosząc ku niebu
białe ramiona.
Los
Wielkiego Dębu – żywej kolumny oddzielającej Niebo od Ziemi
zawisł na włosku. Wtem – przez skłębione, burzowe chmury
przedarły się promienie Słońca złotego. Sztorm ucichł jakby
ręką uciął, zaś uratowani i uradowani żeglarze mogliby
przysiąc, że ich oczom ukazała się wielce urodna panna stojąca
wśród obłoków na grzbiecie smoka Tęczyna. Smukła, podobna do
rzeźby z eburnu, miała wijące się złote włosy, oczy niby
szafiry, albo lapis lazuli, koronę z płomieni i parę
śnieżnobiałych skrzydeł, takich jakie miał Latawiec, ojciec
Żmija Ognistego Wilka. Odzienie jej stanowiła lśniąca bielą
suknia z rusałczych tkanin. Albireonauci oddali jej pokłon, ona zaś
znikła w powiewie zefiru, błogosławiąc żeglarzom dłonią swa
jasną.
-
Kim jest ta piękna pani? - giermek Tórz spytał Wiłę Luticę.
-
To Glada – odrzekła Wiła, co jedną nogę miała ludzką, a drugą
kozią. - Jedni prawią, że jest córa Juraty i Swaroga, inni zasię
przeczą temu, twierdząc, że jej rodzicami są Pochwist i Meluzyna.
Gladę czczą słowiańscy żeglarze, bo morze wygładza, wiatr w
żagle zsyła i sztormy uspokaja. CDN
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)


































