piątek, 14 kwietnia 2017

Legenda o Mistrzu Manole









,, I

Tam, gdzie Argesz, w dolinie,
co z piękności swej słynie,
szedł pan Negru, a za nim
czeladnicy z majstrami. 
Szło dziewięciu przez pole,
a dziesiąty, Manole,
świetnych majstrów prowadził
i przewodził czeladzi. 
A szli po to jedynie,
 aby wybrać w dolinie,
miejsce, co by się zdało
na świątynię wspaniałą.
Jęli drogi przemierzać,
aż spotkali pasterza,
który grał z całej duszy
na fujarce pastuszej.
Pan zobaczył pastucha
i powiedział: - Posłuchaj,
mój pasterzu młodziutki,
który grasz swoje smutki!
Pogoniłeś ty owce
w Argesz, w górskie manowce,
i doliną wśród owiec
szedłeś sobie, więc powiedz,
czyś nie widział czasami,
kiedyś szedł za owcami,
murów pustych i gołych,
rozwalonych na poły?
Stoi tam rusztowanie
przy zielonym platanie...
Tak, o panie, widziałem
- jak tamtędy chadzałem,
ten mur pusty i goły,
rozwalony na poły....
Kiedy psy go dostrzegą,
podbiegają do niego
i tak wyją niedobrze,
jakby wyły na pogrzeb!
Usłyszawszy te słowa,
pan się wielce radował,
ruszył drogą pobliską
ku samotnym zwaliskom
z dziewięcioma majstrami,
co ruszyli w ślad za nim,
i z dziesiątym - Manole,
co podążał przez pole.
- Spójrzcie, widać mur przecie!
Tutaj w niebo wzniesiecie
gmach ogromnej świątyni,
co nam łaski przyczyni.
Wy, murarze, majstrowie, posłuchajcie, co powiem:
Niechaj się tu bezzwłocznie
budowanie rozpocznie,
byście własną swą ręką
postawili mi prędko
tę świątynię wspaniała,
jakiej tu nie bywało.
Ja was za tę świątynię 
bojarami uczynię!
A jak nie - to was każę
zamurować, murarze!
W mur zakuję was nowy
ode stóp aż do głowy!

II

Tedy śpiesznie, bez zwłoki,
mur zmierzyli szeroki,
rozciągnąwszy powrozy.
I kopali w krąg fosy,
i nie znając niedzieli
mur nad ziemię dźwignęli.
Lecz choć za dnia się pocą,
mury walą się nocą!
Mur nazajutrz się zwalił. 
Po dwóch dniach mur się zwalił,
po trzech dniach mur się zwalił,
co go w dzień zbudowali!
Pan nie wierzył swym oczom.
Potem gniewać się począł
i zagroził murarzom,
że ich każe pod strażą
wieść na ruin zrąb niski,
zamurować ich wszystkich!
Majstrom strach zajrzał w oczy,
lęk murarzy zamroczył.
Przeto strachem przejęci
pracowali zawzięcie
aż po zmierzch, bez ustanku,
od samego poranku.
A Manole po trosze
jął zasypiać. I poszedł. 
A gdy zamknął już oczy,
jakiś sen miał proroczy!
Gdy nazajutrz wstał wcześnie,
rzekł, co widział był we śnie:
- O murarze, majstrowie,
posłuchajcie co powiem!
Usłyszałem ja dziwa, 
kiedym we śnie spoczywał!
Głos się ozwał jakowyś
i cichymi rzekł słowy,
że co za dnia wznosimy,
noc obróci w ruiny. 
Trza porać się z czarem,
zamurować ofiarę!
 A ofiara ta pono
musi czyjąś być żoną
albo siostrą rodzoną,
tą, co przyjdzie o świcie
niosąc jadło i picie,
co by pierwsza ze świata
szła do męża czy brata.
Chcemy wznosić monastyr - 
nie żałujmy niewiasty,
ale snom posłuch dajmy,
zamiar spełnić chcąc tajny.
Trza obgadać ten zamysł,
a gdy go obgadamy,
tajemnicę zachować
i przysięgi rzec słowa!
Skoro jakaś tam żona
albo siostra rodzona
przyjdzie do nas o świcie,
trza odebrać jej życie,
zamurować ją skrycie!

III

Spał mistrz Manole nocką,
a gdy rankiem się ocknął, 
wnet stanął popod płotem,
na żerdź się wspiął, a potem
na rusztowania belkę,
skąd pole widać wielkie
i długą drogę pustą.
I nagle patrzy: cóż to?
Kto się tam w dali błąka?
To jego własna żonka!
Jest jak różyczka polna!
Wciąż się przybliża z wolna,
wciąż idzie, nie ustanie,
i niesie mu śniadanie,
i wina łyk we dzbanie.
Gdy ujrzał żonkę miłą
to serce mu zabiło
i wraz na ziemi klęknął,
i ozwał się z udręką:
- Deszcz wielki, ześlij, Boże!
Niech się ulewa wzmoże,
niech niebo się zachmurzy
i chlusta jak najdłużej,
niech wody podniesione
wstrzymają moją żonę!
Niech spłynął pod jej nogi,
niech ją zawrócą z drogi!

Bóg próśb jego wysłuchał.
Zrywa się zawierucha!
Spędza ciężkie chmurzyska,
ziemia mroczy się wszystka,
aż deszcz wielki się zebrał,
potem lunął jak z cebra
deszcz rzęsisty, zuchwały,
że aż wody wezbrały!
Ale zawiódł w potrzebie:
żonka szła wciąż przed siebie
pustą drogą, przez pole.
Patrzał na nią Manole,
opłakując jej dole.
I znów padł na kolana
i znów błagać ją Pana:
- Błagam Ciebie w pokorze,
wichrem racz nam wiać, Boże,
by się jodły łamały
by się olchy zginały,
góry w dół się staczały!
Aby drogi nie było,
która wiedzie mą miłą,
byś zawrócił ją siłą!

Więc Bóg, z dawna przywykły
wysłuchiwać modlitwy,
wichrem cały świat przejął
i zahuczał zawieją,
aż się olchy zginały,
aż się jodły łamały,
góry w dół się staczały!
Lecz choć wicher dął srogo,
szła żoneczka swą drogą.
Utrudzona, zdrożona,
wciąż zbliżała się ona,
na swą dolę - niedolę
wędrowała przez pole.
Smutny los tu ją czeka.
Już przybyła z daleka.

IV

Więc majstrowie z radości
pragną żonkę ugościć:
czeladnicy, murarze
rozjaśnili swe twarze.
A Manole bez słowa
to swą żonkę całował,
to na rękach niósł znowu
i na mury ją powiódł,
i rzekł do niej słów tyle:
- Stań tu, żonko, na chwilę,
pomyśl, żem tu na niby
zamurować cię przybył!
Żona wiarę mu dała
i wesoło się śmiała.
A on z ciężkim westchnieniem
jął układać kamienie,
by się mury wznosiły
i by sny się spełniły.
I już muru potęga
coraz wyżej dosięga,
aż po kostki u nóg jej,
aż po łydki bielutkie,
po kolana dziewczęce...
Już nie śmiała się więcej!
Opłakując swą dolę
tak mówiła: - Manole!
Majstrze! Mężu Manole!
Mój Manole! Czyż warto
dawać posłuch złym żartom?
O Manole, Manole!
Majstrze! Mężu Manole!
Mur osaczył mnie całą,
ścisnął mur moje ciało!
Lecz Manole bez słowa
wciąż murował, murował,
wznosił mur ręką własną.
Objął żonkę mur ciasno
aż po kostki u stóp jej,
 aż po łydki bielutkie,
 aż do krągłych jej bioder,
 aż po piersi jej młode!
 A żoneczka struchlała
jeno stała i stała,
opłakując swą dolę,
i mówiła: - Manole!
Majstrze! Mężu Manole!
Mur mnie ściska i rośnie,
piersi płaczą żałośnie,
ginie w łonie me dziecię!
Mężu, zlituj się przecie!

A Manole w rozpaczy,
jako los mu przeznaczył, 
piął się wyżej, wciąż w górę
i ogarniał ją miurem
aż do krągłych jej bioder,
 aż po piersi jej młode,
 aż do ust jej różanych
 aż do oczu spłakanych.
Próżne prośby i żale!
Już nie widać jej wcale.
Tylko słychać zza muru,
 co nad głową jej urósł,
jako woła: - Manole!
Majstrze! Mistrzu Manole!
Mur do bólu mnie ściska!
Chyba śmierć moja bliska!

V

Tam, gdzie Argesz w dolinie,
co z piękności swej słynie,
 Negru voda się zbliża,
 by się skłonić u krzyża
monastyru wielkiego,
 że nie znaleźć takiego,
przed świątynią wspaniała,
jakiej tu nie bywało.
Pan dziwował się wielce, radujący swe serce.
I murarzom tak powie:
- Ej, murarze, majstrowie,
ej, wy, biegli w budowie!
 Mówcie, majstrzy najpierwsi,
szczerze, z ręką na piersi,
czy możecie od nowa
drugi klasztor zbudować,
drugą taką świątynię,
aby wsławić swe imię?
Ale jeszcze piękniejszą,
ale jeszcze jaśniejszą!
A majstrowie, murarze
słysząc, co, im pan każe
stali sobie hen, w górze
na wysokim, na murze,
 co go sami stawiali.
I weseli, zuchwali
tę odpowiedź mu dali:
- Takich jak my, murarzy, 
którym tak się mur darzy,
na calutkim tym świecie
nie uświadczy nikt przecie!
Przeto wiedz, jaśnie panie,
że gdy dasz rozkazanie,
 wzrośnie nowa budowa
od podwalin do pował,
 od tej - jeszcze jaśniejsza,
od tej - jeszcze piękniejsza!

Pan wysłuchał ich pilnie,
po czym myślał usilnie
i dał rozkaz po chwili
by drabiny strącili
aby zejść się nie ważył
z dachu żaden z murarzy,
żaden z majstrów dziesięci.
Niechaj zginą przeklęci!
Niechaj wszystkich głód zniszczy!
Wśród belkowań najwyższych
legną głowa przy głowie!
Pomyśleli majstrowie
i zrobili wnet sobie
skrzydła z gontów najlepsze,
aby wzlecieć w powietrze.
Gdy z wysoka skoczyli,
skrzydła spadły po chwili.
 Więc bez skrzydeł, bezradni,
 martwi do ziem upadli. 
Już Manole był gotów
do podniebnych swych lotów,
już chciał frunąć jak ptaki,
wtem usłyszał głos jakiś,
co zza muru go dobiegł,
głosik w smutku, w żałobie,
głos cichnący, stłumiony, nieszczęśliwej głos żony.
Opłakując swą dolę
mówił głos ten: - Manole!
Mężu! Majstrze Manole!
Mur już dusić mnie zaczął,
moje piersi tak płaczą,
 dziecko w łonie mym ginie
w tej ostatniej godzinie!

Już umilkła jej skarga. 
Ból Manolem zayargał,
oczy mrok mu omotał,
świat mu się zachybotał,
 kołowały obłoki.
 I z belkowań wysokich
zbywszy trosk i omamień,
runął ciężko jak kamień.
Spadło martwe już ciało.
Co się w miejscu tym stało?
Stała się studzieneczka, 
a w niej wody troszeczka.
 Słonej wody dziś da mi,
bo zmieszanej ze łzami''

- ballada rumuńska [w]: Mircea Eliade ,,Od Zalmoksisa do Czyngis - chana''

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz