,,Na pustkowiach należało też unikać czarnych baranów i cielaków, świń i ... białych kotków. Taki niewinny zdawałoby się kiciuś nieopodal Młyńska pod Spała napastował podróżnych. Płakał jak dziecko i wabił w ten sposób ludzi na mokradła. Kiedyś nawet napadł na jadących wozem chłopów; pojawił się znikąd i skoczył koniom do pysków, aż zwierzęta się spłoszyły. Furman zaciął diabelskie zwierzę batem, ale nic to nie dało - z białego futra sypnęły się tylko iskry. Kot nadal atakował, a konie szalały. Wreszcie jeden z kmieci wyjął zza pazuchy szkaplerz i przeżegnał nim zwierzę. Dopiero wtedy demon dał za wygraną i zniknął, konie uspokoiły się, a podróżni pojechali dalej'' - Witold Vargas, Paweł Zych ,,Święci i biesy''
piątek, 6 maja 2016
Staropolski głos w sprawie Hello Kitty ;)
Ważny komunikat w sprawie ,,Wymrocza''
Zbiór opowiadań ,,Wymrocze'' zacząłem pisać ręcznie jeszcze na studiach, w 2007 r. Pracę przerwałem latem 2013 r. na niedokończonym jeszcze opowiadaniu ,,Dydona i dydule''. W przyszłości zamierzam dokończyć to opowiadanie jak i cały zbiór, na razie jednak, zanim wrócę do ,,Wymrocza'' chciałbym zająć się innymi projektami, które też długo czekały na realizację.
Boruta - woj wyklęty
,, [...] W czasach pogańskich jako możny pan z rodu Jastrzębców władał on Kujawami. Kiedy Mieszko przyjął chrzest, Boruta odrzucił nową wiarę i rozpoczął wojnę z księciem i Kościołem. Wraz z dziką kompanią mordował, palił i rabował tych, którzy przyjęli chrześcijaństwo. Napomniany przez świętobliwego opata Arnolda, kazał mnicha obwiesić na suchej gałęzi. W walce wspierały Borutę siły ciemności i dzięki nim wymykał się wszelkim zasadzkom. Raz w trakcie bitwy z książęcym wojskiem z nieba sfrunęły smoki i rzuciły się na chrześcijan, urywając im głowy. Innym razem wodne bestie na swych grzbietach przeprawiły bandę Boruty na drugi brzeg Wisły, dzięki czemu umknęli pościgowi. Zdarzyło się jednak, że Polskę napadali sąsiedzi i wszelkie spory wewnętrzne poszły na bok. Boruta zjawił się ze swoim oddziałem na miejscu zbiórki armii. Odziani w niewyprawione skóry, z nabijanymi żelazem maczugami, dosiadający prawdziwych bestii woje budzili powszechny lęk. Jedynym, który przyszedł ich przywitać, był niejaki brat Krystyn. Kiedy święty człek ukląkł i zachęcił rycerzy do wspólnej modlitwy, wśród nich zawrzało. Nie zważając na obowiązujący w obozie mir, wściekli poganie rzucili się na mnicha, lecz ich ciosy zatrzymały się kilka cali od jego habitu. Za sprawą tego cudu najzagorzalsi wrogowie nowej wiary nawrócili się i przyjęli z rąk Krystyna chrzest. Tylko Boruta głośno przeklął wyznawców Chrystusa - a wtedy z jasnego nieba uderzył piorun i zabił władykę na miejscu'' - Witold Vargas, Paweł Zych ,,Święci i biesy''
czwartek, 5 maja 2016
Oniricon cz. 208
Śniło mi się, że:
- jakaś kobieta kazała mi oddać ulubionego dinozaura - zabawkę, lecz nie chciałem,
- w szczecińskim Parku Nadratowskiego jeździłem kolejką wąskotorową prowadzącą donikąd,
- po latach odnalazłem w swoim zeszycie do języka polskiego zadanie opisania filmu Disneya ,,Kraina Lodu'', lecz wciąż nie mogłem się zabrać do jego obejrzenia,
- w autobusie pewien Amerykanin trzymający czerwonego, pluszowego diabła pytał mnie o różne rzeczy, min. o bajkę o pingwinach (chodziło mu o ,,Razem z Tango jest nas troje'', lecz ja miałem na myśli ,,Pingwina Pik - Poka''), potem odwiedziłem tego Amerykanina i jego żonę; przeglądałem w ich jakąś książkę czy czasopismo (było w nim min. o mezopotamskich demonach), potem razem z żoną Amerykanina poszedłem na Plac Grunwaldzki w Szczecinie, gdzie uliczny sprzedawca sprzedawał książki fantasy min. o Conanie, lecz Amerykanka nie była tym zainteresowana,
- Pavlas ov Vidłar opowiadał mi, że w latach 90 - tych XX wieku w szczecińskiej dzielnicy Warszewo miało miejsce powstanie przeciwko władzy Lecha Wałęsy, do którego tłumienia skierowano policję i wojsko; zrazu nie mogłem w to uwierzyć, ale spotkałem księdza, który to potwierdził,
- idąc ulicą powiedziałem do Pavlasa ov Vidłara, że amerykańscy politycy ,,są chytrzy i skorzy do gniewu'',
- po latach spotkałem siostry Jenę i Casiyę ov Blackeyovę; spotkanie z nimi wyglądało identycznie jak przed laty,
- Helena Bławatska odprawiała rytuały przebrana za Kleopatrę,
- Wojciech Wencel w dodatku telewizyjnym do ,,Gościa Niedzielnego'' odradzał pewien film, a ja go obejrzałem i przeniosłem się do niego; na tym filmie 24 grudnia przed Wieczerzą Wigilijną udałem się razem z gromadą dzieci do szczecińskiej Cepelii, aby uwolnić starego człowieka z Krakowa z rąk NKWD, cichaczem odłączyłem się od dzieci, aby wrócić do domu; potem wróciłem razem z parą agentów - Mundkiem i Skulką, którzy latali jakimś dziwnym pojazdem po niebie i wyłamali drzwi do sali gimnastycznej,
- po Polsce chodzi zielony żmij; pół - człowiek, pół - jaszczur, który będąc superbohaterem, niszczy szkoły i zapładnia kobiety,
- w Wigilię poszedłem na Uniwersytet Szczeciński, gdzie szukałem sali informatycznej, lecz zabłądziłem,
- jeden z komentatorów na moim blogu twierdził, że św. Ignacy Loyola wynalazł berło masońskie,
- pewien chłopak poszedł na randkę z dziewczyną; piękną blondynką o włosach zaplecionych w warkocz, zaś w lustrze ukazywała się jego babcia i wzywała do powrotu do domu i odrabiania lekcji,
- w szkole biłem się z chłopakiem o długich, blond włosach, który mi dokuczał,
- byłem z Mamą nad Oceanem Indyjskim, gdzie przepisywałem swoje opowiadanie na mozaice, lecz szło mi to opornie, potem wszedłem do oceanu, gdzie ścigała mnie wielka fala.
środa, 4 maja 2016
Słowianie pod Troją (z ,,Widłuży'' Kajetana z Pontu)
,,Potomkowie Jesionu i Gruszy nad Skamandrem w Azji założyli gród, na cześć zaczarowanego wodnika Trojana zwany Troją, który po wielu latach zniszczyli Grecy. […]'' - ,,Codex vimrothensis''
Problematyka
wojny trojańskiej zajmowała umysły wielu twórców; Homera, jego
zięcia Stasisosa z Cypru – autora zaginionego dziś dzieła
,,Cypria'',
Wergiliusza, cesarza Nerona, który swój poemat ,,Troika''
recytował podczas pożaru Rzymu, angielskiego kronikarza Geoffreya z
Monmouth, Jana Kochanowskiego, czy Rosemary Sutcliff. Zainteresowania
te nie były obce również Kajetanowi z Pont; synowi Greka i
Słowianki, spod którego pióra wyszedł poemat ,,Widłuża1''
spisany w językach ojca i matki autora. Kajentan z Pontu żył w II
wieku przed Chrystusem. Słowem Widłuża (Vidłuža)
określał Troję, zaś bohaterami swego dzieła uczynił Słowian,
przeważnie Analapów, którzy walczyli w owej największej ze
starożytnych batalii, przeważnie pod sztandarami króla Priama
(wieki później liczni Słowianie bronili Imperium Perskiego przed
najazdem Aleksandra Wielkiego). ,,Widłużę''
wspomina w jednej ze swych prac szalony mnich Clithianus, lecz przez
długi czas poemat uważano za zaginiony. Dopiero w 1817 r. francuski
orientalista Pierre François
Ogáin
odnalazł w Turcji spisany na pergaminie egzemplarz ,,Widłuży''
z IV wieku naszej ery. Zakupił go i przetłumaczył na język
francuski. Przekład angielski nastąpił w 1860 r., polski zaś w
roku 1926. Pisząc to opowiadanie korzystałem z najnowszego wydania
polskiego z 2012 r., wydanego przez Uniwersytet w Złocieńcu.
Sporo
wody już upłynęło, odkąd Grecy rozpoczęli oblężenie Ilionu –
Troi – Widłuży mszcząc uprowadzenie spartańskiej królowej
Heleny, żony Menelaosa, brata Agamemnona, przez trojańskiego
królewicza Parysa, zwanego Aleksandrem (po słowiańsku:
Bronimężem). Gdy czarne okręty Achajów wylądowały na troadzkim
brzegu, król Priam rozesłał wici do barbarzyńskich plemion
Wschodu i Południa z prośbą o pomoc. Przybyli więc Kikonowie z
Anto – Tracji, którzy po zakończeniu wojny trojańskiej zostali
solidnie złupieni przez Odyseusza, murzyński król Meminu z Axum,
przez Greków zwany Memnonem, w którym kochała się sama
różanopalca Dennica – Eos, królowa Amazonek Panća Śilaina,
której imię Grecy wymawiali Pentesilea, wraz z siostrą Aśmą
Śeredą, a także liczni Słowianie z Sorabii Południowej, Analapii
i Roxu, Scytowie, Sarmaci, Hunowie, Dakowie, Arabowie, jakiś
olbrzym z Libii zabity przez Achillesa, Awarowie, nadzy
Ichtiofagowie, Indowie o wężowych nogach, oraz Kynokefale z
Bharacji.
Oblężenie
trwało. Parys nie myślał oddać Heleny – swoje szczęście
przedkładał nad dobro królestwa, a poza tym sprawy i tak zaszły
już za daleko. Dotknięta przekleństwem Apolla, przez Słowian
zwanego Świętowitem, Kassandra dniami i nocami przepowiadała
upadek warownego i bogatego grodu, lecz nikt nie chciał jej wierzyć.
Pod grubymi murami miasta wykrwawiali się najlepsi synowie Grecji i
Troady.
W
czasie jednego z takich dni, król Priam wezwał przed swe oblicze
Szreniawę Krzywonosa, znanego z odwagi i wielkiej siły witezia znad
dalekiej Visany. Szreniawa wziął swój przydomek od złamanego
przed wielu laty nosa, który zrósł mu się krzywo, twarz szpecąc
wielce. Priam zasiadał na złotym tronie, nad którym była
zawieszona okrągła tarcza z herbem Troi – dwoma leżącymi,
złotymi lwami w polu błękitnym. Po obu stronach stolca stali
królewicze Parys i Hektor w srebrzystych zbrojach zdobionych
turkusem i bursztynem znad Morza Srebrnego. Również Helena w
szkarłatnej sukni, przystrojona fiołkami, nie omieszkała
zaszczycić swą obecnością. Kapiąca od złota sala tronowa
przesycona była zapachem kadzidła, wypełniali ją zaś dworzanie,
doradcy królewskiego wojska i kapłani. Szreniawa klęczał przed
władcą Troi i biorąc cztery twarze Świętowita na świadków,
odnawiał przyrzeczenia lenne. Potem królewski skryba odczytał
spisane na nilowym papirusie dzieje odniesionej przez Szreniawę
przewagi nad brzegiem krętego Skamandra. Otóż dwa dni temu zdający
się nie znać strachu Słowianin, wraz z niewielką grupką
najemnych wojów znad Visany, doszczętnie rozbił u stóp wyniosłego
dębu rosnącego nad rzeką, znacznie liczniejsze hufce Mengistosa,
króla greckiego ludu Dogów. Szreniawa uśmiercił Mengistosa w
walce i odebrał mu chorągiew wyobrażającą w polu błękitnym
psią głowę i dwie ośmiopromienne gwiazdy. Pokryty kurzem i ranami
rzucił ów sztandar do nóg króla Priama.
-
Na pamiątkę swego chrobrego czynu, noś z dumą krzywaśń srebrną,
krętą jak rzeka Skamander, w polu czerwonym jak nasza ziemia
dławiąca się krwią walczących, zakończoną znakiem świętego
dębu, który był świadkiem twego zwycięstwa – władca Troi dał
znak Szreniawie aby powstał, po czym uściskał go jak syna.
Królewski
heraldyk czym prędzej zabrał się za malowanie nowego herbu, gdy
tymczasem rozpoczęła się uczta. Córki króla Priama uwieńczyły
Szreniawę kwiatami i napełniły jego puchar słodkim winem, lecz
myśli bohatera pobiegły gdzieś w przeszłość. Urodził się w
okazałym dworcu ocienionym lipami w majową noc, w czas święta
Czarodzielnicy, jako dziewiąty syn żupana Stracisława. Nie miał
łatwego życia. Ojciec nie mógł m wybaczyć, że rodził się
wątły i chorowity, jakże inny niż jego bracia; krzepcy jak młode
dąbczaki, zwinni jak koty i silni jak konie. Żupan miał tę
przywarę, że wierzył w liczby szczęśliwe i pechowe, a tak się
fatalnie składało, że do tych drugich zaliczał dziewiątkę, bo
tak przeczytał w jakimś pokrytym grubą warstwą kurzu słowiańsko
– chaldejskim kalendarzu. Nie miał upodobania w swoim synu –
święcie wierzył, że jego Dziwa Mileda z rodu Petrykowiczów
poczęła syna z bubonem, bo tak powiedziała mu na targowisku babka
wróżąca z żółtka jajka. Co więcej Szreniawa przed dniem swych
postrzyżyn nosił imię Nielub. Jakie imię takie życie – prócz
matki wszyscy w dworze uprzykrzali mu życie, nie wyłączając
rodzonych braci, ani dziewek kuchennych. Sam ojciec, który wypił
już sporo miodu, żałując, że ma takiego syna, uderzył go
obgryzioną kością w twarz tak mocno, że złamał mu nos.
Biesiadnicy się roześmiali, gdy chłopiec zleciał z krzesła z
twarzą zalaną krwią. Później nos zrósł się krzywo. To
uderzenie bolało najbardziej. Gdy zmarła matka Szreniawy, ojciec
wypędził go z domu. Młodzian zaszedł do prastarej puszczy, jakich
wiele było w Analapii. Znalazł w niej chatkę, w której mieszkał
żmij wraz z żoną rusałką i przyjacielem jednorożcem potrafiącym
przybierać ludzką postać. Mieszkańcy chatynki przygarnęli
wygłodniałego i zziębniętego wyrzutka. Żmij zaczął go trenować
w walce mieczem, jeździe konnej i innych umiejętnościach
przydatnych witeziom, aż ze słabowitego i często chorującego
młodzieńca uczynił wojownika na schwał. Szreniawa po pożegnaniu
ze żmijem, rusałką i jednorożcem, nie widząc dla siebie miejsca
w Analapii, udał się gdzie go oczy poniosły, nad wielkie Morze
Śródziemne, by tam szukać sławy, przygód i bogactwa. Został
rycerzem trojańskiego króla Priama (Priamus)
i w jego służbie otrzymał swój herb upamiętniający potyczkę
nad Skamandrem.
Uczta
trwała w najlepsze, w blasku pochodni. Przygrywali do niej bardowie
z Galacji, nie zabrakło też tancerek z Arabii i z pewnej odległej
krainy, którą Sumerowie określali nazwą Meluha. Aromatyczne,
schłodzone wino lało się strumieniami do złotych pucharów, a
nubijscy niewolnicy w miejsce opróżnionych półmisków z
pieczystym i owocami wciąż przynosili nowe, pełne. W takiej
atmosferze, z wieńcami róż na głowach, łatwo było zapomnieć,
że pod murami miasta czekają mściciele pragnący jego zagłady...
Wśród
tych co przybyli pod Troję na czarnych okrętach, największą sławę
zdobył Achilles, którego Kajetan z Pontu nazywa Akiłem. Budził
trwogę w sercach Trojan. Powiadano o nim, że był synem króla
Peleusa i nimfy morskiej Tetydy Zmiennokształtnej. Prawiono o nim,
że matka bojąc się, że syn zgodnie z przepowiednią zginie w
bitwie, jako niemowlę wykąpała go w wodach podziemnej rzeki Styks.
Sprawiło to, że stał się odporny na wszystkie, nawet najcięższe
zranienia – jego jedynym słabym punktem była pięta, za którą
macierz trzymała go, kąpiąc w Styksie. Rodzice chcąc mieć
pewność, że syn nigdy nie weźmie udziału w wojnie, wychowywali
go jak dziewczynkę. Kazali mu zakładać sukienkę, bawić się z
dziewczynkami; wołali nań Pyrra, czyli Ognista, miał bowiem
długie, rude włosy. Tymczasem nadszedł dla Greków czas wróżdy
za porwanie Heleny. Odys, król Itaki przemierzał wzdłuż i wszerz
Helladę werbując efebów pod sztandary naczelnych wodzów
Agamemnona i Menelaosa. Gdy zaszedł do króla Peleusa, nie dał się
nabrać na kłamstwo, że ma on same córki. Przyniósł im kosztowne
dary, lecz wśród nich ukrył też miecz. Księżniczkom oczy się
zaświeciły na widok złotych maneli i naszyjników, lecz Achilles
porwał za oręż. Nie udało się oszukać natury i syn Peleusa i
Tetydy, żegnany łzami, wyruszył za morze na spotkanie sławy i
śmierci. Wiele napisano o jego waśni z Agamemnonem o brankę
Bryzejdę, o tym jak zabił w boju Hektora i zbezcześcił jego
ciało, mszcząc śmierć Patroklesa, czy też o tym jak sam zginął
od strzały z łuku Parysa, wystrzelonej w piętę.
Tymczasem
Szreniawa Krzywonos nie spoczywał na laurach. Król Priam wyznaczył
nagrodę za odbicie jednej z córek, urokliwej Polikseny, która
została branką Akiła przez Greków zwanego Achillesem. Przybył on
pod Troję na czele plemienia Myrmidonów; tych samych co niegdyś
założyli Muromę w Roxie. Teraz kiedy ciemność nocy rozświetlały
tysiącami ogniska greckich najeźdźców płonące na brzegu, ośmiu
Myrmidonów noszących na tarczach wymalowaną mrówkę, pilnowało
białego namiotu. Wewnątrz królewna Poliksena o jedwabistych
włosach do złotej przędzy podobnych, leżąc na skórze
panterczej, zalewała się łzami. Tęskno jej było za domem ojca.
Achilles ją przerażał – jurny jak młody byk, pełen pychy,
nawykły do zabijania ludzi dziesiątkami, aby tylko okryć się
sławą. Jakże bardzo różnił się od jej ukochanego brata
Hektora, który wciąż namawiał Parysa do odesłania Heleny, a
chwycił za oręż w tej nieszczęsnej wojnie, nie po to, aby o nim
pieśni śpiewali, lecz o obronie ojczyzny. Jej rozmyślania nagle
przerwała wrzawa w środku nocy. Rozległ się tętent podkutych
kopyt, szczęk spiżu i świst strzał zapalonych, pożogę
niosących. Poliksena usłyszała bojowe okrzyki, przekleństwa,
rzężenie umierających. Gdy królewna trwożliwie spojrzała na
zewnątrz, ujrzała jak pilnujący jej Myrmidonowie; Synowie Mrówki
padają na ziemię w potokach krwi. Potem silne ręce słowiańskiego
wojownika uniosły ją w górę i przerzuciły przez wysadzane
bursztynami i opalami siodło siwego konia ze Szczęśliwej Arabii.
Poliksena zemdlała, gdy tymczasem długi miecz Szreniawy noszący
imię Kat, tańczył w blasku Księżyca i pożogi ścinając głowy
Greków. Sam dotąd niepokonany Achilles otrzymał głęboką ranę,
która mocą wody ze Styksu natychmiast się zamknęła, nie
zostawiając nawet blizny. Wiatronogi; rumak Szreniawy okazał się
godny swego imienia. Jeszcze tej samej nocy król Priam omal nie
umarł z radości widząc swą odzyskaną córkę. Nazajutrz odbył
się ślub Szreniawy i Polikseny; trojańska królewna rada była
wielce ze swego męża, zaś jurny Achilles pełen gniewu mścił się
na Trojanach, zabijając ich dwa razy więcej niż dotąd.
Na
zew króla Priama znad Aspinu i Termodontu, wyruszyła wraz ze swymi
hufcami walecznych krasawic, królowa Amazonek Panćaśilaina przez
Greków zwana Pentesileą. Zginęła młodo z ręki Achillesa, który
nawet zakochał się w umierającej wojowniczce i skrócił o głowę
tego kto wyśmiewał jego uczucie. Wraz z Pentesileą na odsiecz
Ilionu przybyła również jej siostra Aśma Śereda, przez Słowian
zwana Seredą. Tak jak jej złocistowłosa siostra nosiła naszyjnik
z czaszek bagiennych skrzatów. Włosy miała długie i czarne,
zaplecione w wiele warkoczy, nosiła też ochronną tunikę ze skóry
czarnego smoka, wystającą spod niej białą suknię, skórzane
opaski na rękach nabijane zatrutymi ćwiekami i liczne ozdoby ze
złota, srebra, pereł i kamieni. Walczyła szablą mającą zaklęty
rubin w głowicy, włócznię nigdy nie chybiającą celu, oraz
tarczę ze skóry bazyliszka. Gdy Achilles wydał Amazonkom ciało
ich królowej, te uroczyście spaliły poległą Pentesileę na
stosie z drzewa sandałowego, mirry i aloesu, razem z jej bronią i
pięcioma wziętymi do niewoli Grekami. Następnie po odprawieniu
stypy, oddały swój oręż pod rozkazy Aśmy Śeredy. Następczyni
tronu Amazonek niczym furia rzuciła się w największy wir walki z
pragnieniem ucięcia głowy Achillesowi, aby jego czaszka mogła jej
po powrocie do stołecznego Arxgardu służyć za podnóżek.
Aśma
Śereda, donośnym głosem wyzywając Achillesa na pojedynek, ubiła
tego dnia tylu hoplitów, że aż przestała ich liczyć. W końcu
przyszło jej się zmierzyć z rosłym Słowianinem walczącym po
stronie greckiej. Zdążyła już usłyszeć opowieści o czynach
tego drągala o płowych włosach i sumiastych wąsach. Był to nie
kto inny, jeno sam Włodzimierz z Macedonii; uzbrojony w wielki
topór, którym zwykł szatkować Trojan. Nazywano owego Macedończyka
Krasnym Słoneczkiem (Xvar
Likosto),
a to z uwagi na jego tarczę obitą skórą czerwonego smoka, na
której złotą farbą wymalowane było Słońce. Najodważniejszym
obrońcom Priamowego grodu trzęsły się nogi, gdy Włodzimierz
Krasne Słoneczko wznosił w górę swój topór. Włócznia królowej
Amazonek pękła z trzaskiem w rękach Macedończyka niby sucha
gałązka. Cios topora rozbił tarczę wojowniczki, a ją samą
obalił w proch pola bitwy. Aśma Śereda już miała dobyć szabli,
lecz Włodzimierz Macedończyk odtrącił oręż Amazonki nogą, a ją
samą zarzucił sobie na plecy. Aśma Śereda miotała klątwy jak
pijany woźnica, lecz gruboskórny wojownik tylko śmiał się z jej
upokorzenia. Gdy wrócił z branką do obozu, powitały go oklaski i
sprośne żarty. Włodzimierz już miał odpowiedzieć Ajasowi co
uczyni z pojmaną Amazonką, gdy ktoś sypnął mu żarem z ogniska
prosto w oczy. To Szreniawa Krzywonos w czarny płaszcz spowity,
przedarł się niezauważenie do obozu greckiego. Korzystając z
oślepienia Macedończyka, Analap chwycił za jego topór i pierwszym
ciosem – zadanym w udo – obalił mocarza na ziemię, zaś drugim
oddzielił jego głowę od tułowia. Grecy dłuższą chwilę
patrzyli osłupieni jakby nie mogąc uwierzyć, że to co ujrzeli
zdarzyło się naprawdę. Wielu z nich opowiadało potem, że to sam
Hades przybył wesprzeć Trojan. Tymczasem Szreniawa razem z Aśmą
Śeredą wskoczył na karego konia, którego pożyczył sam Hektor i
pognał do obozu trojańskiego. Ocalona Amazonka padła do nóg
Szreniawie i zalała się łzami, w których były wszystkie stosowne
do tej okoliczności uczucia naraz. Tymczasem Grecy opłakali
rzęsistymi łzami swego towarzysza broni i zemstę poprzysięgli
jego wrogom. Spalili ciało Macedończyka wraz z jego zbroją, orężem
i dwiema niewolnicami, zaś urnę z prochami wysłali okrętem do
Macedonii, gdzie król Ratomir I Vuković, ojciec Włodzimierza
Krasne Słoneczko, na cześć swego syna, malowidło zdobiące jego
tarczę uczynił godłem swego królestwa.
Mistrz
Kajetan prawił również w swym poemacie o czynach Doliwoja z
Analapii; pana na zamku Liv i przodka rodu Doliwów, Kajtawa, którego
przodek z lud Scytów noszący to samo imię przybył razem z Lechem
I Dalmackim, oraz Kunda, syna Kuša.
Junacy ci potykali się pod stanicami króla Priama, wcześniej zaś
ćwiczyli swe umiejętności w zamku Turzy Róg w Montanii, pod okiem
kapłanki
królowej Tatry. Wszyscy trzej na zakończenie szkolenia otrzymali na
ramię wypalony znak jeleniego poroża. Z ręki Doliwoja zginął
Centaur Polidapes walczący po stronie Greków. Kajtaw ubił wąpierza
Sławutycza, który w najmniej spodziewanym momencie wylazł ze
skalnej pieczary czyniąc spustoszenie tak w obozie greckim jak
trojańskim. Kund pochodzący z grodu Chociebuż na Bliskim Zachodzie
siał straszliwe spustoszenie za pomocą pierwszej w dziejach kuszy –
broni nazwanej tak na cześć Kusza. Byłby wystrzelał wszystkich
Greków, lecz zginął z ręki Achillesa, który roztrzaskał kuszę
o ziemię, plując na nią jako na ,,broń
tchórzów''.
Opiewani przez Kajetana z Pontu Słowianie bronili Troi do końca.
Gdy zdobyte podstępem miasto upadło, Szreniawa zabrał ze sobą
Poliksenę i po wielu przygodach osiedli w Analapii. Również
Doliwoj nazywany Centaurobójcą, powrócił na zamek Liv.
,,W
wojnie to jest złe, że szlachetni mężowie zabijają się nawzajem
miast wspólnie walczyć z Archivragiem''
– brzmią ostatnie słowa poematu ,,Widłuża''.
1
Widłużę jako rzekome słowiańskie określenie Troi zaczerpnąłem
od Czesława Białczyńskiego
wtorek, 3 maja 2016
Św. Jerzy w Krakowie
,,W Krakowie na ulicy,
Siedzi ta smok w kamienicy.
Wszystkich ludzi powyjadał, tylko panny jedny niechał.
Bo ta panna rano wstajała,
Bogu cześć, chwałę oddawała.
Przysed do ni święty Jerzy.
'Święty Jerzy idź ode mnie,
Bo cię tu smok zaje u mnie'.
Już się smok ze skały wali,
Święty Jerzy dobył strzały.
Strzelił ci on w samo gardło,
Na drugą mu stronę padło''
poniedziałek, 2 maja 2016
Baba Jaga (z ,,Żywotów czarownic'' Pobiedy z Lipska)
,,W
lochu królewna obumiera,
A
bury wilk jej wiernie służy,
Tam
z Babą Jagą moździerz duży
Samochcąc
w drogę się wybiera;
Tam
Kościej złotem swym się krztusi''
Nikt
nie wiedział ile lat liczyła sobie Baba Jaga, najsłynniejsza z
czarownic Roxu. Nawet ona sama, chociaż znała liczne inne sekrety,
na to pytanie nie potrafiłaby udzielić odpowiedzi. Narodziła się
jako siódma córka siódmej córki późną jesienią, w noc
zaćmienia Księżyca, kiedy to trwoga padła na ludzi, złe
wychodziło z lasów i moczarów, a srebrzysty piorun cara Jarowita
uderzył w blaszanego kurka na dachu kąciny. Powiadali o niej
bajarze, że była ,,stara
jak świat''.
,,Bajki,
bajki, bajki''!
- śmieją się ci, co dziś o tym słuchają. Obecnie mało kto wie,
że roxyjska mistrzyni czarnej magii, nim została nazwana Babą
Jagą, nosiła imię Dziewa Jaga, później zaś – Ciota Jaga.
Nosząc pierwsze z tych imion była smukła i pełna dziewiczego
wdzięku. Miała długie pukle o pięknej, miedzianej barwie i
wielkie, pełne niewinności oczy koloru bławatków. Każdy kto na
nią spojrzał, imaginował sobie, że jest łagodna i dobra.
Jako
Ciota Jaga również była piękna, lecz jej ciało nosiło ślady
niejednego porodu, twarz pokrywały zmarszczki, dłonie odciski od
ciężkiej pracy, a między włosami kryły się nitki siwizny. Jej
serce zżerały ustawiczne gorycz i niepokój.
Baba
Jaga w ostatniej odsłonie swego żywota budziła strach. Była chuda
prawie jak Kościej i wysoka. Miała skołtunione, siwe włosy, twarz
gęsto usianą zmarszczkami, bliznami i brodawkami, długi nos,
spiczaste uszy, tylko jedno oko, w którym widać było kozła
(drugie przegrała w karty z Čortem
Piekłosem), żelazne, kończyste zęby, obwisłe piersi i kościste
kończyny o powykręcanych palcach zakończonych ptasimi szponami.
Ponadto była zarośnięta brudem i miała donośny, męski głos.
Ubierała się w brudną i połataną suknię ubogiej chłopki z Ludu
Roksany.
Pierwsze
czary poznała jako Dziewa Jaga od swej babki Makryny, która była
szeptuchą i zabierała swą wnuczkę na sabaty na szczycie Łysej
Góry w Analapii. W dwunastej wiośnie życia, Makryna zabrała swą
wnuczkę do ukrytej w Grzybowym Lesie bazaltowej świątyni źle
widzianego przez wołwchów bożka Sof – Theobaldusa. Jego
obmierzły kult zawlekli do Roxu kupcy i najemni żołnierze z
Atlantydy i Lemurii. Słowianie nazywali wężokształtnego Sof –
Theobaldusa imieniem zaskrońca Łamacza Kości. Dziewa Jaga wzięła
udział w okropnych misteriach, już z daleka pachnących smołą i
siarką. Nie bez trwogi pozwoliła, aby Łamacz Kości wepchnął swe
ogniste żądło w jej wstyd dziewiczy. Zemdlała z bólu, a gdy
oprzytomniała, oznajmiono jej, że od tej pory jest już czarownicą.
Od piekielnego węża z Lemurii dziewczyna otrzymała własną miotłę
do latania, kilka chowańców – czarnego kota, ropuchę, węża i
kruka, oraz sotnię diasków – pomniejszych Čortów
mających spełniać jej najdziwniejsze nawet kaprysy.
Czytała
oprawione w skórę pytonów i dziewic czarnoksięskie księgi pełne
straszliwych zaklęć i rytuałów. Uczęszczała na sabaty na Łysej
Górze, w Dendropolis, Posanie, Babich Górach w Analapii, a raz
nawet w Hercynii w dalekiej Germanii. Polubiła orgie i smak wódki.
Zrazu korzystała z čortowskich
mocy, aby leczyć, jednać miłość, odnajdywać zgubione rzeczy,
przewidywać pogodę, lecz im częściej wzywała diasków na swe
usługi, tym bardziej, niepostrzeżenie stawała się taka jak one.
Jej serce napełniało się pychą z powodu poznania sekretów
nieznanych jej towarzyszkom zabaw z dzieciństwa. Im więcej
wypowiadała zaklęć, tym jej zrazu biała dusza szarzała, aż
stała się czarna jak skóra nocnicy. ,,Kto
przebywa z Čortami, ten upodabnia się do nich''
– mówił mądry wołwch Kuda Sitinicz do swego ucznia, młodego
Jeża Czerniawicza.
Podobała
się młodzieńcom. Niejeden z nich wiele by dał, by choć raz móc
pocałować ją w usta, ona jednak widziała tylko jednego junaka –
Borysa Kurjatycza. Ten jednak nie zauważył jej, zadurzony w pięknej
Mołenie. Dziewa Jaga czym prędzej zabrała się za warzenie napoju,
który miał rozpalić ku niej uczucie jej wybranka. Niestety
pomyliła proporcje składników - ,,i
koń się potknie, choć ma cztery nogi''
jak mawia przysłowie – i miast afrodyzjaku podała w kwasie
chlebowym tęgą truciznę. Borys Kurjatycz godzinami konał w
męczarniach, a jego siostry i Dziewa Jaga oblewały go gorącymi
łzami. Mołena tymczasem powiesiła się na sznurku w oborze. Więc
skazał Dziewę Jagę na wygnanie za nieumyślne spowodowanie
śmierci, ona zaś odchodząc, rzuciła na całą wieś przekleństwo,
które sprowadziło pożar...
Jako
Ciota Jaga wiele lat spędziła na dworze czarnoksiężnika Musulusa,
tyrana Bałtów, uciskającego ziemie późniejszych Liteny i Latyki.
Pod jego kierunkiem pogłębiała wiedzę magiczną i ogrzewała jego
łoże. Po opuszczeniu Musulusa, resztę życia spędziła błąkając
się po drogach i bezdrożach Roxu i budząc trwogę.
Przez
długie wieki swojego życia Baba Jaga posiadła większą wiedzę
czarnoksięską niż Hermes Trismegistos, Masiulus, Kirke, Medea,
Punczkin z Bharacji, Jannes i Mambre – kapłani egipscy, wróżka z
Endor, car Salomon Mądry, Szymon Mag, czy Elimas Bariesu. Potrafiła
wróżyć z rozbitego jajka, jak też z jabłka toczącego się po
porcelanowym talerzyku z Sinea; z lotu ptaków, kart, które Astarot
wręczył królowej Malkieš Lysarayacie, trzewi zwierząt
ofiarowanych Čortom, linii papilarnych, syku i trzasku żółwich
skorup pękających w wiecznie płonącym ogniu z paszczy smoka, z chodu konia przechodzącego przez rozłożone włócznie, smaku uryny, koźlich kości, z
patyczków i kamyków... Nie obce były jej też czytanie z oczu,
którego nauczyła się od pewnej panońskiej strzygi. Powiadano o
Babie Jadze, że zsyłała choroby i koszmary, bezpłodność na
mężów i niewiasty, szaleństwo, zadawała pokuśniki w jadle i
napoju, czytała w myślach i władna była przechodzić przez
dziurkę od klucza. W wielkim czarnym kotle warzyła burze z
piorunami, tornada, gradobicia i śnieżyce, aby niszczyły Agejowi
ducha winne chaty i pola. Lubowała się w trucicielstwie i
powodowaniu poronień. Nie dawała spokoju zmarłym wywołując ich
bardzo często. Z wielką biegłością używała magicznego pisma
aklo, hieroglifów egipskich, celtyckiego ogam i run z Nürtu. Swoje
długie życie zawdzięczała temu, że naśladując wiedźmy z grodu
Wołoczebnika, oszukała Mar – Zannę chowając swą duszę przez
jej bystrym wzrokiem w małym jajeczku w gniazdku sikorki, hen, na
wyspie Ranie na Morzu Srebrnym. W ten sposób Mar – Zanna, która
nazywają Śmiercią nie mogła mocą swego lodowego ościenia
oddzielić duszy czarownicy od jej ciała. Baba Jaga, jak prawili
bajarze z Ludu Roksany – przemierzała przestworza siedząc w
drewnianym moździerzu i odpychając się miotłą. Mieszkała w
chatce na kurzej nóżce, która potrafiła obracać się na
wszystkie strony, a nawet poruszać się skokami. Jej locum otaczał
płot, na którym zamiast garnków suszyły się ludzkie czaszki, z
których oczodołów wydobywało się nocą sine światło.
Powszechnie
bano się jej okrucieństwa. Swymi żelaznymi zębami oraz szponami
zatrutymi trupim jadem, rozszarpywała i pożerała ludzi i zwierzęta
od ryjówek i myszy po tury, żubry i niedźwiedzie. Nie gardziła
też owadami, żabami, jaszczurkami, wronami, bocianami, a nawet
muchomorami i wilczymi jagodami. Najchętniej pożerała dzieci,
które wabiła do siebie słodyczami. Piekła je żywcem, dusiła
zwisającymi do kolan piersiami, wycinała rzemień z pleców –
wszystkich jej okrucieństw na wołowej skórze byś nie spisał.
Wśród tych nielicznych dzieci, którym udało się wyrwać z jej
szponów były Janisław i Perlana oraz Vasylisa Czarodziejka.
,,Codex
vimrothensis''
wspomina o jej córkach poczętych z czarownikiem Musulusem, albo jak
chcą niektórzy – z ognistymi latawcami. Owe czarownice noszące
imiona Sapucha i Welinda, choć piękne z wyglądu, serca miały tak
złe jak ich matka i ojciec. Tymczasem na tronie Analapii zasiadał
Rzymianin, Marcus Filipus Grakchus, przez Słowian zwany Krakiem lub
Krakusem. Wybitny ten władca na podstawie oszczerstwa wygnany ze
swojej ojczyzny, dokonał w Analapii szeregu czynów godnych pamięci.
Z pomocą szewca Skuby zabił smoka z Vovel – trzecie wcielenie
Czarnoboga po smoku Rykarze i wężu Gorynyczu, podrzucając mu
barana wypchanego smołą i siarką. Smok dręczony pragnieniem tak
długo pił wodę z rzeki Visany, aż pękł z wielkim hukiem. Krak –
Grakchus przegnał na cztery wiatry czczących smoka z Vovel
awarskich najezdników, przeniósł stolicę Analapii z Nesty do
założonego przez siebie grodu Grakchova, oraz pokonał samego
Juliusza Cezara. Pojął za żonę jego córkę Julię, która
otrzymała w posagu Bawarię. Powiła ona władcy synów Lecha II i
Juliusza, oraz córkę Wandę, która otrzymała imię na cześć
wielkiego zwycięstwa Analapów nad Wandalami. Królowa Julia Rzymska
umiłowana przez małżonka i poddanych, umarła na wskutek palenia
opium – daniny kupców z Sinea, pogrążając założyciela nowej
dynastii w żałobie. Krok II, król Bohemii na próżno starał się
pocieszyć przyjaciela. Wtedy to Sapucha i Welinda rzuciły czary na
króla Analapii. Zadały m lubczyku, same zaś przystroiły się
niewidzialnymi, lecz intensywnie pachnącymi kwiatami, noszącymi
nazwę sympatycznych, które potroiły moc afrodyzjaku. Król czym
prędzej zakończył żałobę. Nie bacząc ani na swe rzymskie
wychowanie, ani na monogamiczne obyczaje ówczesnej Analapii,
zmienione dopiero przez króla Cztana III, poślubił naraz obie
czarownice, ku zgrozie swych doradców. Te zaś uwięziły króla w
bryle lodu i zaczęły same rządzić, łupiąc całą Analapię
wysokimi podatkami, z których utrzymywały artystów bez talentu
tworzących rzeczy brzydkie i odpychające, oraz wprowadzając od
świątyń Enków podobizny Čortów, rozpustę i ofiary z dzieci.
Panowanie obu sióstr trwało równo dziewięćdziesiąt dni, aż
położyli mu kres królewicze Lech i Juliusz, wraz z wojewodą
Bronisławem. Wielkim młotem z chramu cara Peruna uwolnili króla
Kraka z bryły lodu, podczas gdy lud Grakchova pod wodzą arcykapłana
Pizamara oblegał zamek na wzgórz Vovel. Strzygi stanowiące straż
przyboczną ob córek Baby Jagi uprowadziły królewnę Wandę;
młodziutką kapłankę z chramu Ageja w Neście, aby czynić ją
zakładniczką. Królewna miała przypięte do kostek dwa sztylety w
pochwie, które jej strażnicy przeoczyli. Gdy stanęła przed
obliczem obu czarownic, wezwała imienia jytnas Tatry – królowej
gór i rzek, po czym chwyciła za sztylety i w jednej chwili cisnęła
nimi w obie uzurpatorki. Sapucha i Welinda nie zdążyły
wypowiedzieć zaklęcia obronnego. Zginęły na miejsc z przebitymi
prawie na wylot szyjami, a bojące się ich dotąd strzygi rzuciły
się by chłeptać ich krew i rozszarpywać ciała. Wanda została
sama w zamku opanowanym przez strzygi, lecz nie straciła odwagi. W
dzień, kiedy potwory były mniej aktywne niż w nocy, potajemnie
otworzyła bramy i wpuściła powstańców na czele ze swym ojcem
Krakiem, który powrócił z gór Montanii. Analapowie w trzy dni i
noce oczyścili królewski zamek jak i całe wzgórze Vovel od wojsk
obu czarownic. Wanda otrzymała od ojca złoty pierścień, po czym
udała się w drogę powrotną do Nesty. Oczyściła się też z
przelanej krwi, aby na nowo podjąć służbę w świątyni.
Choć
nikt nie wie kiedy Baba Jaga przyszła na świat – pewną rzeczą
jest data jej śmierci. Skonała mocą rzuconego na siebie samą
czaru za panowania Wandy, królowej Analapii, podczas jej podróży
przez stepy Roxu, a było to tak:
,,Nastał czas snu. Na tle Księżyca widać było czarownice, lecące na miotłach. Jedna z nich leciała na kamiennym słupie i miała wyjątkowo długi nos.
- To jest owa Baba Jaga – szepnął do towarzyszy Opos – można się po niej spodziewać wszystkiego złego. 'Czarownice są piękne, ale nie dotyczy to Baby Jagi – mówił im gdy byli w Ribkovce stary Owsiwuj. - Jest niewyobrażalnie stara, brzydka, zła i swarliwa. Ma ona nos długi jak dłoń dorosłego męża, zakończony brodawką. Ma rozwiane, białe włosy, ogniste oczy jak Wiła, jest chuda jak Kościej, ma obleśne, zwisające piersi i szpony znacznie dłuższe niż inne czarownice, ale najgorsze są jej zęby – wielkie, ostre i żelazne. Służy smoku z Vovel i lubi szkodzić. Jej przysmakiem jest ludzkie mięso. Mieszka w zaczarowanej chacie – ludzie różnie mówią jak ona wygląda. Jedni mówią, że jej fundamentem jest kurza noga, na dodatek stale skacząca, inni, że ma kształt pudła i jest z żelaza. Na płocie wiszą ludzkie i zwierzęce czaszki'.
Trzeba wiedzieć, że gdy przed laty królową Julię Rzymską męczyły straszydła chcące pożreć rodzącą się córeczkę, Baba Jaga była wśród nich. Czarownica widząc na stepie orszak królowej Analapii, zapragnęła go pożreć. Powróciła do swej chaty i poczęła na śpiącycy zsyłać mamiące wizje, aby zwabić ich do siebie. Oposa kusiła sławą zmiejoborstwa. Na próżno. Wandę najpierw kusiła sukniami, perłami i kamieniami, a potem płaczem dzieci, lecz królowa już wiedziała, że to tylko złudne majaki. Inaczej by się wzruszyła i próbowała pomóc. Cała drużyna jednomyślnie odrzucała pokusy, wzywając na pomoc Ageja, Enków i jytnas. Jeden tylko Bogusław znany z chciwości, ujrzał garnek złota i chwycił zań. Gdy to uczynił natychmiast zniknął, a z nim cały orszak. Bogusław z garncem złota w dłoniach znalazł się w przestronnej komnacie. Na kominku płonął ogień, a na ścianach wisiały obrazy przedstawiając pierwsze czarownice; Babę, Vidmę i Ciotę, oraz królową Malkieš Lysarayatę. Przywitała go pani niezwykłej piękności i poczęstowała go winem. Bogusław podziękował i wypił, po czym padł uśpiony. Wówczas piękność komnaty znikła, zostały się tylko owe cztery obrazy na ścianach. Pani w koronie przybrała wygląd odrażający i poczęła zjadać Bogusława żelaznymi zębami. Była to bowiem Baba Jaga. Nie skończyła go pożerać, gdy na podłodze znaleźli się Opos i Wanda z drużyną. Baba Jaga nie zdążyła przybrać pięknego wyglądu, gdy wszyscy się obudzili w jej chacie. Została zdemaskowana, więc porwała z kąta szablę, prezent od króla ażdach i wrzasnęła:- Teraz będę was szlachtować jak świnie! - dodać należy, że całe uzbrojenie wędrowców znalazło się na stepie. Nagle Baba Jaga wrzasnęła i odrzuciła szablę. Polała się z jej szyi pomarańczową krew. Potknęła się o taboret i upadła na klepisko. Stało się tak, bo ugryzł ją w kark sysun, ten sam, którego Wanda nie pozwoliła zabić Oposowi.
- Dobra robota, synu brukołaka! - Opos chwycił szablę i stanął nad Babą Jagą.- Mam lepszy pomysł! - krzyknęła Wanda, po czym złamała magiczną miotłę. - Teraz nie będzie mogła czarować.- Z miotłą czy bez, popełniła tyle łotrostw, że zasługuje na śmierć! - rzekł Opos. Tymczasem Baba Jaga poczęła się zmieniać w oczach. Znikły jej szpony, nos się skrócił, wykruszyły się żelazne zęby. Stała się ludzką niewiastą. Wanda kazała Oposowi, by ją oszczędził, co ten uczynił niechętnie. W zamian miano ją zaprowadzić do Dendropolis, by ją osądził król Irosław. Baba Jaga gorąco całowała kolana Wandy, po czym nie żywiąc nadziei na zmiłowanie, resztką swej magicznej mocy, wypowiedziała 'virało', które przyprawiło ją o pęknięcie serca'' - ,,Codex vimrothensis''
Subskrybuj:
Posty (Atom)




































