czwartek, 14 listopada 2013

Kuszenie Wyszyńskiego

,,1 VII 1954, czwartek. Codzienny dowód Chrystusowej prawdy widzę w słowach 'Jeśli Mnie prześladowali i was prześladować będą'... Chrystus ukazywał proroczo przyszłość Kościoła. To proroctwo ma swoje dzieje, poczynając od krzyża, łańcuchów Piotrowych, aren cyrkowych, aż do dnia dzisiejszego. Wszyscy niemal czujemy jak spełnia się w nas. Czyż nie jest to pociecha, że na sobie potwierdzamy prawdę słów Chrystusowych? Czyż nie należy cieszyć się z tej prawdy, choćby ... bardzo bolało? I ta prawda wyswabadza choć w tak dotkliwy sposób. Chrystus niczego nie mówił bez pokrycia dziejowego. Dwadzieścia wieków Ewangelii jest dodatkowym dowodem jej autentyczności.

10 VII 1954 r. [...] O wiele łatwiejszą rzeczą jest zostać więźniem Kościoła w obronie jego praw, niż więźniem Chrystusa, w obronie Jego prawa do mojej duszy'' - prymas Stefan Wyszyński ,,Zapiski więzienne''. 



Polskie więzienie, jakże inne od tych, które znamy z własnych wyobrażeń! Tu wizja dantejskiego piekła staje się rzeczywistością. Było to jedno z więzień Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej - kaźń dla wszystkich, którzy tu trafili. Dzieciństwo w Zuzeli i ojciec organista. Seminarium duchowne, powołanie i kolejne stopnie w hierarchii, aż do misji prymasa Polski. Poprzedni prymas - Hlond i biskup krakowski książę Adam Sapieha. 



Ziemie Odzyskane. Szczecin. Kościół pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela. Najstarszy kościół katolicki w mieście. Tu ogłosił po raz pierwszy swoją nominację na kardynała. Wrzesień. Niemcy i Sowieci. Partia. Przymusowa ateizacja. Słynne słowa ,,Non possumus''. Wtedy jakiś głos dorzucił: ,,Kości zostały rzucone''.
W typowym polskim więzieniu otworzył oczy, wstając z posłania Stefan Wyszyński, kardynał i prymas Polski, który stał się Prymasem Tysiąclecia. Jeszcze spali inni więźniowie, a po korytarzach chodzili pierwsi strażnicy. Więźniowie wstają z pryczy, strażnicy zaczynają im regulować rozkład dnia. Uwięziony prymas cały dzień miał uczucie jakby ktoś usiłował wtłoczyć w niego własne rozwiązania. 
,,I po co ci to było''? - mówił natrętny głos. - Gdybyś nie protestował nie byłbyś teraz w więzieniu. Patrz jak wygodne życie mają księża patrioci, czemu nie współpracujesz i ty z Partią?
,,Jeśli Mnie prześladowali i was prześladować będą'' - odpowiedź była jasna.
,,Czemu broniłeś tych dzieci, na których życiu zależy coraz mniejszej liczbie osób, czy nie mogłeś siedzieć cicho''? - wypowiedzi były coraz bardziej bezczelne. -,, Co ci przyjdzie z obrony praw człowieka, kiedy ciebie nikt nie uratuje''? 
- A dlaczego mnie mają ratować, skoro Chrystusa nikt nie ocalił od krzyża? - prymas odpowiedział pytaniem na pytanie.
,,Przecież zło i tak kiedyś się zniszczy, dlaczego nie chcesz na to czekać; czemu zwalczasz złych ludzi zamiast czekać na ich klęskę''?
- ,,Trzeba nienawidzić grzechu i kochać grzesznika''.
- ,,Modlisz się za Bieruta? - w uszach prymasa rozległ się ironiczny śmiech. - On cię nienawidzi, a Naród jego. Chcesz być z narodem, czuj jak naród...'' - wypowiedzi stały się demagogiczne.
- ,,Przebacz im, bo nie wiedzą co czynią''! - wołał z krzyża Chrystus, a ,,Nie poczytaj im tego grzechu''! ,



wychodziło z ust św. Szczepana.. W egzekucji uczestniczył Szaweł, późniejszy wielki święty. 
,,Jesteś ortodoksyjny - mówił mentorski głos - a świat się zmienia. Gdybyś żył wcześniej to byś potępiał 



heliocentryzm, ewolucjonizm czy dramaty Moliera, a przecież teraz uznajesz te rzeczy. Teraz ty potępiasz komunizm, a przecież jest też wielu dobrych komunistów. Możesz ich nie lubić, ale przecież Unia Sowiecka to nasza przyszłość, wszyscy inni ją uznają, nie tylko księża patrioci. Tylko ty swoim uporem powodujesz rozłamy...'' - głos należał do nagiego mężczyzny z czarnymi skrzydłami, który widział śmierć Stalina.



Prymas milczał zmartwiony.
,,Idź precz szatanie, jesteś mi zawadą, bo nie myślisz o tym co Boskie, ale o tym co ludzkie'' - w jego uszach zabrzmiał teraz kobiecy głos, a po nim nastała cisza. 
- Po co jest? Komu to jest potrzebne? Jaki jest sens uwięzienia?
- W ogóle komu możesz ufać; w świecie zabójców i zabitych?
- Soli Deo - odpowiedział Wyszyński - per Maria - dodał po chwili. 
Zapadał zmrok a on się modlił. Kiedyś jeden z więźniów zwierzył mu się z myśli samobójczych.
- Bo ja nie mam takiej wiary jak Ksiądz Prymas - mówił nie obawiając się strażników.
- Też jestem człowiekiem - powiedział Wyszyński - a jeśli nie stracę wiary, będzie to jak mawiał mój poprzednik ,,zwycięstwo Niepokalanej''. Czy chcesz aby nastąpiło w twoim sercu?
Kiedy był wtrącany do więzienia, jedna z sekretarek pisała na maszynie:

,,Polsce na komuny trudny czas
prymas Stefan Wyszyński
został dany
Hlonda godny kontynuator
W Bogu umacniał Naród
Od Moskwy uciskany
Choć od tyranów cierpiał
uwięzienie srogie''.



Sekretarka sama nie wiedziała dlaczego to pisze. Po prostu taki miała rozkaz wydany przez serce. Zarówno kraj jak i jego duchowy przywódca byli więźniami dogorywającego reżimu, który niczym ucięta głowa węża lub kajmana kąsał po śmierci założyciela (bez obrazy dla zwierząt). 

środa, 13 listopada 2013

Femme fatale

Sylwia Andrzejczykowa urodziła się 8 maja 1930 roku w Łodzi w rodzinie kupieckiej. W niektórych opowiadaniach pisze się o jej rzekomo  żydowskim pochodzeniu twierdząc, że nazywała się Abigail Markwein. W rzeczywistości było to imię jej pra - pra - pra - babki z XVIII wieku. Pochodziła z wierzącej, katolickiej rodziny, podobnie jak większość Dziadowskich. 



Związała się z ruchem feministycznym, a następnie socjalistycznym, wreszcie gdy w latach 40 - tych przebywała w Lublinie, jej największą miłością stał się Witold Sieradzki, dla którego została komunistką i wstąpiła do Dziadostwa. Zamach przeprowadzony przez Plaptoniusa i Czarnego udaremnił jej plan poślubienia Sieradzkiego. Teraz zaś o zemście nie mogło być mowy; Towarzysz Pogranicznik już nie żył i nikt nie mógł jej pomóc. Z rozmyślań w punkcie obserwacyjnym Fortu Marksa wyrwał ją potężny wybuch. Przyłożyła lornetkę do oczu. To wybuchł słynny ,,Sławoj Hotel''; wczoraj włożyła doń minę przeciwpiechotną. 
- Co za idiotyczna śmierć! - westchnęła konając z nudów i zgryzoty.
Przez długi czas nie widziała nic ciekawego. Na szczęście już niedługo przyjdzie towarzysz Włodzimierz Szurkowski i zastąpi ją w punkcie obserwacyjnym. Potem zapewne pójdzie pilnować Wisły z bronią w ręku. Znów wyrwano ją z zamyślenia. Za pomocą dzwonka. Andrzejczykowa zeszła na dół, a towarzysz Szurkowski zajął jej miejsce.
- Ten dzień - mówił na mównicy zrobionej z ambony Plaptonius - jest dla nas dniem wielkiej żałoby. - ,,Co on bredzi''? - pomyślała Andrzejczykowa. - Tego dnia całe Dziadostwo zostało pozbawione swojego
 Antychrysta, odtąd nie ma z nami Słońca ludzkości, gwiazdy przewodniej narodów, koryfeusza nauki, orła górskiego i najlepszego przyjaciela dzieci; towarzysza Józefa Wissarionowicza Stalina! - tyrada dobiegła końca.



- Wygadał się wreszcie! - pomyślała Andrzejczykowa, a wokół wypadało lamentować, więc lamentowano. 
Nie brak było tych co się cieszyli w głębi duszy.
- Teraz ten dzień będzie dniem żałoby - ciągnął Plaptonius - a żeby uczcić naszego zmarłego dobroczyńcę, niech każdy ze zdwojoną mocą pójdzie w głąb wsi i niech zabije tylu kułaków ile tylko może. Jak mawia nasz towarzysz Bierut: ,,Władza czyni nas bogami''!
- Ave Stalin! - zakrzyknęło wiele głosów idących pod sklepienie Fortu Marksa.
Andrzejczykową przydzielono do grupy podpalaczy; poszli nad Wisłę i wlewali do niej benzynę, którą podpalali, oraz strzelali do wszystkich ruszających się obiektów. Następnie poszli zanieczyszczać Jezioro, a potem profanować groby. Stoczyli kilka drobnych potyczek, a o zachodzie Słońca ruszyli palić chaty i strzelać do wszystkiego co się rusza. Andrzejczykowa nie mogła już tego znieść; teraz ku chwale Stalina miała strzelić do uciekającej z płomieni kobiety w ciąży. Mężczyźni patrzyli wyczekująco, więc zagryzłszy wargi, wzięła karabin i wystrzeliła. Celowo jednak chybiła, po czym udając omdlenie zsunęła się na ziemię, aby nie uczestniczyć w walce. Nad nią rozlegały się szydercze śmiechy mężczyzn, ktoś inny mówił:
- Teraz uczcimy Stalina zabijając dlań sabotażystkę!
- Co ty pleciesz? - ktoś znów zaprzeczył - Jest ciemno, a zapewne i wielka rozpacz po śmierci Wodza musiały utrudnić strzelanie. Z babami zawsze tak jest!
Następnego dnia leżała na spalonym polu twarzą ku niebu. Wczorajsza masakra byłą ponad jej siły. ,,Mamo''! - z domu dobiegał płacz małych dzieci. Otworzyła oczy. Był to tylko sen. Pole, na którym leżała było czarne i pełne popiołu, zapewne tak samo jak spalone wczoraj domostwa. Ręką wyczuła drobne 



kosteczki polnej myszy; nie zdążyła uciec przed pożogą. Potem słyszała płacz noworodka, którego kołyskę pochłonął ogień, a  dziecko płakało nawet zakryte płomieniem. Widzenia były coraz nowsze i nowsze, ale już to wystarczyło. Sylwia leżała wśród popiołów i wylewała na nie potoki łez, łkając nad zmarnowanym życiem, które straciło dla niej sens. Bezbronne owce beczały, a ogień popielił ich runo. Teraz wczorajsza morderczyni pragnęła śmierci dla siebie, a twarz skryła w prochu ziemi...
- Zabij mnie kimkolwiek jesteś! - zakrzyknęła w desperacji widząc kobietę w ciąży, tą samą, którą wczoraj uratowała. - Nie jestem już komunistką, wyrzekam się Stalina i Dziadostwa! To ja paliłam wasze domy i mordowałam wasze dzieci! Zabij mnie! - krzyczała w stronę przybyłej.
Ta jednak pomogła Andrzejczykowej wstać i ocierała jej twarz z łez i popiołów.
- Nie chcę twojej śmierci - mówiła. - Jestem ci wdzięczna za to, że moich dzieci i mnie nie zabiłaś.
Andrzejczykowa popatrzyła zdziwiona w niebieskie oczy chłopki, która jej nie odrzucała.
- Jeśli wyrzekasz się Stalina, zostań z nami. Mój ojciec jest sołtysem, my nie pozwolimy cię zabijać. Zostań z nami! - kiedy to mówiła, Andrzejczykowa zauważyła, że jej rozmówczyni miała nóż wystający z ciemienia. - Jestem Lawendycja de Slony. A ty?
- Sylwia Andrzejczykowa - odparła była członkini Dziadostwa.
- Jeszcze rok temu był u nas Dziad, który przybył z czyśćca - Andrzejczykowa była ateistką, ale teraz była gotowa uwierzyć we wszystko. - Kiedyś powiedział Heńkowi i mnie, że będziemy mieli chłopca i dziewczynkę i kazał je nazwać Stanisławem i Faustyną na cześć Polski i tego czego Polska potrzebuje najbardziej - Sylwia Andrzejczykowa słuchała z zaciekawieniem, sama chciała być kiedyś matką. - Powiedział to w latach 40 - tych, że komuna zniknie za lat trzy i jeszcze cztery...
- Trzy i cztery to razem siedem - zamyśliła się Andrzejczykowa - a siedem to liczba doskonała, ale co ma komuna do tego?
Sylwii odechciało się samobójstwa. Znalazła wreszcie jedyną tak naprawdę od śmierci Sieradzkiego, życzliwą dla niej osobę.
- Dzisiaj przedstawię cię na wiecu i wstawię się za tobą - mówiła Lawendycja.
- W Dziadostwie są tacy - mówiła Andrzejczykowa, - którzy na wielkiej bitwie 50 roku byli leczeni przez ciebie...
- Nie mogłabym tego robić bez pomocy Starej Babuchy, ona jest naszym największym autorytetem naukowym - mówiła Lawendycja.
Andrzejczykowej coś przemknęło po głowie. Spytała się córkę Pana Sołtysa.



- A wstawisz się za mną, abym też mogła zostać znachorką?
- Wstawię się - odpowiedziała Lawendycja.
O więcej nie odważyła się pytać. Na spalonym polu poniewierała się jej legitymacja partyjna. Odtąd zaczęła nowe życie.

*

Nie było jej łatwo, bynajmniej! Wiele osób jej nienawidziło, nie wierząc w chęć poprawy dotychczasowego życia. Znalazła jednak przyjaciół. Przed Księdzem Dobrodziejem odbyła szczerą spowiedź z całego życia, oraz została przyjęta do Kościoła. Stara Babucha, lubo nienawidząca Dziadostwa za zabicie córki, przyjęła Andrzejczykową na uczennicę, zaś Łukasz już długo będący kawalerem, pokochał ją i chciał poślubić. Jednak dzień przed ślubem znalazł ją na polu; zgwałconą i z podciętymi żyłami. Przy jej zwłokach znaleziono kartkę z wierszem Wisławy Szymborskiej:



,,Pod sztandarem rewolucji wzmocnić
warty
Wzmocnić warty u wszystkich bram [...]''
,,Oto Partia - ludzkości wzrok
Oto Partia - siła ludów i sumienie
Nic nie pójdzie z jego życia w zapomnienie [...]''
,,Partia. Należeć do niej
Z nią działać, z nią marzyć
Z nią w planach nieulękłych
Z nią w trosce bezsennej,
Wierz mi to najpiękniejsze,
Co może się zdarzyć''.

wtorek, 12 listopada 2013

Oniricon cz. V

Śniło mi się, że:



- w odległej przyszłości w polskich miastach będą żyć mięsożerne kościotrupy utrzymujące się z pracy mieszkańców wsi,



- indyjska dziewczynka przez Park Kasprowicza w Szczecinie dostała się do alternatywnego świata; szła przez wioskę przypominającą indyjskie miasta i bała się z kimkolwiek rozmawiać, w tym śnie występował samuraj Yoshibana, który zabił żonę, Hinduska w końcu odezwała się do miejscowej dziewczynki, której matka była złą królową tego alternatywnego świata, obie dziewczynki uciekły do naszego świata razem z czerwonym smokiem, ów smok zamienił się w głaz stojący w Parku Kasprowicza,



- w kolorowym czasopiśmie wydawanym przez Radio Maryja, ktoś napisał w dodatku telewizyjnym, że warto oglądać dobre filmy fantasy,
- pomyślałem, że Wałęsa byłby dobrym dyktatorem, ale był za łagodny,



- pływałem razem z żarłaczem tygrysim i włożyłem mu do paszczy puszkę,



- pływałem razem z mantą mającą zęby rekina i drażniłem ją,



- powiedziałem, że Helena Bławatska była Żydówką,
- Hitler zginął 7 lipca 1977 roku,



- dimorfodon zaatakował polskiego szlachcica,



- byłem u rodziny z filmu ,,Odwrócona Góra, czyli film pod strasznym tytułem''; Mamuna chciała abyśmy wszyscy polecieli do szkoły samolotem, w owej szkole spotkałem swoją dawną nauczycielkę, panią Mariłę ov Kendrę,



- Amerykanie sfilmowali ,,Krzyżowców'' Zofii Kossak - Szczuckiej; w jednej z głównych ról zagrała Angelina Jolie,



- w ,,Gościu Niedzielnym'' ukazał się artykuł ,,Co polecał Wellman''? zilustrowany zdjęciem książki dla dzieci, na której okładce był narysowany Japończyk w białym mundurze z czerwonymi oczami,
- ktoś nazwał mnie ,,sumieniem Sapkowskiego'',



- Shahbaz Bhatti uwięził Benazir Butto,



- w lesie żył słowiański demon zwodzący mężczyzn na manowce, zwany czerwoną babą, który przypominał moją koleżankę z liceum Jenę ov Łonhner - piękną blondynkę w czerwonej sukni,
- w południowych dzielnicach Szczecina przechowuje się broń atomową,



- Czarodziejka z Księżyca była jednorożcem, lecz Loki zamienił ją w człowieka; zamieszkała u czeskiej rodziny razem z przybraną siostrą Agnieszką; pewnego razu znalazła pigułki antykoncepcyjne i ciekawości jadła je garściami razem z czarnymi i czerwonymi jagodami; w tym śnie występowały też smerfy,



- w rozmowie z polonistką mówiłem dlaczego znak AURYN przypomina jing - jang,



- Ryszard Lwie Serce urodził się w Świecie Wiedźmina, za radą Geralta i Gandalfa przeniósł się razem z Frodem i Gimlim do naszego świata, aby szukać w nim Graala; po przybyciu do naszego świata Ryszard Lwie Serce przyjął chrzest,



- zetknąłem się ze stwierdzeniem, że nadawana w latach 90 - tych na telewizji ,,Polonia'' reklama herbaty ,,Dilmah'' , na której pokazywano Indie, jest zagrożeniem duchowym.

Spóźnione życzenia




Z okazji wczorajszego święta, Dnia Niepodległości, wszystkim Polakom składam najserdeczniejsze życzenia, aby oni sami jak też ich potomkowie mogli zawsze żyć w wolnej, bezpiecznej, sprawiedliwej , dostatniej i budzącej w oczach świata podziw i szacunek Polsce, która tak jak obecne Węgry potrafiłaby mądrze łączyć tradycję z nowoczesnością.



Sława Wielkiej Polsce!
Fama alden Palana Gracilis!
Slava Vielgoj Palsce!


piątek, 8 listopada 2013

Na śmierć Stalina

,,Gdy Stalin
stolec Moskwy
zdobył
we krwi świat utopić
postanowił.
Przesiedlał więc Tatarów Krymskich;
Mordował Czeczeńców, Inguszów
Głodem morzył Ukraińców rzeszę.
'Wszedł do władzy jak lis
Panował jak lew,
Umarł jak pies'' - ,,Milenium, czyli Nowe Triumfy''




Tego dnia, czarna gleba Cmentarza zamieniła się w błoto, bo ustawicznie zraszały ją łzy uczestników pogrzebu ofiar wczorajszego szturmu na Kościół. Wczoraj pół wsi uczestniczyło we Mszy, teraz pół wsi uczestniczyło w pogrzebie. Bólu rodzin pomordowanych nie sposób oddać słowami.



- Moje dziecko, oni je zastrzelili! - łkała Stara Babucha, której ocalała niegdyś córka, teraz pod kulami bazooki zamieniła się w drgający, zlany niebieską krwią zezwłok, a jej oczy barwy ognia stały się teraz czarne i martwe.
Zginęła cała rodzina Kwiatków, a pan Sołtys miał zakrwawioną, obolałą twarz ze złamanym nosem, w bandażach i ubytkami w uzębieniu. Dziadowscy chcieli wczoraj wymordować wszystkich (może z wyjątkiem Lawendycji), a ich zbrojne szeregi wdzierały się przez wyważone tajemniczym kodem drzwi niczym nadęte fale morza, siejąc spustoszenie. To, że chłopi w ogóle przeżyli było zasługą Kowala; wyrwał ławkę i z jej pomocą tłukł napastników, a tych było niczym szarańczy.
Lawendycja i Heniek szli razem, przytuleni do siebie, nie mogąc nic powiedzieć. Wczoraj Plaptonius domagał się wydania mu żony Heńka, ta zaś nie chciała aby z jej powodu odbywało się oblężenie. Wskoczyła więc pod lufę miotacza płomieni, co niektórzy byliby gotowi porównać do śmierci Wandy.



Ta jednak miała całkiem inne okoliczności. Heniek pobiegł za nią i przeniósł płomień na swoje ubranie, ległszy u boku żony aby razem czekać aż śmierć położy kres cierpieniu. Tak się jednak nie stało; nadbiegli Pan Sołtys i Ksiądz Dobrodziej i peleryną i ornatem stłumili płomienie. Teraz włosy Lawendycji były nadpalone. Pan Sołtys nie był bohaterem dnia. Bynajmniej. Ach, gdyby nie brał tej głupiej spluwy na Mszę i nie pomógł nią Dziadowskim złamać szyfru E (3) 7! Otaczała go powszechna niechęć. Jedynie nieliczne osoby go nie potępiały; mam na myśli rodzinę. Teraz niefortunny lider zwrócił się do Księdza Dobrodzieja, bo wiedział, że ten go nie odrzuci.
- Przepraszam - zaczął, - ale nie wiem co to takiego ten szyfr E (3) 7?
- Jest to najbardziej rozpowszechniony szyfr na świecie - odpowiedział Ksiądz Dobrodziej - jest trudny do odkrycia, a umożliwia dziadostwu dostanie się do wnętrza człowieka.
- To straszne - wzdrygnął się Pan Sołtys - jak można tego uniknąć? - zapytał rzeczowo.
- Wszyscy dysponujemy tym szyfrem - odrzekł Ksiądz Dobrodziej, - ale możemy powstrzymać dziadostwo przed złamaniem go, bezinteresownie kochając bliźnich.
Kondukt żałobny się zatrzymał, ujrzawszy człowieka z siekierą i białą chorągiewką; był to poseł Dziadostwa. Nachylał się i rąbał siekierą jak drewno jakiegoś nieżywego człowieka. Chłopi byli w szoku.
- Ave Stalin! - zakrzyknął do nich poseł. - Waszego Kościoła już nie ma; teraz robimy w nim twierdze Fort Marksa! Piliśmy gorzałę z czaszek waszych trupów - chłopi zamarli z oburzenia - i profanowaliśmy wasze chorągwie, ta jak wy nasze - pięści same się zacisnęły, - a ten człowiek, którego rąbię, to kustosz waszego muzeum, które urządziliście w domu Towarzysza Pogranicznika - chłopi zrozumieli; założone rok temu ,,Muzeum walki i męczeństwa narodu Polskiego w gminie Pawlaczyca w 1950 r.'' znów znalazło się w rękach Dziadostwa. - A to są wasze żałosne eksponaty - mówił poseł wskazując gnaty walające się w krzakach. - Teraz możecie mnie zabić - kontynuował zuchwale, - ale i tak to my was zniszczymy! - widząc, że nikt go nie zabija, oddalił się i zniknął między drzewami. Wybuch płaczu znów obmył groby uczestników zeszłorocznej okupacji i bitwy. Z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, z biegiem miesięcy, Plaptonius gromadził coraz więcej broni, oraz coraz więcej wojowników. Jego pozycji nikt nie zagrażał, bo Andrzejczykowa straciła na zawsze swojego wspólnika w planowanej zemście, którym był Towarzysz Pogranicznik. Od odzyskanej chaty do Fortu Marksa ciągnął się teraz ufortyfikowany sznur samochodów i wozów pancernych, dzielący wieś na dwie części, przy których stały namioty i prowizoryczne punkty obserwacyjno - zaopatrzeniowe. W latach 1952 - 1960 Dziadowscy wybudowali wał ziemny wokół Fortu Marksa, tworząc dziedziniec. Znalazły się w nim budki z benzyną do pojazdów, oraz specjalny dar Partii - cztery helikoptery. Z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc, SCzZDzP popełniał coraz nowsze zbrodnie, dążąc do wytępienia ,,kułackiej'' ludności wioski. Nie przebierali w środkach - ponownie zatruli wszystkie studnie, a poza tym ustawili posterunki strzelnicze nad obydwoma dopływami Wisły i Jeziorem; zabili Rybaka, spalili też dom Młynarza z młynem. Chłopów napadali w nocy, najczęściej wzniecając pożary, oraz rzucali granatami i kierowali kule przeciwko największym zgromadzeniom. 1 maja 1952 roku na pochodzie nieśli ciała pomordowanych. Niszczyli uprawy i stawiali miny możliwie wszędzie. Jednak największą nienawiść żywili do zwierząt dzikich jak i domowych. Granatami niszczyli wszystko od Pasieki po stajnie i obory, a nawet psie budy. Rąbali drzewa w Sadzie (Sadownik zginął w Kościele) jak i w 



Lesie, a z ciał krów i koni układali nazwiska Marksa i Engelsa. Oczywiście Bierut podarł ,,Memoriał o ludobójstwie...'' , kiedy tylko doczytał do informacji o klęsce Dziadostwa.
- Rodacy! Partia ma was w nosie! - mówił eufemistycznie Pan Sołtys na jednym z wieców, kiedy okazało się, że Komitet Centralny aprobuje wszystkie zbrodnie okupantów... Z helikopterów zrzucano granaty, alkohol, ulotki propagandowe i amerykańską pornografię, a od 1953 r. - także zakażoną odzież, oraz haszysz czyli marichuanę.



*




,,Stalinowi powiedz, że jeśli nie przestanie traktować mnie jak swoją niewolnicę, będę dlań szczególnie sroga...''  Była noc roku 1953. Na niebie unosiła się w poświacie Księżyca kobieca postać siedząca nie, nie na miotle, ale na kosie, której ostrze było ustawione do dołu. Kobieta była ubrana na czarno i nie posiadała ani włosów, ani mięśni, ani skóry. Ludzie nie widzieli kościstej latawicy, zaś jej puste 



oczodoły widziały majaczące w oddali kopuły Kremla. Tej nocy towarzysz Józef Wisarionowicz przechodził z łóżka do łóżka, aż areszcie usiadł w gabinecie. Na drugim krześle siedziała Śmierć trzymając kościstą ręką kosę.
- Uczyniłam was swoim współpracownikiem, ale zawsze żałowałam swej decyzji - mówiła nie mając warg, ani ust, a Stalin wybałuszył oczy i nie mógł wymówić ani słowa. - Znam was, możnych tego świata i lubię wam pożyczać swoje kosy. Wy zaś lubicie mi pomagać, ale kiedy przestajecie być potrzebni, robię z wami to co wy robiliście innym ludziom - Stalin otworzył gębę i nadal milczał. - Wiecie co, nienawidzę was możni tego świata! Za waszą pychę. Władza odbiera wam sumienie, ale i rozum. Dlaczego zabijasz, aż tylu ludzi, skoroś sam śmiertelny? - pytała się. - Hitlerowi mówiłam to samo, a wcześniej Abdulhamidowi. Prawdę mówiąc wszyscy jesteście siebie warci. Przegięliście pałę, towarzyszu Dżugaszwili, pokażę wam dlaczego! - Stalin zlał się zimnym potem, a w jego gabinecie ktoś śpiewał:

,,O bogaczu
Godnyś płaczu [...]''




Najpierw wyrzucenie z seminarium duchownego, potem strajk w Batumi.

..Masz gody,
Wygody
I futra
Do jutra''.



Użycie terroru w służbie socjalizmu, śmierć osób cywilnych, znajomość z Wiaczesławem Skriabinem, sąd Rudolfa Krzeczowskiego; Polaka. Dalej wszystko potoczyło się jak w kalejdoskopie. Twarze ofiar czystek; Rosjan, Polaków, Żydów, Ukraińców, Kazachów snuły się niczym chmury po niebie i śpiewały:



,,Skarbiec pełny
Złotej wełny,
Złote runo,
Lecz, że z truną...''



Z bydlęcych wagonów wypadały ciała czeczeńskich, inguskich dzieci, tych i wielu innych narodowości.

,, [...] Ma świat cały cię w respekcie:
A ty wszystkich w tym despekcie [...]''.



Jacyś ludzie byli wiązani drutem kolczastym, a na ich głowy zarzucano worki z trocinami, a potem kule roztrzaskiwały im czaszki. 

,,W złocie chodzisz,
W złościach brodzisz''.

Pies przyjaźnił się z grupą więźniów. Został za to zatłuczony na śmierć kijami.

,,Ta fama
Jest plama.
Trup w szatach
Duch w łatach [...]''.



W arsenałach sroży się broń atomowa, a na Ukrainie ptactwo i ssaki giną pod kulami, aby się nie stać pokarmem dla celowo głodzonych ludzi.

,,Źle żyjesz,
Zawyjesz!
Śmierć nie śmiech,
Dudy w miech [...]''.



Miliony więźniów cierpiało w Gułagu pod hasłem ,,Ciężką pracą odkupuj swe winy''. Krym opustoszał.
Stalin siedzi na krześle, a przed nim kobiecy szkielet w czarnej sukni. Recytacja wokalna ,,Uwag o śmierci niechybnej'' Józefa Baki dobiega końca, a pod sufitem unosi się nagi mężczyzna z ogromnymi, czarnymi skrzydłami, przywołany gestem ręki przez Śmierć. Dalsze losy Stalina okrywa tajemnica...
Nastał ranek a Józef Wisarionowicz długo nie wychodził z gabinetu. Wreszcie gdy zdobyto się na odwagę otwarcia go, zastano wodza martwym. I tak przeminął Stalin jak przemija burza, pożar, powódź, zaraza, czy wojna, a tymczasem gdzieś w Polsce, na Mazowszu, w gminie Pawlaczyca...

środa, 6 listopada 2013

Zemsta

Było to tak. Pan Sołtys w lutym 1951 roku umyślił sobie, że noszenie na plecach karabinu dodaje mu powagi i dostojeństwa. Tak głęboko uwierzył w tą bzdurę, że nie dość, że parkował Ruskomobilem przed Kościołem, to jeszcze wchodził do środka ze swoją strzelającą ozdobą. Biedny Ksiądz Dobrodziej - miał z nim urwanie głowy. Na próżno tłumaczył, że nie spluwa, ale mądrość i dobre serce są prawdziwą ozdobą polskiego działacza samorządowego i że nie godzi się wchodzić z bronią do świątyni Boga, który jest Miłością, że karabin i miłosierdzie pasują do siebie jeszcze mniej niż pięść do nosa. Pan Sołtys jak się raz uparł, to już uparł!
Prowadził Ruskomobil, jadąc razem z żoną, córką, zięciem, synem oraz pukawką i w samochodzie panowała powszechna radość.
- Opowiadaj dalej Przeciwmolówko, tatuś słucha... - prosił córkę.



- Spotkaliśmy w kanale szczura - opowiadała Lawendycja.
- A nie bałaś się? - pytał Pan Sołtys.
- Nie, szczur był bardzo miły i wskazał nam drogę do ambasady RFN abyśmy nie musieli uciekać kanałami.
- A RFN to co to za kraj? - Pan Sołtys zapomniał.
- Niemcy Zachodnie - powiedział Heniek - ambasador pan Rudolf Scheker pomógł nam uciec przed ubekami; zawiózł nas samochodem do Lasu.
- Scheker? - zdziwił się Łukasz. - Ma nazwisko jak ten śp. Berthold z Dziadostwa, co obsługiwał Ul Śmierci.
- Może Scheker to tak samo popularne nazwisko w Niemczech jak Kowalski w Polsce... - odpowiedział Heniek.
- Jak to dobrze, że znów jesteśmy razem! - powiedziała pani Bożena Skyjłycka, a Ruskomobil stanął przed Kościołem obok motorów.
Chłopi wchodzili, wchodzili, a Ksiądz Dobrodziej rozpoczął odprawiać Eucharystię w intencji dziękczynienia.



My już mówiliśmy o Urzędzie Bezpieczeństwa, ale co się stało z Dziadostwem? Gdy Stalin dowiedział się o planach budowy Nowego Bierutowa jako nowej stolicy PRL - u, to ze złości zrzucił Bieruta ze schodów, a ten był blady jak kreda. Stalin groził mu zesłaniem do Kazachstanu, jeśli będzie próbował rozsławiać swoje imię w taki sposób bez zgody dyktatora.
- Zrób kolektywizację i nazwij ten grajdół Stalingradem ku mojej chwale, a nie twojej. Jeszcze raz spróbujesz uszczuplić splendor mi należny. Rób tam PGR - y jak to nazywasz, rób stolicę, a nawet wyrwę w ziemi, aby moje nazwisko było sławione. Niczyje więcej! Zrozumiano? - Bierut miał nieopisane szczęście, że przeżył.
- Tak, tak... Zrobię PGR - y imienia Józefa Wisarionowicza, wszystko skolektywizuję, a co harde - wymorduję - mamrotał półprzytomny i obolały.
- A teraz won, ,,polszaja sobaka''! - Stalin wygnał Bieruta. - I nie zapomnij postawić mi pomnika! - wrzasnął na odchodnym.
Plaptonius na rozkaz Bieruta przygotował się do ponownego szturmu na Pawlaczycę. Z Pomorza Gdańskiego sprowadził nienawidzącą go Sylwię Andrzejczykową, zgromadził też wielu innych współpracowników. Wśród nich był Towarzysz Pogranicznik. Kiedy rok temu został cudownie uzdrowiony za pośrednictwem Księdza Dobrodzieja, w szpitalu psychiatrycznym odkryto, że nie był psychicznie chory. Przeciwnie. Kiedy ochłonął, postanowił porzucić komunizm i prosić o przyjęcie do Kościoła rzymskokatolickiego. Plaptonius wielce się tym przeraził i rozkazał aby za wszelką cenę odwieść Towarzysza Pogranicznika od nawrócenia. Gdy inne metody zawiodły, poddano go silnym elektrowstrząsom, w wyniku których stracił pamięć. Teraz jego świadomość przedstawiała ,,tabula rasa''. Teraz to się zrobi z niego człowieka radzieckiego!
Tymczasem w Pawlaczycy... Stefan i Bożena Skyjłyccy siedzieli na ławce pod ścianą, a nad głowami widniał piękny witraż przedstawiający narodziny Chrystusa w Betlejem. Dziwili się słysząc niepokojący szum, jakby bzyczenie olbrzymiej muchy. Co dziwniejsze na witrażu pojawiła się rosnąca z każdą chwilą szara plama, która robiła się większa i większa. ,,Co to może być''? - zastanawiał się Pan Sołtys. W odpowiedzi kolorowe płytki witraża rozprysły się po całym Kościele raniąc wiele osób. W dziurze w ścianie ujrzano helikopter, za sterem którego siedział Towarzysz Pogranicznik.



- I znów się spotykamy szlachecki łajdaku! - mówił do Pana Sołtysa, choć oczywiście jego krzyku nikt nie usłyszał.
Pan Sołtys najpierw był w szoku, a potem zawrzał wielkim gniewem. Zdjął z pleców swój reprezentacyjny karabin i rozpoznawszy Towarzysza Pogranicznika, wycelował prosto między oczy. Rozprysło się szkło szyby helikoptera, a potem zakrwawiona twarz uderzyła w grządki kolorowych przycisków brudząc je mózgiem. Pan Sołtys strzelał, aż pozbawiony pilota helikopter z wolna zaczął opadać, aż zderzywszy się z podłożem wybuchł żywym płomieniem jako stalowy, płonący grób Towarzysza Pogranicznika. Biedny! Najpierw Pan Sołtys orał nim pole, potem uciął brzytwą ramie, a teraz zastrzelił. nagle dębowa brama rozwarła się na oścież i wyleciała z zawiasów. Weszli do Kościoła uzbrojeni po zęby ludzie, którym



przewodził mężczyzna ubrany w pancerz ze skóry nosorożca indyjskiego, skradzionego z warszawskiego zoo. Tymczasem Pan Sołtys rozgorączkowany trzymał karabin i moczył go potokami zimnego potu.
- Przynosimy wam wolność! - rzekł przerywając milczenie człowiek w skórze nosorożca.
- My już ją znamy! - odkrzyknął Łukasz. - Kimże jesteście?
- Nie poznajesz mnie? - zdziwił się tajemniczy człowiek wybuchając złowrogim śmiechem. - Twój tatuś, Stefan Eustachiewicz nosząc do Kościoła karabin maszynowy pomógł nam złamać szyfr E (3) 7, którym zniweczyliśmy bramy waszej świątyni. A ja jestem Jerzy Plaptonius - zapadła grobowa cisza - czyżbyście mnie zapomnieli? Znów będę liderem pawlaczyckiego Dziadostwa. Przybywam tu w imię Stalina, aby pomścić srogą zniewagę interesu klasy włościańskiej, którą wyrządziliście rok temu - Plaptonius na chwilę zamilkł aby zbadać reakcję. - Poddajcie się kułackie ścierwa, bo towarzysz Bierut dał nam władzę życia i śmierci nad wami, ale choć zasługujecie na śmierć, możecie jej uniknąć. Towarzysz Bierut na moją osobistą prośbę - Plaptonius kłamał jak z nut - zastrzegł, że jeśli dostanę za żonę Lawendycję de Slony, wasza wieś będzie skolektywizowana, a wy wysiedleni na Warmię i Mazury, gdzie już czeka na was przydział ziemi...
Wzburzenie rosło, aż wybuchło jak wulkan.
- Nigdy !!! - jak jeden mąż krzyknęła cała wieś, a Heniek najgłośniej.
- Ognia! - wrzasnął Plaptonius i Dziadowscy nacisnęli spusty kałasznikowów.
Chłopi nie pozostali im dłużni i wyjęli własną broń, oczywiście Pan Sołtys wiódł rej między nimi. Tak oto złamanie przez Dziadostwo szyfru E (3) 7 przeszkodziło w sprawowaniu Eucharystii. Wywiązała się strzelanina - kule dziadowskich wleciały do lufy karabinu Pana Sołtysa, co sprawiło, że oręż uderzył właściciela w twarz. Trup ścieli się gęsto, chłopi przegrywają mimo dzielnej walki. Poza tym Dziadowscy wzięli też bazooki i miotacze płomieni. Ostatecznie chłopi przegrali; z Kościoła udało się wynieść jedynie Najświętszy Sakrament w monstrancji i Biblię, a Dziadowscy pruli na oślep do uciekinierów ścieląc gęsto wyjście zwłokami.
- Wypijmy za zemstę! - mówił Plaptonius podnosząc do góry napełnioną szampanem czaszkę babki Łukasza, pochowanej w Cripta Tanatoporfiria. 
Komuniści usunęli z Kościoła wszystkie obrazy i witraże, wyrzucili relikwie i szczątki zmarłych wójtów i



sołtysów z Cripta Tanatoporfiria. Postanowili zrobić tu fortecę i nazwali ją Fortem Marksa. Zrzucili z wieży krzyż i zastąpili go sierpem i młotem. Dzwony przetopili na broń, a w dzwonnicy urządzili punkt obserwacyjny. Spalili ciała poległych chłopów za pomocą miotaczy płomieni. Wprawili nowe, żelazne drzwi, a potem urządzili libację z ludzkich czaszek. 
Tymczasem chłopi uczestniczyli w mszach odprawianych w stodole Kowala. Jeszcze długo Dziadowscy nosili nad Wisłą i Jeziorem kąpielówki ze zrabowanych ornatów i chorągwi kościelnych.

niedziela, 3 listopada 2013

Wywiad ze szczurem

Była już noc kiedy w ślad za Koszem na Śmieci z Czubkiem w środku, otwór studzienki kanalizacyjnej pochłonął Stracha na Wróble, Lawendycję i Heńka. W ich nozdrza uderzył odór ścieków, a nad głowami szumiała woda w potężnych rurach. Zielony szlam całkowicie zakrył adidasy Lawendycji i zabrudził niebieska sukienkę uszytą ze starego, poplamionego obrusa. Heniek nie wiedział co gorsze; niewola ubecka czy ten exodus? Chyba jednak to pierwsze; teraz byli przynajmniej wolni! Ubecy sprzedali na czarnym rynku ich ubrania, szczególnie wysoką ceną osiągając za złote podkówki z obuwia Lawendycji. Na powierzchni, komendant dowiedział się już o tym co zaszło, przeto postawiono całą esbecką i ubecką Warszawę na nogi. Rozpoczęły się poszukiwania. W kanale pełno było szczurów i karaluchów.



- Nie mogę pojąć co to za dziwni hydraulicy tu przybyli - zastanawiał się na widok naszych przyjaciół szczur wędrowny stojący słupka i uważnie się im przyglądający.
- Nie jesteśmy hydraulikami - powiedział Strach na Wróble, a gryzoń oniemiał, - ale uciekinierami. Jesteśmy z gminy Pawlaczyca na południe od tego miasta - ciągnął - a tych dwoje ludzi i pies, zostali uratowani z niewoli zgotowanej im przez Urząd Bezpieczeństwa. Teraz jego funkcjonariusze zapewne nas ścigają - kiedy to mówił państwo de Slony dziwili się bardzo: dlaczego i co mówi do szczura, który ciekawie przekrzywiał łepek na bok.
- Jeśli umiesz mówić ze szczurami - zwróciła się doń Lawendycja - to powiedz mu, że nie przyszliśmy tu aby go skrzywdzić, ale szukamy schronienia.
- Klap! - oburzył się Kosz na Śmieci na samą myśl, że ktoś może mówić ,,jeśli'' w odniesieniu do zdolności translatorskich Stracha na Wróble.
Ten zaś przekazał szczurowi słowa Lawendycji.
- Możesz im powiedzieć - piszczał szczur, - że nie mam nic przeciwko nim, i że jak chcą uciekać to wskażę drogę do ambasady Republiki Federalnej Niemiec, bo tam znam człowieka, który może im pomóc.



- Mówisz o RFN? - Strach na Wróble tłumaczył klekot blaszanego kubła - przecież oni nie uznają polskiego stanu posiadania na Ziemiach Odzyskanych!
- Ten jest wyjątkiem, podobno ma nawet żonę Polkę - oponował szczur. - Czy w tym co mówisz uznajesz odpowiedzialność zbiorową?
- Nie - zaprzeczyli Strach na Wróble i Kosz na Śmieci.
- A poprawności politycznej też nie uznajecie? - pytał szczur.
- Też nie - potwierdzili Ceta Polikarp i Radodydak.
- Czy uznajecie Niemców za ludzi takich jak wy? - zwrócił się do Heńka i Lawendycji.
- Tak - potwierdzili oboje.
- A teraz:, który naród jest nieomylny, oraz może pogardzać wszystkimi narodami?
- Nie ma takiego narodu.
- W takim razie kogo uznajecie za patriotę? - ale ten szczur był odważny. 
- Prawdziwy patriota to ten kto własny kraj kocha jak matkę, a inne jak braci i siostry - Lawendycja też była uczennicą Pana Konidy.
- Dokończcie zdanie - drążył szczur - granice są potrzebne...
- ... aby łączyć i ubogacać człowieczeństwo narodów - dokończył Heniek.
- Dobrze, a teraz ostatnie pytanie: czy gdyby WSZYSCY mówili, że krowa może latać, a byłoby to kłamstwo, a ci co by je odrzucili, zostaliby wywiezieni do rezerwatu dla ciemnogrodzian i ,,antybostaurystów'', to czy wy byście też tak mówili, a jeśli nie to dlaczego? - ostatnie pytanie przyprawiło Heńka i Lawendycję o napad śmiechu.
- Ha, ha, ha, ha, kłamstwo nigdy nie jest poprawnością, ha, ha, ani polityczną, ani żadną inną, ha, ha, ha - Heniek był oblepiony zielonym szlamem; tak się tarzał ze śmiechu!
Oj, gdyby wrócili do Pawlaczycy, to dopiero mieliby co opowiadać! Kto to widział aby na początku drugiej połowy XX wieku w warszawskim kanale ściekowym, szczur robił test światopoglądowy dwojgu ludzi dopiero co uwolnionych z ubeckiej niewoli!
- No to za mną! - zakomenderował szczur i wszyscy poszli za nim, aż znaleźli się w budynku zachodnioniemieckiej ambasady.

*

Rudolf Scheker, otyły mężczyzna o czarnych, sumiastych wąsach, obudziwszy się, z wolna ogarniał umysłem cały ogrom czekającej go dzisiaj pracy, lecz czuł się ociężały i nie mógł wstać. Wreszcie się przemógł, przeciągnął i opuścił łoże. Z podkrążonymi oczyma stanął przed lustrem w łazience. Patrzy i widzi za sobą jakiś nos z marchwi, żółtą głowę i oczy niby z węgla. Przestraszony krzyknął i odwrócił się za siebie.
- Guten morgen, Herr Scheker - Strach na Wróble elegancko zdjął przed dyplomatą czarny kapelusz.



- Czy, czy jest pan z UFO? - wybąkał Niemiec.
- Rok temu rozmawiałem na weselu z kosmitami z planety Nopes, - ale jestem Strachem na Wróble, zwanym Ceta Polikarp i w kanalizacji rozmawiałem ze szczurem, który polecił mi pana jako sprawiedliwego człowieka - Herr Rudolf szczypał się do krwi w rękę myśląc, że śni.
- Proszę się nie bać - uspokajał go Strach na Wróble - nie przyszliśmy pana skrzywdzić, ale prosić o pomoc. Niech się pan ambasador przygotuje z tą swoją poranną toaletą, a pokażę swoich przyjaciół i powiem o co chodzi.
Niebawem w gabinecie Rudolfa Schekera, Strach na Wróble przedstawił wszystkie osoby.
- Ten Kosz na Śmieci to Radodydak... - zaczął.
- Klap! - odezwał się kubeł.
- To jest Czubek...
- Wow!
- ... a tak naprawdę Uk Tubajtyna, polski owczarek nizinny zakupiony na Ukrainie... - prezentacja trwała.
- ... to jest panienka Lawendycja Ewa Maria Solanescu - ta się skłoniła,- a ten nóż wbił się jej gdy miała osiem latek, a tu mam zaszczyt przedstawić jej męża, pana Gienricha Solanescu z Mołdawii. Ci państwo przyjechali do Warszawy na miesiąc miodowy. Pan Gienrich raczył sfałszować legitymacje z NKWD, ale z żoną wykorzystywał je do czynienia dobra; oczywiście to grzech fałszować dokumenty, ale zostali złapani przez ubeków Grzegorza Kufińskiego i Irosława Morskiego, którzy torturowali ich, a potem chcieli zabić... - ambasador słuchając omal nie zakrztusił się wodą sodową - ... czy pan ambasador wyobraża sobie trzymanie nagich ludzi w szafie, przypalanie ich, cięcie twarzy scyzorykiem - Strach na Wróble był bliski lamentu, a Schekerowi przypomniały się zbrodnie jego własnych rodaków i uznał, że musi zrobić cokolwiek aby pomóc państwu de Slony.
- Czy jest pan Rumunem? - spróbował zagadnąć do Heńka.
- Nie, jestem Mołdawianinem, a mój kraj teraz okupują Sowieci - odrzekł.
- No cóż - teraz Scheker lepiej się przygotował - nie wiem kogo nazywacie szczurem, który mówił o mnie, ale mimo wszystko dobrze trafiliście, bo też jestem przeciwnikiem komunizmu, polskiego i światowego libertyństwa i rządów Stalina, he, he, jestem dyplomatą i nikt mnie nie słyszy, to mogę ich wszystkich smarować ile wlezie, bo zasługują na to! - mówił chichocząc. - Pan Ceta Polikarp mówił, że to grzech fałszować dokumenty. Odnośnie mnie, to uważam, że na końcu jest grób, a za grobem nic nie ma, ale przed grobem łajdactwa nie zniosę. Spuśćcie się na mnie! - zapewnił o swych dobrych zamiarach. 
- To dobrze - odrzekł Strach na Wróble - czy mógłbym prosić o podwiezienie nas na południe na skraj Lasu? Dalej trafimy.
- Aber naturlich! - odparł Scheker i uścisnął dłonie Ceta Polikarpa i de Slony, a dłoń Lawendycji polskim zwyczajem pocałował. 
Wszystkich nakarmił, ubrał, pozwoliwszy wcześniej zażyć kąpieli, a wieczorem zawiózł na południe miasta, gdzie nasi uciekinierzy pożegnali się z dyplomatą i ruszyli w leśne ostępy. Państwo de Slony, a zwłaszcza Lawendycja żałowało, że taki człowiek był ateistą. 
- Mówił, że to dlatego, iż przeszkadza mu hipokryzja osób wierzących - tłumaczył Strach na Wróble.
Tymczasem Urząd Bezpieczeństwa szukał ich w ambasadach Rumunii i USA.
Powrót do Pawlaczycy był bardzo radosny i wręcz niemożliwy do opisania. Dość, że Pan Sołtys poprosił Księdza Dobrodzieja o nabożeństwo dziękczynne za szczęśliwy powrót do domu. Jednak tego dnia stało się coś bardzo złego. Radosne nabożeństwo miało się już wkrótce zmienić w koszmar - Dziadostwo wdarło się do Kościoła!