czwartek, 5 listopada 2015

Sawił Velaroz

,SALACJA, mit. rzym. Bogini staroitalska, personifikacja wody morskiej'' – Z. Drapella ,,Mity i legendy morskie''




Dziewa, napełniona czystym nasieniem Klicza z Sedinum, urodziła mu syna, który otrzymał imię Sawił (Savilus). Chłopiec ów otrzymał od Ageja dar zmiany rozmiarów ciała; w zależności od potrzeby mógł być mały jak krasnoludek, albo wielki jak olbrzym. Od maleńkości będąc dzieckiem psotnym, robił zły użytek ze swego daru; swoimi stale zmieniającymi się rozmiarami chętnie straszył ludzi i zwierzęta, psuł ogrodzenia, deptał uprawy i wykradał łakocie. Miara się przebrała gdy w piątej wiośnie życia powiększył się do rozmiarów olbrzyma i kopniakiem zburzył dom w Sedinum. Uczyniwszy to natychmiast zmalał i już nie mógł zmieniać swego wzrostu w zależności od kaprysu. Jego ojciec, Klicz, czerwony ze wstydu za syna, zbił go paskiem, karząc za niszczenie cudzego dobytku, po czym zapłacił właścicielowi domu w złocie, aby miał za co go odbudować. Mały i głupiutki Sawił gorzko opłakiwał utratę daru, aż w końcu się z nią pogodził. Pod okiem ojca wyrósł na młodego wojownika; obrońcę grodu; dzielnego i odpowiedzialnego. Przemierzał drogi i bezdroża na białym rumaku Śnieżu zakupionym od kupców arabskich. Walczył mieczem i maczugą, zaś jego tarczę zdobiło siedem róż – kwiatów poświęconych Mokoszy. Otrzymał przeto przydomek Velaroz, czyli Wiele Róż.


*


,,Sabinowie, indoeuropejski lud środkowej Italji. Uchodzili w starożytności wraz z Sabellami za protoplastów szczepów środkowo – italskich, łącznie z Sammitami. Pierwotnie ich siedziby były w okolicy Reate i Amiternum, pote zajęli obszary po rz. Liris, Anio i Tybr; […]. Częścią już wcześniej sprzymierzeni z Rzymianami, częścią podbici 290 przed Chr., otrzymali 268 wzgl. 88 prawo obywatelskie'' - ,,Encyklopedia Powszechna Wydawnictwa Gutenberga tom 15 Rewir do Serbja''





Sabinowie wywodzili się od czarownicy Sabiny – kapłanki przerażającej, samozwańczej bogini, nazywanej Vipera, czyli Żmija. Owa Sabina mieszkała w Italii i pochodziła od Grabu i Jodły; dzieci Dobromira. W czasach Sawiła Velaroza, królem plemienia Sabinów był Hersyliusz Tacjusz. Na jego rodzie ciążyła zmaza jego założycielki – czarownicy, która czciła Żmiję, którą była przedwieczna Garafena, co zniszczyła Bujan. Po Sabinie został kult Żmii, której składano w dani młode dziewczęta, któym na kamiennych ołtarzach wyrywano serca miedzianymi nożami. Hersyliusz Tacjusz wydał zakon znoszący kult obmierzłej Matki Żmyi wraz z wszystkimi składanymi jej ofiarami. Rozpędził Żmijowych kapłanów; kolegium Fratres Viperae i obalił zakrwawione ołtarze. Jednak jego jedyna, ukochana nad życie córka znikła i na próżno było jej szukać w całym Królestwie Sabinów. ,,To Żmija pokarała króla'' – szeptano w miastach i wioskach. Na zew króla najdzielniejsi wojownicy Italii udawali się na dalekie wyprawy w poszukiwaniu porwanej królewny, lecz lata mijały a ich wysiłki nie przynosiły rezultatu...





Z Morza Srebrnego, u wybrzeży Svamii (Suomi) – krainy, w której Słowianin Turupit założył gród Turku i gdzie żyły larogryfy, czyli cętkowane pantery o głowach i skrzydłach mew, wystawała wielka wapienna góra, która otrzymała nazwę Panna (Virkena), na cześć Juraty, będącej zarówno Matką jak i Dziewicą. Na samym szczycie góry Panny wznosił się zaczarowany zamek, a w nim mieszkała uwięziona królewna. Jej imię brzmiało Salacja; po słowiańsku: Solanka i była umiłowaną córką Hersyliusza Tacjusza, króla Sabinów. W zamku miała moc sukien i klejnotów, oraz zastępy ślepo posłusznych niewolników ze Sklawinii i Afryki, nic ją jednak nie cieszyło. Salacja była przerażona. Gdy płakała siedząc na łożu z kości słoniowej, do jej bogato zdobionej komnaty wszedł cicho jak kot, pan zamku. Był to mąż o cerze białej jak mleko, a miękkiej i pokrytej śluzem niczym u żaby. Ciało miał miękkie podobne gnijącej rybie, oczy wyłupiaste, pozbawione powiek i czerwone, włosy długie i czarne, pokryte śluzem a wijące się jak węże, uszy spiczaste, kły białe i długie, palce długie i spięte błoną niczym stopy kaczki, a od całej jego postaci bił zapach jodu i nadpsutej ryby. Miał na sobie obcisły, czarny kaftan, zaś na szyi złoty medalion z wężem morskim gryzącym koniec własnego ogona. Salacja widziała właśnie przed sobą morskiego wampira, a imię jego: Radosz.
- Jak długo jeszcze zamierzasz mi się opierać? - mówiąc to wąpierz ujął królewnę pod brodę dłonią płetwiastą, mokrą i zimną jak u trupa. - Czy budzę w tobie aż taką odrazę? - ociekający wodą jak wodnik, Radosz, król morskich wąpierzy pijących krew ryb i wielorybów, a czasem ludzi, ilekroć nawiedzał piękną, złotowłosą i niebieskooką córę władcy Sabinów, budził w niej taki wstręt i strach, że nie mogąc mówić, krzyczała przeraźliwie z płaczem.
Tak było również tym razem z tą, w której żyłach płynęła krew Fawiliusza, pierwszego władcy sabińskiego ludu.




- Jesteś głupia i niewdzięczna – orzekł wąpierz. - Skoro nie umiesz docenić moich darów i nie jest ci miłym zostać jedną z mojej rasy, dobrze więc, zabiorę ci wszystko czym cię tak hojnie obdarowałem. Jeszcze dziś stracisz wszystkie swoje suknie i błyskotki, pachnidła i niewolników. Ba! Pozbawię cię nawet wszelkiej żywności i napojów, tak, że będziesz tkwiła w tym zamku, w komnatach bez mebli i ozdób, piła swe łzy i gryzła ręce z głodu, lecz ja nie zlituję się nad tobą, dopóki ty, głupia smarkulo, nie porzucisz swych fochów i nie wyjdziesz za mnie. Gdy się wreszcie zgodzisz, będziesz żyć wiekami przy moim boku jako nieśmiertelna królowa morskich wąpierzy, w imię pana naszego, węża Gorynycza. To jest moje ostatnie słowo – Radosz, syn Gniva wyszedł z komnaty mamrocząc jakieś niepojęte wampirze klątwy i zostawił królewnę Salację płaczącą na łożu z kości słoniowej.
Przez cały czas swego uwięzienia, tęskniła za ojcem, braćmi i ziemią ojczystą. Tęskniła za zielenią i Słońcem Italii, tu zaś otaczało ją zewsząd zimne morze. Wiele już lat minęło odkąd w czas uczty w ogrodzie znikła na oczach biesiadników w obłoku czarnej mgły, tak jak później Ludmiła, żona Jerusłana, którą porwał złośliwy czarownik Czernomor. Lękała się mokrego i zimnego jak ryba władcy srebrnomorskich wąpierzy z rodu Gnijewiczów, który był gwałtowny i okrutny, a już za nic na świecie nie chciałaby zostać wampirzycą.
Klątwa zaczęła się spełniać. Salacja utraciła suknie i wyszywane perłami pantofelki, meble, niewolników, klejnoty, pachnidła i dywany. Wszystko to rozwiało się jak mgła, bo też z mgły było utkane. Podobnie znikły kryształowe naczynia, wino i wszelkie smakołyki. Królewna musiała teraz spać na niczym niepościelonej, marmurowej podłodze, a głód i pragnienie z każdym dniem coraz bardziej dawały jej się we znaki. Jurata, królowa Morza Srebrnego chętnie udzieliłaby schronienia nieszczęsnej więźniarce zamku Krucze Gniazdo na szczycie Góry Panny, lecz nie jej pisane było uwolnić Salację, ale temu, którego miecz zwał się Knin, a tarcza przedstawiała Wiele Róż.
Sawił Velaroz opuściwszy Sedinum udał się na poszukiwanie przygód a sławy, idąc wzdłuż wybrzeża Morza Srebrnego, po drodze tocząc setki potyczek z rozbójnikami, strzygami, wilkołakami, wąpierzem Patkulem z Semigalii i bandami sinych ludzi. W Burus posłyszał opowieść o zamku na szczycie Góry Panny; pełnym rzadkich skarbów, z których największym była prześliczna królewna z dalekiego kraju. Zamek ten, znajdujący się u wybrzeży Svamii, gdzie Turupit wzniósł gród Turku i władał Słowianami i Czuhońcami, należał do Radosza Gnivica – króla morskich wąpierzy, a zamknięta w murach zamku królewna była jego więźniem. Sawił jak na junaka z rodu junaków przystało, nie zwykł cofać się przed niebezpiecznymi przygodami. Zbudował tratwę i wypłynął na północ, ku brzegom Svamii. Przekonał się, że zasłyszane w gospodzie opowieści mówiły prawdę. Wspiął się na grzbiecie wiernego konia Śnieża po stopniach wykutych w skale Góry Panny i maczugą Puławem sforsował złotą bramę zamku. Ujrzał w nim konającą z głodu i pragnienia na gołęj podłodze królewnę Salację. Czym prędzej nakarmił ją wziętym na podróż chlebem i suszoną rybą, podzielił się też manierką wody. Sawił nie znał mowy sabińskiej, ani Salacja słowiańskiej, rozmawiali zatem w języku starokrasnym – lingua franca ówczesnego świata. Bohater wyprowadził córkę sabińskiego króla z zamku ostrożnie znosząc ją po tysiącach schodów, po czym posadził ją na tratwie i oboje zostawili Górę Pannę daleko za sobą.
Tymczasem do porzuconej, złotej klatki Salacji przybył jej dręczyciel, król Radosz. Ujrzał roztrzaskaną bramę i spostrzegł brak branki, przeto puścił się w pogoń. Odnalazł Sawiła i Salację u wybrzeży ziemi Słowińców. Wnet na oczach przerażonej dziewczyny starli się dwaj wrogowie; jeden będący mocarzem na lądzie, drugi zaś w morzu. Miecz Knin ciął ciało króla Radosza jakby to były głowy hydry; co odrąbał, to w mig odrastało. Radosz dziesięciokroć wciągał Sawiła pod wodę i bohater dziesięciokroć się wynurzał. W końcu Sawił odciął podobną do wielkiego, czarnego gluta głowę morskiego wąpierza, a zaraz potem wbił mu ostrze Knina w serce, aż przeszło na wylot. Odcięta głowa wrzasnęła pod wodą. Wąpierz już nie żył. Sawił wychodząc z wody wytaszczył ciało i głowę wroga, po czym po wysuszeniu go, razem z Salacją nazbierał sosnowych gałęzi i spalił je na popiół, aby wąpierz się nie odrodził. Wówczas to, jakby Salacja mało widziała owego dnia, ujrzała jeszcze jak jej wybawiciel najpierw rośnie wyższy niż najwyższe drzewo, potem staje się mały jak palec, na koniec zaś przybiera zwyczajny wzrost człowieka w Sklawinii.
- Agej przywrócił mi dar z dzieciństwa! - oznajmił przerażonej Salacji.
Oboje postanowili ruszyć na południe, do ziemi Sabinów, aby królewna mogła jeszcze raz ujrzeć swego ojca i braci. Tam mieli się pobrać, a następnie udać się do Sedinum i tam zamieszkali. W sercach Sawiła i Salacji zrodziła się wielka miłość.


*




- Czy wy, mężowie, zawsze musicie się bić? - zawołała z rozpaczą w głosie Salacja widząc jak Sawił staje do pojedynku z innym junakiem, zakutym w zbroję czarną jak antracyt. Mógł stać się wielki jak stolim i rozdeptać czarnego rycerza niczym żuka, ale wolał walczyć honorowo, nawet gdyby miał polec. Przeciwnikiem Sawiła był witeź Zawisza (Savissa), syn Knieimira z Grabowa. Tenże Zawisza okryty czarną zbroją, walczący mieczem Rosną i zasłaniający się tarczą, na której wymalowany był biały orzeł Tinez w złotej koronie na polu czarnym, był przodkiem bohatera Polaków, Zawiszy Czarnego, co okrył się sławą pod Grunwaldem, a o jego prawości krążyło powiedzenie: ,,Polegać jak na Zawiszy''. Obaj bohaterowie spotkali się na jednej drodze, a żaden z nich, pełen dumy, nie chciał ustąpić, za to rwali się do śmiertelnych zmagań, aby zdobyć sławę i łupy. Nie zważając na płaczliwe piski przerażonej dziewczyny, wojownicy z grodów Sedinum i Garbowo skrzyżowali ze sobą miecze. Gdy ze sobą walczyli, spod spiżowych ostrzy leciały iskry i huk się rozlegał niby uderzenie gromu. Junacy walczyli jak lwy, aż pospadali z koni. Powstali i znów poczęli walczyć, aż Słońce przyglądając się ich zmaganiom zapomniało zajść. Tak mijała godzina za godziną, niby na turnieju, aż w końcu obaj przeciwnicy, zbyt zmęczeni by dalej się potykać, porzucili swe swary.
- Wreszcie spotkałem męża równego sobie w sile i wytrwałości! - rzekł Zawisza Knieimirowic. - Poznaliśmy się w boju, czas żebyśmy z przeciwników, stali się sobie braćmi! - zaproponował Sawiłowi pan na Garbowie.
- Czy aby się móc zaprzyjaźnić, musieliście się najpierw prać? - Salacja nie kryła swej irytacji.
- Niewiasty nie rozumieją junackich obyczajów – odrzekł Sawił, co jeszcze bardziej ją zeźliło.
Obaj wojownicy poprzysięgli sobie dozgonne braterstwo, co natychmiast przypieczętowali wymieniając się złotymi znakami kras noszonymi na szyi. Od tej pory Zawisza Knieimirowic ruszył na południe razem z Sawiłem Velarozem i Salacją, której żaden z obu mężów nie ważył się pohańbić, przeżywając po drodze mnóstwo przygód. W Puszczy Żelimirskiej na ziemiach polskich, obaj junacy zabili większego niż krowa a strasznego jak smok, burego warana Pożeracza, któremu zastraszeni kmiecie składali w dani dzieci i młode, piękne dziewice. Idąc przez ziemie późniejszej Bohemii omal nie postradali swych młodych żywotów w nurtach rzeki Požary, gdzie weszli aby ubić wodnika Požarka, który miał duże, rybie łuski na twarzy i wciągał pod wodę dziewczęta uprzednio wabiąc je kolorowymi wstążkami, aby je zjadać. Sława poprzedzała ich kroki, gdy razem z królewną Salacją kierowali się z wolna ku ziemiom sabińskim.







środa, 4 listopada 2015

Żmijewki

,, […] straszliwy smok rozerwał ogniwa i z rykiem wystawił łeb z czeluści, szydząc z Jarowitowych piorunów. […] Smok przewrócił się na wznak i jego purpurowo – złota skóra poczęła z hukiem pękać i wynurzyła się z niej nowa istota. Na cześć […] Matki Żmyi potwór przybrał postać przeokropnie długiej i szerokiej żmii, zionącej ogniem i lodowym powiewem, której głowę uwieńczyła złota korona.
- Vabo yseno tzay Horinič1! - ryknął wąż, aż góry zadrżały.- Któż jak Gorynycz Wielki, łycar i gospodar, pogromca Enków! - wołały Licho, Čart i Przegrzecha. Gorynyczowi służył smok Girginicz, ogromny zaskroniec z Czterowody; rzeki w Ojcowie [i inne złe istoty]. Ponadto jego synami były smoki Żmej Tugarin i Wołoszyn […]'' - K. Oppman ,,Perłowy latopis''




Wąż Gorynycz był drugim po smoku Rykarze wcieleniem Czarnoboga. Wynurzył się z jego skóry w IV wieku ery jedenastej. Na czele nieprzebranych rzesz Čortów i straszydeł pustoszył świat, zwyciężając Enków, spośród których wielu uwięził. Dopiero ofiara z życia dwóch braci z Aplanu, spalonych przez zdradzieckiego smoka Puczajkę, zamieniła Gorynycza w pasmo górskie dziś nazywane Uralem. Wąż utracił swą moc; został strącony piorunem Jarowita na dno Čortieńska i przykuty łańcuchem do korzeni Wielkiego Dębu. Każdy pierwszy wiosenny grzmot wzmocnił ów łańcuch, lecz ten słabł nieubłaganie, aż po raz drugi zerwał się w erze trzynastej, kiedy to uwolniony Gorynycz zamienił się w smoka z Vovel – obecne, trzecie, przedostatnie wcielenie Czarnoboga.
Gorynycz był królem wszystkich Čortów i innych istot czyniących zło, a jako nałożnice służyły mu mamuna Locha i Mara wraz z wszystkimi bieśnicami. Nie wystarczyły one jednak Wężowi Otchłani. Choć spętany łańcuchem Swarożycowej roboty, nawiedzał młode i piękne niewiasty z rodu ludzi podczas snu, aby napełniając ich łona swym obmierzłym nasieniem płodzić córki – Żmijewki. Miały one postać niewiast o oczach żmijowych, mogących w dowolnej chwili zamieniać się w wielkie żmije. Zęby owych córek Gorynycza były białe i ostre, sączyły bardzo silny jad, przeto ich ugryzienie przynosiło śmierć. Potrafiły zmieniać skórę jak węże, a ponadto dysponowały wielką siłą, tak, że skręcały głowy lwów, albo byków, oraz mocą magiczną. Zwierały małżeństwa z mężami z rodu ludzi, kusząc ich swą urodą ku ich zgubie, bo choć piękne, nie znały co to miłość, lecz były tak złe jak ich ojciec.


*




Banica z Lisopłochów, córka węża Gorynycza i prostej chłopki Średnicy, której ojcem był Wis, syn Staura z Siewielska, miała cerę jasną i jedwabistą, zaś wijące się jak małe żmijki pukle czarne niczym pkieł i miękkie jak sierść szczeniaka. Włosy opadały jej czarną, lśniącą kaskadą, aż do pasa. Żmijewka była smukła jak łania, a głos miała uwodzicielski niczym pienie rusałki albo syreny. Wychowywała się w rodzinie kmiecej razem z braćmi i siostrami, któych Średnica urodziła napełniona nasieniem rolnika Bądźwy. Od maleńkości budziła lęk – zarówno swą siłą, mocą czarodziejką, wężowymi oczami i zwyczajem zrzucania skóry w miarę dorastania, ale nikt nie ważył się jej skrzywdzić; czy to z litości, a może po prostu ze strachu przed zemstą jej ojca. Żmijewka Banica wychowywała się w Lisopłochach razem z ludzkimi dziećmi, aż przyszło jej świętować czternastą wiosnę życia. Była inna niż jej siostry. Nie radowała się kąsaniem i łamaniem kości, szczerze sławiła Ageja i Enków, choć mówiono, że jako córka Gorynycza nie ma szans na wieczne życie. Była cicha, spokojna, kochająca swą macierz i przybranego ojca. Nie sprawiała im zmartwień poza jednym; który chłopak zechce wziąć za żonę dziewczę tak niebezpieczne, chociaż piękne? W przeciwieństwie do innych Żmijewek, Banica pragnęła kochać i być kochaną, związać się z mężem, nie ku jego straszliwej zgubie, lecz po to by być mu żoną i matką jego dzieci. W Lisopłochach wszyscy synowie gospodarscy stronili od niej, jako od córki króla Čortów. Jeden tylko parobek Stesław, syn Greka Gebadiusza z Siewielnicy, odważył się okazać jej przyjaźń, choć wiedział, że jest groźna jak smok. Ich przyjaźń przerodziła się w miłość, która napełniła wieś przestrachem i zgorszeniem.




- Gorynycz nie byłby jej spłodził, gdyby mu na to Agej nie pozwolił – przemawiał Stesław na wiecu, który zwołano aby wyperswadować mu pomysł ślubu ze Żmijewką – więc skoro żyje, ma to sens. Zresztą każde życie, nawet przysługujące złej istocie, pochodzi od Tego, który jest Dobrem i dlatego zawsze ma sens. Miast nas potępiać, pozwólcie raczej Banicy zerwać to co ją łączy z ojcem – Čortem, nie zabijajcie jej, ale raczej dajcie jej szansę stać się istotą ludzką – więc chociaż niezbyt chętnie, zgodził się na propozycję parobka, bo sam duch Ageja mówił jego ustami.
Stesław wiedzia już jak może połączyć się z Banicą. Za radą starego kapłana Orłosza, któy odszedł z kąciny, by wieść w puszczy życie pustelnika, zaprowadził swą wybrankę nad świętą rzekę Visanę, której wody miały moc leczyć choroby i niweczyć złe czary. Żmijewka prowadzona przez Stesława pod rękę, trzy razy zanurzyła się w szarych wodach Visany. Za trzecim razem niebo pociemniało, jakby hordy strzyg zasłoniły Słońce i w oddali rozległ się dobiegający z najgłębszej głębi Ziemi ryk szarpiącego łańcuchem węża Gorynycza. Ów pełen wściekłości ryk zamilkł gdy Jarowit strzelił piorunem. Banica wyszła z wody, a jej biała suknia ociekała ją. Niebo się rozjaśniło, zaś Żmijewka przestała być Żmijewką. Straciła moce nadludzkie, a jej oczy z żółtych stały się niebieskie. Stary pustelnik nadał jej nowe imię, które brzmiało Jasna, bo wody Visany zmyły z niej Ciemność.
Widząc ów cud chłopi z Lisopłochów już nie bronili Stesławowi i Banicy Jasnej wzajemnej miłości. Pobrali się i wyprawili wesele, na którym młodzieńcy i dziewczęta tańczyli radosny taniec przeplatany z gonitwą.




1 Imię moje jest Gorynycz!

wtorek, 3 listopada 2015

Oniricon cz. 159

Śniło mi się, że:



- byłem w majątku szlacheckim, gdzie razem z piękną córką właściciela majątku - blondynką w białej sukni, jeździłem konno brzegiem jeziora i widzieliśmy kąpiące się rusałki; potem przy śniadaniu jej ojciec okazał niezadowolenie z tego powodu,



- widziałem karykatury Obamy jako Hitlera, noszącego perukę, lub jedzącego ser; zauważyłem, że stracił na popularności, podczas gdy na początku kadencji porównywano go do Jezusa,
- Ferdynanda Kiepskiego okradł gang złodziei z Czeczenii; w tym odcinku serialu wystąpili prawdziwi Czeczeńcy,



- szukałem pracy w kopalni soli w Wieliczce,




- po klęsce wyborczej PO, Pavlas ov Vidłar zaczął ku memu przerażeniu popierać Adama Zandberga,
- jechałem tramwajem wioząc w plecaku ,,Zwierzaki''  i inne czasopisma o zwierzętach, widziałem ubranych w niebieskie mundury konduktora i konduktorkę, którzy nazywali analfabetów ,,bąkami'',



- w jakimś fantastycznym świecie żyją latające piranie; pół - ryby, pół - gady latające na błoniastych skrzydłach,



- szukałem w Internecie godła Bahrajnu,
- PSL opracowało ulotkę mówiącą o tym, że przed tysiącami lat Żydzi z Kosmosu przylecieli statkami kosmicznymi na ziemie polskie do Gdyni i Gdańska i założyli dynastię przywódców Polski takich jak Adam Michnik czy Ewa Kopacz; w autobusie mówiłem do Pavlasa ov Vidłara, że ,,zwisa mi i powiewa'' czy Ewa Kopacz jest Żydówką, ważne jakim jest człowiekiem,
- Maryja była jednym z wcieleń Mokoszy,



- niektórzy sądzą, że w Gdyni znajduje się grób boga Ageja, lecz w rzeczywistości są to jedynie ruiny jego świątyni,



- poznałem legendę o łysej zakonnicy; byłą gruba, blada i obnażona do pasa,
- szukałem jedzenia w śmietniku,



- w dużym akwarium miałem mnóstwo węgorzy, które brałem do rąk, aby je wypuszczać do Morza Sargassowego,
- w latach 90 - tych w rosyjskiej armii walczyło wiele dzieci mających zabijać nożyczkami do paznokci, a jakiś dorosły żołnierz odebrał im nożyczki; jedno z tych dzieci nazywało się Malczisz - Kibalczisz,



- ułożyłem zagadkę o Borysie Jelcynie, w której był on potomkiem Tatarów ze względu na skośne oczy,



- mimo moich wysiłków tury wyginęły w 1827 roku.

Dziewoklicz

Działo się to w Sedinum, za panowania króla Mojmira Gryfosławica, drugiego władcy z dynastii Gryfitów. Największym z bohaterów grodu Welesa – Trygława i Sediny był Klicz, syn Mścidruga, syna Uścisza, syna Miseła, syna Kołysza, syna Kotyszki – Kocisza, syna Gryfiusza, syna kupca Łaskarza, przez Greków zwanego Laskariosem. W noc narodzin junaka Klicza rozpętał się wielki sztorm na Morzu Srebrnym, zaś oczom jego matki Selisławy ukazały się dwie bliźniacze gwiazdy, których blask wybijał się ponad światłość reszty gwiazd. Bohater walczył mieczem Siczeniem przecinającym stal i żelazo oraz ciężką jak dzik maczugą Pałem, którą otrzymał od samego Welesa. Za wiernego towarzysza licznych wypraw, wojen z Jutami, Stolimami i innymi Słowianami miał karego, turańskiego konia, któremu nadał imię Laskij. Otrzymał go ponoć od samego Boruty.


*




W ósmym roku od wstąpienia na tron króla Mojmira, Klicz wyruszył na zachód w głąb Sklawinii, szukając przygód. Na jego piersi spoczywało maleńkie, zawieszone na rzemyku pudełko, w którym znajdował się kołatek – chrząszcz żywiący się drewnem. Nie był to zwykły owad, jeno zaklęta weń dusza pokutującego skąpca z ziemicy Antów. Kołatek, jako, że niegdyś należał do rodu ludzi, znał ludzką mowę, a ponieważ nabył mądrości dzięki cierpieniu, nieraz służył Kliczowi radą, a głos jego był cichy jak głos krasnoludka.




Podczas owej wyprawy dotarł do wioski, zwanej Siewa, bo mieszkali w niej siewcy. Wstąpił do karczmy, gdzie pijąc miód i jedząc pieczonego prosiaka, usłyszał szereg opowieści o dziwach mijanej krainy. Jedni, pijący złociste piwo i spożywający kaszę ze skwarkami, prawili o budzącym wielką grozę słudze Zarazy – białym koniu Marmurze, przez Germanów z Dalekiej Północy nazywanym imieniem Maar. Koń Marmur miał ponoć pięć nóg i ogniste oczy rusałki, albo Wiły, a bił odeń odór truchła. Ów koń roznosił straszliwe choroby. Inni siedzący z drewnianymi łyżkami nad miskami bigosu, opowiadali o wąpierzu o imieniu Miseł (Misele), który mieszkał na wschodzie, na ziemi Antów, w kurhanie gdzie pilnował zaczarowanego rogu. Miseł był groźniejszy od innych wąpierzy – nie szkodziły mu ani promienie Słońca złotego, ani srebrne ostrza, czosnek, ni nawet święty znak kras. Niczym Talos – wykonany z brązu automat strzegący Krety, wąpierz ów miał jeno jeden słaby punkt na swoim ciele. Wystarczyło wyrwać mu z prawej łydki rogową zatyczkę, a wówczas wykrwawiłby się. W późniejszych wiekach zginął w ten sposób z ręki wielkiego bohatera Antów – Jerusłana Zalazarowicza i jego dawnej kochanki Mysl'i – niewiasty przybierającej postać łasicy. Wreszcie znaleźli się też tacy, co zajadając jajecznicę i kiełbasę mówili coś o żyjącym na jakiejś dalekiej, północnej, albo i południowej wyspie plemieniu Ostriaków, czyli Ludzi Wschodu. Ich pierwszym władcą był słowiański chłop Wawiła, który pokonał swego cara i na wyspie Ostriaków wzniósł kamienne labirynty - ,,vaviłony''. Kończąc prosię, Klicz usłyszał cichuteńki głosik zamkniętego w pudełku chrząszcza kołatka.
- Powiadają o tej okolicy – zaczął pokutujący skąpiec – że gdzieś w pobliżu, parę wiorst za starym młynem jest zaklęta pieczara, a w niej cudna panna, która czeka aż jakiś junak zdejmie z niej zły czar i ją poślubi – w swoim rodzinnym Sedinum, Klicz podobał się wielu dziewczętom, lecz żadnej nie upatrzył sobie dotąd na żonę i matkę swych dzieci.
- Prowadź, kołatku – szepnął do chrząszcza.




Zapłacił za posiłek i opuścił karczmę. Idąc za głosem żyjątka opuścił wieś Siewę, po czym długo kluczył po łąkach, ugorach, lasach i mokradłach, aż wśród boru ujrzał grotę, którą kołatek nazwał zaczarowaną. Bohater wszedł do niej i odnalazł Dziewę, córkę Kazimierza, syna Władysława, syna Stanisława, syna Moisława, syna Moidruga – swą późniejszą, umiłowaną nad życie towarzyszkę. Zdaniem Kosy Oppmana, Klicz zdjął zeń czar całując ją gdy była pod postacią ropuchy. W innej wersji, notowanej przez ,,Codex vimrothensis'' dokonał tego niosąc Dziewę na ramionach w jej prawdziwej postaci – jako urodziwą pannę o sięgających pasa złotych włosach; miękkich i lśniących jak u rusałki. Kołatek uczciwie ostrzegał, że wbrew pozorom nie będzie to łatwe zadanie; i rzeczywiście. Choć dla silnego junaka, smukła panna ważyła tyle co mały kotek, niosąc ją ujrzał straszliwy mrok i setki ognistych ślepi. Słyszał wycie wilków, ryk smoka i syk nieprzeliczonych kłębowisk jadowitych trusi. Strzygi i wąpierze z wrzaskiem i chichotem drapały go szponami i biły biczami z kolców, złe drzewa złośliwie podkładały mu korzenie pod nogi, a urodna zwodnica kusiła obietnicami cielesnych rozkoszy. Na domiar złego lunęło jak z cebra. Mimo tych wszystkich przeciwności, Klicz z zaciśniętymi zębami wyniósł Dziewę z lasu i tak przełamał zaklęcie. Posadził ją na grzbiet Laskija i pognał z nią do najbliższej wioski. Jego serce przepełniała radość.


*




,, […] - To jest nasz podręcznik sztuki czarnoksięskiej zatytułowany 'Jak zostać Opyrem'? W gwarze Orów z ziemi Pokut' 'opyr' oznacza czarownika, ale też wąpierza, bądź upiora. Opyrowie to czarnoksiężnicy najlepsi w swym kunszcie, cieszący się największymi łaskami Czarnoboga […]. Ciemny lud lęka się opyrów jak Čortów i nigdy nie prosi ich o pomoc. Co najmniej raz w roku, opyr, by zachować swą moc, musi ku czci Rykara – smoka piekieł wypić kubek krwi małego dziecka, bądź młodej dziewicy, co upodabnia go do wąpierza. Opyrem może być jeno mąż urodzony pod znakiem Skorpiona ze specjalnym, tajemnym znamieniem na ciele, oraz nie może jeść mięsa koźląt – Barannus nie pragnął zostać opyrem, bo nie miał krwawej natury'' – K. Oppman ,,Perłowy latopis''




Opyr Kaławik założył miasto Kaławę. Był chudym, pomarszczonym starcem w czarnych jak kir, powłóczystych szatach. Nosił długie włosy, wąsy i brodę białe niczym mleko. Nikt nie rodzi się opyrem. Kaławik został ową przerażającą istotą, aby móc rzucić straszliwą klątwę w akcie zemsty na wrogu, co go skrzywdził. Dopadł go i wyssał zeń całą krew. Od tego czasu minęło wiele lat. Kaławik zrazu wzdrygał się przed piciem krwi niewinnych dzieci, lecz z czasem stracił wszelkie skrupuły i stał się potworem. Gdziekolwiek się pojawił, budził strach większy niż smok, zaś Kaławę uznali Słowianie za gród nawiedzony i przeklęty, przeto stronili odeń jak od trędowatego. Tak jak czarownice miały swoich chowańców – zaczarowane zwierzęta, bądź Čorty pod ich postacią, tak również opyr Kaławik przez długie lata hołubił podobną istotę. Był nią Čort Kočar o ciele żmii, który narodził się z upadłej kuczarićy, czyli strzegącego domu ducha - żmii z ziem Krobacji. To właśnie Kočar - zła kuczarića co wybrała węża Gorynycza, umożliwił Kaławikowi zostanie opyrem w zamian za zatratę duszy. Fundator grodu Kaławy karmił Čorta – żmiję mięsem coraz większych zwierząt; od myszy i wróbli, po zające i prosiaki, zaś mieszkający w ciemnej komórce Kočar rósł nieubłaganie, aż stał się wielki jak pyton. Już nie wystarczyły mu małe zwierzątka, ale jak prawdziwy smok począł żądać ofiar z dziewic. Liczni junacy usiłowali zabić węża – potwora, lecz ginęli od smrodliwych wyziewów z jego paszczy. Wówczas Kaławik pojął, że pragnąc zemsty stał się jeszcze większym łotrem niż ten co go skrzywdził. Płacząc spalił swe magiczne księgi, po czym przebił sobie serce srebrnym sztyletem. Mógł uzyskać przebaczenie, bo Agej jest bardziej miłosierny niż dobrzy ludzie, ale zabił się, a jego duszę pochłonęła ciemność Čortieńska. Kočar zasmakował w życiu smoka i nie przestawał gnębić ludzi z Kaławy i okolicznych osad.
Takie opowieści usłyszeli wędrujący razem przez ziemicę sklawińską Klicz i Dziewa w karczmie we wsi Liszki.
- Nakłoń ucha ku mej radzie – Klicz usłyszał dobiegający z drewnianego pudełeczka głos kołatka. - Wielkiego węża Kočara o Smrodliwym Oddechu nie może zabić zwykły miecz taki jak twój Siczeń jeno Miecz Samosieczny, taki jak te, o których prawią Antowie w swoich skazkach. Miecz ten tkwi w kamieniu gdzieś w pobliskim lesie. Najsilniejszy siłacz nie wydobędzie go ze skały, uczynić może to jedynie niewiasta co nie zaznała męża, a ta siedzi obok ciebie – Klicz zrozumiał, że kołatek mówi o Dziewie. - Innym sposobem jest zabicie żmii przez wetknięcie jej buraka w paszczę; burak bowiem odbiera upadłej kuczarićy moc zabijania oddechem.
Idąc za radą pokutującego skąpca, Dziewa i Klicz poszli do pobliskiego lasu i odnaleźli wśród kniei szary głaz z wbitym weń mieczem. Dziewa będąc czystą i niewinną dziewicą, istotą szczególnie miłą Agejowi i Enkom, choć nie miała wielkiej siły w rękach, wyjęła miecz z kamienia bez większego trudu, tak jak po wiekach uczynił to Artur. Klicz, choć wielki mocarz nie był w stanie dokonać tego czego dokonała Dziewa. Oboje wsiedli na Laskija i niosąc Miecz Samosieczny pognali w stronę wyludnionego i zarosłego lasem podgrodzia Kaławy. Olbrzymi wąż nie kazał na siebie długo czekać – przeciwnie; radując się perspektywą pożarcia męża, niewiasty i konia za jednym zamachem jak błyskawica wystrzelił z piwnicy opuszczonego domostwa. Rozdziawił paszczę obnażając jadowe zęby, dłuższe niż kły tygrysa, a z czeluści jego trzewi jęły się wydobywać chmury zatrutego oddechu. Jednak Dziewa była nie tylko czysta, ale i odważna, niczym Amazonka. Cisnęła w żmiję burakiem, a gdy potwór połknął warzywo, stracił swój zabójczy oddech. Gdy rozsierdzony ruszył ku przybyłym, bohater wydał rozkaz Mieczowi Samosiecznemu, a ów rzucił się na potwora i nim upłynęły trzy mrugnięcia okiem, posiekał go na miriady miriad drobnych kawałeczków, z których wyprawiły sobie ucztę kruki.
Nie czekając na pochwały i wiwaty okolicznych chłopów, Klicz wraz ze swą wybranką zatrzymując Miecz Samosieczny, ruszyli na zachód w stronę Sedinum. Tam osiedli i pobrali się. Król Mojmir nadał dzielnej parze herb Siedmiogłów wyobrażający zielonego węża siedmiogłowego na polu czerwonym. Ich synem był wielki junak – Sawił, zwany Velaroz. Gdy śmierć zabrała Dziewę i Klicza, Enkowie zamienili ich ciała w jezioro, którego wody mają, a przynajmniej miały moc leczyć wszystkie choroby. Jezioro to otrzymało nazwę Dziewoklicz z połączenia obu imion jakie nosili i do dziś znajduje się w Szczecinie.





,,Niech Czytelnik nie wierzy w to, że wody jeziora Dziewoklicz leczą trąd, czarną śmierć, czy raka, jest to bowiem legenda. Ludzie co ją stworzyli, byli poganami i to co było dobre w ich wierze stanowiło jedynie przygotowanie do naszej prawdziwej, chrześcijańskiej wiary. Nie wierzcie w ich błędy, abyście nie byli potępieni na Sądzie'' - ,,Codex vimrothensis''.



poniedziałek, 2 listopada 2015

Baszta Siedmiu Płaszczy




O szczecińskiej Baszcie Siedmiu Płaszczy opowiada się wiele legend. Oto jedna z nich pochodząca ze zbioru ,,Codex vimrothensis''.



Po śmierci Sediny na jej tron w grodzie nad Odirną i Morzem Srebrnym wstąpił jej syn Smił I. Z jego lędźwi wyszło siedmiu synów, rosłych jak dęby, powalających tury i olbrzymy z plemienia Stolimów. Król Sedinum miał widzenie w czasie łowów, w którym zapędziwszy się w knieje, zgubił swój orszak. Wówczas to miast gonionego dzika, ujrzał dwa straszydła służące Gorynyczowi, a imiona ich Wijodziewa i Bahar. Wijodziewa wielkością przypominała łabędzia, a jej ciało było różowe, nagie i wężowate. Miała ludzkie kończyny i pokrytą brązowym brudem głowę jędzy, albo Baby Jagi. Wiła się jak żmija, a jej mowa przypominała syk. Bahar z kolei był wielkim, spasionym jak wieprz kocurem o gęstym i długim futrze tej samej barwy co broda zbrodniczego możnowładcy Sinobrodego. Oba straszydła ujrzał w erze trzynastej polski malarz Teofil Ociepka i namalował je na swoim autoportrecie. Król Smił I uczuł niepohamowaną odrazę na widok nagiej i wijącej się Wijodziewy. Dobył miecza aby ją rozpłatać jak krywicki chłop żmiję dubasem, lecz uczuł, że nie może, bo ogarnęło go nieznane wcześniej lenistwo i znużenie. Kot Bahar o pięknym, ciemnoniebieskim futrze i złotych oczach wprowadzał króla w trans ocierając się o jego nogi i melodyjnie mrucząc. Miecz wypadł z ręki króla, a ośmielona tym brzydawica Wijodziewa o bladoróżowej skórze mokrej jak u ryby i śliskiej od śluzu, a do tego pokrytej drobnymi łuseczkami, koszmarna szerokopyska wiedźma, od której bił fetor potu i padliny, a w której brązowych, sztywnych jak drut włosach pełzały czerwie čortowskich much, zbliżyła się do syna Wielkiej Sediny i jęła go dotykać, macać i tarmosić. Król Sedinum stracił czucie i wolę jego spętano, oczy wytrzeszczył, pianę z ust toczył jak wściekły pies, a Wijodziewa tuliła się doń i natarczywie szeptała: ,,Trza ci otruć twego starego ojca, króla Ptyja, któregoś skazał na wygnanie do Šumavy. On dybie na twój tron i życie''. Było to kłamstwo; Ptyj, który spłodził z Sediną króla Smiła I, nigdy nie dybał nań, a wygnany został niesprawiedliwie. Jednak Smił, w późniejszej legendzie nazywany Andrzejem Gryfitą miał umysł zamroczony złymi czarami już od dłuższego czasu, przeto zgodził się zabić ojca. Wijodziewa i Bahar jeszcze długo kusili go do złego, aż spłoszyło ich nadejście orszaku królewskiego. Władca Słowian wyszedł z transu i powrócił na zamek w Sedinum. Pełen złych myśli, myśli natrętnych a čortowskich, które w swym zaślepieniu uznał za myśli dobre, czym prędzej wysłał szpiegów do słowiańskiej osady Šumavy na południe od późniejszych Gór Mędrców, aby umorzyli trucizną jego nieszczęsnego ojca Ptyja, dla którego szczęście skończyło się wraz ze śmiercią ukochanej Sediny.


*




Oto synowie Smiła I i królowej Wyliny – Rabicy: Bogusław, Barnim, Kazimierz, Warcisław, Odon, Gotszalk i Henryk. Ich ojciec sprowadził na zamek, dziś nazywany Zamkiem Książąt Pomorskich, krawca, aby jego synom uszył po jednym , wzorzystym płaszczu, a każdy z nich miał być inny. Krawiec zaś zwał się Jątrz, syn Jarmuża. Otrzymał najlepsze materiały; jedwabie z Sinea, perły i złote nici i czym prędzej zabrał się do pracy. Jednak mimo usilnych starań, nie mógł jej skończyć. To Wijodziewa – brzydawica nękająca pokusami króla Sedinum rzuciła czary na robotę krawca. Jego płaszcze wciąż pruły się, bądź ulatywały z wiatrem przez okno, a bywało jeszcze gorzej. Szkarłatny płaszcz Kazimierza zamienił się w kałużę krwi, zaś gdy krawiec umieścił na okryciu Odona, w jednym z rękopisów nazywanego Ogierem, który stoczył bitwę z Jutami, pszczoły i osy, te ożyły i mal nie zażądliły krawca Jątrza na śmierć. Prośba skierowana do kapłanów, by mocą Enków zniweczyli zły urok, przekraczała pojętność krawca, przeto nie ukończył swej pracy. Król nie słuchając jego tłumaczeń, wtrącił go do baszty, którą wzniósł by broniła grodu przed najazdami dzikich Stolimów. Od tego czasu, aż po dziś dzień, baszta owa, starsza niż piramidy, nosi imię Baszty Siedmiu Płaszczy (Vasta Sedeo – Mantili). Krawiec Jątrz skuty łańcuchami przebywał za jej murami o chlebie i wodzie. Raz jego litościwy strażnik podrzucił mu gomółkę sera. W czasie swego uwięzienia jął żarliwie prosić Ageja i Enków o przywrócenie wolności, choćby za cenę życia, lecz lata mijały, a wyzwolenie nie nadchodziło. W dwunastym roku panowania Smiła I przez wąskie okno baszty wcisnął się do celi krawca wspaniały i groźny gryf, maści rdzawej i burej. Krawiec przeląkł się, bo dotąd myślał, że istoty te żyją na Końcu Świata; w Bharacji, albo gdzieś jeszcze dalej.
- Użycz mi swego sera, a dam ci więcej niż ty możesz mi dać – rzekł ludzkim głosem gryf, a krawiec przypomniał sobie, że owe istoty budują gniazda z złota i drogich kamieni.




Widząc hakowaty dziób i szpony gryfa, krawiec nie ośmielił się odmówić. Inog, bo tak Słowianie nazywali istoty jemu podobne pochwycił ser w locie i pożarł go ze smakiem. Następnie wydał z siebie przeraźliwy krzyk, który skruszył kajdany krawca. Ów wyzwolony z pęt, nie bardzo wiedząc, czy to czego doświadcza nie jest snem, zachęcony przez gryfa siadł mu na grzbiecie, po czym razem opuścili basztę na oczach bezradnej straży. Gryf mówił coś krawcowi podczas lotu, coś aby nie sięgał po koronę, bo powtórzy zbrodnię tego co ją stracił, lecz rzemieślnik nie słuchał natchnionych słów ostrzeżenia, upojony długo wyczekiwaną wolnością. Krawiec leciał i rozmyślał o pomście, nawet nie pytając gryfa czy to dobry pomysł. Niedługo potem Jątrz stanął na czele buntu. Zajął zamek dziś zwany Zamkiem Książąt Pomorskich, po czym nakazał stracić króla Smiła I razem z jego siedmioma synami przez wbicie na pal. Koronował się na króla w jego miejsce i przyjął imię Gryfosława I na cześć gryfa, któremu zawdzięczał uwolnienie z baszty. Od Gryfosława wywodzi się nowa dynastia – Gryfitów, którzy panowali nad Odirną i Morzem Srebrnym w miejsce poprzedniej dynastii Czarnogłowiców. Jednak w przeciwieństwie do takich władców pochodzących z ubogiego ludu jak Przemysł Oracz czy Piast, Gryfosław I nie był dobrym królem. Przeciwnie, nękał swój lud daninami, by móc prowadzić wystawny tryb życia, oraz porywał dziewczęta, aby służyły mu jako nałożnice. Jego chciwość i jurność przekraczały wszelkie granice, aż w końcu zginął w pojedynku z olbrzymim, groźnym gryfem, który rozdarł zakutego w pancerz króla tak jak orzeł rozrywa jagnię. Pieśń powiada, że król Gryfosław I zginął przez tego samego gryfa, który niegdyś uwolnił go z baszty.



niedziela, 1 listopada 2015

Żywia

.. […] Trudno dziś dociec czy bogini ta [tj. Żywia] była tylko lokalnym bóstwem Słowian połabskich, czy też i inne narody słowiańskie miały jakieś bóstwo życia, w każdym razie budząca się na wiosnę przyroda musiała tak samo jak i dziś działać na ludzi, musiała podniecać umysły do pewnych dociekań i tworzyć typy bogów o pewnym zakresie działania'' – Stanisław Jakubowski ,,Bogowie Słowian'', Kraków 1933



,, [Czarnogłów] Spłodził Sedinę Wielką, która odbudowała Velehrad ze zniszczeń potopu. Urodziła syna Turupita […]'' - K. Oppman ,,Perłowy latopis''



Słowiański książę Czarnogłów (Tjernoglaffi), którego większą część twarzy zakrywała czarna plama, miał dwie wielce urodne córki; wielkie władczynie – Sedinę, na której cześć Velehrad otrzymał nazwę Sedinum i Żywię (Siwę) zawdzięczającą swe imię Agejowi – Żywotowi. Żywia, piękna jak Wiosna, na miniaturach z ,,Perłowego latopisu'' jest ukazywana jako smukła i wysoka panna nieskazitelnej urody o niebieskich oczach i złotych włosach opadających lśniąca kaskadą aż do kolan. Nosiła suknię białą lub zieloną, naszyjnik z lapis – lazuli; dar szacha Baktrii, złoty pas wysadzany perłami i drogimi kamieniami, złote bransolety na nogach, trzy kolczyki (jeden z nosie, zaś dwa pozostałe w uszach; jeden z kształcie żołędzia, zaś drugi w formie złotych koralików) i diadem z czerwonego koralu złożonego w darze przez kupców greckich.





Podczas gdy Sedina władała i biła najezdników z plemion germańskich u ujścia Odirny do Morza Srebrnego, Żywia zjednoczyła Słowian żyjących między Lebaną a Odirną czyli na Bliskim Zachodzie. Prowadząc do boju Dziewięć Plemion pobiła Germanów – tych z Jutlandii i Teutonów, po czym została ukoronowana na królową Bliskiego Zachodu. Wybudowała wspaniały gród stołeczny o nazwie Siwa (Siva), cały ze złota i marmuru, pełen srebra, pereł i drogich kamieni. Siwę zdobiły upajająco pachnące ogrody, pełne róż, lilii i rzadkich kwiatów, które królowa sprowadziła aż z Bharacji oraz marmurowych greckich rzeźb przedstawiających nimfy i satyry (,,satyry są złośliwe'' – mówiła na ich widok nieco przemądrzała pani Jarota, żona bogatego kupca). Królowa Żywia postawiła też liczne i pełne przepychu chramy Enków, a zwłaszcza Jarowitowi, Świętowitowi i Swarożycowi. Zachwyt kupców i pielgrzymów z dalekich nieraz stron budziła też świątynia byka Ciołka, przez Antów zwanego Mikolcem, a przez Egipcjan – Apisem, cała z kości słoniowej z Nubii, w której święty, bury byk jadł siano z marmurowego żłobu. Żywia i Sedina władały w Siwie i Sedinum otoczone nabożną wręcz czcią, a pod ich rządami lud słowiański, tudzież przybysze z innych ziem żyli bezpiecznie, zamożnie i zgodnie.


*

,,Jutowie, dawni mieszkańcy Jutlandji; wraz z Anglami i Sasami urządzali w III – VI w. po Chr. wielkie morskie wyprawy na Anglję'' - ,,Encyklopedia Powszechna Wydawnictwa Gutenberga tom 7 Izaszar do Kolejowe rozkłady jazdy''




W owym czasie królem Sasów został Herman, przez Rzymian zwany Arminiusem. W piątym roku od wstąpienia Żywi na tron Bliskiego Zachodu rozesłał wici po całej Saksonii, zawarł przymierze z Jutami i uderzył na Słowian. Obie królowe, córki Czarnogłowa odmówiły mu przed laty swej ręki, teraz zaś król Herman, syn Sülirmana przekroczył Lebanę, by wywrzeć pomstę i złupić bogatą we wszelkie dobra krainę. Hufce Żywi i jej siostry Sediny starły się z Sasami i Jutami pod grodem Pozdewilkiem. Bitwa ta zakończyła się klęską dla Słowian. Królowa Żywia, nieustraszona w boju, której odwaga zawstydzała niejednego męża, znająca liczne fortele łowieckie i bitewne, dostała się do niewoli. Ogłuszoną ciosem buławy, dwaj sascy wojownicy Rinhard i Sfardan skrępowali surowymi powrozami, po czym ciesząc się ze swej zdobyczy, rzucili ją nienaruszoną do stóp króla Hermana Sülirmansona. Słowiańska władczyni długo nic nie odczuwała, aż w końcu pięć wiader wody przywróciło ją do przytomności. Gdy otworzyła oczy spostrzegła, że leży skrępowana, zaś wokół niej stoją rudzi i płowowłosi, tępe osiłki, zbrojne w miecze i topory, zanoszący się śmiechem nad jej upokorzeniem. Wśród owej zgrai królowa ujrzała korzeń całego zła – króla Hermana – okrytego purpurowym płaszczem, siwobrodego, trzęsącego się i zgrzybiałego dziada, od którego bił mocny zapach piwa. Herman – król Sasów szydził z pokonanej Żywi, plwał na nią i ją kopał, zaś jego wojowie, dzielni w paleniu wsi i gwałceniu dziewuch też kopali i bili pokonaną królową.
- Dosyć tego dobrego! - zakrzyknął wesoło władca Saksonii. - Teraz wszyscy się przekonacie, żem jary chociaż stary. Ta słowiańska suka zabroniła mi przystępu do swego wstydu dziewiczego, kiedym o to prosił. A jeśli o coś proszę, a nie dostaję, to sam to biorę! - wesołe okrzyki grabieżców rozległy się po tych słowach. Król saski zdarł suknię z Żywi, po czym samemu na oczach swych wojsk się obnażywszy, padł jak długi na ziemię i szepcząc tajemne słowa, jął się wyginać i rzucać na wszystkie strony jak piskorz, albo węgorz.

,,Donar – Wotan
Donerwetter Abras
Hexen, Ein, zwei, drei,
Grosseschlau''!


- już nie mówił a syczał zaklęcia, zaś jego wojownicy z trwogą obserwowali metamorfozę swego króla. Odważna w niejednym boju królowa Żywia tym razem zakrzyknęła z trwogi i odrazy, bo miast starego króla miała przed sobą długiego jak dwa byki ustawione jeden za drugim, żółtego węża przez Słowian nazywanego trusiem. Wąż zasyczał, a z upokorzonej władczyni opadły powrozy. Rzuciła się do ucieczki, lecz truś szybki jak złoty piorun dopadł ją i okręciwszy się wokół niej powalił swym ciężarem na ziemię.
- Pora odebrać jej to czego tak długo mi odmawiała! - zasyczał ludzkim głosem, zaś Sasi i Jutowie poczęli uderzać mieczami i toporami o tarcze i wołać: ,,Gorzko''! Żywia zdrętwiała cała z obrzydzenia i z rozpaczy, zaś żółty wąż – truś jął rytmicznie bić ją ogonem po nagim udzie. Tym sposobem odebrał jej dziewictwo. Gdy już nasycił swą obmierzłą chuć, przybrał postać dostojnego młodzieńca – obcując cieleśnie z młodą i piękną Żywią, stary i brzydki król przejął nieco jej urody i młodości, po czym na oczach swych wojowników ubrał się i wydał ucztę zwycięstwa w zdobytym Pozdewilku, dziś zwanym Pasewalkiem. Biedna Żywia została niewolnicą króla Sasów, który kazał jej służyć nago, ku jej większemu upokorzeniu. Słowiańska królowa z płaczem zanosiła modły do Ageja i Enków, by raczyli odmienić jej dolę. W końcu, którejś nocy gdy król Herman usnął zmorzony pijackim snem, odcięła mu głowę jego mieczem, jako łup wojenny zagarnęła jego szaty, następnie podpaliła drewniany pałac w odległej Saksonii i na zdobycznym koniu pomknęła ku ziemiom słowiańskim. Uciekając na Bliski Zachód ukrywała się przed wojskami panów saskich – lenników zabitego Hermana, zaś małe oddziały i maruderów wycinała w pień. Tak dotarła do swej krainy, a z pomocą siostry i innych władców zza Odirny, przegnała Germanów jak ptak Turul przegania wróble. Królowa Żywia znów zasiadła na złotym tronie w odbudowanej z popiołów Siwie. Trapiła ją jednak myśl o tym, że nosi w żywocie dziecię znienawidzonego wroga.


*

,, […] Za Goplany III uwarzono z ziół wiele substancji, które zabijały poczynające się dzieci – królowa wynalazła taki specyfik, który wykrwawił pewną matkę. Jej dziełem jest też metalowa spirala umieszczona w macicy i zabijająca gnieżdżący się w niej zarodek. Wówczas zabijano dzieci przed i po narodzeniu, z czaszek niemowląt królowa i ród Nowodworskich wznosili piramidy. Przed narodzeniem wyrywano je kleszczami lub zalewano żrącymi płynami. Zwłoki oddawano na pożarcie mamunom, lub morom, albo samemu zjadano, a także robiono z nich środki do pielęgnacji ciała. Niechciane dzieci oddawano mamunom do zjedzenia, karmiono nimi krokodyle w rzece Gangos, lub duszono. Akuszerki pytały czy mają oszczędzić dziecko czy je 'odesłać Enkom''' – M. Rymwid ,,Nymphologia''




Królowa Żywia wiele wycierpiała z powodu tego co uczynił jej władca Sasów pod postacią żółtego węża. Słowa nie są władne oddać jej cierpień, wyobraźnia też zawodzi w tej materii. W pełni zrozumieć może je tylko ten, co sam ich zaznał, albo ten kto jest każdym skrzywdzonym, w tym gwałconą niewiastą, gwałconym dziecięciem... W sercu królowej Żywi pojawiła się myśl, aby dziecię poczęte z krwi wroga jej ludu umorzyć nim się narodzi. Wóczas zamieniłoby się w poterczuka – skrzydlatego stworka, według licznych bajań istotę zła i mściwą, bo zawistną o przerwane życie. Jednak królowa Tatra z ery jedenastej była innej myśli – czciła porońce i poterczuki jako jytnas co żyły bez grzechu i zginęły niewinnie, a teraz przebaczyły swym matkom co je zabiły i wstawiają się za ludźmi. Myśl o zabiciu dzieciątka za grzech jego ojca nie gościła zbyt długo w sercu królowej Żywi, nie została też wprowadzona w czyn. Była to myśl podsunięta przez Čorty. Żywia miast do bab – czarownic, udała się do swej siostry Sediny, zaś w innej wersji zamieszczonej w ,,Codex vimrothensis'', sama Mokosza – Wielka Macierz Kochająca Wszystkie Niekochane Dzieci, przybyła na dwór do Siwy pod postacią królowej grodu Sedinum. Obie władczynie, umiłowane panie i pasterki ludu słowiańskiego zamknęły się w komnacie zostawiwszy dworaków za drzwiami i odbyły długą i szczerą rozmowę.
- Wiem, że ci ciężko – mówiła Żywi jej siostra Sedina, albo też Mokosza w jej postaci. - Wytrwaj jeszcze trochę i wydaj je na świat, a potem będziesz mogła je oddac, ja zas wychowam je jak własne. Choć nie pojmuje tego człowiecza głowa – ciągnęła królowa byłęgo Velehradu – spróbuj też przebaczyć twemu oprawcy, choć i tak życia mu nie przywrócisz. Gdy to uczynisz, również tobie zostanie przebaczone.
- Pomnij, pani siostro, że króla Saksonii zabiłam nie dla zemsty głupiej, ale jak to mówią Latynowie...
- Pro publico bono – dokończyła królowa ziemicy nad Odirną i Morzem Srebrnym. - Nie przyszłam cię potępiać. Mam nadzieję, że nie zapomniałaś oczyścić się z przelanej krwi.
- Nigdy o tym nie zapominam – odrzekła Żywia. - A dziecięciu życia nie zabiorę. Zapomnę kto jest ojcem i wychowam je na swego następcę.







Żywia pokrzepiona słowami siostry urodziła dziecię, syna, następcę tronu, a imię jego Ścibor. W noc jego narodzin na niebie ukazał się miecz i trzy gwiazdy jaśniejsze od pozostałych, ułożone w pas; znak, że narodził się bohater. Jego macierz wypiła miód z rogu razem z Viltem IV, księciem wyspy Uznam, płacącym jej dań. Książę Vilt uznał Ścibora za swego syna i dziedzica, a jego miłość przekreśliła zbrodnię Hermana, króla saskiego. Pierwszego dnia od swego przyjścia na świat, młody Ścibor Viltovic, przyszły król Bliskiego Zachodu i wielki książę wyspy Uznam, pełen mocy Ageja opuścił kołyskę, przypiął sobie miecz i tarczę, po czym wyruszył by odzyskać królewskie stada bydła, liczące parę tysięcy krów i byków. Usłyszał bowiem rozmowę dorosłych mówiących z przestrachem, że bydło uprowadził straszliwy zbój – potwór. Nazywał się Dryj, bo składał się z trzech zrośniętych, olbrzymich ciał męskich. Grecy określali Dryja imieniem Gerion. W swoich trzech ustach mieścił setki zakrwawionych kłów, a jego kończyny uzbrojone były w dziesiątki czarnych, zatrutych szponów. Mały Ścibor wykorzystując twardy sen, który opadł jego piastunki, kobiety ze wsi, po cichutku wymknął się z drewnianego zamku w stołecznej Siwie po czym ciągnąc miecz po ziemi udał się na poszukiwanie ojcowskiego stada skradzionego przez Dryja.
Gdzieś nad rzeką Pianą, albo Vkrą toczył się zażarty pojedynek na śmierć nie niewolę. Król Vil uderzeniem maczugi, której nie mogła unieśc żadna ręka prócz jego własnej, rozbił drewnianą zagrodę, która potworny olbrzym zbudował dla krów. Bydło się rozpierzchło, gdy król poganiał je krzykiem i uderzeniami miecza o tarczę, co przypominało uderzenie gromu i rozproszyło zwierzęta po całej ziemicy Wkrzan. Nim władca Połabia zdołał z pomocą drużyny na nowo je zgromadzić i pognać do Siwy, rozległ się ryk jakby trzech lwów i z chaszczy wyłonił się Dryj. W sześciu rękach trzymał sześć zaostrzonych pni drzewa zwanego bukiem, a ujrzawszy ludzi runął na nich jak piorun. Jego trzy cielska okrywała solidna, łuskowa zbroja gruba jak skóra hipopotama z rzeki Nilus. Trzy wygolone do gołej skóry i oszpecone czarnymi malowidłami, bezmyślne łby chroniły trzy karacenowe szyszaki. Dryj zaryczał wściekle, jakby grzmot zahuczał. Wojowie króla Vilta poczęli go razić strzałami i włóczniami, lecz potwór wszystkich wytłukł drzewnymi pniami. Król zaszarżował nań z kopią siedząc na białym rumaku, lecz Dryj wyrwał i połamał mu kopię, zaś konia obalił i rozszarpał. ,,Nie widziano aby władca Słowian umykał jak zając''! - pomyślał król Vilt i dobył miecza. Nie miał złudzeń; wiedział, że zginie, a wówczas Żywia zostanie wdową, a Ścibor sierotą. Wiedział też jednak, że przed Dryjem nie można uciec, zwłaszcza pieszo. ,,Jeśli mam polec w walce z tym potworem, to polegnę jak król, a nie jak tchórz'' – pomyślał sobie i ciosem maczugi zdruzgotał udo Dryja. Potwór zawył niczym legion wilków, zaś maczuga rozleciała się w drzazgi. Kulejąc złodziej bydła, chwycił potężną ręką króla za pas i uniósł w górę, aby zgryźć jego głowę jak orzech z Italii. Wtedy to w kierunku Dryja – Geriona poleciały trzy strzały z łuku zdobytego na rozbójnikach. Strzał te zatrute jadem wielkiego węża trusia, jedna po drugiej przebiły odsłonięte gardła zakutego w zbroję potwora. Dryj po raz ostatni wydał ryk po czym zwalił się jak długi na plecy, a wtedy ziemia zadrżała i parę drzew wypchnęła ze swego łona. Król Vilt IV powstawszy, ujrzał rosłego junaka w zdobycznej zbroi, trzymającego miecz i tarczę, oraz łuk i kołczan ze strzałami przypięte do pleców. Już chciał podziękować swemu wybawcy gdy ten jął na jego oczach maleć i zmieniać się. Ku swemu zdumieniu, władca ujrzał swego maleńkiego synka Ścibora, który dopiero wczoraj się urodził.
- Sława Agejowi! - zakrzyknął król i pobiegł uściskać syna, który nagle utracił moc, mowę i siłę w nogach i jak przystało jego stanowi począł czołgać się i gaworzyć.
Nim Vilt Uznamski zdążył porwać swego synka w ramiona, na dziecię rzucił się sługa potwora Dryja. Wielki wilk o dwóch głowach wyskoczył z lasu, a imię jego Jort. Porwał dzieciątko w jeden z pysków i nim król ugodził go mieczem, jął uciekać. Nie zdążył. Dwie strzały o stalowych grotach, zatrute ciemieżem z bazyliszkowego jaja ugodziły dwugłowego wilka, który służył Dryjowi za psa pasterskiego, a ów od razu padł bez życia. Nie zdążył skrzywdzić małego Ścibora. Król Vilt wziął płaczącego syna w ręce, a wtedy ujrzał jak zza drzew wychodzi i znajoma i ukochana postać – królowa Żywia z wielkim łukiem. Taki był początek przygód Ścibora, wielkiego władcy Słowian.




*

W erze trzynastej Cztan III – król Analapii, który odrzucił wiarę w Ageja i Enków, uznał Żywię za jedną z bogiń.