środa, 16 września 2026

Zatopiona wieś

 

,,Dzięki ustaleniom takich badaczy jak profesorowie Kazimierz Godłowski, Jerzy Kolendo czy Michał Parczewski, wiemy już, że prasłowiański Biskupin to naukowa legenda oraz, że w pierwszej połowie I tysiąclecia po Chr. obszary między Odrą a Wisłą zamieszkiwały społeczności germańskie, a Słowianie pojawili się tam wraz z początkami wczesnego średniowiecza’’ - Aleksander Bursche ,,Barbarzyńskie tsunami. Okres Wędrówek Ludów w dorzeczy Odry i Wisły’’



Dziadowska Karczma nie była taka jak inne austerie. Zbudowana z bali i chroniona od deszczu drewnianym gontem, została pieczołowicie pomalowana smołą. Stała w głębi Lasu Ciemnego na ziemiach późniejszej Analapii, trzynaście wiorst od najbliższego sioła. Wiodąca do niej droga była tajemna, zakryta przed wzrokiem profanów. Znały ją tylko z pokolenia na pokolenie wędrowne dziady, śpiewające stare pieśni przy dźwiękach liry korbowej, a także wiedźmy, Giptowie, wałęsy, niebieskie ptaki, domokrążcy; cała ta zbieranina nazywana ludźmi luźnymi. Zazdrośnie strzeżona wiedza, przekazywana przez starych mistrzów włóczęgi i żebractwa młodym adeptom pozwalała iść przez dziką puszczę równie pewnie i bezpiecznie co po bitej drodze w świetle dnia. Drzwi Dziadowskiej Karczmy były dla nich otwarte całymi dniami i nocami. Jako zapłatę wystarczyły liście opadłe lub zerwane z drzew, które w oczach oberżysty były cenne jak talary. Ściągały tu, zwłaszcza w październiku dziady z całej Sklawinii, racząc się w blasku świec najprzedniejszym miodem, pieczystym, kołaczem, makowcem i wszelkimi innymi smakołykami. Roznosiły je urodziwe, półnagie panny z ogonami lisic i wiewiórek, podczas gdy odziany na czarno karczmarz krył się w cieniu za kontuarem z jarzącymi się, żółtymi oczami i nieodgadnionym wyrazem twarzy.

Od paru już dni na tronie Zviezdunów zasiadał Wrzesień, zaś jego panowanie było dżdżyste. Od zmierzchu do pełnej dziadów gospody wkroczył nowy gość. Był chudy i wysoki. Miał gorejące spojrzenie, sięgającą pasa, białą brodę i brudną, połataną tunikę, przepasaną konopnym sznurkiem.

- Piwa i jadła! - Rzucił władczym tonem i stronę kontuaru i już wyjął jako zapłatę trzy suszone listki mięty i wylinkę zaskrońca, tylko tu cenną jak najczystsze złoto z Ofiru.



Natychmiast otrzymał pełen kufel i pieczoną kurę, obficie doprawioną drogocennym pieprzem z Bharacji. Pożywiał się łapczywie niczym wygłodniały wilk. W obrębie Dziadowskiej Karczmy nikogo to jednak nie dziwiło; dwory możnowładców z ich etykietą znajdowały się bowiem daleko. Spojrzenia opitych miodem biesiadników wyrażały ogromny szacunek dla przybysza. Rozpoznano w nim bowiem po zawieszonej na szyi ozdobnej kaptordze samego Weredyka Powsinogę, sławionego w pieśniach jako największy jurodiwy tamtych czasów. Zgodnie ze znaczeniem swojego imienia, nigdy nie skalał swych warg kłamstwem. Przeciwnie; mówił prawdę zawsze, bez względu na okoliczności. Wśród upominanych przez niego władców był srogi Niemierza, książę Dobrudży i największy łowca jakiego znał świat. Kiedy Weredyk rozprawił się z kurą, do jego stołu podeszło dwóch młodszych odeń, lecz i tak siwych jak gołębie lirników, aby nawiązać rozmowę.

- Powiedz nam, Mistrzu Prawdomówny, jakie to ziemie przemierzałeś? - Zagaił lirnik, zwany Jakuszem.

- Przyszedł to od strony Śnina. - Odparł Powsinoga głuchym głosem, w który cała karczma wsłuchiwała się z należną czcią.

- Grodu żeńców? - Spytał drugi lirnik nazywany Kręciwąsem.





Ryc. za: mythicalcreatures.info


- Nie żeńców jeno snów! - Zirytował się Powsinoga. - Śnin jest grodem snów. W przylegającym doń świętym gaju na łożu z miękkiego mchu spoczywa od wieków leśny bożek Aburgabus.

- Nie znamy go. - Przyznali bezradnie obaj lirnicy.

- Aburgabus, syn Boruty i czystej Dziewanny ma rogaty łeb i kopyta koziorożca, takiego jak te co śmigają po ośnieżonych szczytach Montanii. Ręce z kolei posiada jak człowiek. Pokrywa go zielonkawe futro. Nie je, nie pije, nie mówi, ani też nie bryka z kozłami wśród kniei. Zamiast tego śpi i śni dniami i nocami. - Powsinoga zrobił przerwę w opowiadaniu, aby pociągnąć łyk piwa. - Jego sny nie są zwyczajne, jeno barwne i osobliwe. Każdy z nich potrafi się ziścić w trybie natychmiastowym. Wiecie co to oznacza? Całe opole śnińskie jest zaczarowane. Na jego obszarze nic nie jest niemożliwe, a piękno miesza się z grozą. Nikogo w Śninie nie dziwią deszcze pieczonych kasztanów, wieprze unoszące się na skrzydłach z pokrzywy, dziki dosiadające ważek, białe krety jako woźnice, ani koty wydające wyroki w sądach. Kiedy bawiłem w Śninie urodziwa panna o zielonych włosach poczęstowała mnie najwyborniejszym kajmakiem, godnym stołu zamorskiego króla. Następnie na moich oczach zamieniła się w krokodyla. Zamiast ogona miała pień brzozy zakończony zielonym podbierakiem rybackim. Rozdziawiła paszczękę, aby mnie pożreć, przeto dałem drapaka. Kiedy uciekałem, przebierając giczołami, z czarnego jak kir nieba spadały tu i ówdzie rozpalone do białości monety. Żadnej, rzecz jasna, nie podniosłem, pomimo tego, że szydziły ze mnie. Wolałem jednak, aby krążki roztopionego metalu nazywały mnie tchórzem, niżbym miał przez nie oparzyć sobie ręce, taki mój dziadowski rozum! Ścigały mnie żmije, łopoczące skrzydłami nietoperzy. Co rusz, któraś z nich kąsała mnie, zostawiając na pamiątkę bolesny czyrak na ciele. Wreszcie, wzywając imienia Zennicy, piastunki dobrych snów, wydostałem się poza obręb magii Śnina. Tak to już jest, że kiedy Aburgabus śni koszmary, cierpią wszyscy wokół! - Powsinoga zrobił sobie przerwę na łyk piwa.

- Co było dalej? - Dopytywali się słuchacze.



- Zziajany jak pies, po ucieczce przed sennymi marami usiadłem na kamieniu nad brzegiem jeziora. Byłem głodny jak kotszur, przeto wszedłem po kolana do wody. Wypatrzyłem płotkę i pochwyciłem ją za skrzela. Przez lata dziadowskiej tułaczki opanowałem dobrze sztukę łapania śliskich ryb bez wędki, samymi rękami. Rzuciłem płotkę na brzeg, aby ją ukatrupić i spożyć. Wtedy ryba powiedziała mi: ,,Daruj mi życie, a opowiem ci historię’’. Choć w brzuchu burczało mi jak w kipiącym kotle czarownicy, przystałem na jej prośbę.

- Co ci powiedziała ryba? - Spytał Jakusz, rozczesując palcami siwą brodę.

- Prawiła o sobie, że była zaklętą w rybę Przemiłą, córką naczelnika zatopionej wsi Złotoborze, spoczywające pod falami jeziora. Słuchałem jej oniemiały, nie wiedząc czy to prawda czy też duby smalone…

- A mówią, że ryby nie mają głosu, he, he. - Wtrącił podchmielony Kręciwąs.

- … Wieś to była wielce zamożna. Mieszkali w niej wolni kmiecie, dumni i nawet na przednówku nie znający głodu. Złoto było tam tanie jak srebro, zaś złoto jak słoma. Białki odziewały się we wzorzystą kitajkę latem, zaś w sobole zimą. Przez cały rok uginały się od wszelkich fikuśnych ozdób z jantarów i innych błyskotek. Konie miały złote podkowy i żuły owies z marmurowych żłobów. Domy o ścianach pomalowanych w smoki i żar – ptaki oraz ulice były czyste i zadbane. Liczne dzieci chowały się zdrowo i żadne z nich nie zaznało lodowego ostrza Mar – Zanny. W Złotoborzu nie było dybów ani pręgierza. Złodziej nie kradł, morderz nie mordował, gwałciciel nie gwałcił, więc i kat nie czynił swojej powinności. Zdarzało się, że okoliczni książęta pożyczali pieniądze od złotoborskich gospodarzy. W razie najazdy złotoborzanie z odwagą zajadłych lwów z jaskiń Ojcowa bronili mężnie swojej wolności. Pomni nakazu Enków nie odmawiali nigdy gościny ani strawy zbłąkanym wędrowcom, pukającym do ich drzwi. Chwalono ich przeto na ziemiach między Viraną a Visaną i za wzór stawiano.




Ryc. za: HalhatatlanHalando


Przed trzydziestu sześciu laty wieś założył junak Złotobor, co tłumaczy jej nazwę. Z oblicza i postawy wielce podobał się niewiastom. Dumali nawet ludzie czy nie był Jarowitem, przemierzającym świat w ludzkim przebraniu. Przybył z daleka, z ziemicy Tocharów, gdzieś na Wschodnim Końcu Świata. Podróżował podniebnym szlakiem, dosiadając Cikavaca. Rumak ten przypominał rudego konia z głową i skrzydłami dudka, a do tego umiał zionąć ogniem jak smok. Nad wielką rzeką Oką, ujrzał Złotobor nagusieńką białogłowę, skrępowaną powrozami. Leżała na brzegu, z rzeki zaś wychodziły raki i żarły ją żywcem. Darła się jak potępiona dusza w Nawii Čortów. Złotobor zeskoczył z grzbietu Cikavaca i już miał jej pomóc, gdy mieszkający nad Oką rybacy wyjaśnili mu przyczynę tak srogich męczarni.



- Oto ukaraliśmy wiedźmę Bobrojedkę, służebnicę węża piekielnego Gorynycza. Natchniona przezeń sprowadzała pomór na ryby, aby nas zagłodzić. Po dwakroć przywiodła do naszej wioski zbójców, którzy nas łupili i mordowali. Nie wierz jej, panie, bo od ciągłych kłamstw nabawiła się już zeza!

Złotobor wysłuchał wyjaśnienia. Pokiwał głową, zatopił miecz w piersi konającej czarownicy, po czym poleciał dalej. - Powsinoga zamyślił się. - Przez bitą godzinę ryba prawiła mi o wszystkich smokach i zbójcach, których Złotobor ubił jak to junacy mają w zwyczaju. Kiedy doleciał do krainy Pałuków, napotkał szczep zwany Dzikusami. Wyobraźcie sobie, że przez cały rok, mężowie i niewiasty z tego szczepu chodzili goło jak ich Jarowit stworzył. Żarli żołędzie jak kabany. Zimę zaś przesypiali w ziemnych jamach zwyczajem niedźwiedzi. Złotobor zakasał rękawy i zabrał się do roboty. Pouczył ich o oddawaniu czci Agejowi i Enkom. Z mozołem pokazał im jak należy uprawiać ziemię, hodować zwierzęta i rozpalać ogień. Uczył ich cierpliwie wszelkich sztuk i rzemiosł oraz nadał prawa. Na koniec pobłogosławił ich słowami.

- Niech wasza praca wam popłaca i niech was ozłaca!

Dosiadł swojego latającego stwora i udał się na zachód ku nowym przygodom.

- Powiedz nam, Mistrzu Prawdomówny dlaczego Złotoborze znalazło się pod wodą? - Dopytywali słuchacze.




Ryc. za: Ojtek86


- Z czasem przybył w tamte okolice Łysek, wędrowny głosiciel Złotego Tura. Był chudy jak tyka, a łeb miał gładki niczym kolano. Odziany w czarny chałat, nosił na szyi złoty talizman; węża przebitego dwiema włóczniami. Pod wpływem jego kazań złotoborzanie postawili cztery karczmy i cztery zamtuzy, wszystkie otwarte dzień i noc. Od Nyi Złotego zakupili licznych niewolników i niewolnice, aby nie musieć samemu pracować. Odtąd trzask batów i jęki udręczonych rozbrzmiewały w Złotoborzu od świtu do zmierzchu. Młodzi poczęli podnosić ręce na swych ojców i matki. Niedołężnych starców wypędzano precz. Niechciane dzieci porzucano na żer psom i świniom. Pragnienie zabawy stało się najwyższym prawem. Powszechnie zażywano durmany, wpędzające w szaleństwo jak też warzono piekielne mikstury sprowadzające poronienia i bezpłodność. Łysek, niesyty wyrządzonych szkód, nawoływał złotoborzan do krwawego podboju wszystkich szczepów Sklawinów i Antów. Miało powstać imperium, jak te, którym władał przeklęty Kościej przed potopem. - Powsinoga wzdrygnął się ze zgrozą. - Enkowie wysłali do Złotoborza dwóch starców siwobrodych, w białe szaty odzianych, aby wzywali do opamiętania. Złotoborzanie jednak, podburzeni przez Łyska, pochwycili obu wieszczów. Zelżyli ich, obdarli z szat, a następnie wbili na pale. Posłuchali Łyska także wtedy gdy nakazał im pić krew pomordowanych wieszczów. Łatwo zgadnąć co było dalej. Nastąpiło oberwanie chmury. Lało tak długo, aż Złotoborze zamieniło się w jezioro, a jego mieszkańcy w ryby. Płotka skończyła opowiadać, ja zaś pozostałem głodny i zły…

- Jaki z tego morał? - Spytał Jakusz.

- Zapewne… zapewne… wódka szkodzi. Zwłaszcza w dużych ilościach! - Wypalił Powsinoga.

Wszyscy słuchacze wbili wzrok w podłogę, bo i oni nie wylewali za kołnierz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz