piątek, 27 grudnia 2013

Oniricon cz. XI

Śniło mi się, że:



- w jednym z listów św. Jana Ewangelisty są wzmianki o Ameryce Północnej i staroruskiej epice bohaterskiej (bylinach),
- Heniek de Slony w czasie swojego wesela grał na fortepianie, a słuchającym zdawało się, że widzą komory gazowe, krematoria i wybuch bomby atomowej w Hiroszimie, gdy chłopi dziwili się, że umie grać na fortepianie, Heniek powiedział, że ,,jeszcze wielu rzeczy o mnie nie wiecie'',
- szedłem do kasyna, lecz zawróciłem gdy spotkałem na swej drodze księdza proboszcza,



- byłem Conanem i walczyłem z kapłanem Klarkash - tonem z Atlantydy; Klarkash - ton raz był łysy, a raz miał krótkie, siwe włosy, walczyłem z nim w drewnianym budynku, w którym były baseny, kapłan wyzywał mnie od wyznawców Mitry,



- jeden ze znajomych Conana żyjący w Brytanii (nie w Brythunii) ułożył pieśń o zatopionych lądach i miastach, których ulice porastają teraz wodorosty,



- rozmawiając z panem Tomasusem ov S. wyraziłem wiarę, że Atlantyda, Lemuria i Mu kiedyś istniały naprawdę,



- jakiś ksiądz potępiał film ,,Pocahontas'' oraz Kapitana Planetę,



- pielęgniarka Halina Kiepska (pierwowzór bohaterki ,,Świata według Kiepskich'') istniała naprawdę i za PRL - u otrzymała mieszkanie po kobiecie, która straciła życie po złożeniu na nią donosu,



- rozmawiając z pewnym Rosjaninem powiedziałem, że polskie słowo ,,rycerz'' pochodzi od niemieckiego ,,der Richter'' - jeździec,
- jeden z moich postów otrzymał siedem komentarzy,



- św. Mikołaj jest nazywany przez Rosjan św. Spasem,



- byłem na wycieczce w Rumunii, Mołdawii i Albanii, w Rumunii ugościli mnie starzy ludzie w jakiejś bibliotece, zaś w Albanii uderzyła mnie wszechobecna bieda,



- Świadkowie Jehowy wypytywali mnie o Charlesa Teze Russella,



- pokazałem swojemu psychologowi blok z wykonanymi w dzieciństwie rysunkami prehistorycznych zwierząt; w terapii uczestniczyło dwóch chłopców z zespołem Aspergera, potem na ich miejscu pojawiło się trzech Murzynów, a ja deklamowałem wiersz o Murzynku Bambo,



- byłem na wycieczce do Afryki razem z Andrzejem Sapkowskim i grupą młodzieży; na kolację złowiliśmy mrównika, powiedziano dziewczynom, aby go nie głaskały, bowiem wówczas zaprzyjaźniłyby się z nim i nie chciałyby go zjeść; szukałem w Internecie informacji o mrówniku, lecz nie mogłem ich znaleźć (w końcu wpisałem w wyszukiwarkę: ,,prosię ziemne'').

czwartek, 26 grudnia 2013

Refleksja na dzień św. Szczepana

Dziś w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia przypada wspomnienie św. Szczepana, czczonego jako pierwszy męczennik. Był diakonem z I wieku po Chrystusie, który zginął ukamienowany za wiarę w boskość Jezusa Chrystusa. Umierał ze słowami: ,,Nie poczytaj im tego grzechu''. Wśród jego oprawców był niejaki Szaweł, który później nawrócił się i przeszedł do historii jako wielki apostoł Paweł. W polskiej tradycji ludowej istniał zwyczaj nakazujący, aby w drugi dzień świąt obrzucać księdza zbożem, zarówno na pamiątkę św. Szczepana jak i dla zapewnienia obfitych zbiorów w przyszłym roku.




,,Jak Mnie prześladowali, tak i was prześladować będą'' – mówił Jezus Chrystus. Na przestrzeni wieków chrześcijanie ginęli z rąk starożytnych Żydów (św. Szczepan, św. Jakub Apostoł), Rzymian (św. Piotr, św. Paweł) i Persów (św. Krystyna), muzułmanów (męczennicy z Otranto), chrześcijańskich królów skonfliktowanych z Kościołem (św. Tomasz Beckett, św. Stanisław, św. Jan Nepomucen), pogańskich plemion zamieszkujących średniowieczną Europę (św. Bonifacy, św. Wojciech, św. Bruno z Kwerfurtu, męczennicy międzyrzeccy), czy husytów (Andrzej Sapkowski w ,,Narremturmie'' wspomniał o fikcyjnym, starym księdzu, który w obliczu śmierci z rąk plądrujących Śląsk husytów, nie chciał wyrzec się katolickiej wiary, czym wzbudził podziw w swych oprawcach). Chrześcijanie oddawali też życie w czasach reformacji (św. John Fisher, św. Tomasz Morus, św. Małgorzata Clithero), jako ofiary nienawiści prawosławnych do unitów (św. Jozafat Kuncewicz), w nowożytnej Japonii (św. Paweł Mika), angielskiej wojny domowej, w czasie rewolucji francuskiej, najazdu USA na Meksyk w XIX wieku (poległy w Alamo, David Crockett był masonem), w czasie Komuny Paryskiej (jest hańbą, że w Szczecinie do dzisiaj znajduje się ul. Komuny Paryskiej), oraz powstania bokserów w Chinach. W XX wieku chrześcijanie masowo ginęli z rąk komunistów (np. ks. Ignacy Skorupka – bohater wojny polsko – bolszewickiej, czy bł. Jerzy Popiełuszko) oraz nazistów (św. Maksymilian Kolbe, św. Michał Kozal), w czasie I wojny światowej (bł. Karolina Kózka), wojny domowej w Hiszpanii, czy podczas rewolucji w Meksyku (bł. Jose Sanchez del Rio). Wymieniłem oczywiście tylko niektóre przykłady spośród wielu licznych. Wśród znanych prześladowców byli: Herod Agryppa, rzymscy cesarze Neron, Domicjan (skazał św. Jana Ewangelistę na wygnanie na wyspę Patmos), Marek Aureliusz, Dioklecjan, Julian Apostata, Henryk II Plantagenet, Bolesław Śmiały, Wacław IV, Jan Kalwin, Henryk VIII, Elżbieta I, Oliver Cromwell, madagaskarska królowa Ranavalona I, turecki sułtan Abdulhamid II (Kościół ormiański planuje wynieść pomordowanych przez niego Ormian do chwały ołtarzy), Lenin, Stalin, meksykański prezydent Elias Plutarco Calles i Hitler, obecnie zaś Kim Dzong Un.
Najwięcej ofiar pochłonęły prześladowania XX i XXI wieku. Obecnie chrześcijan morduje się min. w Arabii Saudyjskiej (samoloty państw mających we fladze symbol krzyża mają zakaz lotów nad tym państwem), Chinach, Korei Północnej, Wietnamie, Laosie, Sudanie, Indiach (hinduistyczni ekstremiści mordujący chrześcijan w 2008 roku wzorowali się na narodowych socjalistach), Pakistanie (męczeństwo ministra Shabazza Batti, uwięzienie Asi Bibi), Iraku, Iranie, Syrii, Egipcie, gdzie na naszych oczach trwa holokaust Koptów, Izraelu, gdzie działają żydowscy ekstremiści i w wielu innych krajach.
Zawsze podziwiałem męczenników. Są dla mnie niedościgłym wzorem miłości do Boga i człowieka, a ponadto nieraz zawstydzają mnie swoim męstwem i radykalizmem w dobrym znaczeniu tego słowa. Notabene swoich męczenników mają nie tylko chrześcijanie, co dowodzi, że potrzeba posiadania męczenników i bohaterów jest nie tylko chrześcijańska, ale i ogólnoludzka.
Wciąż pamiętam jak niegdyś na lekcji religii Anna ov Sobčakova pytała się katechety, pana Andreusa ov Leovishinera czy warto oddawać życie za wiarę. Pan Leovishiner powiedział wówczas: ,,Czy nie lepiej umrzeć niż żyć na kolanach''? 

wtorek, 24 grudnia 2013

Bóg się rodzi! Godus genatur! Bog se rod'i! Deinus natis!

Z okazji narodzin naszego Pana, Jezusa Chrystusa, wszystkim Czytelnikom bloga, niezależnie od wyznania i światopoglądu, składam najserdeczniejsze życzenia cudownych, pełnych radości, zdrowych, spokojnych i rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia, błogosławieństwa Bożej Dzieciny, niezapomnianych wrażeń, smacznego karpia i bogatego Mikołaja.



Iriakielnoj Genaciya Godusiner!
Vesełych Godov Božyja Narod'enia!
Korasu Kristnasad!



niedziela, 22 grudnia 2013

Niech żyje Wolność!

,,Zima wasza, wiosna nasza''!, ,,Nie ma wolności bez solidarności''! - hasła NSZZ ,,Solidarność''.



Na ulicach Warszawy roku 1980 znów pojawił się Ruskomobil, prowadzony przez Pana Sołtysa, z Łukaszem, Lawendycją, Heńkiem, Czubkiem, Dymitrem i Nataszą w środku, jadący ku nowej misji w dziejach Pawlaczycy. Zeszłoroczna pielgrzymka papieska rozniosła po Polsce posiew tego co komunistom zdawało się całkowicie pogrzebać: wspartej czynem nadziei. Pierwszy plon zebrano w Gdańsku, skąd



przysłowiowy ,,wiatr od morza'' rozniósł nowy posiew od Bałtyku po Tatry i od Odry, poprzez Wisłę, aż do Bugu. Pielgrzymka zapaliła ogień, w którym miano wykuć  koronę do założenia Białemu Orłu. Tym ogniem była ,,Solidarność''...
- Powiadacie, że przyjechał ,,znamienityj czełowiek''? - pytał się Dymitr.
- O tak, - potwierdził Łukasz - on znaczy więcej niż polityk. Jego imię jest Mąż Stanu...
- Tyle lat żyliśmy jak pod kloszem, martwiąc się tylko, czy aby następnego dnia dożyjemy - mówiła Lawendycja - to teraz to nadrobimy. Pokażemy Polsce, że widzimy więcej niż czubek nosa!
W latach 40 - tych gdzieś na środku Wisły, załoga turystycznego jachtu ,,Huta'' otworzywszy drzwi kajuty kapitana Jana Tadeusza Sadłowskiego, zniknęła w ogromnej chmurze szarego, gryzącego dymu. Chmurę zaatakował wiatr i uniósł jej szare runo w przestworza, w wtedy co odważniejsi  marynarze weszli w głąb kajuty. ,,Rzyg, rzyyyg, rzyg, rzyg, rzyg!'' - na podłodze leżał, rytmicznie wyrzucając z siebie fontanny wymiocin jakiś wąsaty, postawny mężczyzna, którym był sam kapitan. ,,Idzie rak - nieborak, jak uszczypnie będzie znak... Więcej, więcej! Brww! Gul - gul! Pśśś! Mmm! [ocenzurowano]! Fajnie! Fajnie!'' - mamrotał przez sen, a jakiś marynarz powiedział pod nosem:
- Trzeba go ratować! - i uratowano kapitana; marynarze wyciągnęli go z kajuty, na której podłodze tliły sie szczątki skrzyń z papierosami. Wszystkie oszczędności kapitana Sadłowskiego ukradł przemytnik z Mołdawskiej SRR...



Wspomnienia te odżyły w pamięci Heńka de Slony, kiedy zobaczył przez szybę Ruskomobila jakiegoś starszego, otyłego człowieka z posiwiałym już wąsem, ubranego w marynarski uniform, po którego przykrytej czapką głowie (wciąż jeszcze czarnowłosej) skakały marzenia o emeryturze. W dłoni trzymał walizkę. Na jego widok zabiło serce Heńka.
- Ojcze - zwrócił się zięć do teścia - jeśli chcesz, racz zaparkować Ruskomobil.
- A dlaczego? - zdziwił się Pan Sołtys.
- Bo ten marynarz z walizką - wskazał na przechodnia - to kapitan Sadłowski, którego niegdyś zagazowałem w ,,obrzędzie napędzania raka'' i okradłem - tłumaczył Heniek.
Pan Sołtys zaparkował samochód a kapitan Sadłowski oglądał się na boki planując przejść po pasach na drugą stronę.
- Stój! - ktoś krzyknął, aż się kilku przypadkowych przechodniów obejrzało i złapał kapitana za ramię, aż ten przestraszony odwrócił się. - Przebacz mi, że byłem hipokrytą, wykorzystywałem twoje zaufanie i ,,Hutę'', aby przemycać kontrabandę, udawałem przyjaźń, choć nienawidziłem was i widziałem wasze zmanipulowanie, które nazywałem ,,głupotą'', że zrobiłem wam ,,obrzęd napędzania raka'' i okradłem was. Oto moje oszczędności, część łupów wojennych z 50 roku i jeszcze nie wydałem skradzionych panu pieniędzy. Oto one! - mówiąc to autentycznie żałował.
- Zcukrzaj dziadu! - odburknął Sadłowski. - Nie wiem jak się nazywacie!
- Heniek de Slony - odpowiedział natręt, a czoło kapitana groźnie się zmarszczyło, jakby sobie coś przypomniał.



- Ty skogucikrowo! - ryknąwszy jak buhaj, uderzeniem pięści powalił Heńka na chodnik, a jakaś kobieta na drugim rogu ulicy z wrażenia upuściła siatki z zakupami.Tymczasem Sadłowski zaczął teraz kopać i wypominać zadawnione urazy. - Ty rybiciotko! Zkotkicórko! Zakręcony ty! Piorunie ognisty! Kumunisto ty! - wyzywał sepleniąc, Heniek leżał na chodniku, a tymczasem z Ruskomobila wysiedli wszyscy.
- Ludzie, ludzie, mordują! - ktoś podniósł rwetes, a Czubek z dźwiękiem
- Wow!
na pysku, nadbiegł szczerząc zęby, a z nim Lawendycja, która w obronie męża wyjęła nóż z ciemienia, potęgując tym i tak już wielki poziom adrenaliny u warszawiaków.
- Trzeba wezwać milicję! - ktoś uznał i zgodnie z tym postanowieniem zaszył się w zaciszu budki telefonicznej.
- Bandyci! W biały dzień! Łapać ich! Aresztować! - apelowała jakaś starsza pani, a czterech nastolatków w odpowiedzi na apel wdrapało się na drzewo, z czego jeden próbował interwencji.
- A wy tam cicho! - odkrzyknął Sadłowski zrzucając dzielnego młodzieńca z pleców. - My się tu tylko przepychamy a poza tym mam prawo korzystać z bogactwa języka polskiego - mówiąc to zrobił przerwę w kopaniu Heńka, brutalnie odtrącił Lawendycję i widząc, że warszawiacy zaczęli odsuwać się od niego splunął, podumał chwileczkę, podrapał się w głowę i zadał sobie pytanie...
- A właściwie to dlaczego go pobiłem? - tymczasem Czubek trzymał go zębami za nogę.
- Wrwww! - warczał.
- Czubek, puść! - kazał ledwo przytomny Heniek, a pies polizał mu twarz, na której czerwieniła się krew z nosa.
- Heniek! - kapitan ryknął jak lew. - To ty żyjesz? Dalej brachu, wstawaj z bruku, nie jesteś ideałem by tu



leżeć! - mówiąc to podniósł go. - Nie gniewaj się stary, ale wiesz; jestem jaki jestem, oczywiście trzeźwy,



tylko wiesz brachu, czasem mam ,,pomroczność niejasną'' - wszyscy się roześmieli.
- Ale bogactwo masz ubogie - zauważyła Lawendycja.
- Aj, tam, co tam pani wie - Sadłowski podkręcił wąsa - mówię tak, aby zaznaczyć, że jestem męski, zakręt - dorzucił po chwili aby podkreślić swoją głupotę.



,,Mój mąż jest bardziej męski od pana, bo nie bluzga''! - pomyślała Lawendycja, a Natasza i Pani Sołtysowa były tego samego zdania.
- Ludzie, słuchajcie - przemawiał Pan Sołtys do warszawiaków. - Nie musicie wzywać już milicji, bo mój zięć już przebaczył temu człowiekowi! - ,,Och, kiedy będzie z takimi porządek''! - niejeden biadolił.
- Panie kapitanie - mówił Łukasz - przyjechaliśmy, aby nawiązać kontakt z ,,Solidarnością''. To taka organizacja patriotyczna założona tego roku w Gdańsku. Słyszeliśmy, że do Warszawy ma przyjechać Mąż Stanu, wielki człowiek. Czy pan kapitan może nam pomóc? - zapytał uprzejmie.
- A ja nie znam waszej ,,Solidarności'' - powiedział kapitan - przyjechałem tu, aby mnie skierowano na emeryturę i guzik więcej. Czy ten Mąż Stanu rozdaje złoto, diamenty, dolary; jeśli tak to OK, ale jeśli nie, to nie! - powiedział z głębi duszy.
- Czy pan, panie Sadłowski - z oburzeniem przemawiała Lawendycja - sens życia upatruje tylko w dobrach materialnych, a nie obchodzi pana pańska Ojczyzna?! - apelowała do sumienia.
- Noszę gacie, mam na wódkę i gdzie spać, więc tam mi dobrze - komentarz zbyteczny.
- Nie zależy panu na wolności? - pytała dalej.
- Przecież mówiłem, że noszę gacie... - odburknął Sadłowski.
- Pan nie wie co to jest wolność! - ze smutkiem powiedziała Lawendycja.
- A co to wolność? - spytał rozbawiony Sadłowski.
- Możliwość odróżniania dobra od zła i wyboru dobra - że też miała cierpliwość tyle dyskutować! - Czy w domu nie uczono pana czym jest patriotyzm? - to pytanie było jak piorun.
- No tak, śp. matka mówiła, ale teraz to człowiek goni za kasiorą, to niewygodnie jest mu być dobrym, ale dla miłego ciepełka w sercu, no i jak ustrój ma się rozlecieć w perzynę, to czemu by nie? Dołączam do was!
- Gdybym wierzył w reinkarnację, pomyślałbym, że to nowe wcielenie Mniszcha - powiedział Dymitr do Nataszy.
- Dobrze, panie Sadłowski - powiedział Pan Sołtys - pójdzie pan z Lawendycją swoją drogą, a my pojedziemy Ruskomobilem.
Drogi naszych bohaterów w poszukiwaniu ,,Solidarności'' rozeszły się... Pan Sołtys razem z Panią Sołtysową, Heńkiem, Łukaszem, Dymitrem, Nataszą i Czubkiem ujechał już spory kawał drogi, kiedy nieoczekiwanie utknął w korku. Nie był to bynajmniej przypadkowy korek. Choć mało ludzi o tym pamięta, tego dnia tłumy warszawskich robotników wyszły na ulice, aby strajkiem domagać się należnych sobie praw. Partia odpowiedziała we właściwy sobie sposób: pałą w łeb, pałą w łeb, tak nasza milicja zarabia na chleb. Pan Sołtys wyłączył silnik Ruskomobila.
- Co oni robią? - zdumiał się niepomiernie, a w odpowiedzi usłyszał strzały z broni palnej.
- A huncwoty! - wykrzyknął gniewnie. - Szanujcie człowieka! - chcąc ratować mordowanych robotników nacisnął klakson.



Dodać należy, że klakson Ruskomobila nie był jak inne klaksony. Kiedy zabrzmiał to z taką mocą, że naraz w najbliższym otoczeniu szyby wyleciały z okien, co wrażliwszym krew puściła z nosa, a także wszystkie czapki ,,jak jeden kapelusz'' pospadały milicjantom z głów na chodnik i jezdnię. Proszę sobie wyobrazić jak byli wściekli (milicjanci ma się rozumieć!), skoro w tamtych czasach nosili godło państwowe na czapce, a godło nie mogło leżeć na ziemi (to teraz wielu się śmieje z policji, ale w czasach PRL - u opisana sytuacja wcale nie była zabawna!). Szło się wtedy do więzienia (jeśli się przeżyło kopniaki ,,pana władzy'') a i tak miało się szczęście, bo wtedy kara śmierci też była. Tak więc Pan Sołtys skupił na sobie nienawiść wszystkich milicjantów dotąd zajętych tłumieniem strajku. W kierunku Ruskomobila posypały się strzały, lecz nadaremno. Pan Sołtys dla postrachu odsłonił działo Ruskomobila, jednak milicjantów to nie zraziło. Wcześniej bowiem jeden z komendantów rozmawiał telepatycznie z uwięzionym Plaptoniusem i ten pouczył go jak należy postąpić. Otóż działo strzelało wszystkimi częściami (bazooką, miotaczem płomieni i trzema kałasznikowami) jednocześnie, toteż funkcjonariusze MO ... oblali samochód benzyną. Teraz czekali w napięciu czy aby nie stanie w płomieniach.
- Ręce do góry! - wykrzyknął groźnie komendant, a załoga samochodu w milczeniu wyszła nie próbując desperackiego sabotażu.
Milicjanci ich skopali, lecz nie zabili; bowiem dla naszych bohaterów sądzona była straszna śmierć... Nałożył im kajdanki i na rozkaz komendanta zaprowadził w tajemniczym kierunku młody funkcjonariusz ZOMO, Onufry Kurowiec. A co się stało z Ruskomobilem?
- Ładny wóz - mówił jakiś sierżant - jakby go obmyć z benzyny i przemalować, byłby świetny radiowóz.
- Co?!!! - komendant uderzył sierżanta w twarz. - Śmiesz porywać się na kolor czerwony? Na znaki naszego dobrodzieja i sojusznika? - dodać należy, że ten komendant był tak zagorzałym komunistą, że wszelką czerwień uważał za państwową świętość, nawet jeśli była to czerwień jesiennych liści, czy krwi zalepiającej bandaż!
- Jak bym śmiał, panie komendancie! - zaprzeczył sierżant. - Niech wygląda jak wygląda, bo wygląda bardzo poprawnie.
Tak oto Ruskomobil został włączony w służbę Milicji Obywatelskiej.



Co w międzyczasie spotkało Lawendycję i kapitana Sadłowskiego? Szli razem, a kapitan czuł, że nie może jej skrzywdzić, bowiem ją szanował. Wszystko było dobrze, do momentu gdy natknęli się na trzech



członków Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej, którzy szli blisko siebie, w środku szef, a dwóch przewyższających go o głowę trabantów po bokach. Ludzie ci należeli do Dziadostwa i z opowiadań starszych kolegów słyszeli o Pawlaczycy. Pociągały ich zwłaszcza mocno ubarwione opowieści o ,,krwawej suce'' Lawendycji de Slony. Teraz rozpoznali ją po wystającym z ciemienia nożu.



- Stójcie, na chwałę Breżniewa i Kani! - rozkazał szef. - Jesteście aresztowani, zabierzemy was na Mokotów... - lecz Sadłowski tego nie słyszał.
Pot, zimny jak wody opływające Antarktydę zrosił mu twarz, serce podeszło do gardła, a nogi były jak z waty.
- Łaski! - wrzasnął jak szaleniec i ukrył się za kubłami na śmieci, dygocąc jak osika.
Lawendycja była zdenerwowana, lecz spokojnie przemówiła:
- Nie róbcie krzywdy temu mężczyźnie - prosiła smakując swój zimny, słony pot. - On się boi. Pozwólcie mu odejść bezpiecznie. On nie jest z naszej wsi, a ja jestem córką sołtysa, ,,krwawą suką'' jak mnie nazywacie, choć już wam przebaczyłam. Możecie mnie zabić... - starała się zachować stoicki spokój aby ratować Sadłowskiego.
- Nic z tego! - powiedział młodzian. - On się boi i aż się prosi aby go zabić, a my lubimy zabijać różne imperialistyczne gnidy. Teraz chcemy go żywego. Oczywiście panią, krwawa suko, też skrzywdzimy. Nie wiem tylko czy najpierw mamy panią zgwałcić czy oszpecić? - zapytał po chamsku, a w stronę kubłów krzyknął.
- Ej, ty wyłaź! - a Sadłowski zaczął płakać ze strachu. - No nie pokazuj zadka spomiędzy śmietników, bo dostaniesz weń kulę! - ciekawe czy jego rodzice też tak mówili?!
Wtem jedno z oczu Lawendycji zakryło się bielmem. Wyjęła nóż z ciemienia i nagle dwóch towarzyszy stało się równych wzrostem swojemu bossowi, bo ich głowy potoczyły się na chodnik, a jakaś kobieta wrzasnęła w oknie i prosiła męża o aspirynę. Na chodniku w kałuży krwi leżały dwa trupy, a Lawendycja z wyciągniętymi rękami wciąż stała, cała dygocząc, a wełniak miała mokry od łez. Nie czuła nienawiści do zabitych i robiła to wyłącznie w obronie idącego z nią kapitana. Gdyby chodziło tylko o jej życie, wolałaby zginąć niż zabić w jego obronie. Przez chwilę trwało pełne napięcia milczenie, przerywane jedynie szlochem kapitana. Wreszcie przywódca dziadowskiej młodzieżówki z okrzykiem: ,,Świnia, suka, zakręt''! uderzeniem w brzuch, powalił Lawendycję na bruk i skopał, a półprzytomnej założył kajdanki, tak samo Sadłowskiemu i kopniakami pogonił obu na Mokotów. W gruncie rzeczy wyczyn Lawendycji budził w nim podziw.
 A co było z Ruskomobilem? No cóż, była już noc, lecz przy reflektorach ciężarówki rozpoznał go Wielki Podsnajperzy z pawlaczyckiego Dziadostwa. Nie wiedział jednak, że był to radiowóz. Nie myśląc wiele wystrzelił prosto w rurę wydechową. Samochód odjechał do garażu wybudowanego na samym środku Pól Elizejskich....




sobota, 21 grudnia 2013

Oniricon cz. X

Śniło mi się, że:


- Bolesław Chrobry otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla,



- w czasie nabożeństwa majowego odmawiałem ,,Litanię do Wszystkich Bogiń''
- zdrapałem sobie z głowy kwadratowy kawałek naskórka wielkości małej kartki, przypominający wyglądem koronkę, gdy zobaczyła to pani Isabeliana ov Oleien pomyślała, że trzymam plan lekcji zrobiony z koronki,
- gdy chodziłem do szkoły, jakiś uczeń miał na głowie dużego, czerwonego strupa, a mnie korciło aby go zdrapać,



- w jakimś języku słowo ,,kakao'' znaczy ,,miłość'',



 - szukałem w Internecie zdjęcia Andrzeja Sarwy,



- Morze Sargassowe jest wielkości pięści,



- w Mrzeżynie prowadziłem zeszyt do biologii i języka polskiego pobierając nauki u pani Casiyi, która wyglądem przypominała knezinkę Hellonę, do tego zeszytu wklejałem min. zdjęcia meduz np. żeglarza portugalskiego, pod wpływem ujrzanej na ścianie budynku wystawy o Sapkowskim ułożonej z mozaiki, napisałem w owym zeszycie wielkimi literami na zapisanej już stronie: ,,Chwała Sapkowskiemu'',



- przygotowując się do Wigilii poszedłem do szczecińskiego zoo, gdzie zobaczyłem monstrualnie spasione świnie o olbrzymich ryjach i krokodyle (jeden z nich jadł kaczkę), krokodyl opuścił swój wybieg i poszedł za mną, chciał zjeść chłopca, lecz przeszkodziłem mu,



- C. S. Lewis twierdził, że J. R. R. Tolkien zdradzał publicznie jego sekrety,



- Rosjanka w stopniu generała nosząca imię lub nazwisko Delfin wrzucała wrogów Rosji do basenu gdzie w  wodzie unosiły się mikroskopijne żyjątka potrafiące zjeść człowieka tak jak to czynią piranię, w tym śnie występował Szamil Basajew mający długie, blond włosy i wąsy (skojarzył mi się z Volkodavem), generał Delfin zagrała z Basajewem w szachy, a potem z wielkim trudem go zastrzeliła i wrzuciła do basenu,
- pływałem w jeziorze mając na sobie czarne, dresowe spodnie,



- zamknąłem Verę Ravialis; suczkę rasy beagle, należącą do Voytakusa ov Visnica w szafie, aby nie rozrabiała,



- do jednego z mieszkań włamała się stara, antypatyczna kobieta o siwych włosach, ubrana na czarno, towarzyszył jej ślepy chart, owa kobieta została przepędzona z domu przez mieszkające w nim zwierzęta,
- jakaś kobieta z firmy telekomunikacyjnej zapowiadała, że zadzwoni do mnie o trzeciej w nocy,



- Koziołek Matołek przybył do ZSRR gdzie kupował sobie w barze coś do zjedzenia,



- w czasie II Cristiady, gen. Enrique de Gorostieta zdobył zaczarowaną książkę do fizyki, czytanie jej pierwszych rozdziałów sprowadzało sztorm, zaś czytanie kolejnych uspokajało burzę; w tym śnie występował też meksykański komunista, przeciwnik prezydenta Callesa, który krytykował Chiny, a chwalił ZSRR.

środa, 18 grudnia 2013

Zbrodnia i kara

,,A jeśli ktoś nasz polski dom zapali
To każdy z nas gotowy musi być
Bo lepiej abyśmy stojąc umierali,
Niż na kolanach klęcząc mieli żyć''
(z ulotki naklejonej na murze).



W Pawlaczycy wszystko było jak przed pielgrzymką, tyle tylko, że towarzysz Plaptonius już wrócił z Warszawy. Zwierzęta były zdziwione i zawiedzione, że po ich Lesie jedzie czołg. Żołnierz jednak starał się jak najszybciej opuścić Las, aby nie wyrządzić więcej szkód. Był już na wsi, a Lawendycja wskazała mu drogę do siedziby Dziadostwa.
- To ten domek - wskazała - tylko panie Żołnierzu jest bardzo ciężko go zniszczyć!
- No cóż, nie ryzykuje ten kto zdycha! - powiedział Żołnierz i wycelował lufę czołgu w styk dachu ze ścianami.
Rozległ się potężny huk i siedziba Dziadostwa stała się dymiącą kupą gruzów. Na nogach ostał się tylko Plaptonius, ledwo przytomny ze strachu, uwalony tynkiem, co upodabniało go do piekarza bardziej niż członka Partii, a gdy zobaczył czołg, zaczął uciekać. Żołnierz wybiegł z morderczej machiny, dogonił Plaptoniusa i powalił go na ziemię.
- Litości, wielki wodzu kontrrewolucji, oszczędź mnie! - błagał skomląc jak szczeniak.
- Na takich karierowiczów jak wy, to szkoda kuli - uspokoił go Żołnierz - proszę cię tylko abyś poszedł do Fortu Marksa i powiedział swoim towarzyszom, że chcemy aby się poddali.
Plaptonius nawet nie myślał stawić oporu. Pobiegł do Fortu Marksa, a czołg jechał za nim. Wbiegł na dziedziniec i krzycząc jak szaleniec i machając rękoma jakby chciał odlecieć, mówił o wielkiej, światowej kontrrewolucji, która zmiotła właśnie siedzibę Dziadostwa. Strażnicy wprowadzili go do kwatery i dali ciepłą herbatę. Następnie cała załoga postanowiła drogo sprzedać swój bastion komunizmu w Pawlaczycy.
- Debile, głupie alfonsy! - krzyczała w stronę Fortu Marksa Lawendycja wychylając się z czołgu i naśladując zarzucony już styl Evcelmy. - Wyrzuciliście stąd Pana Jezusa, aby zrobić w naszym Kościele ,,świniarnię'', więc nie liczcie, że będzie was bronił przed nami!
- To ta krwawa suka tak wykończyła towarzysza Plaptoniusa! - mruknął strażnik z wieży obserwacyjnej i strzelił w stronę ,,krwawej suki''.
Kula musnęła skroń Lawendycji nie uszkadzając skóry i utknęła w jej długich włosach. Lawendycja weszła z powrotem do czołgu, a z Fortu Marksa rozpoczęła się kanonada.
- Szkoda, że nie przywieźliście z Warszawy broni przeciwpancernej! - ktoś mówił do Plaptoniusa, wręcz zielonego z wrażenia.
Tymczasem lufa podniosła się i czołg przy akompaniamencie ostrzału karabinowego Dziadowskich, wpełzł na dziedziniec. Znów coś wstrząsnęło powietrzem. Potężna, żelazna brama Fortu Marksa była teraz zbiorowiskiem opiłków rozrzuconych w dzikim nieładzie po okolicy. Pocisk leciał dalej, zniszczył mównicę, która niegdyś była amboną, zabijając na miejscu wydającego rozkazy towarzysza Romana Wieleskóra, zastępcę Plaptoniusa, po czym rąbnął w ścianę.
- Poddajmy się! - histerycznie wrzasnął Plaptonius, przebywający na poddaszu.
- Zdrajco! - towarzysz Krzysztof Raniuk uderzył go w twarz, aż ten upadł. - Partia nigdy się nie poddaje! - jakby na potwierdzenie tych słów Dziadowscy ( z wyjątkiem Plaptoniusa) chwycili za karabiny, inną broń palną, a nawet za benzynowe kanistry, lecz czołg parł naprzód.
- Co za heroizm! - wyrwało się Łukaszowi widzącemu walkę z Dziadowstwem.
Zastępy Dziadowskich topniały jak wiosenne śniegi, zaś lufa czołgu, (którą przysłużyła już do zniszczenia ofiarowanego niegdyś przez Gomułkę helikoptera) teraz wysunęła się do środka przez wyrwę w miejscu bramy.
- Dynamit! - ktoś wrzeszczał. - Dajcie dynamit! - marzono o wepchnięciu materiału wybuchowego przez lufę i wysadzeniu czołgu.
Na próżno! Kartacz szedł za kartaczem, w pył rozniesiony został stół biesiadny zrobiony niegdyś z ołtarza, obrazy Lenina, Breżniewa, Gierka i Plaptoniusa zostawały wepchnięte w ścianę, ta zaś poczynała się kruszyć. Artyleryjska kanonada zburzyła ścianę, a z lufy leciał dym. Teraz biegnie ktoś z dynamitem w dłoni, lecz Łukasz wychyliwszy się z czołgu wyrwał materiał wybuchowy z ręki Dziadowskiego i rzucił czerwoną laskę w popiersie Lenina.
Czołg wycofał się i nagle zaczął strzelać w następne ściany. Beznadziejna kanonada trwała po obu stronach, a tymczasem pół wsi się zbiegło. Pielgrzymka skończyła się. Jaruzelski dotrzymał obietnicy złożonej papieżowi i zabronił zabijać Pana Sołtysa wracającego ze szpitala. Tak więc Pan Sołtys wrócił Ruskomobilem do Pawlaczycy, a wraz z nim przyjechali inni członkowie delegacji. Powitał ich niesamowity



rumor. Oblężeni komuniści ginęli jak ranne bawoły, ostatnie chwile konania poświęcając na zadawanie



śmierci wrażych wojsk kontrrewolucji. Ginęli w milczeniu, armia Antychrysta, zabójcy polskiego chłopstwa i raby totalitaryzmu, który teraz rozpoczął pożeranie własnych kapłanów. Po godzinie z Fortu Marksa została się tylko góra dymiących, skąpanych we krwi gruzów.
Wrażenie było zbyt wielkie, aby ktokolwiek krzyczał: ,,Wygraliśmy''! Pierwsza z czołgu wybiegła Lawendycja. Znalazłszy się przy rumowisku, ujrzała wśród pokruszonych cegieł jakiegoś wciąż żywego człowieka.
- Dobrze mówiłam - strasznym głosem pogwałciła ciszę - zrobiliście w Kościele ,,świniarnię'', a świniami byliście wy. Teraz też zginiecie śmiercią świńską. Jak świnie będziemy was wydobywać z gruzów i zarzynać, tylko, że nie zasługujecie aby was jeść. Po tych słowach wyjęła nóż z ciemienia i nachyliła się nad półżywym człowiekiem aby go dobić.
- Nie, siostro - poczuła znów bielmo na oczach, od dłuższego już czasu, a także czyjąś męską rękę.
Była to ręka jej brata Łukasza.
- Dziadowscy zabili Stasia i Faustynkę - powiedziała twardo, lecz łez nie mogła powstrzymać.
- Papieżowi mówiłaś, że postarasz się przebaczyć - drążył Łukasz, lecz Lawendycja nie odpowiadała. - Dlaczego chcesz być jak oni? Nie powtarzaj ich zbrodni. Twój mąż i ja chcemy cię prawdziwej, bez bielma na oczach.
- To dzięki twojej dobroci przestałem być przemytnikiem - mówił Heniek. - Jesteś moim autorytetem moralnym. Tak bardzo ciebie podziwiałem gdy nie chciałaś aby Strach na Wróble zabił ubeków, tak bardzo byłaś wtedy w pełni KOBIETĄ... Nasze dzieci z pewnością już przebaczyły swoim mordercom. Teraz ty pokaż kim jesteś... - Lawendycja schowała nóż do ciemienia, lecz nie mogła powstrzymać płaczu.
- Niezależnie kto wygra, prawdziwym zwycięzcą jest ten kto umie wybaczyć - pocieszał ją Ksiądz Dobrodziej. - Oni już nikogo nie skrzywdzą, a ci co przeżyli zostaną osądzeni - czy klątwa Astarota nadal będzie ciążyć?
Nie tylko Lawendycja odczuwała wielki ból z winy Dziadostwa. Tak naprawdę, mówiąc słowami Sienkiewicza: ,,Nienawiść wrosła w serca i zatruła krew pobratymczą...'' Niemal każdy chłop i każda chłopka stracili kogoś bliskiego podczas okupacji lat 1951 - 1979. Za radą Księdza Dobrodzieja, Pan Sołtys nakazał wyciągnąć ludzi spod gruzów, poległych godnie pochować, a rannych wyleczyć, aby było kogo sądzić. Rozkaz spełniono i już po tygodniu sprowadzono Dziadowskich na sąd. Między nimi był Jerzy Plaptonius. Nastroje były wrogie i pełne oczekiwania na surową sprawiedliwość.
- Mordercy! - krzyczała i groziła pięścią wiekowa już Stara Babucha. - Wasze miejsce jest w piekle!
- I dobrze! - odkrzyknęła Lawendycja. - My też się tam znajdziemy jeśli będziemy postępować jak oni!
Nikt nie liczył na litość, kiedy w roli sędziego wystąpił Pan Sołtys. Proces był długi i miał burzliwy przebieg, ale Dziadowscy otrzymali adwokata aż z Magdalenki. W końcu zapadł wyrok skazujący.Wszyscy oczekiwali na śmierć, a Pan Sołtys dał ręką znak, że chce mówić.
- Zasługujecie na śmierć, lecz jej nie otrzymacie, bo to nie my, ale wy jesteście Dziadowscy. Idźcie do Warszawy i powiedzcie swojej Partii, że oto w całym zniewolonym przez was świecie nadchodzi POWRÓT WOLNOŚCI...
Ten wyrok był szokiem zarówno dla chłopów jak i podsądnych. Z tych ostatnich wygnanych do Warszawy, byli tacy co się nawrócili na katolicyzm, a nawet zamieszkali w Pawlaczycy żeniąc się z chłopkami. Jednak najsroższych zbrodniarzy ukarano niczym w nowej Norymberdze. Plaptonius został uwięziony w drewnianej chacie z napisem ,,Wróg Narodu''.



- Erashim tzay gracilis! - mówiła po starokrasnemu o Panu Sołtysie Anej e Rion, co znaczyło ,,On jest wielki''!
Kiedy Lawendycja sprzeciwiła się Starej Babusze, jej oczy znów były niebieskie, a serce szczęśliwe. A było to tak. Jeszcze przed pielgrzymką schwytała dwóch Dziadowskich; Pawła Szmaciaka i Adolfa Skoratyszyckiego i  uwięziła ich w swojej piwnicy aby zabić. Nie zdążyła tego zrobić, bo pojechała do Warszawy. Teraz widząc jak trudno będzie wybaczyć, postanowiła uwolnić jeńców. Weszła do piwnicy i chciała spełnić swój zamiar...
- Przebaczam wam! Jesteście wolni! Żyjcie! - wołała, a odpowiedziało jej rzężenie umierających.
- Za późno, pani - zdołał wyrzec towarzysz Szmaciak, a Skoratyszycki już nie żył. - Baliśmy się waszej srogości w tępieniu nas i podcięliśmy sobie żyły, bo wiedzieliśmy, że śmierć jaka pani by nam zadała byłaby długa i bolesna, jak śmierć pani dzieci... - dalej nie mógł mówić, oczy same mu się zamykały.
Lawendycja chciała ich ratować, lecz stracili zbyt dużo krwi i było już za późno na ratunek.
- My już zmarnowaliśmy swoje życie - ostatkiem woli mówił Szmaciak - lecz żeby pani nigdy nie mówiła tego... - głos zamarł, a w piwnicy domu państwa de Slony leżały dwa trupy, a w kałuży krwi Lawendycja płakała długo i żałośnie...
Przypominały jej się dzieci; te straszne chwile gdy trzymała dwa zimne, skrwawione ciałka na rękach i obmywała je łzami. Nie wiedziała tego, ale wówczas zanim jeszcze bielmo przykryło jej oczy, jakaś sikora modra wyprowadzająca pisklęta z gniazda, na ich pytanie ,,Co to takiego człowiek''? odpowiedziała



wskazując na Lawendycję z martwymi dziećmi: ,,Ecce homo''. Pierwsza przeklęta Polka była pierwszą, która złamała klątwę Astarota.
Grzmiało i z nieba lunęła ulewa wymywająca krew z ziemi i roślin, kiedy na gruzach Fortu Marksa, Ksiądz Dobrodziej znów sprawował Eucharystię.
- A z wami co będzie panie Żołnierzu? - życzliwie spytał Pan Sołtys.
- Do Warszawy nie mam co wracać, boby mnie oskarżono o zdradę stanu - odpowiedział Żołnierz - czy mógłbym u was zamieszkać?
- Ależ oczywiście - odpowiedział Pan Sołtys.
I tak Żołnierz dostał chatę, którą rozbudował, swój czołg zaparkował do stodoły, zaczął uprawiać pole i hodować zwierzynę i został narzeczonym Ayisaki e Rion. Na jednym z wieców powiedział: 
- Jeśli komuniści znów was zaatakują obronię was swoim czołgiem!



Nie wiedział, że niedługo straszna śmierć rozłączy go z Ayisaką i Pawlaczycą. 

niedziela, 15 grudnia 2013

Cudowna podróż

Wczoraj nad ranem wróciłem z dwudniowej pielgrzymki do Krakowa (starokrasne: Grakchov, runwirskie: Krakovo, toropieckie: Caroduna1), Łagiewnik (Lagenova, Łagivniki, Laina) i Wieliczki (Salta Gracilis, Vilička, Sol), odbytej ze szczecińską parafią św. Jana Chrzciciela. Jechaliśmy wiele godzin mijając min. Gorzów Wielkopolski (Zarko Gracilipalanishier, Gorov Vielgopalskij, Zarako Magnapolina) i Wrocław (Vratislava, Vraclav, Vrotisla), a z okien autokaru ujrzałem dinozaura (oczywiście nie żywego, tylko figurę). Ksiądz proboszcz czytał żywot św. Stanisława, z którego wynikało, że cud ze wskrzeszeniem Piotrowina miał miejsce naprawdę (dotychczas myślałem, że to tylko legenda, ale czy nie myślał Czytelnik, że być może za tysiąc lat rzeczywiste cuda np. św. ojca Pio i ojca Johna Boshobory też będą przez wielu uważane za legendy?).




W Krakowie zwiedzaliśmy z przewodnikiem i sprzętem nagłaśniającym katedrę na Wawelu – obok Jasnej Góry najważniejszą świątynię w Polsce. Obok bramy zawieszone były na łańcuchu kości wieloryba i mamuta – pamiątka z czasów kiedy tego rodzaju przyrodnicze kurioza gromadzono w kościołach tak jak dzisiaj w muzeach. Do katedry prowadzi ozdobna metalowa brama zdobiona literami ,,R'' (łac. ,,rex'' – król) w koronie. Pamiętam z lat 90 – tych, że owa brama zdobiła wówczas czołówkę Telewizji Kraków. Zwiedzając katedrę ujrzałem sarkofag Władysława Jagiełły (u jego stóp leżał smok jako symbol zwyciężonego zła), cenotaf (pusty sarkofag) jego syna Władysława Warneńczyka, Jana III Sobieskiego, Władysława Łokietka i jego syna Kazimierza Wielkiego (u jego stóp leżał bóbr symbolizujący to, że ostatni z Piastów na polskim tronie był wielkim budowniczym. Ujrzałem też groby Adama Mickiewicza i Juliusza Słowackiego (choć za życia byli skłóceni, spoczęli w jednej krypcie), Józefa Piłsudskiego (serce Marszałka i jego matki znajdują się na Rossie w Wilnie) i największego z polskich prezydentów, śp. Lecha Kaczyńskiego z żoną Marią. Widziałem też ogromny Czarny Krucyfiks, przed którym modliła się królowa św. Jadwiga (w jednym z numerów ,,Listu'' zetknąłem się z taką interpretacją mistyczną, że ów krucyfiks jest dlatego czarny, że znalazły się na nim ludzkie grzechy). Pokonując strach wspiąłem się na wysoką wieżę, aby zobaczyć Dzwon Zygmunta. Został on odlany w XVI wieku z moskiewskich dział zdobytych w bitwie pod Orszą w 1514 roku (Orsza leży na terenach dzisiejszej Białorusi). Istnieje przesąd, w myśl którego kto dotknie lewą ręką Dzwonu Zygmunta, temu spełni się pomyślane życzenie. Przy ołtarzu św. Stanisława uczestniczyłem we Mszy Świętej, którą koncelebrował biskup Tadeusz Pieronek. Moja parafia otrzymała w darze relikwie św. Stanisława. Kraków to wspaniałe miasto, pełne pięknych zabytków, ważnych dla naszej historii i kultury. Miasto to ma w sobie coś baśniowego, co wykorzystał Andrzej Pilipiuk pisząc trylogię o kuzynkach Kruszewskich.




Jeszcze tego samego dnia pojechaliśmy do Łagiewnik. Następnego dnia z rana widziałem jak jakaś kobieta jadąc samochodem obaliła znak drogowy i pojechała dalej (jedna z pań biorących udział w pielgrzymce spisała numer rejestracyjny samochodu). Uczestniczyliśmy w Mszy Świętej w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia – jednej z najpiękniejszych świątyń, jakie widziałem. Udział w Eucharystii był wspaniałym przeżyciem. Widziałem też kaplice różnych narodów, w tym bardzo piękną kaplicę węgierską ozdobioną kolorową mozaiką przedstawiającą węgierskich świętych. Potem ruszyliśmy w dalszą drogę z daleko podziwiając Sanktuarium Błogosławionego Jana Pawła II.




W Wieliczce, której nazwa oznacza ,,Wielką Kopalnię Soli'' zwiedzaliśmy podziemną kopalnię. Niegdyś w miocenie na jej miejscu znajdowało się morze. Ujrzałem podziemne, słone jeziora, przepiękne żyrandole wykonane z kryształów najczystszej soli – halitu, oraz. wiele wykonanych z wielkim trudem rzeźb z zielonej soli (min. św. Antoniego, św. Kingi, która według legendy sprowadziła sól do Polski, św. Barbary, bł. Jana Pawła II, Józefa Piłsudskiego, Mikołaja Kopernika, który jako pierwszy zwiedzał Wieliczkę w celach turystycznych, potężnych rozmiarów hermę Kazimierza Wielkiego a nawet posąg niemieckiego poety J. W. Goethego, który niegdyś zwiedzał Wieliczkę u boku księcia Weimaru). Jako fantasta nie mogłem przegapić rzeźb krasnoludków i smoka. Widziałem też prezentację multimedialną przedstawiającą wypalanie niebezpiecznego gazu – metanu. Dowiedziałem się też o rywalizacji między Wieliczką a Bochnią (Vokina, Bochnija, Bohena), oraz o tym, że koni w Wieliczce przestano używać dopiero w … 2002 roku.
Potem wsiedliśmy do autokaru i ruszyliśmy do Szczecina. Wróciłem do domu nad ranem i uważam, że warto było pojechać, bo jak mówił mój katecheta z liceum, dominikanin o. Marcus ov Cosiar: ,,Wiara potrzebuje 'dopalaczy'''. Poza tym miałem okazję lepiej poznać swoją Ojczyznę, która jest bardzo piękna, chociaż zaniedbana.


1 Nazwę wymawia się tak jak się pisze