,,Czy
Etiopczyk może zmienić swoją skórę, a lampart swoje pręgi? Tak
samo czy możecie czynić dobrze, wy, którzyście się nauczyli
postępować przewrotnie?’’ - Jr 13, 23
Październik
dobiegał końca. Zimny wiatr, kąsający niczym wściekły pies,
miotał na wszystkie strony kolorowymi liśćmi. Z pochmurnego nieba
padał lodowaty deszcz. ,,W taką pogodę nawet psa być
nie wyrzucił z domu’’ - mawiali gospodarze i skwapliwie
dokładali drwa do paleniska. W taką to właśnie pogodę, pustym
gościńcem w ziemi Guculsko na zachodnich rubieżach Orlandu, dwóch
podróżnych zmierzało w stronę Aplanu. Oto dostojnie kroczył
okazały lampart, zwierz z głębi tajemniczej Afryki, nazywany
podówczas lubartem lub lewartem. Zwierzęciu towarzyszył
dwunastoletni na oko, trzęsący się z zimna Murzynek, odziany jeno
w przepaskę ze skóry pytona i płaszcz ze skóry zebry.
-
Bwana Phalmant, oto zajazd przed nami! - Ucieszył się Murzynek, zaś
lampart, który nazywał się właśnie Phalmant zamruczał z radości
jak domowy kot.
Towarzyszący
mu chłopiec nazywał się Nasibu i był jego niewolnikiem. Władający
ludzką mową Phalmant przygarnął go, gdy ten jako jedyny przeżył
pożar swojej rodzinnej wioski. Początkowo lampart chciał zjeść
Murzynka, jednak wzruszony jego łzami, zgodził się, aby ten mu
służył. Odtąd Nasibu wszędzie towarzyszył dumnemu lampartowi.
Phalmant, co dość niezwykłe u kota, lubił podróże, przeto gnany
ciekawością i żądzą przygód, wyruszył razem z Nasibu na
północ, przez Międzyraj do zimnej i deszczowej Europy. Nieraz
Phalmant ocalił swego sługę od kłów wilków lub noży
rozbójników, chłopiec zaś bardzo przywiązał się do groźnego
zwierza.
Teraz
ich oczom ukazała się drewniana karczma na skraju błotnistej
drogi. Phalmant śmiało wszedł przez uchylone drzwi, a za nim
podążył Nasibu. Tego wieczoru było mało gości. W pogrążonej w
półmroku, rozproszonym jeno blaskiem tuzina świec izbie, siedziało
trzech siwobrodych dziadów z lirami, siorbiących piwną polewkę.
Cera jednego z nich miała zielonkawy odcień, zaś z jego kapoty
sączyła się strużka wody; znak, że był wodnikiem. Widok
lamparta i towarzyszącego mu jak cień, murzyńskiego chłopca z
dalekiej Tassilii, jakoś nie wzbudził lęku ani zaciekawienia, a
przecież nie był w tych okolicach czymś powszechnym. Phalmant
rozsiadł się wygodnie na krześle za stołem, co także nikogo nie
zdziwiło, po czym ryknął, oznajmiając wszem i wobec, że jest
głodny. Wnet, gnąc się w ukłonach, podszedł do nich karczmarz,
którego imię brzmiało Starodub.
-
Czym mogę służyć dostojnemu panu? - Zapytał lamparta.
-
Dla mnie sztukę mięsa i miskę wody – rozkazał Phalmant. - Dla
mojego raba zaś, dajcie pajdę chleba i gotowanej kapusty.
Karczmarz
odszedł do kuchni, aby przynieść gościom zamówione wiktuały.
Wtedy za szynkwasem ukazała się Halina, młoda żona siwego
karczmarza Staroduba.
-
Och, biedactwo! Musi być mu bardzo zimno! - Załamała ręce ze
zgrozy.
Następnie
podbiegła do półnagiego Murzynka niosąc mu ciepły kożuch,
spodnie i buty.
-
Naści, kochanie, załóż to sobie, inaczej zamarzniesz. Orland to
nie Tassilia, tu jest zimno o tej porze roku.
-
Dziękuję pani – odparł Murzynek i począł się odziewać.
-
Jak się nazywasz, chłopcze? - Spytała Halina.
-
Nasibu – odparł Murzynek. - Jestem sierotą i służę wielkiemu
panu, Phalmantowi z rasy lubartów.
-
Naści tu obwarzanka, Nasibu – Halina poczęstowała chłopca, a
następnie z gniewem zwróciła się do lamparta. - Wstyd to, panie
Phalmant, tak nie dbać o pacholę powierzone swojej opiece. Jeszcze
trochę, a biedny Nasibu zszedłby z tego świata na zapalenie płuc!
- Phalmant warknął coś przepraszającym tonem, a tymczasem
karczmarz przyniósł do stołu zamówione jadło i napój.
Halina
dopilnowała, aby ciepło przez nią odziany Nasibu otrzymał do
picia napar z lukrecji. Kiedy Phalmant i jego mały rab skończyli
się posilać i luty zwierz uiścił zapłatę w postaci dwóch
skórek popielic, podszedł do nich jeden z dziadów lirników.
-
Witajcie, jestem Burak. Takich jak wy nieczęsto widuje się w tych
stronach.
-
Przybywamy z dalekiej Tassilii i zdążamy do Aplanu, bośmy ciekawi
świata – wyjaśnił Phalmant.
-
Wiele lat się już wałęsam po świecie, jednak dopiero teraz
słyszę nazwę waszej ojczyzny, panoczku – stropił się dziad.
-
Tassilia – westchnął Phalmant – jest ogromnym królestwem na
Czarnym Lądzie, które rozciąga się od Morza Rajskiego na północy,
aż po jezioro Czad i wielką rzekę Kongo na południu. Słońce
cały rok darzy to królestwo łaskami swych złotych promieni.
Obfituje ono w rzeki, jeziora, sawanny i wiecznie zielone lasy pełne
olbrzymich i często groźnych zwierząt. Ludzie, którzy tam
zamieszkują, wyglądają podobnie jak mój rab, Nasibu. Pełno jest
tam również złota, drogich kamieni, smoków, olbrzymów, karłów
i wszelkich potworów, dziwów i czarów. Słodka Tassilia to
najlepszy kraj na całym okręgu Ziemi, a kto temu zaprzeczy, ten
zazna moich kłów i pazurów! Włada nią mądry i sprawiedliwy
król, Wielki Barnum, w ostatnich latach coraz częściej zmuszony
odpierać ataki hord przeklętego Kościeja zza morza.
-
Rad bym kiedyś ujrzeć to królestwo na własne oczy – gwizdnął
z podziwu dziad. - Panie lewarcie i ty, Murzynku, zapraszamy do
naszej kompanii. Zagralibyśmy w winta i poopowiadali sobie co
słychać w szerokim świecie.
-
Czemu by nie – odparł Phalmant i razem z Nasibu dosiadł się do
stolika dziadów.
Dwaj
pozostali towarzysze Buraka nazywali się Cebularz i Opieniek.
Najstarszy
z nich, szczycący się najdłuższą brodą, wyjął z kieszeni
kapoty nieco sfatygowaną talię kart z brzozowej kory i rozdał je
pozostałym. Również Nasibu za zgodą lamparta przyłączył się
do gry. Murzynek nigdy wcześniej nie grał w karty, teraz zaś miał
okazję się tego nauczyć. Dodać należy, że w tej rozgrywce
stawką nie były płacidła jeno sama satysfakcja z wygranej. Na
dworze zapadła już noc, ciemna jak cera Tassilijczyków, a na
dodatek zacinał lodowaty deszcz. Karczmarz pozwolił swoim gościom
zostać do rana za co ci byli mu wdzięczni. Łagodny blask rzucany
przez zapalone świece trzymał na dystans krwiożercze strzygi i
złośliwe nocnice, zaś izba rozbrzmiewała wesołym gwarem. Wkrótce
po dwóch czy trzech kolejkach, gra w winta znudziła się kompanii.
Najlepszym z graczy okazał się nie kto inny jak lampart Phalmant,
który wygrał z dziadami dwa do jednego. Od tego czasu zaczęło
krążyć powiedzenie: Czy lamparty grają w karty? Talia powróciła
do dziadowskiej kieszeni i kompani poczęli raczyć się opowieściami
o swoich podróżach i przygodach.

Phalmant
długo opowiadał o cudach Afryki. Prawił o jednorożcu, który
zranił w walce lwa, o karłowatej rasie kosmatych Xantopiteków,
będących odmianą ludu Agogve, o rosnących na palmach długich
jabłkach, przysmaku ludzi i małp, o rzekach pełnych złota i
klejnotów, o niewidzialnych rekinach, szybujących ponad szczytami
niebotycznych gór, o kanibalach, czarownikach i olbrzymim, dwunogim
jaszczurze Kassaiu, pokrytym rubinową łuską. Dziady słuchały z
wielką uwagą, nigdy wcześniej bowiem nikt im nie mówił o tych
niezwykłościach. Mały Nasibu potwierdził wszystkie słowa swego
pana jako najszczerszą prawdę i sam dodał nowe szczegóły.
Barwnie opowiadał o rzece, w której płynął najprzedniejszy miód
zamiast wody, o pasiastych pegazach z rogami jednorożców, o
hydrach, pożerających od środka krokodyle oraz o straszliwym
Demogorgonie, Čorcie mieszkającym w głębi puszczy, który miał
dwie głowy mandryli i kolczaste macki zamiast przednich łap.

-
Kiedy byłem dużo młodszy – opowiadał z przejęciem Nasibu –
porwał mnie goryl. Wziął pod pachę i usiłował zanieść w głąb
matecznika. Strasznie się bałem, wrzeszcząc wniebogłosy i sikając
ze strachu! Na szczęście pan Phalmant i władca słoni, Basileus
dopadli goryla i ubili go – Murzynek wciąż drżał na to
wspomnienie.
Dziady
słuchały z szeroko otwartymi oczami. Żaden z nich nigdy wcześniej
nie słyszał o żadnych gorylach. Kiedy przyszła kolej na lirników,
poczęli opowiadać o olbrzymie wyższym niż najwyższy szczyt w
Montanii, którego bździny zamieniały się w chmury, o zaklętych
skarbach ukrytych w lesie, o wiedźmach i Čortach, pląsających
wokół ogniska oraz o zielonym smoku mającym katar.
-
Kogo najbardziej się tu boicie? - Spytał nieoczekiwanie Phalmant.
Zapadła
krępująca cisza. Zdecydował się przerwać ją zielonkawy dziad –
wodnik.
-
W tych okolicach trzeba uważać na strzygi i wilkołaki, tudzież na
rudowłosą czarownicę Agafię, która mieszka za lasem i złośliwie
zadaje ludziom kołtuny. Nie to jest jednak najgorsze – dziad –
wodnik ściszył głos. - Po bezdrożach Guculska grasują syrojidy,
poddani króla Peredewoży. - Gdy wypowiedział to imię, w izbie
powiało chłodem. - One nienawidzą ludzi. Piją krew schwytanych
wędrowców i objadają ich ciała do nagiej kości. Przeklęty
Peredewoża jest lennikiem smoka piekielnego Rykara, który walczy z
Agejem i Enkami.
-
Długo już przemierzam europejskie strony – zabrał głos Phalmant
– lecz dopiero teraz dowiaduję się o tych, jak to mówicie,
syrojidach. Racz powiedzieć o nich coś więcej.
Wówczas
zabrał głos dziad nazywany Cebularzem.
-
Nazywamy ich syrojidami, bo nie jedzą nic gotowanego, ani
pieczonego, jeno samo surowe. Zrodziły się w niepamiętnych czasach
z opadłych liści Wielkiego Dębu, skażonych przekleństwem
Czarnoboga. Przypominają zielone liście wielkości dorosłego
chłopa, lecz są wyposażone w ręce, nogi, szponiaste palce,
pałające piekielną czerwienią ślepia i nienasycone gęby pełne
ostrych kłów. Porozumiewają się mową przypominającą syk żmii
– Nasibu zadrżał słysząc tę opowieść.
-
Czy wiecie gdzie one mają swoje komysze? - Drążył lampart.
-
Uf, ciekawi jesteście, panoczku – cmoknął z uznaniem Burak. -
Powiada się, że przeklęty Peredewoża mieszka pod ziemią, u stóp
góry Horeń w złotym pałacu.
-
Wszyscy w tych stronach boją się syrojidów – wtrącił dziad
Opieniek. - W siole Hubel porwały chłopca i dziewczynkę, dzieci
tamtejszego sołtysa.
Phalmant
parsknął gniewnie.
-
Na moje pazury! Czyż nikt z miejscowych nie posiada wideł ani kosy,
nie mówiąc już o odwadze, aby bronić się przed tymi
przerośniętymi liśćmi?! Jakbym spotkał jakiego syrojida, nie
wahałbym się rozedrzeć go na strzępy.
-
Syrojidy atakują nocą i w dużej gromadzie – tłumaczył Burak.
-
Ja też poluję nocą – odparł Phalmant. - Miałem zamiar iść w
stronę Aplanu, ale teraz widzę, że w Guculsku ludziom brakuje
junaków, którzy broniliby ich przed pomiotem ciemności. Trzeba
więc, aby lampart poszedł walczyć tam, gdzie obawiają się pójść
rycerze.
-
Cętkowany panie, pójdę z tobą choćby do pałacu Perdewoży –
oznajmił Nasibu, w którego sercu przywiązanie do lamparta
zwyciężyło nad strachem przed syrojidami.
Halina,
żona karczmarza weszła do izby cicho jak kot.
-
Potrzebni wam będą przewodnicy i towarzysze broni – stwierdziła
krótko, po czym postawiła na stole pudełko z orzechowego drzewa
pomalowane błyszczącym, czarnym lakierem.
-
Śmiało, uchyl wieka – zwróciła się do Nasibu.
Murzynek
otworzył szkatułkę. Wyskoczyło z niej wraz z deszczem iskier i
chrzęstem zbroi trzech orężnych junaków. Kiedy przebywali
zamknięci w pudełku, byli nie więksi niż palec, lecz po
wydostaniu się z zamknięcia, urośli w mgnieniu oka.
-
Jesteśmy na twoje rozkazy, panie Phalmancie – oznajmił wiciądz z
długą, płową brodą.
-
Jakie są wasze imiona? - Spytał lampart.
-
Igor. Sławdar. Bołkoń – przedstawili się kolejno witezie, z
których pierwszy miał brodę złocistą, drugi czarną, trzeci zaś
barwy kasztanów. - Nasza drużyna nosi nazwę Troje ze Szkatuły –
zakończył Igor.
-
Czy nie straszne wam syrojidy? - Pytał dalej Phalmant.
-
Panie – żachnął się Igor – nam nie straszne są nawet żabory!
-
Chyba zaborowe – poprawił lampart.
-
Nie, panie – wtrącił czarnobrody Sławdar. - Żabory a zaborowe
to dwie różne pary łapci. Te pierwsze podobne są do żab
poruszających się na tylnych kończynach, a tak wysokich, że
najwyższy chłop sięga im ledwo do pasa. Srogie są wielce, ludzi
nienawidzą i lęgną się w podmokłych lasach. Kogo napotkają na
swej drodze, tego ubijają sękatymi maczugami i pożerają ze
smakiem.
Mały
Nasibu zadrżał słysząc tą opowieść. W jego ojczystej Tassilii
nie brakowało żab potwornej wielkości, zdolnych połykać w
całości bydło, a nawet ludzi.
-
Wodzu, prowadź nas na pałac Peredewoży! - Zawołało chórem
Trzech ze Szkatuły.
-
Z całego serca dziękuję pani karczmarce za te cenne posiłki! -
Lampart Phalmant otarł się o nogi Haliny jako domowy kot, podczas
gdy trzech dziadów – lirników zmorzył sen.
*
Pałac
Peredewoży mieścił się czterdzieści wiorst w głębi ziemi, a
wchodziło się doń przez szczelinę w górze Horeń. Ściany
pokryte złotą blachą, lśniły jak lustra. Wewnątrz pałacu
uwijały się jak w ukropie setki i tysiące syrojidów, które
trzymanymi w dłoniach ościeniami popędzały niewolników na rzeź.
Ludzie, niegdyś schwytani na powierzchni i pozbawieni odzienia, byli
wśród szyderczych śmiechów i przekleństw, wieszani za stopy na
hakach, głowami w dół i zarzynani kamiennymi nożami. Syrojidy z
lubością spijały ludzką krew oraz rozszarpywały ciepłe jeszcze
ciała, nie zadając sobie trudu, aby je piec, smażyć czy gotować.
Stąd właśnie nazywano je syrojidami, czyli pożerającymi na
surowo. Na złotej posadzce poniewierały się stosy ogryzionych i
niekiedy też rozłupanych w poszukiwaniu szpiku, kości, lecz nikomu
to nie przeszkadzało.
Car
Peredewoża zasiadał na złotym tronie, pokrytym płaskorzeźbami
przedstawiającymi sceny z życia smoka piekielnego, Rykara. Wzrostem
przewyższał znacznie inne syrojidy. Jego kły sięgały mu na
podbródek, zaś płaskie, roślinne ciało pokryte było mozaiką
plam zieleni, brązu, żółci i szkarłatu. Z ust Peredewoży
wydobywało się gniewne prychanie, budzące strach wśród innych
syrojidów. Rab trzymał przed obliczem Peredewoży zwierciadło
wykonane z oszlifowanego, czarnego kamienia, ukazujące na żądanie
zdarzenia rozgrywające się daleko i blisko.
-
Nigdy bym nie pomyślał, że żabory sczezną taką głupią
śmiercią, rozszarpane przez przerośniętego kota! - Sarknął
Peredewoża widząc jak lampart Phalmant ubił kłami i pazurami
dziewięć z dziesięciu żaborów.
Ostatni
z nich poległ, krzyżując trzymany w obu łapach oręż z Igorem i
Sławdarem ze Szkatuły.
-
Trochę to niehonorowo tak nacierać dwóch na jednego – zauważył
Nasibu.
-
W sumie masz rację, mały – przytaknął Bołkoń.
-
Zważ jednak – zaoponował Sławdar – że nie potykaliśmy się
ze szlachetnym rycerzem, przestrzegającym zasad honorowego
pojedynku, jeno biliśmy się z żaborem. Wiesz, chłopcze, co to są
żabory? - Nasibu milczał nie wiedząc co odpowiedzieć.
-
Żabory trzymają stronę smoka piekielnego, Rykara – objaśniał
cierpliwie Igor. - Ich serca wypełnione są przedwiecznym mrokiem,
zaś honor i litość nic dla nich nie znaczą. Taka jest prawda i
nie zmienią tego słowa mędrków, pokrzykujących, że wszystkie
istoty rozumne są dobre. Żabor ubity przez Sławdara i mnie był
silny jak minotaur i zdolny do obrony. Obaj ryzykowaliśmy życie,
stając z nim do walki.
Peredewoża
wpatrywał się w zwierciadło rozszerzonymi ślepiami, które
jarzyły się niby krwawe płomienie. Artefakt pozwalał mu nie tylko
na widzenie obrazów, ale też na słyszenie dźwięków. Kiedy
Phalmantowa drużyna przez trzydzieści maszerowała w stronę góry
Horeń, Peredewoża wysłał jej na spotkanie kureń syrojidów
uzbrojonych w sękate pałki. Lampart i trzej bracia ze Szkatuły nie
zlękli się wyszczerzonych kłów, ani gorejących oczu. Syrojid
imieniem Fucnal schwycił małego Nasibu w szponiaste dłonie i
począł biec z nim w stronę jaru mieszczącego przejście do
Carstwa Syrojidów. Phalmant ryknął groźnie i skoczył porywaczowi
na plecy. Nie minęło pół pacierza, gdy rozszarpał liściaste
ciało syrojida na drobne strzępy.
-
Nasibu, ostrzegałem cię, że to nie jest wyprawa dla ludzkiego
szczenięcia! - Warknął lampart, szczerze zatroskany o
bezpieczeństwo swojego małego towarzysza wędrówki.
Trzej
junacy przy blasku Miesiąca rozdzierali zielone ciała syrojidów
niczym zetlałe szmaty, aż wybili cały kureń. Żaden syrojid nie
prosił o litość, było ona bowiem tym istotom obca.
Kiedy
Peredewoża ujrzał w zwierciadle jak z doborowego kurenia zostały
jeno powykręcane kończyny i strzępy liściastej masy, ujął w
szponiastą dłoń zaczarowaną grzechotkę i począł nią
potrząsać, zawodząc przy tym niskim głosem straszliwe zaklęcia.
Wówczas
im bardziej drużyna zbliżała się w stronę Horenia, tym bardziej
natrętne stawały się wszelkiego rodzaju majaki. Nozdrza Phalmanta
drażnił intensywny, słodki zapach, przyciągający chmary ptactwa
oraz stada saren i zajęcy. Oto na pagórku wyłoniła się z zarośli
powabna pantera o fosforyzujących, zielonych oczach i mruczała
zalotnie.
-
Mój bohaterze… mój wojowniku z dalekiej Tassilii, zaznaj
odpoczynku ze mną wśród miłosnych igraszek! - Pantera uwodziła
Phalmanta słodkim głosem syreny.
Lampart
w ostatniej chwili opanował wzbierające w nim pożądanie, tym
większe, że od dłuższego czasu nie widział samicy swojego
gatunku. Ryknął gniewnie i oto urokliwa zjawa rozwiała się niczym
opar mgielny.
Nasibu
oglądał się trwożnie za siebie, trzymając rękę na grzbiecie
lamparta. Z krzaków dobiegały go piski i nawoływania złośliwych
skrzatów o łysych głowach i żółtych oczach.
-
Głupi czarnuszek, hi, hi! Chodź tu, smoluszku, a połamiemy ci
paluszki, a potem wsadzimy do kociołka i ugotujemy z ciebie zupkę,
hi, hi!
-
Nie zwracaj uwagi na tych głupców i nie idź za nimi, Nasibu! -
Doradził Phalmant. - Kiedy trzymasz się blisko mnie, te barachła
nie mogą ci nic zrobić! - Nasibu pocieszony przez lamparta, zaczął
gwizdać dla dodania sobie odwagi, zaś łyse skrzaty zatkały sobie
uszy. Gwizdanie sprawiała im najwyraźniej cierpienie.
Również
i na trzech braci ze Szkatuły czekała porcja pokus. Oto z
zamglonego jaru poczęły wychodzić powabne nimfy, oparnice w
przezroczystych giezłach z pajęczyny i dalejże nęcić junaków
zmysłowym tańcem i słodkim śpiewem. Igor, Sławdar i Bołkoń
oczarowani tym widokiem, zaczęli z wolna zapominać o celu wyprawy,
a ich myśli i pragnienia kierowały się w stronę wizji
niekończącej się rui na mokrej od rosy trawie.
Phalmant,
wiedziony swą zwierzęcą mądrością, przejrzał podstęp
rzekomych nimf.
-
Prawda zwycięży! - Ryknął donośnie lampart.
Wówczas
trzem junakom jakby łuski opadły z oczu. Spostrzegli, że zalotne
oparnice, nimfy tańczące wśród górskich mgieł, porzuciły
pozory piękna, przybierając właściwą sobie postać krwiożerczych
syrojidów z zakrzywionymi szponami. W ruch poszły miecze i wiatr
rozwiał porąbane szczątki siedemnastu syrojidów.
Peredewoża
widział to wszystko w kamiennym zwierciadle i zgrzytał zębami.
Kiedy Phalmantowa drużyna wspinała się po zboczach Horenia,
Peredewoża zsyłał ciemność, grad z deszczem i porywisty wiatr.
Wszystko na próżno.
-
Panie, pora abyś uciekał! - Poradził Peredewoży syrojid żółty
jak jesienny liść.
Na
ucieczkę było jednak za późno, bo oto w pałacu cara syrojidów
zjawił się Phalmant wraz z towarzyszami.
-
Natychmiast uwolnij wszystkich nieszczęśników, których uwięziłeś!
- Rozkazał groźnie lampart.
-
Nie będziesz mi rozkazywał w moim pałacu, przerośnięty kocurze!
- Odrzekł Peredewoża i dał rozkaz straży.
Trzej
junacy ze Szkatuły szatkowali swymi mieczami syrojidy niczym
kapustę. Również lampart rozszarpywał ich liściaste ciała bez
większego trudu. Ocalałe potwory z przeraźliwym piskiem porzucały
oręż i szukały schronienia głęboko pod ziemią.
Nasibu
dobył procy i zamierzył się na samego Peredewożę.
-
Przejdź na moją służbę, a dam ci wolność i tyle złota ile
tylko sobie zamarzysz! - Kusił podziemny car.
Jednak
Nasibu z zacięciem malującym się na twarzy, zrobił zamach i
posłał ostro zakończony kamień prosto w głowę Peredewoży. Car
syrojidów zasłonił twarz grzechotką. Lecący kamień zmiażdżył
skorupę magicznego akcesorium, po czym przeszedł na wylot przez
przerażone oblicze Peredewoży. Jego płaskie, wielokolorowe cielsko
zrobiło się bezwładne niczym dywan wyrzucony przez okno. Igor,
Sławdar i Bołkoń zeszli do lochów, gdzie uwijali się jak w
ukropie, mocarnymi rękami wyłamując kraty i zrywając kajdany.
Nasibu dyszał patrząc na truchło potężnego niegdyś Peredewoży.
W swoim życiu dotąd nie zabił w walce żadnego przeciwnika.
Phalmant podszedł do niego cicho jak kot i otarł się o nogi.
-
Byłeś dzielny jak bawół, Nasibu – pochwalił lampart. - Siadaj
mi na grzbiet i opuśćmy wreszcie to przeklęte miejsce!
*
Wielka
radość zapanowała w Guculsku, kiedy liczne rodziny odzyskały
swych bliskich, dotąd więzionych w strasznej niewoli przez
Peredewożę. Trzej bracia – junacy stawili się przed karczmarką
Haliną. Zdali jej relację ze swych czynów, a następnie karnie
zmniejszyli się, aby na długie lata powrócić do Szkatuły.
-
Chyba powinieneś coś powiedzieć temu dzielnemu i wiernemu chłopcu
– Halina zwróciła się do Phalmanta,
-
Nasibu, źle uczyniłem, traktując się jako swego niewolnika, nawet
jeśli inni nie widzieli w tym nic złego. Jesteś wolny i możesz
wrócić do Tassilii, bądź udać się w inne strony. Już dawno
powinienem ci to powiedzieć.
-
Bwana Phalmant – odezwał się wzruszony Nasibu – zawsze byliście
dla mnie jak ojciec i matka. Nie chcę was opuszczać.
-
Wiecie co – zaproponowała Halina – może czas, abyście
przestali się odnosić do siebie jak pan i niewolnik, a zaczęli
uważać się za przyjaciół?
Lampart
i Murzynek uściskali się serdecznie, bowiem ta propozycja bardzo im
się spodobała. Nazajutrz udali się w stronę Aplanu.