środa, 11 grudnia 2013

Chwała Różańcowi!

- ,,Musicie być mocni tę mocą, którą daje wiara! Musicie być mocni mocą wiary! Musicie być wierni''! - brzmiało zbawienne orędzie.



Enigmatyczny, czarno ubrany osobnik czegoś szukał ręką w kieszeni skórzanej kurtki i uporczywie gapił się na nauczającego papieża, a Pan Sołtys na niego. Z każdą sekundą był coraz bardziej niespokojny. ,,Co on chce zrobić''? - myślał gorączkowo Pan Sołtys, zaś w dłoniach obserwowanego człowieka coś złowrogo błysnęło. Pan Sołtys jeszcze zanim nazwał rzecz po imieniu, zasłonił sobą widok na Jan Pawła II, a jego niebieskie oczy zderzyły się z czarnymi okularami.
- Nieeee !!! - z gardła Pana Sołtysa wydobył się tylko ten dźwięk, zagłuszony hukiem wystrzału z pistoletu.
Ratownik osunął się na bruk, a niedoszły zamachowiec wyparował jak kamfora. Wśród warszawiaków zrobił się zator; tu i ówdzie rozległy się groźne okrzyki piętnujące zamachowców, wielu słusznie uznało Pana Sołtysa za bohatera. Choć na Placu Zwycięstwa pełno było radiowozów Milicji Obywatelskiej nikt nie ścigał zamachowca. Nie znaczy to, że władze nie reagowały. Skądże! Czytałem, że Jaruzelski zagroził śmiercią każdemu dziennikarzowi, pracownikowi radia, czy ,,Dziennika Telewizyjnego'', który by wspomniał choć słówkiem czy zdjęciem o zaszłej sytuacji, niemniej brakuje dokumentów, które by to potwierdzały. MO, LWP, żandarmeria, UB i SB - otrzymały rozkaz bezwzględnej konfiskaty jakichkolwiek materiałów naświetlających sprawę. Dlatego też do dzisiaj niemal nikt nie wie nic o pierwszym zamachu na papieża (w 1979 roku!), ani o bohaterskim czynie Pana Sołtysa, który choć miał wiele wad i dziwactw jak widzimy potrafił być człowiekiem szlachetnym! Fakt poznano dopiero w roku 2002 po przeprowadzeniu wywiadu z



zamachowcem obecnie mieszkającym w Izraelu, a potwierdziła go ostatnio wizyta historyków z San Marino w archiwach watykańskich. Zamach zaplanował Plaptonius bez wiedzy i zgody władz państwowych. Papież przerwał naukę i ujął się za nieznanym sobie obrońcą; wyjednał dla niego karetkę i opiekę medyczną, lecz długo władze nie chciały się zgodzić na odwiedzenie poszkodowanego w szpitalu. Nasza delegacja szła tam niczym karawan za karetką w stronę szpitala. Papież bardzo współczuł swojemu obrońcy. Tymczasem kula utkwiła w podbródku Pana Sołtysa...
Tymczasem w siedzibie Partii siedział za biurkiem świeżo upieczony członek Komitetu Centralnego, nie kto inny, ale sam przywódca pawlaczyckiego Dziadowstwa , Jerzy Plaptonius. Nie było go na Placu Zwycięstwa. Z samego rana przyszła do niego jakaś kobieta błagając o uwolnienie syna z esbeckich więzień. Plaptonius chciał ją wyrzucić, lecz nieszczęśliwa matka dała mu jako łapówkę całe oszczędności, a gdy było mu mało dorzuciła też rodzinne precjoza, które tak wiele przetrwały ze stalinizmem włącznie! Plaptonius dał się skusić. Przyjął łapówkę, a kobiecie nakłamał, że jej syn - opozycjonista został wcielony do wojska, a któregoś dnia zbiegł do Szwecji, choć w rzeczywistości esbecy dawno go zabili w najwymyślniejszych męczarniach. Drugim interesantem tego dnia był z wolna dobiegający emerytury, oficer UB, Irosław Morski, ten sam, który wraz z Grzegorzem Kufińskim więził w 1951 roku  Heńka i Lawendycję na ul. Miodowej.
- Możecie mi załatwić - pytał Plaptoniusa - zarząd nad wszystkimi siłami tajnych służb, mających jechać do tej waszej Pawlaczycy po zdławieniu kontrrewolucji? Dajcie towarzyszu, nie bądźcie ,,ryj'', dam wam walutę! - kusił Morski.
Plaptonius nie lubił gdy mówiło się o ,,jego'' Pawlaczycy, ale myśl o ,,walucie'' działała nań jak najlepszy balsam.
- Dobra, towarzyszu Morski, zrobię wam o co prosicie, dajcie mi forsę, a jeszcze spróbujcie zabić Jaruzelskiego, bo mnie korci jego stołek. Gdybym na nim zasiadł, to nie musiałbym już gnić w tej śmierdzącej, reakcyjnej dziurze - Pawlaczycy! - rzekł Plaptonius.
- Ma się rozumieć, towarzyszu Jerzy - odrzekł sprzedajny ubek.
- Jeszcze jedno! - Plaptonius ze śmiertelnie poważną miną uniósł palec w górę. - Tylko nie próbujcie mówić, że to ja kazałem wam zabić Jaruzelskiego, bo wtedy skapuję was za waszą łapówkę! - Irosław Morski załatwiwszy sprawę z Plaptoniusem wyszedł z siedziby Partii, wsiadł do czarnej wołgi , lecz jechał bardzo nierozważnie. Przed oczami bowiem latały mu zielone banknoty. Nie zauważył autobusu, zderzył się z nim i zginął w wypadku. Tak oto wieloletni funkcjonariusz Urzędu Bezpieczeństwa podzielił los swoich ofiar. Tymczasem Plaptonius nie mając nic do roboty, zaczął wypowiadać chamskie bluźnierstwa. Przed jego biurkiem stał nagi mężczyzna z ogromnymi, czarnymi skrzydłami i ogromnym, wstrętnym penisem pokrytym łuskami, z którego wyciekała lodowata sperma.



- Dobrze, że was widzę, towarzyszu Astarot - mówił doń Palptonius - sami wiecie Wojtyła przyjechał, za nim chłopi z Pawlaczycy, a teraz towarzysz Jaruzelski  mówił mi przez telefon, że jakiś grubas we fraku został ranny w podbródek i tym samym udaremnił (słowo nienadające się do druku) zamach - na twarzy diabła Astarota malowała się żądza mordu. - Ja się pytam dyrekcję szpitala o tego franta, a oni mi (to samo słowo) mówią, że nazywa się Stefan Eustachiewicz Skyjłycki. On musi umrzeć! - ryknął Plaptonius a Astarot poruszył skrzydłami. - Jeszcze dzisiaj! Wykończę tę przeklętą wieś, gdy zabiję ich sołtysa. Pawlaczyca musi umrzeć! - diabeł zniknął z gabinetu Plaptonusa ryczącego jak jakiś szaleniec, podczas gdy w jednej ze szpitalnych sal, mieszczącej tylko jednego pacjenta z obandażowaną dolną szczęką, miało miejsce odmawianie Różańca. Tymczasem u dyrektora...



- Ależ pani Sonio, myślałem, że pani jest wciąż na chorobowym! - mówił dyrektor szpitala do czarnowłosej i niebieskookiej pielęgniarki, którą w rzeczywistości był Astarot.
- Tak się złożyło, że wyzdrowiałam wcześniej niż się tego spodziewałam - kłamał demon.
- No to świetnie, pani Sonio - mówił dyrektor - skieruję panią do sali nr. 10, tam jest tylko jeden pacjent - fałszywa pielęgniarka ruszyła pod wskazany numer.
Astarot szedł pustym korytarzem o ciemnozielonej podłodze, a w kieszeni pielęgniarskiego fartucha srożyła się strzykawka z cyjankiem potasu. Pan Sołtys leżał w łóżku, kiedy drzwi do jego sali się otworzyły.
- Panie Skyjłycki - zawołał kobiecym głosem Astarot - pora na lekarstwa! - po tych słowach przyszykował zabójczą strzykawkę.



Jednak Pan Sołtys nie reagował, tylko leżał i przesuwał między palcami paciorki różańca.
- Panie Skyjłycki - ponaglała pielęgniarka - modlitwę dokończy pan później, teraz muszę panu dać zastrzyk! - pan Skyjłycki miał szczęście nie widzieć, ani nie słyszeć tego, który próbował dokonać na nim eutanazji.
,,Spróbuję podejść do niego, chociaż się boję'' - pomyślał Astarot. Jednak gdy tylko słyszał ,,Zdrowaś Maryjo'' coś odrzucało go z dużą siłą od łóżka Pana Sołtysa. Powtórzyło się to jeszcze kilka razy. Astarot starał się zagłuszyć w modlącym się Panu Sołtysie słowa modlitwy, odwrócić jego uwagę, lecz Pan Sołtys, (po którym mało kto spodziewałby się wytrwałości) nie przerywał odmawiania Różańca, choć szło mu jak po grudzie. Teraz pielęgniarka zrzuciła fartuch, załopotała wielkimi skrzydłami barwy nocy, a na podłodze leżała warstwa lodu o zapachu uryny, siarki i piwnicznego zaduchu. Diabeł był zdesperowany. Wzleciał nad łózko ze strzykawką w jednej ręce, a drugą usiłował wyrwać różaniec z ręki. Ledwo go dotknął, wrzasnął jak oparzony i uderzył nagimi plecami o ścianę, a Pan Sołtys teraz już łatwiej angażował się w modlitwę. Był rok 1950, w Pawlaczycy zbliżała się wojna z Dziadostwem, a Pan Sołtys żalił się przed Księdzem Dobrodziejem, że jakoby jego modlitwy o pokój nie zostały wysłuchane...
- ,,Jeśli swoje posłuszeństwo chcesz koniecznie opierać na strachu, to idź służyć Stalinowi i naprawdę nie rezygnuj z odmawiania Różańca, jeszcze zostaniesz nim uratowany'' - mówił mu ongiś Ksiądz Dobrodziej.
Teraz niebieskie oczy pielęgniarki Sonii rozjarzyły się niczym żarówki  i przybrały barwę - właśnie przeciętnej żarówki. Astarot widząc nimi modlącego się Pana Sołtysa, chciał podbiec i zadźgać go strzykawką niczym sztyletem. Zobaczył jednak coś więcej. Razem z Panem Sołtysem modlili się Aniołowie, a także Matka Boska.



- To znowu Ona... - wyszeptał trwożnie Astarot - w 1800 zabrała mi Atanazego Konidę, a teraz tego Stefana - myślał ze złością.
W ekspresowym tempie przybrał postać pielęgniarki i czmychnął z sali szpitalnej, a biegnąc korytarzem ujrzał dyrektora szpitala, który prowadził samego Jana Pawła II (dziennikarze mieli zakaz przekazywania tej informacji), a z nim szli Łukasz, Heniek, Lawendycja z kokardką w miejscu dziury w głowie. Reszta osób otrzymała pozwolenie odwiedzin dopiero w innym terminie (dyrekcja szpitalna tłumaczyła to troską o kanon higieniczny, tudzież o ochronę przed hałasem, a w rzeczywistości przyczyna była niedostateczna ilość foliowych woreczków nakładanych na obuwie). Astarot gnał korytarzem jak burza nie zamieniwszy ani słówka ze zdumionym dyrektorem, a uciekając (strzykawka z trucizną poniewierała się na podłodze sali nr. 10), rzucił przekleństwo:
- Żebyście znienawidzili tego kogo dzisiaj witacie! - mówił oczywiście o papieżu.



Moc przekleństwa została osłabiona. Polacy tak jak w 1979 roku, tak i dzisiaj okazują wielką miłość swojemu wielkiemu Rodakowi, ale nic go nie słuchają, oj strasznie nie słuchają, choć poważanie okazują. Było to przekleństwo wielkiego duchowego lenistwa, a także konformizmu. Polacy nie słuchają się papieża, bo jest to dla nich niewygodne i wymaga radykalnej zmiany na lepsze, za to wygodniej jest mieć ,,zdjęcie w klapie''. Co prawda istnieją wyjątki, nie jest bowiem nigdy możliwe, aby jacyś ludzie byli wyłącznie dobrzy, lub wyłącznie źli. Kiedy dyrektor wprowadził papieża do sali nr. 10, Pan Sołtys już skończył odmawianie Różańca.
- Ekm, ekm - odchrząknął dyrektor placówki medycznej. - Pana dzieci panie Skyjłycki zrobiły panu niespodziankę! Wiem, że pan, panie Skyjłycki dostał kulę w podbródek, bo uratował Ojca Świętego przed nieznanym zamachowcem - mówił z dziecięcym uśmiechem. - A pańskie dzieci powiedziały o panu, samemu Ojcu Świętemu i Ojciec Święty przyszedł do pana, aby panu podziękować - zakończył i opuścił salę.
Za papieżem weszli Łukasz, Lawendycja i Heniek. Spotkanie było bardzo serdeczne, pełne wdzięczności i wdzięku. Rozmowy były pełne pytań Jana Pawła II o Pawlaczycę, wyrazów współczucia, dużo było rozmów o tematyce religijnej i zdrowego poczucia humoru. Pan Sołtys ośmielił się poprosić papieża  o spowiedź i ją otrzymał, a potem w ślad ojca poszła córka. Odbyła szczerą rozmowę na temat przebaczenia. Papież wysłuchał jej wspomnień o Stasiu i Faustynce i płakał razem z rozmówczynią, szczerze bowiem żałował zabitych dzieci. Lawendycja chociaż z trudem, postanowiła, że postara się przebaczyć Dziadostwu. Jednak klątwa Astarota już zaczęła zbierać swoje żniwo; choć Lawendycja słuchała Jana Pawła II jak najlepszego przyjaciela, to jego pocieszenie jednym uchem wchodziło, a drugim wychodziło. Teraz przyszedł ubrany po cywilnemu, lecz uzbrojony milicjant i po impertynencku nakazał ,,obywatelowi Wojtyle'' opuścić w imię Gierka szpital i wrócić na Plac Zwycięstwa. Papież nie okazał lęku, a odchodząc obiecał Panu Sołtysowi, że wstawi się za nim u pierwszego sekretarza, aby ten pozwolił mu wrócić bezpiecznie do rodzinnej wioski. Ze szpitala wyszedł też Łukasz i państwo de Slony. Heniek wziął z ręki czekającej pod szpitalem Nataszy Warfołomiejewnej Symetayovej - żony Dymitra smycz Czubka i wszyscy udali się w nieznanym kierunku. Tak oto spróbowałem napisać o pierwszej papieskiej pielgrzymce do Ojczyzny. Cokolwiek napisałem, chwały tym papieżowi nie mogę ani dodać, ani odjąć.
Tymczasem w siedzibie Partii...
- Zabiłem Stefana Eustachiewicza - kłamał Astarot stojąc przed biurkiem Plaptoniusa.
- Łżesz psie! - ryknął Plaptonius - ja potrafię dostrzec co jest prawdą, a co kłamstwem! - był bowiem podobnie jak Jan Czarny czarownikiem i potrafił czytać w myślach.
- Ale towarzyszu - Astarot wiedział, że się sianem nie wykręci - on wzywał Jej imienia, byłem bezradny...
- Nic nas to nie obchodzi! - znów ryknął Plaptonius. - Regulamin partyjny ma dla towarzysza Astarota tylko jedną karę - po tych słowach czegoś długo szukał w biurku. - Pokropienie wodą święconą! - wrzasnął triumfalnie i zaatakował go mokrym kropidłem niegdyś zarekwirowanym w jakimś kościele na Mokotowie.
,,Czekaj parszywcze - myślał z gniewem Astarot - jak tylko umrzesz, to dam ci wycisk!''Głośno jednak nie powiedział tego. Wydobył z gardzieli przenikliwy krzyk, o którego wyleciały wszystkie szyby w siedzibie Partii i zniknął. Wszystkich obecnych w budynku, a także wielu przechodniów ogarnęło zdumienie połączone z przerażeniem. Ostatecznie w ,,Dzienniku Telewizyjnym'' winą obarczono opozycję, a konkretnie Komitet Obrony Robotników ,,KOR''.



Gdy jeszcze inni z delegacji przebywali na Placu Zwycięstwa, a Pan Sołtys leżał w szpitalu, Łukasz, Heniek i Lawendycja ze smyczą Czubka w ręku chodzili po Warszawie, ale nie był to zwykły spacer; oni czegoś szukali, a Lawendycja była tego inicjatorką. Doszli na teren polskiego poligonu, gdzie właśnie miała miejsce przerwa w ćwiczeniach.
- Tylko nie szalej Przeciwmolówko! - nalegał pokornie Heniek. - Uważaj na swoje zdrowie i życie!
- A nie lepiej umrzeć niż żyć na kolanach?! - odpowiedziała śmiejąc się, a w jej niebieskich oczach dojrzał coś kpiącego ze swoich zabiegów.
- Zrozum, że narażasz życie nie tylko swoje, ale i nasze! - upominał siostrę Łukasz.
- Jak się boisz to idź na Plac Zwycięstwa! - odpowiedziała Lawendycja, a Łukasz skonfundowany zamilkł.
- Pomnij - mówił Heniek, - że cię kocham i nie chcę abyś umierała. Jako twój mąż zakazuję ci to czynić! - powiedział tak do Lawendycji pierwszy raz od momentu ślubu.
- Jeśli mnie kochasz to umieraj razem ze mną! - odrzekła Lawendycja, a Heniek tylko westchnął.
Nasi bohaterowie ujrzeli czołg, a obok niego stał zadumany, polski Żołnierz. Lawendycja choć krew napłynęła jej do głowy, a serce biło szybciej, podeszłą do niego.
- Czy lubi pan Dziadostwo? - zapytała.
- Nie - odparł lakonicznie Żołnierz - dziadostwo to brud, smród, nędza i nieład, czyli to co Partia daje Polsce.
- My też nie lubimy - zaoponowała Lawendycja, - ale Dziadostwo to coś więcej. To taka organizacja. Nazywa się Socjalistyczny Czarny Zakon Dziadostwa Polskiego - tłumaczyła cierpliwie.
- Aaaa... - zamyślił się Żołnierz - mówicie zapewne o Lidze Masońsko - Komunistycznej, takiej międzynarodowej organizacji. Znam gagatków. U nas w LWP należy do nich wielu oficerów. To oni niewolą Polskę... - dodał z naciskiem.
- Nas też! - odpowiedziała Lawendycja. - Jestem córką sołtysa gminy Pawlaczyca, to taka wieś na południe od Warszawy, nazywam się Lawendycja. To jest mój mąż Heniek, to brat Łukasz, a to nasz pies Czubek - przedstawiła wszystkich. - Jestem zdesperowana więc zadam panu desperackie pytanie: czy pojedzie pan z nami, aby zniszczyć Dziadostwo? - po tym pytaniu zamarła, a nawet Czubek nie szczekał.
- Precz z komuną! - odpowiedział Żołnierz, zdarł z siebie odznakę Ludowego Wojska Polskiego i otworzył właz czołgu. 
- Wsiadajcie wszyscy! - zaprosił i pomógł ulokować się w wojennym pojeździe.
Lawendycja poinstruowała go aby jechał stale na południe. Heniek zaś przecierał oczy ze zdumienia.
- Przeciwmolówko - mówił zdumiony - jak ty umiesz agitować! Toż to mogłabyś przemawiać na wiecu, albo w ,,Dzienniku Telewizyjnym''! 
Lawendycja słysząc to zlała się purpurą, zdjęła kokardę z głowy i z powrotem ulokowała nóż w dziurze w ciemieniu,
- Nie rozumiem tylko - dodał po chwili, - że skoro jesteś taką dobrą agitatorką, to nigdy nie możesz mnie zagnać do mycia talerzy!



Wszyscy się roześmiali oprócz Żołnierza, współczującego Lawendycji. Pielgrzymka dobiegła już końca, prymas Wyszyński założył okulary, aby odczytać tekst pożegnania papieża, a ten miał łzy w oczach. Tymczasem czołg jechał ulicami Warszawy, aż zniknął w kniejach.

sobota, 7 grudnia 2013

W stronę Papieża

Lawendycja w stanie euforii wbiegła do Aula Nigra; pokoju o czarnych ścianach pełniącego w domu państwa Skyjłyckich rolę sali porodowej, gdzie na łóżku leżał Pan Sołtys - rekonwalescent po wczorajszej strzelaninie z Dziadostwem. Leżał dręczony bólem i apatią; był dzień a on próbował spać i o niczym nie wiedzieć. Tymczasem...
- Tatusiu! - oczy Lawendycji znów były niebieskie, a zamiast bielma skrzyły się w nich łzy radości. - Wiesz 



co mówili dzisiaj w ,,Wolnej Europie''? - jej twarz zdawała się promienieć.
Pan Sołtys otworzył oczy i powoli próbował wrócić do rzeczywistości.
- Mów Przeciwmolówko, tatuś słucha - wymamrotał.



- Rok temu Ojcem Świętym został Polak; Karol Wojtyła, teraz nazywa się Jan Paweł II... - mówiła Lawendycja.
- Że co proszę? - Pan Sołtys zdumiony aż złapał się za głowę.
- A w tym roku - Lawendycja zawiesiła głos - Ojciec Święty będzie w Warszawie! - nie mogąc nic więcej powiedzieć Lawendycja rzuciła się ojcu na szyję.



Pan Sołtys zmuszał się do snu i marzył aby umrzeć podczas jego trwania, teraz jednak niczym jastrząb zerwał się z łóżka i kiedy udzieliła mu się euforia jego córki, zaczął pełen szczęścia krzyczeć na całe gardło.
- Bożenka! Łukasz! Heniek! Kowalu! Szewcze! - wołał rodzinę i przyjaciół napływających szeroką falą do Aula Nigra. - Teraz, przed chwilą Przeciwmolówka mówiła mi, że do Warszawy nowy Ojciec Święty przyjedzie!
- Ależ panie Stefanie! - powiedział Szewc - my już to wiemy, bo wszyscy przed chwilą słuchaliśmy Wolnej Europy.
- Naprawdę? - ucieszył się Pan Sołtys. - No to wyjdziemy mu na przeciw.
Pan Sołtys przyszykował Ruskomobil i ustalono skład delegacji. Osoby jadące do Warszawy: Pan Sołtys, Pani Sołtysowa, Łukasz, Lawendycja, Heniek, Dymitr i Natasza, ciekawi ujrzenia ,,Patriarchy Zachodu'' i chcący też przy okazji znaleźć cerkiew aby zawrzeć ślub, a także kołodziej Bartłomiej Bambo i jego żona Evcelma. Ruskomobil przypominał teraz puszkę sardynek, do której zmieścili się również Ksiądz Dobrodziej, Stara Babucha, Czubek i Strach na Wróble. Dodać należy, że osób chętnych było znacznie więcej. Dozór nad wsią powierzono Koszowi na Śmieci, oraz żonom Kowala i Szewca - proszę się nie śmiać! Te osoby (blaszany kubeł i dwie kobiety) naprawdę były na tyle kompetentne aby rządzić wsią. Lawendycja była ubrana w swój ludowy strój i wciąż wyglądała tak samo jak wtedy gdy poznała Heńka. Jednak Pan Sołtys wyjął jej nóż z ciemienia.
- Bo to nieochędożnie iść do Ojca Świętego z dziurą w głowie - mówił zawiązując córce kokardę aby zakryć wciąż otwartą ranę.
- Tak samo nieochędożnie jest iść do Pana Jezusa z grzechem w sercu - rzekł Ksiądz Dobrodziej, a Pan Sołtys zrozumiawszy poszedł do spowiedzi.
Po uroczystym pożegnaniu Ruskomobil ruszył na północ w stronę Lasu.
- Coś dzisiaj Dziadowscy siedzą cicho - zauważył Łukasz, a wtem, gdy już mieli wjechać między drzewa na samochód zwaliła się kanonada.
- Nie wywołuj wilka z lasu! - upomniała brata Lawendycja.
Na drzewie mieścił się zamaskowany  posterunek Dziadostwa.
- Jeśli chcecie jechać do Papieża, to my wyślemy was do Nieba! - szydził jeden z Dziadowskich, po czym na potwierdzenie swych słów wycelował w opony, lecz chybił.
- Niedoczekanie wasze! - Pan Sołtys nacisnął czerwony guzik i zniszczył posterunek działem Ruskomobila.
Wtem jednak ozwały się strzały z innych drzew. Raz w dach uderzył pocisk z broni przeciwpancernej, który przebijając go śmignął Lawendycji koło ucha nie naruszając go, a odbiwszy się rykoszetem od hamulca ugodził w siedzenie robiąc małą dziurkę oddzielającą Dymitra od Nataszy.
- Skończyło się na strachu - wszyscy odetchnęli, lecz Pan Sołtys fioletowym przyciskiem uruchomiwszy dźwignię kołowo - podwoziową, uderzył w ,,niebezpieczne'' drzewa niczym taran, aż wreszcie oczyścił teren. Na trawie leżeli martwi i półżywi Dziadowscy.
- Teraz zapłacicie za swe zbrodnie! - ryknął Pan Sołtys z kanistrem benzyny w ręku.
Po chwili  jednak coś go tknęło. ,,Przecież papież, do którego jedziemy nie pochwaliłby tego co chciałem zrobić'' - mruczał pod nosem. Dziadowscy czekali tymczasem na śmierć w płomieniach.
- Oszczędzę was - mówił Pan Sołtys - bo dzisiaj jadę do papieża i byłoby mi głupio stanąć przed nim po powtórzeniu waszych zbrodni - odłożył kanister benzyny, a leżących ogarnęło zdumienie.
,,To niemożliwe, aby kułak postępował tak szlachetnie''! - myśleli.
Tymczasem ,,kułak''...
- Przeciwmolówko racz wyjść z samochodu i udzielić im pierwszej pomocy! Wiem, że to mordercy, zabili twoje dzieci (mówił o nich jako o członkach organizacji, bezpośredni mordercy dzieci już przecież nie żyli), ale do Ojca Świętego jedziemy, to nie wypada, aby ludzi bez pomocy zostawiać. Chociaż to szuje, to my nie bądźmy jak oni. I ty Stara Babucho ulituj się nad nimi! - obie kobiety spełniły rozkaz sołtysa, a w samochodzie Ksiądz Dobrodziej mówił do trzech osób:
- Tak trzymać!
Po uratowaniu wrogów, Ruskomobil znów parł na północ. Poruszał się wolno niczym ślimak, bo było w nim bardzo tłoczno. Ksiądz Dobrodziej wysunął propozycję, aby część osób szła na zewnątrz, aby zmniejszyć obciążenie. Pan Sołtys zatrzymał pojazd, aby wysłuchać propozycji, a Ksiądz Dobrodziej powtórzywszy ją, otworzył drzwi i wyszedł na zewnątrz.
- To dobry pomysł tato! - pochwaliła Lawendycja i na dowód uznania opuściła Ruskomobil, a za nią wyszli jej mąż, Czubek, ten jako pies szczekał, że nie musi już imitować sardynki, a także Łukasz i Stara Babucha. W automobilu zostało dziewięć osób. Teraz wędrówka przebiegała dużo sprawniej. Nasi bohaterowie dotarli do Wielkiego Dębu i tu doszło do zamiany. Strach na Wróble wyszedł z Ruskomobila, a z nim Kowal, Szewc, Dymitr, Natasza, Bartłomiej Bambo i Evcelma. Tymczasem węglowe oczy Stracha na Wróble dostrzegły jakąś kobiecą postać w zielonym płaszczu.



- Niemożliwe... - mamrotał słomianymi ustami. - To przecież... - coś odżyło w jego wspomnieniach. - Anej! - wypowiedział jej imię.



To właśnie była Anej e Rion, która znów pojawiła się w Lesie, a na powitanie wybiegła jej młodsza siostra Ayisaca. Przez ten czas Strach na Wróble zaczął dostrzegać niektóre jej błędy, ale uczuł też wdzięczność, że nie zgodziła się gdy nazwał chamem jakiegoś kozioroga bukowca (,,ad pa Brutisen opositiyon ysen''? - pomyślał wtedy ironicznie) i za to, że dzięki niej myślał nie tylko o sobie. Znał jednak swoje tchórzostwo; nigdy nie odważył się pierwszy do niej odezwać, ale chętnie odpowiadał na pytania.
- Anej! - teraz zdobył się na wypowiedzenie pierwszych słów. - Gdzie tak długo byłaś? - Ruskomobil zaparkował wśród kniei.
- Pojechałam na Wschód, a tam zginęli moi rodzice - w oczach Anej były łzy - a gdy wchodziłam na górę Megiddo, miałam wypadek i gdy leżałam w szpitalu w Tel Awiwie - teraz popatrzyła w węgle wystające ze słomy - odwiedziłeś mnie... - mówiła z dziwnym przekonanie.
- Nigdy nie byłem w Izraelu, Anej - zaprzeczył Strach na Wróble - miałem tylko sen, że jesteś sierotą i, że 



odwiedziłem cię w szpitalu nazywając cię swoją Laurą, Beatrycze, Natalią...
Zapadło milczenie, a Pan Sołtys głowił się nad tajemnicą snu...
- Twój narzeczony nie jest debilem, ani głupim alfonsem - odezwała się Evcelma do Anej - a ty też nie jesteś taka jak myślałam.
- Daj spokój, już dawno ci przebaczyłam - odrzekła Anej i obie istoty padły sobie w ramiona.
- To już nie jesteś mamuną? - spytała Ayisaca e Rion.
- Nie, przestałam nią być, odkąd kocham jego - mówiąc to wskazała na swojego męża, Bartłomieja Bambo.
Zaciekawieni chłopi wyszli z Ruskomobila i przyłączyli się do rozmowy. Anej rozłożyła wśród trawy bogate zbiory naukowe zebrane podczas podróży.
- Zbierałam o zwierzętach i roślinach, ale najwięcej o ludziach - mówiła Anej do oglądających.
- Wow? - zapytał ją Czubek, żyjący rekordowo długo jak na psa dzięki karmieniu czarodziejskim miodem.
- Ze zwierząt najbardziej lubię pieski i małpki, a nie lubię kotów.



Teraz Strach na Wróble przypominał sobie ubiegłe lata. Rusałka z rodziny ov Mohl (jej matka, Niemka utopiła się u ujścia Wisły) i córka pawlaczyckiego kołodzieja zmusiły Stracha na Wróble aby skakał przez skakankę, a on odczuwał to jako przymus. Z radością udzielił Anej swojego miejsca, ale sam odniósł z tego korzyść - więc nie uważał tego za przejaw miłości. Później Anej mówiła mu, że nie cieszy się z końca lata, a jeszcze później prosiła go o pomoc w nauce języka starokrasnego. Strach na Wróble ją odpytywał, lecz odmówił gdy Anej chciała jemu zadać pytania. W ogóle opisywanie roli Anej w jego życiu mogłoby zająć całą osobną książkę. Teraz znów byli razem.
- Dlaczego mnie kochasz? - spytała Anej, kiedy byli oddaleni od samochodu.
- Bo tyś uratowała moje człowieczeństwo - powiedział z dobrą chęcią, choć niefortunnie, odnośnie zwrotu ,,człowieczeństwo'' w odniesieniu do kukły.
Jednak Anej nie spodobało się to wytłumaczenie; to prawda, że dostrzegała w nim dobro, wyraziła współczucie, nazywała go koleżeńskim wśród wrogów, że tylko z nią mógł normalnie, życzliwie porozmawiać, ale co z tego skoro to nie wystarczyło. Strach na Wróble mógł długo mówić na temat jej wiedzy na temat reformacji, statków, filozofii przyrody (tak w Lesie nazywano fizykę), pięknie jej rysunków i pięknie jej głosu (co z tego, że cichego, skoro właśnie to czyniło go pięknym?!), ale wiedział, że to nie jest miłość. Widział niektóre jej wady, ale nie przeszkadzały mu one. Dostrzegał pewne wypaczenie jej dobroci, którego skutek był taki, że wsparta osoba otrzymywała zachętę do lenistwa. A jednak nie potępiał Anej, widział jej zalety i wady.
- Kocham cię za nic - powiedział w końcu - wystarczy mi, że żyjesz - następnie wyjął z kieszeni zawieszone na czarnym sznurku duże, czerwone i błyszczące koło. - Aby być ciebie godnym podjąłem walkę ze swoim Nałogiem, który był dla ciebie wielką zniewagą, poszedłem w bój, a to mój medal - mówiąc to zawiesił tajemniczą ozdobę na szyi Anej.
- Tamuj ygzen pa Horror Passerini... - mówiła po starokrasnemu Anej.
- ... tamuj ys Anej e Rion - dokończył wzruszony Strach na Wróble i ucałował Anej słomianymi wargami.
Ona i jej siostra wyraziły pragnienie pójścia do Warszawy.
- Jeśli pani chce iść z nami - mówiła Lawendycja - to dam swój zapasowy ubiór, bo przecież do miasta nie można iść w samym zielonym płaszczu.
Natomiast Ayisaca dostała zapasową odzież od Nataszy Warfołomiejewnej.
- Komu w drogę temu czas! - powiedział Pan Sołtys i Ruskomobil ruszył ku metropolii.

,,Bądź pozdrowiony Gościu nasz,
W radosne progi nasze wejdź
My zapalimy zamiast lamp
Radosne ognie naszych serc''.



Wśród pełnych entuzjazmu i nadziei tłumów znalazła się też delegacja z Pawlaczycy. Było to w dziewięćsetną rocznicę śmierci św. Stanisława na Placu Zwycięstwa. Oto przybywa on! Jan Paweł II wychodzi z helikoptera i z czcią pada na ziemię by ją ucałować. Anej wyjęła węgiel z kieszeni - oko Stracha na Wróble, by mógł widzieć (nie przyjechał do Warszawy, aby ludzi nie straszyć).
- Dlaczego Ojciec Święty całuje ziemię? - zapytał Pan Sołtys Księdza Dobrodzieja.
- W ten sposób zaznacza, że każda ziemia jest Ziemią Świętą - wyjaśnił kapłan. 
Obecni byli też przedstawiciele władzy - obecny Wielki Mistrz, Edward Gierek i generał Wojciech Jaruzelski. Nie mogło też zabraknąć prymasa Stefana Wyszyńskiego. Tymczasem papież rozpoczął homilię:
- ,,Nie sposób zrozumieć dziejów narodu polskiego - mówił - tej wielkiej tysiącletniej wspólnoty, która tak głęboko stanowi o mnie, o każdym z nas - bez Chrystusa. Jeślibyśmy odrzucili ten klucz do zrozumienia naszego narodu, narazilibyśmy się na zasadnicze nieporozumienie. Nie rozumielibyśmy samych siebie - zebrani słuchali całym sercem - I wołam ja, syn polskiej ziemi, a zarazem ja Jan Paweł II papież, wołam z całej głębi tego tysiąclecia [...] wołam wraz z wami wszystkimi:



Niech zstąpi Duch Twój!
Niech zstąpi Duch Twój!
I odnowi oblicze ziemi.
Tej ziemi''

Dymitr i Natasza byli zachwyceni; nie spodziewali się tak głębokich myśli po polskim katoliku. Pan Sołtys słuchał z wypiekami na twarzy, kiedy z burzy oklasków wyłowił jakieś rozmowy...
- Ale dużo ludzisków mieszka w tej Warszawie... - dumała Lawendycja już dawno zapomniawszy o swym niefortunnym miesiącu miodowym.



- Żałuj, że cię nie było w Chinach - odrzekł żartobliwie Heniek. 
- Ej, dzieci - skarcił małżeństwo Pan Sołtys - Ojciec Święty przyjechał, a wy tylko o bzdurach rajcujecie!
- ,,Więc mówię za Chrystusem samym - nauczał papież. - Weźcie Ducha Świętego! (J 20, 22). I mówię za Apostołem: ,,Ducha nie gaście''! (1 Tes. 5,19). I mówię za Apostołem: ,,Ducha Świętego nie zasmucajcie'' (por. Ef. 4,30). Musicie być mocni drodzy bracia i siostry!''
Pan Sołtys chociaż przerwał rozmowę córki z zięciem sam nie uważał na kazaniu. Niepokoił go tajemniczy mężczyzna uporczywie wpatrujący się w nauczającego Ojca Świętego...

piątek, 6 grudnia 2013

Mikołajki - Nikolaiken

Rok 2013 nazywam rokiem Jarosława Grzędowicza. W tym roku bowiem, po długich namowach ze strony pana Filipusa ov Falconiusa przeczytałem wszystkie cztery tomy ,,Pana Lodowego Ogrodu''1, a ponieważ owa powieść bardzo mi się spodobała, sięgnąłem również po równie dobry zbiór opowiadań ,,Wypychacz zwierząt''2. Jedno z opowiadań zatytułowane ,,Trzeci Mikołaj''3, którego akcja toczy się w czasie Wigilii Bożego Narodzenia opowiada o chłopcu, którego ojciec zarabiał jako mikołaj w centrum handlowym. Chłopca czekały smutne święta z powodu biedy, choroby siostry i kłótni rodziców. Kiedy płakał w swym pokoju przyszedł do niego drugi mikołaj – przebrany za czerwonego krasnoluda symbol komercjalizacji świąt Bożego Narodzenia. Śpiewał parodie kolęd namawiające do szaleńczego wydawania pieniędzy i miał charakter wyraźnie demoniczny. Wreszcie przyszedł trzeci, tym razem prawdziwy Święty Mikołaj – biskup Miry (drugim z polskich fantastów, który przedstawił św. Mikołaja w sposób zgodny z pierwowzorem jest Andrzej Pilipiuk w książce ,,Wampir z MO''4). Święty biskup słowem ,,apage'' przepędził podszywającego się podeń demona komercji, zaś rodzinie, do której przybył ofiarował miłość, zdrowie i nadzieję na lepsze jutro. To opowiadanie bardzo mi się spodobało, że względu na wybitnie chrześcijańską wymowę, dobre zakończenie i oryginalny, niestety rzadko spotykany w fantastyce sposób przedstawienia św. Mikołaja. Wszystkim Czytelnikom bloga życzę:



Bogatego Mikołaja!
Divesa Nikolaosa!
Bogatyja Mikulaša!

1 Po starokrasnemu: ,,Hašpad ov Gortus Glacialis'', po runwirsku: ,,Pan Lodovyja Agrada''
2 Starokrasne: ,,Stufatorus animalitis'', runwirskie: ,,Vipichač z'viřov''
3 Starokrasne: ,,Tyjen Nikolaos'', runwirskie: ,,Trij Mikulaš''
4 Starokrasne: ,,Vompirus ezen MC [Miliciya Civilis]'', runwirskie: ,,Vompieř z MA [Milicijej Abivatiełskoj]''

czwartek, 5 grudnia 2013

Kolejny krok naprzód




Właśnie skończyłem publikować drugi tom ,,Pawlaczycy''. W tym miesiącu czeka mnie jeszcze praca nad tomem trzecim zatytułowanym ,,Powrót wolności''. Obejmuje on lata 1979 - 1990. Udręczona wieś odzyska wolność, ale czy aby na pewna nadchodząca Nowa Polska spełni wszystkie marzenia patriotów? Czy powieść naprawdę zakończy się happy endem? Co słychać u leśnej piękności Anej e Rion? Wreszcie kim okaże się być tajemniczy Mąż Stanu i czy okaże się narzędziem Nieba, czy ... Piekła? Odpowiedzi na te wszystkie pytania znajdzie Czytelnik w następnych postach, mnie zaś pozostaje życzyć przyjemnej i owocnej lektury.





wtorek, 3 grudnia 2013

Epilog II: Nadzieja

1. ,,Dalej Papieże idą
Od św. Piusa X, aż do Jana Pawła II
Ci co Kościół Boży  - do chwały
i zbawienia wiedli
Kiedy czasy były niespokojne'' - ,,Milenium, czyli Nowe Triumfy''



Zdaję sobie sprawę, że podjąłem się dzieła trudnego i przekraczającego moje możliwości, niemniej postaram się wzniosłą tematykę godnie zaprezentować. Czytelnik może mieć za złe autorowi, że ostatnio lata rozbiegły się jak konie, a wydarzenia skaczą jak pchły. Teraz bowiem przeskoczywszy ponad dekadę znów jesteśmy



u schyłku lat 70 - tych. W międzyczasie, kiedy Dziadostwo okupowało Pawlaczycę, w roku 1956 Węgrzy upomnieli się o swoje prawa, lecz SCzZDz Węgierskiego nie szczędził okrucieństw. Rok później wśród niepodległych państw znalazły się Malezja i Ghana, a jeszcze później Gwinea. Dalej wszystko potoczyło się



jak w kalejdoskopie. Połowa kolonii afrykańskich odzyskuje niepodległość, a u Sowietów niedźwiedzie polarne uzyskują oficjalną ochronę prawną. W Kosmos lecą pierwsi ludzie,



a Gagarin jest na ustach całego świata. Brytyjczycy opuszczają Kenię i Tanzanię, później Angola i Mozambik przestają być portugalskimi koloniami. W Czechosłowacji zelżał terror komunistów, a polska inteligencja wcześniej tak ochotnie służąca Sowietom, teraz się opamiętała i wystąpiła przeciw



niesprawiedliwości jak na inteligencję przystało. Po raz pierwszy zaczęto świętować Dzień Ziemi, a Sowieci i Amerykanie zasiedli do rokowań. W grudniu 1970 roku z polskiego Wybrzeża rozległo się wołanie o ludzką wolność zdeptane butami tyranów. Portugalczycy opuścili Timor Wschodni, Dżibuti stało się niepodległym



państwem, a kiedy Bambo został stałym mieszkańcem Pawlaczycy i robił koła do wozów, po Księżycu spacerował Neil Armstrong. Sobór watykański II odnawia oblicze Kościoła.
Podoba się  epoka? Bohaterscy Węgrzy polegli za swą suwerenność. Wszystko co robią komuniści to jedna wielka hucpa, a prawo (łowieckie również) łamią sami prawodawcy. Francuzi wzorem Sowietów i Amerykanów powtórzyli ich błąd zbrojąc się atomowym orężem. Wyrasta Mur Berliński podlany krwią i łzami ofiar komunizmu.



Powstaje SCzZDz Kubańskiego i tworzy nowe państwo totalitarne, które przechowując sowiecką broń atomową omal nie stało się zarzewiem powszechnej zagłady. Jakiś Polak przewidując III wojnę światową buduje schron, a teraz tęskni za nim, bo uważa, że było to dobre miejsce na piwnicę.



Bł. Jan XXIII wzywa do opamiętania encykliką ,,Pacem in terris''.



John Kennedy ginie zabity przez SCzZDz Amerykańskiego, a po jego śmierci amerykańscy handlarze bronią podjudzają do wojny w Wietnamie, aby móc zarobić.



Walczyły dwa Wietnamy; jeden północny, drugi południowy, a Amerykanie się w to wpakowali. I znów krew się polała; po obu stronach z jednakowym, powtarzam jednakowym okrucieństwem walczących. Napalm lał się jak Miód Śmierci z Ula Śmierci obsługiwanego niegdyś przez B. Schekera i niejeden Wietnamczyk podzielił los Sieradzkiego. Użycie defoliantów i masakra w My Lai (Plaptonius żałował, że nie może powtórzyć tego z Pawlaczycą, a defoliantów użyć w Lesie!) obdarzyło Amerykanów nienawiścią połowy ludzkości.



Kiedy kłamała propaganda obu stron Żelaznej Kurtyny, młodzież się zbuntowała, nawet odchody w sądach wydalając i zamiany ,,kaplic na 'siusialnie''' na murach Sorbony żądając. Więc Fisher kopał policjanta, a Clinton przed wojskiem do Pragi się zaszył. Sowieci skrzyknęli Bułgarów, Polaków i Niemców i salwami czołgów usiłowali jak najprędzej wybić Czechosłowacji wszelkie marzenia o niepodległości z głowy. Zaś



Wielki Mistrz Gomułka i Iwaszkiewicz byli ,,za''. Wojna w Wietnamie się skończyła, Amerykanie sromotnie przegrali, a ich sojusznika; Wietnam Południowy komuniści wzięli! Laos i Kambodża stały się teraz dwoma krwawiącymi ranami, a ta ostatnia zyskała gangrenę w postaci Czerwonych Khmerów.



Pol Pot godnie Amina i Bokassę na kontynencie azjatyckim zastąpił. Był Antychrystem SCzZDz Khmerskiego, a Plaptonius mógłby się przy nim nabawić kompleksu łagodności. Indonezja anektuje Timor Wschodni , którego mieszkańców znów brutalnie wyrwano z marzeń o własnym państwie. W Polsce Gomułka pokazuje prawdziwe oblicze. Brutalnie rozprawia się z opozycją w odwołaniu do najniższych uczuć tłumu, zakazuje wystawiania ,,Dziadów'', uczestniczy w najeździe na Czechosłowację, tłumi wszelki opór i ostrze nienawiści kieruje przeciwko krzyżowi wiszącemu na szkolnej ścianie.



A Gierek też nie lepszy, choć dobry propagandysta i umie uprzejmością przekonywać ludzi do siebie. Do dzisiaj wielu chwali tego co wpisał do konstytucji artykuł o poddaństwie wobec Unii Sowieckiej, rozgromił strajki w Ursusie i Radomiu oraz zmarnował szansę faktycznego rozwoju, zaciągając monstrualne pożyczki, które Polska do dzisiaj musi spłacać. Jeszcze raz cytuję pana Leovishinera: ,,Gdyby człowiek był dobry, socjalizm byłby najlepszym z ustrojów''.



Teraz kiedy krwią spływają Liban i Nikaragua, w Ameryce Łacińskiej katolicyzm toczy teologia wyzwolenia, a i w Holandii niewiele lepiej, kiedy Dymitr J. Symetayov i Natasza W. Navłajova przyjeżdżają



do Pawlaczycy, Evcelma poślubiła Bartłomieja Bambo, a papież Jan Paweł I umarł z powodu wątłego zdrowia, był rok 1978. Cechą wspólną ludzi wszystkich kultur, zwłaszcza żyjących w obliczu zagrożenia jest potrzeba bohaterów, mężów opatrznościowych. A teraz taki mąż opatrznościowy był koniecznie potrzebny. W XIX wieku Juliusz Słowacki napisał pewien intrygujący utwór zaczynający się od słów:

,,W pośród niesnasków Pan Bóg uderza w ogromny dzwon.
Dla słowiańskiego Papieża hufiec aniołów umiata tron [...]''.

2. - Jeśli wybiorą, proszę przyjąć - mówił prymas Polski, kardynał Stefan Wyszyński do jadącego z nim kardynała Karola Wojtyły pochodzącego z podkrakowskich Wadowic.
Rzym, Plac Świętego Piotra, rok 1978. Przed Bazyliką pełno było pielgrzymów i turystów, zarówno z pobliskich Włoch jak i z wieli innych krajów. Teraz zebrało się konklawe.
- Ciekawe kogo wybiorą? - niejeden się zastanawiał.
Gdzieś dwóch biskupów mówiło o uczestnikach konklawe.
- Czasy są trudne, potrzeba kogoś na ich miarę - mówił jeden z nich - trzeba aby Kościołem pokierował tytan ducha, kogoś na miarę Apostołów, człowieka silnego miłością i Duchem Świętym... - mówił z przekonaniem, ale i troską.
- Wśród przybyłych kardynałów jest jeden Polak - powiedział rozmówca.
- Syn narodu czczącego Matkę Boską w sposób niewyobrażalny dla naszych zlaicyzowanych wiernych... - zastanawiał się biskup. - Teraz jest to kraj na wschód od Żelaznej Kurtyny, jest to kraj komunistyczny...
- Z tego co wiem jest to taki komunistyczny kraj, w którym ludzie żartują z Lenina i Marksa, zamiast ze świętych, a Stalin mówił o nich, że ,,socjalizm pasuje do nich jak siodło do krowy''! - krótki, serdeczny śmiech nieco złagodził napiętą atmosferę czekania. - Jest tu teraz prymas Polski, nazywa się Wyszyński i był więziony. To on tak rozbudował kult Maryjny i wprowadził specjalne nabożeństwo oddania się Jej w niewolę i musiał tłumaczyć się z tego terminu, bo niewłaściwie go rozumiano.
- A ten Polak nazywa się Karol Wojtyła, jeśli się nie mylę, pochodzi z Wadowic, czy powiedziałem...
- Tak, właśnie tak.
- A dobrym byłby papieżem? - zapytał się biskup.
- Kardynał Wojtyła - mówił jego rozmówca z entuzjazmem - to człowiek bardzo kulturalny i wykształcony, a jednocześnie pobożny jak stara góralka (porównanie autentyczne i bardzo pozytywne! - przyp. T. K.) i codziennie odprawia Drogę Krzyżową. To człowiek wrażliwy, kochający Boga i bliźnich... - mówił.
- Umie łączyć dobroć z mądrością, a to jest szczególnie cenne...
Gdzie indziej w wezbranym morzu ludzi rozmawiali ze sobą hiszpański pielgrzym Tomasso La Coruna i włoski przewodnik turystów Renzo Jardualo. Ich również zainteresował polski kardynał.
3. - A odnośnie tego drugiego kardynała, też z Polski - mówił La Coruna - to czy był więziony jak obecny prymas?
- Komunizm jest systemem ateistycznym i propaguje ateizm wojujący. Wojtyła nie poszedł do więzienia, ale za to chciano go poróżnić z Wyszyńskim, zakładano ,,teczkę operacyjną'' gdzie były dokumenty szpiegowskie zebrane przez esbeków; to takie tajne służby w Polsce. W nich to były min. teksty kazań, chciano go kontrolować przez Urząd ds. Wyznań i przesłuchania były, robiono utrudnienia z paszportami,



konfiskowano książki religijne, a nawet chciano naruszyć akta beatyfikacyjne Faustyny Kowalskiej... - wyliczał Jardualo.
- Ale przecież - zaoponował la Coruna - ostatnio w Polsce budują najwięcej kościołów...
- To jest zły ustrój - z przekonaniem powiedział Jardualo. 
- Jeśli mógłbym coś powiedzieć - zaoponował ksiądz Angelo Rossini - to czy znasz - Jardualo był jego krewnym - takiego niemieckiego polityka Rudolfa Schekera? Był kiedyś ambasadorem RFN, a teraz jest filozofem. Wczoraj mówił w telewizji w jakiejś publicznej debacie, że to co się dzieje w Układzie Warszawskim, to nie walka z Kościołem, ale z niezależnością - Jardualo był zdziwiony.
- Przecież to był ateista, a ojciec mu wierzy? - zapytał z niedowierzaniem.
- Bóg istnieje niezależnie czy w Niego wierzymy, czy nie - mówił padre Rossini. - A walkę prowadzi się nie dlatego, że Kościół jest Kościołem sam w sobie, ale dlatego, że jest zależny od Chrystusa, czyli wolny, a komuniści są zaborczy i chcą aby inni uważali, że jakoby oni mają monopol na prawdę - ciągnął włoski kapłan. - Jeśli ktoś umie prowadzić podwójne życie ma wygodę, ale traci wolność - La Coruna i Jardualo zaczynali rozumieć.
4. Konklawe było długie i niektórzy zaczynali powątpiewać, czy nowy papież będzie Włochem. Tymczasem z loggii Bazyliki Głównej uniósł się biały dym i oczekiwanie przerwał głos jednego z kardynałów:
- Zwiastuję wam radość wielką - mamy Papieża! Przenajchwalebniejszego i przenajwielebniejszego Pana Kościoła Rzymskiego, kardynała Karola Wojtyłę z Polski, który przybrał imię - Jan Paweł II...



Koniec części drugiej.

piątek, 29 listopada 2013

Stanisław i Faustyna




- Panie, mamy kolejne narodziny - mówiły w Niebie Anioły do Boga - jeśli chcesz racz obdarzyć te dzieci rodzicami kochającymi je na podobieństwo Twojej miłości - nie jestem w stanie opisać tej sceny wystarczająco dobrze, nawet jeśli umiałbym nieskończenie lepiej niż potrafię. - Ich rodzice będą zadawać pytanie dlaczego to ich wybrałeś, lecz później zrozumieją jak wielkiego daru im użyczyłeś, bo będą je kochać bardziej niż inni, a ich cierpienie obróci się w szczęście. Bo Ty, Panie, powołujesz do świętości niezależnie od zdrowia czy choroby, a im bardziej będą cierpieć, tym bardziej będziesz z nimi, nawet jeśli ich myśli pozornie uciekną gdzieś daleko, a dla innych pozostaną tylko autystycznymi dziećmi...



Przenieśmy się znów do lat 50 - tych. Była noc, a na Kremlu czarno ubrany damski szkielet; Śmierć pokazywała Stalinowi koleje jego życia podczas gdy w Pawlaczycy, na łóżku w ubogiej chacie rodziła córka Pana Sołtysa, Lawendycja de Slony, a była przy niej rodzina, Ksiądz Dobrodziej i Stara Babucha.
Nastał ranek, a gdy odważono się wejść do niepokojąco cichego gabinetu, ujrzano siedzącego na krześle zmarłego pana imperium rozpościerającego się od Bugu po Cieśninę Beringa.
Tymczasem dwoje dzieci płakało wespół ze szczęśliwą matką i ojcem, dziadkiem, wujkiem i piejącymi kogutami. Państwo de Slony długo czekali na dzieci, przeto nie istnieją słowa adekwatne do ich radości. W roku 1951 Heniek został razem z grupą innych chłopów porwany i uwięziony przez Dziadostwo, lecz w roku śmierci Stalina udało mu się zorganizować ucieczkę. Znów był razem z żoną, a po przyjęciu daru z jej dziewictwa, zostali matką i ojcem. Dzieci zgodnie z przedstawioną przez Pana Konidę prośbą otrzymały



imiona Stanisława i Faustyny na znak kraju i tego czego kraj najbardziej potrzebuje. Lawendycja już wiele przecierpiała, lecz teraz gdy znajdowała osłodę, tuląc dawno upragnione dzieci, uczuła, że już wkrótce zazna



coś czego się nie spodziewała. Była noc, z Fortu Marksa dochodziły dźwięki ,,Międzynarodówki'', gdzieś nad rzeką ryczała gdańska kanonierka masakrując jakiegoś nieszczęśnika. Dzieci leżały cicho, lecz coś kazało Lawendycji wstać i zajrzeć do ich kołyski. Między dziewczynką a chłopcem zobaczyła czerwoną różę. ,,Skąd się ona wzięła''? - myślała matka. Kiedy lepiej spojrzała, dostrzegła, że róż jest więcej, wszystkie w kolorze czerwieni, których płatki fruwały po pokoju jak motyle, a róże poruszały się niczym morskie fale. Róże sięgały Lawendycji do kostek, potem do kolan, wreszcie do pasa; pięknych, pachnących kwiatów miała już po szyję, lecz dzieci nie tonęły. Wzięła je na ręce, a Staś gdy się obudził, włożył mamie wieniec z płatków, a wtedy poczuła, że różane płatki zamieniają się w rubiny. Dwa z nich paliły żywym ogniem, lecz nie sprawiało to bólu, ale przyjemność odczuwania ciepła. Klejnoty były miękkie i raz kurczyły się a raz rozkurczały, a młoda matka nie mogła oderwać wzroku od ukochanych dzieci. Róże dusiły ich swoim mocnym zapachem, Staś i Faustynka zaczęły płakać, a ich mamie robiło się duszno. Płatki łaskotały i wdzierały się wszędzie, a kolczaste łodygi darły białą, nocną koszulę, a skórę rozrywały do krwi. Dziewczynka rozpłakała się ukłuta cierniowym kolcem, a Lawendycja podniosła dziecko wysoko do góry, lecz różany potop wznosił się i wznosił, a płatki wpadały kobiecie do gardła. Wtem z podłogi wyrosła jeszcze jedna róża, o białych płatkach i wysokości drzewa, a bił od niej delikatny zapach lilii i morza. Przez uchylone okno, niczym płatki śniegu wlatywały białe perełki, które leczyły zadrapania. Tam gdzie leciała krew, teraz wydobywał się zapach balsamu a blizny świeciły niczym złoto i bursztyn. Wtedy Lawendycja uczuła, że jeszcze bardziej kocha swoje dzieci, od których teraz bił blask jak od Księżyca i tę Różę co wyrosła w ciągu minuty. Wspomnienie o próbie samobójstwa w 51 roku i użycia fałszywych dokumentów i innych duchowych ułomności wycisnęło  z oczu potoki parzących jak lawa łez, które iskrzyły się jak diamenty, spływając po złoto bursztynowych bliznach. ,,Heniek! Jakie to cudowne''! - wołała pełna ufności. Ze szczytu Fortu Marksa spadły sierp i młot, a kanonierka zamilkła. Mąż jednak twardo spał. Dzieci również. Uszczęśliwiona Lawendycja ucałowała je i poszła spać. Przez całą drogę do łóżka przed oczami miała kołyskę. Kiedy zasnęła, usłyszała huk, rumor, słowem nieopisany harmider. To w warsztacie Cieśli kłóciły się narzędzia. ,,Trzeba usunąć Piłę, za jej jadowitość i niszczycielstwo! Nie, Hebel, bo jest chamem! Bzdury, zawadzają nam Gwoździe, wszystkiego się czepiają! Najlepiej usuńmy wszystkich!''  Tymczasem kiedy Cieśla przyszedł do warsztatu narzędzia umilkły. On użył ich wszystkich; złośliwej Piły, chama Hebla, Gwoździ i zrobił nimi piękną kołyskę. W niej leżeli Staś i Faustynka de Slony. To były piękne sny. Pianie kurów budzące do rzeczywistości również.



Rano Pan Sołtys przyprowadził Żyda Pilzsteina aby pokazać mu wnuki. Było to radosne wydarzenie, ale od tego momentu coś zaczęło się dziać. Pan Sołtys wziął Stasia na ręce, aby pokazać go Żydowi, lecz chłopiec się rozpłakał i wyrywał z rąk dziadkowi, który się zasmucił z tego powodu.
- Zobaczę co się stało - uspokajała wszystkich Lawendycja, sama jednak przeczuwała coś złego.
Staś nie miał ani mokro, ani nie chciał mleka. Czuł potrzebę kontaktu, lecz jednocześnie coś kazało mu unikać osób, które kochał. Dopiero gdy Lawendycja zmoczyła w swoim mleku palce, chciał jej ssać. Później z jego siostrą też zaczęły się problemy. Oboje dzieci było chorych na autyzm, trzeba zwrócić uwagę, że u chłopców liczba zachorowań jest większa. W Pawlaczycy pojęcie autyzmu było obce. Nawet Stara Babucha, choć była największym autorytetem naukowym, nic nie mogła zdziałać. Matka postanowiła kochać je za wszelką cenę i znalazła tu pomoc męża, rodziny i wszystkich przyjaciół. Dzieci nauczyły się chodzić, pić z piersi, a potem spożywać prymitywne pokarmy, lecz nie umiały mówić. Odczuwały strach przed ciemnością i spały razem z rodzicami. Bały się też hałasu, zwłaszcza szczekania psów, chociaż Czubek nie wzbudzał w nich lęku. Odczuwały strach przed zanurzeniem w wodzie, nie mogły nurkować. Bardzo nie lubiły zup; zwłaszcza Staś. Jadł tylko grochówkę z pokruszonym do niej chlebem, bo raz zrobił to dziadek żartując, że ,,łowi ryby''. Niechętnie bawiły się z rówieśnikami. Pewnego razu Faustynka de Slony męcząc się przy obiedzie zaczęła rączkami wybierać i zgniatać kartofle z talerza dziadka. Pan Sołtys był rozbawiony, a dziecko płakało gdy odsuwano je od talerza. Oprócz Czubka dzieci lubiły też bezpańskiego, czarnego



kota z pomarańczowymi oczami, zwanego ,,Czoko''. W ogóle lubiły zwierzęta. Uwagę Faustynki przyciągały te kopalne, zwłaszcza dinozaury i wymyśliła fantastyczną planetę Pterotyjandię, na której miały żyć. Nie mogła i nie chciała uwierzyć, w to, że wymarły, nie przyjmowała też do wiadomości zagłady tura, czy gołębia



wędrownego. Stasia natomiast pociągały głównie: węże, jaszczurki, nietoperze, rosomaki, nosorożce i ośmiornice. Jego siostra pięknie rysowała, a brat niewiele jej ustępował. Na ich rysunkach roiło się od zwierząt rzeczywistych i zmyślonych. Lubiły też słuchać czytania; matka czytała im ,,Ewangelię'', książki



przyrodnicze i utwory Jana Brzechwy (oczywiście te dla dzieci!, wszak książki nie ocenia się po biografii autora). Rodzice zdobyli ich miłość, ale nie mowę. Tu jednak też, wielogodzinne przebywanie razem w sieni i naśladowanie ich płaczu aby wejść w ten niezwykły, milczący świat przyniosło rezultaty. 
Był rok 1956 kiedy późnym wieczorem, Faustynka powiedziała ,,kocham cię tato''! do Heńka, a za przykładem siostry Staś przytulił się do Lawendycji, mówiąc o swej miłości. To był bardzo szczęśliwy dzień, drugi taki od chwili narodzin i chrztu. Jednak następny dzień przyniósł rozczarowanie. Dzieci, którym poświęcono tyle miłości, które zaczęły już mówić, leżały na podłodze w kałuży krwi, a do ich ciał przypięte były napisy: ,,Popieramy politykę pokoju i postępu''. Obok leżał pobity do nieprzytomności Heniek. Za Lawendycją przyszli Pan Sołtys i cała reszta, a gdzieś na białej ścianie widniał napisany krwią napis: ,,Z okazji urodzin życzenia przysyła tow. Jerzy Janowicz Plaptonius''.

*


Nie istnieją słowa w pełni adekwatne do opisanych tu wydarzeń. Dziadowscy wdarli się w biały dzień do chaty, a dzieci ufnie poszły w ich kierunku. Heniek chciał je bronić, lecz bojówkarze najpierw go pobili, a potem zamęczyli dzieci. Podpisali się potem i pospiesznie opuścili chatę. Nie potrafię opisać późniejszych wydarzeń. Niebieskie oczy Lawendycji zakryło bielmo, przez które widziała tylko śmierć, pożogę i krew. 
- Dzieci! - chciała krzyknąć, lecz z krtani dobył się tylko nieartykułowany ryk. 
Łzy matki mieszały się z krwią dzieci, a ich zimne ciałka z całej siły przyciskała do piersi, jako jedyne co jej pozostało. Na próżno usiłowano ją pocieszyć. Nie przyjmowała żadnej pociechy, a śmierć dzieci odbierała jako śmierć własną. Narodziny, śmierć, autyzm, wczoraj wypowiedziane pierwsze słowa, wszystko to jednocześnie uderzyło ją w głowę. 
Tymczasem złapano dwóch morderców z Dziadostwa i przyprowadzono ich do chaty państwa de Slony. 
- To oni zabili panience dzieci - mówili eksportujący ich chłopi.
Lawendycja na widok więźniów (liczących na litość z jej strony!) wydarła nóż z ciemienia i poczęła ich żywcem kroić, szlachtować, wydłubywać im oczy, pić krew i nurzać się w niej, a wszystkich ogarnęło przerażenie. 
- Chciałam, aby umierali jak moje dzieci - mówiła później. - One nie mogły się bronić, nie przeczuwały zagłady...
Pogrzeb był bardzo uroczysty, ale wspólny grób Stasia i Faustynki de Slony sprofanowali Dziadowscy przy zakładaniu arsenału. Tymczasem Lawendycja była już inną osobą. Nosiła bielmo na oku i nienawiść w sercu, nawet jej mąż to dostrzegał. Fala kwiecia zakryła nawet jej nóż, a ciernie wykuły oczy...

Oniricon cz. VIII

Śniło mi się, że:


- zapytałem Neila Gaimana dlaczego zawsze ubiera się na czarno, lecz nie otrzymałem zrozumiałem odpowiedzi (w tym śnie pisarz nosił jasne spodnie),
- ujrzałem przez chwilę jak satanista ugotował ,,Biblię'',



- jakiś czarownik rzucił Geralta na pożarcie dwóm olbrzymim hienom cętkowanym,



- Pavlas ov Vidłar okazał niezadowolenie gdy pytałem go o ,,Dziady'' Adama Mickiewicza,



- w tramwaju lub autobusie spotkałem Walta Disneya o wyglądzie Adama Michnika; Disney zaproponował mi bym wsiadł do jego samochodu, lecz odmówiłem, bo bałem się, że mnie zgwałci, a on się obraził; jakieś dzieci przyjęły jego propozycję; wydawało mi się, że miały pojechać do studia Disneya i wymyślać nowe filmy animowane, czego im pozazdrościłem, jednak i w tym przypadku moje przypuszczenia okazały się błędne,



- niedawno Meksyk walcząc z USA zaatakował Wyspy Kanaryjskie,



- razem z Voytakusem ov Visnicem poszedłem szukać Danielusa ov Yaromielusa, który przez szczecińskie przejście podziemne dostał się do Rosji; Danielus spotkał tam rodzinę, z którą się zaprzyjaźnił, odnalazłem go, lecz Voytakus uciekł do Polski i trzeba go było szukać, Rosjanie, których spotkałem, machali do mnie rękami, mimo, że mnie nie znali,



- w Malezji w Afryce, banda waranów z Komodo została schwytana przez policję i osądzona za planowanie na forum internetowym ataku na bawoła,



- w Szczecinie istnieje szkoła wyższa, w której regulamin pozwala wykładowcom dyscyplinować studentki bijąc je po rękach; widziałem jak studenci tej szkoły nieśli żywego żarłacza tygrysiego machającego ogonem; w jego wnętrznościach znalazłem szprotkę i duży, piękny krzyż ozdobiony dwoma rubinami, który zawiesiłem sobie na szyi; moja śp. Babcia ostrzegała mnie bym tego krzyża nie sprzedawał w Internecie,



- poznałem dwie piękne dziewczyny - Polkę i Rosjankę; Polka była chyba blondynką, zaś Rosjanka miała długie, czarne włosy; zapragnąłem się z nią ożenić, lecz bałem się, że jej ojciec mnie nie zaakceptuje ze względu na to, że jestem Polakiem,



- pewna niemiecka aktorka - piękna, zgrabna kobieta o długich, czarnych włosach i śniadej cerze, chodząca boso, została czarownicą i poparła dojście do władzy neonazistów w Niemczech i utworzenie IV Rzeszy,



- na dwór greckiego króla, któremu służył Herakles przybyło poselstwo Kozaków, którzy przebrali się za Greków, lecz i tak zostali rozpoznani,



- moja śp. Babcia miała glonojada,



- pewien starszy pan nie rozumiał artykułów zamieszczonych w ,,Newsweeku'' i nie ożenił się z lalką Barbie tylko dlatego, że ta nie wymagała od niego ślubów milczenia,



- Janosika odwiedził długowłosy harnaś w kłobuku i sukni do ziemi; obaj zbójnicy wspólnie planowali napad,



- fioletowa surykatka naprzykrzała się lwu,
- chciałem pomóc mężczyźnie bez jednej ręki w pełzaniu po stole, lecz odmówił przyjęcia mojej pomocy, zaś Janes ov Calcium pytałem mnie dlaczego chciałem mu pomóc.