Na
tronie Zviezdunów zasiadał stary, siwy Grudzień, trzymający
pomarszczoną, trzęsącą
się dłonią
kostur, którego uderzenia czyniły ziemię twardą, zimną i
uśpioną. Wcześnie nadeszły wieczorne ciemności. Wiatr wył jak
potępieniec, zaś śnieg prószył obficie.
W
taki to wieczór jasnowłosa Tuchola, żona żupana Samolika,
zasiadła wraz ze swymi pannami służebnymi w przestronnej izbie
modrzewiowego dworca, aby prząść. Czynności tej nauczyła niegdyś
ludzkie niewiasty sama Mokosza, której składano w darze pierwociny
przędzy. Kiedy Tuchola i jej służebnice przędły, umilając sobie
czas pracy śpiewaniem pieśni, opowiadaniem baśni i krotochwil,
żupan Samolik, wasal Ćwieczka II, króla Aplanu, bawił daleko.
Wraz z drużyną tropił rozbójnika, Gorczę Straszliwego, o którym
powiadano nie bez racji, że swoje ofiary nie tylko łupił i
zabijał, ale także pożerał.
-
,,Komu otwierasz komorę?
Żmijowi otwieram komorę’’
- Lineta, jedna z panien służebnych Tucholi nuciła właśnie
ucieszną piosenkę z dalekiej Puany, gdzie zimy były łagodniejsze
niż w Aplanie.
Ledwo
przebrzmiały jej słowa, gdy wiatr załomotał potężnie w
okiennice. Okno, miast szyby chronione zwierzęcą błoną, ustąpiło
przed siłą żywiołu. Nagły, lodowaty podmuch zgasił wszystkie
świece i zasypał izbę śniegiem. Dziewczęta pisnęły
przestraszone, gdy w izbie pojawił się śnieżny smok, jeno sama
pani Tuchola zachowała spokój. Smok, jeśli wierzyć miniaturom
zdobiącym karty ,,Codex
vimrothensis’’ był
ogromny. Przypominał rogatego węża z czterema łapami i parą
błoniastych skrzydeł. Choć w pieśniach śnieżne smoki miały
srebrną łuskę, ten pokryty był miękkim, białym futrem. Posiadał
też wielkie, pozbawione powiek oczy, przypominające turkusy ze
złotymi żyłkami. Wysunął rozdwojony język i delikatnie dotknął
nim łona Tucholi.
-
Nie obawiaj się, córo Aivalsy – przemówił łagodnie smok. -
Jesteś w stanie błogosławionym. Porodzisz
syna, junaka bez trwogi i zmazy, obrońcę uciśnionych, któremu
niestraszny będzie najsroższy mróz ni rany.
Tuchola
pokraśniała z radości.
-
Agej viełatifikoł – odrzekła po starokrasnemu – ad
viełatifikoł Gracilis Ortica dan Orticen!
- Dodała.
Wówczas
smok wycofał się rakiem z izby. Wraz z nim zniknęły śnieg i
mróz, zaś okno, przez które dostał się do środka, znów było
szczelnie zamknięte. Zgaszone podmuchem wiatru świece znów
zapłonęły i to bez niczyjej pomocy. Służebnice odetchnęły, a
ich przestrach ustąpił miejsca radości. Na wyścigi poczęły
tulić się do swojej pani i gratulować jej poczęcia dzieciątka.
Nazajutrz
żupan Samolik powrócił do swojego majątku. Przyniósł w sakwie
odciętą głowę straszliwego Gorczy. Okropny to był czerep, istoty
niegdyś ludzkiej, lecz przeżartej i znieprawionej czarną magią.
Oczy rozbójnika wciąż świeciły jak krwawe latarnie, zaś usta
bezskutecznie próbowały miotać klątwy i kłapały tylko groźnie
spiłowanymi zębami. Z rozkazu żupana głowa Gorczy została
zatknięta na palu, stojącym na granicy majątku jako przestroga dla
innych zbójców i sług Čortieńska.
Tuchola
wyszła na spotkanie męża. Ucałowała jego pokrytą świeżymi
bliznami twarz i przytuliła czule.
-
Będziemy mieli dzidziusia! - Oznajmiła rozpromieniona.
-
Skąd wiesz? - Zdziwił się Samolik.
-
Kiedy przędłam, powiedział mi to śnieżny smok.
Samolik
w odpowiedzi objął mocno żonę, a w jego nienawykłych do płaczu
oczach zalśniły łzy szczęścia.
-
Będę miał syna… - powtarzał. - Jak piękne są skrzydła smoka,
który przyniósł tę radosną nowinę!

Minęło
dziewięć miesięcy. Tuchola zgodnie z zapowiedzią urodziła
chłopca. Dziecię otrzymało imię Śnieżan (Niveus) na pamiątkę
zadymki, podczas której smok zapowiedział matce jego narodziny. Od
najmłodszych lat zadziwiał swym hartem w znoszeniu zimna, już jako
siedmioletnie pacholę zażywając z lubością kąpieli w
przeręblach. Mawiano, że najtęższe mrozy są dlań korzystne,
upały zaś szkodliwe. Na podstawie zachowanych pieśni, które Kosa
Oppman przytoczył w ,,Perłowym latopisie’’ jesteśmy w
stanie odtworzyć wygląd Śnieżana. Miał niezwykle jasną cerę
niczym mieszkańcy Nürtu, seledynowe oczy, włosy zaś długie,
przypominające barwa len. Był ponadto smukły i wysoki. Dysponował
siłą i zręcznością lamparta, zaklętymi w splotach twardych
mięśni. Nosił posrebrzaną zbroję z łusek diamentowej ryby z
Morza Joldów, na którą zarzucał biały płaszcz z wyhaftowanym,
złotym kołowrotem. Za oręż służyła mu szabla sporządzona z
ości olbrzymiego szczupaka, złowionego w jednym z jezior krainy
Burus. Przemierzał junacki szlak na grzbiecie białej klaczy
noszącej imię Śnieżka (Vakilidka). Nabył ją od rataja,
parszywą, ochwaconą i przeznaczoną do utopienia w rzece. Śnieżan
zgodnie ze wskazówkami zimowych rusałek wyleczył klacz z
trapiących ją chorób, a następnie ujeździł. Zyskał w ten
sposób dzielnego rumaka, bardziej wiernego niż niejeden człowiek.
Został pasowany na witezia przez króla Ćwieczka II w czasie uczty
wydanej z okazji Szczodrego Wieczoru.
*

Śnieżan
bawił w gościnie. Posadzono go za stołem nakrytym białym obrusem.
Stały na nim srebrne i złote naczynia wypełnione pieczonymi i
duszonymi daniami z tłustych gąsienic, pędraków, ciem i żuków
oraz chrupiącymi mrówkami. Do picia służyła woda z miodem, gęsta
od utopionych w niej much i komarów. Dla wygody gościa zapalono
pochodnię, bowiem jego gospodarze sprawnie poruszali się w
największych ciemnościach. Nie byli to ludzie, jeno plemię Gacków,
żyjące na świecie od czwartej ery. Ciała i kończyny mieli
człowiecze, lecz ich głowy należały do długouchych nietoperzy,
nazywanych gackami. Jedni prawili, że pierwszą Gacków porodziła
czysta Dziewanna, oblubienica Boruty. Inni zaprzeczali temu, głosząc,
że Gacków spłodził dopiero w erze dziewiątej Sirrah, praojciec
nietoperzy wraz z północnicą Kidypą. Jakkolwiek by było sami
Gackowie wielce czcili Sirraha jako swego patrona. Śnieżan ujrzał
w sali biesiadnej przedstawiającą go rzeźbę z rozpostartymi
skrzydłami i imponującym członkiem. Ponoć plemiona Gacków i
Podkowców potrafiły przybierać postać nietoperzy. Były to istoty
wierne Agejowi, które żyły w nieprzyjaźni z wąpierzami. Zdarzało
się nawet, że ludzie prosili Gacków o pomoc w ubiciu szczególnie
dokuczliwego krwiopijcy. Siedziba nietoperzogłowego plemienia,
goszczącego Śnieżana, mieściła się wewnątrz wielkiego kurhanu,
zagubionego gdzieś wśród puszcz i jezior krainy Burus, płacącej
dań królom Aplanu. Śnieżan wszedł do wnętrza kurhanu na dzień
przed letnim przesileniem, zabawił zaś w nim ponad trzy dni.
Wewnątrz kurhanu znalazł się również dobrze zaopatrzona w owies
i wodę stajnia dla Śnieżki. Rycerz został wpuszczony przez dwóch
strażników, zbrojnych we włócznie, po tym jak pokazał im
przepustkę, srebrną blaszkę, wydobytą z pyszczka ryby, złowionej
w jednym z ponad dwóch tysięcy jezior Burus. W czasie uczty rybałci
przygrywali biesiadnikom na złotych grzebieniach, bębnach i
piszczałkach, zaś stary, posiwiały Gacek z oczami zakrytymi
bielmem, recytował poemat o przygodach Sirraha. Wewnątrz kurhanu
było gorąco i duszno, przeto jedyne odzienie Gacków stanowiły
czarne peleryny i przepaski na biodrach, także w barwie żałoby.
Apetyt dopisywał ludowi z głowami nietoperzy. Owady były ich
największym przysmakiem, podczas gdy Śnieżan cierpiał, marząc o
combrze baranim i zimnym piwie.

-
Jeszcze trochę tych delicji, a wszystko zwrócę! - Pomyślał
nachmurzony z pozieleniałą twarzą.
Zawsze
irytowali go filozofowie głoszący, że cała ludzkość powinna
pójść w ślady plemion leśnych ludzi, spożywających pędraki,
świerszcze, mrówki i tym podobne pełzające paskudztwa. Gackowie
nie mieli jednak w spiżarni nic innego; żadnej dziczyzny, kiełbas,
ryb, drobiu, chleba, sera, jarzyn, owoców, wina, piwa ani innych
wiktuałów, jakie cenili synowie Novalsa i córki Aivalsy.

Śnieżan
nie zjawił się na uczcie bez powodu. Przed Nocą Kupały zwrócili
się do niego Bartymiusz i Gajdur, konaci dwóch zwaśnionych
buruskich szczepów Selida i Gelda, osiadłych na przeciwległych
krańcach jeziora Modron. Od pokoleń Selida i Gelda toczyli ze sobą
wojny o dostęp do łowisk ryb oraz drewno, miód i zwierzynę,
kryjące się w leśnych ostępach. Junacy z obu plemion okrywali się
tym większą sławą im więcej zdobyli głów zabitych wrogów.
Tymczasem nastąpił wyłom w tej tradycji. Siccona z Geldów, córka
Gajdura i Sicco z Selidów, syn Bartymiusza poczuwszy do siebie
miętę, uciekli potajemnie z rodzimych osad, aby żyć razem z dala
od plemiennej wróżdy. Obaj konaci nie szczędzili Śnieżanowi
obietnic hojnej nagrody.
-
Kiedy ujrzę moją córeczkę całą i zdrową – zapewniał konat
Gajdur – to Velinas mi świadkiem, że otrzymacie ode mnie,
szlachetny rycerzu, sto futer sobolich, beczkę miodu, skórę rysia
i trzydzieści funtów bursztynu.
-
Ja zaś odwdzięczę się błamem bialutkich futer gronostajowych,
naszyjnikami z pereł, srebra i złota, szafirem wielkości męskiej
pięści, modrym jak tutejsze jeziora oraz zamorskim pucharem z rogu
jednorożca, wykrywającym zjadłe trucizny.
Śnieżan
poczuł niesmak, słuchając obu konatów, którzy wciąż patrzyli
na siebie wilkiem.
-
Czy gotowi bylibyście zaprzestać waśni, gdyby od tego zależało
dobro waszych dzieci? - Spytał groźnie, zaś konaci pospuszczali
głowy jak sitowie.
Zapadła
krępująca cisza.
-
Ja… ja… mogę nawet podać rękę temu… Bartymiuszowi, byleby
tylko mojej Siccony nie spotkała żadna krzywda! - Wydusił wreszcie
z siebie konat Gajdur.
Śnieżan
udał się na poszukiwania. Wypytywał o Siccona i Sicconę plemienia
Lynxów o rysich głowach, leśnych ludzi oraz trzech urodziwych
sióstr, gudełek, które podróżowały po całym Burus na grzbiecie
gryfa. Właściwej i wyczerpującej odpowiedzi udzielił Śnieżanowi
dopiero Kilujad, nagi skrzat mieszkający w mrowisku. Kilujad miał
siwą brodę i nakrycie głowy z szyszkowych łusek. Wśród kauków
i barstuków cieszył się sławą mędrca. To za jego radą Śnieżan
trafił na ucztę w kurhanie Gacków.
Przeprosił
gospodarzy i poszedł do ustronnej izby, gdzie zwrócił do
zagłębienia w ziemi cały poczęstunek. Kuchnia Gacków stanowczo
mu nie służyła. Kiedy powrócił do sali biesiadnej wypatrzył
wśród ucztujących czule obejmującą się pannę i młodzieńca.
Mieli oni ludzkie głowy z kędzierzawymi, blond włosami. Śnieżan
dał znak, że chce mówić.
-
Czcigodni gospodarze! Przybyłem do was jako emisariusz konatów
Bartymiusza i Gajdura, ojców zatroskanych o swoje dzieci, Siccona i
Sicconę. Właśnie potwierdziły się moje przeczucia, że znajdę
ich wśród waszego ludu. Pozostaje mi teraz odprowadzić młodzieńca
i pannę do ich plemion.
Siccona
zalała się łzami i wtuliła w pierś ukochanego, Sicco zaś
zacisnął pięści i zrobił marsową minę.
-
Nie obawiajcie się – Śnieżan rzekł łagodnie do zakochanej
pary. - Ręczę moim rycerskim honorem, że nie stanie się wam żadna
krzywda.
-
Wolnego, mości rycerzu – zapiszczał sędziwy Emielnik, naczelnik
szczepu Gacków. - Panicz Sicco i panienka Siccona są naszymi
gośćmi. Jako udzielający im gościny odpowiadamy przed Enkami za
ich bezpieczeństwo.
-
Uciekli od swoich rodów, trawiących czas na wzajemnym wybijaniu się
niczym bezrozumne bestie. - Dodał Mihnat, najstarszy syn Emielnika.
- Miłość męża i niewiasty jest prawem zapisanym w Czarach,
wyrytych na Bierzmie Wszechświata. Tymczasem Bartymiusz i Gajdur
zabronili ożenku swym dzieciom, bo zaślepia ich wzajemna nienawiść.
Bacz, witeziu, abyś wypełniając rozkazy książąt, nie sprzeciwił
się woli Ageja i Enków.
-
Rozmawiałem z oboma konatami. Tęsknią okrutnie za swymi dziećmi i
wielce frasują się ich losem.
-
Może jest tak w istocie – westchnął Emielnik. - Dowieść swych
racji możesz w zapasach z naszym bratem, Tugosem. Rozważ to dobrze,
masz jeszcze bowiem czas na wycofanie się z walki bez ujmy na
honorze.
-
Aplański witeź nigdy się nie cofa. - Oznajmił Śnieżan.
Posłano
zatem po Tugosa. Do sali biesiadnej wkroczył, zataczając się jak
marynarz na okręcie, ,,od pięty do pięty napięty’’,
półnagi mocarz o trzy stopy wyższy od Śnieżana. Z jego karku
wyrastały głowy trzech nietoperzy: szarego, rudego i białego.
Krążyła pogłoska, że w żyłach Tugosa płynie domieszka czarnej
krwi trolli, która tłumaczyłaby posiadanie przezeń większej
liczby głów niż jedna. Domniemanie to nie przeszkadzało Gackom
szanować Tugosa za jego niezłomną odwagę w nocnych bitwach z
wąpierzami oraz siłę okazaną podczas przenoszenia ciężkich
głazów i sypania kurhanów. Śnieżan swoim zwyczajem nie okazał
strachu, choć wiedział z pieśni rybałtów, że trójgłowy Weles
obdarzył wszystkie trójgłowe bestie i potwory potrójną siłą.
-
Pojedynek obyczajem naszych ojców odbędzie się bez użycia oręża
– oznajmił Emielnik. - O zwycięstwie ma rozstrzygnąć jedynie
siła muskułów, szybkość, zwinność, ostrość kłów i szponów
oraz łaska Enków. Syn Novalsa będzie tak długo walczył z
Tugosem, aż uzna za stosowne trzykrotnym uderzeniem otwartą dłonią
w podłogę dać znak, że się poddaje. - Trzeba tu dodać, że
Tugos nie walczył jeszcze nigdy z człowiekiem, za to rozłożył na
łopatki pięć niedźwiedzi.
Przed
walką zapaśnicy wymienili ukłony na znak szacunku. Następnie na
dźwięk brzmiącego cymbału zwarli się w bojowym uścisku. Nikt
nie ośmieliłby się nazwać Śnieżana słabeuszem. Nieraz już
dawał na turniejach dowody, że mógłby się równać siłą z
białym niedźwiedziem z Nürtu. Jednak siła Tugosa była potrójna.
Widownia piszczał z podniecenia, zagrzewając swych faworytów do
największego męstwa. Choć Tugos ciskał Śnieżanem o podłogę
jak mokrym zmywakiem, Zimowy Rycerz za każdym razem powstawał z
krwawą mgłą zasłaniającą mu oczy.
-
Dyć on zaraz ubije, tego człowieka! - Łkała Siccona, zaś Sicco
na próżno tulił ją do piersi i starał się zasłonić dłonią
jej oczy. - Musicie przerwać walkę! Przerwijcie walkę na kościany
tron Zarazy!
Niestety
jej wołanie utonęło w powodzi pisków gawiedzi i odgłosów samego
boju. Siccona wyrwała się z objęć ukochanego i pobiegła do
zmagających się ze sobą mocarzy.
-
Nie zabijajcie się! - Córka konata stanęła pomiędzy Śnieżanem
a Tugosem z szeroko rozstawionymi rękami.
Uczony
Simanis z Burus prawił w erze dwunastej, że Siccona rzuciła między
nich chustkę, nazywaną mandili, tak jak to czyniły niewiasty w
Kartwelii w celu godzenia zwaśnionych.
Sędziwy
Emielnik powstał z krzesła i po trzykroć zastukał krętą laską
w podłogę na znak, że pragnie mówić.
-
Czcigodna Godzila wybrała tę zacną pannę na posłankę pokoju.
Innymi słowy: Śnieżanie, Tugosie, o dalszej walce nie ma już
mowy!
Wtedy
Siccona zabrała głos, a jej odwagę i dobroć jeszcze długo potem
wysławiano w pieśniach.
-
Nie darowałabym sobie, gdyby ten junak poniósł śmierć z powodu
mojego uczucia. Nie godzi się budować osobistego szczęścia na
cierpieniu i śmierci niewinnych.
Gacki
zaszemrały między sobą, wymieniając uwagi o niewieściej
śmiałości i rozumie.
-
Moja luba słusznie prawi – zabrał głos Sicco. - Żadne z nas nie
chce śmierci Śnieżana. Słyszeliśmy opowieści o jego męstwie i
wspaniałomyślności. Zgadzamy się wrócić z nim do naszych ojców.
-
Niech więc tak się stanie – westchnął Emielnik. - Dufam, że
Godzila przemieni twarde serca obu konatów.
Śnieżan
wyprowadził Siccona i Sicconę z kurhanu Gacków. Był słoneczny
dzień gdy dotarł z nimi nad jezioro Modron. Czekali już na nich
konaci Bartymiusz i Gajdur wraz z żonami i starszyzną z obu wiosek.
Siccona płakała, obejmując ramieniem swego wybranka.
-
Panie ojcze, pani matko! Opuściłam was nie dlatego, że przestałam
was kochać. Miłuję Siccona ponad światło słońca. Pragnę być
jego żoną i matką jego dzieci. Nie uciekłabym z wioski, gdyby
przeklęta wróżda nie nakazywała naszym szczepom mordować się
bez litości ku obrazie Ageja.
Potem
Sicco opowiedział o swojej miłości, dla której wolał los zbiega
i tułacza niż rozłąkę z Sicconą. Najtwardsi wojowie Geldów i
Selidów, posiadający kolekcję własnoręcznie ściętych, wrażych
czerepów, teraz mieli łzy w oczach. W miarę jak Sicco i Siccona
opowiadali dzieje swej miłości, ich stopy wrastały w ziemię, a
ramiona wyciągały się ku niebu, wypuszczając liście. Wraz z
ostatnim szeptem i ostatnią łzą, zamienili się w parę wysmukłych
drzew, splecionych w miłosnym uścisku. Sicco miał teraz liście
złote, a Siccona – srebrne. Widząc los swych dzieci, Bartymiusz i
Gajdur wraz z drużynami padli sobie w objęcia, płacząc jak bobry.
-
Ostawcie dla waszych wdów i sierot nagrodę, którą mi
przyobiecaliście. - Rzekł Śnieżan. - Ilekroć będziecie
spozierali na te drzewa, niech opuści was nienawiść i pragnienie
zemsty. Żyjcie odtąd w pokoju, aby Sicco i Siccona zaznali radości.
Śnieżan
ponaglił swoją klacz do galopu. Odprowadzał go szum złotych i
srebrnych liści.
*
,,
… uwagę naszą
przykuwa sucha, tarninowa gałąź z dużym, zielonym pasikonikiem,
siedzącym na kolcu. Podchodzimy bliżej, aby obejrzeć lepiej tego
pięknego owada. Ze zdziwieniem stwierdzamy, że jest on przebity na
wylot tarninowym kolcem i martwy. Obok znajdujemy jakiegoś żuka,
również nabitego na kolec. Któż dopuścił się tak szkaradnego
czynu? Myśl, że to jakieś dzieci zabawiały się w tak okrutny
sposób, raczej odrzucamy, bo droga jest obecnie mało uczęszczana,
a do wsi stąd bardzo daleko i zakątek ten rzadko ktoś odwiedza.
Ale jeśli to nie ludzka sprawka, to czyja?’’ - Rafał Skoczylas
,,Leśne spotkania’’

Ostróżeń
(Astrazon) był synem kupca Szafrańca z grodu Jawary na północy
Aplanu. Szafraniec wyprawiał się na handel do Burus, a także
prowincji Korsi i Letygoły w Orlandzie. Jego karawany wiozły w
jukach bursztyn, perły, ozdoby ze srebra i złota, muszelki kauri,
bisior i mirrę. Choć istnieli kupcy zamożniejsi od niego,
wzbogaceni niepomiernie na handlu niewolnikami, Szafraniec nie
zazdrościł im niegodziwie zdobytych zysków. Kontent był z tego co
już posiadał, a co umożliwiało mu żucie w miarę dostatnie bez
lęku o jutrzejszą strawę i dach nad głową. Martwił się jednak
swoim synem. Ostróżeń mimo ojcowskich gróźb i zachęt nie garnął
się do nauki kupieckiego fachu. Prawdę powiedziawszy nie palił się
do nauki jakiegokolwiek rzemiosła. Całe dnie przepędzał leniwie
leżąc na piecu i oddając się marzeniom. Z upodobaniem słuchał
pieśni i bajęd wędrownych grajków, zapominając o całym świecie.
Jak sroka w gnat wpatrywał się w pląsy młodych i półnagich
tancerek, marząc przy tym o spotkaniu wielkiej miłości. Był także
pierwszy do jedzenia, a jego łakomstwo mogłoby zawstydzić samego
Fugasa. Nic sobie nie robił z gniewu ojca i łez matki. Czasami
przyrzekał poprawę, lecz potem i tak postępował jak do tej pory.
Pociechę Szafrańca stanowili Burian i Kaźko, starsi synowie,
założyciele własnych rodzin, którzy prowadzili własne interesy w
Orlandzie, Oxlandzie i w Nürcie.

-
Powinieneś wydorośleć tak jak twoi bracia. Oni wyszli na ludzi i
ty też powinieneś. - Przy rodzinnym obiedzie kupiec Szafraniec po
raz kolejny nagabywał najmłodszego syna.
-
Nie chcę być jak moi bracia, jeno być sobą – Ostróżeń
skrzywił się jakby przy jedzeniu cytryny. - Nigdy nie dorosnę, bo
dla dorosłego człowieka wartość ma tylko to co można kupić lub
sprzedać.
-
Znajdując sobie jakieś zajęcie, niekoniecznie kupieckie, stałbyś
się pożyteczny dla Królestwa Aplanu – ciągnął niezrażony
Szafraniec.
-
Nic mnie nie obchodzi to nierządne królestwo – odpyskował
Ostróżeń.
-
Co powiedziałeś? - Szafraniec poczerwieniał jak pośladki pawiana.
-
Inne nierządne królestwa też mnie nie obchodzą! - Ostróżeń
wstał od stołu i poszedł do swojego pokoju.
-
Dokąd to idziesz, szczylu?! Jeszcze obiad nie skończony! -
Żołądkował się Szafraniec.
Ulubiona
opowieść krnąbrnego Ostróżenia traktowała o skrytym wśród
puszcz południowego Burus grodzie Dzierzbowie. Zamieszkiwać miały
go jedynie kapłanki nazywane Dzierzbami. Każda z nich była młoda
i nadobna niczym Słońce i Księżyc. Bóstwo owych kapłanek miast
zachowania przez nie czystości, domagało się od nich częstego
udziału w miłosnych zapasach na ołtarzu łoża z każdym mężem
jaki zabłąkał się w pobliże ich chramu. Ostróżeń długo
rozmyślał o nich przed zaśnięciem.
-
One czekają na mnie, by obdarzyć mnie rozkoszą – myślał. -
Legnę z ich królową, która obdarzy mnie pieszczotami, jakich nie
znała nawet ta rozpustna rusałka, Goplana III. - Uśmiechnął się
do swoich myśli i zasnął.
Nazajutrz
przy śniadaniu znów pokłócił się z ojcem.
-
Gdyby twoje lenistwo mogło latać, byłbyś już na najdalszych
kresach Zaziemia! - Powiedział synowi Szafraniec.
Wtedy
właśnie w sercu Ostróżenia zrodziła się myśl o ucieczce z domu
i odnalezieniu Dzierzbowa. Potajemnie zapakował do zielonego tobołka
na kiju chleb, ser, szynkę i jabłko. Nocą gdy wszyscy domownicy
posnęli snem sprawiedliwych, ostrożnie opuścił rodzinny dom,
spuszczając się po linie przez okno. Przekradł się przez wyłom w
murze rodzinnego miasta, od lat tęsknie czekający na naprawę i
znalazł się poza Jawarą. Z dreszczem podniecenia zagłębił się
w mroczny las. Błądził w nim przez cztery dni, aż skończył mu
się prowiant. Lato tego roku było deszczowe. Ilekroć Ostróżenia
zmoczył deszcz, gryzło go sumienie, ukazując mu obraz płaczącej
za nim matki.
-
Muszę być twardy jak bohaterowie z dawnych dni – mówił sobie
piętnastoletni uciekinier. - Tylko tak zasłużę na objęcia
królowej Dzierzb.
Pierwszego
dnia ujrzał w trawie leśną myszkę, pokrytą brązowym futerkiem.
-
Pi, pi! Wracaj do domu, ty nicponiu! Rodzice się o ciebie martwią,
a tam dokąd zmierzasz, czeka na ciebie jeno śmierć.
Twarz
Ostróżenia wykrzywił grymas złości.
-
Uciekaj, szkarado! Myszy trzeba tępić, bo zjadają ciastka! -
Mówiąc to, zamierzył się nogą, by kopnąć myszkę jak
szmaciankę, lecz zdążyła uciec.
Drugiego
dnia napotkał wychodzącą ku niemu z matecznika rysicę. Zwierzę
spojrzało na niego zielonymi oczami, w których malował się
smutek.
-
Wracaj do domu, mały. Dzierzby nie będą cię kochać, bo nie mają
serca.
-
Tere – fere. Zazdrościsz mi i tyle, ty sierściuchu! - Odrzekł
Ostróżeń i zagrał rysicy na nosie, choć nogi uginały się pod
nim ze strachu.
Rysica
odeszła zasmucona.
Trzeciego
dnia otrokowi ukazał się wilk.
-
Dobrze ci radzę… - zawarczał.
-
Wsadźże sobie pod ogon swoje rady, panie wilku! - Zawołał
buńczucznie Ostróżeń, po czym dał drapaka przed siebie.
Wilk
nie gonił go.
Czwartego
dnia, wieczorem, kiedy skończyły się zapasy, Ostróżeń ujrzał
mały, jadowicie zielony ognik, lecący w jego stronę.
-
Kim jesteś? - Spytał zielonego ognika.
-
Nazywam się Zaruko i pragnę pogratulować ci hartu ducha. Królowa
Dzierzb wraz z towarzyszkami wie o twoich trudach i czeka
niecierpliwie na twoje przybycie, aby ci je wynagrodzić.
Ostróżeń
uśmiechnął się radośnie na te słowa i ochoczo podążył za
błędnym ognikiem. Zaruko prowadził go przez kłujące zarośla i
śliskie błoto, aż stanęli u bram Dzierzbowa.
-
Oto kres naszej drogi. – Oznajmił Zaruko trzeszczącym głosem. -
Znikam i życzę przedniej zabawy! - Wypowiedziawszy te słowa, ognik
zgasł.

Leśny
chram Dzierzb był otoczony częstokołem z jasnych pni brzóz i
modrzewi. Na końcach tworzących palisadę pni, kapłanki zatknęły
czaszki dzików, łosi, rozmaitych drapieżców, a niekiedy też
ludzi. Ostróżeń zapukał miedzianą kołatką w mosiężną bramę
i otworzono mu. Dzierzby okazały się równie nadobne jak opisywały
je stare klechdy. Każda z nich miała młodą twarz o szlachetnych
rysach i długie włosy. Nosiły powłóczyste, białe szaty,
wyszywane rubinami, na szyjach zaś miały zawieszone czaszki małych
ptaków, nazywających się tak jak ich zakon. Podkreślały oczy
czarnym barwnikiem z sadzy rozrobionej z sadłem, co nadawało im
wygląd tajemniczy i niepokojący. Zaprowadziły wędrowca do łaźni
z wodą różaną z Peristanu. Następnie odziały go w odświętną
szatę z purpury i zaprowadziły do sali biesiadnej. Ostróżeń
oniemiał ujrzawszy powstającą na jego powitanie od stołu królową
Dzierzb. Miała długie i lśniące, jasnorude włosy i złotą
koronę na głowie, odziana zaś była w suknię z mieniące się jak
małe słońca cekinów.
-
Witaj, boski! - Objęła Ostróżenia nagimi ramionami i pocałowała
w usta, on zaś zapomniał o całej rodzinie.
Królowa
posadziła go po swojej prawicy.
-
Naszym bogiem jest Król Kolec, którego tron mieści się w Górach
Toropileuckich na Najdalszym Północnym Wschodzie – objaśniła
Dzierzba. - Jednakże nie szukamy zwady z czcicielami Ageja i Enków
– dodała szybko. - Nazywam się Rarańcza. Ty zaś będziesz się
odtąd zwał Randrzej, bo jesteś taki słoneczny i męski. -
Rarańcza zanurzyła koniuszek palca w miseczce ze złotą farbą i
namalowała nim na czole Ostróżenia – Randrzeja magiczny znak.
Nakryty
białym obrusem stół zastawiony był figami, kiściami winogron,
pieczonymi kasztanami i popielicami, rakami, smażonymi na maśle,
przepiórczymi jajami, wymyślnymi daniami z żółwi, żab, węży i
jaszczurek oraz królikiem przyrządzonym według prawideł sztuki
kulinarnej z Wyspy Słoni. W złotych, srebrnych i kryształowych
roztruchanach połyskiwało szkarłatne wino. Pod ścianami siedziały
kapłanki, wygrywając słodkie melodie na harfach i lutniach.
Randrzej czuł błogość.
-
Wszystko co opowiadają o naszych zdolnościach dawania rozkoszy w
łożu jest szczerą prawdą – Rarańcza mrugnęła zalotnie do
gościa – lecz i tak nie oddaje to nawet części tego co umiemy.
-
Już nie mogę się doczekać – zapewnił Randrzej, czując się
jak lubieżny satyr na widok powabnych bachantek.
-
Nim legnę u twego boku, godzi się, abyś skosztował naszego
świętego napoju, który pomnoży twoje męskie siły. - Postawiła
przed Randrzejem czarkę z kości słoniowej wypełnioną po brzegi
fioletowym winem.
Wyrodny
kupiecki syn ochoczo opróżnił naczynie. Poczuł się szczęśliwy
jak Lotofag otumaniony spożyciem swej ulubionej rośliny. Z błogim
uśmiechem wyciągnął rękę w stronę dużego dekoltu Rarańczy,
po czym runął z krzesła na miękki dywan z Peristanu. Zapadł w
twardy sen bez marzeń.
Przebudzenie
okazało się nadzwyczaj przykre. Otworzył oczy na świątynnym
majdanie zlany kubłem zimnej wody. Spostrzegł na swoim całkiem
nagim ciele liczne blizny, otarcia i strupy po ranach zadawanych
ostrymi przedmiotami. Zerwał się i próbował uciec, lecz drogę
zagrodziły mu cztery złowrogo nań spozierające dzierzby:
gąsiorek, czarnoczelna, rudogłowa i srokosz. Każdy z tych ptaków
osiągał rozmiary dorosłego człowieka.
-
Co tu się, do pioruna, wyprawia? - Przeraził się Randrzej.
-
Gek, gek! Nie pamiętasz mnie? - Spytała dzierzba gąsiorek,
przyciskając szponiastą łapą nagi brzuch Randrzeja do ziemi. -
Wczoraj ucztowałeś ze mną. Teraz uczynię cię żertwą dla Króla
Kolca.
Randrzej
był zbyt przerażony, by wykrzyczeć: ,,Bądź przeklęta na
wieki, Rarańczo!’’ Dopiero teraz spostrzegł wystający z
ziemi długi i cienki cierń tarniny olbrzymiej. Drzewo to rosło
gdzieś w Operencji, albo i dalej, zaś Randrzej aż do tej pory
uważał je za wymysł bajarzy.
-
Gek, gek! Przebijemy cię tym cierniem na wylot, a potem pożywimy
się twoim ciałem na chwałę Króla Kolca. Czuj się zaszczycony! -
Objaśniła Rarańcza zamieniona w dzierzbę gąsiorek.
Cztery
dzierzby pochwyciły dziobami ręce i nogi przeznaczonego na ofiarę,
aby czym prędzej uczynić z nim to, co ich dużo mniejsze siostry
robiły owadom i małym kręgowcom. Młodzieniec pojął, że
zmarnował życie, goniąc za mrzonkami i zapłakał rzewnie.
Przepraszał Ageja i Enków za wszystkie zgryzoty przysporzone matce
i ojcu, oczekując, że niebawem stanie przed sprawiedliwym sądem
Welesa.
Gdy
tak gotował się na śmierć, usłyszał donośny tętent końskich
kopyt. Trzej witezie sforsowali bramę chramu. Przestraszone dzierzby
upuściły niedoszłą żertwę na ziemię, przytrzymując ją jednak
łapami. Ostróżeń, który już nie chciał być Randrzejem
otworzył oczy. Rozradował się widząc witezia w białym płaszczu
ze złotym kołowrotem, dosiadającego białej klaczy. Rozpoznał w
nim Śnieżana, którego dobrze znał z pieśni rybałtów. Znani z
pieśni i bajęd byli mu również dwaj Śnieżanowi towarzysze;
mocno zarośnięty Kosomor na czarnym ogierze Smoliszu i Raby Jazdon
na gniadej klaczy Iskrze.
-
W imię Ageja, Boga Bogów, ostawcie tego nieszczęśnika! -
Przemówił Śnieżan głosem nieznoszącym sprzeciwu.
-
Ależ my tylko wymierzamy sprawiedliwość hultajowi, który
wzgardził rodzinnym domem! - Broniła się Rarańcza.
-
Na krew Teosta spływająca po korze dębu Karako, oddajcie nam
otroka, albo będziemy zmuszeni was zabić! - Zagroził Śnieżan
dobywając miecza.
-
Ten ludzki robak jest nasz! - Głos królowej dzierzb ociekał jadem
i smołą z kotłów Čortieńska.
Rarańcza
wydała z siebie przeciągły trel, zwołując pozostałe kapłanki
pod postacią olbrzymich dzierzb. Rozpoczął się krwawy bój.
Dzierzby zadawały ludziom i ich koniom rany ciosami dziobów i
szponów. Witezie nie pozostawali im dłużni, siekąc ptaszyska
mieczami i strącając je strzałami na ziemię. Przed zachodem
Słońca wszystkie dzierzby były już martwe. Konając znów
przybierały postać urodziwych acz okrutnych kapłanek. Wśród
poległych była też ich królowa Rarańcza.
-
Jak Europa długa i szeroka nie znajdziesz w jej granicach swojej
drugiej połowy… - Nim skonała, zdążyła jeszcze przekląć
Śnieżana.
Ten
zaś podszedł z surowym wyrazem twarzy do skulonego na ziemi i
trzęsącego się z płaczu Ostróżenia.
-
Już po wszystkim. Mam nadzieję, że czegoś cię to nauczyło.
Okrył
jego nagość swym płaszczem i posadził na grzbiecie wiernej klaczy
Śnieżki. Opuszczając Dzierzbowo, trzej witezie podłożyli ogień,
który pochłonął chram wraz z ciałami ubitych kapłanek. Błagali
przy tym Swarożyca, aby raczył wypalić zaklęte w tym miejscu zło.
Po
przybyciu do Jawary, Ostróżeń padł do nóg rodzicom, błagając o
wybaczenie swawoli. Szafraniec i jego żona przyjęli jednak
marnotrawnego syna z wielką miłością. Od tego czasu Ostróżeń
miast próżnować całymi dniami, poprosił rękawicznika, aby
przyjął go do terminu.
*
Śnieżan
okrywał się coraz większą sławą. Zwyciężał na turniejach.
Tępił rozbójników i potwory. Zawsze stawał w obronie wdów i
sierot i wszystkich skrzywdzonych. W pierwszym roku panowania
Ćwieczka III wyruszył w głąb Azji szlakiem przygód sławnego
króla Lecha Peregrynatora. W swojej wędrówce dotarł aż do
Bharacji, wilgotnej krainy pod prażącym Słońcem Południa,
obfitującej w przyprawy, klejnoty, nędzarzy, bestie i potwory.
Ocalił
życie urodziwej, sześciorękiej księżnej Davutri z prastarej rasy
Mnogorękich, napastowanej w lesie przez bandę złożoną z sześciu
czarnych i kosmatych rakszasów. Wdzięczna Davutri zaprosiła
Śnieżna na ucztę do swego marmurowego pałacu o złotym dachu i
ścianach wyłożonych masą perłową. Kiedy witeź raczył się
ryżem aż żółtym od przypraw, księżna osobiście dolewała mu
araku i sorbetów.
-
Rada byłabym wiedzieć, szlachetny kszatrio z Aplanu jak podoba ci
się Bharacja? - Spytała Davutri.
-
Wiedz, pani – odrzekł po chwili namysłu Śnieżan – żem ujrzał
na ziemiach nad Gangosem wiele rzeczy cudownych i zachwycających
swym pięknem. Dotąd znałem słonie i tygrysy, Mnogorękich,
Kynokefali i Cyjanopodów jeno z opowieści, nie mając przy tym
pewności czy nie są przesadzone – jedna z dam dworu księżnej
Davutri zachichotała ukradkiem, słuchając tego wywodu. -
Przejeżdżając przez las Gir, napotkałem żyjące w nim dwa
plemiona łowców głów, oba półnagie i o skórze smagłej –
ciągnął Śnieżan. - Jedno z tych plemion składa się w całości
z mężów, drugie zaś z niewiast. Pomiędzy nimi trwa wróżda,
sięgająca zdaje się czasów, odkąd rodzaj człowieczy zjawił się
na tych ziemiach. Mężowie bez litości zabijają niewiasty, a
niewiasty mężów. Głowy zabitych są gromadzone jako trofea.
-
Frapuje mnie jak w takim razie oni się rozmnażają – przerwała
księżna Davutri.
-
Mężowie biorą sobie podczas dorocznego festynu apsary jako
kochanki i wychowują zrodzonych przez nie synów. Z kolei niewiasty
poczynają swe córki, jedząc śpiewające owoce mango z ludzkimi
twarzami. Dzięki temu oba plemiona istnieją po dziś dzień.
-
Zastanawia mnie też, które z nich ma słuszność w tym odwiecznym
sporze – zamyśliła się Davutri.
-
Wiedz, pani, że sam zadawałem sobie to pytanie – westchnął
Śnieżan. - Przyjrzałem się z bliska obu plemionom, poznając ich
zwyczaje i sposób walki. Głowołowy i Łowczynie Głów są jednej
krwi. Mówią podobnym narzeczem i tak samo przy pozdrowieniu życzą
sobie pokoju. Pomimo tego piekielna nienawiść do siebie nawzajem,
przeżarła nieodwracalnie ich serca. Próbowałem mediacji pomiędzy
jednymi i drugimi. Usiłowałem przemówić im do serca i rozumu,
lecz było to tak jakbym grochem o ścianę rzucał. Wreszcie
zrozumiałem, że żadne z tych plemion okrutnych nie jest warte
tego, aby posiadać ziemię na własność. Najlepiej zostawić
nienawistników w lesie Gir z ich zapiekłą nienawiścią. Niech
tłuką się między sobą do woli . ,,Nasza chata z kraja’’
- jak mawiają w Orlandzie.
-
Jeno żałuję ich niewinnych dziatek. - Westchnęła Davutri, a w
jej czarnych jak gagaty oczach zalśniły kryształowe łzy smutku.

Muzykanci
z plemienia Gandharwów, odziani w kuse stroje z kolorowych piór,
widząc nagły frasunek swej pani, poczęli grać na fletach,
tamburynach, harfach i winach wesołe melodie, aby ją pocieszyć.
Kucharz z plemienia Olfów, to jest ludzi z głowami słoni, postawił
na stole srebrną czarę z ulubionym deserem księżnej; pokaźną
porcją lodów pistacjowych, posypanych wiórkami kokosa i płatkami
róży. Davutri otarła łzy batystową chusteczką i dalsza rozmowa
zeszła na temat rozlicznych ras rozumnych zamieszkujących Bharacje.
Prawiła o Pinkosi, odmianie eterycznych elfów o alabastrowo białej
cerze, wyróżniających się różowymi włosami oraz o groźnych
Kaftarach, przybyłych z Peristanu i przybierających postaci hien.
Śnieżan usłyszał również o Xucuri, żółtych karłach o cerze
upstrzonej czarnymi plamami, które skakały na żabich nogach oraz o
dzikich i krwiożerczych Minotaurach z Sindu, toczących ustawiczne
boje z ludem walecznych niewiast, zwanych Asasynkami.

-
… Co się zaś Arioków – ciągnęła Davutri – zamieszkują
gród Aśram, otoczony bagnistą puszczą. Położony jest piętnaście
parasangów na północny wschód od mojego księstwa. Ariokowie są
starą rasą, wedle nauk riszich wywodzącą się jeszcze z ery
trzeciej, ery smoków. Wyglądem przypominają połączenie ptaków,
gadów i ludzi. Słyną z odwagi na polach bitew i mistrzowsko
posługują się szablami, wykonywanymi z ości olbrzymich ryb
zamieszkujących Gangos, Rzekę Brahmy i Sarasvati. Skrzyżowanie
oręża z szermierzami Arioków stanowi stanowi zaszczyt i dowód
męstwa dla każdego kszatrii jak Bharacja długa i szeroka.
-
Rad byłbym wielce odwiedzić te rycerskie istoty – oznajmił
Śnieżan.
Żegnając
się z gościnną księżną, Śnieżan zgiął przed nią kolana i z
czcią ucałował jedną z jej licznych dłoni. Davutri zawiesiła na
jego szyi złoty łańcuszek z nanizanymi nań drogocennymi
kamieniami. Każdy z nich mienił się inną barwą.
-
Kamienie te wyobrażają Siedem Mocy Ageja, nieodzownych, by stawić
czoło ciemności. Bywaj, szlachetny kszatrio z dalekiego Aplanu!
Śnieżan
dosiadł swej białej jak mleko klaczy i pognał na spotkanie
Arioków.
*
Aśram,
nazywany też Aśramapurem zbudowany był z jasnoszarego kamienia.
Ściany wszystkich budowli w grodzie zdobiły w wielkiej obfitości
kunsztowne rzeźby przedstawiające kwiaty, owoce, nagie apsary,
obwieszone klejnotami, smoki oraz rozliczne stwory, mające ludzkie i
zwierzęce części ciała. Ariokowie z wielką dwornością
otworzyli bramy swego grodu przed Śnieżanem, posłyszawszy, że
uratował życie księżnej Davutri. Byli raczej niskiego wzrostu.
Przeciętnemu, dorosłemu Bharatyjczykowi sięgali ledwo do piersi.
Przypominali ptaki pokryte lazurowymi i szkarłatnymi piórami.
Zdarzały się pośród nich również osobniki o upierzeniu
złocistym, ciemnozielonym, fioletowym, a także białym i czarnym.
Posiadali spiczaste dzioby wypełnione ostrymi zębami, po trzy palce
wyrastające ze skrzydeł oraz długie, gadzie ogony pokryte
lśniącymi piórami. Uzbrojenie ich stanowiły sejmitary, szable,
włócznie i zaopatrzone w mosiężne kolce pałki. Śnieżan
dostrzegł wśród Arioków wyłącznie osobniki męskie. Objaśniono
mu, że samki tej rasy wyginęły pod koniec ery trzeciej. Odtąd
Ariokowie, aby przetrwać, łączyli się z samkami i niewiastami
innych ras rozumnych. Owocem tych związków były składane przez
nie jaja, z których wykluwały się pisklęta Arioków, szkolone na
wojowników w Aśramie.
Na
powitanie Śnieżana wyszedł złotopióry Garupta, wielki mistrz
grodu Aśram i uścisnął jego dłoń swoimi trzema szponiastymi
palcami. Ariokowie zaprowadzili Śnieżana do sali biesiadnej i
posadziły za stołem. Nie musiał długo czekać, aż postawiono
przed nim puchar z sineańskiej porcelany, wypełniony musującym
winem oraz pieczyste z gazeli i almiraja podane na złotych
talerzach. Śnieżan wodził wzrokiem za urodziwą, młodą niewiastą
w zgrzebnym sari. Miała czarne włosy i cerę barwy miodu, smutny
wzrok, a na szyi obrożę niczym pies. To ona podawała jadło i
napoje na stół.
-
Kim jest ta panna? - Spytał Śnieżan.
-
Aaa, to tylko Kamaela, nasza niewolnica – Garupta machnął
lekceważąco palczastym skrzydłem. - Nie jest nikim ważnym.
Śnieżan
zachmurzył się. Pamiętał opowieści jak przed laty król Lech III
pod wpływem swojej żony, królowej Tatry, byłej niewolnicy
okrutnego Kościeja, dążył do zniesienia niewolnictwa w Aplanie i
Montanii. Handlarze niewolników zawiązali wówczas spisek przeciw
królewskiej parze. Tatra zmarła otruta zupą, podczas gdy Lech III
został zakopany żywcem, po tym jak wpadł do wilczego dołu podczas
nocnej przechadzki po ogrodzie. Od tej pory żaden z ich następców
nie odważył się już występować przeciw niewolnictwu.
Gdy
uczta dobiegła kresu, Garupta zaprowadził Śnieżana do skarbca
Arioków.
-
Wybierz sobie pamiątkę z Bharacji, dla siebie i dla króla Aplanu z
rodu wielkiego Lecha Peregrynatora, o którego pamiętnych czynach
śpiewa pieśni cała Azja – zachęcał wielki mistrz.- Weź
przykład ze sroki, łasej na błyskotki i porzuć wszelki lęk przed
przekroczeniem miary. Nasza hojność jest bowiem niezmierzona niczym
przestwór Oceanu Wyrajskiego.
Wybór
był zaiste trudny. W skarbcu zalegały tysiącami złote i srebrne
precjoza, wykonane z kunsztem o jakim Śnieżanowi nawet się nie
śniło, stosy monet, pamiętających jeszcze cara Teosta,
różnobarwne perły i kamienie szlachetne oraz różańce i młynki
modlitewne z kości słoniowej. Skarby te były gromadzone całymi
wiekami nim jeszcze Novals i Aivalsa zostali stworzeni na wyspie
Wolin.
-
Nie obraź się, wielki mistrzu, ale nie pragnę twoich skarbów. -
Odrzekł Śnieżan, zaś zmieszany Garupta zakrakał coś i
zaskrzeczał w mowie Arioków, nieznanej innym rasom rozumnym.
-
Mam jeszcze sznur pereł, z których każda jest wielkości twojej
głowy. - Kusił złotopióry Ariok.
-
Proszę was jedynie o Kamaelę, waszą niewolnicę.
Garupta
oniemiał wraz z towarzyszącymi mu Ariokami. Pół godziny naradzał
się ze swoja świtą, kracząc i skrzecząc, aż wreszcie dał
odpowiedź.
-
Zgodnie z zakonem naszych ojców możesz otrzymać Kamaelę jedynie
po stoczeniu ze mną pojedynku na ubitej ziemi – oznajmił Garupta.
-
Niech tak będzie – zgodził się Śnieżan.
Przed
walką witeź z Aplanu zaniósł modły do Ławora i jego siostry,
Ławry, Enków posłanych przez Ageja dla złagodzenia ciężkiego
losu niewolników.
Wraz
z uderzeniem w gong rozpoczął się pojedynek. Ariokowie słynęli w
całej Bharacji jako doskonali szermierze, jednak Śnieżanowi także
nie brakowało umiejętności w robieniu obsydianowym mieczem. Pióra
Garupty unosiły się w powietrzu niczym wirujące płatki złotego
śniegu, zaś zgromadzeni wokół Ariokowie zagrzewali go do walki
przeraźliwym wrzaskiem. Śnieżan musiał przyznać, że nigdy
jeszcze nie potykał się z takim mistrzem miecza. Witeź był już
zmęczony walką, podczas gdy Ariok zdawał się tańczyć wokół
niego. Gdy Garupta unosił szablę do zadania decydującego ciosu,
nagle zachwiał się i upadł, uderzony w głowę dużą pestką.
Śnieżan wytrącił mu kopnięciem oręż trzymany szponiastym
skrzydłem.
-
Wygrałeś, Aplańczyku. Niewolnica jest twoja.
*
-
Jesteś już wolna, pani – zwrócił się Śnieżan do Kamaeli po
opuszczeniu Aśramu. - Możesz wrócić do domu.
W
oczach byłej niewolnicy zalśniły łzy.
-
Szlachetny wyzwolicielu, ja nie mam domu, ani bliskich. Moją wioskę
spaliły rakszasy, a mnie jedną sprzedały w niewolę Ariokom. To ja
rzuciłam pestką w ich wielkiego mistrza, kiedy krzyżowałeś z nim
swój oręż, panie. Rada byłabym zostać twoją nałożnicą.
-
Na życie Ageja, nie będziesz niczyją nałożnicą, jeno moją
żoną! - Rzekł wzruszony Śnieżan i zawiesił Kamaeli drogocenny
naszyjnik, dar od księżnej Davutri.
-
Ładny! - Zachwyciła się Kamaela.
-
Każdy z siedmiu kamieni oznacza jedną z Mocy Ageja, które będą
cię wspomagać w nowym życiu.
Po
tych słowach Śnieżan delikatnie pocałował Kamaelę w czoło.
Posadził ją na grzbiecie Śnieżki, po czym ruszyli w drogę
powrotną do Aplanu.