,,Wprowadzam
nieprzyjaźń między ciebie a niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje
a potomstwo jej: ono zmiażdży ci głowę, a ty zmiażdżysz mu
piętę’’ - Rdz 3, 15
Poczet
królowych rusałek, panujących z łaski Mokoszy, otwiera złotowłosa
Anej I. Po niej panowały – jej córka; promienna Anej II, Aradvi
podróżująca w czasie, hebanowa piękność – Afaraka, królowie
– zachłanny German i Trojan zamieniony klątwą w potwora o oślich
uszach i skrzydłach z wosku, Mari,
Tuva, Mordva, Udmuria, królowe Kura i Araxiena, wreszcie Bharatiena,
niezrównanie piękna nawet jak na apsarę.
,,Ze
wschodniego Końca Świata pochodziła szlachetna Bharatiena, żona
wodnika Gangosa, a przyjaciółka króla tihern Wengałły (Kosa
Oppman nazywa go ‘tygrysem Bengalą’). Bharatiena miała córki
Dżawę, Sumatrę, Irianę, Sumbawę, Flores, Malayę i synów
Celebesa i Kalimantiana. Ich imionami nazwano różne zakątki
wschodniego Końca Świata. Żadne z jej dzieci nie objęło tronu’’
- Mikołaj Rymwid ,,Nymphologia’’
Nowej
królowej usługiwało osiem dam dworu pochodzących z różnych
zakątków Królestwa Toropieckiego.
Zinalda,
córka Oazy miała śniadą cerę i zielone oczy świecące niczym
oczy kota. Tam gdzie tańczyła, spod pustynnego piasku wytryskiwały
źródła. Mocą Welesa przepowiadała w natchnieniu wydarzenia,
które dopiero miały nadejść.
Najada
Kalipyge, córka Jawany miała złociste włosy i nosiła zieloną
tunikę. Była biegła w sporządzaniu kojących maści i balsamów.
Mastyka,
córka Mirry o bursztynowych oczach i złotych włosach pachnących
kwiatami, narodziła się z grudki żółtej żywicy nazywanej
mastyksem. Nazywano ją Mistrzynią Słodkości, bowiem przyrządzane
przez nią galaretki i inne desery nie miały sobie równych.
Czarnoskóra
Mea z Nandii, w dzieciństwie wykarmiona przez lwicę, była biegła
w sztuce masażu i opowiadania bajek.
Rudowłosa
Biełka z Białopolski, panna o alabastrowej cerze, jako niemowlę
wykarmiona przez wiewiórki,
zabawiała królową Bharatienę tańcem i śpiewem.
Czarnowłosa
okeanida Sedna, córka wodnika Anguty przybyła z Oceanu Lodowatego
Północnego, gdzie opiekowała się wielorybami, orkami, białuchami,
narwalami, fokami i morsami. Opowiadała, że jej podopieczni
zrodzili się mocą Juraty z jej palców obciętych przez ojca.
Jednak królowa Bharatiena i jej damy dworu traktowały tę opowieść
z przymrużeniem oka.
Zela,
córka azjatyckiego wodnika He Po, obdarzona złocistą skórą i
spiczastymi uszami, dzieląc się z królową swą ogromną wiedzą,
pomagała jej w zakładaniu zwierzyńca i ogrodu botanicznego w
stołecznym Mrówkowie, grodzie wzniesionym przez olbrzymie mrówki
na ziemiach późniejszej Bharacji.
Wreszcie
Baška,
córka Stroiki, młoda nimfa o włosach barwy czekolady, jasnej
jedwabistej cerze i fosforyzujących zielonych oczach, była chwalona
za serce odważne i zdolne do poświęceń. Przytoczone poniżej
opowieści traktują o jej podróżach i przygodach mających miejsce
nim trafiła na dwór królowej Bharatieny.
*
-
Enkowie rzadko zsyłają nam gości, przeto tym większa jest nasza
radość! - Odziana w szafirową tunikę leśna nimfa o seledynowej
cerze i czarnych włosach zaplecionych w siedem cienkich warkoczy,
imieniem Jaxana uściskała serdecznie Baškę,
która z gracją zeskoczyła z grzbietu różowego jednorożca o
złotym rogu.
Na
grzbiecie owego wierzchowca, rusałka przemierzała bezdroża Azji,
aby zaspokoić swą ciekawość świata.
-
Nasza osada nazywa się Jakszma – objaśniła seledynowa nimfa
pokazując zdobioną złotymi pierścieniami dłonią na kilka
glinianych chat o dachach krytych słomą.
Na
powitanie Baški i jej
wierzchowca wychodziły z nich umajone kwiatami alseidy podobne do
Jaxany, poślubione im brzuchate i garbate karły o smoliście
czarnej skórze, kłach dzika, czerwonych oczach i trzech nogach,
ciekawie przyglądające się dzieci obu płci oraz mnóstwo psów.
Dwa karły noszące imiona Jaxuber i Jaxinus zaprowadziły różowego
jednorożca Baški do
stajni gdzie już czekały nań obrok, woda i cukier. Jaxana przyjęła
Baškę w swojej chacie.
Nie było w niej żadnych krzeseł, zaś domownicy zasiadali na
skórze białego tygrysa rozścielonej na podłodze. Wewnątrz chaty
unosił się zapach kadzidła i drzewa sandałowego. Dwie córki
Jaxany przyniosły gościowi porcelanowy talerz z ryżem, smażoną
rybą w pikantnym sosie i surówkę z białej kapusty oraz filiżanki
z herbatą. Bašce na znak
szacunku założyły na szyję girlandę z żółtych kwiatów i
namalowały jej czerwoną pastą plamkę na czole.
-
Muszę przyznać – zabrała głos Jaxana – że nigdy jeszcze nie
widziałam różowego jednorożca.
-
Nazywa się Rosyant i pochodzi z prerii Sonoru, lądu leżącego na
zachód od Ultima Thule i Góry Magnetycznej – wyjaśniła Baška.
- Włada mową starokrasną i toropiecką, a także zna zaklęcia
czyniące nas niewidzialnymi.
-
Piękne zwierzę – westchnęła z podziwem Jaxana. - Gdybyś się
zgodziła, mogłabym ci zań dać tyle klejnotów ile tylko waży.
-
Rosyant jest moim przyjacielem. Nie jest na sprzedaż –
odpowiedziała stanowczo Baška.
-
Rozumiem – rzekła Jaxana i nie drążyła więcej tematu.
Po
posiłku córki seledynowej nimfy zaprowadziły gościa do
przydomowej łaźni wyłożonej masą perłową; do basenu pełnego
orzeźwiającej wody, w której pływały płatki lotosu. Baška
wielce ucieszyła się z kąpieli. Istotom zamieszkującym wioskę,
które w starych pismach określano jako jakszasy, nie można było
odmówić gościnności. Rusałka zauważyła jednak, że coś trapi
gospodynię i jej domowników. Zdobyła się na odwagę i zapytała
jakiż to ,,mól zakryty’’ gryzie serce Jaxany.
-
Ach, droga Baško! -
westchnęła seledynowa nimfa. - Wiedz, że las otaczający zewsząd
naszą wioskę nie jest bezpieczny. W pustym pniu najwyższego
drzewa, swoje legowisko ma mąpierz i wychodzi z niego nocą.
-
Co to za istota? - spytała Baška.
- Nazwa kojarzy się z wąpierzem, albo z małpierzem.
-
Ci, którzy widzieli mąpierza prawią, że to ogoniasta małpa
rozmiarów lwa, pokryta szarym futrem. Posiada głowę nietoperza
zwanego mopkiem, czerwone ślepia świecące w ciemności i długie
kły, których używa do zadawania głębokich ran w celu spijania
krwi. Nie ośmiela się, co prawda, nachodzić nas w naszych chatach,
chronionych świętym znakiem kras i wypisanych na odrzwiach imieniem
Anahity, jednak odkąd pojawił się w lesie, nikt z mieszkańców
Jakszmy nie jest bezpieczny w jego ostępach.
-
Wszak potraficie ubijać tygrysy i w ogóle jest was więcej –
zauważyła Baška. -
Czemu nie uzbroicie się we włócznie i nie zatopicie ich w cielsku
kreatury. ,,W kupie siła’’, jak powiadał łysy skrzat
Valdus Głupi, będący pierwszym jurodiwym.
Złote
oczy Jaxany poczęły błyszczeć od łez.
-
Wiedz, szlachetna nimfo z Zachodu, że nim porodziłam Ašmi
i Kuberi, miałam syna. Nazywał się Nimfeusz Piękny. Nie
przypominał innych mężów z naszej rasy. Przeciwnie. Był smukły
i wysoki, cerę mia seledynową, a oczy barwy miedzi. Wszystkie panny
wodziły za nim rozmarzonym wzrokiem. Mój Nimfeusz nie tylko ciało
miał piękne, ale i serce prawe, czułe na cierpienia niewinnych.
Kiedy posłyszał o mąpierzu, który zalągł się w naszym lesie,
mimo moich usilnych próśb i błagań, by zaniechał niebezpiecznej
przygody, sporządził sobie oszczep z krzemiennym grotem i udał się
na łowy. O zmierzchu stanął przed najwyższym drzewem o pękatym
pniu i donośnym głosem wyzywał mąpierza do walki. Tej nocy
Księżyc przybrał barwę rubinowej krwi, a wszystkie jakszinie
prześladowały męczące majaki senne. Rano znalazłem ciało mojego
syna w lesie, podziurawione kłami mąpierza i wyssane z krwi.
Złośliwy potwór wydarł mojemu małemu księciu jego piękne oczy
i nabił je na ciernie, zaś jego oszczep zatopił w sercu, brzuchu i
podbrzuszu. Myślałam, że cała zdrętwieję z bólu. Żadnej
matce, nawet Marze i Losze, rodzicielkom potworów, nie życzyłabym
tego co wówczas przeżyłam. Obmywałam zwłoki syna serdecznymi
łzami, a niebo płakało razem ze mną… - Po policzkach
wspominającej to smutne wydarzenie Jaxany, ciekły łzy podobne do
kruchych pereł, a smutek napełnił również serce Baški.
Rusałka
przytuliła księżną jakszasów do swej piersi i gładząc jej
włosy, pozwoliła jej wypłakać się.
-
Na życie naszej pani, Mokoszy, której lęka się cały Čortieńsk,
ukarzę mąpierza! - rzekła stanowczo Baška.
-
Lepiej zostań w chacie – pokręciła smutno głową Jaxana. -
Szkoda twojego młodego życia.
-
Pani matko, my też pójdziemy pomścić Nimfeusza – odezwały się
nagle Ašmi i Kuberi,
córki gospodyni.
-
My też pójdziemy razem z Bašką
– do izby weszły dwa czarne jak antracyt, garbate karły, znane
nam już Jaxuber i Jaxinus.
-
Być może po to Dola mnie tu zesłała, aby pomogła wam zerwać
więzy strachu – zakończyła Baška.
- Mąpierz przeminie i my mu w tym pomożemy.
-
Boję się o was… - rzekła z wahaniem Jaxana. - Zanim wyruszycie,
zatruję wasz oręż w jadzie drzewa Bohun Upas.
Jak
obiecała tak uczyniła. Nad ranem kiedy mąpierz powracał do swej
dziupli z całonocnych łowów, Baška
dosiadła Rosyanta, dzierżąc w dłoni lekką włócznię. Obok szły
pieszo Ašmi i Kuberi
trzymające szable, oraz Jaxuber i Jaxinus z toporami. Kiedy cała
piątka, nie licząc różowego jednorożca, zatrzymała się przed
wyniosłym drzewem banianu, Baška
uniosła białe ramię i rzuciła włócznią w ziejący mrokiem
otwór. Rozległ się wówczas obrzydliwy skrzek. Włócznia złamała
się z trzaskiem i z dziupli wyskoczył mąpierz z wyszczerzonymi
kłami. Rzucił się na Baškę
i zrzucił z grzbietu Rosyanta. Jednorożec tłukł napastnika
złotymi kopytami i kłuł również złotym rogiem, lecz mąpierz
nie zważał na ciosy, pragnąc jak najszybciej zatopić kły w
łabędziej szyi Baški.
Wówczas rusałka dobyła zza paska sztylet o rękojeści zdobionej
złotem i macicą perłową i kilka razy zatopiła go w piersi
mąpierza. Krwiopijca odskoczył od niej na dwa kroki, a wtedy
jakszinie i jakszasy zarąbali go szablami i toporami. Baška
powróciła do Jakszmy z uciętą głową mąpierza, którą przebitą
bretnalem, Jaxana złożyła na mogile swego syna Nimfeusza.
*
,,Dlaczego
mnie opuszczasz?
Nie
wszyscy uważają cię za potwora,
Groźnego
o wielkich zębach,
Śniegowego
stwora o zimnym sercu,
Pełnym
mrocznych myśli...’’
-
Wisława Szymborska ,,Wołanie do Yeti’’ (fragment)
Wśród
ośnieżonych szczytów masywu Imalain rozgrywały się dantejskie
sceny. Wokół zabitego ciężkim kamieniem różowego jednorożca
Rosyanta przykucnęły cztery varibusy; rosłe małpoludy pokryte
gęstym, białym futrem, które w późniejszych eonach były szerzej
znane pod nazwą yeti. Potężnymi łapskami wyrywały wielkie
połacie ociekającego posoką mięsa i ładowały je sobie do paszcz
pełnych ostrych zębów. Pożywając się chrząkały, parskały, a
niekiedy też okładały się pięściami walcząc o smakowite kąski.
Nieopodal
na dużej, płaskiej jak stół skale, leżała przerażona Baška,
z której oczu sączyły się strumyki łez pachnących różami.
Rusałkę krępowały wzmocnione zaklęciami powrozy. W miejscu jej
prawego ramienia i kształtnej piersi zionęła ogromna rana brocząca
szafirową krwią.
-
No i czego beczysz, głupia? - ofuknął ją herszt bandy varibusów,
samiec o skołtunionym, czarnym jak węgiel futrze, który właśnie
ze smakiem pożywiał się odciętymi rusałce częściami ciała. -
Przecież twoja przeklęta rasa toropiecka ma tę zafajdaną zdolność
regeneracji, no nie? Czemu nie miałbym poczęstować się twoim
ciałkiem, skoro moje życie jest ważniejsze niż twoje, hm? -
Trzeba wiedzieć, że yeti o smolistym futrze były szczególnie
wredne. - Całej cię nie zjem, choć jesteś taka smaczna. Posłużysz
mi jako nałożnica do rodzenia jetisynów. Będziesz się nazywała
Brunhilda – varibus uśmiechnął się obleśnie.
-
Nazywam się Baška,
wieprzu, a moja królowa wyśle za tobą hufiec łuczniczek, aby mnie
pomściły! - groziła okaleczona rusałka, która rzeczywiście
miała moc odtwarzania utraconych części ciała.
-
Wiedz, głupia pindo, że nawet Czomolungma, którą uznajesz za
macierz swej nędznej rasy, nie wyrwie cię z naszej mocy! - czarny
yeti zaśmiał się wstrętnie. - Hej, chłopaki, na co czekacie?!
Zostawcie już tego konia z rogiem i chodźcie zabawić się z
apsarą!

Umorusane
krwią jednorożca, białe yeti wstały i ruszyły w kierunku Baški,
porykując lubieżnie. Magiczne powrozy nie pozwoliły rusałce na
przemianę w Światło i ucieczkę. Baška
zamknęła oczy, z rezygnacją oczekując tego co najgorsze. Jednak
jej oprawcom nie dane było nasycić swych chuci. Zza śnieżnej
zaspy cicho jak koty, wyskoczyli z nieopisaną gracją Irbowie.
Przypominali irbisy to jest śnieżne pantery, obdarzone rozumem i
poruszające się na tylnych kończynach. Irbowie mieli naszyjniki ze
szmaragdów oraz kłów i pazurów pokonanych w walce czarnych
niedźwiedzi, zaś za oręż służyły im kamienne topory osadzone
na długich trzonkach. Czarny yeti imieniem Vlod pierwszy padł z
roztrzaskanym łbem. Irbowie pracowali toporami sprawnie, cicho i
szybko. Białe yeti noszące imiona Ošvirata,
Pęp, Rżup i Rezvi, po krótkiej, pełnej ryku walce, padały pod
ciosami toporów. Irbowie rozłupali czerepy wszystkim varibusom, a
ich truchła zrzucili w przepaść. Następnie podeszli do związanej
Baški, której serce
waliło z przerażenia jak młot.
-
Nie musisz się nas obawiać – przemówił do niej dowódca
oddziału Irbów, który szorstkim językiem metodycznie wylizał
otwartą ranę rusałki, aż modra krew przestała się sączyć.
Następnie
Irb począł mruczeć słowa tajemne a kojące, które ongiś
Kołowiersza przekazała pierwszym istotom z jego rasy. Pod ich
wpływem, Baška zamknęła
znużone płaczem powieki. Wyregulował jej się oddech, zaś na
ustach zagościł błogi uśmiech. Spała niczym królewna w zaklętym
pałacu. Irb zarzucił ją sobie przez ramię.
-
Zabierzemy rusałkę do mojego dworca. Pozostanie tam, aż jej
odcięta kończyna odrośnie.
Pozostali
Irbowie bez słowa podążyli przez zaspy za swoim przewodnikiem.
*
-
Gdzie jestem? Czy to Nawia Jasna? - Baška
otworzyła oczy piątego dnia.
Była
niesamowicie głodna i spragniona, lecz jej pożarte przez czarnego
yeti ramię zdążyło w trakcie długiego snu odrosnąć. Leżała w
łożu z drzewa sandałowego na miękkich poduszkach i przykryta
jedwabną pierzyną. Pokój, w którym stało jej łoże, został z
wielkim kunsztem wykuty w skale. Zdobiły go liczne rzeźby Enków i
zwierząt, oraz złote płytki na ścianach.
-
Gdzie jestem? - powtórzyła pytanie Baška,
której serce przeszył nagle ból gdy przypomniała sobie jaką
śmiercią zginął jej ukochany, różowy jednorożec Rosyant.
Tymczasem
pokryte płaskorzeźbami i zaklęciami drzwi z czarnego drewna,
otworzyły się ze skrzypieniem i do sypialni weszło czterech Irbów;
kocur, samka oraz dwoje ich młodych; otrok i dziewczynka, które z
ufną ciekawością wpatrywały się w rusałkę.
-
Długo spałaś – odezwała się w mowie starokrasnej pani domu. -
Przed pięcioma dniami, mój mąż wraz z drużyną uratował cię
przed bandą yeti. Ich herszt, Vlod Niegodziwy był tak zły jak
rakszas, choć głupie varibusy czczą go teraz jak jakiegoś
męczennika. Jestem Shatrina, a to mój mąż, Ongo Khan i nasze
pociechy; Iribi i Stella.
-
Nazywam się Baška –
przedstawiła się rusałka – dziękuję wam z całego serca za
uratowanie mi życia.
-
Jako książę Irbów z Imalainu mam zaszczyt zaprosić cudowną
nimfę z Dalekiego Zachodu na śniadanie w naszym rodzinnym gronie –
z galanterią przemówił Ongo Khan. - To mój topór rozłupał
obrzydły czerep rozbójnika Vloda – dodał władca Irbów.
-
Jestem zaszczycona i … głodna jak mantykora. Z chęcią usiądę z
wami do stołu – uśmiechnęła się Baška
i wstała z łoża.
Na
środku jadalni stał okrągły, kamienny stół nakryty białym
obrusem. Stały na nim złote półmiski z pieczystym z ułara,
gazeli z Ibetain i kozy, oraz kryształowe czasze z arakiem i mlekiem
kokosowym. Pan domu pobłogosławił śniadanie ruchem łapy i
mruknięciem, jak to było w zwyczaju u Irbów, po czym zaczęło się
ucztowanie.
-
Jedz, kochana, bo inaczej kozy obrażą się, że nie chcesz spożywać
ich mięsa – Shatrina zachęcała Baškę
do jedzenia, choć i bez tego rusałka pałaszowała pieczeń, aż
się jej uszy trzęsły.
Książę
Irbów między kolejnymi łykami araku opowiadał Bašce
o tym jak w erze czwatej, jego przodkowie pod wodzą Mariusa Sterna,
bardzo daleko na północny zachód od gór Imalain, walczyli z bitną
rasą Dziczan, na której czele stał mocarny Montwiłł. Rusałka
nie pozostała dłużna swemu gospodarzowi i zaczęła opowieść o
swoich wędrówkach przez bezdroża Azji na grzbiecie nieodżałowanego
różowego jednorożca Rosyanta. Prawiła o wielkim i ciepłym Morzu
Rajskim, którego namiestnikiem z mandatu Juraty był żmij, książę
Lamia, o nieprzebytej, cedrowej puszczy pachnącej żywicą,
pustyniach, górach i lasach, o lwach, panterach, smokach,
mantykorach, żądnych krwi alukach, gościnnych jakszasach,
straszliwym mąpierzu, którego ubiła, o tygrysach, niedźwiedziach,
pachnidłach, klejnotach i przyprawach, zaś Irbowie słuchali
ciekawie i w wielkim skupieniu. Mile płynął wspólnie spędzony
czas, lecz w sercu Baški
zagościł niepokój.
-
Mam wrażenie, że jakaś zadra tkwi w waszych sercach – rzekła
rusałka. - Czy chcecie mi o nie powiedzieć? - Wówczas dobry
nastrój prysnął jak bańka mydlana, zaś z oczu Shatriny poczęły
się sączyć łzy podobne do pereł.
-
Nasze plemię gnębi Naja – odrzekła wreszcie żona władcy Irbów.
-
Nic mi to imię nie mówi – Baška
bezradnie rozłożyła ręce.
-
Naja to imię przeklętej kobry wielkości smoka, dysponującej jadem
tak palącym jak krew hydry – objaśnił Ongo Khan. - Nasza Rada
Starszych każe rzucać jej na pożarcie nasze cządy, bo inaczej
przebrzydłe wężysko całą naszą rasę zabiłoby swym jadem. Choć
sam jestem księciem Irbów, nie mam takiej władzy by się temu
przeciwstawić – zakończył ze smutkiem.
Baška
słuchając tego, spurpurowiała jak wąpierz, a w jej sercu kipiały
gniew przemieszany z niedowierzaniem.
-
Jak to?! - zawołała. - Czyż Enkowie nie obdarzyli was kłami i
pazurami, siłą i sprytem? Czyż nie jest was więcej; chrobrych,
zmiennokształtnych wojowników? Czy ty, książę, który uratowałeś
mnie przed hordą yeti, naprawdę będziesz drżał przed
przerośniętą kobrą?! Nie pojmuję tego! - Baška
z gniewem wstała od stołu.
-
Posłuchaj, kochana – rzekła Shatrina. - Naja jest mocniejsza od
wielu varibusów. To prawdziwy rakszas w gadzim ciele.
-
Na życie przeczystej Mokoszy, Depczącej Potęgę Čortieńska!
- zawołała Baška. -
Jeśli wy się boicie, ja sama uwolnię was od tej plagi, albo też
polegnę w waszej obronie!
-
Kochana, Nai nie pokonasz zwykłą bronią! - oponowała Shatrina. -
Potężna żertwa musiałaby zostać złożona, aby potęga Nai mogła
zostać złamana! - Baška
nie słuchając tego wywodu, pobiegła do domowej kapliczki, gdzie
zatrzasnęła drzwi, pogrążając się w modlitwie.
Kiedy
błagała o pomoc Ageja i Enków, leżąca na podłodze, ucięta i
zasuszona głowa bawoła arni próbowała odciągnąć ją od zamiaru
walki z Nają.
-
Zawróć, opamiętaj się – perswadował wyschnięty czerep. -
Szkoda twojego młodego życia!
Baška
nie słuchała tych podszeptów, lecz wciąż recytowała dziesięć
imion Mokoszy, aż z jej pięknej twarzy spływał perlisty pot.
*
,,W
erze dziewiątej nazywanej toropiecką, w głębi Azji żyła kobra
Naja, córka smoka Druka z Imalainu. Długością dorównywała
największym pytonom, lecz jej ciało było znacznie grubsze.
Pokrywały ją łuski twarde jak stal. Miała hipnotyzujące,
czerwone jak rubiny ślepia świecące w ciemności. Na jej kapturze
widniał zarys jakby białej trupiej czaszki zwieńczonej siedmioma
mniejszymi czerepami. Potrafiła mówić. Znała zaklęcia i strzegła
ukrytych skarbów. Jej jad wypalał dziury w skałach. Połykała w
całości jaki, gazele, kozice, górskie rusałki – oready, zaś na
waleczne plemię Irbów nałożyła straszliwy przymus składania jej
w ofierze maleńkich cządów z tej rasy. Lękano się jej niczym
samego smoka Rykara Piekielnika’’ - Egle z Lutowa ,,Wężownik’’.

Porywisty
wiatr hulał wśród ośnieżonych szczytów Imalainu, roznosząc
wieści o niezwykłym pojedynku. Irbowie, dakinie, nagowie, małpy
lisie, a nawet varibusy, zwane też yeti z lękiem i ciekawością
spozierały zza skał na groźną Naję. Kobra syczała gniewnie i
biła ogonem, krusząc skały. Przed nią stała nieulękła Baška,
a wicher rozwiewał jej brązowe włosy i białe giezło. Wszystkie
przypatrujące się zza skał istoty szczerze żałowały, że tak
urodziwa nimfa będzie musiała umrzeć.
-
Wiedz, głupia lafiryndo, że twoja głupia śśśmierć niczego nie
naprawi! - zasyczała Naja.
Baška
powoli odpięła złocony pasek ze sztyletem w pochwie i rzuciła go
w śnieg. Następnie zdarła z siebie giezło i położyła prawą
rękę na piersi. Wówczas to zamieniła się w Światło; płomyczek
podobny kształtem do zarysu serca. Naja rozdziawiła paszczę i
połknęła płomyk.
-
Tak gasssną ci wszszszyssscy, którzy mi sssię sssprzeciwiają! -
zasyczała triumfalnie kobra.
Niedługo
potem jęła się wyginać z bólu, aż góry drżały od jej
podrygów. Brzuch Nai wydął się jak balon, aby chwilę później
eksplodować z wielkim hukiem. Płonące trzewia potwornej gadziny
poleciały na wszystkie strony świata, a z oddali zleciały się
stada kruków, sępów i orłosępów, zwabionych perspektywą uczty.
Płomyczek w kształcie serca wyleciał z truchła kobry. Na oczach
gawiedzi począł rosnąć i znów przybrał postać rusałki Baški.
Dakinie czym prędzej okryły jej nagość szkarłatnym sari. Ongo
Khan wraz z innymi Irbami wyszedł zza załomu skalnego i oddał
głęboki pokłon zwycięskiej rusałce.
-
Nigdy nie zdołamy ci należycie podziękować – książę Irbów
płakał z radości. - Nawet jeśli Enkowie mi wybaczą, ja sam nie
umiem wybaczyć sobie, że pozwoliłem Radzie Starszych, aby tuczyła
Naję naszymi kociętami.
Baška
zabawiła jeszcze jakiś czas w Imalainie, po czym udała się w
dalszą drogę, która zaprowadziła ją na dwór królowej rusałek
Bharatieny.