,,Może
budzić strach! To starzec ubrany w baranicę (długi kożuch z
baraniej skóry) i futrzaną czapę. Twarz ma ukrytą pod maską lub
umazaną sadzą. Na plecach dźwiga wór z prezentami, a w ręku
trzyma gwiazdę (stąd jego imię) i
rózgę dla dzieci, które nie zasłużyły na prezenty. W wieczór
wigilijny tradycyjnie przychodzi do polskich dzieci na Kujawach,
Kaszubach, w Lubuskiem i Poznańskiem. Coraz częściej zastępuje go
Święty Mikołaj’’ - Monika Utnik – Strugała ,,Idą Święta.
O Bożym Narodzeniu, Mikołaju i tradycjach świątecznych na
świecie’’

W
Aplanie nad rzeką Viraną
leżała niewielka wioska Bambira. Mieszkał w niej kmieć Żywun z
żoną Lewkonią. Jako jedyne dziecię mieli ośmioletnią córeczkę,
Karmilkę, która cały czas marzyła jeno o tym, aby mieć
braciszka. Żadne zabawki nie mogły dziewczynce wynagrodzić tego
braku. Nocami śniła, że idzie brzegiem rozlewiska wśród stada
łabędzi. Ptaki nie bały się jej i pozwalały się głaskać.
Brodząc w płytkiej wodzie Karmilka znajdowała muszlę skójki
osiągającą rozmiary kołyski. Otwierała
ją z przejęciem. W środku zamiast perły czekało na nią
gaworzące niemowlę, jej upragniony braciszek. Po każdym takim
śnie, dziewczynka budziła się smutna, zmuszona wrócić do
przykrej rzeczywistości. Zupełnie nie mogła zrozumieć dlaczego
jej koleżanki, Lilka i Miłka zazdrościły jej bycia jedynaczką…
Nastał
grudzień i Matka Wilgotna Ziemia spoczywała pod grubym całunem
śniegu, zbierając siły, aby znów rodzić na wiosnę. W całym
Aplanie, w grodach i wioskach trwały przygotowania do świętowania
Szczodrego Wieczoru upamiętniającego narodziny Teosta Cara Słońce.
Karmilka spała w swoim łóżeczku, przytulona do wełnianego
pieska, a jej duch błąkał się, przeżywając przygody w bajecznie
kolorowych zaświatach…

Dziewczynce
zdawało się, że w jej izdebce pojawiły się trzy karzełki z
Zaziemia. Były nagusieńkie i pokrywała je szara, gładka skóra.
Miały też chude kończyny, z których każda zaopatrzona była w
trzy szponiaste palce, duże, łyse głowy podobne do jaj strusia,
małe usta i nosy oraz zajmujące pół twarzy, czarne, błyszczące
oczy o mądrym spojrzeniu. Przybyły z naprawdę dalekiej gwiazdy
błądzącej. Karmilka nie przelękła się. Stworki wtaszczyły do
jej izdebki duże jajo, wykonane z połyskliwego metalu. Położyły
je ostrożnie na podłodze. Jajo otworzyło się. Wewnątrz było
wyłożone czerwonym pluszem. Jeden z karzełków dał Karmilce znak
szponiastą dłonią. Dziewczynka posłusznie
i bez lęku ułożyła się wewnątrz metalowego jaja, które
zamknęło się i wyleciało oknem, wzbijając się coraz wyżej w
niebo. Z boku latające jajo
zaopatrzone było w małą szybkę. Karmilka wyglądając przez nią
ciekawie, widziała swą pogrążoną we śnie, zasypaną śniegiem
wioskę. Jajo wzbijało się coraz wyżej w niebo, zaś Ziemia
oglądana oczami dziecka zdawała się być coraz mniejsza. Wreszcie
oczom Karmilki ukazało się święte ciało Mokoszy pod postacią
dysku spoczywającego na grzbietach trzech wielorybów. Dysk otoczony
był cielskiem Żmija lub Żmii trzymającej koniec ogona w paszczy.
Z wężowego grzbietu wyrastały niczym smocze kolce, niebotyczne
góry Kaf o ośnieżonych szczytach. Ze środka okręgu Ziemi
wyrastał Wielki Dąb, podpierający koroną niebo, zbudowane z
krzemienia. Wokół
kosmicznego drzewa krążyły Słońce i Księżyc. Wówczas Karmilka
zrozumiała, że znalazła się w Zaziemiu. Jej serduszko poczęło
bić szybciej, nie z trwogi jednak, jeno z radosnego podniecenia.
-
Witaj, przygodo! - Szepnęła dziewczynka.
Ujrzała
miriady gwiazd lśniących na podobieństwo drogich kamieni. Urokliwe
te ciała niebieskie, obracając się, śpiewały świętą pieśń
ku czci Ageja. ,,Santyj,
santyj, santyj Hašpad
Agej Zabołat!’’
Karmilka radowała się mogąc oglądać te wszystkie cudowności.
Jednocześnie zadawała sobie na głos pytanie.
-
Ciekawe dokąd lecę i co ujrzę na końcu wędrówki?
Drgnęła
gdy odezwał się do niej syntetyczny głos z głośnika ukrytego w
pluszu.
-
Przed nami gwiazda Antares. Nosi swe imię na cześć ostatniego
króla Bujanu – Karmilka nigdy wcześniej nie słyszała o
pradawnej wyspie Bujan, ani też nie znała imion gwiazd.

Metalowe
jajo lekko wylądowało na powierzchni Antares, jakby cały czas
czuwała nad nim niewidzialna a dobroczynna siła. Srebrzysta skorupa
pękła i Karmilka wyszła z jaja, rada, że może rozprostować
nogi. Znajdowała się na lotnisku w grodzie z białego marmuru. Nie
było jej ani za gorąco, ani za zimno. Wszystkie budowle w grodzie
były zdobione kunsztownymi rzeźbami przedstawiającymi smoki,
gryfy, sfinksy i tym podobne zwierzęta, splecione ze sobą w walce
bądź w miłosnych zapasach. Pełno było wysokich drzew, broczących
niezwykle aromatyczną żywicą oraz ukwieconych ogrodów, których
strzegły oswojone lwy o fioletowych grzywach. Na powitanie Karmilki
wyszło dwanaście urodziwych dziewic w białych giezłach. Miały
one oczy niebieskie lub zielone, długie włosy zaś w barwach złota,
onyksu, bursztynu, szafiru, szmaragdu i turkusu. Każda z owych
panien nosiła na czole opaskę z drogocennym kamieniem, z którego
wydobywało się światło, rozpraszające mroki nocy.

-
Witaj na Antaresie, mała Ziemianko! - Przywitała Karmilkę panna,
której pukle połyskiwały jak złoto, zaś czoło zdobił rubin w
kształcie serca. - Moje siostry i ja jesteśmy gwiezdnicami, córami
Gwiazdora. Zowię się Luba.
-
A ja Karmilka – dygnęła grzecznie mała Ziemianka. - Czy pani
mówi o tym Gwiazdorze co rozdaje prezenty?
-
W rzeczy samej – uśmiechnęła się gwiezdnica Luba – ten sam
Gwiazdor, którego wizyty aplańskie dzieci wyczekują w Szczodry
Wieczór, jest moim tatą.
Serce
Karmilki zabiło żywiej.
-
Zawsze chciałam mieć braciszka – rzekła smutnym głosem.
-
Chodź z nami do malowanego dworu – odrzekła Luba. - Tam
przedstawisz swoją prośbę Gwiazdorowi.
Gwiezdnice
zaprowadziły Karmilkę do dużego dworu o ścianach pokrytych
kolorowymi malowidłami, przedstawiającymi czyny Enków i jytnas z
zamierzchłych er. Dwór składał się z trzech pięter, a jego dach
kryty był złotą łuską. U wejścia warowały białe wilki większe
niż ich pobratymcy bytujący na Ziemi. Zwierzęta te były uwiązane
na złotych łańcuchach, a swe leże miały w ogromnych budach.
Zawarczały groźnie na widok Karmilki, lecz Luba nakazała im
stanowczym głosem leżeć. Kiedy dziewczynka weszła przez złoconą
bramę, oniemiała na widok przestronnych sal i korytarzy o ścianach
zdobionych malowidłami planet i gwiazdozbiorów. Na powitanie gościa
wyszła rudowłosa gwiezdnica o zielonych oczach i złotej podkówce
zawieszonej na szyi. Wskazała dziecku stołek i poczęstowała
sokiem malinowym, tudzież piernikami, obwarzankami, suszonymi figami
i granatami. Gdy dziewczynka podjadła sobie, gwiezdnice włożyły
jej na głowę wianuszek z białych i złotych kwiatków, po czym
zaprowadziły ją do sali tronowej.

Tam
właśnie Karmilka spotkała jytnas Gwiazdora. Był to krzepki i
żylasty starzec, odziany w barani kożuch. Twarz miał zakrytą
drewnianą maską przez co wyglądał tajemniczo i groźnie. Zasiadał
na dębowym, rzeźbionym tronie, zdobionym licznymi złoceniami.
Zamiast berła trzymał w trzęsącej się dłoni rózgę, zaś na
jego kolanach spoczywał siermiężny worek, czekający na to, aby
wypełniły go prezenty.

Obok stał taki sam tron dla oblubienicy Gwiazdora i macierzy tysiąca
tysięcy gwiezdnic. Nosiła imię Gwiazdka i była rusałką urodzoną
w erze dziewiątej za panowania królowych Kury i Araxieny. W erach
dwunastej i trzynastej Ormianie nazywali ją imieniem Asthiq i
sławili jej niezrównaną urodę, czułość i płodność. Gwiazdka
wyglądała bardzo młodo, zaś Gwiazdor zdawał się przy nie być
jej dziadkiem lub nawet pradziadkiem. Niezwykle zgrabna i ponętna,
miała jasną cerę, seledynowe oczy i jedwabiste, czarne włosy,
zaplecione w warkocz sięgający pasa. Została obdarzona głosem
nadzwyczaj melodyjnym i miłym dla ucha, a cała jej postać zdawała
się żywym wcieleniem piękna i dobra. Odziana była w śnieżnobiałą
suknię, a jej jedyne ozdoby stanowiły miedziana obręcz na ramieniu
i sznur bursztynów na szyi. U jej bosych stóp łasił się
długowłosy, biały kot z wystającymi kłami i trzema oczami w
trzech różnych barwach.
Karmilka
ukłoniła się dwornie na powitanie dostojnych władców gwiazdy
Antares.
-
Nie musisz się mnie bać, dziecko. Noszę tę maskę, bo przed laty
twarz poparzył mi zaziemski smok ogniem ze swych trzewi, gdy
broniłem przed jego zakusami cnoty swych córek, Wiary, Nadii i
Luby. Pochodzę z rodu człowieczego. Za czasów Teosta Cara Słońce,
którego narodziny wyznaczyły początek obecnego, jedenastego eonu,
byłem prostym zagrodnikiem znad Virany. Moja chata stała otworem
dla wszystkich potrzebujących, a szczególnie troszczyłem się o
sieroty. Umarłem, gdy przyjęty przeze mnie w gościnę dziad okazał
się zbójcą i wraził mi nóż w serce, aby móc obrabować moją
chatę. Po śmierci, z wyroku Welesa zostałem przyjęty do grona
jytnas. Enkowie nadali mi w lenno gwiazdę Antares. Już jako jytnas
poślubiłem mą umiłowaną Gwiazdkę. W każdy Szczodry Wieczór
udajemy się na Ziemię, aby prezentami sprawiać radość dzieciom.
Czy jest coś szczególnego, co chciałabyś dostać od nas w tym
roku, dziecino?
-
Kochany Panie Gwiazdorze, nie proszę o zabawki i słodycze, jeno o
braciszka – Karmilce zbierało się na łzy gdy to mówiła.
Gwiazdor
mruknął jak niedźwiedź i zamyślił się głęboko, wyłamując
kościste palce ze stawów, zaś gwiazdka zaszeptała mu coś do
ucha.
-
Bądź spokojna, dzieweczko – przemówił po dłuższej chwili
Gwiazdor. - Twoja miłość zostanie nagrodzona. Czy zanim wrócisz
do rodziców, rada byłabyś zobaczyć, skąd się biorą prezenty?
-
Byłabym wielce rada – Karmilka aż pokazała białe ząbki w
uśmiechu.
Gwiazdor
i Gwiazdka powstali z tronów i zaprowadzili Karmilkę do
przestronnej hali, której sufit zdobiły złote gwiazdy. Wewnątrz
hali dziesiątki gwiezdnic szyło ubranka, piekło pierniczki i inne
łakocie, nawlekało koraliki, strugało z drewna i kości zabawki,
po czym pakowały to wszystko do ozdobnych pudełek przewiązanych
kokardkami. W pracy pomagały im krasnoludki w szkarłatnych
kubraczkach i spiczastych czapkach.
-
Naprawdę nie wolałabyś raczej lalki lub wełnianego niedźwiadka?
- Spytał Gwiazdor.
-
Ponad wszystko marzę o braciszku – oznajmiła stanowczo Karmilka.
-
Dostaniesz go – zapewniła ją Gwiazdka.
Po
zwiedzeniu sali, w której przygotowywane były prezenty, Karmilka
pomyślała o powrocie.
-
Bardzo mi się tu podobało, ale tęsknię już za mamą i tatą. Oni
też już pewnikiem za mną tęsknią.
Karmilka
wraz z Gwiazdorem i Gwiazdką wyszła na plac przed ich domem.
-
Ilekroć zapragniesz znów nas odwiedzić, będziesz tu zawsze mile
widziana – uśmiechnęła się Gwiazdka i uściskała serdecznie
dziewczynkę.
-
Droga Karmilko – zabrał głos Gwiazdor – jajo, którym tu
przyleciałaś już nie nadaje się do lotu.
-
Rodzice będą się o mnie martwić – zasmuciła się dziewczynka.
-
Dlatego polecisz moim rydwanem, kierowanym przez mojego zaufanego
woźnicę, karła Uldrę z Rupes Nigra. Miło mi było ciebie poznać.
Przybij piątkę i weź na drogę figi z makiem i daktyle.
-
Dziękuję, panie Gwiazdorze! - Rzekła Karmilka, przybiła piątkę,
wzięła woreczek z bakaliami i wtuliła się w barani kożuch
rozdawcy prezentów.
Na
majdanie stał już pozłacany rydwan zaprzężony w trzy białe
wilki o orlich skrzydłach. Bajarze nazywali je wilkami –
wiatrolotami. Cugle tych zwierząt trzymał czarnowłosy karzeł o
skośnych oczach i żółtawej cerze, odziany w biały kożuch.
-
Panie Uldro, zawieź mnie z powrotem do mojej wioski! - Poprosiła
Karmilka.
Śnieżny
karzeł dał skrzydlatym wilkom znak do lotu. Rydwan oderwał się od
gwiazdy Antares i począł pędzić przez usiane gwiazdami Zaziemie.
Karmile zdawało się, że w każdej z gwiazd dostrzega promienny
uśmiech jednej z cór Gwiazdora. Kiedy dziewczę powróciło do
rodzinnej chaty, wciąż trwała noc, zaś wszyscy domownicy
pogrążeni byli we śnie. Widać w Zaziemiu czas płynie inaczej niż
na Ziemi. Karmilka wskoczyła do swego łóżeczka i spała w nim do
rana. Gdy się obudziła wraz z pianiem koguta, czekała na nią
wytęskniona i jakże miła niespodzianka. Lewkonia, matka Karmilki
trzymała w ramionach i karmiła piersią niemowlę.
-
Mam braciszka! - Ucieszyła się Karmilka.
-
Ano, tak – odrzekła matka. - Gdy zbierałam chrust w lesie,
usłyszałam kwilenie dobywające się z dziupli. Leżał w niej ten
właśnie dzidziuś, dar Ageja i Enków, odrzucony przez złych
ludzi. Będzie wychowywał się z nami.
-
Mamusiu, czy mogę nazwać go Gwiazduś, na cześć pana Gwiazdora? -
Spytała uszczęśliwiona Karmilka.
Dzidziuś
uśmiechnął się do swojej przybranej siostrzyczki.
*

,,Stada
bucentaurów widuje się po dziś dzień za wielką górą Elbrus, na
której szczycie spoczywa kamień Alatyr i rzeką Darią. Wielu myli
te istoty z gauszydami, podobnymi nieco do byków, z których karków
wyrastają ludzkie torsy. W rzeczywistości bucentaury wyglądają
inaczej. Do pasa przypominają ludzi pokrytych kozią sierścią,
mających na głowach okazałe rogi koziorożców i uszy capów. Ze
zręcznością koziorożców skaczą po skałach. Pierwszą parą
byli Bu i Gradzina, zrodzeni w erze czwartej przez Dziewannę.
Pożywiają się górską i stepową roślinnością, w tym ostami, a
także polują na bażanty, świstaki,
zające, sarny i przepiórki. Mięso upolowanych zwierząt gotują z
ziołami w mleku wydobywającym się z kosmatych piersi ich samek.
Cenią sobie wielce biegi, zapasy, polegające na bodzeniu się
rogami, strzelanie z łuku i procy oraz rzucanie oszczepem. Osobniki
męskie staczają walki przy użyciu rogów o stadka samek. Nigdy nie
zabijają osobników swego gatunku w przeciwieństwie do ludzi. Swych
zmarłych wystawiają na żer sępom, rogate czaszki zaś gromadzą w
chramach, Oddają cześć Pizumari, jak nazywają Niebo wraz z jego
wszystkimi zjawiskami i mieszkańcami’’ - ,,Gesta hybridorum’’

W
czasach, kiedy ziemie późniejszej Medii i Persji nazywane były
Peristanem, z tej racji, że zamieszkiwały je chramy peri o pięknych
piórach, ludzi zaś żyła na tych terenach jak na lekarstwo,
siedmioletni bucentaur imieniem Vaxu pytał ciekawie swą macierz,
Subajurę.
-
Mamo, kogo przedstawia ta rzeźba? - Malec wskazał paluszkiem na
kamienny kumir przedstawiający zamaskowanego starca w długim
kożuchu, trzymającego w dłoni rodzaj włóczni zwieńczonej dużą
gwiazdą.
-
To Astrasz, posłaniec Pizumari – wyjaśniła z szacunkiem
Subajura. - Przed dziesięciu laty, kiedy nasze pastwiska i tereny
łowieckie trapiła susza, Astrasz ulitował się i przybył do nas z
dalekiej gwiazdy Antares. W ręku dzierżył posoch zakończony złotą
gwiazdę o ośmiu promieniach. Tańcząc w okręgu i śpiewając
pieśń czarodziejską, przywabił na nieboskłon zaciekawione
chmury. Następnie rozciął ich wełniste brzuchy ostrymi kolcami
gwiazdy, przez co wydobył z nich deszcz. Padało przez trzy dni i
noce, aż wyschłe potoki wypełniły się wodą, zaś zwiędła
trawa ponownie stała się zielona i soczysta. Po wyświadczeniu nam
tego dobrodziejstwa, wsiadł do złotego rydwanu, zaprzężonego w
skrzydlate wilki i odleciał ku swej gwieździe.
-
Chciałby go kiedyś poznać! - Mały Vaxu aż cmoknął z podziwu.
-
Ponoć daleko na zachodzie nazywają go imieniem Gwiazdor –
zakończyła opowieść Subajura i przytuliła synka.
*
Kiedy
Gwiazor i Gwiazdka posilali się, jedząc z miski flaki latającej
krowy, przez uchylone okno wleciał biały orzeł Tinez, mający swe
gniazdo w odległej krainie Burus.
-
Jakie wieści przynosisz? - Spytał Gwiazdor przerywając posiłek.
-
Jest wolą Ageja, abyś udał się w daleką przyszłość, do
trzynastego eonu. Masz ocalić šumskie
dekle i zabrać je w nasze czasy.
-
Czy ta era, która nastanie, bardzo będzie się różnić od
obecnej?
-
Nawet nie wiesz jak bardzo. Odejdą w niepamięć Enkowie, ludziom
zaś będą służyć maszyny poruszające się na lądzie, w
przestworzach i w wodzie.
-
To jakieś straszne czasy – zafrasował się Gwiazdor. - Czy ludzie
z przyszłości będą w cokolwiek wierzyć?
-
Nastanie kult Idącego Pod Górę, Nowego Teosta. Niestety wielu
czcić go będzie samymi wargami, a nawet dopuszczać się
niegodziwości w Jego imię.
Gwiazdor
wstał od stołu i wziął swój posoch zakończony złotą gwiazdą.
Orzeł Tinez zakreślił złotym dziobem elipsę w powietrzu.
Otworzył tym sposobem portal do ery trzynastej. Gwiazdor trafił na
ziemię dzisiejszej Chorwacji w czasie gdy toczyła się I wojna
światowa.
Do
małej, dziś już nieistniejącej, chorwackiej wioski Slaniny
przybył austro – węgierski wywiad wojskowy. Cesarsko –
królewscy agenci, którym przewodził oficer, hrabia Adolf von
Spark, zorganizowali sąd doraźny i powiesili większą część
mieszkańców Slaniny pod zarzutem kolaboracji z Serbami. Wywiad
wojskowy dokonał jeszcze wielu podobnych zbrodni, o których mało
dziś już kto pamięta.

Po
wywieszaniu chłopów i podpaleniu wioski, Austriacy zabrali się do
rozprawy ze schwytanymi w lesie šumskimi
deklami. Były to leśne niewiasty porośnięte małpim futrem,
noszące na głowach kapelusze ogromnych grzybów. Von Spark nie
bardzo wiedział co z nimi zrobić; wieszać jako rzekomych szpiegów,
czy też przekazać do badań w tajnych laboratoriach. Nie
zrealizował żadnego z tych zamysłów, bo oto w rozbłysku
zielonego światła zjawił się Gwiazdor. Kule Austriaków nie mogły
go zabić, bo jako jytnas był nieśmiertelny. Uśmiercił von Sparka
dotknięciem gwieździstego posochu, zaś czarny samochód cesarsko –
królewskiego agenta sam z siebie stanął w płomieniach. Austriacy
uciekli jak niepyszni, krzycząc, że zaatakował ich Krampus.
-
Już jesteście bezpieczne. To nie są czasy dobre dla magicznych
stworzeń – Gwiazdor rozciął nożem powrozy krępujące šumskie
dekle.
-
Zabieram was na gwiazdę Antares – oznajmił. - Zamieszkacie tam w
Puszczy Pardus, gdzie nikt nie ośmieli się uczynić wam krzywdy.
Šumskie
dekle płacząc ze szczęścia, poczęły ściskać Gwiazdora, on zaś
poprowadził je w stronę portalu zakreślonego dziobem białego orła
Tineza.