W
majątku Radysznikach na
południu Aplanu w pobliżu rubieży z Oylandem, mieszkał żupan
Lisota wraz z żoną Wypłoszką, która nie była ani piękna ani
brzydka. Oboje trapili się
wielce tym, że nie mieli dzieci. Zamiast nich doczekali się za to
plotek i raniących słów obmowy jakie wypowiadano na ich temat za
ich plecami.
Lisota
otrzymał godność żupana i majątek Radyszniki od króla Lecha III
za zasługi w obronie Aplanu przed Kościejem. Nie wyróżniał się
bogactwem, ani nie prowadził wystawnego trybu życia jak inni możni
aplańscy. Sławiono za to jego odwagę w boju, pracowitość i
gościnność oraz wyrażano współczucie z powodu braku potomka.
O
brzasku Wypłoszka udała się do studni po wodę. Nie miała
niewolników, ani nawet służby, którzy mogliby ją w tym wyręczyć.
Kiedy żona żupana zanurzyła wiadro w głębi studni, usłyszała
skrzek jakby olbrzymiej żaby. Zajrzała w głąb a jej oczom ukazała
się szkaradna istota podobna do starej, siwej, wycharsłej kobiety o
wyłupiastych, czerwonych jak rubiny oczach, pokrytej skórą
zielonej ropuchy. Istota trzymała chudą, żabią łapę na
drewnianym wiadrze. Wypłoszka nie należała do bojaźliwych
niewiast.
-
Kim jesteś? Oddaj mi wiadro! - Poprosiła stanowczo.
-
Jestem babą studzienną – zaskrzeczała w odpowiedzi szpetna
wodnica.
-
Nie słyszałam o takich – przyznała Wypłoszka. - Znam baby
wodne, leśne, cmentarne, grochowe, ale studzienną spotykam dopiero
teraz. Miła babo, pozwól mi zaczerpnąć wody do gotowania!
W
odpowiedzi baba studzienna wyszczerzyła spiczaste zęby i zaśmiała
się rechotliwie.
-
Nie musisz się mnie bać. My, baby studzienne nie topimy, ani nie
pożeramy ludzi, jeno spełniamy ich życzenia.
Wypłoszka
zafrasowała się, a na jej czole ukazała się zmarszczka troski.
-
Miła babo, ja… Tak bardzo chciałabym urodzić dziecię, lecz
jakaś zła siła położyła pieczęć na moim łonie – Wypłoszce
zbierało się na łzy.
-
Nie płacz, niebogo – zarechotała studzienna baba – zostaniesz
mateczką, choć może będziesz tego żałowała. No, nabierz wody
jak chciałaś i idź do swego domostwa. Wszystko będzie tak jak być
powinno. - Uśmiechnęła się studzienna baba i pozwoliła Wypłoszce
zaczerpnąć wody.

Po
długim, upalnym dniu, wypełnionym ciężką pracą, Wypłoszka
legła na spoczynek u boku swego męża, Lisoty. Gdy zamknęła
powieki, zapadła w miękką, otulającą ciemność nocy. Przytulona
do boku małżonka zaczęła śnić. Zdawało jej się, że idzie
przez las, wśród którego gałęzi skakały szare maupy i łokisy o
ludzkich twarzach, zaś ukryci w krzakach myśliwy szyli do nich z
pozłacanych łuków. Potem płynęła stojąc na olbrzymim liściu
lilii wodnej przez srebrzyste wody jeziora Synar w Burus, marszczone
delikatnym powiewem wiatru. Spod fal wynurzyła się półnaga,
złotowłosa królowa rusałek w złotej koronie razem ze swymi
dwórkami grającymi na złotych cytrach. Rusałki śpiewały
słodkimi głosami: ,,Sława tobie, macierzy junaka!’’
Wreszcie Wypłoszka poczuła, że leży nago na kamiennym ołtarzu w
głębi mrocznej puszczy. Zza drzew wyszedł ku niej młodzieniec
wielkiej urody, odziany jeno w przepaskę ze skóry pytona. Uśmiechał
się tajemniczo niczym sfinks z głębi Afryki, zaś jego oczy
żarzyły się jak węgle. W ręku trzymał żelazny świder z czasów
cara Teosta. Uśmiechając się jeszcze szerzej, inkub wbił
narzędzie w odsłonięte udo Wypłoszki i z wolna wbijał go coraz
głębiej. Wypłoszka otwierała usta jak ryba wyjęta z wody, aby
krzyknąć z bólu, lecz jak to czasem bywa w snach, nie mogła wydać
głosu. Oczy inkuba jarzyły się żółtym światłem. Demon
szczerzył białe, spiłowane zęby, a wyraz twarzy miał nadzwyczaj
szyderczy. Wypłoszka miotała się w pościeli, wciąż nie mogąc
wydobyć z siebie głosu. Uratowało ją dopiero pianie koguta.
Spłoszony inkub zabrał swój świder i począł się kurczyć.
Stawszy się mały jak krasnoludek, dał susa przez okno i nie
widziano go więcej w domu w Radysznikach. Dopiero wtedy Wypłoszka
wydała okrzyk bólu, wyrywając ze snu swojego męża. W miejsce
rany zadanej świdrem widać było jeno niewielką bliznę.
Po
dziewięciu miesiącach spełniły się słowa baby studziennej.
Wypłoszka na łożu wyścielonym wilczymi skórami, pod troskliwą
opieką starej znachorki, Jędary, wydała na świat ślicznego
chłopca. Nie dane jej jednak było cieszyć się dziecięciem,
bowiem w czasie porodu otworzyła się rana na udzie zadana we śnie
magicznym świdrem inkuba. Próżny okazał się cały kunszt
położniczy baby Jędary. Wypłoszka wykrwawiła się przez ranę w
udzie, czemu nie mogły zapobiec ani opatrunki, opaska uciskowa, ani
zamawiania. Tak oto w Radysznikach radość z narodzin dziedzica,
przeplatała się z bólem z powodu śmierci ukochanej żony.
Studzienna baba zatarła ręce i powiedziała:
-
Na dwoje babka wróżyła!

Lisota
po roku żałoby poślubił nową żonę, młodszą od siebie Rudawkę
z Oylandu, pannę miłą i kochającą dzieci. Macocha okazała się
czułą matką dla chłopca, który w dniu postrzyżyn otrzymał imię
Boguchwał (Bogufał). Niedługo po tym wydarzeniu urodził się jego
przybrany brat, Borast oraz siostra, Przylica. Lisota zaprawiał
swoich synów w ćwiczeniach mających uczynić z nich w przyszłości
dzielnych i prawych obrońców Aplanu. Chłopcy choć zrodzeni z
różnych matek, pokochali się serdecznie i jeden rad byłby oddać
życie za drugiego. Lisota tępił rozbójników i strzegł
zachodniej rubieży królestwa przed imperialnymi wojskami Kościeja.
Choć w potyczkach tych odniósł niejedną ranę, luta Mar – Zanna
dopadła go w trakcie polowania na dziki. Witeź spadł z
rozpędzonego konia i nadział się na wystający z ziemi korzeń.
Umarł w męczarniach. Kiedy płomienie pogrzebowego stosu spopieliły
jego ciało, Rudawka i jej córka, Przylica po krótkim pożegnaniu z
Boguchwałem i Borastem, zamieniły się w dwie lisice i w tej
postaci na zawsze skryły się w ostępach lasu.
Nie
był to koniec zmartwień dla chłopców. Ich stryjowie, Amul i
Tężyn, od dawna pokłóceni z Lisotą, dowiedziawszy się o jego
śmierci, dokonali zajazdu na Radyszniki. Rozgrabili wszystko, czego
od razu nie spalili, zaś obaj dziedzice musieli pójść na
poniewierkę i tułać się o żebraczym chlebie. Taką to zapłatę
ród Lisoty otrzymał za krew przelewaną w obronie ziemi ojczystej!
Nie dane im jednak było zginąć z głodu. Idąc przez las spotkali
kruka, którego pióra posypane były złotym pyłem. Ptak nosił
imię Jaroz.
-
Kra! Widziałem z oddali waszą niedolę. Nawet kamienny troll
wzruszyłby się waszym cierpieniem. Pójdźcie za mną, a czeka was
żywot junaków. Już nie będziecie budzić w ludziach litości, ale
szacunek i podziw!
Boguchwał
i Borast, nie ociągając się, ruszyli za krukiem. Jaroz prowadził
ich przez leśne ostępy. U celu wędrówki stał tajemny, opiewany
przez tysiące legend, Dom Mężów. W jego murach chłopcy spędzili
siedem lat, doskonaląc się w sztuce władania każdym rodzajem
oręża i jeździe konnej. Opuścili ową szkołę junacką uzbrojeni
w długie miecze i dosiadając dwóch gniadych ogierów. Wierzchowiec
Boguchwała nazywał się Szybki, zaś Borast jeździł na Bystroniu.
Czar spoczywający na Domu Mężów sprawiał, że nie byli go władni
zlokalizować na mapie nawet jego absolwenci. Każdy kandydat na
junaka musiał się przeto sam wykazać męstwem i sprytem, chcąc
ową szkołę odnaleźć. Obaj przyrodni bracia zdecydowali się
opuścić Aplan i udać na południe do Królestwa Valkanicy.
*
-
Wiedzcie, że aż do tej odległej strażnicy dotarła sława
Aplańczyków jako ludu mężnego i szlachetnego, wsławionego
wieloma bohaterskimi czynami – mówił Teodat Gozoniusz, wielki
mistrz zakonu Rycerzy Roda z siedzibą na valkanickiej wyspie Hrodos.
- Będzie dla nas zaszczytem, adepci przesławnego Domu Mężów,
przyjąć was w nasze szeregi. Nim jednak założycie szaty z Kołem
Roda, musicie tak jak wszyscy, sprostać czterem próbom. Jest ich
cztery na cześć czterech Rodzenic, cór Roda, którym powierzono
władzę nad porami roku.
-
Zgadzamy się poddać owym próbom – zapewnił Boguchwał, a Borast
ochoczo skinął głową.
Nazajutrz
po śniadaniu obaj bracia zostali zaprowadzeni na dziedziniec zamku
Rycerzy Roda. Pierwsza próba miała sprawdzić ich siłę. Boguchwał
i Borast musieli rzucać pniem do celu na odległość trzynastu
kroków. Junacy sprostali tej próbie, wprawiając w podziw wielkiego
mistrza Teodata.
Następnie
knechci rozpalili na dziedzińcu cztery ogniska, zaś kandydaci na
Rycerzy Roda musieli położyć się na plecach z obnażonymi
torsami, każdy między dwoma ogniskami. Ciężka to była próba.
Młodzieńcy musieli znieść dojmujące gorąco, dym gryzł ich w
oczy, wyciskając łzy, zaś pot lał się z nich strumieniami. Sami
Enkowie przyglądali się z uznaniem ich wytrzymałości. Bryza,
jedna z cór Pochwista i Meluzyny, igrająca nad morzami świata,
litościwie skierowała w ich stronę swe chłodne tchnienie, aby
przynieść im ulgę.
-
Wystarczy! - Dał znak wielki mistrz.
Knechci
zgasili ogniska wodą z szaflików, bracia zaś czuli się niczym
świeżo uwędzone szynki.
-
Wprawiliście mnie w szczery podziw. Odpocznijcie godzinę. Trzecia
próba dedykowana jest Zimie i jak łatwo zgadnąć, wymagać będzie
odporności na zimno.
-
Zgadzamy się – Boguchwał odpowiedział w imieniu swoim i brata.
Knecht
zaprowadził obu Aplańczyków do głębokiego lochu wypełnionego
śniegiem i lodem zebranymi w zimie. Loch ten służył na co dzień
do przechowywania łatwo psującego się mięsa, ryb, jarzyn, owoców,
a także wina i piwa. Bracia posłusznie zdjęli swe szaty,
pozostawiając sobie jedynie przepaski na biodrach i ułożyli się
wśród zimnych brył. Choć zaprawieni byli do znoszenia różnych
niewygód, nie mogli się powstrzymać od szczękania zębami
grożącego odgryzieniem sobie języków. Przez ich muskularne ciała
przebiegały silne dreszcze, którym pobudzona wyobraźnia obu
junaków nadawała postać myszy i jaszczurek. Bracia widzieli też w
swoich majakach jakieś żaby i olbrzymy z dalekiego Nürtu o
krzaczastych brodach pokrytych długimi soplami. Boguchwał dodawał
otuchy Borastowi ściskając mocno jego dłoń.
-
Obaj zostaniemy Rycerzami Roda… albo razem zamarzniemy… Niech
Agej i Enkowie dodadzą nam męstwa… - szeptał Boguchwał, zaś
Borast zaintonował hymn ku czci Słońca, lampy Wielkiego Dadźboga.
Enkowie
pokiwali głowami z uznaniem widząc męstwo obu braci. Przysłali do
nich urodziwą Skierkę – Chuchaszkę, dziewicę w kusej, złotej
sukience. Miała ona mieniące się, rude włosy, jasną cerę oraz
złote oczy. Kiedy Skierka – Chuchaszka ujrzała cierpiących
junaków, jej serce wypełniło się współczuciem. Ogrzała ich
swym ciepłym jak promienie Słońca i aromatycznym oddechem, co
pozwoliło im przeżyć próbę. Kiedy próba dobiegła końca,
wielki mistrz nie krył swego zadowolenia i podziwu.
-
Okrywacie wieczną sławą królestwo, które jest waszą ojczyzną!
- Wykrzyknął Teodat. - Została wam ostatnia próba, najcięższa.
Możecie jeszcze wycofać się z niej i odejść z honorem.
-
Wiedz, panie, że zbyt wiele trudu włożyliśmy w naszą podróż na
Hrodos, aby teraz uciekać jak zające – odparł hardo Borast.
-
Cóż to za próba? - Spytał rzeczowo Boguchwał.
-
Będziecie walczyć ze smokiem – odparł Teodat.
-
Kiedy bawiliśmy w siole Symeonii na pograniczu Kraju Stepów i
Valkanicy, ubiliśmy czarnego bazyliszka z dwiema głowami, który
ogniem wydobywającym się ze ślepi, obracał dziatki w pieczeń i
pożerał je ze smakiem – opowiadał Boguchwał.
-
Smok, z którym macie się zmierzyć, jest nieśmiertelny jak
Kościej. Wystarczy jeno, że przyniesiecie jego zęby. Czy są wam
znane pieśni rybałtów tym jak pokonałem smoka z Hrodos? -
Zapytał wielki mistrz.
-
Znamy tę opowieść – przytaknął Borast.
-
Wiedzcie, że moje zwycięstwo nie było wówczas całkowite.
Zdołałem jeno okaleczyć bestię, której imię brzmi Telesfor i
uwięzić ją w Niebezpiecznej Komnacie. Co roku dajemy mu jedną
kozę na pożarcie. Wielu witezi walczyło już z Telesforem, lecz
mądrość Welesa powiada, że ubije go dopiero Rod gdy dobiegnie
kresu bieg eonów. Czy wciąż gotowi jesteście stoczyć tę walkę?
-
Myśmy aplańscy junacy, nie uciekamy nigdy jak zające – zapewnili
gorąco Boguchwał i Borast.

Na
znak wielkiego mistrza, służba dała im szaty, a także oręż i
pomogła przywdziać łuskowe pancerze. Boguchwał uzbrojony w topór
z kamiennym ostrzem i Borast dzierżący maczugę, weszli bez trwogi
do Niebezpiecznej Komnaty. Spiżowe drzwi zamknęły się ze smutnym
skrzypieniem. Wielki mistrz wraz z całą kapitułą czekał za
drzwiami z niepokojem wsłuchując się w odgłosy walki. Telesfor
ryczał przeraźliwie i miotał płomienie, bracia zaś zadawali
ciosy w jego głowę i ogon. Bój ten był godny Waligóry i
Wyrwidęba z późniejszej ery dwunastej. Po dwóch godzinach junacy
z Aplanu opuścili komnatę. Ich twarze, zbroje i oręż były
osmalone i zlane palącą posoką. W dłoniach trzymali dwa okazałe
kły wyrwane ze smoczych szczęk. Telesfor leżał w kącie komnaty z
odrąbanymi głową i ogonem. Zdawał się być martwy, choć wszyscy
Rycerze Roda wiedzieli z doświadczenia, że rany bestii rychło się
zagoją i nie będzie po nich śladu. Wielki mistrz uściskał
Boguchwała i Borasta niczym rodzonych synów.
-
Właśnie dowiedliście, że jesteście godni zostać Rycerzami Roda.
Przynosicie wielką chwałę swemu północnemu królestwu!
Służba
zaprowadziła junaków do łaźni, gdzie uczynne banniki zmyły z ich
ciał pot, sadzę i krew. Otrzymali białe tuniki zdobione Kołem
Roda podzielonym na dwanaście części na cześć jego dwunastu
synów, Zviezdunów nazywanych też Miesiącami. W zamkowej kaplicy u
stóp bałwanu Roda, bracia uklękli przed wielkim mistrzem. Teodat
Gozoniusz, wsławiony tym, że uwięził smoka, dobył ceremonialnego
miecza z obsydianu pokrytego warstwą srebra i złota. Lekko uderzył
jego płazem klęczących braci z Aplanu.
-
W imię Roda, z mandatu Ageja, Pana Czasu i innych Enków przyjmuję
was w szeregi Witezi z Hrodos. Walczcie ze złem, brońcie słabych i
skrzywdzonych.
Zebrani
w kaplicy członkowie kapituły klaskali w dłonie i wznosili
okrzyki.
-
Sława Boguchwałowi i Borastowi!
Gdy
ceremonia pasowania dobiegła końca, wielki mistrz wydał ucztę na
cześć obu braci. Służba podała do nakrytego białym obrusem
stołu na kozłach valkanickie wino nazywane małmazją w złotych
pucharach, pieczone kapłony, szynkę, liście winogron nadziewane
mielonym mięsem, udźce baranie, cielęce móżdżki z migdałami,
pajdy chleba, oraz granaty, winogrona, chałwę i wszelkie bakalie na
deser.
-
Wypijmy za to, żeby Rod przybył jak najprędzej i ostatecznie ubił
smoka Telesfora! - Wzniósł tost młodszy z synów Lisoty, zaś
pozostali biesiadnicy ochoczo go spełnili.
Bracia
wspominali swój pobyt na Ostrowie Roda jako najpiękniejszy okres w
ich życiu.
*
Zadaniem
Rycerzy Roda była ochrona szlaków handlowych prowadzących do
bajecznie bogatej Bharacji. Toczyli przeto boje z piratami z Tassilii
i Międzyraju oraz zabijali potwory morskie zatapiające okręty. O
ich czynach aojdowie układali pieśni.
Wielki
mistrz wezwał przed swe oblicze Boguchwała i Borasta z nowym
zadaniem.
-
Po tym jak ubiliście Żmijuna z Melity i jego bandę pokrytych
gadzią łuską chąsiebników, nie nastał jeszcze dla was czas
odpoczynku. W imię świętego posłuszeństwa udacie się na Wyspę
Kozią gdzie siła nieczysta uprowadza dziateczki z całej Valkanicy.
Krążą słuchy, że dzieci te zamieniane są czarami w widma.
-
Wrócimy na Hrodos z tarczą albo na tarczy – zapewnił żarliwie
Boguchwał.
Obaj
rycerze wzięli łódź z wymalowanymi na dziobie dużymi oczami, co
miało odstraszać morskie Čorty. Nauczeni w swym zakonie sztuki
nawigacji obrali kurs na Wyspę Kozią. W erze jedenastej nie
cieszyła się ona dobrą sławą. Jej pierwotnymi mieszkańcami były
wielce chutliwe satyry. Miały one w swym plugawym zwyczaju gwałcić
każdą niewiastę jaka tylko postawiła stopę na wyspie, aż do
wyzionięcia przez nią ducha. Kiedy wyginęły w pożarze
porastającego wyspę lasu, pod który podłożył ogień książę
Czesnot z Valkanicy, na opustoszałej wyspie zaczęto widywać coraz
liczniejsze demony i czarnoksiężników. Ponoć wśród ruin leśnej
osady satyrów odbywały się tajne szkolenia z arkanów czarnej
magii. Kiedy łódź obu braci zbliżała się do wyspy, spowiła ich
gęsta mgła.
-
Wyczuwam w tej mgle opary piekielnej siarki! - Pociągnął nosem
Borast.

Boguchwał
ostrożnie wiosłował do brzegu, prosząc księcia Lamię, aby
ustrzegł łódź przed rozbiciem się o rafy. Namiestnik Morza
Rajskiego z mandatu Juraty, wysłuchał prośby i przysłał trytona
z wodorostami wplecionymi w siwą brodę. Tryton schwycił koniec
liny mocarnymi rękami i przyholował łódź do brzegu. Kiedy
bracia, podziękowawszy trytonowi stanęli na piasku plaży, mgła
opadła. Zarówno Borast, mający po matce lisi węch, jak i
Boguchwał byli zawołanymi tropicielami zwierzyny. Korzystając z
tej umiejętności, zagłębili się w interiorze wyspy. Wspięli się
na skalisty pagórek, bo na jego szczycie zlokalizowali jaskinię, z
której dobiegał płacz uwięzionych dzieci. Pierwszym co bracia
uczynili po wejściu do groty było uwolnienie małych więźniów z
pęt i klatek. Niestety dla części z nich było już za późno na
ratunek, bowiem zostały w magiczny sposób zamienione w widma z
czarnego dymu, wyposażone w jarzące się, czerwone oczy. Widma te
trzeba było przeganiać inkantacjami do Mokoszy, której lękał się
cały Čortieńsk.
-
Gdybym mógł dorwać tego zafajdanego łotra, który taką krzywdę
wyrządził niewinnym dziateczkom! - Boguchwał zacisnął pięści i
aż skrzesał iskry, zgrzytając zębami.
Ledwo
wypowiedział te pełne gniewu słowa, w ciemnym kącie zalśniły
krwawe ślepia i ostre, białe kły. Z mroku wyłonił się pan owej
jaskini. Przypominał półnagiego, bladego jak wąpierz męża o
niepokojącej urodzie.
-
Czyżbyś chciał ubić własnego ojca? Jestem Latawiec, uczenie
nazywany Inkubem, który cię spłodził. Wszak zakon Syrokiego
nakazuje czcić swego rodziciela.
-
Moim prawdziwym ojcem, który mnie przyjął i wychował, był żupan
Lisota! - Odrzekł Boguchwał i dobył miecza z pochwy.
Wtedy
to ni stąd ni zowąd w lewej dłoni Latawca pojawiła się włócznia
o rozżarzonym grocie. Inkub z rozmachem cisnął nią w swojego
syna. Mało brakowało, a Boguchwał zostałby przebity na wylot jak
owad szpilką entomologa. Tak się jednak nie stało, bo oto Borast z
lisią zwinnością zasłonił przyrodniego brata tarczą. Grot
włóczni uderzył z impetem w metalowe umbo i rozleciał się na
trzynaście kawałków. Pozbawione grotu drzewce włóczni osunęło
się i trafiło Boguchwała w pierś. Starszy z Rycerzy Roda wykonał
płynny, kolisty ruch ręką, zaś ostrze jego miecza oddzieliło
czerep inkuba od jego tułowia. Na twarzy demona zastygł wyraz
przerażenia, zaś na wszystkie strony poleciały krople jego
parzącej jak ukrop, zielonej krwi. Boguchwał ujął głowę demona
za długie, czarne włosy i ułożył ją między nogami zabitego
monstrum. Następnie wbił obsydianowy miecz aż po rękojeść w
serce wroga, aby ten nigdy już się nie odrodził.
-
Drogi Boraście, rozpal ogień, aby do cna zniszczyć zło zalegające
w tej grocie.
Borast
sumiennie posłuchał brata.
-
Teraz trzeba nam poszukać uwolnionych cządów i pomóc im wrócić
do rodziców.
Na
szczęście dzieci uwolnione z jaskini Čorta były bezpieczne.
Znalazły schronienie pod skrzydłami Amaltei, pani tej wyspy, która
była śnieżnobiałą, skrzydlatą kozą o złotych rogach.
Uratowane dzieci tuliły się do niej i gasiły pragnienie pijąc
mleko z jej wymion.
-
Meee, dzielni junacy! Nie martwcie się o dziatki, bo ja sama
zaniosę je na swoim grzbiecie do ich domów. Niech wam Agej
wynagrodzi, że uwolniliście Kozią Wyspę od obmierzłego inkuba.
-
Cała przyjemność po naszej stronie – odparł Boguchwał w
imieniu swoim i brata.
Następnie
obaj rycerze wsiedli do łodzi i powrócili na wyspę Hrodos, gdzie
czekała na nich uczta i złote ordery.
*
Źle
działo się w Królestwie Aplańskim. Odkąd król Lech III wyruszył
z misją dyplomatyczną do Azji, aby zapobiec inwazji tygrysów na
Europę, król wąpierzy Naraicarot I, rezydujący w Żelaznym Zamku
w Burus, podejmował coraz to nowe wysiłki w celu zniszczenia
Aplanu. Dążył bowiem do wywarcia pomsty za śmierć swego
poprzednika, Erydana, którego przed laty Tatra udusiła włosami.
Teraz Tatra była królową Aplanu i Montanii, pod nieobecność męża
zarządzająca obu tymi krajami. Naraicarot nękał znienawidzone
królestwo posyłając przeciwko niemu hordy wąpierzy, strzyg,
wilkołaków, bezkostów, zjadarek, nocnic, centaurów, mantykor i
wszelkiej innej gadziny rodem z Čortieńska.
Służyli mu również chąsiebnicy z Wolina i Velehradu oraz flota z
Tmu – Tarakanu. Królowa Tatra, wspierana przez białego rysia
Deneba, dokonywała cudów męstwa, aby powstrzymać się wdzierające
się w głąb królestwa wrogie hordy potworów i straszydeł.
Wreszcie po wyczerpaniu wszelkich środków dyplomatycznych, mężna
królowa zebrała drużynę i wkroczyła do Burus. W owym usianym
jeziorami mateczniku wąpierzy, hufce Tatry oblegały Żelazny Zamek
ich króla Naraicarota I.
W
tym samym czasie biały orzeł Tinez ukazał się nad ranem braciom
Boguchwałowi i Borastowi, aby wezwać ich do obrony ojczyzny. Obaj
Rycerze Roda, nie zwlekając, zerwali się z posłań i wyruszyli w
długą i niebezpieczną drogę do Aplanu. Opuszczając Hrodos
zdążyli powiedzieć staremu słudze, któremu na imię było
Halban, że są zmuszeni opuścić wyspę poświęconą Rodowi, aby
bronić swoich pobratymców. Wielki mistrz zrozumiał to i nakazał
żercom modły za pomyślność wyprawy obu braci.

Po
upływie siedmiu tygodni, Rycerze Roda przekroczyli Montanię i
wzięli udział w wielkiej bitwie pod Tarnawą. Siły aplańskie wraz
ze sprzymierzeńcami z Montanii i Oylandu, stanęły przeciwko
hordzie wygłodniałych strzyg i strzygoni. Potworami tymi dowodził
łysy watażka Prigio, który jeszcze niedawno pichcił obrzydliwe
potrawy na dworze Czarnoboga w Čortieńsku.
Strzygi były bardzo groźnymi przeciwnikami; szybkimi, zwinnymi i
silnymi jak goryle. Każda z nich uzbrojona była w dwa rzędy kłów,
a do tego w szpony i potrafiła walczyć włócznią. Bitwa
rozpoczęła się o zachodzie Słońca i trwała całą noc.
Srebrzysty Księżyc, lampa Wielkiego Chorsa oświetlał pole bitwy
aplańskim rycerzem. Boguchwał i Borast położyli trupem
osiemdziesiąt strzyg, lecz z mrocznego boru wciąż nadchodziły
nowe ich zastępy. Walcząc niestrudzenie, Borast otrzymał
śmiertelną ranę zatrutym grotem włóczni. Umierając przybrał
postać lisa. Boguchwał widząc śmierć brata, wydał okrzyk bólu
przemieszanego z palącym gniewem i przeszedł sam siebie, ścinając
trzysta głów strzygoni. Do zwycięstwa wciąż jednak było daleko.

,,W
czasach Lecha Peregrynatora i królowej Tatry, w Aplanie żyła
kapłanka Dziewanny, która nosiła valkanickie imię Lykosura, a
cała jej postać jaśniała nadludzkim pięknem. Wzięła udział w
bitwie pod Tarnawą, którą Aplańczycy stoczyli przeciwko strzygom.
Pełna mocy swej leśnej pani, nadleciała na chmurze, odziana w
białe szaty. Jej jedynym orężem był czarodziejski rubin tkwiący
w odsłoniętym pępku. Z tego to klejnotu wydobywały się krwawe
promienie, które spalały strzygi na popiół. Te z nich, które
uniknęły śmierci, uciekły w popłochu, przeraźliwie wrzeszcząc.
Sam watażka Prigio stracił wzrok od krwawego promienia, zaś
Boguchwał z Zakonu Roda, pochwycił go w pęta i oddał w ręce
sędziego i kata’’
-
pisał w erze dwunastej uczony Barwinek z Mogłąpi.
Po
zwycięstwie Tatry i przegonieniu wąpierzy z Burus, Boguchwał
zamierzał powrócić na wyspę Hrodos. Zginął jednak zastrzelony z
łuku przez ażdachę trzema strzałami.