,,
[…]
Dobra i litościwa jest królowa Tatra! Ona mgły cienkie przędzie,
nagość gór odziewa, wianki z kosodrzewiny wije, na czołach im
kładzie. Ona śniegi martwe w jasne potoki zamienia, pola i niziny
wodą zdrojową poi, aby wydały plon chleba. Ona orłom siwym
uchronę w domu swym daje, a pisklęta ich bezpióre w gniazdach
wysokich kolebie. Ona w komorach swych chowa kozicę śmigłą i
zakrywa ją przed postrzałem łowca… Ona okiem słodkim o doliny
patrzy, kwiat z nich tchnieniem najświeższym od skwarów broni…
Ona tka z aksamitnych mchów ciche makaty i wyściela nimi przepaście
tajemne. Ona wyżywia lud ubogi, co pól i zbóż nie ma, a dziatki z
góralskiej chaty uczy patrzeć w błękit, gdzie ma dom swój…
Dobra i litościwa jest królowa Tatra!’’ - Maria
Konopnicka ,,O krasnoludkach i sierotce Marysi’’

Leży
przede mną na biurku nabyta w małopolskim antykwariacie ,,Księga
Gandary’’, nazwana
tak na cześć góralskiego proroka i mędrca. Pierwsze wydanie w
szarej, płóciennej oprawie ukazało się w 1911 roku nakładem
niszowego wydawnictwa, mającego swą siedzibę na zamku Turów Róg
w Tatrach. W 2007 roku w ofercie suwalskiej księgarni ,,Lazdona’’
można było nabyć reprint tego dzieła. Księgę poprzedza
przedmowa niezidentyfikowanego badacza tajemnic, ukrywającego się
pod pseudonimem T. Pimko. Opisuje koleje życia Gandary, jego
przygody jako zbójnika i spotkanie z Królem Węży we wczesnej
młodości. Zawiera też jego liczne pieśni, przepowiednie, bajki i
rozważania o strukturze i mieszkańcach nadprzyrodzonego
świata. Wiele tych informacji pokrywa się ze starszymi zapisami z
,,Perłowego latopisu’’,
,,Ksiąg zbójeckich’’
oraz ,,Codex
vimrothensis’’.
Zarazem ,,Księga
Gandary’’
podaje wiele szczegółów pomijanych przez inne źródła.

Królowa
Tatra (nowoludzkie: Tircja) została z mandatu Ageja jytnas sprawującą
pieczę nad górami. Powierzone zostały jej również złote i
srebrne klucze do źródeł rzek. Ci, którym ukazała się na jawie,
bądź w sennym widzeniu, opisywali ją jako urodziwą niewiastę,
smukłą i wysoką o jasnej cerze, błękitnych oczach, włosach zaś
długich i czarnych niczym pkieł. Gorska Majka jak brzmiał jeden z
tytułów królowej, ukazywała się w sukniach białej, szkarłatnej,
ciemnozielonej lub błękitnej ze złotym pasem. Nosiła złotą
koronę oraz liczne ozdoby z drogich kamieni oraz kłów i pazurów
ubitych przez siebie bestii; panków, léwic
i smoków. Urodziła się w Montanii, w góralskiej wiosce Toreniu,
nazywanym też Nowym Głogowem. Wybrana przez Enków, została
królową Aplanu i oblubienicą króla Lecha III. Po wielu przygodach
kosztem własnych niemałych cierpień, doprowadziła do utraty
nieśmiertelności przez Kościeja, krwawego tyrana, niewolącego
plemiona Dalekiego Zachodu. Powiła trzech synów i trzy córki.
Zmarła w sześćdziesiątym roku życia otruta przez spisek
handlarzy niewolników. Sama będąc niegdyś niewolnicą Kościeja,
jako królowa dążyła do zniesienia niewolnictwa. Wspierający ją
w tym zamyśle Lech III zginął zamordowany przez zasypanie go
ziemią w wilczym dole. Siedziba Tatry mieściła się wewnątrz
wyniosłej góry Gerlach. Największą cześć oddawali jej
Montańczycy oraz mieszkańcy Królestwa Slawii, które założył
Słowak, młodszy brat Lecha, Czecha i Rusa. W erze trzynastej
królowa Tatra ukazywała się Janosikowi i samemu Gandarze.
Kilkakrotnie rozmawiał z nią także karzeł Józio, syn Gandary.
Kosa Oppman, nadworny kronikarz króla krasnoludków, Błystka
Likostina opisał następująco pośmiertne wywyższenie Tatry na
kartach ,,Perłowego
latopisu’’.
,,Królowa
Tatra w chwili śmierci ujrzała swą ukochaną siostrę Kaztię,
która ją uściskała i przeprowadziła przez kładkę, którą
wcześniej sama musiała przejść. Na drugim końcu kładki jej
oczom ukazała się cała rodzina: brat, matka, ojciec, szwagier,
nawet Malkieš. Wszyscy wesoło ucztowali, lecz Tatra czuła tęsknotę
za mężem i dziećmi. Spotkała też wszystkich Enków i jytnas oraz
samego Ageja. Ten nieoczekiwanie przeniósł ją do Montanii. Na swej
głowie poczuła koronę z płomieni, a chór Wieszczyc Losu
zaśpiewał starą, piękną pieśń montańską:
‘Cicho,
cicho, nie budźmy śpiącej wody w kotlinie,
lekko
z wiatrem pląsajmy po przestworów głębinie…
Okręcajmy
się wstęgą naokoło księżyca,
co
nam ciał przezrocza tęczą blasków nasyca,
i
wchłaniajmy potoków szmer, co toną w jeziorze,
i
limb szumy powiewne, i w smrekowym szept borze,
pijmy
kwiatów woń rzewną, co na zboczach gór kwitną,
dźwięczne,
barwne i wonne, w głąb wzlatujmy błękitną.
[…]
Oto gwiazda, co spada, lećmy chwycić w ramiona,
lećmy,
lećmy ją żegnać, zanim spadnie i skona,
puchem
mlecza się bawmy i ćmy błoną przezroczą,
i
sów pierzem puszystym, co w powietrzu krąg toczą,
nietoperza
ścigajmy, co po cichu tak leci,
jak
my same, i w nikłe oplątujmy go sieci,
z
szczytu na szczyt przerzućmy się jak mosty wiszące,
gwiazd
promienie przybiją do skał mostów tych końce,
a
wiatr
na nich na chwilę uciszony odpocznie,
nim
je zerwie i w pląsy znów porwie nas skocznie...’
-
Tatro, zostałaś jytnas. - Uradowana Mokosza uściskała ją. - Nie
ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Gdy po otruciu przez
łowców niewolników straciłaś wzrok, odpokutowałaś wszystkie
zamierzchłe brudy swej duszy. Jaka jestem szczęśliwa!
-
Ja też, Matko. - Uściskała ją Tatra, po czym Agej przemówił:
-
Niech jytnas Tatra łotkip będzie królową wszystkich gór […] i
rzek prócz Nilusa. - Po tym swoim płomieniem nałożył jej kilka
koron: Montanii Środkowej, Zachodniej, Gór Biesów i Čadów,
Nürtu, Alpenlandu, Gór Jeszcze Niepowstałych, Gór Ryfejskich
(władzę nad nimi miała sprawować wespół z wcześniejszymi ich
królami na spotkaniach u króla Wiluja) i Atlasu. Do rąk włożył
jej kilkanaście kluczy – były to klucze do źródeł rzek, w tym
Odirny i Visany [...]’’.

Ojcem
królowej Tatry był Giewont (Hyvantis). Mieszkał w góralskiej
chacie w Montanii razem ze swą żoną Limbą. Oprócz Tatry mieli
jeszcze dwoje innych dzieci; młodszą córkę Kaztię i starszego
syna, Bielskowłada. Giewont był wysoki i barczysty niczym prawy
bohatyr z bylin, zaś jego brązowa broda opadała mu majestatycznie
na pierś. Pracował przy wypasie niewielkiego stada owiec. Powiadano
o nim, że w latach swej młodości ubił kamieniami z procy wilka i
niedźwiedzia, które zagrażały powierzonemu jego opiece stadu.
Bogactwo nie było mu pisane, choć że z całą rodziną pracował
uczciwie i ciężko. Pomimo tego nigdy nie splamił się rozbojem.
Górale z Torenia nazywali go przeto Giewontem Sprawiedliwym i często
zwracali się doń jako do rozjemcy w sporach. Kiedy Tatra przebywała
jako zakładniczka na dworze Kościeja, Giewont najął się do
ochrony karawany kupieckiej. Tak pisał o tym Kosa Oppman w
,,Perłowym
latopisie’’:
,,Pewnego
razu karawana, której towarzyszył, została znienacka napadnięta
przez zbójników, którzy wyskoczyli zza kosodrzewiny, uzbrojeni w
długie oszczepy. Podróżnych ogarnęła panika. Z szerokiej piersi
Giewonta, która wyglądała jak igielnik, na trawę hali ciekła
krew. Zbóje stracili swój oręż, a gdy kupcy przystąpili do
samoobrony, napastnicy znikli jak duchy. Oczy bohatera zaszły mgłą,
po czym upadł twarzą w trawę, przez co oszczepy przebiły go na
wylot. Handlarze, opłakując swojego obrońcę, zanieśli go na
pobliski szczyt i naścinawszy gałęzi kosodrzewiny, ułożyli z
nich stos, którzy zapalili. Obficie płynąca spod stosu krew
żłobiła skałę niczym woda, tyle że dużo szybciej i
dynamiczniej, aż ta przybrała kształt rycerskiej głowy’’.

W
,,Księdze Gandary’’
można przeczytać jak w czwartym wieku ery jedenastej smok Rykar
zerwał się z pętającego go łańcucha i wypełznął na
powierzchnię pod postacią wielkiego węża Gorynycza, aby walczyć
z Agejem i Enkami. Pod jego stanice pospieszył Skalny, górski Čort,
przedstawiany jako człowiek z łbem koziorożca. Tenże Skalny zadął
w róg uczyniony z morskiej muszli, długiej, spiczastej i krętej,
barwy miedzi i złota. Graniem tym przebudził piętnastu prastarych
skałoludów, to jest olbrzymów o kamiennych ciałach. Skałoludy
były starsze i silniejsze niż inne rody olbrzymów z carem
Światogorem – Atlasem na czele. Wolniej też od nich myślały i
łatwiej popadały w gniew. Powiadano, że narodziły się już w
erze pierwszej wraz z pierwszymi górami, wynurzającymi się z
pierwotnego oceanu. Mając kamienne ciało nie potrzebowały do
podtrzymywania życia jadła ani napoju. W ich twardych jak granit
sercach kryły się jednakże niewyczerpane pokłady bezinteresownej
złośliwości. Znajdowały uciechę w spuszczaniu kamiennych lawin
na niczemu niewinnych Zajęczan i Żbiczan. Kiedy któryś z nich
znajdował śmierć pod stosem kamieni, skałoludy zaśmiewały się
sardonicznie. Na przełomie er piątej i szóstej, kiedy na świecie
rozkwitała cywilizacja Żbiczan, Agej posłał Mokoszę i Rodegasta,
aby wezwali skałoludy do porzucenia okrutnych zabaw. Tępe olbrzymy
zbyły jednakże napomnienia Enków śmiechem i grubiańskimi słowy.
Wówczas Mokosza i Rodegast, mąż o głowie tura chwycili się za
ręce i wypowiedzieli inkantację w świętym języku bujańskim,
istniejącym dłużej niż stworzony świat. Pod jej wpływem
skałoludy zapadły w sen, nazywany kamiennym,
który trwał całe eony. Przebudzone dźwiękiem rogu, pokłoniły
się Skalnemu. Następnie na jego rozkaz ruszyły ochoczo pustoszyć
Montanię. Widmo zagłady pod zwałami kamieni, śniegu i błota
zawisło nad Śnieżelicą, Toreniem, Crinixem, Scareyovem oraz
innymi wioskami i grodami. W czasie gdy jytnas Tatra zwarła się w
śmiertelnych zapasach ze smokiem Wołoszynem, sługą Gorynycza,
wielu Montańczykom ukazał się wśród zachmurzonych szczytów jej
ojciec, Giewont, władca góry nazwanej jego imieniem. Przez
pokolenia opowiadali później juhasi siedzący wokół watry, że
jytnas Giewont sięgał głową gwiazd, zaś jego głos huczał niby
orkan. Jego odzież i włosy zdawały się lśnić od srebra i
diamentów. Zimne, niebieskie oczy podobne były piorunom, zaś na
skroniach jarzyła się korona z płomieni, oznaka godności Enków i
jytnas. Giewont dzierżył krzepko mocarną ręka ciupagę z
krzemiennym ostrzem. Kiedy skałoludy odrzuciły z szyderstwem jego
wezwanie do oszczędzenia Montańczyków, ciupaga w dłoni Giewonta
przekształciła się w maczugę z drewna Wielkiego Dębu, najeżoną
kolcami z niebiańskiego krzemienia.
-
Haj! - Giewont wydał z
siebie bojowy okrzyk, głośny jak łoskot burzy.
Natarł
na skałoludy, wspomagany gromami Peruna i jego dziesięciu
galopujących konno po niebie synów, nazywanych Jeźdźcami
Ognistego Pioruna. Giewont młócił bez wytchnienia łby twarde jak
granit, nieskalane myśleniem i niezdolne do refleksji nad uczynionym
złem. Maczuga ani myślała się złamać, za to cielska kamiennych
olbrzymów kruszyły się z łoskotem od jej uderzeń. Niedobitki
skałoludów zastygły w bezruchu wśród szczytów na całe
tysiąclecia, jakby porażone wzrokiem bazyliszka. Nim jeszcze hufce
Czarnoboga poniosły tę sromotną klęskę, Skalny zbiegł z pola
bitwy, po drodze łamiąc sobie nogę.
-
Sława Tatrze! Sława Giewontowi! Sława wszystkim Enkom! - Wołali
Montańczycy gdy ustała burza.
Zwycięski
Giewont wniknął w górę noszącą jego imię.

Gajda,
przez Chazarów nazywany Jabalem, żył u schyłku ery dziesiątej,
umarł zaś w roku narodzin Teosta Cara Słońce, rozpoczynających
erę jedenastą. Należał do nielicznego i ubogiego szczepu
Gotlęgów, utrzymującego się z polowań na kozice, koziorożce i
świstaki u stóp wyniosłych szczytów Krępaku. Krzepki był Gajda.
Oczy miał siwe, oblicze surowe i pokryte bliznami, z włosami
czarnymi tak jak długie wąsy. Spośród Enków największą czcią
darzył Welesa. Ugościł w swym szałasie władcę Nawii,
ukrywającego swą prawdziwą tożsamość pod postacią utrudzonego
wędrowca imieniem Cepr (Keprus). Weles widząc prawość Gajdy,
przekazał mu tajniki pasterstwa. Nauczył opieki nad osieroconymi
jagniętami i koźlętami, potomstwem dzikich matek i przydzielił do
pomocy śnieżnobiałego owczarka. Nabiał, ukazujący się jako
młodzian z krowim wymieniem wyrastającym z piersi, nauczył Gajdę
jak doić dorosłe już owce i kozy oraz wytwarzać żętycę i
smakowite, wędzone sery z ich mleka. Mokosza wręczyła Gajdzie
nożyce z brązu i objaśniła jak należ strzyc owce z wełny i
wytwarzać z niej tkaniny. Gajda poślubił górską rusałkę
imieniem Bystrzyca. Miał z nią trzech synów; Gazdę, Bacę i
Juhasa, którzy zostawszy pasterzami, poczęli nauczać inne szczepy
nie znające dotąd tego zajęcia. Gdy ci trzej chłopcy wyrośli już
picia mleka, Bystrzyca przyrządziła im upieczonego i pokrojonego w
kawałki białego węża. Baca zakradł się do kuchni i gdy nikt nie
widział, spałaszował cały posiłek, nie dzieląc się z
rodzeństwem. Tym samym wchłonął w siebie całą moc magiczną
zaklętą w ciele gada. Wyrósł na potężnego czarodzieja,
popędliwego i bezwzględnego dla wszystkich, którzy w czymkolwiek
zawinili jemu samemu, jego rodzinie i stadom. Co się zaś tyczy
Gajdy, cała Montania czciła w nim jytnas sprawującego pieczę nad
pasterskim stanem.

Duk
Bacan, przez Greków zwany Troglodytą był jytnas czczonym przez
Naradów i inne dzikie plemiona ludzkie, chroniące się w jaskiniach
pod koniec ery dziesiątej i pierwszych wiekach jedenastej. Za życia
władał swoim nielicznym szczepem łowców i zbieraczy niby dobry
ojciec. Potężnie zbudowany, brodaty i z bujną czupryną, okrywał
nagość przepaską ze zwierzęcej skóry, za oręż zaś służyła
mu ciężka maczuga. Powiadano o nim, że zwyciężał trusie o
splotach potężnych i jadzie palącym, orły – ludojady,
waździerze, podobne do białych panter i srogie lwy jaskiniowe. Po
śmierci jako jytnas zasiadł na kamiennym tronie w ukrytej jaskini
gdzieś na pograniczu Montanii i Ojcowa. Niczym Boruta, władca kniei
miał na swe rozkazy niedźwiedzie. Zwierzęta te posłuszne woli
swego pana nie raz i nie dwa ratowały wędrowców przysypanych
lawinami śnieżnymi i kamiennymi. Pośrodku groty, w której
rezydował Duk Bacan, znajdował się staw otoczony kolistym murkiem
z białych kamieni. Po stawie tym pływała złota kaczka, znosząca
diamentowe jaja. Wielu już próbowało ją odnaleźć. Wśród
poszukujących byli Janosik i Tytus Chałubiński. Do dziś jednak
nikomu nie udało się tego dokonać…

Leśna
(Lisna) była urodziwą, górską rusałką o długich, czarnych
włosach i oczach świecących jak zielone ogniki. Góralskie obrazy
na szkle z kolekcji profesora Byrcyna – Bystronia ukazują ją w
zielonej bluzce w czarne cętki i szarej spódnicy haftowanej w
różowe kwiaty. Jej uroda szła niestety w parze z okrucieństwem.
Leśna wabiła do siebie przymilnym głosem i odsłoniętymi
wdziękami młodych juhasów, myśliwych, polujących w lasach
reglowych, flisaków i podróżnych, poszukujących bezpiecznych dróg
wśród pełnych zasadzek gór Montanii. Kiedy podążali za nią,
spragnieni cielesnych rozkoszy, oreada zawsze kierowała ich ku
przepaści. Wszystkie jej ofiary poniosły śmierć przy upadku z
wysoka. Leśna widząc jak ginęli oczarowani jej urodą, zaśmiewała
się radośnie i klaskała w dłonie. Otaczały ją lęk i nienawiść.
Powiadano w cieple watry, że przyczyną jej zapiekłej nienawiści
do synów Novalsa był miłosny zawód. Uwiódł ją i porzucił
panicz Janadar z rodu grafów Starskich. Leśna wypłakała z jego
powodu łzy nieprzeliczone, z których powstało jeziorko, zwane
Lisią Strugą. Kiedy ujrzała Janadara, przechadzającego się
percią razem z niedawno poślubioną a teraz już brzemienną
Halbaną, w wielkim gniewie strąciła ich ze skały. Zginęli na
miejscu. Do ich ciał zleciały się sępy, zaś serce oready okryły
mroki Čortieńska. Mawiano, że wróżda Leśnej pochłonęła
dziesięć, dwadzieścia a nawet sto ofiar. W końcu zapolował na
nią budzący grozę harnaś Lidujed, wtajemniczony w arkana czarnej
magii. On sam i jego zbójnicy posiadali zęby spiłowane na
podobieństwo kłów dzikich zwierząt, aby móc pożerać nimi ciała
pomordowanych kupców i pasterzy. Osobliwy przysmak chąśników,
prawych czcicieli Franta Przechery, stanowiły niewieście piersi
pełne mleka. Lidujued uzbroił się w oszczep zakończony złotym
grotem i zatruty maścią z płatków florentyny, niebieskiego
kwiatu, rozkwitającego jedynie w Noc Kupały. Kiedy Leśna poczęła
kusić zbójników swymi wdziękami i zalotnym pieniem, harnaś
cisnął w nią zatrutym oszczepem. Złoty grot rozdarł alabastrową
cerę rusałki, zadając jej ranę bolesną i obficie krwawiącą.
Leśna pisnęła przestraszona niczym myszka w szponach drapieżnego
ptaka u rzuciła się do ucieczki z szybkością ściganej łani.
Krople jej modrej krwi spadając na skały, zamieniały się w
szafiry, turkusy i lapis lazuli. Ścigana rusałka dopadła
niewielkiego chramu, poświęconego jytnas, królowej Tatrze.
Pociągnęła za drzwi i schroniła się u stóp ołtarza. Kiedy
Lidujed złapał za klamkę, natychmiast odskoczył oparzony. Banda
oddaliła się pospiesznie, przeczuwając, że chramu strzeże moc
potężniejsza od Franta Przechery. Wewnątrz Leśnej ukazała się
jytnas Tatra w koronie ze złotych płomieni. Przemyła jej zatrutą
ranę wodą z Sobotniej Góry, wylaną z kryształowego flakonu, a
następnie opatrzyła ją czystą pajęczyną utkaną przez pająki z
jaskiń Ojcowa. Następnie spojrzała jej ze smutkiem w oczy.
-
Wielkie są twoje winy, córko, lecz miłosierdzie Ageja jest jeszcze
większe.
-
Cóż mam czynić, matko?
Wtedy
Tatra ucałowała Leśną w czoło. Natychmiast pojawiła się na nim
duża, czerwona i piekąca narośl.
-
Przeglądając się w wodzie, zobaczysz na swym czole bolaka –
oznajmiła Tatra. - Zniknie dopiero wtedy gdy ocalisz tyle istnień,
ile wcześniej uśmierciłaś.
Leśna
zgodziła się na tę pokutę. Tatra przydzieliła jej do pomocy
stado czternastu lisów, które ustawicznie wzdłuż i wszerz
przebiegały góry Montanii w poszukiwaniu potrzebujących ratunku. Z
ich powodu wielu zaczęło imię Leśna wymawiać jako Lisna. W
przeciągu trzech lat oreada ocaliła życie mnogim ofiarom lawin u
zabłąkanym w górach. Leczyła złamane nogi, niosła otuchę i
chroniła przed wychłodzeniem, aż poczęto sławić w pieśniach
przemianę jej serca. Liczba uratowanych przez nią przewyższyła
dwukrotnie ilość tych, których niegdyś uśmierciła. Za swój
trud otrzymała pochwałę królowej Tatry w obecności całego jej
dworu. Po wyjściu z królewskiej groty u stóp Gerlachu, Leśnej –
Lisnej ukazał się maleńki chłopczyk o alabastrowej cerze, bijący
w powietrzu złotopiórymi skrzydełkami. Odziany w złocistą
przepaskę na biodrach, miał złote kędziory. Wbił w górską
rusałkę przenikliwe spojrzenie seledynowych oczu, aż zadrżała
przestraszona.
-
Kimże jesteś, dziecino? - Spytała Leśna, choć domyślała się
odpowiedzi.
-
Jestem porońcem. Mogłem się urodzić, gdybyś nie strąciła mojej
matki w przepaść – Leśna rozpłakała się. - Twój dług został
unieważniony – dodał poroniec. - Weles ukazywał nam co dzień w
Nawi Jasnej jak sumiennie go spłacałaś.
Po
tych słowach poroniec musnął dziecięcymi usteczkami bolesną
narośl szpecącą czoło Leśnej. Kiedy rusałka spojrzała na swe
odbicie w wypolerowanym krysztale, ucieszyła się. Ujrzała bowiem,
że bolak odpadł i to bez śladu.
Gandara
podkreśla w swej księdze brak zgody dziejopisów, co do dalszych
losów Leśnej. Zdaniem jednych pozostała w Montanii jako służebnica
królowej Tatry. Drudzy zaś bajali, że podążając za chmarą
orłów doszła do Nawii Jasnej, krainy wiecznego wesela na złotych
łąkach. Jej wierne lisy, królowa Tatra nagrodziła przemianą w
ludzi, protoplastów plemienia Lisavików, zwanych też Licicavikami.

Maluta,
syn Milutina, syna Komosy był królem krasnoludów, mających swe
siedziby na podgórzu Montanii. Zachowały się miniatury
przedstawiające go z orlim nosem, krzaczastymi brwiami i opadającą
do pasa, siwą brodą, odzianego w zbroję z czarnych i pozłacanych,
metalowych łusek. W jego złotą koronę wprawiony został świecący
w ciemności kryształ wielkości łabędziego jaja. Podobnie
królewski sceptr z dukatowego złota był zdobiony drogim kamieniem,
jaśniejącym jak gwiazda. Krasnoludy sławiły swego króla za jego
mądrość, sprawiedliwość oraz odwagę w zmaganiach ze ślepymi,
jaskiniowymi smokami, bladymi jak oblicze Mar – Zanny oraz
paskudami, latającymi na skrzydłach nietoperzy. Pod jego rządami
rozwijały swój kunszt bractwa górników, kowali i jubilerów.
Kiedy Tatra została z woli Ageja pośmiertnie koronowana na
władczynię niebosiężnych szczytów, Maluta pierwszy przybył
oddać jej pokłon. Złożył u jej stóp szkatułkę z drewna limby
na znak zawartego przymierza wypełnioną po brzegi klejnotami w
siedmiu barwach tęczy, błyszczącymi niczym małe gwiazdki świeżo
spadłe z nieba. Wkrótce potem ożenił się z jasnowłosą Ituną,
córką Gieryda, króla Dalarny, krainy krasnoludów, rozciągającej
się pod powierzchnią Nürtu. Królowa Tatra bawiła na ich ślubie
i hucznym weselisku. Szczęście nowożeńców było solą w oku
Rykara, smoka piekielnego. Oddelegował przeto Rozvota, Čorta
wyspecjalizowanego w rozbijaniu małżeńskich stadeł. Rozvot,
ukazywany na starych obrazach z ogniście czerwoną skórą i
krótkimi rogami wziął sobie do pomocy żeńskiego demona, Plotkę.
Miała postać nagiej kobiety o granatowej skórze i stu ustach,
pokrywających całe jej ciało. Na skutki ich działania nie trzeba
było długo czekać. Całe Podgórze trajkotało jak najęte o
młodej i swawolnej królowej Itunie na prawo i lewo zdradzającej
sędziwego męża z pankami, żmijami, płanetnikami, krasnoludami,
ludźmi, a nawet – co szczególnie ohydne – z kosmatą powitrulą
ze Wschodu. Pogłoski te docierały do uszu królewskiej pary, siejąc
między mężem a żoną niezgodę i napełniając ich sromotą.
Zagniewany Maluta tarmosił swą siwą brodę i tłukł o podłogę
kosztowne roztruchany z przejrzystego kryształu. Ituna łkała
podczas bezsennych nocy na łożu zimnym i ponurym jak kostnica.
Wreszcie Maluta ujawnił na posiedzeniu królewskiej rady swój
zamysł odesłania Ituny do domu jej ojca. Królowa Tatra dowiedziała
się o całej sprawie od ptaka, zwanego nagórnikiem, który znosił
jej wieści z całej Montanii. Wnet postanowiła ocalić małżeńskie
stadło swojego wasala. W tym celu poprosiła Swarożyca, mistrza
kowali o siec splecioną z cienkich, srebrnych łańcuszków.
Niezapowiedziana zjawiła się w królewskiej łożnicy. Rozpięła
sieć i zarzuciła ją na Rozvota i Plotkę. Čorty wrzasnęły
unisono, parzone srebrem, Tatra zaś jeszcze okładała je ile wlezie
złotym berłem z wprawioną weń drzazgą z dębu Karako, na którym
niegdyś konał Teost. Nakazała Čortom wejść do glinianych
gąsiorów. Zapieczętowała je i cisnęła do rzeki. Opowiadano
później, że fale zaniosły oba naczynia aż do przeklętego grodu
Tmu – Tarakanu. Nazajutrz powróciła miłość do serc Maluty i
Ituny, zaś wszelkie myśli o rozwodzie pierzchły niczym koszmarne
majaki przed promieniami zwycięskiego Słońca. Sam Gandara nie był
pewny czy król i królowa krasnoludów kiedykolwiek dowiedzieli się
komu to zawdzięczają.

Matka
Obila była południcą. Ze źródeł ikonograficznych i pisanych
wiemy, że miała bladą cerę, połyskliwe, zielono – niebiesko –
złote oczy i długie włosy barwy dojrzałego zboża. Odziana w
suknię ze złotych i srebrnych nici, nosiła niewiędnący wieniec
z jęczmienia, na czole zaś miała zawieszony drogi kamień, zwany
granatem. Przybyła do Montanii, aby strzec zboża rosnącego na
polach. Szybko jednak się przekonała, że surowy klimat panujący w
tej górskiej krainie bardziej sprzyja pasterstwu niż rolnictwu.
Wiele montańskich rodzin całymi latami nie jadło chleba,
zastępując go owczym serem. Za radą królowej Tatry, zajęła się
niesieniem pomocy ofiarom bójek i poranionym przez zbójców.
Opatrywała rany, używając świeżej i czystej pajęczyny jako
szarpi. Nastawiała złamane kości. Ofiarnie karmiła i poiła
zmuszonych do pozostawiania w łożu, aż jej dobroć zaczęto sławić
w pieśniach.

Wodnik
Renus był księciem wielkiej rzeki Rinin, oddzielającej królestwa
Lascaux i Teutmanii na Dalekim Zachodzie. Miał siwą brodę i długie
włosy, oczy karpia, palce spięte błoną i wydatny brzuch
zdradzający upodobanie do picia piwa. Pozostając wiernym jednej
żonie, Rinie von Nixa, spłodził z nią sto córek, urodziwych
panien wodnych w złotych diademach, strażniczek skarbów ukrytych w
rzece. Jako jeden z pierwszych złożył hołd Tatrze, koronowanej na
królową nie tylko gór, ale też rzek. Tatra wręczyła mu zaklętą
sieć o mocnych splotach, utkaną z jej własnych włosów. Do sieci
tej łowił wirusy, złośliwe demony wodne, tworzące wiry groźne
dla zażywających kąpieli oraz rybackich i kupieckich łodzi.

Wodnik
Vislak był księciem rzeki Visany. Urodził się jako książę
plemienia Vanadów, płacących dań królom Aplanu. Utonął płynąc
barką po rzece na spotkanie dawno niewidzianego brata, Miroluba. Po
utonięciu przemienił się w wodnika. Wyrósł mu bydlęcy ogon, na
czole zaś otworzyło się trzecie oko, niebieskie jak szafir i
przypominające swą budową fasetkowe oczy owadów. Vislak pomagał
w ciężkiej pracy rybakom i flisakom. Za zgodą królowej Tatry
skąpał w zimnej wodzie pijaka powracającego nocą chwiejnym
krokiem z karczmy. Po jego interwencji opój począł, ku radości
żony i dzieci, wystrzegać się wódki i innych zdradliwych trunków.

Powiada
się też, że w dniu, w którym płomienie pogrzebowego stosu
pochłonęły ciało otrutej królowej Tatry, stu witezi noszących
na tarczach Białą Żmiję w koronie, będącą herbem Montanii,
udało się do górskiej groty. Zapadli tam mocą Enków w sen
trwający całe eony. Zbudzić mają się dopiero wtedy gdy zagrzmi
złoty róg, wzywający przy końcu ostatniej ery świata do walnej
bitwy z Czarnobogiem, jego pomiotem i wszelkimi wrogami Ageja. Czasem
ci witezie budzą się w kolejne rocznice śmierci swej królowej.
Pytają wówczas czy już nadszedł czas rozprawy z siłami
ciemności. Słysząc jednak za każdym razem, że czas jeszcze nie
nadszedł, znów zapadają w sen kamienny i tak aż do skończenia
świata.
,,Sława
Tatrze! Tatry – Himalaje!’’ - Tymi zagadkowymi słowy
Gandara zakończył swój rękopis.