,,Odnowili
kościół, kazali w nim i katechizowali po łotewsku, estońsku,
polsku i niemiecku […] wycięli kilka świętych dębów i li,
porąbali bożka gościnności ceroklis nazwanego, któremu
pierwociny z jadła i napoju ciemny gmin ofiarował’’ - ks.
Stanisław Załęski T.J. ,,Jezuici w Polsce tom IV Dzieje 153
kolegiów i domów jezuitów w Polsce’’, Kraków 1905

Działo
się to ziemiach późniejszego Królestwa Latyki. Synowie Baltaina
założyli na wydartym puszczy skrawku ziemi niewielką osadę
nazwaną Valka. Pędzili
swoje dni w trudzie i znoju, uprawiając pola pszenicy, jęczmienia,
beru, owsa, prosa, jarzyny i sady owocowe. Hodowali świnie, bydło i
owce. Zakładali pasieki i stawy pełne ryb. Nie mieli natomiast
żadnego pana nad sobą, który pobierałby od nich daniny. Valka
leżała z dala od uczęszczanych szlaków, nikomu to jednak nie
przeszkadzało. Kmiecie z Dipatiš,
najbliżej położonej osady, prawili z niechęcią, że Valkę
założył Bel, osławiony złodziej. Po upływie tylu tysiącleci
nie sposób już dociec ile prawdy było w tych opowieściach.
Nadchodziło
już lato, kiedy po raz pierwszy od długiego już czasu w gospodzie
,,Pod Czarnym Kogutem’’
zjawił się samotny wędrowiec. Przybył z zachodu, z ziem
słowiańskich. Również jego mowa zdradzała, że był Słowianinem
a nie Bałtem. Dosiadał gniadej, bardzo chudej klaczy, wydającej z
siebie syki i poświstywania. Pachołek, odprowadzający klacz do
stajni, dowiedział się, że nosiła imię Dychawica. Sam jeździec
miał długie włosy słomianej barwy, oczy zaś zielone i
przenikliwe. Nosił zielony płaszcz i pochwę z mieczem u boku,
znamionującym stan rycerski. Twarz pokrywały blizny oraz
kilkudniowy zarost. Wszedł do izby biesiadnej i za skórkę
popielicy kupił sobie drewniany kufel piwa oraz pajdę chleba ze
smalcem. Jego przybycie wnet zwróciło uwagę miejscowych oraczy.
Patrzyli na obcego niczym na raroga. Ciekawość pomagała im
przezwyciężyć lęk przed uzbrojonym witeziem. Zaczęli dosiadać
się do niego, częstować swoim jadłem i napitkiem oraz zasypywać
gradem szczegółowych pytań o wielki świat, rozciągający się
poza Valką.
-
Zowię się Leszyn, syn Zbisława. Urodziłem się nad wielką rzeką
Visaną. Na dworze mojego
ojca, w murowanym lamusie ostawiłem polną konwalię.
-
Co w niej takiego niezwykłego, dostojny panie? - Spytał jeden z
kmieci, noszący imię Zabumas.
-
Nie jest to kwiecie, jakiego pełno na łąkach – odparł po chwili
Leszyn – jeno panna, którą wielce umiłowałem. Na imię jej
Bonisea. Odkąd czarnoksiężnik Firożdan zaklął ją w roślinę,
przemierzam świat w poszukiwaniu remedium na zdjęcie złego czaru.
Chłopi
westchnęli z podziwem, słysząc tak piękną i smutną opowieść.
-
Nasza znachorka umie klecić leki różniste z ziół wszelakich,
jadu węży, krwi kreta i wszelkich innych ingrediencji. - Zabrała
głos młoda, jasnowłosa Jana. - Sądzę, że będzie w stanie
ocalić twoją lubą, witeziu.
-
Doceniam twe dobre chęci, dzieweczko – odrzekł Leszyn – lecz
wyrocznia Welesa wskazała mi inną drogę ratunku. Tu pomóc może
jedynie dwubarwna woda;
zielona i błękitna zarazem, słona i o ostrym zapachu. To jej
źródła szukam po omacku niby ślepiec zrozpaczony. Ściany lamusa
skrywającego zaklętą konwalię pokrywają wypisane na nich złotym
tuszem święte imiona Mokoszy. Dzięki jej opiece żaden robak
zesłany przez Firożdana nie odważy się podgryzać mojego
kwiatuszka.
Nikt
z mieszkańców Valki, pomimo najszczerszych chęci nie umiał
poradzić Leszynowi gdzie mógłby znaleźć krynicę dwubarwnej
wody. Dalsza rozmowa przy gęsty, słodkim piwie i suszonym leszczu
zeszła na temat sioła i jego mieszkańców.
-
Kto jest waszym panem?
-
Nie mamy pana ni króla nad sobą, prócz Ageja na niebie –
objaśnił Zabumas.
-
Którym z jego posłańców najwięcej czci okazujecie? - Dopytywał
Leszyn.
-
Spośród Enków czcimy właściwie tylko Ceroklisa, dawcę urodzaju.
-
Nigdy wcześniej nie słyszałem tego imienia. - Przyznał Leszyn.
-
W naszej wiosce stoi chram Ceroklisa, zbudowany na planie koła i
kryty słomianym dachem. Tylko jeden kapłan składa mu ofiary.
Ceroklis ukazuje się nam pod postacią czarnego kota Bestiarza. Kot
ten jest większy niż bywają zwierzęta jego gatunku. Potrafi ubić
i pożreć nawet człowieka, a do tego wydaje z siebie przerażające
ryki.
Leszyn
wiedział co to za zwierzę. Przemierzając sioła i grody Sklawinii
posłyszał bowiem opowieści kupców i podróżników o czarnych
panterach, spotykanych w Bharacji i ponoć także w Afryce. Nie
wiedział jednak, że elfy z Dalekiego Zachodu nazywały Bestiarza w
swoim języku imieniem Tevildo, oznaczającym demona.
-
Rad bym wiedzieć jakim sposobem taki gruby zwierz zagościł w
waszej wiosce.
-
Przyszedł do nas jako kocur zwykłych rozmiarów. Był głodny i
zabiedzony. Zamiast mleka lub śmietany daliśmy mu napić się piwa.
Skosztował trunku i zaraz urósł o kilka cali. Następnie zjadł
koguta, świnię i czarnego wołu. Z każdym pożartym zwierzęciem
stawał się coraz większy. Zamienił się w końcu w bestię,
władającą ludzką mową. Zamieszkał w wybudowanym przez nas
chramie na obrzeżach wioski.
-
Czy będę mógł ujrzeć Ceroklisa, którego czcicie? - Zapytał
Leszyn z czołem zmarszczonym od intensywnego myślenia.
-
Myślę, że nasz opiekun ucieszy się, mogąc powitać tak
dostojnego gościa. - Odparł z przekonaniem Zabumas.
Chłopi
zaprowadzili Leszyna do chramu. Wewnątrz powitał go uściskiem ręki
młody kapłan w białej szacie. Miał intensywnie zielone oczy,
kozią bródkę barwy szafranu i bliznę na skroni.
-
Zowię się Pirogastis i chętnie zaspokoję głód wiedzy dostojnego
pana. - Tembr głosu ofiarnika zdradzał podenerwowanie.
Ryc. za: Pngtree
Pomimo
wyszukanej uprzejmości, Pirogastis unikał wzroku Leszyna. Gdyby
Leszyn spojrzał mu w oczy, mógłby dostrzec w nich nienawiść do
całego świata. Kapłan pokazywał wypisane na ścianach modły i
zaklęcia, malowane misy, rogi i puchary, służące składaniu
ofiar, noże i topory, przeznaczone do tego samego celu oraz
zgromadzone pieczołowicie czaszki kogutów, świń i wołów. Leszyn
zaklął mimo woli, trącając stopą czerep, wyglądający na
szczątki ośmioletniego dziecka. Patrząc uważniej na drewnianą
podłogę, dostrzegł więcej czaszek, należących do dzieci w
różnym wieku, od pięcio – do dzięsięciolatków.
-
… Nie frasuj się z ich powodu, Słowianinie. Ich krew wsiąkła
już w ziemię, wydającą dzięki temu obfite plony.
Leszyn
zmienił się na twarzy. Zmierzając przez puszczę w stronę Valki,
słyszał opowieści leśnych ludzi o łotrowskich czcicielach
piekielnego kocura, nazywanych kacerzami i składanych przez nich
żertwach z niewinnych dziatek. Wtedy jednak zdawały mu się jeno
czczą gadaniną. Wchodząc do chramu nie miał przy sobie broni.
Zgodnie z obowiązującym obyczajem zostawił oręż na zewnątrz.
Dopadł Pirogastisa i z całej siły zacisnął dłonie na jego
gardle.
-
On oszalał! Zabije naszego kapłana! - Pisnęły wystraszone
niewiasty.
Palce
Leszyna zacisnęły się z siłą stalowego imadła. Kapłan
zwiotczał. Pod postacią czarnego, uskrzydlonego węża, wyfrunął
z chramu, wśród nieopisanego odoru siarki. Na podłodze została
jedynie porzucona biała kapłańska szata.
-
Straszny będzie gniew Ceroklisa! - Biadoliła przerażona Jana.
Z
głębi przybytku rozległ się ryk dzikiego zwierza. Bestiarz –
Ceroklis pod postacią czarnej pantery skoczył i obalił Leszyna.
Dłuższą chwilę kotłowali się obaj po podłodze. Żaden chłop z
Valki nie raczył wspomóc junaka, podrzucając mu ofiarny nóż do
obrony. Leszyn musiał radzić sobie sam. Szczęśliwie nie brakowało
mu siły. Zacisnął palce obu dłoni na gardle pantery i ścisnął
tak mocno, jakby chciał wycisnąć wodę z kamienia. Chłopi jęknęli
przeciągle, widząc umierającego Ceroklisa. Jego para uleciała
pospiesznie z chramu pod postacią czarnego motyla. Leszyn powstał
zdyszany i pełen gniewu.
-
Powinienem teraz oddać płomieniom was i tę jaskinię zbójców,
którą zowiecie chramem!
-
Jakim prawem to czynisz?! - Zabumas był purpurowy z gniewu.
-
Będąc junakiem mam obowiązek zawsze i wszędzie tępić pomiot
Czarnoboga.
-
Ceroklis, którego zamordowałeś był pośrednikiem między nami a
Agejem.
-
Głupcy, piekielni głupcy! Agej i Enkowie nigdy nie nakazaliby
nikomu krzywdzić dzieci! Takich ofiar mogą domagać się jedynie
smok Rykar i jego Čorty!
-
Opuść naszą wioskę. - Zażądał krótko Zabumas.
-
Z miłą chęcią. - Leszyn odebrał zostawiony przed wejściem oręż.
Dosiadł
wiernej Dychawicy i galopem odjechał z Valki. Wcześniej zdążył
jeszcze strząsnąć pył ze swoich butów…
*
W
księżycową noc Leszyn siedział przed ogniskiem na skraju puszczy,
pogrążony w rozmyślaniach. Zarośla zaszeleściły i wyszedł z
nich majestatyczny, biały, długowłosy kocur, wielkością
przypominający lwa albo tygrysa. Podszedł w stronę Leszyna, nie
okazując nawet najmniejszego lęku przed ogniem.
-
Ktoś ty? - Spytał Leszyn.
-
Jestem prawdziwym Ceroklisem. Dziękuję ci, że usunąłeś z Valki
uzurpatora czyniącego nieprawość w moim imieniu.
-
Drobiazg.
-
Jakiej nagrody pragniesz? - Spytał biały kot.
-
Do szczęścia wystarczy mi jeno, aby moja luba odzyskała ludzką
postać.
-
To da się zrobić. - Miauknął Ceroklis.
*
,,Purpurowa
Dajna’’ zawiera relację o wspólnej wyprawie Leszyna i
Białego Ceroklisa przeciw czarnoksiężnikowi Firożdanowi. Po wielu
przygodach junak uwięził złego maga w kryształowej butli, którą
następnie cisnął do morza. Wtedy to zaklęta w konwalię Bonisea
odzyskała ludzką postać po podlaniu dwubarwną wodą. Z radością
poślubiła Leszyna. W erze trzynastej w założonym przez nich
rodzie przyszła na świat polska mistyczka, siostra Wanda
Boniszewska.