,,Stopy
moje – bose, skronie złotowłose,
Kochałam,
płakałam, zmarłym wodę niosę.
Oczerstwijcie
ból wasz słony,
Smakiem
śmierci podrażniony,
Cały
ranek w dzban zielony
Ciułałam
tę rosę’’
-
Bolesław Leśmian ,,Zielony dzban’’
Ryc. za: Miroslav Yotov
W
pierwszych wiekach
ery dwunastej panował
w Tracji król Sław. Otrzymał przydomek Stumogilen. Rozkazał
bowiem usypać sto kurhanów dla uczczenia pamięci królów i
herosów Puany, krainy leżącej na ziemiach trackich przed potopem.
Za stolicę swojego
królestwa Sław Stumogilen obrał Plesakovo, którego wałów
strzegła gwardia złożona z dwustu Lynxów i dwustu Orłowców,
wojów z prastarych ras ludzi z głowami zwierząt. Poślubił
czarnowłosą Milę o złotych oczach, córkę Batrybusta, księcia
Antów. Miał z nią czterech synów; Niemierzę, niezrównanego
łowcę o straszliwej sile i wytrzymałości, Tomisława,
Wieńczesława i najmłodszego z nich, Stanisława.

Jako
podaje Kosa Oppman w ,,Perłowym
latopisie’’
Tomisław został
obrany przez wiec księciem trackiego plemienia Szopów. Otrzymał od
nich diadem i zasiadł na tronie w Tsaputkovie po ubiciu demonicznego
węża Dyptama. Potwór ten na przekór innym wężom, pożerał
Szopom wszystkie plony; zboża, jarzyny, owoce z sadów i winnic a
nawet drzewa oliwne. Próbujących mu przeszkodzić w żerowaniu
ludzi zabijał, dmuchając na nich trującym dymem, wydobywającym
się z paszczy. Tomisław włożył mu do niej buraka, a następnie
uciął mieczem koniuszek ogona, jedyny słaby punkt Dyptama. Szopi
nie grzeszyli rozumem w opinii innych Traków. Opowiadano o nich z
przekąsem, wśród salw homeryckiego śmiechu, że kiedyś próbowali
zjeść łyżkami morze, biorąc je za zupę rybną. Wąż Dyptam,
sprawca ich cierpień, wykluł się z dużego jaja, które dwaj
młodzi obwiesie, Wiewiór i Szarek ukradli z podróżnej torby
czarodziejowi, podróżującemu przez ich krainę. Rządzenie Szopami
przysporzyło
Tomisławowi wiele zgryzot z powodu ich przysłowiowej głupoty.

Wieńczesław,
główny bohater rycerskiego eposu ,,Zielony
dzban’’
Bratumiła z Marmoty z IX wieku, oddał swoje serce urodziwej pannie
imieniem Navica. Spotkał ją po raz po raz pierwszy o świcie na
spowitej mgłami łące. Jej złote warkocze lśniły niczym korona,
gdy szła boso, odziana w białe giezło. W dłoniach trzymała
zielony dzban wypełniony zimna, czystą rosą. Wieńczesław
dowiedział się, że nie była zwykłą niewiastą, ale jedna z
nawek, nieśmiertelnych służebnic Welesa, stworzonych przez
trójgłowego pana Nawii w erze drugiej. Rosa w zielonym dzbanie była
przeznaczona dla ochłody dusz zmarłych, pokutujących w Nawii
Ciemnej. Wieńczesław zapragnął poślubić Navicę
tak mocno, że wszelkie księżniczki całkowicie straciły dlań
swój powab. Nawka zgodziła się zostać żoną królewicza jako
zwykła niewiasta podlegająca starzeniu i śmierci. Decyzję tę
podjęła gdy Wieńczesław, przybywając na białym, skrzydlatym
koniu, wyswobodził ją z płonącego kręgu, gdzie tkwiła uwięziona
na skutek zaklęcia czarnoksiężnika Zubotina. Na wesele
Wieńczesława i Navicy przybył sam Weles, pilnujący wraz z Rgłem,
by gościom nie zabrakło piwa ani miodu. Navica, choć teraz już
śmiertelna, nic nie
straciła ze swojej mądrości. Jako księżna często służyła
mężowi mądrymi radami, otoczona należnym szacunkiem dworu i ludu.
Bratumił z Marmoty porównywał ich wprost do rzymskiego króla Numy
Pompiliusza i jego ukochanej żony, nimfy Egerii.
*
-
Chcę być taki jak moi bracia, nieustraszeni mocarze! - Powtarzał
sobie z uporem jedenastoletni, jasnowłosy otrok, przedzierający się
nocą przez las pełen ciernistych zarośli w samej tylko białej
koszulinie nocnej. Chors Car Księżyc litościwie oświetlał mu
drogę srebrnymi promieniami. Chłopiec zaciskał w dłoni zaostrzony
patyk i pomimo trzęsących się nóg, brnął do przodu, chłostany
w twarz nisko zwieszającymi się gałęziami drzew i pokłuty do
krwi kolcami tarniny.
-
Nie boję się! Nie boję! - Powtarzał sobie uparcie to słowo niby
czarodziejskie zaklęcie dla odegnania złych mocy, choć po twarzy
ciekły mu łzy bólu i właśnie – strachu.
Ryc. za: DigitalTintArt
Był
to nie kto inny jak sam królewicz Stanisław, najmłodszy z synów
króla Sława Stumogilena. Nazywano go Stasiem Niemrawym, bowiem nie
wdał się w swoich braci. Od swych najwcześniejszych lat
niemowlęcych był słaby i chorowity niby kocię ślepo urodzone.
Nie wróżono mu ani długich lat życia ani sławy junaka i władcy.
Jeden z doradców, Geruzej w czarnej szacie zasugerował królowi,
aby niewydarzonego syna kazał porzucić na rozstajnych drogach na
żer dla dzikich zwierząt. Sław Stumogilen zapłonął gniewem na
te okrutne słowa i przepędził precz ze swego dworu pochlebcę i
intryganta. Wespół z ukochaną Milą Złotooką otoczył czułą
opieką najsłabsze ze swych dzieci, bo i w nim upatrywał dar Enków
jak w pozostałych potomkach. Stanisław często się przeziębiał.
Był blady, anemiczny i krzywonogi. Więcej czasu spędzał na łożu
w swojej komnacie, doglądany przez wraczy znachorów niż w na
radosnych zabawach w gronie rówieśników. Choć był królewskim
synem, nie ominęły go złośliwe docinki czeladzi, raniące niczym
ukąszenia wąpierzy. Osobliwie jeden pachoł imieniem Konolub
szydził z jego ,,wątłego zdrowia’’. Stać słuchał
pieśni o czynach Margusa, Makarki, Semika, Barannusa, Relia
Kriliaticy oraz innych junaków z zamierzchłych dni. Płakał
skrycie, że nie może być taki jak oni. W dniu jedenastych urodzin
posłyszał, że w puszczy rozciągającej się podgrodziem
stołecznego Plesakova zagnieździł się wąpierz o łysej głowie i
spiczastych uszach, odziany w czarną, sięgającą ziemi szatę ze
szkarłatnym wykończeniem. Mawiano, że postać krwiopijcy przybrał
radca Geruzej, wygnany przed laty z dworu przez króla Sława i
szukający teraz zemsty na całym rodzie Stumogilenów. Jego siła i
bijący odeń trupi odór odbierały odwagę najtęższym junakom w
Tracji. Jeden tylko królewicz Staś, wzorem dawnych witezi wymknął
się nocą z sypialni, aby wbić zaostrzony patyk prosto w serce
prześladowcy niewinnych poddanych.
Kiedy
chłopiec przedzierał się przez leśny gąszcz, pod jego czaszką
tłukły się przykre wspomnienia niby nietoperze usiłujące się
wydostać z zamkniętej izby na zewnątrz. Jeszcze parę dni temu
Konolub, czeszący bursztynowym grzebieniem jego włosy w ramach
porannej toalety, rzucił z okrucieństwem.
-
Wiesz, że nigdy nie będziesz miał żony? Żeby mieć żonę,
trzeba być silnym i zdrowym, a ty taki nie jesteś i nigdy nie
będziesz. Zamiast tego zawsze możesz … zwalić konia! - Pachoł
roześmiał się głupkowato.
Staś
znienawidził go za te słowa.
-
Nie dam się! Udowodnię wszystkim swoją wartość! - Mówił do
siebie stanowczo, zaciskając piąstki.
Rozległo
się dudnienie i trzask zarośli łamanych ciężkimi nogami. Staś
zobaczył w blasku Srebroniowym biegnącego męża wysokiego jak dąb.
Wielkolud był odziany w łachmany, zaś jego długie, brązowe
kołtuny opadały mu na oczy. Lepił się od brudu i przeraźliwie
cuchnął niczym dziki zwierz.
-
Uważaj na wąpierza, aby cię nie pokąsał, mości olbrzymie! -
Śmiało zawołał Staś.
Olbrzym
odwrócił w jego stronę swą tępą, czerwoną od żłopania
samogonu twarz. Zaskrzeczał coś w odpowiedzi jak małpa, po czym
pobiegł dalej. Królewicz nie bał się go. Rozpoznał w leśnym
wyrzutku znanego sobie z opowieści panien służebnych Hagarudę.
Przed trzydziestu laty został za radą czarownicy wygnany z Rajnika,
swojej wioski, za to, że nigdy nie nauczył się mówić. Wypędzony
z ojczystej zagrody zdziczał, coraz bardziej upodabniając się do
getzka albo ałmasa. Staś żałował go.
Kiedy
obłąkany olbrzym skrył się w gąszczu, chłopiec poczuł na sobie
parę oczu.
-
Kto ośmiela się na mnie gapić?! Niechże wyjdzie z kryjówki, a
nie chowa się w niej jak tchórz! - Podniesiony głos Stasia miał
zamaskować wzbierającą w nim trwogę.
Ryc. za: wildnatureusa
Zarośla
zaszeleściły i wyszły z nich dwa zwierzęta; złocisty lampart i
wymarły już dziś koziorożec leśny. Ten drugi zwierz był pokryty
siwą sierścią i miał błyszczące, jakby pozłacane rogi. Staś
nie wiedział co należy mówić w takich sytuacjach. Naprawdę nie
chciał okazać się podobnym do młodego księcia Burczymuchy;
pyszałka i samochwała, którego tchórzostwo stało się
przysłowiowe. Przybrał przeto buńczuczną minę i tupnął w leśne
runo bosą stopą na znak, że nie boi się dzikich zwierząt.
-
Zaiste jesteś bardziej odważny niż niejeden dorosły. -
Nieoczekiwanie przemówił ludzkim głosem lampart. - Nas jednak nie
musisz się obawiać!
-
Kimże jesteście? - Zainteresował się Staś.
-
Przybywam od jytnas Tatry Gorskiej Majki – oznajmił koziorożec.
-
A mnie przysłała Dziewanna Šumina Mati – dodał lampart. -
Prawda to, że zamierzasz rozprawić się z wąpierzem?
-
Prawda – przyznał Staś, wypinając wątłą pierś.
-
Nie mogli mu sprostać mężowie silni i uzbrojeni po zęby, a ty,
smyku, chcesz tego dokonać z kruchym patykiem w ręku? - Słowa
lamparta podziałały na królewicza jak ceber lodowatej wody wylany
na rozpaloną głowę.
-
Przynajmniej… przynajmniej umrę jak junak, a nie jak baba! - Staś
rozpłakał się.
-
Enkowie nie chcą twego zgonu – beknął uspokajająco koziorożec.
- Doceniają twoją odwagę, nas zaś przysłali tobie ku pomocy.
Oba
zwierzęta dmuchnęły silnie w uszy królewicza.
-
Czy czujesz się teraz silniejszy? - Spytały jednocześnie.
-
O tak – rozweselił się Staś. - Mam teraz w sobie taką siłę,
że gdyby wbić słup w tracką ziemie, niechybnie przewróciłbym ją
na drugą stronę!
-
Używaj jej odtąd do obrony słabszych, nie zaś dla popisywania się
czy bezmyślnego niszczenia! - Pouczył chłopca lampart.
-
Możesz usiąść na moim grzbiecie – zaproponował koziorożec. -
Ostrzegam jednak, że jazda będzie podła, bo jest twardy, a nie
noszę na nim siodła.
-
Mam to w rzyci! - Zakrzyknął wesoło Staś.
-
Wyrażaj się! - Warknął lampart.
-
Przepraszam.
W
blasku Srebroniowym najmłodszy królewicz pędził przez mroczny
las, dosiadając na oklep siwego koziorożca o złocistych rogach.
Wymachiwał nad głowę ułamanym po drodze kijem, ostrym na końcu
niby włócznia i śmiał się radośnie na myśl o czekającej go
przygodzie. U jego boku podążał w milczeniu lampart.
*
Ryc. za: Art Print Gallery
Niebiańskie
zegary wyznaczały z wolna koniec panowania nocy w przyrodzie.
Wąpierz, którym istotnie był odmieniony czarną magią Geruzej
powrócił opity krwią do swojej kryjówki. Zwykł przesypiać dnie
w ziemnej jamie przy wodospadzie, nakrytej płaskim kamieniem.
Uśmiechnął się złośliwie na myśl o wyrządzonych szkodach.
Wspominał z lubością pogryzionych ludzi i zwierzęta, rzucone
uroki i rozsiane tu i ówdzie miazmaty z zarodem przyszłej zarazy.
Wspomagany
przez oba zwierzęta Staś zaskoczył wąpierza jak potrzask.
Przeraził się sługa piekielnego węża Gorynycza, kiedy
jedenastoletni otrok nieustraszenie młócił go twardymi pięściami
i dźgał zaostrzonym kijem. Sam przy tym unikał kłów i szponów
wąpierza z wprawą adeptów spasu ćwiczących pod okiem samego
Stepiana, władcy trawiastych pustkowi.
-
Oszczędź mnie, a dam ci skarby u wyniosę się daleko! - Obiecał
wąpierz.
Staś
zawahał się.
-
Nigdy nie wierz wąpierzom! - Warknął lampart.
-
One kłamią nawet wtedy, kiedy mówią prawdę! - Dodał koziorożec.
Staś
zdjął tedy z szyi rzemyk z nanizanym nań czerwonym koralikiem. Był
to prezent od matki, wręczony chłopcu na jedenaste urodziny.
Zarzucił go na szyję wąpierza. Geruzej zawył, gdy rzemyk
przeobraził się w mocny, srebrny łańcuch.
-
W imię Ageja odsyłam cię pod dąb Karako, zrodzony krwią Teosta
Cara Słońce. Przebywaj pod nim po kres dziejów! - Staś
wypowiedział formułę przekazaną mu w drodze przez zwierzęta.
Na
te słowa wąpierz rozpłynął się jak mgielny opar. Staś słaniał
się ze zmęczenia.
-
Pora wracać do domu, mały junaku – koziorożec polizał jego
policzek szorstkim językiem. - Twoim bliskim będzie trudno uwierzyć
w to czego dokonałeś, ale my ich przekonamy!