Kwaśniewski przypomina: Podczas upałów pij wódę.
P. S. Kto głupi, niech się do tego stosuje.
P. P. S. Przypominam, że wciąż jeszcze trwa miesiąc trzeźwości.
Kwaśniewski przypomina: Podczas upałów pij wódę.
P. S. Kto głupi, niech się do tego stosuje.
P. P. S. Przypominam, że wciąż jeszcze trwa miesiąc trzeźwości.
,,Kusz zaś zrodził Nimroda, który był pierwszym mocarzem na ziemi. Był on też najsławniejszym na ziemi myśliwym. Stąd powstało przysłowie: ‘Dzielny jak Nimrod, najsławniejszy na ziemi myśliwy’. On to pierwszy panował w Babelu, w Erek, w Akkad i w Kalne, w kraju Szinear. Wyszedłszy z tego kraju do Aszszuru, zbudował Niniwę, Rechobot – Ir, Kalach i Resan, wielkie miasta pomiędzy Niniwą a Kalach’’ - Rdz 10, 8 – 12
Wielce się zestarzał król Sław, założyciel sławnego rodu Budowniczych Kurhanów. Przeżył całe dwa stulecia, pomimo siwych włosów, wciąż zachowując krzepkość ciała i bystrość umysłu. Do ostatnich lat swego żywota pozostał władnym łamać podkowy w starczych dłoniach. Mar – Zanna lękała się spotkania ze Stumogilenem bardziej niż on sam bał się jej lodowego ościenia. W końcu nadszedł jednak ten dzień, kiedy król Sław, błogosławiony przez Enków powziął zamiar opuszczenia tego świata. Wezwał przeto swoich dorosłych już synów do grodu zwanego Ochrydą. O zachodzie Słońca zasiadł na złotym tronie ustawionym nad brzegiem jeziora. Jego oblicze jaśniało gdy żegnał się ze swoimi synami.
- Czas na mnie, moi drodzy. Miłowałem prawość, zwalczałem zaś występek. Teraz wyruszam do Nawii Jasnej, gdzie czeka na mnie umiłowana Mila Złotooka i ci wszyscy sławni jytnas sprzed potopu, którym usypałem sto kurhanów. Czyńcie podobnie, abyśmy kiedyś znów się spotkali w nieśmiertelnym carstwie Welesa. Agej viełatifikoł! 1 - Stary król uniósł prawą rękę do błogosławieństwa, po czym uściskał ze łzami królewiczów. Tymczasem obok jego tronu zgęstniał złoty obłok. Wyszedł z niego skrzydlaty koń przez Greków nazywany Pegazem. Jego grzywa, ogon i kopyta mieniły się najszczerszym złotem.
- Czas już, panie. - Z każdym słowem rumaka z jego pyska wydobywały się płomienie.
Sław Stumogilen wskoczył na osiodłanego pegaza bez pomocy pachołka. Koń zatrzepotał potężnymi skrzydłami i uniósł króla na zachód do Welesa za morze.
Władzę nad poszczególnymi dzielnicami Tracji objęli czterej synowie Sława; Niemierza, Tomisław, książę Szopów Małorozumnych, Wieńczesław i najmłodszy z nich, Stanisław. W herbie Stanisława, przedstawiającym serce z złotej misie widniały po obu stronach jako trzymacze złoty lampart i srebrny koziorożec. Zostały tam umieszczone na pamiątkę dwóch mówiących zwierząt, które udzieliły królewiczowi swej siły potrzebnej do odniesienia zwycięstwa nad wąpierzem. Kiedy jedenastoletni Staś powrócił na zamek w stołecznym Plesakovie wraz z lampartem i koziorożcem, dowiedział się o śmierci Konioluba. Imię to nosił sługa, wciąż wyśmiewający królewicza z powodu jego chorób i braku tężyzny. Pod nieobecność Stasia, król Sław kazał powiesić Konioluba na gałęzi suchego drzewa za ciągnące się latami kradzieże srebrnych łyżek. Drzewo, na którym zawisł pachoł, nazywano w pieśniach Osiką Konioluba i pokazywano je jeszcze trzysta lat po opisywanych zdarzeniach. Czarownice dodawały jego korę i łyko do sporządzanych przez siebie trucizn.
*
Jeszcze w erze trzynastej Asyryjczycy wspominali Niemierzę jako swojego praojca Nemroda. Była najstarszym z synów Sława Stumogilena. Na mocy testamentu swojego ojca objął we władanie północne księstwo zwane Dobrudżą, w którym Trakowie żyli pospołu z Dakami. ,,W jego żyłach musi płynąc krew olbrzymów!’’ - Szeptali z podziwem poddani. Niemierza przewyższał o głowę najroślejszych wojów ze swojej drużyny, a jego siłę z niewielką tylko przesadą porównywano do potęgi smoka. Jego włosy przypominały czarną lwią grzywę, podczas gdy obfita broda przywodziła na myśl kosmatego tura. Mawiano, że właśnie w owej brodzie, smoliście czarnej i ufryzowanej w loki, zaklęta została niepospolita siła i odporność na najcięższe nawet rany. Niemierza samowładnie panował nad Dobrudżą. W przeciwieństwie do swoich braci ani razu nie zwołał wiecu. Rozpędził też na cztery strony swoich doradców, Maranowiczów i Baranowiczów, przejrzawszy ich jako opojów i złodziei. Z tego powodu w greckich kronikach został określony mianem ,,tyrannos’’.
W bitwie pod Eretą zwyciężył zagony Aratta, księcia Antów. Aratt panował na ukraińskiej ziemi i podczas każdej bitwy dosiadał ogromnego dzika, zwierzę nieustraszone o szczecinie posiwiałej ze starości. Niemierza walczył natomiast z grzbietu karego rumaka imieniem Ciemlan, okryty zbroją z metalowych łusek. Jego uzbrojenie stanowił miecz Tygrys i kolczasta maczuga cięższa niż bywają niedźwiedzie i żubry. Prócz Niemierzy żaden inny mocarz, nawet z plemienia Ispolinów, wyróżniającego się straszliwym wzrostem i siłą nie byłby w stanie jej unieść. Pod Eretą ubił Niemierza Aratta po walce zajadłej i krwawej wraz z jego wierzchowcem. Zwyciężeni Antowie porzucili oręż i rzucili się do ucieczki jak przestraszone prosiaki.
Od swoich lat pacholęcych przedkładał Niemierza łowy nad naukę języka starokrasnego, poezji, tańca oraz zamierzchłych dziejów. Niestraszny był mu tur, żubr, dzik, niedźwiedź ani nawet lew z rodzaju tych, które żyły podówczas w Tracji i Grecji. ,,Ezamanda’’, księga łowców, spisana w Persji w czasach pierwszego imperium sarmackiego, opisuje walkę z niedźwiedziem demonicznym z Siwonii. Było to połączenie Čorta z drapieżnym zwierzem o czerwonych oczach oraz kłach i pazurach ze stali. Rozdzierając swoje ofiary, niedźwiedź demoniczny śmiał się opętańczo na podobieństwo hieny. Niemierza zadusił bestię gołymi rękami, po czym odesłał jako wotum dla chramu Dziewanny Šumina Mati naszyjnik ze stalowych kłów i pazurów. ,,Ezamanda’’ wspomina także o ustrzeleniu przez Niemierzę z łuku lisa o ogonem mierzącym trzy wiorsty. Szemrali mieszkańcy Dobrudży, że ich książę zaniedbywał rządzenie, trawiąc cały czas na łowach.
W lipcu osiem dni przez Świętem Peruna udał się Niemierza jak co dzień do puszczy, zabierając ze sobą orszak łowczych i sforę psów. Jego oblicze przypominało burzową chmurę, oczy zaś zdawały się ciskać błyskawice. Myśliwy rozsierdził się wielce nic nie upolowawszy tego dnia. Mogłoby się zdawać, że zaraz wyjmie miecz z pochwy i zetnie nim wszystkie drzewa w lesie.
- Spójrz, panie! Jednak nie przyjechaliśmy tu na próżno! - Zawołał jeden z łowczych.
Niemierza ujrzał jak przez knieję biegła śnieżnobiała łania, obwieszona złotem i klejnotami. Zwierzę zdawało się nie obawiać myśliwych ani też ich psów. Książę rozradował się i chwycił za oszczep. Wtedy z kępy wybiegł krasnoludek, którego czerwoną czapeczkę zdobiły trzy krucze pióra.
- Wstrzymaj się, panie! - Skrzacik zawołał piskliwym głosikiem. - Nikomu nie wolno zabijać tej łani, bo jest ulubienicą Dziewanny!
- Zmykaj stąd, pokurczu, bo cię zaraz kopnę! - Warknął Niemierza, zły, że ktokolwiek ośmielił się przeszkadzać w jego ulubionej rozrywce.
Kiedy przestraszony krasnal skrył się pospiesznie w zaroślach, Niemierza cisnął oszczep z wprawą zawodnika greckich igrzysk w Olimpii. Ugodził białą łanię prosto w serce. Zwierzę przewróciło się na trawę i zaraz potem skonało. Niemierza zadął w bawoli róg na znak pomyślnego zakończenia łowów.
- Wracamy na zamek – zdecydował. - Jestem księciem, przeto dogadam się jakoś z leśnymi Enkami. Nie ukarzą was.
Gdy Dziewanna dowiedziała się co Niemierza uczynił z jej ukochaną łanią, wypiastowaną przez nią od maleńkości, rozpłakała się rzewnie, a z nią cała leśna przyroda. Już wkrótce na Księstwo Dobrudży uderzyły plagi. Pierwsza przyszła susza, potem pomór bydła, świń i owiec, wreszcie niezbyt silne trzęsienie ziemi obaliło rzeźbioną kolumnę, postawioną przed trzema laty dla uczczenia zwycięstwa Niemierzy nad Arattem. Lud tracki począł się burzyć i żądać stanowczo odpowiedzi na pytanie o tożsamość winowajcy tych nieszczęść. Sam Niemierza rad byłby to wiedzieć. Pytał żerców, rzucających losy i przeprowadzających konia przez leżące włócznie. Ci jednakże nie znali odpowiedzi, albo też bali się jej udzielić. W wigilię Święta Peruna na zamku stanął przed obliczem księcia siwobrody dziad w poszarzałych łachmanach. Przepasany konopnym sznurem w oczach miał szaleństwo. Mawiano o nim, że był jurodiwym, świętym szaleńcem, mówiącym prawdę bez względu na wszystko. Niemierza nakazał posadzić go przy stole a ugościć winem i pierogami.
- Jakie wieści przynosisz, starcze?
- Gniew Enków cięży nad twoim władztwem, synu Sława. Zaciągnąłeś dużą winę wobec Pani Dziewanny, zabijając na łowach jej białą łanię. Nie słuchałeś ostrzeżeń jeno pochlebców. - Z każdym słowem dziad coraz bardziej podnosił głos. - Ta ziemia mogła być żyzna, lecz z twojej winy stała się jałowa! - Dziad powstał z krzesła i wymierzył w księcia brudny palec jak oskarżyciel w sądzie.
Zmieszał się Niemierza a z nim jego dworacy. Żaden gwardzista nie odważył się dobyć miecza, by na zawsze uciszyć jurodiwego.
- Co mam teraz zrobić? - Spytał pobladły Niemierza.
- Opuścić Dobrudżę i więcej do niej nie wracać. Tylko tak ocalisz poddanych.
- Powiedz mi, heroldzie Enków, czy nie ma innego sposobu na odwrócenie klęski?
- Nie – warknął dziad i wyszedł z sali tronowej.
Niemierza po raz pierwszy i ostatni rozesłał wici, zwołując wolnych mieszkańców Dobrudży. Wyznał swoją winę wobec kapłanów i całego ludu. Następnie zrzekł się korony na rzecz Stanisława, najmłodszego ze swoich braci, władcy łagodnego i sprawiedliwego. Dosiadł Niemierza karego konia i pojechał na nim gdzie oczy poniosły. Ilekroć wahał się nad kierunkiem dalszego wędrówki, kładł sztylet na ziemi i obracał nim wkoło. Podążał zawsze w stronę, wskazaną mu przez ostrze. Tak wziął na siebie odpowiedzialność za to co uczynił. Dzięki temu gniew Dziewanny ustał a z nim plagi.
*
Wczesnym wieczorem u stóp Śmiertnego Dębu, rosnącego na ziemiach późniejszej Analapii zapłonęło ognisko. Wokół niego zasiadło nad pieczoną sarniną trzech rosłych mężów, którzy niejedną noc spędzili na bezludnym gościńcu.
Znoszona kapota jednego z nich wskazywała na pochodzenie ze stanu kmieci. Włosy miał płowe, oczy zaś wodniste o bezmyślnym spojrzeniu. Najbardziej przykuwała uwagę i zarazem napawała niepokojem zawieszona na sznurku na szyi ucięta głowa czarnego kozła. Pół biedy z tym, ze chłop nosił ten krwawiący szczątek capa jak medalion. Znacznie gorzej, że koźli łeb wciąż pozostawał żywy. Przewracał oczami, wysuwał język, meczał, jakby nigdy nie został oddzielony od tułowia, a czasem nawet przemawiał ludzkim głosem.
- Zowię się Kacper Borowy – powiedział właściciel upiornego naszyjnika. - Przyszedłem na świat we wsi Kotlinie. Rataj, ten który ją zakładał jeszcze za życia mojego pradziadka, wyorał raz z ziemi zaczarowany kocioł z czarnego jak smoła metalu, pełny po brzegi złotych grzywien. Rataj podzielił je sprawiedliwie tak, że starczyło ich dla całej wsi. Pouczył kmieci, aby korzystając z nich zawsze zostawiać na dnie jedną grzywnę, aby zapas złota mógł się odnowić. Niestety już po śmierci Rataja, pazerny Chytek wydobył z kotła wszystkie grzywny co do jednej. Ta ostatnia sztuka złota zapłonęła z gniewu na chciwca i oparzyła mu rękę. Odtąd kocioł stracił swą czarodziejską moc i ludzie w Kotlinie są teraz biedni jak myszy z kąciny. Pytaliście mnie o ten koźli łeb co go noszę na piersi. Zaraz zaspokoję waszą ciekawość. Trzy lata temu przez moją wieś pędził czarny kozioł i wołał ludzkim głosem: ,,Strzeżcie się! Zaraza nadciąga’’. Najtęższe chłopy struchlały jak przestraszone króle, zaś baby i dzieciaki w pisk i lament. Zrobiło mi się niedobrze od tego mazgajstwa. Wziąłem do ręki siekierę. Skróciłem nią kozła o czerep i zawiesiłem go sobie na szyi.
- Tak było. Prawdę mówi. - Koźli łeb, opadający na pierś Kacpra Borowego potwierdził jego słowa ludzkim głosem.;
- Ciwun mojej wioski, godny zaiste zwać się ćwokiem – ciągnął Borowy – zamiast mi podziękować i hojnie wynagrodzić, kazał mi iść precz pod zarzutem świętokradztwa. No to poszedłem sobie, bez żalu porzucając tych wszystkich tchórzy i obłudników.
- Wiem co chcecie powiedzieć – dodał po chwili. - Napotkani kapłani często ostrzegali mnie, abym ten koźli łeb zdjął sobie z szyi i rzucił w ogień. Prawili, że jest częścią siły nieczystej, zbuntowanej przeciwko Agejowi i tym samym przywiedzie mnie kiedyś do zguby. Mnie jednakże mój rozum mówi, że nie czynię nic złego. Oddaję należną cześć Agejowi i Enkom. Koźlej głowy używam zaś jedynie do odnajdywania wody, zwierzyny, ryb, jagód i grzybów, leczenia ran, zatruć i zakażeń oraz unikania zasadzek zbójców, zwierząt drapieżnych i jadowitych. Serce niczego mi nie wyrzuca.
- Sprawiedliwie powiedział. Tak właśnie czyni. - Znów potwierdził koźli łeb.
Jako drugi rozpoczął swoją opowieść urodziwy młodzieniec odziany jedno w przepaskę na biodrach. Na ramiona opadały mu włosy tak jasne, że zdawały się białe. Jego zielone oczy jarzyły się jak światełka robaczków świętojańskich, podczas gdy na pierś opadała zawieszona na szyi żelazna podkowa.
- Urodziłem się na pograniczu krain Mazivy i Burus, władam przeto zarówno mową Słowian jak też Bałtów. Zowię się zaś Pioruniec na pamiątkę pioruna, który był moim ojcem. Trzeba wam bowiem wiedzieć, że każdy piorun, oręż cara Peruna, spoczywający w jego kołczanie jest żywą istotą. Zostały utworzone z ciał morskich żyjątek o wielu mackach, które u zarania dziejów pływały w zaziemskim Oceanie. Każdy z nich obdarzony został wolą i rozumem oraz, rzecz jasna, straszliwą siłą spopielania wszystkiego czego dotknie. Moją matką jest Mojmira, wydana w młodym wieku za zamożnego, lecz butnego i nie grzeszącego rozumem Glomba. Mąż mojej matki od lat już nie żyje. Odszedł bowiem do Nawii ugodzony złośliwą strzałą Apopleksji. Począłem się w nocy kiedy opity miodem Glomb polował wraz z innymi wielmożami na dziki. Wtedy to piorun, który upodobał sobie moją matkę, niewiastę wielce łagodną i cnotliwą, zjawił się w jej łożnicy pod postacią Glomba. Napełnił swoim nasieniem niczego nieświadomą Mojmirę, powołując mnie do życia. Kiedy podstęp się wydał, Glomb wpadł we wściekłość. Głuchy na wszelkie tłumaczenia, zapowiadał, że uśmierci matkę i jej dzieci. Nie zdołał dotrzymać obietnicy, bowiem strzała Apopleksji utknęła w jego czarnym sercu, ratując tym samym życie Mojmiry i moje. Nikt z czeladzi nie żałował jego zgonu. Glomb miał bowiem ciężką rękę i ani razu nie wypowiedział ani jednego życzliwego słowa.
Po swoim prawdziwym ojcu, piorunie, odziedziczyłem siłę, szybkość, bystry wzrok, odporność na mróz jak i upał. Podkowa, którą noszę na szyi ostrzega mnie przed niebezpieczeństwem. Ilekroć znajdę się w opałach, przybiera barwę wiśniowo czerwoną. Otrzymałem ją od pewnego bojara w podzięce za to, że wyciągnąłem koło jego wozu z dziury w stepie.
Kiedy przemierzałem ziemicę Antów, spotkałem smoka, stąpającego na zadnich łapach. Miał dwie głowy i cztery skrzydła pokryte czarnymi piórami. Najdziwniejsze było jednak to, że ów gad straszliwy pilnował stada owiec, należącego do jednego ze scytyjskich książąt. Żadnej z nich nie pożerał jak to zwykły czynić smoki. Dbał o nie niczym najtroskliwszy pasterz, one zaś ufały mu. Dowiedziałem się, że nosił imię Dino, znaczące w greckiej mowie ,,straszny’’.
Innym razem przeprawiłem się na ostrów otoczony falami jeziora. Mieszkał na nim luty olbrzym imieniem Jepistan, który więził jedenaście uprowadzonych niewinnych panien w trzynastej wiośnie życia i młodszych. Łotr ten zabijał je i pożerał jako żertwę dla węża piekielnego Gorynycza i innych Čortów. Tym mieczem – Pioruniec wydobył z pochwy swój oręż – ściąłem mu łeb, zaś ocalone panny oddałem ich rodom. Razem z Jepistanem wyciąłem w pień urządzanych przezeń uczt ofiarnych. Byli wśród nich książęta i plutokraci. Moje oko nie znalazło dla nich żadnej litości, bo … sami jej nie mieli. - Choć była to już przeszłość, gniew Pioruńca na zwyrodnialców ani trochę nie przygasł.
- Zowię się Niemierza, syn Sława, założyciela dynastii Stumogilenów, panującej w Tracji. Po śmierci ojca objąłem tron północnej dzielnicy nazywanej Dobrudżą. Zgubiła mnie nadmierna namiętność do łowów, nie licząca się ze zdrowym rozsądkiem. Puściwszy mimo uszu napomnienia mądrzejszych ode mnie, ubiłem białą łanię poświęconą Dziewannie Šumina Mati. Po tym co uczyniłem, musiałem opuścić Dobrudżę jak też całą Trację, aby ustał ciążący nad nimi gniew Pani Zwierząt. Stolec po mnie objął Stanisław, najmłodszy z moich braci. Udałem się na północ bez mapy i przewodnika. Drogę cały czas wskazywał mi kierowany ręką Doli czubek mojego sztyletu. Nieraz miesiącami nie widziałem człowieka, do którego mógłbym gębę otworzyć. Zżyłem się z wiatrem, słotą, mrozem, śniegiem i upałem. Z mojej ręki ginęły strzygi, karakondżule i jeszcze gorsi od nich zbójcy.
Gdy Niemierza umilkł, zapadła cisza, przerywana jedynie cykaniem świerszczy.
- Jest nas trzech, tyle ile mądrych głów Welesa, nazywanego Trygławem i Trojanem. - Przerwał zadumę Kacper Borowy.
- I co z tego? - Nie zrozumiał Pioruniec.
- Chcę powiedzieć, że dobrze byłoby nam zawrzeć braterskie przymierze w drodze do wspólnego celu.
- Pomysł, nie przeczę, dobry – rzekł Pioruniec – pytanie tylko gdzie jest ten nasz wspólny cel.
- Kiedy jeszcze byłem księciem Traków – zabrał głos małomówny Niemierza – słyszałem opowieści o dalekich krainach. Oto w głębi Azji, w dolinie u stóp gór Hindukusz leżą włości cara Kuszana. Jak wieść niesie jest on władcą prawym a jednocześnie bajecznie bogatym. Moglibyśmy złożyć mu hołd i zostać jego rycerzami.
Słowa Niemierzy spodobały się pozostałym junakom.
- Nuże, dobądźmy mieczy – zaproponował Pioruniec.
Każdy z trzech bohaterów powstał i wyciągnął obnażony oręż nad ogniskiem.
- Biorąc Śmiertny Dąb na świadka – Kacper Borowy w imieniu całej trójki recytował ułożoną naprędce rotę przysięgi – jesteśmy odtąd bracią. Wilk będzie bronił watahy, zaś wataha wilka.
- Tak nam dopomóż, Welesie! - Zakończył Niemierza, po czym wszyscy trzej podali sobie ręce i uściskali się serdecznie.
Pomimo braku wiatru Śmiertny Dąb zaszumiał przeciągle na znak przyjęcia przysięgi.
*
- Kładźcie się już, maluchy i śpijcie grzecznie. - W wiejskiej chacie nad jeziorem Solinska Lykanus siwa babcia kładła swoje wnuki do snu. - Zawsze słuchajcie swoich rodziców, którzy chcą dla was dobrze. Wtedy Enkowie roztoczą nad wami opiekę i żaden Čort nie nabije was na widły.
- Babciu – spytała malutka dziewczynka – a kto trafia do Nawii Čortów?
- Każdy kto idzie między Čorty, dostaje to czego pragnął, choć inaczej niż to sobie wyobrażał. Śpijcie już, szkraby i niech się wam ładne rusałki przyśnią. - Babcia zdmuchnęła świecę.
W nocnym mroku nad słomianą strzechą załopotały błoniaste skrzydła, tworząc wokół powietrzne wiry. Unosił się na nich kozelk. Stwór ten podobny był do białego kozła z czerwonymi oczami, prąciem i pełnym mleka wymieniem. Posiadał jedynie tylne nogi, w miejscu przednich znajdowały się bowiem skrzydła. Kozelka dosiadała wychudła niewiasta w postrzępionej, białej szacie, powiewającej na wietrze. Jej rozpuszczone włosy i cera także były białe niczym trupie kości, podczas gdy wytrzeszczone oczy i korona na głowie zdawały się być utworzone z płomieni. W lewej dłoni trzymała bat. Strzelając z niego co jakiś czas, wskazywała kozelkowi kierunek lotu. Kiedy unosiła się nad ziemią, psy skomlały i podkulały ogony, ludzie zaś przerywali z trwogą swe zajęcia i kreślili rękami znaki odpędzające złe moce.
- Biada nam, bo widzieliśmy straszliwą Laume z rodu Baltaina. - Opowiadali później wracający z karczmy opoje. - Niegdyś była urodziwą panienką, lecz odkąd przeszła inicjację na Łysej Górze, stała się martwicą, rozsiewającą choroby w służbie Zarazy.
- Lepiej nie wymieniajmy jej imienia, bo jeszcze nas usłyszy i upomni się o nas! A kysz, a kysz, skuś baba na dziada.
Kozelk z Laume na grzbiecie zawisł nad chłopską chatą, w której babcia ułożyła wnuki do snu. Ogniste oczy martwicy spoczęły na wyrytym w drewnie świętym znaku kras. Laume prychnęła i poleciała dalej na zachód. Nad brzegiem Solinska Lykanus dostrzegła trzech witezi śpiących przy ognisku.
- Sława Zarazie, tych będę mogła męczyć do woli! - Uśmiechnęła się szyderczo i ponagliła kozelka do lądowania.
Odtąd każdej nocy Niemierza, Pioruniec i Kacper Borowy czuli na swych ciałach wielce bolesną chłostę. Bicz trzymała niewidzialna ręka, wokół zaś rozlegał się złośliwy chichot. Rano junacy budzili się niewyspani i zmordowani jak po godzinie spędzonej z oprawcą w izbie tortur. Za zdziwieniem spostrzegali nawzajem na swoich plecach sine i piekące pręgi. Dręczenie ich trwało przez siedem nocy z rzędu w miarę jak zdążali na wschód ku carstwu Kuszana.
- Widno jakaś siła nieczysta usiłuje nas zatrzymać. - Dywagował Kacper Borowy. - Siła ta musi być widać tęga, skoro koźla głowa zawieszona na mojej szyi milczy w jej obecności. Wytłumaczysz nam może, capie łbie, dlaczego nas nie ostrzegasz?
- Me! - Starczyło za całą odpowiedź capiego łba.
- Tyle to potrafi odrzec i zwyczajna koza. - Machnął z gniewem ręką Kacper Borowy.
- Powinniśmy z orężem w ręku trzymać wartę każdej nocy. - Rzucił propozycję Pioruniec. - Już dziś, powierzywszy się Welesowi, możemy rzucić losy o to, który z nas będzie czuwał pierwszy.
Niemierza i Kacper Borowy uznali propozycję przyjaciela za słuszną, więc w ruch poszły patyki różnej długości. Jako pierwszy czuwał w nocy Pioruniec, jako drugi zaś Kacper Borowy. Niestety obaj posnęli jak susły i obudzili się w krwawymi pręgami. Czarodziejska podkowa zawieszona na szyi piorunowego syna, nadaremnie usiłowała go obudzić. Podskakiwała jak żaba, jarzyła się czerwonym światłem i warczała na podobieństwo psa, lecz nic to nie dało.
Kiedy przyszła kolej na Niemierzę, zacisnął z całej siły w swej lewej dłoni kamień, biorąc przykład z czujnego żurawia. Pomimo tego z najwyższym trudem powstrzymywał powieki od opadania. U jego stóp zaszeleściły źdźbła trawy i wyszła spomiędzy nich mała, zielona jaszczurka.
- Pst! Przysyła mnie Altaira, macierz smoków. Zamierzam ci pomóc, panie.
- Jak takie chucherko jak ty może mi pomóc? - Niemierza uśmiechnął się z niedowierzaniem.
- Spuść się na mnie, panie. - Nalegała jaszczurka, nie okazując ani cienia urazy. - Pozwól, abym zajęłą się twoimi uszami.
Książę – wygnaniec ujął delikatnie jaszczurkę w dłoń i podniósł zwierzątko do swojej twarzy. Zwinka szybko i ze znajomością rzeczy zagłębiła swój język najpierw w jednym a potem w drugim oku. Z prawego zdarła łuskę, z lewego zaś wyjęła drzazgę. Cała operacja została przeprowadzona nadzwyczaj sprawnie i prawie bez bólu. Senność opuściła Niemierzę definitywnie.
- Co teraz widzisz, panie? - Spytała jaszczurka.
- Oto jakaś trupioblada zmora albo wiedźma zamierza się pejczem na moich śpiących współbraci. - Odparł z gniewem Niemierza.
- To jest martwica, a imię jej Laume Upadła. - Objaśniła jaszczurka. - Musisz ją powstrzymać, panie!
Niemierza nie dał sobie tego dwa razy powtarzać. Niczym tygrys dopadł martwicę. Kozelk odleciał przestraszony. Laume wytrzeszczyła z przerażenia oczy, gdy łowca wyrwał jej bat z dłoni a następnie go połamał. Powiadają niektórzy, że w owej chwili zaczarowany bicz przybrał na moment postać żmii cienkiej jak ołówek.
- Co robisz, męska świnio?! Ręka mnie boli! - Pisnęła autentycznie przerażona martwica.
- Milcz, nieczysta! - Uciszył ją warknięciem Niemierza.
Trzymając miotającą się i bluzgajacą paskudnie Laume z siłą stalowego imadła, zawiódł ją na skraj lasu. Stało tam drzewo, w którym jeszcze za dnia Niemierza wywiercił szczelinę zabezpieczoną klinami.
- Co robisz, kpie? Zaraza tak cię ukarze, że sineański rok popamiętasz!
Nie zważając na groźby martwicy, Niemierza umieścił jej prawą, trzymającą korbacz dłoń w szparze i wyjął z niej kliny. Laume zawyła przeraźliwie z bólu. Najstarszy spośród synów Sława Stumogilena dobył wtedy swój róg myśliwski i zadął w niego donośnie niczym Wojski. Słysząc ten zew, Pioruniec i Kacper Borowy zerwali się z posłań i co sił pobiegli na skraj lasu.
- Oto schwytałem naszą dręczycielkę niby złośliwego a nieuchwytnego zwierza w potrzask. - Oznajmił Niemierza, nie wspominając na razie o pomocy jaszczurki.
Wszyscy trzej witezie mieli przy sobie oręż, mogli nim ubić pochwyconą służebnicę Zarazy w każdej chwili. Laume wyła z bólu jak wilczyca. Płakała przy tym rzewnie i solennie, biorąc Welesa – Velinasa na świadka, przysięgała poprawę, aż głaz wzruszyłby się nad jej losem. Żaden z trzech wojów nie zwykł mordować niewiast. Potykali się w śmiertelnych zapasach jeno z przeciwnikami silnymi i zdolnymi do obrony. Niemierza podjął decyzję. Podszedł do martwicy. Sprawnie wydobył jej uwięzioną dłoń z otworu w drzewie. Zaraz potem Pioruniec natarł ją ziołową maścią z rogowego puzderka i przewiązał czystym płótnem. Laume z wolna przestała płakać. Zdawać by się mogło, że łzy wypłukały z niej całą demoniczną brzydotę. Cera nabrała rumieńców. Potargane włosy z białych jak pajęczyny stały się złociste, zaś oczy rozbłysnęły życiem i radością jak dwie seledynowe gwiazdy. Suknia, którą nosiła, przybrała barwę bladej żółci. Laume upadła na twarz przed całą trójką junaków z taką czcią jakby miała przed sobą Enków.
- Jestem wam nieskończenie wdzięczna, że darowaliście mi życie… - Odczarowana skomlała jak zbita suka.
- Jesteś już wolna, Laume. - Zabrał głos Niemierza. - Możesz pójść swoją drogą, a my swoją.
- Błagam, ach błagam, przyjmijcie mnie do waszej drużyny! Pragnę zawrzeć z wami przymierze i dzielić z wami los jako wasza siostra!
- Zdążamy na wschód do włości cara Kuszana. Sami nie wiemy czy dojdziemy tam żywi. - Wtrącił Kacper Borowy.
- Pójdę z wami! Zostanę damą na dworze Kuszana! - Upierała się Laume. - Pozwólcie mi iść na kraj świata. - Przymilała się smutnym głosem. - Dla mojego plemienia jestem już od dawna nieżywa. Zaraza zaś jej bezlitosną panią, która nie wybaczy mi mojej porażki.
Pomimo niechęci Niemierzy, Kacper Borowy i Pioruniec zgodzili się zawrzeć pobratymstwo z odczarowaną Laume. Drużyna zmierzająca do carstwa Kuszana liczyła teraz cztery osoby.
*
Dalsza droga wypadła przez stepy, szerokie jak morze. Na tronie Zviezdunów zasiadał właśnie siwy, posępny Listopad. Należało przeto przezimować w jakimś chutorze bądź choćby jarze, a na wiosnę ruszyć w dalszą drogę. Okolica była odludna. Pożywienie wędrowców stanowiło mięsiwo upolowanych suhaków. Trzeba oddać sprawiedliwość Laume, która okazała się znakomitą kucharką. Ziołowe przyprawy zdawały się same garnąć do jej rąk z niemą prośbą o dodanie ich do pieczeni. Laume nigdy nie narzekała. Z pogodnym obliczem znosiła trudy wędrówki. Kiedy zachodziła taka potrzeba, umiała rozładować napięcie mądrą przypowieścią albo krotochwilnym słowem. Niemierza zdążył już dawno wyzbyć się awersji wobec towarzyszki wędrówki, zaś uwielbiający ją Kacper Borowy i Pioruniec spoglądali na nią wzrokiem coraz bardziej pożądliwym. Zaniepokoiło to Niemierzę. Wziął swoich druhów, aby ich upomnieć.
- Pomnijcie, że biorąc Welesa na świadka, uznaliście Laume za swoją siostrę. Przeto żadnemu z nas nie godzi się poczynać z nią jak mężowi z żoną.
Obaj junacy zmarszczyli brwi i wymamrotali coś niewyraźnie. Laume uśmiechała się szelmowsko niczym Sfinks. Zdawała się wyczuwać rywalizację przyjaciół i radować z jej powodu. Listopad miał się tymczasem ku końcowi. W czasie długich nocy lodowaty wiatr hulał po bezkresnym stepie. Najdzielniejszy junak oddałby wtedy z radością najczystsze złoto z Ofiru, perły i rubiny za wskazanie drogi do najbliższego, choćby najnędzniejszego chutoru.
- Spójrzcie! - Laume wyciągnęła rękę przed siebie.
Jej palec wskazywał samotne drzewo, pomimo później jesieni wciąż pokryte zielonymi liśćmi.
- Drodzy Kacprze i ty, Synu Gromu – zagruchała słodko – wiecie, że miłuję was obu. Swój wstyd panieński oddam jednakże tylko temu z was, który zje więcej liści z tego drzewa. Są słodkie jak miód i leczą wszystkie choroby.
Żaden z junaków nie wiedział, że drzewem tym był Jadownik, używany przez dzikie plemiona Szamachanów z głębi Azji do zatruwania strzał.
- Opamiętajcie się, bracia! - Niemierza próbował ich powstrzymać. - Za krzywoprzysięstwo dosięgnie was kara Welesa! - Nikt go nie słuchał.
Jedynie koźli łeb na szyi Kacpra Borowego odwrócił się w stronę wygnanego księcia Dobrudży i próbował poparzyć go płomieniem spomiędzy swoich zębów. Kacper i ten, którego Chazarowie nazywali Boangeres wdrapali się na drzewo. Garściami zrywali liście i jedli je na wyścigi niczym nierozumne zwierzęta. Nie musieli czekać długo aż poczuli straszliwe boleści.
- Mówiłaś nam… że te liście… leczą wszystkie choroby… - Umierający Pioruniec zwrócił się z wyrzutem do Laume.
- Zgadza się, prostaczku. Właśnie wyleczyłam cię ze śmiertelnej choroby przekazywanej drogą płciową! - Laume roześmiała się szyderczo, po czym ze wzgardą trącała stopą głowy swych wijących się w męczarniach zalotników.
W mroźnym powietrzu rozległ się łopot skórzastych skrzydeł Čortów. Każdy z nich, czarny i rogaty przypominał kozła, którego głowę Kacper Borowy nosił zawieszoną na szyi. Pochwyciły widłami dusze zmarłych junaków i uniosły ich ze sobą na wieczne męki w kazamatach piekielnego węża Gorynycza. Laume poczęła się zmieniać. Znów była martwicą o włosach i cerze białych jak trupie kości.
- Pomściłam porażkę, Zarazo, Boska Korono, ciężka całemu światu! - Zawołała głosem ścinającym krew w żyłach.
- Garbatego dopiero mogiła naprostuje! - Niemierza z dobytym mieczem rzucił się na martwicę.
Laume znikła jednakże, nim zdążyło ja dosięgnąć karzące ostrze. Niemierza spędził resztę nocy, opłakując zmarłych druhów. Spopielił ich ciała w ogniu podsycanym płonącym Jadownikiem. To zaś co z nich zostało ukrył pod kopczykiem drobnych kamyków.
*
Niemierza porzucił zamysł dotarcia na dwór cara Kuszana. Poślubił Sigmę, równie piękną co nieustraszoną córkę króla Wologezytów, słowiańskiego plemienia cieszącego się szczególnymi łaskami Welesa. Wraz z dworem i drużyną Niemierza – Nemrod i Sigma osiedlili się w Mezopotamii nad brzegiem Tygrysu. Tam właśnie przyszedł na świat ich syn, Aszur, który zasłynął jako wielki wojownik. Od jego imienia wzięła swą nazwę Asyria, postrach starożytnego Bliskiego Wschodu…
1 Starokrasne: Agej błogosławiony!
Śniło mi się, że:
- napisałem opowiadanie fantasy, którego bohater wyrwał z korzeniami krzak dzikich jagód, aby pokonać siły zła, nawiązałem w nim do ataków Ukrainy na firmę Wildberries w Rosji,
- zobaczyłem nagą Smerfetkę, której skóra nie była niebieska, ale cielista,
- zmartwiłem się, gdy książki Andrzeja Pilipiuka zostały potępione na antenie Radia Maryja, UWAGA: To tylko sen, nic takiego się nie wydarzyło,
- zobaczyłem w wypożyczalni powieść Margit Sandemo z nieznanej sobie wcześniej serii obyczajowej z elementami magicznymi, której akcja rozgrywała się w XIX - wiecznych Norwegii i Rosji, bohaterka powieści rozmawiała z młodą, czarnowłosą czarownicą z rodu Ludzi Lodu,
- zobaczyłem na witrynie sklepowej numer czasopisma ,,Moje święte sałatki'' z ciemnozieloną okładką, potem na opuszczonym straganie dostrzegłem pod ladą ,,Polaków portret własny'',
- latem szedłem na Plac Grunwaldzki w Szczecinie gdzie odbywał się jarmark, aby zdobyć ulotkę, po drodze mijałem młodą, niewidomą blondynkę ubraną na biało, która szła po ulicy boso, aby w ten sposób badać otoczenie dotykiem, po zdobyciu ulotki zamierzałem pójść boso do Parku Kasprowicza,
- rozmawiałem z Małgorzatą Nawrocką o ,,Harrym Potterze'', przypomniałem, że Robert Tekieli nazwał powieściowy wątek Nicolasa Flamela ,,tradycją, za którą kryje się śmierć'', po czym zapytałem pisarkę czy w związku z tym należy spalić obraz Jana Matejki, przedstawiający alchemika Michała Sędziwoja jako okultystyczny.