,,Kiedy
przebywał w Galii w charakterze prokonsula, król Batawów przysłał
mu w podarunku kilku Indów, od których, dopytując się, skąd do
tego kraju przybyli, dowiedział się, że gwałtowna burza porwała
ich z wód indyjskich, po czym, przebywszy wszystkie morza leżące
po drodze, wylądowali na koniec na brzegach Germanii’’ -
Korneliusz Nepos, I wiek p. n. e.

Minął
rok odkąd książę Pirogazon
z Bharacji opuścił swoje włości. Jako swego zastępcę wyznaczył
starego wezyra Pandakę. Sam zaś Pirogazon, syn Rudry, syna
Orbegastesa wsiadł na pokład korabia, zwanego ,,Łabędziem’’
i pożeglował przez Ocean Wyrajski w poszukiwaniu dalekiej i
tajemniczej Germanii. Zamiar swój podjął trzy lata wcześniej,
jeszcze za życia ojca. Był wówczas świadkiem przybycia na
książęcy dwór w Kesalii posłów z nieznanych krain gdzieś w
Europie. Byli jasnowłosi, przeważnie rudzi, wysocy i muskularni,
oczy zaś mieli szare jak morza Dalekiej Północy. Władali
mieczami, włóczniami a toporami z wprawą najbitniejszych
kszatriów. Nosili długie włosy, zaplecione z tyłu w końskie
warkocze a także brody i wąsy. Za odzienie służyły im proste
spodnie i koszule z płótna, barwione różnobarwnym urzetem,
a także skóry upolowanych wilków, rysiów i niedźwiedzi.
Zawieszone na ich szyjach ochronne nawęzy wykonane były z dziczych
kłów a także z drogocennych bursztynów,
w które obfitowały piaszczyste plaże Morza Srebrnego. Przynieśli
w darze beczki piwa i wina znad wielkiej rzeki Rinin, aromatyczny
miód, sznury jantaru, sól, wosk, futra bobrów i śnieżnobiałych
gronostajów oraz rzeczne perły, stanowiące ulubioną ozdobę
saskich księżniczek, aby wymienić je na pawie pióra, rubiny i
wszelkie inne różnobarwne klejnoty, eburn, ambrę, drzewo
sandałowe, sineańską kitajkę, rogi jednorożców, przydatne w
wykrywaniu trucizn, mumio, poszukiwane przez znachorów oraz
przyprawy droższe niż złoto z Hawilii. Kupcy nie znali żadnego z
licznych języków, używanych podówczas w Bharacji, korzystali
przeto z usług tłumacza. Książę Pirogazon był podówczas obecny
w sali tronowej, w której jego ojciec, Rudra udzielał audiencji
Germanom. Następca tronu
niewiele pojął co przybysze mówili poprzez tłumacza jego ojcu.
Pojął jednakże, że świat jest znacznie większy i ciekawszy niż
to sobie dotąd wyobrażał. Z każdym rokiem coraz mocniej marzył,
aby odwiedzić tajemniczą Germanię między rzekami Rininem a
Lebaną, krainę mrocznych puszcz pełnych dzikiego zwierza,
zamieszkaną przez nieustraszonych mężów i nadobne niewiasty. W
krainie tej jak posłyszał, przez pół roku zalegał wszędy śnieg
i lód niczym na niebotycznych szczytach Imalainu. Minęły lata i
wraz ze śmiercią starego księcia Rudry, Pirogazon objął tron
jako jego następca. Swoje panowanie rozpoczął od realizacji
dziecięcego marzenia. Przyświecały mu przy tym trzy cele.
Zamierzał poszerzyć wiedzę Bharatyjczyków o plemionach
zamieszkujących daleką Europę i nawiązać z nimi kontakty
handlowe. Pragnął również zasilić swoje zastępy kszatriów
bitnymi wojownikami z Dalekiego Zachodu, potrzebnymi do obrony
księstwa przed atakami
piratów z Seriffe. Najął najlepszych szkutników, braci Wiszura i
Wiszara, uważanych za półbogów i zlecił im budowę okrętu.
,,Łabędź’’
został zbudowany z drewna sandałowca, pomalowany na biało i złoto
i zaopatrzony w purpurowe żagle. Wiszur i Wiszar, parający się
sztukami magicznymi, wyryli na burtach okrętu zaklęcia, mające
zapewnić mu niezatapialność.

-
Biada wam, którzy nie przestrzegacie zwyczajów ojczystych! -
Zawołał wielkim głosem stary, siwobrody bramin imieniem Rupaka,
jako jedyny nie podzielający radosnego podniecenia ludu, tłumnie
zgromadzonego w królewskim porcie. - Czyż nie wiecie, że Boski
Zakon zabrania synom Bharacji wyprawiania się za morze?!
Rupaka
był łysy jak kolano, chudy niczym szczapa i okryty białymi
łachmanami, zaś jego słowa wzbudziły niepokój w sercach
poddanych księcia Pirogazona. Kilkoro dziatek zaczęło nawet płakać
ze strachu. Bramin budził mieszane odczucia wśród mieszkańców
Kesalii. Podczas gdy jedni widzieli w nim mędrca i człowieka
świętego, zdaniem innych nadzwyczaj sędziwy wiek pomieszał mu w
głowie. W istocie nikt nie wiedział ile Rupaka miał lat. Był
starcem już za panowania Orbegastesa, dziada Pirogazona. Ponoć jako
pacholę słuchał nauk Dobromira – Manu, budowniczego żołędziowej
arki, w której ocalał rodzaj ludzki.
-
Przeklęty każdy kto
wypływa za morze! Gniew Ka nad każdym, kto zdąża do Lemurii i
innych piekielnych krain! - Rupaka krzyczał w amoku.
Zrzucił
z siebie skąpe odzienie. Wymachiwał rękami i nogami jak ukąszony
przez tarantulę, przewracał oczami i toczył obficie pianę z ust.
Tłum ogarnęła zgroza. Książę zmarszczył twarz
i szepnął coś dowódcy straży. Wnet dwóch kszatriów delikatnie
lecz stanowczo ujęło natchnionego starca za ramiona i wyprowadziło
go z portu. Dla zatarcia złego wrażenia Pirogazon kazał grać
wesołej muzyce, zapalić najwonniejsze kadzidło oraz hojnie sypać
obecnym w porcie poddanym perły i złote monety.
,,Łabędź’’
opuścił Kesalię z ładownią pełną kosztownych podarków dla
Germanów. Książę wszedł na pokład razem z ukochaną Bituri,
niegdyś bajaderą, teraz zaś księżną Kesalii, noszącą pod
sercem następcę tronu. Książęcy muzykanci grali niezmordowanie
jeszcze długo po tym jak najwyższe wieże stołecznego grodu
zniknęły za horyzontem, aż z fal oceanu wyglądały zaciekawione
delfiny i wielkookie syreny olśniewającej piękności…
*
Historycy,
pracujący w pocie czoła nad zachowanymi fragmentami dziennika
pokładowego, spisanego w mowie prakryckiej, odtworzyli część
przygód, jakie przypadły w udziale załodze ,,Łabędzia’’.

,,Bharatyjczycy
opłynęli Afrykę. Mapy, którymi dysponowali były bałamutne,
przez co pomylili Morze Rajskie, dziś zwane Śródziemnym z Oceanem
Germańskim czyli dzisiejszym Morzem Północnym. W istocie płynęli
w nieznane. Vatara, kapitan ‘Łabędzia’ pisał w dzienniku o
przeżytych sztormach, zarazach i atakach piratów, z powodu których
traciła życie znaczna część załogi. Opisał ptaka Roka,
gnieżdżącego się na wielkiej wyspie Malgalesio, tak wielkiego i
silnego, że pożerał na jeden posiłek trzy słonie. Podróżni
widzieli także morskie smoki o turkusowej łusce, nabijanej złotymi
guzami, ptaka dodeona, od dronta dodo różniącego się olbrzymimi
rozmiarami zdolnością lotu, olbrzymich ludożerców o czarnej
skórze, kontrastującej z czerwonymi oczami i włosami, trójgłowego
rekina, zdolnego do poruszania się po lądzie, Abukuru, plemię
niecnych kynokefali, odbywających długie lotu na grzbietach
skrzydlatych scynków, powabne syreny o smagłej cerze i ogonach
pokrytych diamentowymi łuskami, kraby i langusty, dorównujące
rozmiarami wielorybom i żyjącego w falach oceanu, gigantycznego,
czarnego jednorożca. Ten ostatni zwierz miał tylną część ciała
rekina i zdobył ponura sławę, atakując rogiem przepływające
korabie. ,,Łabędź’’ dzielnie walczył ze sztormami, według
ówczesnych zsyłanymi przez złośliwe morskie potwory, demony,
czarownice i czarnoksiężników. W końcu zatonął u wybrzeży
bałkańskiej ziemi...’’
-
Pisał w pracy ,,Historia
Bharacji. Od potopu do podboju sarmackiego’’
prof. Filip Uczonek z
Uniwersytetu w Złocieńcu.
*
-
Hau! Pospiesz się, pani! - Łowcze psy ze sfory Dziwicy,
przemierzającej z łukiem w ręku drogi i bezdroża Sklawinii,
ponaglały ją do biegu.

Dziwica,
nadobna córa Chorsa – Srebronia i Srebrennicy potrafiła doścignąć
i pochwycić nawet najbardziej rączą gazelę. Była jedną z Enków,
posłańców Ageja, którą Ilirowie sławili pod imieniem Zany. Jej
cera i krótka sukienka do kolan jaśniały srebrzystym blaskiem,
podczas gdy warkocze wiły się w pędzie na podobieństwo węży.
Psy wierne a zmyślne, charty, wyżły, ogary i brytany zaprowadziły
Dziwicę na morski brzeg. Błękitne oczy Enki spoczęły na
szczątkach pięknego niegdyś korabia, zmiażdżonego sztormowymi
falami. Wśród nich leżały sponiewierane potęgą żywiołu zwłoki
młodej księżniczki z dalekiej Bharacji. Była tak urodziwa, że
sama Dziwica nie miała pewności czy ma przed sobą apsarę czy
tylko córkę Aivalsy. Martwe ramiona Bituri wciąż tuliły do
obnażonej piersi kwilące niemowlę, maleńkiego chłopczyka. Kiedy
Dziwica podeszła w ich stronę, ujrzała czarny jak czeluść
Čortieńska cień swej
nielubianej ciotki, Mar – Zanny.
-
Odejdź mi tu zaraz ze swymi psami – fuknęła Mar – Zanna. - Nic
tu po tobie!
Mar
– Zanna była odziana w suknię czarną jak żałoba, zaś na jej
kruczych włosach spoczywał wieniec z chryzantemy, kwiecia
składanego na żalnikach. Jej zimne, niebieskie oczy oraz piękna,
surowa twarz, blada jak oblicze trupa, wyrażały najwyższą
dezaprobatę. W dłoni Przynoszącej Smutek lśnił długi i cienki
oścień z sopla lodu, niezawodne narzędzie służące oddzielaniu
dusz od ciał.
-
Przybyłam ocalić to dziecię. - Oznajmiła Dziwica.
-
Jestem w swoim prawie – warknęła Mar – Zanna. - Nie tobie,
smarkulo, wcinać się między wódkę a zakąskę! Patrz! - Mar –
Zanna wskazała zimnym ościeniem. - W czas sztormu nasłałam
mamule, mroczne nimfy, które orężem z rogów narwali
przedziurawiły burty, wpuszczając do wnętrza wodę. Wicher,
tchnienie Przegrzechy i rozhukane fale dopełniły dzieła. Nikt nie
ocalał. Wszyscy topielcy przeobrazili się w morskie wodniki. Teraz
milcz i pozwól mi zabrać do Nawii tę sierotę.
Oblicze
Dziwicy pokraśniało ze wzburzenia.
-
Na życie Ageja i żertwę Teosta, który połamał twój oścień,
nie pozwolę ci na to!
-
A więc walczmy – rzuciła gniewnie Mar – Zanna.
Obydwie
Enki doskoczyły do siebie, po czym zwarły się w zapasach. Walka
była długa i zażarta, prowadzona według prastarych prawideł,
które zakazywały jedynie gryzienia i wydłubywania oczy. Z każdym
zadanym ciosem na niebie przybywało ciemnych chmur, ażeby w końcu
lunęło jak z cebra. ,,Baby się biją, będzie deszcz’’.
- Mówiło przysłowie zanotowane w Pawlaczycy, odnoszące się do
pojedynków Amazonek, opisanych przez dawnych kronikarzy. Dziwica
stanęła dumnie, ocierając krew z nosa. Plecy Mar – Zanny pokrył
zygzak, utworzony z sińców. Wyczerpana walką upadła na twarz
przed młodszą od siebie przeciwniczką i wysyczała coś w wężowym
języku. Leżąc, przeobraziła się w żmiję z wielkimi,
błoniastymi skrzydłami. Zamachała nimi, po czym odleciała za
morze.
-
Jeszcze po niego wrócę! Każdego kiedyś dopadnę! - Syczała
groźbę, nie oglądając się za siebie.
Dziwica
podeszła do kwilącego oseska i delikatnie wyjęła go z ramion
martwej matki.
-
Będę twoją matką, a ty moim synem. Przysposobię cię do rzeczy
wielkich. - Obiecała, dając dziecięciu mleko ze swojej piersi.
*
Ryc. za: Pixabay
Dziwica
nazwała swojego przybranego syna imieniem Wind (Vindus),
oznaczającym Bharatyjczyka. Dziecię wyróżniało się jasną cerą,
przypominającą perłę. Miało czarne włosy, między oczami zaś
znamię w postaci kropki, świecące w ciemności niczym szkarłatny
klejnot. Wygląd ten był charakterystyczny dla książęcego rodu
zasiadającego na tronie Kesalii. Spożywający mleko Dziwicy w
latach swojego niemowlęctwa, Wind posiadł siłę, sprawność,
szybkość i wytrzymałość większe niż te, którymi dysponowali
jego rówieśnicy ze Sklawinii i ziemicy Ilirów. Umysł miał równie
lotny jak strzały, które wypuszczał z łuku. Dziwica uczyła go z
powodzeniem walki każdym rodzajem oręża, sporządzania driakwi ze
znalezionych w głuszy roślin, tropienia zwierząt, łowienia ryb i
zapasów. Opowiadała mu dzieje świata poczynając od pierwszego
eonu. Nauczyła mowy starokrasnej, toropieckiej, słowiańskiej,
iliryjskiej, a także języków używanych przez zwierzęta.
Zabierała go ze sobą na uczty i narady Enków oraz jytnas.

Z
całej sfory należącej do Dziwicy, Wind najwięcej upodobał sobie
brytana imieniem Bari, zwierzę niezwykle mądre, odważne, lękające
się jedynie burzy i wierne. Choć wszystkie psy miłowały Winda,
Bari była dla niego nie tylko przyjacielem, ale też doradcą i kimś
w rodzaju ojca.
W
czasie swych piątych urodzin Wind zapytał opiekującą się nim
Córę Księżyców.
-
Mamo, a jelonek rogacz powiedział mi, że nie jesteś moją
prawdziwą mamą!
Dziwica
spojrzała na niego poważnie.
-
Imię, które ci nadałam, oznacza, że pochodzisz z Bharacji, bardzo
dalekiej krainy. Twoja mama i tata byli jej władcami i bardzo cię
kochali. Urodziłeś się na okręcie płynącym na Zachód. Twoi
bliscy zginęli w sztormie, jeno ty sam ocalałeś. Znalazłam cię
na plaży i ocaliłam przed śmiercią. Agej przeznaczył cię na
wielkiego króla Słowian.
-
To straszne… - Chłopiec zaczął płakać. - Czy nigdy nie poznam
mamy i taty?
-
Są teraz szczęśliwi w Nawii Jasnej i wbrew swoim obawom nie będą
musieli nigdy więcej się odradzać. Poproszę mojego wujka, Welesa,
aby pozwolił nam ich odwiedzić. - Wind zapiszczał z radości i z
całej siły przytulił się do przybranej matki.
Dziwica
dotrzymała słowa. W najbliższe święto Dziadów Weles otworzył
portal prowadzący do jego królestwa, złożonego z trzech
archipelagów. Dziwica ujęła Winda za rączkę i przeszli w bród
przez czarny strumień o lodowatej wodzie, płynącej wśród leśnych
drzew. Z oddali dobiegały ich uszu pieśni i zaklęcia żywych,
ucztujących wespół ze swymi przodkami. Niebawem odgłosy biesiady
ucichły. Wind wraz z Dziwicą dotarli na jedną z najpiękniejszych
wysp Nawii Jasnej. Jytnas Bituri podbiegła i uściskała synka.
Również jytnas Pirogazon miał w oczach łzy wzruszenia.
-
Widzieliśmy stąd jak rośniesz, synu. Napełniasz nas dumą. -
Oznajmił Pirogazon.
Rodzice
Winda pokłonili się w pas Dziwicy, dziękując jej za troskliwą
opiekę nad ich dzieckiem. Następnie wszyscy zasiedli do uczty,
złożonej z kołaczy o złocistej skórce, w środku zaś bielszych
od śniegu i miodu przewyższającego smakiem wszystkie ziemskie
napoje. Do tego wspomnienia z dzieciństwa Wind powracał
najchętniej.
Lata
biegły na podobieństwo rozpędzonych rumaków. Na bałkańskiej
ziemi coraz częściej dawało się słyszeć pieśni o towarzyszącym
Zanie Łowczyni, czarnowłosym junaku o ciele białym jak perły.
Uzbrojeni w łuki zabijali z nich strzygi, todoraki i karakondżule,
bestie Czarnoboga, wybijające stada zwierząt i groźne dla ludzi.
*
-
Kra, kra! Kimże jest ten mąż, idący późną jesienią przez las
bez koszuli za to w czarnych szarawarach i płaszczu szkarłatnym? -
Zdziwił się młody kruk imieniem Kri.
-
To jest właśnie Wind, kra, o którym tyle ci opowiadałem, łowca
potworów z zastępu Dziwicy. - Wyjaśnił starszy kruk, zwany Riri.
- Jako ludzkie pisklę został wykarmiony jej mlekiem.
Ptak
ten, najstarszy spośród kruków żyjących na początku ery
dwunastej, uchodził też za najmądrzejszego. Chlubił się tym, że
pływał w żołędziowej arce Dobromira, zaś jego pióra na znak
szczególnej łaskim Welesa obsypane były złotym pyłem.
-
Kra, dzień ma się już ku końcowi, przeto zmierza do obozowiska
swej przybranej macierzy, zrodzonej przez Dwa Księżyce. - Ciągnął
Riri.
-
Kra, widzę na jego szyi rzemyk z nanizanymi nań kłami, które
lśnią jak najczystsze srebro. Jest taki piękny, że gdybym nie bał
się ludzi, zerwałbym mu go z szyi i zaniósł swoim pisklętom do
zabawy. - Rozmarzył się Kri.
-
Stanowczo odradzam takie pomysły godne złodziejskiej sroki. -
Zakrakał z dezaprobatą Riri. - To co tak ci się podoba, to nie są
klejnoty jeno kły bauka z Puszczy Dziewańskiej.
-
Co to takiego ten bauk?
-
Odmiana niedźwiedzia demonicznego o smoliście czarnym futrze,
ślepiach szkarłatnych jak ogień piekielny i ogłuszającym ryku,
od którego junakom pękają serca i kości. Stojąc z nim do walki
Wind zatkał sobie uprzednio uszy pszczelim woskiem, otrzymanym od
siwobrodego pasiecznika. Walcząc z baukiem zginął Bari, ukochany
pies Winda. Junak uzbrojony był jeno w kordelas wykuty przez karły.
Ciął nim z taką furią jak szarżujący Indrik, nie zważając na
własne rany, aż uśmiercił potwora. Noszony przezeń naszyjnik
ostrzega inne bauki, aby czym prędzej zmykały do Čortieńska.
Dopełnił tym samym wróżdy za śmierć ośmiu dziewczynek
pożartych przez bauka.
-
Taki bauk to nic dobrego… - Stwierdził Kri.
Wind,
znający mowę zwierząt posłyszał o czym prawiły kruki.
Uśmiechnął się do nich i pomachał im ręką. W miarę jak
zagłębiał się w las, niebo zakrywały coraz większe ciemności.
Z runa i ściółki wyglądały niewielkie grzyby roztaczające wokół
siebie fioletową poświatę. Wind spostrzegł, że stoi na rozstaju
dróg.
-
Zaszedłem nie tam gdzie zamierzałem… - Stwierdził z uczuciem
zawodu.

Po
swojej prawicy miał dąb, zaś po lewej stronie rósł cis. Oba
drzewa stare były i dorodne, wysokością zaś przewyższały
rosłego męża. Księżyc oświetlał swym blaskiem rozwidlająca
się drogę, jakby chciał uczynić ją lepiej widoczną. Wind
zastygł w bezruchu, widząc jak w pniu cisu otwierają się
niewidoczne do tej pory drzwi. Powoli wyszła z nich starucha o
twarzy pokrytej głębokimi bliznami. Jej żółte oczy świeciły w
ciemności. Odziana była w poszarpaną i dziurawą suknię z
kapturem, uszytą z białego całunu pogrzebowego. Opierała się na
rzeźbionym kosturze, zakończonym głową wilka. Choć Wind nigdy
wcześniej jej nie spotkał, słyszał sporo opowieści o
Pechterebabie. Prawiono, że była okrutną czarownicą, zsyłającą
siarczyste mrozy i zawieje śnieżne. Z upodobaniem zasypywała ślady
i niczym sęp oczekiwała śmierci zabłąkanych wśród zamieci.
Następnie kroiła ich ciała ostrym nożem na paski nazywane
stroganiną i pożerała je żarłocznie.
-
Widzę, że kawaler snuje się po lesie sławy bohaterskiej szukając.
- Zagaiła szyderczym tonem a z jej ust, skrywających złote kły,
wypadały kawałki lodu.
Wind
wiedział z opowieści, że ci, którzy wchodzili w układy z
Pechterebabą później gorzko tego żałowali.
-
Bo ja na przykład znam takie miejsce w pobliskich górach –
ciągnęła Pechterebaba. - U stóp świętego Triglavu zaklęta
królewna czeka na junaka, który wyrwie ją z łap potwora. Tam są
skarby, zaszczyty, życie długie i szczęśliwe oraz noce upojne w
łożnicy – Pechterebaba puściła oko. - Ubiłeś już tyle
różnych larw siłą swego ramienia, więc potyczka z jeszcze jedną
szkaradą nie będzie przedstawiać większych trudności.
-
Wiem z opowieści Enków, że nigdy jeszcze nikomu nie doradziłaś
dobrze. - Wind szczerze powiedział o swojej wątpliwości a zarazem
jakaś część jego duszy wyrywała się ku nowej przygodzie.

Wtedy
otworzyły się ukryte drzwi w pniu dębu i wyszła z nich młoda
niewiasta o cerze śniadej i piersiach obfitych, odzianej w przepaskę
z białego perkalu na biodrach. Na kostce nosiła złotą obrączkę.
Najbardziej jednak rzucała się w oczy jej głowa białej klaczy.
Wind rozpoznał w niej Kobę Babę, o której słyszał wiele dobrego
z ust Dziwicy. Koba Baba była potężną jytnas. Urodziła się jako
księżniczka plemienia Nerudów. Władzę nad tym słowiańskim,
dziś już zaginionym ludem sprawował jej brat, książę Pawlimir,
który był gnuśny, okrutny i rozpustny. Koba próbowała w miarę
swoich możliwości chronić poddanych przed okrucieństwem brata. W
końcu Pawlimir, podżegany przez niegodziwych doradców, odciął
mieczem głowę upominającej go siostrze, jej zwłoki zaś kazał
porzucić niepochowane na zarośniętym chwastami polu. Weles przyjął
Kobę w szeregi jytnas i w miejsce odciętej ludzkiej głowy dał
nową, należąca wcześniej do białej klaczy. Pechterebaba
pogroziła jej pięścią.
-
Co pragniesz mi przekazać, piękna w głowie i członkach? - Słowa
Winda wyrażały szacunek.
-
Bestia okrutna, która osiadła w cieniu Triglavu jest daleko
silniejsza niż te, które ubijałeś do tej pory. - Głos Koby Baby
przypominał delikatne rżenie jednorożca. - W starciu z nią
zawiedzie siła twych ramion jak też każdy oręż używany przez
ciebie do tej pory.
-
Wszak jestem junakiem – oburzył się Wind – jednym z tych,
których Enkowie przeznaczyli do obrony najsłabszych! Miałbym
zostawić zaklętą królewnę bez pomocy?!
-
A widzisz jak ta przewrotna młódka namawia cię do tchórzostwa?
Słuchaj jej a zasłużysz na kądziel i skórkę z zająca! -
Szydziła Pechterebaba, kryjąc się do połowy wewnątrz cisowego
pnia.
-
Wręcz przeciwnie! - Zaprzeczyła Koba Baba. - Odkąd Teost Car –
Słońce zadał sromotną klęskę Mar – Zannie, nie ma potwora,
którego nie można by zwyciężyć w taki czy inny sposób. Chodź
ze mną a dam ci oręż jakiego potrzebujesz! - Wind ujął
wyciągnięta dłoń Koby Baby i udał się z nią w miejsce położone
daleko od obozowiska Dziwicy.
Jytnas
prowadziła go przez strome i czarne w Srebroniowym blasku góry,
porośnięte prastarą puszczą, zamieszkane w wielkiej liczbie przez
wilki, niedźwiedzie i zbójców. Koba Baba biegła ze zwinnością
kozicy. Wind podążał za nią równie szybko, radując się w swym
sercu oczekującą go przygodą. O drugiej straży nocnej stanęli u
drzwi chatki, do której przylegała kuźnia.
Ryc. za: Moonhaven Forest
-
Witaj, Mistrzyni Tuło! - Koba Baba pozdrowiła panią tego domostwa.
Tuła
była niewiastą, której uroda i wdzięk szły w parze z niezłomną
siłą stalowych mięśni. Włosy zaś miała długie i złociste.
Wielu brało ją za Amazonkę, wsławioną na polach wielu bitew.
Urodziła się na ziemiach Antów, daleko na wschodzie. Tajniki
sztuki kowalskiej przekazał jej Swarożyc, będący jej umiłowanym
mistrzem. Prawili niektórzy mitografowie, że Swarożyc spłodził
Tułę z wojowniczką z plemienia Salamander. Wielce pojętna była z
niej uczennica pana płomieni i mistrza kowali. Jej kuźnię
opuszczały wyroby w niczym nie ustępujące dziełom krasnoludów,
Cyklopów i Chalibów. Posłyszał o jej niezwykłym talencie
germański kowal Wieland z mroźnego Nürtu.
Wystawiając rzemieślniczkę na próbę, ofiarował jej wykutą
przez siebie naturalnej wielkości pchłę z żelaza. Tuła zwróciła
mu owada, wcześniej podkuwając każdą z jego sześciu nóg.
Swarożyc namaścił Tułę na swoją emisariuszkę, powołaną po
to, aby po całym okręgu Ziemi szerzyła sztukę obróbki metali.
Przemierzając rozmaite dzikie krainy, walczyła niekiedy w obronie
ludzi z potworami takimi jak smok Żuroziej czy Ognisty Gryf o
skrzydłach pokrytych płomieniami zamiast piór.
-
Z czym przybywacie? - Tuła spytała swoich gości.
-
Ten junak – Koba Baba wskazała na Winda – potrzebuje oręża
zdatnego do ubicia Korutana.
-
To będzie miecz inny niż te, które kułam do tej pory. - Tuła nie
tracąc czasu na czczą paplaninę, weszła do swej kuźni.
Wind
obserwował z uwagą jak Tuła mieszała w milczeniu roztopione
żelazo z suszonymi płatkami róż i lilii, pokruszonymi perłami
olśniewającej białości, solą z Dacji lub Panonii oraz uncją
wody z Sobotniej Góry, przechowywanej na tę okazję w kryształowym
flakoniku. Wszystkie prace kowalskie wykonywała nadzwyczaj sprawnie.
Była szybka i dokładna, aż podziw brał patrzących na jej robotę.
Wykucie miecza zabrało jej godzinę. Jeszcze tylko wyryła
tinezyjskimi literami imię oręża na jego klindze, po czym wręczyła
go Windowi.
-
Twój miecz nazywa się Oset – objaśniła. - Możesz dobywać go
jeno dla przywracania sprawiedliwości. Użyty w złej sprawie
natychmiast pęknie.
Wind
wziął Oset do ręki. Miecz był znakomicie wyważony, ostry zaś
tak, że bez trudu przecinał piórko opadające na ziemię. Na znak
podziękowania junak zgiął kolana i z czcią ucałował dłonie
Tuły, równie piękne co silne.
-
Trzeba teraz abyś się posilił i wypoczął po męczącym dniu. -
Oznajmiła Koba Baba. - Na jutro musisz być wypoczęty, mężny i
mocny, bo w twoje ręce Enkowie złożyli dalsze losy Sklawinii.
Tuła
nakryła do stołu. Przyniosła ze spiżarni suszoną szynkę, bochen
razowego chleba, owczy i kozi ser, rodzynki, figi, orzechy laskowe
oraz omszały gąsior z winem. Konwersując z gościem, opowiadała o
sławnych czynach Swarożyca, przemierzającego świat na grzbiecie
Złotego Smoka. Po smakowitej wieczerzy, Wind legł w przygotowanym
dlań łożu, nakrytym baranimi skórami i szybko zapadł w sen bez
marzeń.
*

,,Księga
Kurenta’’, najstarszy zabytek piśmiennictwa, powstały na
ziemiach dziś nazywanych Słowenią, podaje, że Korutan przybył
przed dwoma laty z mroźnej i ponurej krainy Lomar, położonej
gdzieś na Dalekiej Północy. Swoim wyglądem przypominał
małpoluda, sięgającego łbem do koron najwyższych dębów. Długa,
brązowa sierść pokrywała całe jego cielsko oprócz wielkich,
pomarańczowych dłoni, ogromnych stóp i całkowicie łysej głowy.
Podobna była głowie węża, osadzonej na długiej szyi z pokaźnym,
zwisającym wolem. Do tego cuchnął przeraźliwie niczym piekielna
koza z tysiącem młodych. Siła zaklęta w jego łapach pozwalała
mu obalać stuletnie drzewa i wyginać żelazne pręty. Dysponował
ponadto jadem palącym, którym umiał razić zarówno przez
ugryzienie żmijowymi kłami jak też poprzez oplucie śliną. Nie to
jednak stanowiło najgroźniejszy jego oręż. Na kosmatej piersi
nosił rzemień z okaryną. Ilekroć grał na tym instrumencie,
sprowadzał sen na wszystkich słuchających. Zszedł z gór w
kwitnącą dolinę, gdzie mieszkali pospołu zgodnie Słowianie i
Ilirowie. Ledwo przytknął okarynę do gadzich warg i wydobył z
niej głos, pogrążył we śnie czarodziejskim tak ludzi jak i
wszystkie zwierzęta. Tego właśnie pragnął. Wielce teraz był
kontent, mając rozległą dolinę u stóp Triglavu tylko dla siebie.
Kiedy tylko czuł się głodnym, bez wysiłku brał do łapy uśpioną
owcę, kozę, krowę, niedźwiedzia a nierzadko też człowieka i
pożerał ze smakiem, łykając w całości. Umyślił sobie, że po
zjedzeniu wszystkich istot żywych, przeniesie się w inne miejsce,
niosąc w nie sen i śmierć. Wędrując z przeklętego Lomar na
Bałkany, nie lękał się oręża wojowników. Ich miecze, włócznie,
topory i zatrute strzały jak dotąd nie zdołały przebić jego
twardej skóry pokrytej gęstymi kudłami.
-
Ciebie zjem na sssamym końcu, moja sssłodziutka… - Wysyczał z
jadowitą słodyczą Korutan, spozierając ku uśpionej królewnie,
spoczywając na kamiennym łożu wewnątrz kurhanu.
Słońce
stało wysoko na niebie, kiedy Koba Baba pokazała wymownym gestem
Windowi zieloną halę zaścieloną przez kości pożartych
dziewcząt, chłopców, ludzi dorosłych, starców, zwierząt
domowych i dzikich. Nieprzyjaciela poznał Wind po zapachu, tak jak
zostało mu powiedziane.
-
Zaznaj ościenia Mar – Zanny, wyziewie z Čortieńska!
- Zawołał donośnie.
-
Idźże ssspać, zuchwały karle! - Korutan roześmiał się
szyderczo.
Ujął
w palce okarynę i począł na niej grać. Wind poczuł się dziwnie.
Całą jego głowę ogarnęło mocne mrowienie. Zdawało mu się, że
złośliwy chochlik wbija mu rozżarzony gwóźdź głęboko w skroń,
po czym wnętrze czaszki wypełniło tępe dudnienie. W gardle
wzbierały mdłości. Walczył z pokusą, aby wypuścić miecz z
ręki, upaść na trawę i po zamknięciu oczu odpłynąć w niebyt.
,,Przybież mi ku pomocy!’’ - Wycedził z największym
wysiłkiem, myśląc o swej Mistrzyni i Żywicielce. Nachylił się i
zacisnął pięść na leżącym w trawie kamieniem. Z wolna
wyprostował się. Wziął zamach i z celnością Dawida posłał
kamień prosto w okarynę Korutana. Ceramiczny instrument pękł w
jednej chwili na trzysta odłamków, które wbiły się boleśnie w
gadzią głowę potwora. Demoniczna muzyka ucichła jak nożem uciął.
-
Przywiążę cię zaraz do sssosssen i rozerwę na kawały! - Obiecał
solennie Korutan.
Tymczasem
Wind podbiegł i przebił mieczem na wylot podobną do grubego pnia
drzewa nogę potwora. Wielka to była siurpryza dla Korutana, który
aż dotąd śmiał się z każdego wymierzonego przeciwko sobie
oręża. Nadął wole i opluł Winda potokiem straszliwego jadu,
wypalającego dziury w skórach słoni i smoków. Wind wrzasnął.
Zaklął szpetnie, czując ból jak po oparzeniu ukropem. Jako
pierwszy nie poniósł śmierci opluty jadem Korutana, chroniły go
bowiem moce zaklęte przez kowalkę Tułę w jego mieczu. Wind
walczył teraz z zajadłością rannego dzika. Raził potwora w
stopy, uda i podbrzusze, zwinnie uchylał się przed ciosami jego
pięści, aż obalił z hukiem na ziemię.
-
Poniechaj mnie, a dam ci złoto, szafiry niebieskie jak woda,
szmaragdy zielone jak trawa i rubiny czerwone jak krew! - Kusił
Korutan.
-
Nie pozwolę ci więcej żreć dziewek i niewinnych dziatek! - Wind
odrzucił twardo obietnicę okupu, po czym jednym cięciem oddzielił
wężowy łeb od małpiego ciała.
Gdy
Korutan wydał ostatnie tchnienie, poczęli z długiego i złego snu
budzić się wszyscy, których uśpił. Otwierali oczy młodzi i
starzy, synowie Novalsa i córki Aivalsy. Przebudził się także
wszelki zwierz domowy i polny. Widząc to Swaróg wstrzymał biegł
Słońca, aby uczcić to wydarzenie. ,,Księga Kurenta’
podaje nawet wersję, w której pożarci przez Korutana ludzie i
zwierzęta na powrót ożywali, znów okryci ciałem i skórą.
-
Ta, dla której przybyłeś czeka na ciebie wewnątrz kurhanu. -
Objaśniła Koba Baba. - Spętał ją czar silniejszy niż resztę.
Potrzebuje twojego pocałunku, aby móc się przebudzić.
Kurhan
królewny był widoczny z daleka, zaś Wind ruszył ku niemu bez
ociągania na czele rozradowanej gromady wybudzonych. Drogę
zastąpiła im Pechterebaba, dosiadająca czarnej, burzowej chmury.
-
Nie idź tam, królewiczu! Dziewica, która tam spoczywa na łożu
jest już martwa. Jak ją pocałujesz, ugryzie cię długimi zębami
i wyssie twą krew!
-
Zmykaj stąd, babonie, pókim dobry! - Wind wykonał przed
Pechterebabą gest odpędzania się od natrętnej muchy. - Już
poznałem na sobie szkodliwość twoich rad.
Stanął
przed kurhanem i z pomocą dwóch osiłków, braci Petrysława i
Pawlimira uchylił ciężkie, kamienne wrota. Blask płonących
wewnątrz świec padał na wielkie łoże z kamienia przykryte
materacem ze złotogłowiu, wypełnionym łabędzim puchem. Leżała
na nim pod wzorzystą narzutą z sineańskiej kitajki uśpiona panna
przedziwnej piękności. Cerę miała jasną jak kość słoniowa,
zaś rozsypane na szkarłatnej poduszce włosy mieniły się barwą
stopu miedzi i złota. Wind podszedł do niej z bijącym sercem.
Nachylił się i delikatnie pocałował ją w czoło. Królewna
otworzyła natychmiast śliczne, seledynowe oczy.
-
Co się stało? Kim jesteś? - Zapytała, podnosząc się z łoża.
-
Twój oprawca już nie żyje a jego czary zostały zniweczone.
Nazywam się Wind. Jestem księcia z dalekiej Bharacji. Przybyłem
cię wyzwolić i prosić o rękę.
-
Zowię się Julia. Julia Alpnu. - Zmieszała się królewna. -
Opowiedz mi więcej o sobie i swoich przygodach. Porządnie posilić
się też nam nie zawadzi. Spałam tak długo, że obudziłam się
głodna jak wilk. Ty zapewne też zjadłbyś konia z kopytami,
nieprawdaż?
Wind
poślubił Julię Alpnu w pobliskim chramie, zaś wybudzeni ze snu
pasterze obwołali ich swoimi królem i królową. Nowe królestwo
otrzymało nazwę Windo – Korutanii, upamiętniającą sławne
zwycięstwo Winda nad Korutanem. Miłość króla i królowej
obrodziła pięciorgiem pociech, oznaką wielkiego błogosławieństwa
Ageja i wszystkich Enków. Wind nazwał na cześć umiłowanej żony
pobliskie góry Alpami Julijskimi.