,,Orlica
składa dwa jaja. Wykluwające się, starsze pisklę gnębi młodsze.
Dziobie je, obdziera z puchu, w końcu zaś wyrzuca z gniazda.
Inaczej dzieje się w przypadku sowy zwanej płomykówką. Starsze
pisklę opiekuje się młodszym i dzieli pożywieniem przyniesionym
przez matkę. Obydwie te postawy są przejawiane wśród ludzi’’
- Kosa Owinniczew ,,Animalistyka’’

Stary
Lokman włóczył się od oazy do oazy, od karawanseraju do
karawanseraju i opowiadał baśnie. Był stary, bardzo stary i
brzydki. Odziany w łachmany, przemierzał pustynie wsparty o kiju
zakończonym rzeźbioną głową kota. Skórę
miał ciemną, niemalże czarną, brodę siwą, ciało wychudzone
niczym asceci z Bharacji, oczy kaprawe, plecy zaś garbate. Mówiono
o nim, że chodził po świecie już od 350 lat. Ponoć niegdyś był
niewolnikiem, zapędzanym do prac najcięższych i uważanych za
najbardziej poniżające. Wysłużył sobie wolność, po czym przez
Bharację i Seylan udał się do Lemurii. Przez czternaście lat
słuchał nauk Żółtego Druida, a następnie Szarego Mahatmy.
Następnie powrócił do Arabii, gdzie jego sława przetrwała wieki.

Lokman
opuścił ziemię plemienia Adytów. Zmierzał do wielkiego miasta,
noszącego nazwę Irem, które ,,Gołębia
Księga’’ zwała
Słupogrodem. Irem był bardzo bogaty, zasobny w wodę i wszelkie
kosztowności. Nie brakowało w jego murach geografów, alchemików,
astrologów, magów, lekarzy i poetów. Największą jednak sławę
przynosiły miastu pałace i chramy arabskich bogów,
wsparte na białych kolumnach, przykuwających oczy niezwykłym
pięknem wykonania. W erze trzynastej architekturę Iremu naśladowała
zarówno świątynia Salomona jak też budowle Greków.
Lokman
wszedł do prastarego Miasta Filarów i zasiadł przed studnią z
białego marmuru. Niebawem otoczyły go gromadą dzieci a i paru
dorosłych, głównie niewiast niosących na głowach dzbany z wodą.
-
Bajarz przyszedł! Niech nam opowiada! - Audytorium opanowało
radosne podniecenie.
-
Insz – Hubal! - Zaczął Lokman. - Czterdzieści
lat temu, kiedy jeszcze rozległa pustynia za miastem była
szumiącym, zielonym gajem, przemierzało arabską ziemię dwóch
farysów, dosiadających koni rączych jak gazele. Przybyli z daleka,
z bardzo odległej krainy Al – Saqaliba, gdzie przez pół roku
śniegi zalegają ziemię. Byli to bracia różniący się wiekiem,
obaj potężni jak lwy. Włosy mieli długie, podobne barwą
ognistemu złotu. Oczy zaś ich przypominały błękit nieba,
prześwitującego przez puste oczodoły trupiej czaszki bielejącej
na pustyni…
Dzieci
wzdrygnęły się ze strachu jak jeden mąż, słuchając o
straszliwych, błękitnych oczach, charakterystycznych dla demonów i
czarnoksiężników.

-
Pomimo srogiego wyglądu, bracia ci nie czynili zła – uspokajał
swoich słuchaczy Lokman. - Dobywali ostrzy swych mieczy jeno po to,
aby walczyć nimi z rozbójnikami, ghulami, ifrytami i smokami.
Posłyszeli od pasterzy kóz o twierdzy zwanej Krwawym Zamczyskiem.
Została wzniesiona z czerwonego kamienia, nie był to jednak jedyny
powód, dla którego nosiła
tę nazwę. W jej murach mieszkał straszliwy szejk Abrasachu Ibn
Eblis. - Wymawiając te dwa imiona opowiadający Lokman wykonał
dłonią gest odpędzający zło. - Miał ludzką przebiegłość i
zdolność mowy uwiezione w ciele olbrzymiej, długiej na trzynaście
sążni, paskowanej skolopendry. Swymi żuwaczkami, ociekającymi
jadem, potrafił przebić pancerz nawet z najgrubszej stali.
Potrzebował wielkich ilości mięsiwa do uśmierzania głodu swych
wątpi. Jako pierwszą pożarł swoją matkę, Karinę bint –
Rubal, czarodziejkę i kapłankę Eblisa. W miarę jak rósł, zjadał
pochwycone przez siebie fenki, jaszczurki, węże, króliki,
następnie zaś wielbłądy, gazele, lwy i strusie. Nikt za to go nie
wini, wszak każda istota jeść musi, by nie sczeznąć z głodu.
Niestety jego pastwą padali również ludzie. Abrasachu, wij
piekielny pożerał każdego z podróżnych, zapuszczających się w
pobliże Krwawego Zamczyska. Jego ojciec zaś tylko go za to chwalił,
powiadając mu, że oczyszcza świat z nędznych robaków. Ludzkie
ciała i krew wielce zasmakowały Abrasachu. Pragnął delektować
się nimi jak najczęściej. W tym celu magiczną mocą swego ojca
tworzył na pustyni miraże wody, zieleni, zasobnych miast i
urodziwych niewiast. Z ich pomocą zwabił do siebie dziesiątą
część poszukiwaczy szczęścia z całej Arabii. Każdy
z nich zawierzywszy ułudzie, znajdował jeno śmierć bolesną w
jadowitych żuwaczkach Abrasachu… - Dzieci słuchające tej
opowieści miały twarze smutne i przejęte.
Lokman
przerwał na chwilę. Pociągnął łyk koziego mleka z podarowanego
mu bukłaka i przegryzł kilka daktyli. Posiliwszy się, wrócił do
przerwanego wątku.
Ryc. za: Elias Chatzoudis
-
Dwóch farysów z krainy Al – Saqaliba posłyszało w Jatrebie o
zbrodniach Abrasachu – Lokman znów ułożył palce w znak
ochronny. - Zapłonęli gniewem z powodu jego okrucieństwa.
Pospiesznie wyruszyli w stronę Krwawego Zamczyska, choć wielu
życzliwie im to odradzało. Wij demoniczny słał im naprzeciw
przerażające majaki wielogłowych olbrzymów, srogich lwów i
rozjuszonych byków, burz piaskowych, deszczy węży, skorpionów,
ognia i siarki, samemu kryjąc się w najgłębszym lochu swojej
twierdzy. Bracia szli jednak niezmordowanie do celu, dodając sobie
nawzajem odwagi. Nie skusiły ich fantomy skarbów; złotych i
srebrnych monet, stosów pereł i rubinów, ani też utkane z waporów
powietrza nadobne niewolnice, słodkimi głosami zapraszające do
biesiady przy dzbanach mrożonego wina. Bracia wkroczyli do zamku
pełnego przerażających rzeźb i malowideł. Dopadli szejka w lochu
i stoczyli z nim walkę. Wyrwali mu jadowite kły, zakrzywione jak
półksiężyce i wrazili mu je w oczy. Tak umarł Abrasachu na
posłaniu z kości pożartych ludzi i zwierząt. Wraz z jego śmiercią
zniweczona została magia, czarna jak serce Eblisa, podtrzymująca
mury Krwawego Zamczyska. Bracia opuścili czym prędzej rozsypującą
się budowlę. Wraz z nimi wyszła na zewnątrz królewna odnaleziona
przez nich w sekretnej komnacie. Nazywała się Kasylda, a jej
piękność przywodziła na myśl Słońce i Księżyc. Nocą przy
ognisku bracia poczęli wieść ze sobą spór o to, który z nich
poślubi Kasyldę. W onej chwili gotowi byli walczyć ze sobą na
podobieństwo rozjuszonych lwa i tygrysa z dalekiej Bharacji.
,,Pozwólcie mi zdecydować!’’ - Zawołała Kasylda,
stając między nimi. Szybkim jak myśl ruchem wraziła sobie sztylet
w białą pierś. Przemieniła się w bijące źródło wody czystej
jak jej serce. Tak na pustyni pojawiła się nowa oaza, nazywana
Kasyldą.
Dzieci
dały zgodnym chórem do zrozumienia , że baśń spodobała im się.
-
Jak nazywali się ci dzielni wojownicy? - Spytała sześcioletnia
Aisza.
-
Niestety mowa używana przed lud Al – Saqaliba jest tak trudna, że
nie potrafię wymówić ich imion. - Zafrasował się Lokman.
*

Moigniew
i Nieznami, bo tak brzmiały imiona rycerzy z opowieści Lokmana,
byli synami Uściługa, księcia niewielkiego, słowiańskiego
plemienia Natyczów, osiadłego nad rzeką Nath na ziemiach dziś
noszących nazwę Polski. Nieznamir przyszedł na świat trzy lata po
narodzinach swojego brata, Moigniewa. Byli zgodnym rodzeństwem.
Wkrótce po narodzinach młodszego z synów Uściługa, Nelisława,
matka obu chłopców podążyła do Nawii. Uściług, nazywany w
kronikach Sumem z powodu długich wąsów, pojął wówczas drugą
żonę, Fredegundę, córkę germańskiego księcia Riparuara. Nie
mógł wybrać gorzej. Fredegunda, inicjowana niegdyś na czarownicę
podczas sabatu w górach Hercynii, potajemnie warzyła trucizny,
rzucała uroki i składała krwawe żertwy potępionym duchom. Nade
wszystko nienawidziła braci Moigniewa i Nieznamira. Pragnęła ich
wydziedziczyć, aby ich na tronie Uściługa mógł zasiąść jej
spłodzony na sabacie syn, Lizander o twarzy pokrytej łuską złotej
jaszczurki. Dopięła swego. Zdała księciu jad w winie sprowadzonym
znad wielkiej rzeki Rinin, oddzielającej Germanię od Galii. Całą
noc Uściług konał w męczarniach, krwawią obficie z wszystkich
otworów ciała. Czary Fredegundy przyniosły plemieniu Natyczów
bolesne wrzody i pryszcze, krew cieknącą z krowich wymion zamiast
mleka oraz kilkudniowe opady gradu niszczące zbiory. Czarownica
przekupiła kapłanów, odczytujących prognostyki. Ogłosili oni
braci Moigniewa i Nieznamira winnymi sprowadzenia nieszczęść na
plemię Natyczów za pomocą magii czarnej jak otchłań Čortieńska.
Więc zwołany na majdanie stołecznego grodu skazał braci na
dożywotnie wygnanie i przekazał władzę książęcą Lizandrowi.
Dla Natyczów nastały wówczas ciężkie czasy wysokich danin,
krwawych ofiar i ciosów nahajki ustawicznie spadających na obnażone
plecy. Jedynie guślarz Sarwan śpiewał z dala od uszu donosicieli
krzepiące serca pieśni o mającym kiedyś nastąpić powrocie
wypędzonych książąt. ,,Dadzą Enkowie, strażnicy
sprawiedliwości, że książęta – wygnańcy powrócą z tułaczki.
Obalą ciemiężców naszego plemienia i zniweczą wszystkie czary
występnej władczyni’’. Fredegunda nakazała, rzecz jasna,
swym zbirom, aby przynieśli jej uciętą głowę Sarwana.
Moigniew
wraz z Nieznamirem podążali coraz dalej na wschód. Podczas swojej
wędrówki ochraniali kupieckie karawany oraz tępili zbójców i
potwory w służbie scytyjskich królów. Doszli tak aż do krainy
nazywanej Arabią.
-
Mędrzec, którego napotkaliśmy trzy dni temu – zagadnął
Nieznamir – prawił nam, że słowo Arab oznacza człowieka
wolnego. Prawił, że przedrostek ,,a’’ jest przeczeniem, zaś
,,rab’’ to ten kto musi robić z pańskiego rozkazu. Przeto
Arabowie to ci, którzy nie są niczyimi rabami; nie mają pana nad
sobą.
-
Nie wiem ile jest w tym prawdy – wzruszył ramionami Moigniew. - To
wyjaśnienie równie dobrze może być jeno igraszką wyobraźni.
-
Wszak ten, który nam to powiedział, był mędrcem, znającym uczone
rozprawy Lemurian! - Zaperzył się Nieznamir.
-
Mędrcy też się czasem mylą i nie wszystko wiedzą – odparł
spokojnie Moigniew. - Przypomnij mi – dodał po chwili – jak
nazywał się ten, o którym właśnie rozmawiamy?
-
Zalewan, syn Farona. - Rzekł Nieznamir po chwili namysłu.
-
Niegdyś słyszałem o nim na dworze Tiribatesa, monarchy Scytów
Królewskich – zmarszczył czoło Moigniew. - Nadworni magowie
mówili mi o Zalewanie jako o mędrcu upadłym, wykluczonym z ich
kolegium.
-
Ponoć przed potopem nie brakło takich, którzy śmiali się ze
Zbigniewa, nazywanego Lodowym Znachorem, który wszystkie choroby
leczył lodem z zaklętej jaskini… - Nie ustępował Nieznamir.
-
To prawda – przyznał Moigniew. - Śmiano się jednakże również
z Dyla Gębowicza i innych błaznów.
Ryc. za: Artur Balitskii
Bracia
spędzili swój pierwszy nocleg w Arabii w oazie Fifarafa. W cieniu
palm stały ruiny miasta, niegdyś władanego przez rozpustną
królową, gardzącą napomnieniami proroków. Teraz jedynymi
mieszkańcami Fifarafy było plemię Marabutów. Tworzyli je starcy
mający głowy brzydkich, łysych bocianów z ogromnymi wolami,
opadającymi na wychudłe piersi. Cieszyły się szacunkiem
okolicznych szczepów z racji wielkiej mądrości, znajomości sztuk
białej magii oraz zażyłości z Agejem, stojącym ponad wszystkimi
bogami Arabii. Pojawili się na świecie w erze czwartej, wychodząc
z jaja, zniesionego przez olbrzymiego ptaka o żelaznym dziobie.
Bracia nie dostrzegli w ich gronie żadnych niewiast. Otrzymali za to
wieczerzę; jaszczurki, zwane scynkami, upieczone na węglach,
przybrane oliwkami i sałatą słony jogurt z koziego mleka i garść
daktyli na deser.
-
Przybyliśmy do was po zbawienne rady, słysząc uprzednie
zapewnienia o waszej mądrości. - Oznajmił starszy z braci.
-
A więc zasiądźcie z nami w kręgu a Ręka Uleda pokaże wam
prawdę.
Kiedy
na nocnym niebie ukazał się srebrzysty Księżyc, junacy zasiedli
wkoło na piasku wespół z siedmioma Marabutami. Ujrzeli jak
niewidzialna dłoń poczęła rysować jakieś nieznane im litery,
być może używane po raz pierwszy na Bujanie.
-
Nie każdy błądzi, kto wędruje! - Zaklekotał pierwszy Marabut.
-
Największą przywarą jest tchórzostwo! - Oznajmił drugi.
-
Kelb – Kebir, głupi pies, tam go nie ma, a tu jest! - Zaklekotał
trzeci.
-
Nic z tego nie rozumiem! - Zirytował się Nieznamir.
-
A może nie chcesz zrozumieć? - Wtrącił czwarty Marabut.
Rano
bracia podziękowali swoim pół ludzkim, pół ptasim gospodarzom za
gościnę i ruszyli w dalszą drogę. Udali się jeszcze dalej na
wschód.
*
,,Błogosławieni,
którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami
Bożymi’’ - Mt 5,9
Podczas
swoich wędrówek bracia posłyszeli, że gdzieś bardzo daleko, za
Arabią, za Afryką, leży tajemnicza kraina nazywana Bharacją.
Wiedzieli o sprowadzanych z niej klejnotach i przyprawach, a także o
zamieszkujących nią w wielkiej liczbie magach, dzikich zwierzętach
i potworach. Jednak to co ujrzeli na własne oczy, przerosło ich
najśmielsze wyobrażenia.

-
Nasze miasto nazywa się Tharobuxan – objaśniała Sinudi,
dziesięcioletnia kwiaciarka, oprowadzająca obydwu braci po
rozległej metropolii. - Początkowo istniały dwa oddzielne miasta
po obu stronach rzeki Yamani. W Buxonii mieszkały same niewiasty,
podczas gdy w Taruanie żyli wyłącznie mężczyźni. Nawet
zwierzęta żyjące w obu miastach były tylko jednej płci –
mówiła dziewczynka z oczami okrągłymi z przejęcia. - Dzieliły
je nie tylko fale rzeki, ale też wzajemna nieufność i pogarda.
Dopiero gdy na krańcu świata Najwyższy Radża dopełnił obrzędu
Szkarłatnej Pudży, królowa Pixituba z Buxonii poślubiła króla
Farefiza z Taruanu. Z ich rozkazu brzegi Yamani połączył złoty
most. Za przykładem władców wnet poszli ich poddani. Weszli ze
sobą w związki małżeńskie, aż oba miasta połączyły się w
jedną, wielką rodzinę. - Sinudi zakończyła opowieść z
promiennym uśmiechem.
Nieznamir
nie omieszkał wyrazić w mowie starokrasnej głębokiego uznania dla
erudycji i elokwencji zaledwie dziesięcioletniej przewodniczki.
-
Mamusia powiedziała mi, że w poprzednim życiu byłam Bharatieną,
królową – apsarą, która całą posiadaną przez siebie wiedzę
o zwierzętach spisała w grubej i mądrej książce.
-
Cóż, kapłani naszego ludu uczą, że dusze nie wędrują z ciała
do ciała – zaoponował dyplomatycznie Moigniew.
Sinudi
wciąż pokazywała nowe zabytki, jeden piękniejszy od drugiego.
Bracia ujrzeli marmurową fontannę, w której dwanaście złotych
lwów wypluwało z paszcz strumienie krystalicznej wody. Na jednym
placu stał uwieńczony girlandami kwiatów wysoki, złoty słup,
nazywany Palcem Bożym, podczas gdy inny zdobiła miedziana kolumna,
ponoć ustawiona już w erze dziesiątej przez Keralę, syna Par –
Ušana, założyciela
Mohendżo Daro. Każdy chram w mieście wzniesiony został z marmuru
mieniącego się jedną z siedmiu barw tęczy oraz wielu innych.
Stały tu świątynie białe, czarne, seledynowe, różowe, zaś ich
dachy lśniły od złota, srebra i wszelkich możliwych klejnotów.
Ulice były zadbane, starannie zamiecione. Cień zapewniały liczne
drzewa, których gałęzie uginały się jednocześnie od kwiatów i
owoców.

-
Muuusicie wracać do domuuu i zrobić tam porządek! - Ludzkim głosem
zaryczała w stronę przechodzących junaków biała i chuda krowa,
której ze względu na obowiązujący w Bharacji zakon nikt nie ważył
się tknąć nawet palcem.
,,Krowa,
która dużo ryczy, daje mało mleka’’ - Nieznamir uśmiechnął
się do swoich myśli. Pod wieczór bracia pożegnali się ze swoją
przewodniczką i dali jej jako zapłatę dwanaście srebrnych rupii.
Ruszyli w stronę niewielkiej traktierni, zamierzając kupić za
pozostałe pieniądze wino i ryż przyrządzony ze smakowitym sosem.
Usiedli przy stoliku czekając aż oberżysta do nich podejdzie.
Wtedy ujrzeli jak na czystym blacie usiadła papuga o mieniącym się
seledynowym pierzu i czerwonym dziobie.
-
Chodźcie za mną! Król i królowa pragną was widzieć! - Ptak
zaskrzeczał ludzkim głosem.
Bracia
wstali od stolika nie zdążywszy złożyć zamówienia. Podążyli
szerokimi ulicami za papugą, aż ujrzeli pałac króla i królowej.
Lśnił w blasku Księżyca od złotych i srebrnych rzeźb, pereł i
drogich kamieni. Wystarczyło jedno słowo uczonego ptaka, aby dwóch
strażników, okrytych lazurowymi kirysami, otworzyło przed nimi
złotą bramę.
-
Doszły naszych uszu wieści o waszych czynach jakich dokonaliście,
zmierzając do nas przez Medię i Baktrię. - Król Farefiz powitał
dwornie obu braci. - Radzi będziemy wysłuchać opowieści o
tajemniczej, północnej krainie, skąd pochodzą tacy waleczni
kszatriowie.
Farefiz
nosił szkarłatną szatę z najcieńszej kitajki oraz złotą
koronę. Najbardziej jednak rzucał się w oczy kolor jego skóry,
pokrytej mozaiką białych i czarnych plamek. Z tego powodu król
otrzymał w dziele ,,Purana Slovena’’ przydomek Tapata.
-
I my jesteśmy radzi, zasiąść z wami do stołu, panie – odrzekł
Moigniew. - Piękno waszego grodu przewyższa wszystko co nam o nim
opowiadano.
Po
prawicy Farefiza zasiadła królowa Pixituba. Jaśniała takim
pięknem, że można ją było wziąć za Bharatiene, królową
rusałek z ery dziewiątej. Najprawdziwsze apsary i najady podały do
stołu mrożony arak, figi, winogrona, daktyle, podpłomyki oraz
obficie przyprawioną potrawkę z ryżu i kawałków mięsa pawia
karmionego opium. To ostatnie danie zostało podane w misie z
sineańskiej porcelany.
Zgodnie
z życzeniem króla bracia opowiedzieli o Sklawinii.
-
U nas w Bharacji także żyją rozliczne istoty przypominające
połączenie ludzi i zwierząt. - Oznajmił Farefiz. - Jedną z ich
ras są Rinocerowie.
-
Pierwszy raz mój brat i ja słyszymy o takowych. - Przyznał
Moigniew.
-
Należą do prastarej rasy, jeszcze przedludzkiej – ciągnął
król. - Są wśród nich potężnie zbudowani mężowie, silni jak
kolosy, a także niewiasty i dziatki. Wszyscy oni dźwigają na
karkach głowy nosorożców. Czy zwierzęta takie są wam znane?
-
Widzieliśmy niejednego i to w naszych stronach rodzimych. - Odrzekł
z uśmiechem Nieznamir.
-
Rinocerowie są już nieliczni, choć sprawiają synom Par – Ušana
sporo kłopotów. Zbudowali osadę zwaną Nitraputrą w głębi
pobliskiego lasu. Nie jedzą mięsa. Do życia wystarczy im wszelki
pokarm roślinny; jarzyny, owoce, zboża, orzechy, grzyby jak również
trawa i liście. Silni są zaś tak, że żaden leśny drapieżnik,
nawet tygrys czy rakszas nie jest w stanie pokonać ich w walce. -
Król przerwał wywód, aby wypić łyk araku. - Za życia mojego
ojca i dziada mężom z
Taruanu zdarzało się toczyć walki z Rinocerami. Uzbrojeni we
włócznie z żelaznymi grotami, zatrutego jadem z wilczomleczu,
zabijali te potwory, przydybane na niszczeniu upraw. Choć miłuję
pokój, nad Tharobuxanem krąży widmo wojny. Naprawdę strasznej
wojny.
-
Dlaczego? - Nieznamir
zatrzepotał rzęsami jak panienka.
-
Bo te bydlęta zamiast siedzieć na zadach w swoim leśnym grajdole,
nie spoczną póki nas nie zadepczą! - Wybuchnął Farefiz. -
Nienawidzą nas za to, że jesteśmy ludźmi, podczas gdy oni
bardziej przypominają nosorożce.
Bracia,
którzy ubili już niejedną strzygę, pokiwali ze zrozumieniem
głowami.
-
Bodaj spadł z nieba kamień ognisty i spopielił tę prostacką
rasę. - Dorzucił mściwie Farefiz.
-
Opamiętaj się, zapalczywcze! - Milcząca do tej pory Pixituba z
pobladłą twarzą, schwyciła męża za rękę. - Czy ich dziatki
też chciałbyś wytracić?!
-
No, nie. Wszak dziatki nie są niczemu winne. - Zawstydził
się Farefiz, aż białe cętki na jego skórze przybrały barwę
czerwoną. - Zgryzota miesza mi najwidoczniej w głowie.
-
W razie czego mój brat i ja będziemy bronić murów Tharobuxanu.
- Zapewnił poważnie Moigniew.
Należy
wiedzieć, że wybuch wojny pomiędzy Nitraputrą a Tharobuxanem był
celem Asury Orizabela, namiestnika smoka Rykara na Bharację.
Orizabel, jak wszystkie Čorty,
radował się z powodu wojennych rzezi, gwałtów i pożogi, łez i
śmierci najbardziej niewinnych. Na miniaturach z księgi ,,Purana
Slovena’’ miał
postać półnagiego męża
o trupio bladej cerze, trzech ognistych oczach, dwóch rzędach kłów
i sześciu szponiastych rękach. We śnie i na jawie przemawiał do
władców poprzez zjawy, widziadła, astrologów, wróżbitów i
wędrownych dziadów. Niezmordowanie zasiewał w sercach lęk i
palącą nienawiść ludzi do
Rinocerów i Rinocerów do ludzi. Wszystkie Čorty Bharacji wysunęły
już z gąb długie, szkarłatne języki, oczekując niecierpliwie
potoków krwi, zalewających bitewne pole.
Przez
trzy miesiące bracia zanosili orędzia króla Tharobuxanu do
Nitraputry i z powrotem. Poznali bliżej Rinocerów. Wbrew temu co o
nich usłyszeli, nie były to istoty okrutne ani złośliwe.
-
Bharacja jest ogromna, tak że każda rasa
rozumna znajdzie w niej swój dom – rzekł posłom Ratan, król
Rinocerów. - Nie chcemy zabijać ludzi; nic nam nie przyjdzie z ich
białych kości. Zależy nam tylko na tym, aby oni nie zabijali nas.
Wędrowcy
z dalekiej Sklawinii ciągnęli z wielkim mozołem oba miasta na
stronę pokoju, podczas gdy w tym samym czasie Orizabel dwoił się i
troił, aby zepchnąć je w otchłań wojny i zagłady.
-
Zawiodły nasze starania – w noc pełni Księżyca bracia
powierzyli swe strapienia Agejowi i Enkom w świętym gaju. - Nie
zdołaliśmy powstrzymać zapadnięcia decyzji o nikomu niepotrzebnej
rzezi. Dlaczego, ach dlaczego ludzi i inne rozumne istoty dużo
łatwiej przychodzi psuć niż naprawiać?
Kiedy
tak modlili się wspólnie z uniesionymi rękami, na gałęzi figowca
przysiadł biały feniks, przez Słowian nazywany żar - ptakiem.
Otaczała go zielona poświata. Bracia wiedzieli z bajęd o królowej
Tatrze, słyszanych w pacholęcych latach, że ptak ten był
posłańcem Ageja, zasiadającym na złotym trójnogu przed jego
ołtarzem.
-
Idźcie na rozstajne
drogi. Tam wykopiecie z ziemi i spalicie zawiniątko z czarami.
Umieścili je tam czarownicy, aby podsycały w mieszkańcach obu
miast pragnienie wzajemnego mordu. - Następnie biały feniks pokazał
braciom turkusowe jajo. - To zasadzicie w ziemi na styku granic
Tharobuxanu i Nitraputry.
Ptak
załopotał skrzydłami i zniknął w deszczu złotych iskier.
Moigniew i Nieznamir zaopatrzyli się w dwa rydle, a następnie
karnie podążyli we wskazanym kierunku. Pracowali zawzięcie jakby
nie istniały wokół nich chmary dokuczliwych komarów i bąków.
-
Jest! - Ociekający potem Nieznamir wyjął z dna dołu zawiniątko
ze skóry bezwłosego, czerwonego nietoperza z Lemurii.
Wewnątrz
znajdowały się kostki dzieci, którym nie pozwolono się narodzić,
strzępy brudnych, tłustych szmat, zardzewiałe gwoździe i lepiące
się skorupki kurzych jaj. Młodszy z junaków z obrzydzeniem cisnął
znalezisko do rozpalonego zawczasu ognia.
-
Teraz pozostaje nam jedynie zakopać turkusowe jajo! - Westchnął z
ulgą Moigniew.
Nazajutrz
wydarzyła się rzecz niesłychana. Królowie Farefiz i Ratan
odrzucili oręż i podali sobie ręce.
-
Nigdy więcej wojen!
Za
ich przykładem poszli kszatriowie, zarówno ci z głowami ludzi jak
też nosorożców. Kroniki odnotowały tego dnia jeszcze jeden cud.
Pękła skorupka turkusowego jaja i w przeciągu siedmiu godzin
wybujało wyniosłe drzewo o niebieskiej korze. Jego liście z
jadalnego złota miały
moc leczyć wszystkie choroby. Farefiz nakazał odszukać Moigniewa i
Nieznamira. Ci byli już daleko. Zdążali na Zachód do ziemi swych
ojców…
*
W
owym czasie w Jaszeni nad wielką rzeką Oką zasiadał na tronie
młody car Smolen. Słuchając bajarzy w bezsenne noce, dowiedział
się o zamierzchłej erze ósmej, kiedy na świecie rozwijała się
cywilizacja Neurów, nazywanych powszechnie wilkołakami. Neurowie
zgromadzili w swych komorach skarby, odebrane pokonanym Lynxom, zaś
ich kłów lękały się nawet Čorty
i wąpierze. Ze stulecia na stulecie stawali się coraz mądrzejsi,
bardziej podobni do ludzi niż wilków, aż nauczyli się budować
korabie unoszące się w przestworzach. Za panowania swego ostatniego
króla, Rena Puszczyna, Neurowie najechali statkami latającymi
Księżyc, aby toczyć wojnę z zamieszkującymi go płanetnikami.
Przyniosło to zgubę ich wilczej cywilizacji, kiedy na Ziemię spadł
potop splątanych ciał wężowych i jadu palącego…
Kiedy
Smolen posłyszał o Neurach, umyślił sobie odnaleźć choć jeden
z podniebnych okrętów, dryfujących wciąż, jak mniemał, między
niebem a ziemią. Nęciły go bowiem skarby, jakie spodziewał się
odkryć w ładowni. Wyśmiał grubiańsko siwobrodych bojarów,
doradzających mu daleko posuniętą ostrożność. Wezwał przed swe
oblicze łucznika, zwanego Sokolim Okiem. Nigdy nie chybiał, zaś
jego oczy istotnie były żółte i nadludzko bystre tak jak oczy
orła albo sokoła. W jasną, księżycową noc Sokole Oko wszedł na
najwyższą wieżę carskiego kasztelu.
-
Widzę, najjaśniejszy wnuku Dadźboga, prastary korab chyboczący
się pomiędzy dwiema srebrnymi gwiazdami – objaśnił łucznik.
-
Nie gadaj po próżnicy jeno natychmiast sprowadź go na dół! - Car
niecierpliwił się na myśl o złocie Neurów niczym pacholę
oczekujące prezentu od Dziadka Mroza.
Sokole
Oko westchnął do Strzyboga Niosącego Strzały, po czym wystrzelił
w niebo między dwie srebrne gwiazdy. Nie trzeba było długo czekać,
aż nocne niebo rozdarła ognista smuga, kierująca się ku ziemi. To
trafiony celną strzałą prastary statek Neurów spadał strącony z
nieba. Jeszcze moment, jeszcze chwila i już leżał nad brzegiem
Oki. Car Smolen wybiegł z zamku w asyście straży i dworu, aby
przyjrzeć mu się bliżej. Korab trwał zawieszony w kosmicznej
pustce całe ery, podczas których na Ziemi przemijały i następowały
po sobie kolejne rasy, cywilizacje i królestwa. Żagle były w
strzępach; niegdyś kolorowe, teraz zaś szare i łatwe do
porozrywania jak pajęczyna. Wszystkie drewniane elementy kruszyły
się w oczach. Dla każdego było jasnym, że latający statek teraz
nadawać się będzie najwyżej na rozpałkę.
-
Nuże, moje zuchy, przynieście mi teraz złoto z ładowni! - Car
rozkazał swojej straży przybocznej uzbrojonej w bojowe topory.
Penetracja
wraku dokończyła proces jego zniszczenia. Smolenowi wojowie nie
znaleźli skarbów, ani nawet jednej złotej czy srebrnej monety z
wizerunkiem wilka wyjącego do Księżyca. Przebudzili za to stwora,
śpiącego przez całe tysiąclecia pod narzutą ze splątanych sieci
rybackich. Wzdrygnął się Smolen ze swymi doradcami na widok
zataczającego się na krzywych, krótkich nogach, nagiego karła o
zielonej skórze pokrytej szwami i bliznami. Pokurcz miał całkowicie
łysą głowę, świecące szkarłatnym żarem ślepia, pożółkłe
kły i szpony, a do tego niemożliwie cuchnął rozkładająca się
padliną.
-
Powiedz jak się zowiesz, siło nieczysta! - Zawołał carski
kapelan, wołchw, zgłębiający starodawne nauki czarcipłochów.
-
Jam ci jest Borys Karłow, ty podglądaczu gołych dziewek! - Zaśmiał
się pokurcz i boleśnie ukąsił wołchwa w rękę.
-
Czego ode mnie chcesz? - Spytał Smolen, zieleniejąc na twarzy od
wdychanego smrodu.
-
W nagrodę za wyrwanie mnie ze snu, zjem twoje serce, fujaro –
obiecał z całą powagą Borys Karłow. - Wcześniej jednak pożrę
cały twój lud!
Stwór
z Zaziemia zaśmiał się szyderczo, po czym z małpią zwinnością
dał susa na najbliższe drzewo. Rozpłynął się w gęstniejącym
mroku nim car zdołał wydać rozkaz ścigania zbiega.
-
To wszystko twoja wina! - Smolen ryknął do Sokolego Oka.
Pragnąc
uśmierzyć swój gniew, rozkazał ugotować nieszczęsnego łucznika
żywcem z wielkim kotle. Rozkaz wykonano.
Borys
Karłow okazał się słowny. Noc w noc nawiedzał chaty carskich
poddanych. Dławił we śnie całe rodziny i rozszarpywał ich zwłoki
niczym wilk wdzierający się do owczarni. Smolen widział w snach
jego wyszczerzoną gębę, wypowiadającą groźby straszliwe:
,,Próżne, zaiste próżne są twoje rojenia o ucieczce w obce
strony. Choćbyś się skrył w lamus murowany, wszędzie cię
dopadnę, kpie! Zrobię z tobą to co Iwan Dziki zwykł czynić z
plackami, a duszę zaciągnę w takie ciemne miejsce, skąd nawet
Syroka jej nie wydobędzie!’’ Za każdym razem Smolen budził
się z przeraźliwym krzykiem.
-
Widzicie więc, jasne sokoły, jak źle dzieje się w moim państwie.
- Smolen zwrócił się do braci Moigniewa i Nieznamira. - Daremne
okazały się wysiłki wołchwów, zamawiaczy, czarodziejów jak też
wojów i myśliwych, nie lękających się maszkar.
-
Trzeba było nie mordować Strzelca Sokolego Oka – wypalił
Nieznamir. - Żywy wytropiłby pokurcza i zabił go z łuku.
-
Wiesz, śmiałku – Smolen podniósł głos o oktawę – że mógłby
nakazać swojemu oprawcy, aby tobie zadał śmierć jeszcze bardziej
bolesną? Nie uczynię tego jednak. - Dodał pospiesznie, widząc
marsową twarz Moigniewa. - Wszak dobremu władcy przystoi cenić
ludzi szczerych i odważnych jak wy. Pomożecie?
-
Pomożemy! - Potwierdził Moigniew w imieniu swoim i brata.

Synowie
Uściługa przemierzali konno Carstwo Jaszeńskie, nie pomijając
nawet najmniejszej wioski. Wszędzie słyszeli o krwawych wyczynach
Borysa Karłowa, nigdzie jednak nie zdołali pochwycić go na gorącym
uczynku. W osadzie nazywanej Sielicą uratowali z rąk zbójców
kupca El – Szaddaja w złotoróżowym chałacie i turbanie.
Dowiedzieli się, że przyjechał przed siedmioma laty z Azji
Przedniej znad wielkiej rzeki Jordanus. El – Szaddaj wynagrodził
obu braci. Dał im w złoconej szkatułce porcje smakowitej leguminy.
Była różowa jak jego chałat, słodka niczym ulepek, a do tego tak
lepka, że Słowianie nazywali ją mordoklejką. Zgodnie ze
wskazówkami kupca, bracia podrzucili leguminę, skropioną kilkoma
kroplami swojej krwi jako przynętę dla Borysa Karłowa. Zaziemski
skrytobójca połakomił się na nieznany sobie przysmak. Sam siebie
unieszkodliwił, szczęki miał bowiem teraz zlepione jakby
najmocniejszym klejem. Widząc to wyskoczył z zasadzki Moigniew z
mieczem i Nieznamir zbrojny we włócznię. Ubili potwora szybciej
niż zdążyłby wypuścić gazy z jelit. Żadna z jego ofiar nie
umierała tak szybko. Następnie pokazali truchło carowi.
-
Ostańcie w Jaszeni, a podzielę się z wami władzą! - Nalegał
Smolen. - Umiem nagradzać za dobrodziejstwa.
-
Doceniamy twój gest, gosudarze – odrzekł Moigniew – jednak
potrzebni jesteśmy w naszej ojczyźnie. Już wiele lat temu
powinniśmy powrócić nad rzekę Noth.
-
Rozumiem i szanuję wasz wybór, choć osobiście żałuję –
odparł Smolen.
-
W zamian przed odjazdem możemy ofiarować Waszej Wysokości dar
cenniejszy od złota i srebra.
-
Zgadzam się! - Wykrzyknął uradowany Smolen.
Zgodnie
z wytycznymi Moigniewa, car Smolen legł w łożu uśpiony wódką
zaprawioną makiem. Starszy z braci kamiennym świdrem wywiercił mu
otwór w czaszce, przez który nalał lejkiem złocisty płyn. Po
skończonej operacji starannie opatrzył carską głowę.
-
Co właściwie mu zrobiłeś? - Nieznamir spytał brata, jadąc u
jego boku w blasku Księżyca jak najdalej od granic carstwa.
-
Wlałem mu do głowy olej mądrości poświęcony podczas obrzędu ku
czci Welesa. Powinien zbudzić się mądrzejszy.
-
Ja bym raczej ubił tego głupca i okrutnika. - Zaoponował
Nieznamir.
-
Bądź co bądź jest to pomazaniec…
-
Chciałeś raczej powiedzieć: popapraniec!
*
,,Codex
vimrothensis’’ podaje, że bracia powrócili do księstwa
Natyczów na czele drużyny złożonej ze zbójców wykupionych z rąk
kata. Pomagając junakom w odzyskaniu ich ziemi zyskiwali darowanie
kary i szansę na rozpoczęcie nowego życia. Fredegunda uciekła
zawczasu do Germanii pod postacią wrony. Niedługo potem Lizander
poniechał walki. Po zażyciu złotej pigułki zamienił się w
białego morsa z ciemnozieloną grzywą i dał nura do rzeki Nath.
Płynąc nią, trafił do rzeki Odirny, a przez nią do Morza
Srebrnego. Wojowie złożyli broń i powracających książąt. Tron
Uściługa powrócił do jego synów.