piątek, 27 lutego 2015

Wodjanoj




,,Żmijowi otwieram komorę'' – słowa Śnieżany z Tanacharu w Puana, wypowiedziane do rodziców.

,,Bimini, bajeczna kraina w Ameryce, którą napróżno usiłował odkryć towarzysz Kolumba, Juan Ponce de Leon jako gubernator Portorica w 1512''. - ,,Encyklopedia Powszechna Wydawnictwa Gutenberga tom 2 Assurbanipal do Caudry''

,,Ilekroć grożą im srogie przeciwności długiej wojny domowej, wychodzi ze wspomnianego jeziora potężny odyniec z pianą połyskującą na białych kłach i na oczach wszystkich tarza się z upodobaniem w kałuży wśród straszliwych wstrząsów'' – Thietmar ,,Kronika''



W czasach Kościeja, Tatry, Ruty i Lecha III, gdzieś w Orlandzie, w jednym z jezior leżących w Hnyłopati; majątku książąt Korotkowiczów, urodził się pewien wodnik. Otrzymał imię Wodjanoj 



(Vodianoi, Wodny). Na znanej rycinie Iwana Bilibina widzimy go jako tłustego stwora podobnego ni to do żaby, ni to do człowieka, mającego na żabim pysku długie, ociekające wodą włosy podobne do wodorostów. W rzeczywistości do żab podobne były jedynie wodniki z Ojcowa, zaś te, do których należał Wodjanoj miały postać wiecznie młodych i pięknych mężów o oczach świecących w mroku, niebieskiej krwi, a czasem też ciemnozielonych, długich włosach, wąsach i brodach. Niektóre między palcami dłoni i stóp miały delikatną błonę jak u żaby. Wodniki i rusałki niczym stułbie umiały odtwarzać utracone części ciała, a wodnik przecięty na pół, przekształciłby się w dwa odrębne osobniki. Strojem tych wodnych mężów były czarne przepaski biodrowe, powłóczyste szaty utkane przez rusałki z niebiańskiego błękitu, przysługujące władcom, lub trykoty z rybich łusek.
Pewnego dnia Wodjanoj, syn Wodnyja, grafa jeziora Sinyje w Hnyłopati, ukląkł przed ojcem i matką; najadą Utopcówną, by prosić o błogosławieństwo do odbycia wielkiej wędrówki po junackim szlaku. U kowala Mikuły Kolonowa zamówił miecz, który nazwał Żurawiem, oraz lśniący w Słońcu kirys, po czym opuścił majątek kniazia Koriata, odległego potomka Korotki I i ruszył na spotkanie przygodom. W czasie swych podróży (starał się trzymać jak najbliżej wody), zawarł braterstwo krwi 



z ciemnozielonym żmijem Samborem (Samborus) i człowiekiem Osełkiem, synem Stoigniewa. Obaj towarzysze Wodjanoja pochodzili z Aplanu i wszyscy trzej byli dla siebie jak rodzeni bracia. Wspólnie przemierzali drogi i bezdroża, a przygoda goniła przygodę. Na ziemiach późniejszej, analapijskiej prowincji Polani żył w wiosce Koziegłowy niejaki Biernik syn Częstogniewa i mąż Dristiny Jędzy. Znany był z wielkiej porywczości; niemal co dzień krzyczał i obrażał się z byle powodu, a jego żona była jeszcze gorsza. Pewnej nocy w czas święta Kupały, nieszczęsny Biernik zwany Popędliwym, Krzykliwym, a nawet Ryczymordą, został przez kupałki o czarnych włosach i 




zielonej skórze zamieniony w koźlą czaszkę, wewnątrz której płonęło zielone światło. Odtąd ukazywał się nocami na rozdrożach i straszył. Kiedy w Kozichgłowach pojawili się Wodjanoj, Sambor i Osełko, usłyszeli o zaczarowanym oraczu i postanowili mu pomóc. Żmij na każdą wyprawę zabierał maczugę z drzewa jabłoni nabitą krzemieniami. Nikt inny, jeno sam żmij mógł nią walczyć. Wszyscy trzej wyszli nocą, kiedy blask rzucała lampa Wielkiego Chorsa na rozstaje dróg i już niebawem ujrzeli czaszkę kozła, w której płonął zielony ogień. Widziadło prosiło żmija Sambora: ,,Rozbij mnie, a uwolnij mnie''! Podobny do jaszczura syn Giżyna z całej siły uderzył maczugą w rogatą czaszkę i z głośnym trzaskiem rozbił ją na drobne okruchy. Zgasł zielony ogień, którego płomienie wyzierały z oczodołów, za to wśród białych odłamków leżał odczarowany chłop o brodzie podobnej do brody kozła. Z jego głowy sączyła się strużka krwi. Wodjanoj i Osełko pomogli mu wstać i opatrzyli potłuczony czerep. Gospodarz powrócił do swej chaty, a swe córki nazwał Samborą i Sielcą.




Drużyna ruszyła na zachód Aplanu. U ujścia rzeki Odirny do Morza Joldów stało miasto Velehrad, gdzie czczono Welesa Trygława. Na rozlewiskach w okolicach grodu żyło dziwne plemię Korgołowców, zwanych Sierdogłowami. Przypominali ludzi, lecz ich skóry były szare jak u słonia, albo ropuchy; na podgardlach mieli dzwonki jak u kogutów, ale szare, mieli też maleńkie oczy świni i ogromne, łyse głowy kształtem przypominające serce. Korgołowcy za strój mieli przepaski ze skór upolowanych zwierząt. Narzędziami z kości, rogu i krzemienia polowali na tury, jelenie, zające, dziki i ptaki, łowili ryby, zbierali grzyby, jagody, nie gardzili też miodem, owadami, dżdżownicami, wijami, ślimakami, jaszczurkami, żabami i wężami. Ludzie z Velehradu unikali sadyb Szarego Ludu Sercogłowców. Ponoć ci oddawali pokłon Čortom i pożerali schwytanych ludzi. Sami Korgołowcy trzymali się z daleka, nie tylko od synów Novalsa i córek Aivalsy, ale nawet od leśnych ludzi. Jednak tym razem, zbrojne zastępy z pięciu bagiennych osad napadły na podgrodzie Velehradu, paląc drewniane domy, zabijając ludzi i uprowadzając ich wraz z żywym dobytkiem. Po raz pierwszy odważyli się to uczynić, bo na ich czele stał Szary Potwór o skórze oślizgłej jak u żaby. Odbierający cześć i ofiary od Korgołowców był większy od słoni z Tassilii i Bharacji; miał okrągłą głowę bez żadnych włosów i kły jak smok lub wąpierz, pękaty brzuch i długie, kościste łapy o palcach zakończonych szponami niczym u smoka czy gryfa. Szary Potwór razem z Korgołowcami pustoszył podgrodzie i byłby jednym skokiem przesadził wysokie wały, gdy do grodu przybyli Wodjanoj, Sambor i Osełko. Miecz wodnika, maczuga żmija i łuk człowieka wysłały do Nawi wielu Korgołowców. Wodjanoj uciął wyciągniętą w jego stronę łapę Szarego Potwora i rozpłatał jego ociekającą śluzem pierś jak wielkanocne prosię. Sambor ciężką jak dzik maczugą zgruchotał tylne łapy Szarego Potwora, zaś Osełko złotą strzałą rozbił jego głowę w drobny mak. Korgołowców ogarnęło przerażenie na widok śmierci swego bożka. Rzucili się do ucieczki, a trzech junaków i załoga Velehradu ścigała dziki, szary lud, aż do błot za miastem. Grododzierżca chciał zrazu wytępić Korgołowców, lecz Wodjanoj i Sambor wyprosili łaskę dla nich ,,bo i szpetni, dzicy Korgołowcy są dziećmi Ageja – niech nam płacą dań, ale pozostaną przy życiu''. Książę Pomerlandu Okidentalnego dał się przekonać, zaś trzech junaków przekroczyło Odirnę i poszło szukać przygód na Bliskim Zachodzie.

*


Między Lebaną na zachodzie, a Odirną na wschodzie, leżał mały, bliskozachodni kraik, zwany jeszcze w erze trzynastej Redarią (Redariya). W ziemi tej leżało wielkie jezioro, które zamieszkiwał wielki jak dwa niedźwiedzie dzik. Nie był to zwykły odyniec, ale jeden z Enków – syn Boruty i Leśnej Matki, oraz brat Białej Lochy z Dalekiego Zachodu. Dzik z Jeziora mieszkał na jego dnie, w skrzącej się od złota i kamieni, kryształowej wieży, którą otaczał ogród wodorostów, odgrodzony od reszty mrocznego akwenu płotem ze złotych prętów. Dzikowi, przez Oyów i Slawijczyków zwanego Knurem, a przez wschodnich Aplańczyków i Analapów – Wieprzem (Wepr), z oddaniem służyły zastępy rusałek i wodników, krasnoludków jeziornych, czyli jezioranków o rybich ogonach, ondyn, czyli słodkowodnych syren, a także wydr, bobrów, karczowników, żab i raków. Tego dnia w siedzibie Dzika, rozkładany stół na kozłach przykryty był białym obrusem, przez wodne panny utkanym z chmur i pełno było na nim najprzedniejszego jadła i napoju. Wydry i bobry postawiły na stole karpia w galarecie, pulpety ze szczupaków, karasie w śmietanie, które lubił sam Kościej, wędzone węgorze, smażone w cukrze pijawki – przysmak z Sinea, dania z błotnych żółwi i ich jaj, pieczone zaskrońce, oraz jeże zapiekane w glinie, barszcz czerwony, rosół, kaszę jaglaną, placki z miodem, aplański bigos i flaki, różne dania z grzybów w tym z jadanych przez wodniki, rusałki i żmijów – muchomorów, jagody i jeżyny w śmietanie, kołacze z miodem, piwo i miód. Salę biesiadną rozświetlały płomyki rusałek i wodników zamienionych w błędne ogniki, zwane Światłami, a także świeczników, świetlików, ognianów i ognistych ludzi. Rusałki, panny wodne i ondyny radowały 




serca grą na harfach i urokliwym śpiewem; karczownik o dwóch ogonach grał na piszczałce, łoś na organach, a cztery wydry na fletach. Dzik siedział za stołem ustawionym w podkowę; po jego prawicy zasiadła smukła dziewczyna o jedwabistych, czarnych włosach, ubrana w białą suknię, zaś po lewicy – czerownowłosa rusałka z turkusową blizną na szyi, której suknia była czarna jak futro służącego Kościejowi potwora Mięsojada. Były to Tatra i Ruta. Tej z nich, która do oddychania miała tylko płuca, Dzik z Jeziora przystawił racicę do nosa i wychrząkał zaklęcie umożliwiające przebywanie pod wodą bez zaczerpnięcia oddechu. Razem z Rutą z Grabowa nad Lebaną, ucztował jej przyjaciel i wierzchowiec, wodny niedźwiedź Arvot Baldas z Jeziora Niedźwiedzi. Był to zwierz srogi, ongiś zatapiający łodzie rybaków i rwący im sieci. Czynił tak do czasu gdy Tatra i Ruta, gdy spał, wyjęły mu odłamek harpuna i uleczyły jego ranę. Odtąd stał się ich przyjacielem, zwłaszcza rusałki Ruty, co ongiś była ludzką niewiastą skrzywdzoną przez herszta rozbójników Neuratusa. W gościnie u Dzika, który ostrzegał ludzi przed wojną opuszczając jezioro i tarzając się w kałuży wśród straszliwych wstrząsów, przebywali też przemierzający junacki szlak wodnik z Hnyłopati i żmij i człowiek z Aplanu. Dzik opróżnił z bezalkoholowego miodu cały garniec, po czym zabrał głos:
- Kwik! Drzewiej byłem ci ja w Apapie, kiedy na jego tronie zasiadał Teodoro; ostatni król apapski z rodu Wiła Sławicza przed najazdem Kościeja. Gościłem w jego stołecznym grodzie Talji i przyjaźniłem się z całą rodziną królewską; księżniczki rzucały mi żołędzie, orzechy i kasztany. Gdy wojska Kościeja, niczym szarańcza wyroiły się zza gór Alpenlandu i najechały Apap, broniłem króla Teodora i jego ludu. Teodoro zdołał trzykrotnie ranić Kościeja Nieśmiertelnego, lecz zginął najeżony pikami, gdy ja zrywałem z siebie sieci i byłem kłuty widłami. Wielkie było męstwo Apapczyków, lecz utracili ziemie swych ojców, bowiem przybyły z Kościejem czarnoksiężnik Czarny Ładysław Amosow (teraz jego wróg) mocą Čortów zmienił Apap w pustynię; taką jak te co są w Międzyraju. Klęska ta złamała opór najdzielniejszych – Tatra zauważyła, że w oczach Dzika zalśniły łzy, bo żal mu było rycerskiego króla rycerskiego ludu. - Wiedz, córo Montanii, że to dzięki tobie, Kościej straci nieśmiertelność i zginie niesławnie, a z twego łona wyjdzie królowa, co zdejmie przekleństwo z Apapu i sprawi, że jego ziemie znów się zazielenią – wiele lat później, obie wieszczby Dzika spełniły się.
W podwodnym pałacu zaczęły się tańce. Dzik poprosił do poloneza Tatrę, zaś Wodjanoj odziany w ciasny, seledynowy strój z rybich łusek tańczył z jej przyjaciółką Rutą, co zbiegła z niewoli hultajów. Wokół rozbrzmiewały kojące, budzące rozkosz pieśni rusałek, a Ruta wyznała wodnikowi, że sama stała się nimfą, dopiero po mimowolnym utopieniu się w Jeziorze Niedźwiedzi (Lykanus Urzu). Wodjanoj zmienił temat.



- Wiesz, malkieš ysena1, kiedy razem z Samborem i Osełkiem szliśmy przez Pomerland Okidentalny; jedną z dzielnic Aplanu, na podgrodziu Zbożowa mieszkał młody Kynokefal z Korostcewa orskiego. Miał on piękny ogród; pełen jarzyn, drzew owocowych i kwiatów, jednak on i inni mieszkańcy podgrodzia cierpieli niezmiernie z powodu raków ziemnych; niezmiernie rozplenionych... - Ruta pierwszy raz słyszała o takich stworzeniach, co Wodjanoj szybko dostrzegł. - Rak ziemny, albo błotny jest wielkości zająca; pancerz ma czarny i drąży tunele w ziemi; najchętniej mokrej. Poluje na inne stworzenia i może zagrozić bardzo małym dzieciom. Gdy Sambor, Osełko i ja, pojawiliśmy się na tym podgrodziu... - bal na zamku Dzika trwał resztę dnia i całą noc, a Wodjanoj opowiadał Rucie jak wyszczerbił miecz na pancerzu kryjącego się w jednej z piwnic, wielkiego jak żubr, króla raków błotnych, co porwał córkę jednego z gospodarzy.
Ruta zrewanżowała się opowieścią, jak Arvot Baldas pomógł jej dokonać krwawej zemsty na bandzie Neuratusa i o tym jak Tatra o litościwym sercu wyprosiła u niej darowanie życia dla jednego ze zbójów. Następnego dnia obie dziewczyny razem z wodnym niedźwiedziem opuściły Jezioro Redarskie i cała trójka ruszyła w stronę Presnau. Na pożegnanie otrzymały od swego gospodarza dwie podkówki – Tatra złotą, a Ruta srebrną, zaś Arvot Baldas – garnek miodu. Wodnik, żmij i Aplańczyk nim zaplanowali dalszą trasę, postanowili zostać w mrocznym Jeziorze Dzika jeszcze parę dni. Wtedy to Wodjanoj przyśnił niezwykły sen....

*

,, [Szyłka i Nerka] Słuchały o Nubim – założycielu ludzi lewartów, o jego przyjaźni z panterą, o walkach z bazyliszkiem, Gorgoną, o przepłynięciu Morza Ciemności i o późniejszych zdradach na rzecz Rykara i Kościeja tych, którzy byli jego potomkami. 'Bractwo Twierdzy' to przy nich piesek – mówił Biały Tulipan'' – K. Oppman ,,Perłowy latopis''



Wodjanoj śnił sen o obejmującym bezkresne połacie Afryki królestwie Tassilii (Ar – Tassiliya). Nubi z sioła Nob – Aralat, który razem z czarną panterą, swą mleczną siostrą, przeżył liczne przygody i dokonał mnogich czynów sławionych w pieśniach, żył na początku ery jedenastej, jeszcze kiedy nad rzeką Nilus kwitło królestwo Teosta. Nubi okryty sławą, założył zakon rycerski odziany w skóry pantercze i stąd nazwany ,,ludźmi – lampartami''. Sambo, pierwszy król Tassilii nadał im grody Levartov i Lubartov, w zamian za przysięgę obrony jego poddanych przed rozbójnikami, potworami i straszydłami. Niestety już w II wieku ery XI Zakon Ludzi Lewartów porzucił bohaterski szlak przetarty przez Nubiego, z którego rodu pochodził każdy wielki mistrz, a zaczął na eburnowych ołtarzach Čorta Bafometa składać krwawe ofiary, w tym z ludzi, którym na wzór lampartów przegryzano gardła, łupić kupieckie karawany, wsie i miasta, a tassilijscy władcy, wielokroć bez skutku oblegali oba grody. Kiedy wielkie, afrykańskie królestwo najechał Kościej, wraz z nieodłącznym Mięsojadem i zielonobrodym czarownikiem Amosowem, wielki mistrz ludzi lewartów Xux z Gug – aralat złożył hołd najeźdźcy i wraz z własnymi hufcami stanął do boju przeciw swemu suzerenowi, Wielkiemu Barnumowi. Potem Wodjanoj śnił jak ludzie lamparty w zamku Skit godzinami torturowali księcia małp, zwanych w Tassilii ,,sokomotu'', które zachowały wierność Barnumowi. Zwierz miał na imię Simpanus, co w starokrasnej mowie oznaczało ,,szympans''. Choć małpi książę szalał z bólu przywiązany łańcuchami do rozpalonego do białości krzesła, nie nazwał Bafometa bogiem, ani nie przyjął propozycji wspólnej walki pod trupim sztandarem Kościeja. Spłonął żywcem wprawiając w podziw nawet swych oprawców. Wodjanoj śnił, że razem z Samborem i Osełkiem broni Tassilii, a zdrajcy i najezdnicy uciekają jak kury przed jego mieczem. W kulminacyjnym momencie wodnik dopadł Kościeja i zajrzał w jego puste, czarne jak noc oczodoły i … sen się skończył. Po wielu latach wizja ta została spisana przez autora ,,Snu Ruty'' i nosi tytuł ,,Sen Wodjanoja''.
Przyjaciele pożegnali się z Dzikiem i ruszyli na zachód. Myśleli, czy daliby radę obalić Kościeja, lecz doszli do wniosku, że nie, bo ujarzmione przezeń ludy zapomniały co to wolność, by chcieć o nią walczyć. Wodnik, żmij i człowiek zawędrowali aż do podbitej przez Kościeja Altamiry. Był to kraj nad Oceanem At – Azalath, zwanym też Morzem Światogorskim. Mawiano, że za leżącymi na nim wyspą Ultima Thule i Górą Magnetyczną jest Zachodni Koniec Świata. Albo Nowy Świat.

*

Trzech przyjaciół wędrując po imperium Kościeja broniło jego poddanych przed trollem z Nürtu, Neurami służącymi Krwawemu Burkowi i Bractwu Twierdzy, olbrzymem i smokiem z Teutmanii, smokiem z laskońskiej rzeki Šikvy, wilkołakiem Valsą, altamirską bruxą, a nawet oddziałami wojska i tajnej policji, bo ściągnęli za siebie gniew Kościeja, który chciał by jego poddani czy też raczej niewolnicy marli w nędzy i trwodze. Teraz wodnik, żmij i syn rycerskiego Aplanu rozłożyli się obozem na jednej ze złocistych plaż Altamiry. Żmij i człowiek grali w kości i zastanawiali się, jak dalej potoczą się ich losy. Wodjanoj stał na piaszczystym brzegu i pogrążony w rozmyślaniach, wpatrywał się w horyzont, za którym znikały z oczu białe żagle korabi. W oddali lśnił niby ogromna perła jakiś biały punkt. Im dłużej wodnik z jeziora Sinyje wpatrywał się weń, tym ów punkcik zbliżał się coraz bardziej. Wreszcie Wodjanoj, a z nim Sambor i Osełko ujrzeli idącą po falach niewiastę w pysznej sukni utkanej palcami okeanid z morskiej piany i pereł. Jej długie do kolan, czarne włosy ociekały wodą; w uszach miała kolczyki z bursztynowych koralików, w nosie złoty kolczyk, a na głowie złoty diadem z promieniem, w który wprawiony był czarodziejski szafir i korona z płomieni – znak, że była to Enka. W delikatnych, jakby wyrzeźbionych z eburnu dłoniach, morska królowa trzymała wielką muszlę, zaś płynący obok niej paź – tryton; pół – człowiek, pół – koń, pół – ryba dźwigał pozłacany trójząb. Piękna istota przyniosła ze sobą upajający śpiew syren i zapach lilii. Wodjanoj, Sambor i Osełko zgięli przed nią kolana, ona zaś wyciągnęła ku nim dłoń o placach noszących barwne pierścienie i przemówiła słodkim głosem, niczym pieśń okeanidy, czy syreny.




- Jam Jurata, z mandatu Ageja królowa Morza Ziemskiego, co zna imiona wszystkich lądów. Na zachód od Ultima Thule i Góry Magnetycznej jest nieznany wam kontynent, a imię jego: Sonor. Otaczają go liczne wyspy, a na jednej z nich żyją trzy siostry – krasawice co nigdy nie widziały mężczyzn. Tam czekają na was przyszłe żony. Tobie zaś Wodjanoju daję ów trójząb jako znak królewskiej godności wyspy, którą odkryjesz.
- Pani – zabrał głos Sambor – skąd poznamy, żeś naprawdę Juratą, umiłowaną siostrą Mokoszy, a nie ułudą, czy morskim Čortem? - Wodjanoj tymczasem z rąk trytona wziął pozłacany trójząb – berło.
- Jutro przybędzie do was Algerub, by was zawieść na ową Wyspę Trzech Dziewic. Ja zaś wyznaję, że Teost to Swaróg wcielony, czego żaden Čort wyznać nie może.
- I my wyznajemy – odrzekli żmij i człowiek, zaś Jurata zamieniła się w morską pianę i rozpłynęła się w falach Zachodniego Oceanu.
Przyjaciele poczęli się naradzać. Osełko, syn Stoigniewa nie chciał płynąć za Zachodni Koniec Świata. Pożegnał się z Wodjanojem i Samborem i ruszył na wschód. Wymykając się zasadzkom sług Kościeja, po latach dotarł do rodzinnego Aplanu, a gdy jego ojczyste strony zostały najechane przez cara Zachodu, chwycił za łuk i złote strzały, by ich bronić. Widział jak Ruta wraz z Arvotem Baldasem i trzema niedźwiedziami polarnymi rozbiła Szwadron Śmierci, oraz wziął udział w sławnej bitwie na lodach jeziora Mamir, kiedy to Kościej zatonął i został uwięziony w podwodnym zamku królowej – ropuchy Betel – Gausse. Osełko został odznaczony złotymi ostrogami przez króla Aplanu, Lecha III.
Wodnik i żmij przepędzili noc, kiedy szalały wąpierze i bruxy, przy ognisku płonącym na plaży, zaś wczesnym rankiem obudziło ich trącanie ciepłym, wilgotnym pyskiem jakiegoś wielkiego zwierzęcia. Wodjanoj i Sambor otworzyli oczy i ujrzeli nad sobą podobny do końskiego łeb ogromnego stworzenia; żółtego w brązowe łaty. Była to żyrafa morska (loitika maris), która od swych lądowych krewnych z Tassilii różniła się czterema płetwami jak u foki i długim ogonem, podobnym do smoczego, lecz zakończonym jaku u ryby. Zwierzę, którego ród pochodził z łona Juraty, piskiem i gwizdem zachęcało do usadowienia się na jego osiodłanym grzbiecie.




- To jest pewnie ten Algerub, o którym mówiła nam Jurata – domyślił się wodnik, po czym razem ze żmijem, polecając się opiece Glady, Niczym Gwiazda Świecącej nad Morzami, usiedli w bogato zdobionym, podobnym do kosza siodle wykonanym ze skóry smoka morskiego, srebra i bursztynu.
Algerub zapiszczał jak mysz i wpełzł do bezkresnego Oceanu. Wiosłując płetwami i ogonem, płynął szybciej niż korabie z floty Kościeja, a za radą spotkanej syreny z orszaku Juraty, Wodjanoj co jakiś czas nurkował, by zrywać wodorosty – pokarm morskiej żyrafy o lepkim języku podobnym do robaka. Obaj wędrowcy płynęli poza granice Znanego Świata, wiele dni i nocy pożywiając się rybami i mewami, niekiedy też morszczynem. Czasem syreny, okeanidy i morskie wodniki dzieliły się z nimi morskim chlebem, ostrygami i krewetkami; innym razem morski sylen o oślich uszach poczęstował ich winem z jaj ośmiornicy. Któregoś dnia Wodjanoj i Sambor ugościli na grzbiecie 



Algeruba morskiego żmija Żmirłacza, któremu zawsze towarzyszył morski zając o rybim ogonie. Istoty jemu podobne, o szarej lub seledynowej skórze, przypominały żmijów z lądu, lecz miały stopy niczym żaby. W pierwszym dniu rejsu ujrzeli wynurzającą się z fal głowę Juraty, w otoczeniu dworu syren i morskich rusałek. Królowa Wszechmorza Ziemskiego dała odkrywcom dzban z sineańskiej porcelany, który zawsze pełen był po brzegi słodkiej, źródlanej wody. Płynąc wciąż na Najdalszy Zachód, Wodjanoj ubił wykutym przez morskich ludzi, pozłacanym trójzębem węża morskiego o łuskach twardych jak kamienie, który rozdziawił paszczę, by połknąć Algeruba, oraz mając do 




pomocy żmija Sambora, odpędził od morskiej żyrafy stado rekinów, którym dowodził Zitiron. Była to ryba – żandarm pozostająca na żołdzie Kościeja, któremu służyły nawet istoty morskie. Przyjaciele z wola tracili wiarę w sens wyprawy, aż pewnej nocy, gdy spali, Algerub wypełzł na brzeg jakiejś nieznanej im wyspy. Obudził ich cichym rżeniem, a gdy opuścili kosz, zniknął w mrocznych odmętach Oceanu At – Azalath. Prawdziwe okazały się słowa Juraty – Nowy Świat nie był wymysłem.

*

Mała wyspa Bimini (Vimini) przez Słowian zwana Wymyną (Vimina) leżała u wybrzeży Sonoru. Była to ziemia słoneczna, pełna palm i kwiatów, gdzie ponoć biło źródło, którego czyste wody dawały wieczną młodość. W opływających ją wodach Oceanu pływały syreny, morskie wodniki o spiczastych czapkach i rybich ogonach, oraz rusałki, delfiny, rekiny i wieloryby, morskie węże i smoki, zające morskie, do których należał Szaruś – nieodłączny towarzysz płetwonogiego żmija 



Żmirłacza, małże rodzące drogocenne perły, ośmiornice, rozgwiazdy, manty, ryby barwne jak tęczowy sen, a niekiedy nawet widywało się pospolite w Oceanie Wyrajskim zoratony udające wyspy. Wymynę, która pokrywał wiecznie zielony las, zamieszkiwały papugi i wielkie motyle, ibisy czerwone jak krew, pelikany o brązowych piórach, kormorany, ptaki podobne do dzioborożców z Tassilii i Bharacji, oraz nektarników, bajecznie kolorowe rzekotki, jelenie, aligatory przypominające te z Sinea, niedźwiedzie czarne jak tassilijskie chimisety, wielkie i małe koty podobne do lewartów, oraz całe mnóstwo innych zwierząt, których przybysze z Orlandu i Aplanu nigdy wcześniej nie widzieli. Gaje owej baśniowej krainy rodziły pomarańcze, banany i inne owoce wówczas nieznane w żyjącej pod butem Kościeja Europie.
Tego dnia Wodjanoj i Sambor wysadzeni na ląd przez Algeruba; posłańca Juraty zasiedli przy nakrytym białym obrusem stole, w cieniu rozłożystego drzewa razem z trzema rusałkami, które to trzy siostry mieszkały na wyspie od niepamiętnych czasów i nigdy nie widziały mężczyzn, ani nie 




słyszały o nich. Mówiły, że ich matką była ,,wielka królowa Gabia, co ssała mleko Juraty razem ze Słonecznicami'', lecz nawet nie wiedziały o istnieniu istot zwanych ojcami, co wodnika i żmija napełniło przerażeniem. Jedna z rusałek – królowa Wymyny nosząca złotą koronę, miała suknię z białych chmur i długie, wijące się włosy barwy złota. Jej siostry umaiły sobie głowy wieńcami z białych lilii. Jedna z nich miała kosę czarną jak pkieł i suknię utkaną z mroku nocy, zaś trzecia z pań 




wyspy Wymyny nosiła włosy rude i szatę zieloną. Córki Gabii nosiły imiona: Rusavka, Czarna Pani i Zielona Pani. Wodjanoj i Sambor usługiwali im przy uczcie i opowiadali o swych przygodach.
- Boleję, że wasz druh, Osełko z Aplanu nie przypłynął z wami – rzekła ze smutkiem najada odziana w kir nocy. - Gdyby obdarzył mnie swą miłością, nie byłabym już Czarną Panią, lecz Błękitną Damą.
Siostry pokazywały odkrywcom swą wyspę i opowiadały o sąsiednich krainach, zaś w sercach Wodjanoja i Rusavki, oraz Sambora i Zielonej Pani rodziła się miłość.



,,Lewiatan, symbol. nazwa demonicznego potwora mor. (wieloryba?) zwyciężonego przez Boga, występuje kilkakrotnie w Starym Testamencie'' - ,,Nowa encyklopedia powszechna PWN tom 3 I – Ł''.

,,Niech żyją władcy morza; Kraken i morskie węże, Scylla i Charybda, Forkys i Keto, Lewiatan i Behemot, Apsu, Tiamat i Aglu''! - wołał na wyspie Seylan morski satyr.

,,Codex vimrothensis'', ,,Szafirowy latopis'', ,,Codex canumis'', ,,Perłowy latopis'' i ,,Animalistyka'' oraz inne dzieła Słowian i innych ludów, opisują rozliczne dziwne istoty jakich pełno było w Oceanie Ziemskim od stworzenia świata aż do naszych dni. Czegoż to nie ma w tych księgach! Czytamy w nich o większym od wieloryba Indriku – w ,,Gołębiej Księdze'' nazywanym ,,matką wszystkich zwierząt'', trójgłowej foce Cecie, dwóch jedynym potworom morskim Hafgufe z Morza Północnego, które wabiły ryby swymi odchodami i pożerały ich całe ławice swymi pyskami podobnymi do pysków kocich, o czerwonym smoku Syrdonie chodzącym na tylnych łapach, rybach jantarowych, których śluz zamieniał się w bursztyn, morskich wyvernach, hipocervusach, czyli jeleniach z rybimi ogonami, Wyspożółwiu, Soekrabbe; postrachu Jutów, Lewiatanie – Morzeju Pyszałku i Behemocie – Dzikiej Judzie, podobnych do sumów Arybbach, koniach morskich, rekinie Ar – Badasie pożerającym wieloryby, zielonym wężu morskim Trwożnicy zatapiającym wielkie połacie Cipangu, Łotrze – Jesiotrze, co więził siostrę Olega i innych morskich dziwach.
Minęło już siedem lat, odkąd Wodjanoj i Sambor przybili nocą do brzegów Wymyny. Miłość do dwóch rusałek rosła w ich sercach, z miesiąca na miesiąc stając się coraz większą, piękniejszą i radośniejszą, aż wodnik i Rusavka, oraz żmij i Zielona Pani włożyli na swe palce złote pierścienie zaręczynowe, dar od jeleni i łabędzi. Wciąż mieszkając na dwóch przeciwległych końcach wyspy, oddzieleni lasem nie myśleli jeszcze, że niebawem przyjdzie im stoczyć bój w obronie swego życia i miłości. Czarna Pani z bólem znosiła samotność, aż któregoś dnia wzięła na siebie postać wrony i poleciała hen na wschód, za Ultima Thule i Górę Magnetyczną, by w nieznanych sobie krainach szukać męża, którego miłość pomogłaby jej zostać Błękitną Damą. Któregoś dnia Wodjanoj i Sambor razem z dwiema umiłowanymi przez siebie córami Gabii Peleny (Pelengabii) spacerowali Jasną Doliną – niewielką polanką z rzadka usianą drzewami cytryn i pomarańczy, oraz przetykaną srebrnymi nićmi strumyków, gdy zupełnie nieoczekiwanie wody Morza Światogorskiego, pociemniały i zakipiały niby w garncu. Jakieś stwory większe od wielorybów wyrzucały pod niebiosa fontanny wody. Jednocześnie rozległ się ogłuszający ryk, od którego pękały pnie drzew i skały. Wówczas to królowa Rusavka padła na kolana i płacząc zakryła twarz białymi dłońmi.
- Przepadliśmy! - lamentowała, a jej siostra w sukni zielonej jak listek usiłowała ją pocieszyć. - Jeszcze przed waszym przybyciem, wpatrzona w źródło bijące w Grocie Orestyjskiej ujrzałam dwa potwory, co bluźnią Juracie i szkody wielkie czynią żeglarzom. Zowią się Wąż Starodawny – Lewiatan – Morzej Pyszałek i Behemot – Bahmut – Dzika Juda – Weprja Morska.
- Bestie te zabrała głos Zielona Pani – z mandatu smoka Rykara rządzą wszystkimi morskimi Čortami i chcą mieć z nas swe niewolnice, lecz Aredvi Maris – tak nazwała Juratę – potężniejsza od sług Czarnoboga.
- Nie kul się ze strachu, malkieš Pelenis2, bo nie przystoi to królowej, której matka ssała pierś samej Juraty – rzekł Wodjanoj do swej umiłowanej. - Nasze życie jest w ręku Ageja, a my jego wrogom sprzedamy je tak drogo, jak tylko potrafimy – podobnie zapewniał żmij Sambor.
Tymczasem ryk nasilił się i wysokie fale zakryły złociste, pełne muszelek plaże Bimini. Z oceanu At – Azalath wynurzyły się dwa potwory, oba przerażających rozmiarów. Jeden z nich przypominał ni to zielonego węża, ni to smoka. Miał białe kły długie jak pnie stuletnich dębów, czerwone ślepia, do których podobna była gwiazda Exterminans zawieszona na niebie przez cara Czerwonego Człowieka, rozdwojony język jak u węża, warana, czy Warańca z Wyspy Szczurów, wężowate cielsko oraz cztery szponiaste łapy. Był to Lewiatan przez Słowian zwany Morzejem Pyszałkiem; Čort morza i pychy. Druga bestia z morza przypominała dobrze utuczonego wieprza, albo hipopotama z Britainy, lub rzeki Nilus. Niezwykle spasiony stwór miał łeb lutego brytana, z którego paszczy ziały miazmaty, ciężkimi racicami rzeźbił pokaźne dziury w ziemi, zaś jego ogonek przypominał sprężynkę. Imię owej bestii było Behemot (Vegemotus), zaś Słowianie nazywali ją Dziką Judą. Oba potwory osaczyły Wodjanoja z Rusavką i Sambora z Zieloną Panią, po czym Lewiatan (Leviatanus) otworzył buchającą płomieniami paszczę i zaryczał jak grom:
- W imieniu Rykara Strasznego, Butnego i Lutego, my, wąż starodawny i cesarz oceanów, Lewiatan I Groźny i mój towarzysz, król mórz, Behemot I Srogi, żądamy by zamieszkałe na wyspie Wymynie rusałki Rusavka i Zielona Pani, zrodzone przez panią Gabię – Władającą Ogniem Królową o Jednej Piersi, czym prędzej porzuciły nędznych wodnika i żmija z Europy, a z radością poszły zostać naszymi żonami – obie rusałki starały się nie patrzeć w oczy potwora, bo była w nich moc łamania wolności.



- Kwik! - zabrał głos Behemot. - Jeśli zamieszkacie w naszych łożnicach, damy wam wszelkie dobra, rozkosze i wygody, jakich pozazdrości wam sama Zrodzona z Lustra – tak nazwał Juratę. - Jeśli odmówicie, zniszczymy waszą wyspę, a was obie zabierzemy na dno Morza Ciemności na wieczne męki – słysząc to, Zielona Pani pobladła, lecz chwyciła leżący w trawie kamień i cisnęła nim w pysk Behemota, wołając:
- Nigdy nie będziemy wasze! - tymczasem Wodjanoj ujął w dłoń swój pozłacany trójząb i skierował myśli ku Juracie, żałując, że nie ma przy sobie złotych strzał Osełki.
- Wielka Jurato, z łaski Ageja jedyna królowo ziemskich mórz i oceanów! Obrazie sprawiedliwości Ageja, miłosierna matko rozbitków, postrachu morskich Čortów! Niech umiłowane przez nas rusałki nie idą na pohańbienie, a Wymyna nie zostanie zatopiona! - Wodjanoj zasłonił sobą Rusavkę, a Sambor Zieloną Panią.
Potwory ryczały najgłośniej jak umiały, lecz kochankowie zdołali usłyszeć cichy głos morskiej królowej: ,,Odwagi! Agej jest z wami i ja jestem z wami''. Wodjanoj cisnął złoconym trójzębem w wielki jak dom pysk Morzeja Pyszałka i wytoczył zeń kilka beczek zatrutej krwi. Sambor władający maczugą, mocą srebrzystej Juraty, z całej siły uderzył w przednią racicę Behemota; rozbił ją w drobny mak i okulawił morskiego potwora. Słudzy Rykara choć okrutni, nigdy nie grzeszyli odwagą. Lewiatan wyrwał sobie oręż wodnika z głowy i wylewając jeziora krwi niszczącej roślinność, popełznął w fale oceanu – jak głosi wieszczba Maricy zostanie zabity przy końcu świata. Behemot rycząc z bólu, podkulił łapę i również pokuśtykał w morze. W erze trzynastej zabił go Żywibund Dowszprungowicz z Liteny, a tymczasem wyspa została uratowana. Fale znów odkryły złote plaże Bimini, zaś wodnik, żmij i obie rusałki po ciężkim dniu i dziękczynieniu srebrzystej Juracie, posnęli jak susły. Kiedy spali, ukazał im się, schodzący po promieniu Księżyca, nie kto inny jeno sam Jurek, uczeń Teosta, który dopłynął do Sonoru i jego królowej Uminie przekazał zakon swego Mistrza. Teraz Jurek Odkrywca przybył w gościnę na Bimini i sławiąc dobroć Ageja i Teosta, dał Wodjanojowi i Rusavce, oraz Samborowi i Zielonej Pani do wypicia róg z miodu, po czym udzielił ślubu. Noc trwała, a Nauczyciel Sonoru zwiedzał Wymynę wraz z naszymi bohaterami, po czym nad ranem pożegnał ich i na promieniu Księżyca wrócił do Ageja Miłującego. Był to sen, lecz sen prawdziwy. Niebawem Wodjanoj i Sambor przyjęli długo wyczekiwany dar z dziewictwa swych oblubienic, a te przybrały postać dwóch chmur, przez które prześwitywały gwiazdy. Wodnik i żmij zrazu nie wiedzieli co o tym sądzić, lecz rychło okazało się, że owe gwiazdy świecące przez chmury, to były ich dzieci, na które tak długo czekali. Na wyspie Wymynie zapanowały radość i szczęście.


*



,,Są plemiona co poza Wschodniego Świata żyją wiedzą;
Chłodzą się przy ognisku i na wyspie Żary siedzą'' – śpiewał na dworze dworze Juraty morski Cenatur Kipała Hipocentaurus Maris, wyglądający jak jego lądowi krewni.

Dziećmi Wodjanoja i Rusavki było dziesięciu braci Teligów. Każdy z nich nosił imię Teliga (Teliha), na czole miał gwiazdkę, od której biła srebrna poświata, a nad czołem każdego z tych wodników rósł maleńki, srebrny rożek. Łono Zielonej Pani, oblubienicy żmija Sambora opuściło dziesięć cór; prześlicznych rusałek, z których każda nosiła imię Medeina, czyli Leśna. Nieraz wodnik i żmij razem z żonami odwiedzali Sonor. Bywali nawet na audiencjach u królów Zachodniego Lądu i w stołecznym chramie całowali relikwie jytnas Jurka. Wodjanoj dotarł w swych podróżach najdalej z wszystkich wodników, a mimo to czuł niedosyt. W snach nawiedzały go kuszące wizje krain leżących na zachód od Sonoru; pięknych i pełnych cudów. Marzył by opłynąć Sonor i myśl ta zabierała mu radość z serca. Wreszcie pewnego dnia pożegnał swą oblubienicę, sprawującą pieczę nad dziesięcioma synami, przyjaciela żmija wraz z Zieloną Panią i córkami. Wsiadł do czółna, które nazwał ,,Matergrabia'',obiecując wrócić najszybciej jak będzie mógł i przynieść prezenty. ,,Postąpił w sposób wielce płochy i niegodny witezia, opuszczając tą, co go umiłowała, by szukać przygód'' – rzekł morski Centaur Kipała, co oddychał końskim ogonem.
Jeden z odkrywców Wymyny płynął wzdłuż południowego wybrzeża Sonoru, nanosząc na mapę jego słabo rozwiniętą linię brzegową. Długo płynął bez większych przygód, jeśli nie liczyć spotkań z łodziami półnagich Sonorczyków o twarzach pomalowanych na czerwono. Któregoś dnia, gdy odkrywca z Hnyłopati opłynął południowe wybrzeże i skierował się na północ, jego łódź, w której miał porcelanowy dzban ze źródlaną wodą – dar od Juraty, osiadła na piaszczystym brzegu jakiejś nieznanej wyspy. Wodjanoj rychło się przekonał, że zamieszkiwali ją ludzie inni niż gdziekolwiek indziej. Wstyd zasłaniali przepaskami, mieli skórę barwy miedzi i długie, czarne włosy. Malowali się czarnymi i czerwonymi farbami, oraz nosili ozdoby ze szponów i zębów upolowanych zwierząt. Za broń służyły im strzały (tu wodnikowi przypomniał się Osełko), oszczepy i dmuchawy, ale nie to było najdziwniejsze. Największym przysmakiem tego ludu był ogień (!) - płomienie smakowały im tak jak nam lody. Ponadto rozpalali ogniska by się ochłodzić, a nie ogrzać. Grecy nazywali ich Pirofagami (Pirofagoi), co w słowiańskiej mowie oznacza Ogniożerców. Samą wyspę, od żaru, Wodjanoj nazwał Żary. Przypomniał sobie wówczas zasłyszaną w stołecznym grodzie Sonoru opowieść o ,,Wyspach Ognia'', na których był król Ataculapus, ojciec Wielkiej Uminy. Ogniożercy przyjaźnie przyjęli wodnika; dziwili się tylko, dlaczego nie je on ognia jak oni. Wodjanoj pobył parę dni wśród dziwnego ludu, lecz niebawem ogarnęła go tęsknota za Rusavką i synami z jej łona. Pożałował, że ich opuścił i zapragnął powrotu, gdy tymczasem na wyspę Żary spadł najazd. Tarkwiniusz (Tarquinius), król Sonoru, który nie znał Wodjanoja, żył pragnieniem sławy i łupów. Nie troszczył się o to, czy jego poddani żyją w nędzy i lęku przed obsydianowym nożem siepaczy arcykapłana Talcosa, myślał zaś jeno o tym by narzucić jarzmo Żarom i Wymynie, a później zaś podbić ziemie leżące na wschód od Ultima Thule i Góry Magnetycznej. Wyspy te były małe, daleko mniejsze od obecnych Czech, więc król nie oczekiwał zażartej walki. Ruszył ku Żarom z wielką flotą zdobionych rzeźbami okrętów o purpurowych żaglach i dziobach uformowanych na kształt smoczych głów. Tarkwiniusz zabrał ze sobą licznych łuczników, oszczepników i odzianych w skóry jaguarów wojowników w pióropuszach z piór kwezali, zbrojnych w pałki. Wodjanoj umyślił sobie wrócić na Bimini, wcześniej jednak zamierzał wziąć udział w obronie ludu, który gościnnie go przyjął i tym samym wyrazić wdzięczność mieszkańcom Żarów. Tym razem była to myśl godna witezia. Sonorczycy zeszli z korabi i poczęli strzałami z łuków kłaść pokotem Ogniożerców. Król siedzący na złotym tronie na najpiękniejszym z okrętów, rozkazał brać jak najwięcej jeńców, których po powrocie do Sonoru można było pozbawić serca na kamiennych ołtarzach potwora Makary. Ogniożercy ukryli swe kobiety i dzieci w głębi puszczy, po czym przystąpili do odpierania ataku. Wodjanoj walczył wśród nich okryty kirysem i władający ciężkim trójzębem – budził przerażenie Sonorczyków i wściekłość ich króla. Sami tubylcy, pożeracze ognia, oprócz wymienionej już broni używanej na polowaniu, wyjęli krótkie, złote dmuchawki, z których dobywały się płomienie. ,,Zioną ogniem jak smoki''! - zawył jeden z Sonorczyków w cętkowanej skórze, widząc nieopisany ból swych towarzyszy broni. Sonorczycy radzi byli się wycofać, lecz król kazał im walczyć, aż do całkowitego opanowania wyspy. W końcu władca pyszny i butny, co chciał nałożyć jarzmo światu, zginął niesławnie przeszyty na wylot królewskim trójzębem Wodjanoja, zaś wojownicy w pośpiechu wsiedli na okręty i wrócili do swego królestwa. Wodjanoj już się cieszył myślą o powrocie na Wymynę, gdy wtem coś cicho zabrzęczało, w sposób nie do usłyszenia wśród ogólnej wrzawy radości i w oku wodnika utkwiła strzała posłana z jednego z odpływających korabi sonorskich. Strzała przebiła mu oko na wylot i docierając do mózgu przetrąciła nimfolit – mały, barwny kamyk w kształcie serca.
Wodnik zmarł, a jego dusza zamieszkała w Nawi, gdzie czekała na spotkanie Rusavki, swych synów Teligów, Sambora, Osełki i wszystkich, którzy go kochali. Rusavka co dzień wyglądała na horyzoncie jego łodzi, aż pewnego dnia, jakaś mewa powiedziała jej o bohaterskiej śmierci oblubieńca. Z oczu Rusavki polały się łzy, a z serca wypłynęła pieśń o dobrym Ageju, co ,,niszczy wojnę''.
Gdy minęły lata, od czasu gdy Wodjanoj poległ w obronie Żarów i został przez ich mieszkańców pochowany pod stosem kamieni, bracia Teligi i siostry Medeiny pobrali się między sobą; mieli synów i córki. W czasie zesłanego przez Juratę potopu kończącego erę jedenastą, wyspa Bimini – Wymyna zatonęła i odtąd daremnie się trudzili poszukujący jej.



1 W języku starokrasnym: moja perło
2 Perło z rodu Pelenów