piątek, 29 lipca 2022

Oniricon cz. 836

         Śniło mi się, że:



- Ukrainka wahała się czy pokazać palce u stóp zakończone perłowymi paznokciami,



- cesarz Meksyku nosił sombrero i kolorowy pióropusz,



- po latach spotkałem Voytakusa ov Viernitisa, który miał do mnie pretensję, że nazwałem go w liście bydlęciem, również Filipus ov Falconius miał mi to za złe,

- odwiedził mnie ksiądz, który dziwił się dlaczego pomazałem monitor komputera masłem,



- spotkałem na ulicy Kasię Babis i przyznałem jej rację gdy mówiła, że nie można wymagać od wszystkich kobiet, aby były piękne i dobre w sporcie,



- przejeżdżając przez Horbów spotkałem Gabriela Augustyna Tarasiuka, który zarzucał mi, że w swoim wpisie na blogu ośmieszyłem go przed całą Polską,



- Putin zdelegalizował dziewczęcy zespół pieśni i tańca KRP - OR, należące do niego dziewczęta tańczyły same w dyskotece odziane w czarne bikini, widziałem też filmik ,,nie dla chłopców'', na którym półnagie dziewczęta wspinały się na drzewa, zobaczyłem też Rosjanki w bikini udające księżniczki Disneya,



- pojechałem z dziećmi na pielgrzymkę do Serbii oraz Bośni i Hercegowiny, w serbskiej miejscowości Maslenija zwiedzaliśmy cerkiew, w której były ławki z klęcznikami, naszym przewodnikiem był pop Dziwkaz Sawicki mówiący po polsku, którego imię znaczyło ,,Duch Boży'', potem przyszedł ubrany na zielono, otyły pop bez brody mający azjatyckie rysy twarzy, zastanawiałem się czy Dziwkaz Sawicki był rusofilem,


- kiedyś uważałem, że istnienie Rosji jest niezbędne dla zachowania równowagi, dziś chciałbym niepodległości wszystkich republik autonomicznych,



- przyznałem się cioci, że zjadłem piadę (włoski placek pszenny) przed śniadaniem,



- idąc plażą rozmawiałem z ks. Aleksandrem Posackim, któremu nie miałem odwagi powiedzieć, że nie zgadzam się z jego krytyką ,,Wiedźmina'',



- cały oddział Wojska Polskiego zdezerterował na Białoruś,

- po latach spotkałem panią ze szkolnej świetlicy, Annę ov Hrive, która teraz walczyła w armii rosyjskiej przeciw Ukraińcom i powiedziałem jej, że pamiętam czasy, kiedy była dobra,



- jadłem lody nazwane ,,Mistrz i Małgorzata'',

- położyłem na ziemi niebieski koc, który wybrudził się rudym kałem i wówczas brzydziłem się na nim leżeć,



- ubrany w sam szlafrok udałem się do rzeźni, aby nauczyć się zabijania zwierząt, zrezygnowałem z tego gdy ujrzałem tam obdzierane ze skóry koty, powiedziałem, że nigdy nie skrzywdziłbym kota,



- w latach 90 - tych mieszkałem w mieszkaniu noszącym nazwę Kon - Tiki,



- w mitologii Czesława Białczyńskiego, Słowianie i Scytowie pochodzili z Himalajów (Koliby), skąd wyruszyli na zachód i podbili całą Europę, opowieść ta przypominała mi nazistowski mit o Aryjczykach. 

Boran

 

,, […] - Spotkałem Panią, córkę wróżki;

Przez łąkę szła jak zwid uroczy;

Włos miała długi, stopę lekką

I dzikie oczy

[…] Śmiertelnie bladzi, we śnie wołali

Władcy, Książęta i Rycerze:

- Strzeż się – La Belle Dame sans Merci

W jasyr cię bierze!’’

- John Keats ,,La Belle Dame sans Merci’’ (fragment)




,,Leśni ludzie bardzo różnili się od rusałek i wodników. Nie mieli skrzeli, ich krew była czerwona, a ich inne niż czerwone czy żółte oczy nie świeciły w mroku. Nie potrafili też odtwarzać utraconych części ciała. Lubili kolor zielony i takim nosili płaszcze. Mieszkali w lasach, często przenosząc się z miejsca na miejsce. Noce spędzali przy ogniskach na śródleśnych polanach, czasem też w szałasach i ziemiankach. Jedli wszystko to co my moglibyśmy jeść mieszkając w lesie. Smakowały im jesienne owoce wygrzebane spod śniegu, których sok przypominał w skutkach wino. Jadano je zimą przy ogniskach przy uroczystych okazjach. Nawet dzieci dostawały po małym kawałku, a kto zjadł za dużo, tego zakopywano po głowę w ziemi i śniegu aż wytrzeźwiał. Znali język i pismo toropieckie. Z Enków największą czcią otaczali Mokosze, Borutę, Leśną Matkę, Żwerunę, Dziwicę, Swaroga i Srebronia. Przodowali w wiedzy o zwierzynie, kwiatach, ziołach, drzewach i grzybach’’ - Mikołaj Rymwid ,,Nymphologia’’



Żmij Rucław poślubił w pierwszym wieku ery dziewiątej rusałkę Ayisakę, która wydała na świat Chrzana i Lifkę, pierwszą parę leśnych ludzi. Istoty te nie odbiegały wyglądem od późniejszych od nich dzieci Novalsa i Aivalsy, czyli współczesnych ludzi i mogli mieć z nimi płodne potomstwo. Polski antropolog, dr Ludwik Słabicki, uczeń Jana Czekanowskiego, w wydanej w 1925 r. pracy ,,Dziki człowiek polski’’ nadał im łacińską nazwę Homo sapiens silvestris. Kiedy Chrzan zginął na polowaniu raniony przez dzika, z jego krwi wyrosła roślina o piekącym smaku, nazwana jego imieniem. Stanowiła ona największy przysmak leśnych ludzi. Synem Chrzana był Poros, na którego mogile wyrosły pierwsze pory. Poros spłodził Łabusa, ojca Kotara, ojca Makuša, ojca Opienia, ojca Surojada, ojca Gęslaka, ojca Łakuna, Wrasława, ojca Borana.


,,Młody Boran, brat Milinga, Zielicy i Pokrzyka był silny i wysoki a w jego wyglądzie odbijało się wieczne piękno Enków. Rude włosy sięgały mu do ramion, twarz zaś upstrzona była siedmioma piegami. Powiadano, że każdy z nich zawierał zaklęte jedno z siedmiu błogosławieństw Jarowita, dzięki którym Boran był szybki, wytrzymały, odważny i szlachetny. Oczy miał zielone jak płaszcz, którym zakrywał swą nagość. W biegu potrafił dogonić jelenia, w zapasach zaś nieraz rozkładał niedźwiedzia na łopatki. Pływał też jak ryba, a do tego wybornie strzelał z łuku i tropił zwierzynę. Choć budził tęskne pragnienia w sercach dziewczęcych, wciąż nie miał swojej wybranki. Jednak pewnego dnia uległo to zmianie...’’


- Pisała słowiańska kapłanka Rodziwita w ,,Dziejbie leśnej’’, której tytuł po latach natchnął Bolesława Leśmiana do nazwania tak zbioru swoich wierszy.


Był duszny i pochmurny dzień czerwca, kiedy Boran i jego młodszy brat, Miling tropili cietrzewie w zagajniku.



- Słyszałem, że kiedyś żył cietrzew, który w zamian za darowanie życia przekazał łowcy wiedzę o zwalczaniu wąpierzy – przypomniał sobie Miling. - Jeśli o mnie chodzi, to uważam, że to zwykłe bajdy…

- Ucisz się, bo je wypłoszysz! - Syknął gniewnie Boran.

Dalej bracia szli w milczeniu, uważnie łowiąc każdy szelest. Uwagę Borana oderwał od tropienia cietrzewi, wirujący w powietrzu, tuż przed jego oczami mały, błękitny płomyk. Miał kształt kulisty i wydawał dźwięki jak malutki dzwoneczek, wyraźnie zachęcając Borana, aby poszedł za nim. Starszy z braci, zaintrygowany, wyciągnął rękę, aby złowić ognik, lecz ten uciekł mu. Boran, choć nie był w ciemię bity i słyszał już wiele opowieści starszych, ostrzegających przed tego typu zjawiskami, zapomniał o polowaniu. Niczym małe dziecko urzeczone perspektywą nowej błyskotki, zaczął iść za migotliwym omamem.

- Co robisz, bracie? - Wołał za nim przestraszony Miling. - Zostaw ognik; on sprowadzi cię na manowce!

- Pssst – Boran odwrócił się w kierunku brata i położył sobie palec na ustach.

Miling, przeczuwając nadchodzące nieszczęście, począł biec za ukochanym bratem, przeskakując przez omszałe, powalone drzewa.

- Zaczekaj! Nie porzucaj nas! - Wołał rozpaczliwie, lecz Boran idąc wciąż za ognikiem, przestał słyszeć brata.

Nieoczekiwanie między dwoma leśnymi ludźmi pojawiła się wysoka ściana ognia, której Boran nie dostrzegł. Miling, natomiast, wziął rozbieg i próbował ją przeskoczyć. Niestety wpadł w płomienie i umarł od poparzeń. Jego okrzyki bólu nie dochodziły do uszu brata, bo tak właśnie działała czarna magia niebieskiego płomyka.




Boran szedł niestrudzenie resztę dnia i całą noc, głuchy na wycie wilków, aż o brzasku stanął na śródleśnej polanie. Nie było już niebieskiego ognika, zaś Boran po raz pierwszy uczuł, jak bardzo jest głodny, spragniony i zmęczony. W promieniach złotego świtu ujrzał skromną, drewnianą chatkę opierającą się na kurzej nóżce. Na progu siedziała nieopisanie powabna rusałka w kusym, białym gieźle, przystrojona perłami i leśnymi kwiatami. Miała długie i jedwabiste włosy barwy kasztanowej, a jej oczy lśniły złoto – szmaragdowym blaskiem. Bił od niej tak wielki wdzięk, a zarazem też majestat, że zachwycony Boran upadł przed nią na twarz i dłuższą chwilę trwał tak w milczeniu. Urodziwa panna, zwinnie jak kotka, zeskoczyła na ziemię i cicho podeszła do oddającego jej cześć młodzieńca. Delikatnie postawiła bosą stopę na jego głowie i odezwała się melodyjnym głosem.

- Witaj, Boranie Wrasławicu! Przyjmuję cię na swojego kochanka.

Leśny człowiek zdumiał się i nieśmiało podniósł wzrok na piękną panią.

- Skąd znasz moje imię, pani?

- Ptaki przynoszą mi wieści z najodleglejszych zakątków. Możesz powstać.

Boran z czcią złożył pocałunek na gładkim kolanie piękności, po czym wstał i zatopił maślany wzrok w jej twarzy.

- Jak się nazywasz, pani?

- Mam wiele imion – rozśmiała się rusałka – a to właściwe jest tajemnicze.

- Będę nazywał cię Bosą, przez cześć dla twych stóp, pani – rzekł Boran.

- Podobasz mi się – odpowiedziała Bosa. - Choć nic nie mówisz, nawet bez swoich mocy, słyszę jak burczy ci w brzuchu. Chodź ze mną, aby się posilić.

Bosa ujęła Borana za rękę i zaprowadziła go do swojej chatki na kurzej nóżce. Jej wnętrze okazało się bardzo przytulne. Na środku izby stał stół nakryty białym obrusem i oświetlony blaskiem sześcioramiennego świecznika. Bosa posadziła gościa po swojej prawicy, a następnie klasnęła w dłonie. Wówczas na stoliku ni stąd ni zowąd zjawiły się wykonane z seledynowej porcelany półmiski pełne parującego pieczystego z cietrzewi, utartego chrzanu, drobno pokrojonych porów zmieszanych z przepiórczymi jajami oraz świeżych i suszonych owoców. Nie zabrakło też wysadzanych klejnotami, złotych pucharów wypełnionych po brzegi aromatycznym winem barwy byczej krwi.

- Piję twe zdrowie, cudowna pani! - Boran wzniósł toast.

Ledwo upił łyk wina, na przepadłe uleciały z jego głowy wszystkie wspomnienia dotyczące rodziny i plemienia. Zamieniły się one w białe motyle, które poniosły śmierć w sieci pająka. Bosa patrzyła z uśmiechem, jak Boran rzucił się na smakowite jadło niczym wygłodniały pies. Gołymi rękami i zębami rozszarpywał pieczonego cietrzewia, połykając kawały mięsiwa bez gryzienia. Żłopał wino bez opamiętania, a gdy go zabrakło, wypił nawet różaną wodę przeznaczoną do obmycia rąk. Kiedy miał już dobrze w czubie, w kącie izby zjawiła się szara, a niektórzy powiadają, że biała mysz.

- Kochajcie się! Ogłaszam was mężem i żoną! - Zapiszczała wesoło.

- Słyszałeś co powiedziała ta myszka? - Bosa położyła dłoń na ramieniu Borana.

- Nie słyszałem, bo mi szumi w głowie. - Odparł leśny człowiek.

- Myszka właśnie udzieliła nam ślubu. Jestem teraz twoją żoną i chcę, abyś postąpił ze mną jak szalejący władca zagajnika ze swoją łanią!

Boran nie dał sobie tego dwa razy powtarzać. Ochoczo, choć chwiejnym krokiem, udał się ze swoją wybranką w stronę jej złotego łoża nakrytego miękkimi piernatami.

- Nuże, odbierz mi moje dziewictwo, które mam moc stracić i odzyskać!

Boran z wielką ochotą spełnił rozkaz swej pani. Gdy oboje leżeli zmęczeni po miłosnych zapasach, Bosa wsunęła na wskazujący palec Borana złoty pierścień z wyrytymi na nim tajemnymi imionami zapisanymi bukwami bujańskimi.

- Wiesz w jakim celu ci go daję?

- Na znak naszej miłości.

- Głupi jesteś – skrzywiła się. - W tym pierścieniu drzemie wielka moc czarnoksięska. Wkładając go na palec staniesz się władny w mgnieniu oka przenosić się do miejsc odległych o tysiące wiorst. Czyż nie jestem twoją damą? - Spytała po chwili, trzepocząc zalotnie rzęsami.

- Jesteś nią, o pani. - Gorliwie potwierdził Boran.

- Zgadza się, a ty jesteś moim witeziem. Będąc nim musisz być gotowy do walki z dzikimi bestiami i potworami w najdalszych zakątkach świata. Chcę, abyś dla mnie zabijał przeciwników silnych i zdolnych do obrony, a najcięższe rany przyjmował ze śpiewem na ustach. Tylko tak staniesz się mnie godnym i w nagrodę będę cię jeszcze wiele razy dopuszczała do lubieżnego rytuału na ołtarzu łoża. Gdziekolwiek się udasz, będę swą mocą czarodziejską widziała twoje czyny i słyszała słowa jakie będziesz wypowiadał. Nawet twoje najskrytsze myśli pozostaną przede mną odkryte jak słowa zapisane w otwartej księdze. Ty zaś masz być nieustraszony i srogi dla każdego wroga, a także miłować mnie więcej niż wszystkich Enków. Czy przysięgasz tak uczynić?

- Przysięgam ci, pani, na złoty tron Welesa stojący na rozlewisku w Nawii.

- Dobrze, a teraz pokrzep swe siły słodkim mlekiem z moich piersi.

W tym czasie plemię Borana poszukiwało go, nawołując wśród drzew matecznika, on jednak nie pamiętał już kim był i skąd pochodził…


*


,,Pewnego razu, gdy na lodach Lykayuku stanął lodowy zamek Zimy, do Toropiecka przybył dziwny zwierz. Wszyscy mieszkańcy wylegli z domów, z lasu i jeziora, by podziwiać wielkie zwierzę. […]

- Jestem loitika – zwierz przemówił, a zdumienie wzrosło – moja nazwa wywodzi się z krasnoludkowego ‘loitenost’’’, co po toropiecku znaczy piękno. Zima, córka Mar – Zanny przysyła mnie do Europy i Bałkana Łobasty, by prosić ośmioro dzieci, cztery córki i czterech synów na służbę do Vracasieva! - Wszyscy słuchacze oniemieli.

- Dlaczego potrzebuje naszych dzieci? - Spytała Europa.

- Do różnych prac. - Odpowiedziała loitika, czyli żyrafa. - Ja na przykład będę je uczyć walczyć.

- Tak jak stuha walczą z ażdachami? - Zapytał się syn Łobgostek.

- Z ażdachami, strzygami, dusiołkami; jak Zima rozkaże. - Odrzekła żyrafa. - Wybrańcy będą sypać śniegiem, robić szron, gołoledź; dostaną konie władne latać w przestworzach. Złożą przysięgę. Niektórym stworzeniom będą pomagać, a innym … szkodzić, bo Zima jest kapryśna. Służba potrwa całe życie, a Zima wymaga całkowitego, ślepego posłuszeństwa. - Żyrafa poszła sobie.

Nazajutrz do Toropiecka przybył śniegowy bałwan Śnieżelec i począł zachwalać służbę u Zimy. Następnego dnia widziano tura białego jak mleko z tym samym orędziem. Czwartego dnia na plaży pokrytej śniegiem stało osiem koni różnej maści; osiodłanych i wołających po imieniu ośmioro braci i sióstr mających służyć Zimie. Ci, pożegnawszy rodziców i rodzeństwo, wsiedli na rumaki, a te poniosły ich na północ ku jezioru Lykayuk’’ - Mikołaj Rymwid ,,Nymphologia’’




Rusałka Zielena, licząca sobie piętnastą wiosnę życia, miała piękne, seledynowe włosy i błyszczące oczy tej samej barwy. Razem ze swą młodszą siostrą, Złotosiną, służyła w lodowym pałacu Zimy wznoszącym się na zamarzniętym jeziorze Lykayuk. Podczas gdy Złotosina, z woli Zimy unosiła się niewidzialna w powietrzu i sypała śniegiem ze złotego koszyka, zadanie Zieleny polegało na doglądaniu białych niedźwiedzi przebywających w zwierzyńcu Pani Lodowego Młota. Stadko tych zwierząt, liczące siedem sztuk, było darem od morskiej rusałki Sedny, wielkiej księżnej lodowej krainy Polaris. Zielena karmiła je krwistym mięsem reniferów i owcowołów oraz rybami. Wśród owych pięknych a zarazem bardzo groźnych bestii, wyróżniał się rosły samiec noszący trudne do wymówienia imię, które brzmiało Qupqugiaq. W przeciwieństwie do innych białych niedźwiedzi miał aż dziesięć łap. Ilekroć Zielena karmiła go, jej serce drżało z trwogi, jakby miała przed sobą smoka. Niezwykły zwierz zawsze wlepiał w nią wzrok ponury, a zarazem lubieżny. Wreszcie, któregoś zimnego poranka, kiedy Zielena położyła przed nim kawał surowego mięsiwa oraz własnoręcznie złowionego pstrąga, dziesięcionogi niedźwiedź schwycił ją zębami za rękę, zaś lewą łapą złapał za pierś, rozdzierając sukienkę potężnymi pazurami.

- Au! Zostaw, to boli! - Pisnęła przestraszona rusałka, lecz śnieżny potwór tylko zacisnął mocniej zęby, aż z ręki pociekła niebieska krew.

- Pomocy! Niech mi ktoś pomoże! - Krzyczała Zielena, lecz w pobliżu nikogo nie było.

Wszystkie zimowe rusałki zajęte były swoimi obowiązkami, zaś w oczach Zieleny zalśniły łzy bólu. Cała przygoda mogła przybrać fatalny finał, gdy wtem, mocą czarodziejskiego pierścienia, w lodowym pałacu zjawił się Boran uzbrojony w wypolerowany topór o ostrzu wykutym przez karły. Widząc krzywdę rusałki, skoczył jak pantera ku niedźwiedziowi z bojowym zawołaniem na ustach. Niedźwiedź puścił przestraszoną i krwawiącą rusałkę, po czym natarł na junaka. Boran odrąbał mu toporem jedną łapę, po czym uśmiercił ciosem w czaszkę. Zielena nie mogła uwierzyć własnym oczom, choć wiele słyszała już o odwadze leśnych ludzi.

- Mój wybawicielu, zabierz mnie stąd! - Zarzuciła białe ramiona na szyję Borana.

- Już mam swoją panią – odrzekł Boran – zaś gdy przyjdzie wiosna, możesz zakończyć służbę w Winterforcie. - Następnie odciął członek bestii, jako dar dla kochanki, mający posłużyć jej w czarach i mocą pierścienia zniknął jak kamfora.



*


,,Afryka zawsze była matecznikiem smoków, niezwykle długich węży władnych łykać bawoły i słonie, wielkich żółwi o siedmiu głowach, bądź pięciu łapach, gadów – latawców posiadających uzębione dzioby i poruszających się na błoniastych skrzydłach, olbrzymich krokodyli, bazyliszków, hydr, wiwern oraz wszelkich innych łuskowatych bestii wyposażonych w kły, szpony, rogi, kostne grzebienie, kolce, płetwy lub pancerze. Człowiek czuje się mały przy tych istotach i taki też jest w ich oczach’’ - Pafnucy Łozownik ,,Księga Ira’’



Rusałka Mzija z Woduchowa, wielce urodziwa panna o długich, płowych włosach, zawsze była ciekawa świata. Miast siedzieć w rodzinnym rozlewisku, ujęła w rękę rzeźbiony kij podróżny i udała się na wędrówkę. Miała zamiar ujrzeć na własne oczy wszystkie cuda skryte w najdalszych zakątkach Królestwa Toropieckiego. Zabawiła w grodzie stołecznym, Toropiecku jak również nad rzeką Visaną, jeziorami Mamir, Synar, Vikora, Hanax i Gopłem oraz w Kapiszczu, sanktuarium wodnych nimf grżet, żyjących w Krainie Orłów na Bliskim Południu. Pływała w afrykańskiej rzece Nilus, zamieszkanej przez Sobaków; plemię wodników wypasających krokodyle i Potamidy; szczep rusałek opiekujących się hipopotamami. W słonym jeziorze Tritonis ugościł ją wystawnym obiadem jego władca, książę Tryton mający postać ciemnoskórego męża od pasa w dół zakończonego ogonem ryby w czarne i srebrne pasy. Tryton założył na łabędzią szyję Mzii sznur drogocennych pereł i zarazem przestrzegł ją przed niebezpieczeństwami czyhającymi na samotnie podróżującą rusałkę w głębi Czarnego Lądu.

- Nade wszystko wystrzegaj się Mzimu, jest to bowiem Čort i nieprzyjaciel Ageja.

Kiedy Mzija zawędrowała w okolice góry Merun, spotkała Mzimu. Miał ci on postać rosłego męża o smolistej skórze, czarnych, wełnistych włosach, śnieżnobiałych kłach, lwich pazurach oraz straszliwych, ognistych oczach. W miejscu jego członka wiła się żmija sykliwa. Mzimu na widok urodziwej nimfy z północy, zaczął zalecać się do niej. Układał u jej stóp kopce z klejnotów i obiecywał pełne rozkoszy życie na wyspie Zatanazas leżącej pośrodku Morza Ciemności. Mzija, ostrzeżona zawczasu przez księcia Trytona, odrzuciła te zaloty, a im natarczywiej Čort nalegał, tym goręcej zwracała swe myśli ku Enkom. Wówczas Mzimu zapłonął gniewem. Wyrwał rusałce jej kij podróżny i z trzaskiem złamał go na kolanie. Następnie pochwycił przestraszoną nie na żarty Mziję w swe szponiaste ręce i przywiązał ją grubymi powrozami do głowy pasącego się smoka, zwanego ngoubou. Zwierz ten był nieco większy od nosorożca i pokrywała go łuskowata, zielona skóra. Miał cztery łapy, ogon, oraz wielką głowę z papuzim dziobem i siedmioma długimi rogami; jednym na nosie, a sześcioma po bokach kostnej krezy.

- Wołaj Syroką do woli i tak ci nie pomoże! - Szydził Mzimu, po czym przywołał zaklęciem muchę tse – tse.

Gdy ta ukłuła ngoubou w ogon, aby dostać się do jego smakowitej, smoczej krwi, zwierz wpadł w szał, potęgowany dodatkowo tym, że przerażona rusałka przywiązana do jego głowy, zasłaniała mu pole widzenia. Ngoubou zaryczał i zaszarżował przed siebie, zaś biedna Mzija płakała ze strachu. Mizmu patrząc na to, łapał się za brzuch i ryczał okrutnym śmiechem. Siedmiorogi smok przebiegł całą wiorstę z nieszczęsną rusałką na swojej głowie, gdy wśród wysokich traw sawanny, mocą magicznego pierścienia, stanął na jego drodze Boran i nie zamierzał ustąpić.

- Matko Wilgotnej Ziemi, spalona afrykańskim słońcem, dodaj mi sił, abym zatrzymał siedmioroga i ocalił pannę. - Wypowiedział słowa modlitwy, podczas gdy ngoubou pędził jak burza.

W końcu nastąpiło frontalne zderzenie. Boran pochwycił w obie swe mocarne dłonie róg ngoubou i nie puszczał, zapierając się z całej siły w ziemię. Roślinożerny smok szalał i ryczał jak zarzynana krowa.

- Uspokój się i pozwól mi ciebie uwolnić. - Przemówił łagodnie Boran. - Nie chcę ciebie zabijać, tak samo jak ty nie chcesz umierać. Leśni ludzie nie zabijają zwierząt, kiedy tego nie muszą. - Pod wpływem jego perswazji, ngoubou uspokoił się. Przestał biec i zamachał ogonem. Boran wyjął zza pasa myśliwski nóż i rozciął nim więzy krępujące rusałkę. Następnie klepnął smoka w bok ze słowami: ,,Trzymaj się, brachu!’’, a ten spokojnie oddalił się w kierunku swojego stada.

Mzija w podartej, zielonej sukience, płacząc tym razem ze szczęścia, zarzuciła Boranowi na szyję swe białe ramiona i ucałowała go w oba policzki.

- Wiedz, że mam już swoją panią. - Próbował oponować Boran.

- Mój bohaterze, ocal mnie przed zemstą prześladującego mnie Mzimu! - Nadobna podróżniczka uklękła przed leśnym człowiekiem i objęła go za nogi.

- Wstań, piękna nieznajoma – polecił Boran. - Jeśli masz taką moc, zmień się w owada i ukryj się w moich włosach.

- Dzięki Mokoszy, mam taką moc! - Mzija klasnęła w dłonie i z gracją upadła na plecy.

Natychmiast przybrała postać konika polnego i schroniła się za uchem Borana. Wówczas zagrzmiało w oddali i zza ciernistych krzewów wyszedł Mzimu, którego srogą twarz wykrzywiał grymas wściekłości.

- Oddaj mi rusałkę, białasie, a jak nie, to będziesz tego żałował przez całą wieczność!

Boran z szybkością atakującej żmii, zacisnął dłoń w kułak i z całej siły uderzył nią w smolistą twarz Mzimu. Zaskoczony Čort upadł na plecy z trzema wybitymi, białymi kłami i zieloną krwią sączącą się z rozbitego nosa. Boran dobył topora i odrąbał Čortu głowę, po czym schował ją do sakwy.

- Zaniosę to trofeum mojej pani o pięknych kostkach – oznajmił.

Mzija, która w tym czasie znów przybrała postać rusałki, chwyciła pospiesznie duży kamień i rozgniotła nim na miazgę żmiję sykliwą, którą Mzimu miał w miejscu członka. Budzący grozę namiestnik smoka Rykara na całą Afrykę wydawał się martwy.

- Jak się cieszę, że Dola postawiła ciebie na mojej drodze! - Rzekła wzruszona Mzija. - Wybranka twego serca musi być najszczęśliwszą z wszystkich nimf!

- To ja jestem szczęśliwy, że Bosa wybrała mnie na swego witezia. Uważaj na siebie, krasawico i niech Dola zawsze spogląda na ciebie z pogodnym obliczem! - Rzekł Boran na pożegnanie, po czym mocą pierścienia przeniósł się do chatki na kurzej nóżce, gdzie czekała nań jego kochanka z nowym zadaniem…



*


,,W Kazuarii, zajęci podziwianiem sylfów, dopiero po czasie spostrzegli smoka zwanego rau. Był wielki jak trzy czy cztery żubry, miał mały łepek, pękaty kadłub, na grzbiecie i ogonie dwa rzędy czerwonych płyt, a na końcu ogona cztery spiczaste kolce. ‘On nie krzywdzi ludzi, je rośliny’ - Leśna Matka uspokajała Ucława, który gotów był zabić smoka w obronie Malwy’’ - ,,Tatra. Suplement’’




Bosa siedziała na skraju łoża, zaś Boran klęczał przed nią i nacierał jej kolano gorącą maścią w barwie zgniłej zieleni.

- Pragnę, abyś udał się na daleką wyspę Kazuarię zamieszkaną przez rusałki o czarnych włosach i brunatnej skórze. Przyniesiesz mi zakończony czterema kolcami ogon smoka rau, abym mogła nim czesać swoje włosy niczym grzebieniem.

- Po czym rozpoznam smoka rau, skoro takowych nie bywa w lasach nad Visaną? - Spytał Boran.

- To proste. Z grzbietu rau sterczą jakby czerwone dachówki ustawione na sztorc. Choć zwierz to ogromny, ma mózg mały jak orzeszek, a do tego żywi się roślinami i padliną. Nie jest groźny.

Boran czym prędzej wypowiedział zaklęcie, którego nauczyła go Bosa i w jednej chwili przeniósł się mocą pierścienia do gorącej, parnej i wilgotnej dżungli gdzieś na Wschodnim Krańcu Świata. W powietrzu rozbrzmiewały pieśni cudownie ubarwionych, beznogich sylfów, zaś wielkie, kolorowe motyle tańczyły niepowtarzalny balet. Boran, znakomity tropiciel, wnet wykrył olbrzymie, smocze ślady odciśnięte na wilgotnej ziemi, zdeptaną roślinność, sterty odchodów i unoszący się w powietrzu zapach piżma. Wszystko to mówiło mu, że rau jest gdzieś blisko. Po trzech dniach wytropił go w palmowym zagajniku. Wielki, zielony jaszczur pasł się, zjadając paprocie, oraz spadłe z drzew owoce. Jego ogrom zapierał dech w piersiach. Boran zakradł się cicho jak kot, w ręku dzierżąc topór. Jednym sprawnie wymierzonym uderzeniem oddzielił kolczasty koniec ogona od reszty ciała. Rau zaryczał przeciągle z bólu i wymachując okaleczonym ogonem, rzucił się do ucieczki prosto przed siebie.

- Wybacz, bracie, że musiałem cię okaleczyć, ale swojej pani jestem winien ślepe posłuszeństwo – rzekł Boran.

Tymczasem zza drzew wybiegł biały jednorożec w złotej uprzęży. Dosiadała go nierównanie nadobna łowczyni z napiętym łukiem wymierzonym w Borana. Okrycie jej stanowiła kusa sukienka barwy szmaragdów tak jak jej oczy. Miała jasną cerę i brązowe włosy opadające lśniącą kaskadą na plecy. Boran pobladł i skłonił się do ziemi, pojął bowiem, że ma przed sobą samą Dziewannę Šumina Mati, oblubienicę Boruty i panią wszystkich puszcz świata.

- Sława tobie, Leśna Matko! - Pozdrowił ją Boran.

- Dlaczego to uczyniłeś? - Spytała surowo Dziewanna, patrząc z wyrzutem na odcięty koniuszek ogona rau. - Czyż nie ustanowiłam zakonu, zabraniającego leśnym ludziom niepotrzebnego zabijania zwierząt i okaleczania ich z błahego powodu?

- Wybacz, leśna królowo – kajał się Boran. - Wiedz jednak, że pani mojego serca nakazała mi przynieść ten ogon i nie mogłem jej odmówić.

- Znam twoją panią – Dziewanna odłożyła łuk. - Ma ciało rusałki, lecz pod powabną piersią skrywa serce Bieśnicy i każde z zadań jakie ci wyznacza, ma w jej zamyśle przyprawić cię o śmierć. Tak naprawdę cię nie kocha, jeno pragnie doprowadzić do zguby twej duszy i ciała…

Wówczas Boran uniósł się gniewem, a jego oblicze na przemian bladło i czerwieniało.

- Nie mogę uwierzyć, że właśnie ty, pani, wypowiedziałaś te słowa płoche i kłamliwe. Gdybyś nie była niewiastą, wyzwałbym cię na walkę na pięści. Wiedz, że Bosa jest najczystszym i najdoskonalszym ze stworzeń i nawet sam Agej Zabołat nie może nas rozdzielić… - Głos Borana unosił się i opadał od wielkiego oburzenia, aż biały jednorożec, przestraszony przysiadł na zadzie.

Dziewanna widząc, że nie zdoła go przekonać, odjechała w głąb dżungli z pochmurnym obliczem. Boran zarzucił sobie okrwawiony łup na plecy i mocą pierścienia zjawił się przed obliczem swej wybranki.



*



Wśród olsów krainy, która w erze trzynastej otrzymała nazwę Białorusi, na piaszczystej wysepce leżącej pośrodku bagna, płonęło ognisko. Siedział przy nim olbrzym, zwany Smolarzem. Był wysoki jak sosna, zaś całe jego ciało pokrywały czarne kudły. Pośrodku czoła miał jedno wyłupiaste oko, które świeciło niczym złowrogi rubin z piekielnego skarbca. Nad ogniskiem był zawieszony wielki, czarny kocioł, w którym bulgotała gotująca się smoła. Kosmaty stwór zanurzył kościaną chochlę wewnątrz kotła i z lubością wypił łyk smoły. Po prawej stronie Smolarza stała klatka z mocnych, leszczynowych prętów. Płakało w niej dwoje zamkniętych dzieci z rasy leśnych ludzi; chłopiec i dziewczynka noszący na biodrach przepaski ze skór wiewiórek. Mina Smolarza zdradzała wielkie zadowolenie. Szczerzył białe kły, błyszczące złowroga w promieniach Słońca i podśpiewywał sprośne piosenki.

- Wiecie co zaraz z wami zrobi wujek Smolarz? - Zwrócił się do dzieci. - Taaak, zaraz was zanurzy w tej cudownej, smakowitej smole, a gdy wyzioniecie w niej ducha, będzie się delektował waszym młodym i słodziutkim mięskiem. Czyż to nie jest piękne? Hi, hi, hi!

Leśne dzieci wrzeszczały z trwogi i aż się posikały, tak bardzo były przestraszone. Brat i siostra wtulili się w siebie, zanosząc się szlochem. Im głośniej płakały, tym bardziej Smolarzowi było do śmiechu. Oblizywał się długim jęzorem i klepał kosmatą dłonią po pokaźnym brzuchu. Losy Kazka i Buczynki, bo tak nazywały się leśne dzieci, wydawały się już przesądzone, gdy wtem zabrzęczała strzała z łuku. Utkwiła aż po lotkę w karmazynowym oku potwora. Smolarz jęknął głucho, po czym martwy runął mordą prosto w kocioł smoły. Czarna maź wylała się z kotła i zajęła ogniem. Potworne cielsko Smolarza poczęło się topić, aż została z niego jedynie wielka kałuża kipiącej smoły.

- Ze smoły powstałeś, w smołę się obróciłeś. - Dzieci spostrzegły, że do brzegu wysepki przybiło czółno.

Wyskoczył z niego rudy i piegowaty, leśny człowiek w zielonym płaszczu.

- Nie lękajcie się, dziatki. Jestem Boran i przyszedłem was uwolnić. - Po tych słowach rozciął pręty klatki ostrzem topora.

Dzieci przestały już zawodzić.

- Wsiadajcie co czółna a pomogę wam wrócić do waszych rodziców. Właśnie was szukają i zaklinają wszystkich leśnych Enków, by was tropili.

- Dziękujemy panu, panie Boranie – odezwała się Buczynka.

- Ja też dziękuję panu za ocalenie – dodał jej brat, Kazek.

Boran nic nie odpowiedział. Uważnie rozglądał się czy uratowanym nie zagraża nowe niebezpieczeństwo. Sam dumał o tym jakby to było mieć własne potomstwo, co stanowiło marzenie każdego leśnego człowieka.


*



Gdy na nocnym niebie ukazała się srebrna tarcza Wielkiego Chorsa, Bosa zabrała Borana do dębowego zagajnika, aby wespół z nim słuchać urokliwych pieśni wężałek grających na złotych cytrach. Nimfy te, rodzone córy Króla Węży, poniżej pasa miały wężowe ogony zamiast nóg. Zarówno widok ich gibkich, jedwabistych ciał przystrojonych klejnotami, oraz dźwięki ich śpiewu jak też gry na instrumentach, napełniały serca niewypowiedzianą rozkoszą. Boran i Bosa słuchali wzruszeni tym misterium piękna, gdy tymczasem w mroku, cicho jak kot, skradał się w ich stronę tajemniczy stwór w cylindrze na głowie, okryty czarnym płaszczem. Podszedł całkiem blisko do pani serca Borana, wyciągnął kosmatą łapę zakończoną czterema, szponiastymi palcami i zacisnął ją na nadobnej piersi leśnej nimfy.

- Przestań! To boli! - Krzyknęła Bosa, a w jej głosie słychać było przerażenie.

- Co się drzesz, złośnico? - Stwór w kapeluszu przemówił chrapliwym głosem, który spłoszył wężałki. - Podobasz mi się, zakręt mać!

Wówczas Boran, jak prawdziwy wojownik dobył kindżału i szybkim jak myśl, płynnym ruchem oddzielił zbrodniczą łapę od reszty ciała. Stwór zawył z bólu jak wilk adorujący Wielkiego Chorsa, a jego czarny cylinder upadł na trawę. Oczom Borana ukazała się niska i krępa istota porośnięta szarym futrem, mająca krótki pysk ni to wilka, ni to kota, wypełniony kłami przypominającymi gwoździe. Stwór zatamował krwawienie, polizawszy językiem kikut, po czym rzucił się na Borana. Leśny człowiek odrzucił oręż, chcąc aby walka była honorowa. Otrzymał niejdeną ranę zadaną pazurami, nim natężywszy muskuły, złamał łapę potwora, po czym dobił go, skręcając mu kark.

- Byłeś godnym mnie przeciwnikiem, mocnym jak tur Welesa – Boran oddał hołd zabitemu przez siebie wrogu, a następnie zapytał się swej lubej. - Czy wiesz, pani, jaka to istota? Przypomina mi nieco Neurów.

- To był Kapelusznik – odrzekła Bosa – o sercu tak okrutnym, że nawet we mnie budził przerażenie. Dobrze, żeś go ubił, mój dzielny junaku.

- Jestem twoim wojem, pani, gotowym walczyć z każdą istotą Światła, Mroku i ich pogranicza, która ośmieli się podnieść na ciebie rękę, łapę czy mackę.

- Wiem – uśmiechnęła się Bosa, a następnie założyła cylinder Kapelusznika na własną, kasztanową głowę. - Czy teraz ci się podobam? - Spytała filuternie.



*


,,W tę noc chodź z nami, bo

Pełnia nam dziś wypada

Tańcz, pij, wesoło żyj

Jak co dzień nam nie wypada’’

- Donatan i Maryla Rodowicz ,,Pełnia’’



W księżycową noc, kiedy rozlegało się wycie wilków i Neurów, w starym zamczysku położonym nieopodal kamiennego sfinksa gdzieś w ponurych górach na dackiej ziemi, zgromadziły się wąpierze z różnych zakątków Królestwa Toropieckiego. Siedziały za okrągłym stołem nakrytym obrusem z czarnego pluszu i cynowymi łyżkami jadły w milczeniu czerninę z porcelanowych talerzy. Zupa ta, ugotowana z niebieskiej krwi wytoczonej z młodziutkiej rusałki, przybrała barwę błękitnej purpury. W zupełnej ciemności świeciły żółte i czerwone ślepia ośmiu wąpierzy.

Pijavica, przybyła z korutańskiej ziemi, była blada i smukła, odziana w suknię z czarnego jedwabiu, zaś na głowie miała smoliste loki.

Obok niej siedziała jej córka, Mara o czerwonych oczach. Przypominała dziewczynkę o niewinnym wyglądzie, lecz w jej małych dłoniach kryła się straszliwa siła, pozwalająca jej łamać kości ofiar niczym słomki.

U stóp hrabiego Nachzechera leżał tygrys szablozębny w kolczastej zbroi, pokryty smoliście czarnym futrem.

Ohyn był otyły i brudny, a jego cera miała odcień zielonkawy.

Ubour o twarzy czerwonej, zabawiał się rozniecając płomyki koniuszkami długich palców.

Upier chłeptał czerninę długim, szarym językiem pokrytym kolcami.

Volkodlak o gorejących oczach, miał postać rosłego basiora o wystających z pyska kłach, który poruszał się na tylnych łapach i siedział za stołem z łyżką w garści.

Obok Volkodlaka usiadła jego urodziwa nałożnica, Vurdalakinia mająca postać smukłej i bladej niewiasty o rudych włosach i skośnych oczach. Jej dekolt zdobił naszyjnik z wilczych kłów.

Wąpierze jadły czerninę głośno siorbiąc. Kiedy opróżniły całą wazę, zastawa stołowa uniosła się w powietrze i lotem sokoła przeniosła się do kuchni. Wówczas zaczęła się narada, podczas której padały propozycje jak uśmiercić królową rusałek i zniewolić jej lud.

- Najlepiej otruć ją rtęcią! - Radziła Vurdalakinia.

- A czemu nie krwią hydry? - Spytała Pijavica.

- Połamię kości tej suce i wydrę jej nimfolit z głowy! - Roześmiała się Mara.

- Spalmy ją! - Zapalił się Ubour.

- Lepiej niech mój Dzidoząb ją zje! - Zaoponował hrabia Nachzecher, głaszcząc swego tygrysa szablozębnego.

- Sam bym wolał ją zjeść! - Rozmarzył się Volkodlak, mlaszcząc wilczym językiem.

- Tym językiem przedziurawię jej piersi i wstyd dziewiczy! - Roześmiał się Upier, wskazując szponiastym palcem na długie kolce pokrywające jego szary ozór.

Wąpierze miały jeszcze wiele podobnych pomysłów, lecz nie dane im było wprowadzić ich w życie. Boran, obmyty w martwej wodzie, cały czas przysłuchiwał się ich rozhoworom. Przywlókł ze sobą beczkę smoły, której zawartość wlał teraz do komnaty i podpalił ją za pomocą krzesiwa. Zamek wąpierzy stanął w płomieniach. Straszydła miotały się w nim, przeraźliwie wrzeszcząc, aż ucichły na zawsze. Jeno Dzidoząb, czarny tygrys szablozębny z wyroku Doli zdołał się uratować, jego wina była bowiem najmniejsza.

- Z siarki powstaliście, w siarkę się obrócicie. - Rzekł zadowolony Boran, po czym mocą pierścienia powrócił do swej kochanki.



*



Bosa, przeciągając się z lubością w zmiętej pościeli, poleciła Boranowi:

- Udasz się do Afryki, na bagniska Likuola i ubijesz tam dla mnie smoka Bexę o długiej szyi i ogonie!

Boran czym prędzej wyszedł z łoża, włożył na palec magiczny pierścień i jego mocą teleportował się do Afryki. W powietrzu niczym brzęcząca groźba, unosiły się chmary komarów, w wodach zaś czaiły się krokodyle i hipopotamy. Boran widział stadko karłowatych słoni, przeprawiających się przez rozlewisko, zaś z oddali jego uszu dobiegło zgrzytliwe krakanie gada – latawca, zwanego kongamato. Na wystających z bagna kamieniach wygrzewały się trzy czarnoskóre ondyny o rybich ogonach z kwiatami lilii wodnych we włosach, które uśmiechały się zalotnie do leśnego człowieka.

Dopiero piątego dnia Boran wytropił Bexę, potężnego gada o cielsku wielkim jak góra, którego ryku bały się hipopotamy. Bexa był pokryty szarozielonkawą, grubą i łuskowatą skórą, a jego długa niczym wąż szyja zakończona była małą głową kryjącą jeszcze mniejszy mózg. Smok pasł się, pochłaniając ogromne ilości hiacyntów wodnych, glonów i tym podobnej roślinności. Mimo ogromnych rozmiarów był łagodnym stworzeniem. Boran posmutniał na myśl o jego zabiciu, jednak wola kochanki była dlań święta. Bexa nie uciekał na jego widok, nie przeczuwając zagrożenia ze strony tak małej istoty. Łowca napiął łuk i posłał zeń strzałę w szyję smoka. Ranny Bexa zaryczał przeciągle niczym zarzynana krowa, a z jego wielkich, bursztynowych oczu poczęły się sączyć gorzkie łzy skargi. Boran posłał drugą strzałę, tym razem z głowę smoka. Bexa upadł martwy, rozbryzgując wodę. Wówczas bajoro zabulgotało i wynurzyła się z niego ociekająca wodą najada o brązowej cerze, której wstydliwe części ciała zakryte były przepaskami uplecionymi z wodorostów. W milczeniu podeszła do Borana i spoliczkowała go.

- Ty łotrze! - Wybuchnęła płaczem. - Dlaczego ubiłeś przyjaciela całego mojego plemienia? On był taki łagodny! - Boran zbaraniał.

- Wiedz, piękna pani, że uczyniłem to jeno z posłuszeństwa, bowiem moja władczyni zażyczyła sobie, abym ubił to stworzenie, a nie mogłem jej odmówić.

- Jesteś wieprzem, a twoja papaszela to demon! - Zawodziła najada, podczas gdy Boran z pochmurną twarzą przeniósł się do chatki na kurzej nóżce.


*


,,Kronosaurus, prawdziwy potwór pokrewny elasmozaurom (należał do innej grupy), żył w okresie kredy. Jego olbrzymia głowa dochodziła do 2,70 m dł. Długie szczęki uzbrojone w wiele zębów pozwalały mu bez trudu chwytać inne gady wodne i ryby. [...]’’ - Michel Cuisin ,,Prehistoria’’



 

Na dnie Zatoki Balat, w późniejszych erach nazywanej Morzem Ancylusa, Joldów, Srebrnym i Bałtykiem, wznosił się bursztynowy pałac Juraty Aredvi Maris, z mandatu Ageja, królowej wszystkich mórz i oceanów świata. Sławiły ją pieśniami, przystrojone naszyjnikami z pereł i bursztynów, urokliwe okeanidy, nereidy, czeltice, morzeczki i redunice. Te ostatnie zostały przedstawione na miniaturach zdobiących ,,Wedę kaszubską’’ Sofonii Przepierzyckiej pod postacią urokliwych, półnagich dziewic, mających długie, rude włosy i rybie płetwy wyrastające z nadgarstków i łydek.

Wielkie zmartwienie trapiło serca tych pełnych wdzięku istot o zielonych oczach błyszczących w ciemności jak gwiazdy. Oto w czasie jesiennych sztormów, w Zatoce Balat pojawił się ogromny smok morski z czterema płetwami. ,,Weda kaszubska’’ nazywa go Zębojarem, bowiem jego moc zaklęta była w długich i ostrych zębach. Zębojar niczym prawy pomiot Czarnoboga, pożerał syreny, oraz wszelkie inne morskie nimfy, a w szczególności redunice o płomienistych włosach, które z płaczem zanosiły do Juraty błagania o ratunek.

Redunica o imieniu Bryzanna uzbroiła się w harpun. Stanęła na szczycie czarnej skały wystającej z morza i wpatrywała się w jego powierzchnię. Wrzucała w fale ryby zroszone własną, niebieską krwią i powtarzała przy tym imię Zębojara. Wreszcie wywołała potwora z morskiej toni. Kiedy Zębojar rozdziawił paszczę, aby połknąć nią odważną redunicę, ta z imieniem Juraty na ustach, skoczyła z harpunem w kierunku morskiego smoka. Gad kłapnął potężnymi szczękami, łamiąc nimi harpun. Jego ostrze utkwiło mu w podniebieniu, doprowadzając go do wściekłości. Otworzył krwawą paszczę i z szybkością błyskawicy zaatakował bezbronną teraz Bryzannę. Był zbyt szybki, aby redunica mogła przed nim uciec. Bryzanna dołączyłaby do jego licznych ofiar, gdy morski smok poczuł straszliwe ostrze zatapiające się w jego brzuchu. To nieustraszony Boran wbił aż po rękojeść długi nóż, zwany Saxem w trzewiach potwora. Zębojar zwijał się z bólu jak oblany wrzątkiem, kłapał długimi szczękami i wybałuszał oczy, na próżno usiłując pochwycić swego prześladowcę. W tym czasie redunica zdążyła wdrapać się na skałę. Parę chwil później smok już nie żył. Jego rozpłatane cielsko opadło na dno, a wyciekająca obficie krew zwabiła stada rekinów i morskich wilków, których mocz zamieniał się w bursztyn. Boran wypłynął na powierzchnię, aby zaczerpnąć oddechu i ujrzał stojącą na skale, rozpromienioną redunicę, która przesłała mu ręką pocałunek wdzięczności. Czym prędzej wypowiedział zaklęcie i przeniósł się do lasu, gdzie mieszkała Bosa, podczas gdy rekiny rozpoczęły ucztować na ciele kronozaura…


*


,,Skorupiak ten ukrywa się w rozpadlinie skalnej, czyhając na swą ofiarę. Gdy ta zbliża się do kryjówki, rawka ogłusza ją błyskawicznie uderzeniem swego maczugowatego odnóża’’ - ,,Świat przyrody’’ (praca zbiorowa)





Korčula, córka rusałki Niny Wspaniałej, była księżną wyspy na Morzu Rajskim nazwanej jej imieniem. Miała długie włosy, czarne jak pkieł i miękkie niczym kitajka oraz oczy podobne do turkusowych gwiazd. Odziana w turkusową tunikę, z głową przyozdobioną wieńcem z białych lilii, oraz złotymi obręczami na nagich ramionach i kostkach, zasiadała na jaśniejącym od klejnotów tronie, a na jej podołku spała Koko, zaprzyjaźniona kura morska. Pokryta łuskami zamiast pierza, od lądowych kur różniła się także tym, że w miejscu nóg i kupra posiadała rybi ogon. Była jednakże zdolna do przebywania na lądzie. Księżna obracała w smukłych palcach złotą różdżkę zakończoną kwiatem lilii, oznakę jej władzy. Właśnie przyjmowała poselstwo z odmętów Morza Rajskiego, złożone z syreny, okeanidy, dwóch trytonów i Telchina, istoty podobnej do żółwia morskiego.

- W imię wszechmocnej Juraty i jej namiestnika, księcia Lamii, pragniemy złożyć u twych stóp, pani, skargę na potwora, który nas prześladuje i pożera. - Zaczął uroczyście jeden z trytonów.

- Jakaż to maszkara was gnębi? - Uniosła brwi Korčula. - Smok morski czy inny ketos?

- Gnębi nas Ravka – wyjaśniła okeanida. - Wygląda jak olbrzymia krewetka wyposażona w przednie odnóża modliszki. Czai się wśród skalnych załomów, chwyta nas i pożera. Wielce mocny ma uścisk i władna jest łamać nim kości.

- Uwolnij nas, pani od tej plagi! - Syrena złożyła dłonie w geście błagania.

- Na życie Juraty, której służę – Korčula powstała z tronu. - Nie pozwolę was pożerać!

Gdy księżna wypowiedziała te słowa, różdżka w jej dłoni przeobraziła się w dwuręczny miecz, cały ze złota i sypiący złote iskry.

- Ty, Koko, zostań w pałacu. - Zwróciła się czule do morskiej kury, gdaczącej z niepokoju.

Następnie udała się na brzeg morza. Zrzuciła z siebie turkusową tunikę, pozostając w złotym napierśniku i przepasce na biodrach, po czym dała nura w fale. Oddychając pod wodą dzięki parze skrzeli umiejscowionych pod pachami, kierowała się ku czarnej rafie pełnej zwalonych głazów przypominających bazaltowe kolumny. Szła po dnie ze złotym mieczem w dłoni i rozglądała się na boki. W końcu spostrzegła Ravkę kończącą właśnie pożeranie delfina. Księżna podpłynęła do potwornego skorupiaka z zamiarem zatopienia miecza w jego wyłupiastych oczach. Ravka była jednak szybsza. Uderzyła Korčulę swymi odnóżami chwytnymi. W jednej chwili złamała jej miecz i kości, zaś ostre kolce przedziurawiły na wylot jej pełne wdzięku ciało. Rusałka najpierw poczuła przejmujący ból, a następnie straciła przytomność.

Kiedy po trzech dniach otworzyła oczy, spostrzegła, że leży w atłasowej, pachnącej kwiatami, purpurowej pościeli w swojej komnacie. Ucieszyła się, że jej rany zagoiły się, nie pozostawiając nawet blizn, zaś wcześniej połamane kości były teraz jak nowe. Trzeba bowiem wiedzieć, że rusałki i inne istoty z rasy toropieckiej obdarzone były zdolnościami regeneracji, o jakich ludzie mogą tylko pomarzyć. Z kuchni dobiegał smakowity zapach smażenia mięsa gigantycznej krewetki, która jeszcze niedawno budziła postrach. Korčula nic nie rozumiała, kiedy w komnacie zjawiła się jej służebnica, Koska i opowiedziała o całym zajściu.

- Miałaś szczęście, pani. Ravka została ubita ciosem topora w głowę przez Borana, wojownika i myśliwego z rasy leśnych ludzi, który przybył z północy.

- Zawołaj go, abym mogła mu podziękować. - Rozkazała Korčula.

- Niestety, gdy tylko upewnił się, że twojemu życiu, pani, nic nie zagraża, wzuł pierścień na palec i rozpłynął się w powietrzu. - Odpowiedziała Koska.

- Szkoda – westchnęła Korčula. - Z radością zostałabym jego żoną.

- On już ma swoją wybrankę. - Rzekła służebnica, zaś księżna Korčula przymknęła oczy, a na jej twarzy zagościł błogi uśmiech.


*




Na ziemiach późniejszej Analapii, a dzisiejszej Polski, między Ojcowem, a wyniosłymi szczytami Montanii, rozciągała się niewielka kraina nosząca nazwę Zielonych Stawów. Były to pokryte wodną rzęsą rozlewiska i podmokłe lasy, zamieszkane przez rusałki, wodniki, bagienne skrzaty i leśnych ludzi. Kraina ta obfitowała w stada łosi, bobrów, dzików, oraz w wydry i norki. Niewiele się tu działo. Kikimory niezwykle rzadko zapuszczały się w te okolice, a ich mieszkańcy cieszyli się życiem w zgodzie i spokoju. Było tak aż do Zielonych Stawów, w noc zaćmienia Księżyca, przyleciał straszliwy Lasoliko, ogromny gad – latawiec o błoniastych skrzydłach. Z jego wypełnionego ostrymi zębami dzioba wydobywały się cuchnący siarką dym oraz płomienie. Pokryty żółtą skórą Lasoliko porywał w swe czarne szpony dziatki rusałek i innych istot obdarzonych rozumem. Zabierał je do swojego cuchnącego gniazda wśród gałęzi starej olchy, zabijał uderzeniem zębatego dzioba, po czym rozszarpywał na strzępy i pożerał. Wielu łowców z rasy leśnych ludzi próbowało ubić poczwarę, jednak Lasoliko był czujny i płochliwy. Dostrzegał zawczasu myśliwych i pluł w ich stronę morderczymi płomieniami. Kiedy gad – latawiec wracał nad ranem do swego gniazda, ujrzał w błocie poniewierającą się padlinę łosia. Zakrakał radośnie i chwyciwszy ją w szpony, zaniósł do swego gniazda. Już zabierał się do uczty, kiedy skórę łosia rozpruła silna ręka uzbrojona w krótki miecz, zwany Saxem. Boran wyskoczył z padliny niczym biały królik z cylindra. Zatopił Sax w trzewiach zaskoczonego Lasoliko, a następnie dobił potwora, obcinając mu głowę. Kiedy go zabił, z trzewi wydobywały się płomienie, które parzyły mocarne ramię łowcy. Boran rzucił truchło gada do gnijącej wody, a następnie wydobył ze swych piersi doniosły okrzyk zwycięstwa. Nałożył pierścień na palec i jego mocą opuścił Zielone Stawy.


*

,,W 1978 roku Bernard Heuvelmans, belgijski ‘ojciec kryptozoologii’, zapełnił całą książkę zatytułowaną Les derniers dragons d’Afrique rzekomo prawdziwymi opisami latających stworzeń przypominających smoki, które wyglądają, jakby odnosiły się do pterozaurów. Wśród nich szczególnie wyróżniał się ‘kongamato’ ponoć uwielbiający opadać na przerażonych tubylców i wywracać ich kanu do góry dnem … ale tylko gdy w pobliżu nie było żadnych obserwatorów [...]’’ - Caspar Henderson ,,Księga zwierząt niemalże niemożliwych. Bestiariusz XXI wieku’’



 

W wielkiej rzece Kongo wypływającej z Gór Księżycowych, pod palącymi promieniami Słońca, pluskało się dwanaście rusałek o złotych oczach, włosach czarnych jak heban, skórze zaś w pięknym odcieniu brązu. Twarze miały roześmiane. Dokazywały w wodzie niczym młode foki.

- Krar! Ledwo usłyszały ten nieprzyjemny dźwięk, z nieba spadło coś wielkiego i czarnego.

- Kongamato! Ratuj się kto może! - Pisnęły rusałki uciekając w popłochu jak wystraszone łanie.

Większy od orła gad – latawiec wyróżniający się czerwonymi ślepiami i plamą na czubku głowy w tym samym kolorze, zacisnął swe szpony na warkoczach dwunastoletniej najady Dindi i zaczął unosić ją w górę.

- Niech mi ktoś pomoże! - Dindi zalewała się łzami niczym bóbr odgryzający sobie wstydliwe członki.

Boran zaś pojawił się we właściwym miejscu i czasie. Stał pewnie na grzbiecie krokodyla płynącego z nurtem rzeki i kiedy ujrzał atakującego kongamato, cisnął w jego stronę toporem. Ostrze odcięło w locie łapę kreatury zaciśniętą na warkoczach wodnej nimfy.

- Krar! - Zaskrzeczał przeraźliwie z bólu okaleczony kongamato, po czym wzbił się ponad korony palm i zniknął z oczu.

Dindi upadła z pluskiem do wody. Niezwłocznie wynurzyła się z rzeki, cała mokra i szczęśliwa, po czym nie bacząc na obecność krokodyla, podbiegła do Borana. Rzuciła mu się na szyję i wyściskała serdecznie, nie szczędząc pocałunków. Również inne nimfy o brązowej cerze, wyszły z nadrzecznych zarośli, tańcząc i śpiewając pieśni pochwalne ku czci Borana. Najśmielsze z nich obejmowały leśnego człowieka za nogi i całowały jego kolana.

- Uspokójcie się, dziewanny – Boran zaczerwienił się ze wstydu. - Mam już swoją panią, która będzie o mnie zazdrosna! - Po tych słowach nałożył pierścień i teleportował się do puszczy gdzie czekała na niego Bosa.


*




- Zdajesz mi się być niepokonany – Bosa przeciągnęła się z lubością w łożu, a jej dłoń pieściła nagie ciało Borana. - Ile to już razy bawiłeś w Afryce pełnej najdzikszych potworów i co? Żaden z nich nie zdołał ciebie zabić. Walczyłeś nawet z samym Mzimu, lecz i jego pokonałeś. Czeka cię sława największego junaka dziewiątego eonu!

- Cieszę się, pani, że dla ciebie mogę przemierzając świat, wojować z potworami i wyrywać im niewinną zdobycz z ich paszcz i szponów. - Uśmiechnął się Boran.

- Tym razem znów poślę cię do Afryki – oznajmiła Bosa – chcę bowiem, abyś ocalił pewnego rzadkiego zwierza przed złożeniem go w ofierze na ołtarzu Čortów.

- Cóż to za zwierz? Jakiś jednorożec? - Zaciekawił się Boran.

- Raczej nosorożec i to nietypowy – uściśliła Bosa. - Zowie się Direr. Jego pancerz pokrywają kolce zatrute jadem z wilczomlecza, z nozdrzy zaś wydobywają się siarczyste płomienie. Tym razem nie chcę, abyś go zabijał. Przeciwnie, masz go uratować. Rozumiesz?

- Rozumiem i jestem ci posłuszny, o pani. - Zapewnił Boran i zaczął szukać pierścienia położonego na nocnym stoliku.

- Czeka cię zażarta walka. Uważaj na siebie. - Bosa ucałowała Borana w czoło, choć jej zimne serce radowało się, a w oczach tańczyły figlarne iskierki.

Direr spoczywał związany okrętowymi linami na ołtarzu ułożonym z sześćdziesięciu sześciu dużych i czarnych kamieni, na które padał srebrny blask Księżyca. Obok niego stał rosły Čort podobny z wyglądu do Murzyna, który w każdej z sześciu mocarnych rąk dzierżył maczetę tak ostrą, że można nią było przeciąć kamień jak masło. Na wprost stała z pochodniami w łapach czereda dwunastu afrykańskich Čortów. Każdy z nich był całkowicie nagi i łysy, pozbawiony rogów, mający za to wyłupiaste oczy ryby zwanej topornikiem, oraz szaro – srebrzystą skórę. Demony te sięgały ofiarnikowi zaledwie do piersi. Čort stojący przy ołtarzu, wygłaszał właśnie długą i zawiłą inkantację, pełną nieopisanych bluźnierstw i innych słów budzących trwogę. Direr szarpał się w więzach, lecz jego strach i wysiłek tylko bawiły prześladowców.

Boran wtargnął na to zgromadzenie dosiadając słonia. Usadowiony na jego grzbiecie, napiął łuk i posyłał zeń chyże strzały o grotach maczanych w świętym źródle. Każda z nich zabijała jednego z szarych Čortów, a ich obmierzłe ciała stanęły w płomieniach. Ofiarnik zgrzytnął zębami, aż posypały się iskry, po czym natarł na słonie uzbrojony w sześć maczet. Słoń to zwierzę nie tylko silne, ale i mądre, władne pokonać smoka i zaprawione w bojach z Čortami. Zaryczał donośnie i uniósł się na zadnie nogi. Przednimi uderzył czarnego Čorta w pierś. Obalił go na ziemię, po czym zaczął deptać. Metodycznie łamał mu żebra, ręce i nogi, aż zielona posoka tryskała na wszystkie strony. Wówczas Boran zszedł po trąbie słonia na ziemię. Wziął jedną z leżących na trawie maczet i ostrożnie podszedł do związanego nosorożca.

- Nie bój się mnie, jestem przyjacielem. - Przemówił do zwierzęcia po starokrasnemu, po czym rozciął maczetą jego więzy.

Direr zarżał jak koń. Zeskoczył z ołtarza i pognał przed siebie. Boran podszedł następnie do Čorta, aby zadać mu cios łaski.

- Znowu się spotykamy, ty zakochany oprawco – wycedził Čort. - Co, nie poznajesz mnie? Jestem Mzimu, namiestnik smoka Rykara na całą Afrykę. Drzewiej przyniosłeś moją uciętą głowę swojej papaszeli jako trofeum. Jej czary sprawiły, że utworzyłem sobie nowe ciało z waporów powietrza, bo i ona, której wdzięki z czcią pokrywasz pocałunkami, jest demonem jak ja, Bieśnicą, Piękną Panią Bez Litości…

- Kłamiesz! - Rzekł zimno Boran, po czym jednym ciosem maczety rozciął głowę Mzimu, jakby to był dojrzały melon…


*



O zmierzchu Boran i Bosa zasiedli do wieczerzy. Świece zastępowały im latające wkoło robaczki świętojańskie i błędne ogniki przywołane z bagien. W kryształowych czaszach połyskiwało szkarłatne wino i aromatyczna, złocista rosa miodowa. Na złotych talerzach parowało pieczyste z daniela podane ze smażonymi kurkami i świeżymi szparagami w majonezowym sosie.

- Jestem z ciebie taka dumna, mój bohaterze! - Bosa zatrzepotała zalotne rzęsami, po czym włożyła do swoich koralowych ust zielone winogrono.

- To dla mnie niezgłębiony zaszczyt służyć ci, pani – rzekł Boran. - Dla twej chwały byłbym gotów potykać się z wszystkimi potęgami Čortieńska i Domu Enków!

- Dość już wojowałeś. Nie musisz więcej udowadniać mi swojej wdzięczności. - Roześmiała się Bosa podnosząc do ust czarę z winem. - Wiesz, że nie jestem zwykłą rusałką? - Spytała po chwili.

- Wielbię ciebie więcej niż złocistą Mokoszę, Dziewannę Šumina Mati, Juratę, Borową Ciotkę, Dziwicę, Pszeniczną Matkę i wszelkie inne Enki! - Boran nie cofnął się przed bluźnierstwem, co jego kochance tylko się spodobało. - Miłuję cię więcej nawet niż samego Ageja! - Dorzucił na koniec, a wtedy na zewnątrz uderzył piorun i niebo zapłakało deszczem.

- Wiedz, że moja jest potęga, wdzięk i płodność. Istniałam nim rozpoczęły swój wieczysty bieg eony. Jestem starsza niż Bujan, a zarazem wiecznie młoda. Ołtarz mego ciała jest skarbnicą wieczystej rozkoszy. O, jak szczęśliwy jesteś mężny Boranie, że zgodziłeś się mi służyć! Przed tobą ostatnia próba. Jako twoja bogini pragnę, abyś złożył mi swoje ciało i krew jako żertwę. Przeprowadzę cię przez ofiarny ogień, abyś jako bóg Boran mógł zasiąść po mojej prawicy na złotym tronie. Wówczas Agej, wszyscy Enkowie i Čorty oddadzą nam pokłon i będą nam służyć. Czy chcesz tego?

- Z radością wyłupiłbym sobie oczy, jeśli w zamian mógłbym całą wieczność słuchać twego upojnego głosu, pani. - Zapewnił Boran nie przeczuwając, że czeka go coś bardzo złego.

- Gucen 1 – uśmiechnęła się Bosa. - Skoro jesteś gotowy, to pójdź za mną! Rytuał już niedługo się zacznie.

Boran posłusznie wstał od stołu i wyszedł z chaty w ślad za swoją kochanką. Oboje kluczyli wśród drzew w srebrnym blasku Księżyca, aż zatrzymali się pod starym i rozłożystym dębem. U stóp drzewa stał ołtarz z czarnego marmuru.

- Ułóż się na nim! - Rozkazała Bosa, zaś Boran ochotnie spełnił jej rozkaz.

Gdy to uczynił, na jego szyi, oraz przegubach rąk i nóg zacisnęły się stalowe obręcze połączone ze sobą łańcuchami. W oddali zalśniły czerwone i żółte oczy. Spośród spowitych w mroku drzew poczęły wychodzić równie urodziwe, co przepojone złem, półnagie nimfy piekielne, zwane sukubami. Każda z nich trzymała w ręku sztylet, kastet, rozpalone kleszcze, szydło, lub młotek do wbijania gwoździ. Witały Bosą przyklękając przed nią i całując jej nagi pępek. Ostatnia z nich przyniosła opasły tom oprawiony w skórę wielkiego węża pytona. Kochanka Borana ujęła foliał, otworzyła go i zaczęła zeń czytać straszliwe inkantacje, których nie godzi się powtarzać. W lesie powiało grozą.

- … a teraz do dzieła, moje panny! - Bosa zatrzasnęła księgę.

Sukuby rzuciły się z radosnym piskiem i chichotem na skrępowanego Borana. Zdarły przepaskę z jego bioder i na wyścigi zaczęły zadawać mu rany zębami, pazurami i ostrymi narzędziami. Boran, jak przystało na mężnego junaka, zacisnął jeno zęby i cierpiał w milczeniu. Rany stawały się coraz dotkliwsze, zaś rozochocone piekielnice polewały je oliwą i przypalały pochodniami. Oszczędzę Czytelnikowi dalszych szczegółów. Dość powiedzieć, że w wyniku tych tortur, Boran stracił jedno oko, zaś tym, które ocalało, ujrzał swą kochankę tarzającą się ze śmiechu w trawie. Zawiódł się srodze, oczekując od niej współczucia.

- Głupi byłeś, rudy wieprzu, wierząc, że cię kocham! - Twarz Bosej wykrzywił straszny grymas nienawiści i pogardy. - Słusznie prawiono ci, żem jest Bieśnicą, lecz ta wiedza nic ci już nie pomoże. Skończysz marnie tak jak wszyscy, którzy mi służyli! - Boran zobaczył jak urokliwa nimfa, którą tak gorąco ukochał i dla której stoczył tyle bojów, teraz zamienia się w cuchnącego siarką, czerwonego potwora z rogami na głowie i żmijami zamiast włosów, uzbrojonego w straszliwe kły i szpony.

Wówczas jęknął z bólu i uczucia zawodu, zaś Bieśnica zatopiła szpon w jego ostatnim oku. Wtedy nastała ciemność i cisza…


*




Różnie powiadają poeci o tym jak potoczyły się pośmiertne dzieje Borana. W najstarszych pieśniach przewoźnik Sowica przeprawił jego duszę łodzią przez rzekę Nevedamayę do Nawi, gdzie Boran stanął przed sądem Welesa. W czasie procesu, Mokosza broniła Borana przez wzgląd na jego odwagę, szczerą miłość oraz to, że bronił słabszych. Tymczasem Čart oskarżał go o to, iż zaprzedał się Bieśnicy czcząc ją jako swoją boginię. Weles wysłuchał argumentów oskarżyciela i obrończyni. Szalę przeważyła modlitwa Kaliny, dziewczęcia z wioski Borana. Miłowała go sercem szczerym i czystym, lecz on o tym nie wiedział. Teraz zaś pod wpływem jej próśb i wyrzeczeń, trafił na miejsce pokuty w Nawi Ciemnej. W miejscu tym, napełniony wielką tęsknotą za Agejem, oczekuje z nadzieją swojego wyzwolenia.


1 Starokrasne: dobrze.