środa, 25 listopada 2015

Podmorska wyprawa

,Ja Iwan, ty Iwan, prapłynion akiean! Bul, bul, bul. Żółtyj parachot, podwodnyj parachot....'' - rosyjska wersja ,,Yellow submarine'' zespołu ,,The Beatles''



,, [Simanis] Jak przystało na syna ciota (czarownika) celował we wszystkich naukach. Nie tylko znał zwyczaje i właściwości wszystkich zwierząt i roślin Burus, nie tylko potrafił wymienić i opisać wszystkie żyjące w jego krainie rasy rozumne, czy opowiadać z pamięci długie i zawiłe historie o Enkach. Jako pierwszy w swej krainie poznał pismo tinezyjskie […], a ponieważ szczerze kochał swój lud (i inne rodziny ludzkie też) zaczął rozpowszechniać pismo, wędrując po całym Burus, a nawet wynalazł własne, przez badaczy zwane simanijskim. Nie poprzestawał na tym. Z całym poświęceniem troszczył się o lud portu Truso dotknięty czarną śmiercią, leczył trędowatych, legendy mówią, o nim, że nawet zmarłych stawiał na nogi. Pracował niczym Alan syn Jovana nad machiną latającą, co nie udało się, za to z powodzeniem, na długie wieki przed Aleksandrem Wielkim zbudował szklaną banię do podróży podmorskich. Jednak kiedy konaci poprosili go, by swym kunsztem doskonalił istniejącą już broń lub zbroję, bądź wynajdywał nowe jej rodzaje , zawsze odmawiał, nie bacząc na wysokość nagrody, czy srogość kary. Konaci […] cenili w nim mędrca, wieszcza Ageja i Enków, a nawet czarnoksiężnika, bo przewyższał ich wszystkich wiedzą, więc cenili go jako doradcę, nauczyciela swych dzieci, lekarza, czy pomoc w zażegnywaniu sporów. Przyjaźnił się z Władywojem Błyszczyńskim – panem na Wymroczu i Błyszczydłach, oraz kupcami z Nowego Grodu Północy – Sadkiem i Łubą Zinowiewem. Zasłynął podróżami na dno Morza Srebrnego i do Nürtu z panem Błyszczyńskim i Sadkiem, oraz na leżące na Dalekim Zachodzie wyspy Pijację i Żarłocję, gdzie czczono Čorty Opiłę i Objadłę. W jego pogrzebie brali udział wszyscy konaci Burus i wielu ich poddanych, których ongiś wyleczył, pocieszył, czy udzielił rady'' - ,,Codex vimrothensis''




Tego dnia pan Władywój, syn Władysława I, syna Ozera, syna Mladena, syna Wołojara – Siły Wołu w zdobionym srebrem, bursztynem i eburnem dworcu w Błyszczydłach gościł dwóch przyjaciół – jednego z Burus, a drugiego z Nowego Grodu Północy. Simanis (Utu Syman), syn czarownika Kiravatasa, ukaranego zamianą w puchacza, był mężem wycharsłym a wysokim, o brodzie czarnej i spiczastej. Nosił szatę powłóczystą i błękitną, a do tego płaszcz ze skóry białego niedźwiedzia.
Drugim z gości pana Władywoja, zasiadających z nim przy stole obficie zastawionym pieczystym i pucharami wina był kupiec Sadko Sitnicz, noszący zielony kubrak wyszywany srebrem, a jego rude włosy i broda splecione były w warkocze. Sadko na prośbę gospodarza rozpoczął opowieść o swych przygodach, a jak zaczął opowiadać, to skończył późnym wieczorem.





- Nim zostałem kupcem – mówiąc to Sadko ukazał złote zęby i gestykulował dłonią, na której każdy palec pokrywały pierścienie – zarabiałem na chleb grając na gęślach. Byłem ubogi do czasu gdy car jeziora Ilmen; potężny wodnik w jasnobłękitnej szacie, o wijącej się, siwej brodzie, przepasany szerokim pasem ze skóry złotych ryb, nauczył mnie zaklęcia, mocą którego, ilekroć zarzucałem sieci, wyciągałem rybę o złotych płetwach. Począłem w sprawie tej ryby zakładać się z najbogatszymi kupcami mojego grodu i za każdym razem wygrywałem, aż zdobyłem wielkie bogactwo. Któregoś dnia, gdy mój korab płynął po Ilmenie, jego car wezwał mnie do siebie zsyłając ciszę na jeziorze. Nie mogliśmy ruszyć z miejsca, przeto ciągnęliśmy losy, kogo wrzucić do wody i po dwakroć wypadło na mnie. Wyrzucono mnie przeto za burtę, a wtedy korab popłynął dalej. Car ilmeński kazał mi grać na gęślach, a gdy mu zagrałem, począł tańczyć – Sadko opowiadając to, bawił się złotym łańcuchem zawieszonym na szyi. - Gdy car – wodnik tańczył, zerwał się sztorm, zatapiający okręty. Było mi przykro z tego powodu, lecz nie mogłem przestać grać. Sztorm dobiegł końca gdy posłuchałem, czuwającego nade mną, świętego i dostojnego starca Nikoły, a był to sam Weles wcielony, opiekun Nowego Grodu Północy. Na jego rozkaz zerwałem struny, a wtedy ustał taniec a z nim sztorm. Car – wodnik, pan wielki ilmeński uwięził mnie, lecz służąca na jego dworze rusałka, której imię było Odka, pod postacią delfina wywiodła mnie z podwodnego domu niewoli. Gdy wróciłem do Nowego Grodu, moi towarzysze nie mogli się nadziwić, że żyję – traktowali mnie jak Teosta, co wrócił spomiędzy martwych. O tak – Sadko pił i opowiadał, a nikt nie ośmielał się mu przerwać – liczne i dziwne były moje przygody! Kiedy płynąłem z poselstwem do Swenelfa – króla Waregów, mój okręt zatonął, a ja pogrążywszy się w odmętach Morza Srebrnego spotkałem luzony. Nie wiecie co to takiego? Ano, znalazłem się wśród mężów i niewiast o rybich ogonach, skórze barwy starej kości słoniowej i upojnym głosie; coś jak syreny. Zrodziła je pani Jurata. Pobyłem u nich parę miesięcy, ucząc się ich mowy i poznając ich pieśni a legendy. Luzony noszą dużo pereł, nakłuwają się igłami z rybich ości, aby tworzyć malowidła na skórze, pasą ławice ryb, a foki służą im za psy. Sławią Juratę, a ich władcy nie prowadzą wojen. Żywią się jeno rybami i wodorostami, foczym mlekiem i omułkami, oraz promieniami Słońca i Księżyca jak wodniki. Nie ma u nich rabów, nie ma też wielożeństwa i rozpusty... - Sadko rad byłby jeszcze wiele powiedzieć, ale wino i zmęczenie plątały mu język. - Luzony, ponadto, rozmawiają z gwiazdami i planetami jak Centaury, o tyle powiem! A innym razem – zaczął trzecią już tego wieczora opowieść – zbankrutowałem gdy mój korab zatonął. Opuściłem Nowy Gród i pracowałem na wielką rzeką Volgą jako burłak. Nie wiecie kto to taki? Ano, taki człowiek, co holuje barki – strasznie ciężka praca. Stałem się tak biedny, że pożywiałem się jedynie chlebem i solą. Działo się tak, aż duch rzeki Volgi, płacący dań Welesowi, zamienił złowione przeze mnie ryby w srebrne monety. Widzicie więc moi mili, że zaznałem i bogactwa i biedy; jadłem śmietanę i miód. Jeśli czegoś mnie to nauczyło to tego, że nie bogactwa są najważniejsze, a ich prawdziwa wartość polega jeno na tym, że można się nimi dzielić – były to ostatnie sensowne słowa, jakie Sadko wypowiedział tego wieczora.
Potem zaczął płakać i śpiewać, a pan Władywój i mędrzec Simanis uznali, że najlepiej zrobią kładąc się do łóżek.
Rano Simanis z Burus zaprowadził przyjaciół na majdan, gdzie pokazał im pęcherz szklany, rozmiarami przypominający skaczącą chatkę Baby Jagi.




- Podobne konstrukcje – oznajmił – tworzą wodne pająki – topiki. Budują one dzwony z baniek powietrza przytwierdzane do dna pajęczyną.
Po oddaniu czci Juracie, badacze niezbadanego żywiołu wypłynęli na Morze Srebrne korabiem ,,Gryf Wieletów'', a gdy byli już daleko od brzegu, wsiedli do szklanej bani i w jej wnętrzu zamknięci, pogrążyli się w zimnej wodzie. To co ujrzeli, przeszło ich najśmielsze oczekiwania. Oczy bolały ich od licznych i jaskrawych barw i odcieni ryb, ślimaków, krabów, krewetek i meduz. Ujrzeli mnóstwo morskich żółwi, ciekawie wpatrujących się w przybyszów z lądu rusałek i wodników na morskich koniach, jednorożców, smoków, syren, koralowych drzew rodzących złote i srebrne monety, oraz świątyń i pałaców zbudowanych przez ludzi z morza z zatopionych skarbów. Gdy powrócili na pokład swojego okrętu, uznali to co widzieli za sen, a wielu uważa, że tak było w istocie.


*

,, […] Chąsiebnicy, to jest piraci i korsarze pojawili się w erze dziesiątej, a pierwszym z nich był Sumir, pływający na korabiu zwanym 'Arłat'. Różnica między piratem a korsarzem polega na tym, że ci pierwsi atakują statki wszystkich nacji, podczas gdy ci drudzy często służą władcom, którzy wydają im listy kaperskie , uprawniające do grabienia floty handlowej przeciwnika. Cienka jest to granica i łatwa do przekroczenia, zaś listy kaperskie nie czynią nikogo mniejszym zbrodniarzem niż ich brak. Chąsiebnicy są okrutni jak same Čorty, ciemni i zabobonni, oraz tchórzliwi bowiem napadają jeno bezbronne korabie pełne towarów, lecz unikają niebezpiecznej dla nich floty wojennej. Wielu z nich para się magią naturalną – zaklinając wiatry i prądy, unieruchamiając napadane statki, czy nosząc w uszach złote kolczyki w celu poprawy wzroku. Do najgroźniejszych piratów należeli chąsiebnicy z Wolina i Velehradu, korsarze z Tmu – Tarakanu, Nürtu, Jutii, Ultima Thule, piraci z Sinea, którym w erze jedenastej przewodziła księżniczka Vako, słowiańscy Wolni Bracia, mający swe siedziby za porohami Tinerpy i przez Morze Ciemne najeżdżający nawet Troję i Amazonię, celtyccy scotae, Germanie z Jutlandii, Urvegowie, Sweno – Sujoni, czy wreszcie Murzyni z plemienia Sumali […]'' - K. Oppman ,,Perłowy latopis''




Kiedy Simanis z Burus siedział w swej kajucie pogrążony w pracy nad zapisywaniem i malowanie drogocennymi farbkami na pergaminowych kartach tego wszystkiego, co razem z panem Władywojem i Sadkiem, obecnie pijącymi grzane piwo i grającymi w kości, widział na dnie morza zamknięty w szklanej bani, ,,Gryf Wieletów'', flagowy okręt floty Błyszczyńskich stanął jakby zapuścił korzenie. Wiatr przestał dąć w żagle, które rusałki uszyły z białej chmury. Sadko wciąż rozmyślał o wiecznie młodych, wolnych od najmniejszej skazy twarzach syren i okeanid, bladych jak kość słoniowa i ozdobionych wolimi oczami o czystym i niewinnym spojrzeniu. Porównywał je z młodziutkimi, obwieszonymi sznurami pereł dziewicami luzonów, które pluskały się w potoku Szakłackim, gdzieś na karpackiej ziemi, zanosząc pełne radości pieśni ku czci Juraty, która w erze dziewiątej zrodziła pierwsze istoty z ich rasy. Jednak i Sadko pochłaniający grog niczym Czarnobóg z Vovel wody Visany, poczuł, że coś jest nie w porządku. Na Morzu Srebrnym zapanowała cisza, a nie była to zwykła cisza na morzu... Ku ,,Gryfowi Wieletów'' coraz szybciej płynął korab piracki napędzany wiosłami, z czarną stanicą powiewającą na maszcie. Chąsiebnicy sposobili się do abordażu, już mieli zarzucić zakończone hakami liny na burty napadniętego statku. Już pan Władywój dobył miecza z ozdobnej pochwy, a cała załoga ,,Gryfa Wieletów'' porwała za broń, gdy jeden tylko Simanis, zdawałoby się głuchy na nadchodzący szczęk oręża i ślepy na mającą popłynąć krew, stanął na dziobie, rozłożył ręce i w swoim języku, mowie Bałtów z Burus, jął wzywać pomocy Enków.
- Panie Czterech Wiatrów, Lotny Striboże, Pochwiście, którego oddech szeleści w zbożu, ocal ten korab i jego załogę! - głos miał spokojny i donośny, pełen ufności.
- Doktorze! - zawył Sadko wywijając okutą żelazem , kolczastą pałką. - Zrób coś, bo giniemy, a na modły przyjdzie jeszcze czas! - Simanis z Burus zdaje się nie słyszał tego, dalejże przyzywał Pochwista, a ów przybył, łopocząc skrzydłami.
W chwili rozpoczęcia abordażu zerwał się straszliwy wicher. Zerwał liny i zniweczył zaklęcie czarownika piratów. Korab morskich rozbójników, gnany wielką sztormową falą, Pochiwst rzucił gdzieś na drugi koniec Morza Srebrnego. Nie zatopił go, choć mógł, bo Agej chciał aby piraci dostali drugą szansę. Ci jednak nie wykorzystali jej. Przeciwnie. Pod wodzą swego kapitana Svena Ulriksona z grodu Vitalis w ziemi Waregów, niestrudzenie łupili i zatapiali kupieckie korabie z Narvy i Nowego Grodu Północy, świecili pożogą w oczy Skuta Skotunga; króla Birki, aby móc splądrować jego skarbiec, przeczesywali z łopatami wyspy Gotów i Burgundów, lecz na mocy klątwy sprawiedliwej Juraty daremne były ich trudy. Źli i zadłużeni nienawiścią, opuścili Morze Srebrne i wstąpili do floty wojennej Getelinora, króla Brytów o olbrzymim wzroście. Morskie ludy żyjące u stóp bursztynowego tronu Juraty odetchnęły z ulgą.
Na pokładzie ,,Gryfa Wieletów'' gościła księżniczka Zlatovlaska; morska panna przedziwnej piękności, odziana w suknię uszytą z blasku Miesiąca. Pan Błyszczyński, Sadko i Simanis spodobali jej się, przeto powiedziała im jak odnaleźć skarb.
- Słuchajcie śpiewu fal w wielkiej ciszy i skupieniu, aż usłyszycie w nim słowa w pradawnej, toropieckiej mowie syren i morskich rusałek. Fale białogrzywe, córy Juraty, wskażą wam brzeg, gdzie trzeba kopać – pan Władywój i Simanis podziękowali, ale odmówili.
- Majętności mam dosyć, a wypłynąłem z filozofii [umiłowania mądrości], nie zaś by zbierać złoto – odrzekł pan na Wymroczu i Błyszczydłach.





Wówczas morska panna w uniesieniu prorockim, rzekła nieswoim głosem:
- Któregoś dnia z łona Dziewicy wyjdzie Dziecię, przed którym pokłonią się smoki i pantery, a idole na Jego widok w proch się rozpadną. Ono sprawi, że ,,bogowie, którzy nie stworzyli Nieba i Ziemi, znikną spod tego Nieba i Ziemi'' – gdy uniesienie minęło, pożegnała się z badaczami morskich głębin, po czym dała nura w fale. Ponownie ujrzeli ją dopiero w Nawi Jasnej.


*

,,Latający Holender, postać z legendy sięgającej XVII w., według której holenderski kapitan van Straaten, potępiony za bezbożność bezustannie tuła się po morzu, nie mogąc dobić do żadnego portu. Podanie związane pierwotnie z Przylądkiem Dobrej Nadziei przedostało się na wszystkie morza. Od czasu romantyzmu wielokrotnie opracowywane w literaturze, w Anglji przez Scota i Merryota, w Niemczech przez Hauffa i in. wreszcie przez Heinego, który wprowadził odmianę, że bohater zostaje w końcu odkupiony przez ofiarę kochającej kobiety. Motyw ten zużył R. Wagner w swej operze 'Latający Holender' (1841'' - ,,Encyklopedia Powszechna Wydawnictwa Gutenberga tom 8 Kolejowe sądy rozjemcze do Laud William''




- A trzeba wam wiedzieć, zacni panowie – Sadko siedząc przy kuflu piwa rozpoczął kolejną ze swych niezwykłych opowieści – że kiedyś, może dawno, a może niedawno, pewien piesek ścigał kotka, a kotek – hyc! - na drzewo. Piesek pod nim waruje i szczeka, a kotek – fiku – miku, zrobił na pieska siku. O! Piesek zrobił się zły i prawi: ,,No, kotku, zejdźże z drzewa, a ja ci pokażę''. A kotek na to: ,,Co mi pokażesz? Swój zadek?'' Zlazł z drzewa, podrapał pieskowi kufę albo mordę, a piesek, hyc, hyc, uciekł kiej ten zając. Tak to było, zacni panowie i nikt tego nie zmieni – żeglarz Sadko zakończył opowieść, myślę, że nie najwyższych lotów.





Od momentu opuszczenia portu w Błyszczydłach, pan Władywój, Sadko i Simanis po piętnastokroć zanurzali się w zimnej głębinie, a morze odsłaniało ich oczom coraz to nowe swe dziwy. Jak podają starożytne kroniki, czternaście lat przed wyprawą ,,Gryfa Wieletów'', po Morzu Srebrnym pływał inny statek, załadowany złotem, eburnem, bisiorem i jedwabiem dla władców ziemicy Waregów. Kapitanem na nim był mąż o imieniu Kozieła (Cosela), który miał bródkę niczym – wypisz – wymaluj – kozioł Mendes odbierający cześć bałwochwalczą w starożytnym Egipcie. Niestety rozum kapitana Kozieły – pierwszego po Juracie na korabiu ,,Tysiąc Młodych'' był znacznie krótszy niż jego rudosiwa broda. Ponad wszystko pragnął by jego korab płynął szybciej niż wszystkie inne okręty, a do tego był niezatapialny; niby wieloryb uczyniony ręką ludzką. Dążąc do tego usilnie, niczym Nicolas Flamel trudzący się w poszukiwaniu Kamienia Filozoficznego, któregoś wieczora, kiedy Chors srebrzył czarne fale, kapitan zwołał w swej kajucie naradę. Jako Słowianin będąc zwolennikiem władzy wiecu, zaprosił do udziału w niej wszystkich członków, od bosmana do majtków. Narada trwała do północy, a przebieg miała wielce burzliwy. W końcu, dowodząc, że większość nie zawsze musi mieć rację, żeglarze zgodzili się ze swym nieco przygłupim kapitanem, że najlepiej będzie odebrać Juracie Różę Wiatrów (Rosa Vitaren) – czarodziejski kwiat, w którym zaklęta była moc wywoływania i uciszania sztormów. Gdy już podjęto uchwałę i obito kijami majtka Suzika, który śmiał zaprotestować przeciwko owemu zuchwałemu świętokradztwu, poczęto ciągnąć losy, aby ustalić kto ukradnie Różę Wiatrów. Wypadło na kapitana, o którym, choć nie był zbyt mądry, nie można było powiedzieć, że był tchórzliwy. Gdy korab zacumował w niewielkiej zatoczce, kapitan Kozieła dziarsko wyskoczył na ląd. Ujrzał Juratę, od której piękności przez długie chwile nie mógł oderwać oczu. Jurata Aredvi Maris, córka i siostra Mokoszy, królowa mórz i oceanów, najpiękniejsza z Potęg Oceanu Ziemskiego, spoczywała na piasku razem ze swymi dwórkami – pełnymi wdzięku morskimi rusałkami, pogrążona we śnie. W jej rozpuszczonych, czarnych włosach połyskiwały perły i bursztyny. Odziana była w zwiewną a powłóczystą suknię z białej materii, bardziej miękkiej niż jedwab i cenniejszej niźli złoto i srebro, oraz w królewski płaszcz z grudek jantaru. W jej białej, do eburnu podobnej dłoni trzymała mokrą, płonącą purpurą i złotem Różę Wiatrów. Kapitan Kozieła, drżący jak osika, na samą myśl by narazić się na gniew potężnej i sprawiedliwej bogini morza, która już raz zatopiła świat spienionymi falami, zakradł się cicho niczym kot Bajun, polujący w puszczach wyspy Kidan na kosy i bażanty, po czym z krwią zimną jak u węża Gorynycza niszczącego Kalinowy Mostek prowadzący do Krainy Życia za Trzydziewiątym Carstwem, ostrożnie wyjął płonący i pulsujący jak serce zaczarowany kwiat z jej jasnej dłoni, po czym nie oglądając się za siebie pognał na statek. Marynarze dumni ze swego kapitana, czym prędzej podnieśli kotwicę i wypłynęli na pełne morze. Niestety – rozkazywać Róży Wiatrów nie byliby władni nawet Hermes Trismegistos, Merlin i Twardowski, a cóż dopiero prości żeglarze. Róża Wiatrów słuchała jeno samej Juraty. Korab ,,Tysiąc Młodych'' zamienił się w statek – widmo. Odtąd naznaczony przekleństwem pani Morza Srebrnego, a może tylko ludzkiej głupoty, przez długie lata pędził po najdalszych morzach i oceanach, a jego załoga nigdzie, ani przez chwilę nie znajdowała odpoczynku. Statek widmo (korabus fantomus) gdziekolwiek się pojawił, przynosił sztorm najstraszliwszy ze straszliwych, taki, który Słowińcy nazywali Białym Szkwałem. Kapitan Kozieła wraz z załogą po tysiąckroć zdążył pożałować swej zuchwałej i pełnej głupoty decyzji. Żeglarze, wycharśli jak szkielety, a mokrzy jak gąbki, przez lata ogłuchli od ryku spienionych fal o oślepli od blasku piorunów. Ich szaty obróciły się w łachmany, a sen i jawa zlały się w jedno. Wreszcie czternastego roku tułaczki znów wpłynęli na wody Morza Srebrnego, gdzie natknęli się na ,,Gryfa Wieletów''.
- Stój! - zawołał z mocą Simanis, a jego słowa powstrzymały statek – widmo przed staranowaniem flagowego okrętu Błyszczyńskich. - Starucha Zima cztery córki miała: Szron, Szadź, Gołoledź i Przymrozek... - rozpoczął zamawianie, którym uciszył wiatry i wygasił pioruny. - Czego chcecie?
- Spokoju i przebaczenia – rzekł kapitan widmowego okrętu.
- Obraziliście Juratę, kradnąc jej Różę Wiatrów – przemawiał filozof Simanis z Burus. - Trza wam rzucić kwiat w odmęty i błagać wybaczenia. Jurata jest sprawiedliwa i groźna a potężna jak żywioł, którym włada, lecz litość nie jest obca jej królewskiemu sercu... - kapitan Kozieła nie zwlekając cisnął zaczarowany kwiat do morza, a jeden z marynarzy, imieniem Mulen skoczył za nim w fale, by już nigdy się z nich nie wynurzyć.
Wtedy to czarne chmury ustąpiły miejsca złotym promieniom Słońca, a żeglarze odzyskali utracone zmysły, jakby zbudzili się z długiego i bardzo złego snu. Uzupełnili zapasy korzystając z hojności załogi ,,Gryfa Wieletów'', po czym odpłynęli w kierunku Carstwa Nawi.
Simanisa niepokoiły wieszczby o kapitanie Koziele, przeczytane w ,,Księdze Salamandry'', bo mówiły, że marnie skończy. Jakkolwiek by było, w erze trzynastej imię Bogdan Kozieła nosił mający niepokojąco koźle rysy twarzy wykidajło strzegący warszawskiego lupanaru, gdzie czarownice zamieniały ludzi w osły.


*

Gdy dzień przechodził w wieczór, a ciemne fale skrzyły się srebrem, doktor Simanis z Burus pokazywał i objaśniał swym przyjaciołom barwne miniatury w jakiejś uczonej księdze.





- Jak podaje napisana w Cesarstwie Lemurii ,,Księga Zmian'' (Boka Metamorfosis), w najciemniejszej i najzimniejszej głębinie Oceanu, gdzie nie dochodzi Słońce i którą omija większość ryb, żyją Wypławy i Błyskoludzie. Autor omawianego przeze mnie dzieła, czcigodny mędrzec Kuo – dzyan z Dholi podaje, że wypławy to płaskie, ciemnoszare robaki długie jak węże boa, zaopatrzone w wyłupiaste, czarne oczy. Polują na ryby, strzykwy, rozgwiazdy, jedzą też małże i liliowce. Z istot wodnych spotykanych w Burus i Sklawinii najbardziej przypominają robaki wypławki szare. Z kolei Błyskoludzie to podobni do istot z naszej rasy mężowie i niewiasty. Są nadzy, bo w głębinie nie potrzebują ubrań, oddychają skrzelami i przez skórę, oraz mają moc świecić różnymi kolorami. Zarówno Wypławy i Błyskoludzi stworzyła Jurata mocą swego łona, sława jej. Żałuję, że w Morzu Srebrnym mamy bardzo małe szanse na spotkanie i bliższe poznanie tych niezwykłych istot – Władywój Sadko słuchając wykładu doktora popijali rum ze złotych kielichów i zagryzali suszonym dorszem.





Potem zaś pan Błyszczyński począł opowiadać o swej wyprawie do Lasu Snów leżącego w pobliżu grodu zwanego Śnin, potem zaś opowiedział o Lesie Niekochanych. W Lesie Snów, pan Władywój spotkał ponoć leśnego bożka, syna Boruty, co miał wygląd ni to człowieka, ni to kozła, pokryty był jasnym mchem i nic nie robił, jeno spał i śnił, a jego sny natychmiast stawały się rzeczywistością. Z kolei w wyprawie do Lasu Niekochanych jego przewodniczką była rusałka Cyregora o szarych włosach, z rodu Popiełek. Pokazała panu Błyszczyńskiemu nagą, trupiobladą dziewczynkę, która urodziła się bez głowy, a z jej szyi wyrastały dwa maleńkie czułki, podobne do tych co mają ślimaki. Za pomocą tych czułków, dziewczynka płakała i prosiła, aby ktoś ją pokochał...
- E, panie na Wymroczu, cosik smutno się ta wieczorynka zapowiada! - przerwał kupiec Sadko. - Miast bajdurzyć o duchach i strachach, może lepiej zagralibyśmy w karty, albo w kości? - przyjaciele się zgodzili, lecz nie dane im było spędzić tego wieczoru w spokoju.
Kiedy w najlepsze zabawiali się grą w wista, okręt, chciałoby się powiedzieć - ,,stanął dęba'' jak koń, stół poleciał przez całą kajutę, a w drzwiach ukazał się majtek wołający:
- Ty co się modlisz, ty co walczysz i ty co żywisz! - zawołał do Simanisa – filozofa – czarodzieja, pana Władywoja – rycerza i Sadka – kupca. - Okręt w niebezpieczeństwie! Wąż morski go oplata! - trójka odkrywców powstała z pokładu i wybiegła bronić korabia.




Pan Błyszczyński i Sadko porwali za topory, oręż krasnoludów z gór Nürtu i razem z innymi żeglarzami jęli śliskie od wody, pokryte grubą, czarną skórą cielsko gada o żółtym podbrzuszu i białych oczach, które z daleka można byłoby wziąć za gwiazdy. Wąż morski szalał z bólu, lecz nie puszczał zdobyczy. Rozdziawił potworną paszczę, a z jego kłów polały się strumienie palącego jadu. Porwał bosmana, przebił go kłem na wylot, jednocześnie wypalając trzewia jadem, po czym cisnął go daleko w morze. Kiedy pan Władywój i Sadko rąbali cielsko potwora, niczym pijany Drwal z Pawlaczycy rąbiący ule, doktor Simanis z Burus stanął na dziobie i rozłożywszy szeroko ręce, począł donośnym głosem przyzywać pomocy Ageja przez Juratę. Walka dobiegła kresu. Wąż morski wyprostował się jak rażony prądem i zawył przeciągle jak okrętowa syrena, po czym coś większego i groźniejszego odeń wciągnęło go w głębinę i pożarło. Po kwadransie zdębieli żeglarze ujrzeli jak z fal wyskakuje morski potwór barwy jasnozielonej, przypominający olbrzymią rybę. Był większy niż największy wieloryb, jego czerwone oczy świeciły jak latarnie, zaś z głowy wyrastało coś na podobieństwo wędki do łowienia mniejszych stworzeń. Gdy potwór zniknął w falach, była już księżycowa noc. Nic nie mąciło jej spokoju.





- Zaiste – szepnął Sadko – jak mówi ,,Księga Salamandry'' są na Niebie i Ziemi rzeczy, o których nie śniło się filozofom.





- Z tego co ja wiem, te słowa wypowiedział niejaki Eibon z Hiperborei – zaprzeczył pan Władywój. - Był to groźny czarownik, co na starość zdziwaczał. Osiadł w pustelni i począł rozmawiać z obrazem uczynionym własnymi rękami, lecz ów obraz ani razu mu nie odpowiedział. Stąd się wzięło przysłowie: ,,Gadał dziad do obrazu, a obraz ani razu''. A zmieniając temat, zapewne jest wam wiadomym, filozofie, jaką żeśmy istotę spotkali?




- To Indrik – rzekł Simanis, a wszyscy zadrżeli słysząc to imię – podnóżek Juraty. ,,Gołębia Księga'' nazywa go ,,matką wszystkich zwierząt'', ale jak mówi moje kolegium mędrców, podkreśla to jego rozmiary, a nie pokrewieństwo z innymi stworzeniami....
- Jak to dobrze, że ów Indrik jest po stronie sług Ageja – rzekł Sadko i poszedł spać.


*



Tego dnia, pan Błyszczyński i jego towarzysze dostąpili wyróżnienia, niemal równie rzadkiego i upragnionego jak błogosławieństwo błyskawicą przez cara Peruna. Oto sama Jurata, równa Mokoszy królowa Wszechmorza, zaprosiła ich do swego bursztynowego pałacu, skrytego na piaszczystym dnie, pośród zimnej toni. Piękno zamku otoczonego złotą kratą zapierało dech a oszałamiało i poruszało serce mocniej niż w najpiękniejszych balladach plemienia Samotów. Siedziba Juraty lśniła wszelkimi odcieniami złota, a jej blask przypominał latarnię. Wzniesiona została z zamienionej w bursztyn krwi Mokoszy, którą ta wylała, tłukąc zwierciadło zawierające mającą się narodzić Juratę. Pani owego zamku, smukła, wysoka o włosach długich i czarnych, oczach niebieskich a cerze białej i nieskazitelnej, przewyższała urodą wszystkie usługujące jej morskie nimfy. Jurata, promieniująca niewysłowionym pięknem, królewską godnością i wdziękiem, pełna zarazem nadludzkiej potęgi i właściwej niewiastom delikatności, odziana była w suknię z bursztynowych grudek, a jej biała płeć skrzyła się od złota i drogich kamieni. W ręku trzymała złoty trójząb wzniecający fale, na szyi miała zawieszony Pryzmat – czarodziejski jantar wyświetlający to co było, jest i będzie, zaś jej skroń wieńczył złoty diadem z szafirem pokazującym jej myśli. Przy jej tronie stali Anatolij Rdzeniejew – nagi, odziany jeno w kapitańską czapkę mężczyzna stworzony bez skóry, który w milczeniu ogryzał kotwicę, był bowiem Enkiem rdzy, oraz Kellu Simi – Abö; młody Ox, człowiek z głową foki. Sala tronowa, w której znaleźli się pan Władywój, Simanis i Sadko olśniewała bielą, lazurem i złotem, zaś sam głos królowej sprawiał nieopisaną rozkosz. Podane z złotych naczyniach wino i pieczone w popiele tuńczyki również nie miały sobie równych. Uwagę pana Błyszczyńskiego przykuło, stojące na marmurowym postumencie porcelanowe akwarium okrągłego kształtu. Wewnątrz pływały, leniwie ruszając podobnymi do welonów płetwami, dwie dorodne ryby, przypominające pospolitego karasia. Pokrywające je łuski były ukształtowane z dukatowego złota i świeciły niczym maleńkie słoneczka.




- Podobają ci się, synu Męża? - spytała Jurata. - To są owe słynne złote rybki, o których tyle opowiadają podróżnicy wracający z Sinea. Ryby to magiczne; mają moc spełniać życzenia tych co je łowią, jednak choć cierpliwe, spełniają tylko te, spełniają tylko te, które nie stoją w sprzeczności z wolą Ageja. Ludzie najczęściej nie potrafią i nie chcą tego zrozumieć i uszanować, dlatego tylko nielicznym, tym o prawym sercu, dane jest złowić złotą rybkę. Moje dzieci; syreny a morskie rusałki lepiej z nimi żyją.
- Dlaczegóż to twierdzisz, pani, że ludzie nie umieją mądrze korzystać z twego daru? - spytał pan Władywój, choć przecież znał odpowiedź.
- Czyżby ci tajną była ta opowieść, którą wasi guślarze usłyszeli w falach? - zdziwiła się Jurata. - Posłuchaj. Ongiś na słowińskiej ziemi, kiedy kneź Kuszoba włodarzył w Canum, w walącej się chatce nad morzem, mieszkali staruszek i staruszka. W wielkiej biedzie żyli, a starucha dziadka co dzień biła i łajała, że wracał z pustymi sieciami. Kiedy posłałam w jego sieci złotą rybkę, a ta w zamian za darowanie życia, za każdym razem dawała coraz to nowe bogactwa. Jednak żona rybaka nie umiała się cieszyć z tego co miała i dziękować za to Agejowi, lecz wciąż chciała więcej i więcej. Wreszcie zażądała tego, by mogła zająć moje miejsce. Grecy nazywają to hybris; pychą i uznają za najcięższy z grzechów. Złota rybka nie mogła tego spełnić, lecz na zawsze znikła w falach, a rybak i jego żona znów zamieszkali w walącej się lepiance. Słońce, Księżyc i gwiazdy dawno by zniknęły, gdyby się znajdowały w zasięgu drapieżnych rąk ludzkich – zakończyła Jurata.
Przyjaciele zabawili na dnie morza jeszcze trzy miesiące, podejmowani z wielką gościnnością przez Juratę i Swaroga, zaś na lądzie miano ich za zmarłych.


*




Czarnotka, córka Widługa jaśniała pięknem niezwykłym nawet jak na morską nimfę. Smukła i wysoka, o nieskazitelnie gładkiej, jasnej cerze, oczach niby łuski szafirowego smoka, włosach zaś długich, czarnych i cudownie jedwabistych, odziana była w sięgającą kostek suknię jasnobłękitną niczym oczy Kaina. Nosiła ponadto trzy sznury pereł na szyi, kolczyki z białych muszli ślimaczych i złoty diadem z wizerunkiem delfina. Sadko wybrał ją idącą lekkim krokiem przez salę balową z orszaku trzydziestu tysięcy czeltic, jak Liteńczycy nazywali morskie rusałki, pełnych wdzięku służebnic Juraty. Spodobali się sobie, a Jurata związała ich dłonie sznurem białych pereł i dała do wypicia złoty puchar pełen wina, na znak zawarcia ślubu. Teraz zaś odbyło się wesele. Czarnotka żegnała się ze swym przyjacielem i towarzyszem dziecięcych zabaw. Był nim Czrezpa (Serespa); noszący muszlę morski ślimak wielki niczym smok, a maść jego – bursztynowa. Pan Władywój i Sadko krzywili się nieznacznie, gdy śluz Czrezpy kapał im na ubrania.




- Powiadają wędrowcy, że gdzieś w Afryce, za Kongiem i Nigrem – opowiadał Simanis ogryzając udko kury morskiej – żyją czarne i nagie ślimaki, wielkie jak słonie i ogałacające dżungle z roślin... - oprócz Czrezpy przychodziły pożegnać Czarnotkę również inne morskie istoty; syrenka Doris, morskie rusałki, biały koń morski, foka, murena tygrysia i parę innych bajecznie kolorowych ryb. Panna młoda na prośbę samej Juraty ujęła swą złotą lirę, zdobioną głowami dwóch rogatych smoków i poczęła śpiewać głosem słodkim i upajającym. Jej pieśń opowiadała jak ongiś, przed dwoma wiekami, książę Sołuń z antyjskiej ziemi, usiłował ją uwieść i posiąść, przeto chodził za nią, natrętny, ilekroć ona opuszczała fale. Czarnotka nie pragnęła jego towarzystwa, bo choć młody, piękny i bogaty, miał serce puste, znające jeno co to jurność, lecz nie znające jeszcze miłowania. W końcu, gdy książę Sołuń, już szykował się by obalić ją na piach i zedrzeć z niej szaty, by móc sobie dogodzić, Czarnotka pokazała mu czarodziejskie lustro, a w nim ujrzał miast swojej twarzy pysk Paskudy; Čorta rozpusty. Przestraszony i skonfundowany, czym prędzej powrócił do swej ziemicy. Zabawa potrwała jeszcze z piętnaście dni i nocy, po czym przyjaciele opuścili morze. Sadko i Czarnotka mieli zamieszkać w Nowym Grodzie Północy, nim to jednak nastąpiło, pan młody udał się razem z panem Błyszczyńskim i Simanisem do ziemicy Waregów, dawniej zwanej Nürtem, z misją od Juraty każącej zdjąć czar z pewnej panny, zamienionej w łosia. Wyruszyli więc na północ, zaś Czarnotka oczekiwała na dnie morza, aż jej mąż zabierze ją do swego grodu.


*

Gdy wędrowcy szli przez nieprzebyte puszcze Nürtu, zasięgając języka u leśniczych królów wareskich i leśnych ludzi, któregoś dnia zaszedł im drogę szary basior, większy niż to bywa u wilków. Miał czworo oczu i nie okazywał właściwego dzikim zwierzętom lęku przed człowiekiem. Przeciwnie; toczył pianę z pyska, obnażał białe kły i gotów był rozszarpać trzech silnych mężów wraz z ich zbrojną eskortą. Wszystko to aż krzyczało, że napotkany basior nie jest wilkiem, jeno wilkołakiem. Skoczył w stronę Sadki i zatopił kły w jego udzie. Byłby zabił, lecz doktor Simianis porwał za żelazne widły, które otrzymał na dnie morza od Juraty i z całej siły uderzył nimi Neura między oczy. Ów natychmiast zapadł w sen, a pękła mu skóra na brzuchu. Pan Władywój i Simanis zdjęli zeń skórę i spalili ją w ognisku, a wtedy wilkołak stał się człowiekiem i nie mógł już przybierać wilczej postaci. Niestety wobec rany Sadki, próżnym się okazał cały kunszt znachorski Simanisa.





- To czarodziejskie zranienie – orzekł filozof. - Mogę je jedynie złagodzić, tak, że będziesz kulał, ale całkiem wyleczyć może je tylko Czarnotka, twoja żona.
- Oj, cosik mi się nie wiedzie – utyskiwał Sadko.
- Przed potopem – ciągnął doktor Simanis – żył król Lech III, którego spotkała na wyspie Seylan podobna przygoda. Został naznaczony zranieniem jako karą za to, że robił nie to co mu Agej wyznaczył. Myślę, że to samo można by powiedzieć i o tobie.
Po tej przygodzie drużyna znów ruszyła przed siebie, mając gęsty bór ze wszystkich stron. W swojej wędróce napotkali jedno z plemion leśnych ludzi, którzy sporządzali z krzemienia toporki i walczyli nimi przeciw górskim trollom. Leśni ludzie powiedzieli wędrowcom o nawiedzającej ich terytoria łoszy, mającej białą łatkę na nodze. Twierdzili z całym przekonaniem, że była to córka króla ziemicy Gamla Uppsala, przez zły czar zamieniona w zwierzę, a nikt z myśliwych nie ważył się na nią polować. Przyjaciele zabawili parę dni w wiosce leśnych ludzi, aby uzupełnić zapasy. Trzeciego dnia Sadko zabrał włócznię i ruszył na oparzeliska. Wypatrzył łoszę i już chciał ją ubić, gdy nadbiegł pan Władywój i wyrwał mu oręż z ręki.





- Co robisz, chachle? Przecież to człowiek, choć kryje się w zwierzęcej postaci! - gdy to powiedział, łosza stała się cudną panną, złotowłosą w niebieskiej sukni.

*

Tak wyprawa dobiegła kresu. Simanis udał się w kolejną ze swych tajemniczych podróży na nieznane lądy i morza.





Pa Władywój powrócił do Wymrocza, gdzie poślubił odczarowaną królewnę, córkę Elfanaryka; króla Waregów. Nazywała się Astryda, a w łoszę zamieniła ją völva, karząc za głupie i płoche słowa o nie będących ludźmi ptakach i rybach lęgnących się w niewieścim łonie. Odczarować miał ją ten, kto mimo zwierzęcej powierzchowności uzna w niej istotę ludzką, za którą krew przelał Teost. Astryda przez Słowian zwana Jastrzycą powiła panu Władywojowi syna, a imię jego Suliwoj.
Co do Sadki, skonfundowany tym, że szukał przygód mając inne obowiązki, udał się do Juraty na dno morza, a tam czekała na niego Czarnotka wierna i cierpliwa jak Penelopa. Swymi gorącymi łzami radości uleczyła ranę męża, tak jak przed wiekami królowa Tatra serdecznym pocałunkiem sprawiła, że z głowy Lecha III wypadł uwierający grot strzały. Sadko i Czarnotka z błogosławieństwem Juraty i Swaroga zamieszkali w Nowym Grodzie Północy, otoczeni dziećmi.




 Co do naukowego plonu wyprawy, notatki i miniatury sporządzone przez Simanisa zaginęły prawdopodobnie w pożarze biblioteki w Aleksandrii. Jednak ich kopie zachowały się w ,,Codex vimrothensis'', oraz w bibliotekach tajemniczej, odległej Szambalii.