,,
[…]
W innym miejscu Toporov wiąże Mokosz z Makarką, postacią z
poleskich obrzędów zaklinania deszczu łączoną z wodą, śmiercią
i służącym do wywoływania opadów makiem (w rosyjskich zagadkach
mak zwano Makar Makarovič).
[...]’’ - Artur Kowalik ,,Kosmologia dawnych Słowian’’
(przypis 545 na stronach 214 – 215)
Do
drużyny Margusa, króla Valkanicy i Puany, syna Lecha Vukaszyna z
dynastii Stopanoviciów, należał rycerz Makarka, syn Digenisa, syna
Dragisława, syna
Troileusa, syna Światosława. Przyszedł na świat w Orlandzie w
pierwszym roku panowania króla Rutysława.

Była
noc i padał rzęsisty deszcz, kiedy macierz jego, imieniem Bobra
wydała go na świat w chutorze położonym wśród rozlewisk
Veresiny. Poczęła go dzięki kosztownemu naparowi z mandragory,
który zniweczył klątwę bezpłodności ciążącą nad jej łonem.
Imię swe zawdzięczała zaś, Bobra, temu, że młody Digenis
odnalazł na łowach nagą i niemą panienkę lat piętnastu, ukrytą
wewnątrz żeremia. Jedyne jej pożywienie stanowiło mleko bobrzyc i
kora obgryzana z delikatnych gałązek. Nikt
nie miał pojęcia jak się tam znalazła. Podejrzewano, że bobry
przygarnęły porzucone niemowlę. Digenis zlitował się nad
dzieweczką o urodzie rusałki i zabrał ją do swego chutoru. Nadał
jej imię Bobra na pamiątkę bobrów, opiekujących się nią w
pierwszych latach życia. Bobra otrzymała odzienie i ozdoby,
stosowne dla córek Aivalsy w jej wieku. Digenis uczył ją z wielką
cierpliwością nowoludzkiej mowy, aż usłyszał z jej ust wyznanie
miłości. Gdy osiągnęła wiek sprawny do zawarcia małżeństwa,
oboje stanęli na wilczej skórze w chramie, przysięgając sobie
wierność i miłość dozgonną.
Nad
dachem chaty, w której urodził się Makarka, zawisła zielona
gwiazda o ośmiu promieniach. Mawiano, że gwiazda ta wyszła z ust
samego Teosta Cara – Słońce, zasiadającego na białym,
alatyrowym tronie w Domu Enków. Wtedy to z rzeki wynurzyły się
gromady rozradowanych rusałek i wodników, które pląsając,
przygrywały na wierzbowych fujarkach. Prawiły dziady – lirnicy, a
skoromochy im przytakiwały, że Makarka wywodził się po kądzieli
od wielkiego herosa z ery dziewiątej, zmiennokształtnego wodnika
Volcha Alabasty, władnego przybierać postać
ryby, wilka, sokoła, gronostaja i mrówki. Istotnie, Makarka od
najmłodszych swych lat dla zabawy zamieniał się w rekina,
krokodyla i delfina, a do tego pływał jak najprawdziwszy wodnik.

Jeszcze
jako ssące pierś niemowlę dokonał swego pierwszego wyczynu, na
pamiątkę którego otrzymał imię Makarka. Otóż za lasem
mieszkała wiedźma Makownica z Lafertu, czcicielka smoka piekielnego
Rykara, utrzymująca się ze sprzedaży trucizn, środków poronnych,
a także opium i innych durmanów. Kiedy posłyszała o narodzinach
syna Digenisa i Bobry, zjawiła się w ich chutorze. Udając wielką
życzliwość, zamierzała otruć maleństwo jadem wypełniającym
jej piersi. Chłopczyk jednak, w którym tliła się iskra Ageja,
przejrzał jej niecne zamiary. Z całej siły ścisnął rączkami
pierś Makownicy. Puścił ją dopiero wówczas, gdy oderwał od
ciała. Makownica runęła na drewnianą podłogę i skonała w
kałuży pomarańczowej krwi, odróżniającej czarownice od zwykłych
niewiast. Digenis i Bobra, którzy przybiegli do izby, spostrzegli,
że mleko z piersi Makownicy miało niezdrowy, szarawy kolor, zaś
padając na deski podłogi, wypaliło w niej okazałe dziury.
-
Będziesz wielki, mój synu – zawołał Digenis. - Większy niż
bywają synowie ludzcy!
Następnie
odrąbał toporem czerep Makownicy. Ułożył go między jej nogami,
po czym rozkazał czeladzi spalić zwłoki czarownicy na stercie
gnoju.
Podobał
się dziewczętom Makarka w latach swych młodzieńczych. Był
średniego wzrostu, lecz muskularny. Czarną miał czuprynę i wąs
obfity, oczy zaś tak intensywnie zielone, że zdawały się świecić
w ciemności. Oprócz mowy nowoludzkiej i starokrasnej, znał również
język toropiecki. Nauczył się go od swej matki, Bobry, co
umożliwiało mu porozumiewanie się z rusałkami, świteziankami i
wodnikami, w wielkiej liczbie zamieszkującymi rozlewisko Veresiny
wokół rodzimego chutoru. W ciele jego zaklęta była siła
niepomierna, porównywalna z tą, którą dysponują dziki, tury,
żubry, niedźwiedzie, a być może nawet olbrzymy z plemienia
Asiłków. W zapasach nie był mu w stanie sprostać żaden mocarz,
nawet taki jak Borejko czy Stewajko.

Ucztując
w noc Dziadów na rozstajnych drogach, Makarka z pucharem wina w
dłoni poprzysiągł wpatrującym się w niego świecącymi oczami
duchom przodków, że zawrze braterstwo jedynie z mężem zdolnym go
pokonać w uczciwej walce. Pożegnawszy ojca i macierz wyruszył do
grodu stołecznego zwanego Cortix, zbudowanego na wyspie nazwanej na
cześć Chorsa, Cara – Księżyca. Rzucił wyzwanie witeziom z
drużyny Rutysława, króla Orlandu. W ciągu trzech dni i nocy
zwyciężył wszystkich w zapasach, choć byli wśród nich i mocarze
szczycący się pochodzeniem od Enków. Poeci mówią o trzydziestu,
czterdziestu a nawet pięćdziesięciu i więcej pokonanych
przeciwnikach Makarki. Przeraził się król Rutysław wraz z całym
dworem i zapytał doradców co ma czynić dalej. Doradcy ci nie byli
ludźmi, jeno dwoma basiorami, czarnym i białym, zwierzętami
mądrymi i obdarzonymi darem mowy.
-
Przyjmij Makarkę do swojej drużyny, a twoje królestwo stanie się
niepokonane! - Doradził biały wilk.
-
Wielka moc często idzie w parze z jeszcze większą pychą. -
Warknął zaniepokojony czarny wilk, którego oczy świeciły jak
ogniste latarnie. - Pod jej wpływem Makarka mógłby wypowiedzieć
ci posłuszeństwo i pozbawić tronu.
-
Co radzisz, kary wilku, zagryzający Čorty? - Spytał Rutysław.
-
Radzę ubić go podstępem, albo jeśli wolisz bardziej honorowo,
wypędzić jak najdalej z Orlandu.
Nazajutrz
po tej rozmowie król wezwał Makarkę przed swe oblicze. Ofiarował
mu sobolową szubę i złote pierścienie oraz zdobioną turkusami
szablę z ości olbrzymiego suma, złowionego w rzece Tanais.
Rutysław poczęstował junaka najwyborniejszym miodem i winem z
zamkowej piwnicy, nie żałując solonego mleczu śledzia, plasterków
obficie przyprawionej kiełbasy, obwarzanków i pierników lepkich od
miodu. Następnie dobierając słów jak najbardziej politycznych,
poprosił Makarkę o opuszczenie Orlandu.
-
Moje królestwo jest za małe dla ciebie. Warto byś poszukał sławy
w obcych stronach.

Makarka
pokłonił się swemu królowi i posłusznie poszedł precz. Tułając
się markotny po stepie, podjął decyzję, by udać się do
Valkanicy, znanej jako ziemia bohaterów. Zdecydował się na ten
krok za radą mówiącej, białej kotki, którą wyswobodził z
sideł. Należy dodać, że całą niebezpieczną drogę na południe
przemierzył polegając na sile swych nóg. Konie lękały się go
bowiem, wyczuwając w nim oborotnia, zdolnego przybierać postaci
groźnych bestii. W Kraju Stepów toczył zwycięskie walki z
wąpierzami, z których najgorszy był baron von Hintzel oraz ze
strzygami. Ubił również zbójców Amzura, Rozbrata i Mikołaja
Sielskiego, zaś zrabowane przez nich kosztowności rozdał ubogim
kmieciom z sioła Lutyni. Kiedy przybył do Valkanicy, napotkał jej
króla, zażywającego kąpieli w Morzu Rajskim. Stoczył z nim walkę
pod postaciami rekina, krokodyla i człowieka. Wtedy to po raz
pierwszy i ostatni starł się z mężem władnym go pokonać. Zawarł
braterstwo z królem, wymieniając się z nim nawęzami. Został
przyjęty do Margusowej drużyny. Margus nadał mu herb Obrot,
podzielony na trzy pola i przedstawiający rekina, krokodyla i
delfina, zawołanie Cichcem oraz lenno w dolinie rzeki Savy.

-
Nie godzi się aby witeź nie miał swojego rumaka. - Rzekł Margus i
podarował banowi Makarce karą klacz Daidę o szkarłatnych oczach i
kopytach z szafiru.
Daida
różniła się bardzo od innych koni. Najchętniej spędzała całe
dnie w stawie, miast trawy pożerając ryby, kaczki, żaby i
karczowniki. Kmiecie szeptali z trwogą, że potrafiłaby zjeść
również człowieka. Choć nikomu innemu nie pozwoliła się nigdy
dosiąść, zarżała przyjaźnie gdy po raz pierwszy ujrzała
Makarkę i dała mu się osiodłać. Jako jedyna klacz nie lękała
się go, wiedząc, że jest zmiennokształtnym.
*
,,Trzy
są najpiękniejsze rzeczy na świecie: kobieta w tańcu, koń w
galopie i statek pod pełnymi żaglami’’ - Honore de Balzac.
Na
ulicach Vučego Gardźca zalegał biały puch, podczas gdy na
królewskim zamku odbywał się huczny bal, wydany przez Margusa z
okazji święta Maslenicy i trwający do wczesnych godzin porannych.
Choć za oknem było już ciemno, w przestronnych komnatach płonęły
tysiące pochodni oraz świec, czyniących wnętrze jasnym jak w
dzień. Prawił też dziad Livoč z Livočna w swoich pieśniach, że
król Margus posiadał zawieszony pod sufitem drogocenny kamień,
karbunkuł z Bharacji w barwach zielonej i złotej, który rozpraszał
mroki nocy skuteczniej niż największy ogień. Młode służebnice,
przypominające urodą rusałki albo hurysy, z nieopisaną gracją
nalewały gościom do pucharów wino ze złotych i srebrnych dzbanów.
Ci zaś nosili na głowach wieńce uplecione z pawich piór jako
oznakę swego dostojeństwa.
-
Kim jest ta panna? - Ban Makarka spytał dyskretnie siedzącego obok
żupana Iwicę Sprawickiego, zajętego rozrywaniem palcami pieczonej
perliczki z migdałami i kawałkami pomarańczy.
Po
prawicy królowej Dekli siedziała krasawica w seledynowej sukni z
atłasu, obficie wyszywanej perłami. Jej nieskazitelnie piękne
oblicze miało odcień kości słoniowej, oczy zaś przypominały
barwą dwa turkusy. Złota opaska zdobiła długie, jasnobrązowe
włosy z zielonymi końcówkami, zdającymi się zdradzać niewielką
domieszkę krwi przedludzkiej rasy toropieckiej. Wokół prawej ręki
dziewoi owijał się oswojony padalec, bez pośpiechu spijający
mięsistym, jaszczurczym językiem wino ze złotego kruża. Kiedy owa
piękność wśród radosnego śmiechu konwersowała z królową
Deklą i jej damami dworu, odsłaniając przy tym zęby podobne do
najpiękniejszych, białych pereł, jej czysty głos brzmiał w
uszach Makarki niczym pienie rajskiego ptaka.

-
Aaa, to księżniczka Osyta, pani za zamku Bujvar. - Odrzekł żupan
Iwica. - Gdy była dziewczęciem, jej ojciec, książę Ratko oddał
życie w walce z ogrem Gorgoliczanem, płatnym zbirem i dywersantem
na usługach sułtana Sępian. Macierz z kolei, księżna Selerada
podążyła za nim do Nawii kilka lat później. Osyta jest nie tylko
urodziwa niczym rodzona córa Mokoszy, ale też dzielna, mądra i
dobra. Z wielką roztropnością zarządza swoim majątkiem, a jej
rozkazów słucha drużyna dwudziestu wojów.
Zamkowi
muzykanci przygrywali na dudach i bębnie, aż mistrz ceremonii dał
znak do tańca. Wybrany został taniec pawi, nazywany pawaną, bardzo
podówczas lubiany na dworach. Nawet tak surowy moralista jak
Salwomir Mirosławic z Bravarii nie widział w nim nic zdrożnego.
Makarka podszedł do księżniczki Osyty i skłonił się przed nią
głęboko.
-
Czy zechcesz ze mną zatańczyć, pani? - Spytał z bijącym sercem.
Osyta
zarumieniła się i skinęła lekko głową na znak zgody.
Tancerze
wirowali w takt muzyki, odziani w odświętne szaty, upodabniające
ich do ptaków bądź motyli, podczas gdy za oknem prószył śnieg.
W
przerwie między jednym a drugim tańcem, Makarka konwersował z
Osytą przy czarce grzanego, korzennego wina.
-
Nigdy nie spotkałem damy, która z taką czułością hołubiłaby
padalca. Filozofia przyrody uczy, że o tej porze roku wszelkie gady,
prócz śnieżnych smoków, powinny kryć się w ziemi aż do
nadejścia wiosny.
-
To jest mój przyjaciel, Łamanek. - Wyjaśniła z uśmiechem Osyta.
- Jest zaczarowany, przeto płynie w nim krew człowiecza miast
jaszczurczej. Przed piętnastoma laty uratowałam go przed chłopcami,
którzy chcieli go zatłuc patykami jak jakąś jadowitą żmiję.
Odtąd doradza mi i ostrzega przed niebezpieczeństwami, zna bowiem
ludzką mowę.
-
Ładna byłaby z was para. - Odezwał się nagle padalec,
potwierdzając prawdziwość słów Osyty.
Od
czasu owego pamiętnego dnia, Makarka i Osyta jeszcze wiele razy
spotykali się ze sobą. Toczyli długie rozmowy w zaciszu zielonych
gajów Mokoszy i Dziewanny Šumina Mati, aż na ich palcach
zabłysnęły złote obrączki narzeczeństwa.
*
Wdzięk,
uroda i majątek Osyty przyciągały do niej zalotników. Nim została
narzeczoną Makarki, o jej rękę ubiegali się synowie możnych
komesów, grafów, żupanów i banów. Jednak padalec Łamanek
powtarzał jej ten sam refren.
-
On nie jest dla ciebie. Przy nim nie będziesz szczęśliwa.

W
listopadową noc, wietrzną i deszczową na zamku Bujvar zjawił się
mąż, którego wspomnienie przez wiele lat mroziło krew w żyłach
Osyty. Słyszała wcześniej o Jednonogim z Boru Partas, księciu
Skiapodów, wygnanym przez swój lud z powodu licznych okrucieństw,
nie dawała jednak wiary tym opowieściom. Teraz zaś miała w swej
komnacie przed oczami Skiapoda wysokiego niczym dąb. Miał dzikie
spojrzenie i krzaczastą brodę, a pod jego smagłą skórą prężyły
się wielkie i twarde muskuły. Jak na Skiapodów i inne
cyjanopodzkie plemiona przystało, posiadał tylko jedną nogę.
Zakończona była stopą takich rozmiarów, że znajdowała
zastosowanie jako osłona przed ulewą, bądź słonecznym żarem.
Paznokcie tejże stopy przypominały złote szpony. Jednonogi, wokół
którego brzęczały chmary much, przeraźliwie cuchnął niczym
dziki zwierz z kniei. Jego jedyny przyodziewek stanowiła futrzana
przepaska na biodrach. Osyta zadrżała, widząc na jego ciele
wykłute ciemną farbą znaki Czarnego Daby, Farela i innych
piekielnych mocarzy oraz grzechoczący naszyjnik z ludzkich czaszek.
Miała w pamięci bajędy o tym jak Jednonogi uśmiercał
pochwyconych w lesie ludzi bez różnicy wieku i płci jako żertwę
dla Franta Przechery, demona rozboju. Kiedy Jednonogi przemówił,
jego głos zabrzmiał niczym żwir mielony w potężnym młynie.

-
Zostań moją lubą. Każ urżnąć sobie nogę, prawą czy lewą, mi
to za jedno. Wtedy oboje będziemy jednonodzy i szczęśliwi. Przy
mnie nie zabraknie ci jagód, miodu, źródlanej wody i zwierzyny.
Nie poskąpię ci również sukien i błyskotek, które tak lubią
białogłowy. Spójrz, jakie ładne korale! Będą twoje jeśli tylko
oddasz mi swój wstyd dziewiczy. - Osyta pobladła i zadygotała, gdy
Jednonogi podsunął jej pod nos bursztynowy naszyjnik, wciąż
jeszcze lepki od krwi jego poprzedniej właścicielki.
Ilekroć
Jednonogi otwierał usta, odsłaniając żółte, spiłowane zęby,
wydobywał się z nich fetor niczym z paszczy smoka. Tego wszystkiego
było już za dużo dla Osyty. Przestraszona poczęła piszczeć
niczym dziewczynka na widok pełzającej w jej stronę dziewiątki.
-
Nie chcę cię, ty brzydalu i okrutniku! Nie dam odciąć sobie nogi
dla twojej zachcianki! - Słysząc wrzask swej pani, zza kotar wyszli
czuwający tam przez cały czas gwardziści z napiętymi łukami.
Mierzyli
zatrutymi strzałami w potwora.
-
Dobra, już dobra. - Jednonogi uniósł obie dłonie w geście
uległości. - Pójdę już sobie. Wiedz tylko księżniczko, że
jeśli będziesz miała innego gacha niż ja, przysięgam na ogień z
trzewi Rykara, że odszukam go i wyrwę mu serce.
Jednonogi
opuścił zamek Osyty. Kiedy skakał w stronę swojego boru, dały
się ponoć słyszeć z jego ust wywarczane pod nosem słowa:
,,Suka’’ i ,,Bladź’’.
Gdy
było już po wszystkim, stary Mirko o siwych wąsach, dowódca
straży przemówił do Osyty.
-
Żałuję, że panienka nie pozwoliła nam ubić tego łotra.
Przysporzy nam jeszcze wielu cierpień.
*

Kiedy
Osyta została narzeczoną Makarki, wiatr szumiący wśród listowia
świętego gaju Mokoszy, przekazał tę radosną wieść wszelkiemu
ptactwu unoszącemu się nad niebie Valkanicy i Puany. Kos powiedział
wróblowi, wróbel dzierzbie, dzierzba synogarlicy, synogarlica
skalnemu gołębiowi, gołąb krukowi, kruk sowie, sowa lelkowi,
lelek nietoperzowi. Ten zaś opowiedział o wszystkim Jednonogiemu.
Kiedy Jednonogi posłyszał o narzeczeństwie Osyty, zawył w wielkim
gniewie tak straszliwym głosem, że aż wilki podkuliły ogony z
trwogi. Zgrzytał zębami, aż z gęby sypały mu się obficie iskry.
Bił też kułakami w szeroką pierś, zaś odgłos tych uderzeń
niósł się daleko niczym gra na bębnie. Nie poprzestając na tym
okazaniu wściekłości, skoczył siedem wiorst na północ do
Smrodliwego Jaru, mającego połączenie z Čortieńskiem. Zatrzymał
się na jego krawędzi i gromkim głosem jął przywoływać Kozopsa.
Nie musiał długo czekać, aż z rozpadliny wylazło wśród oparów
przesyconej siarką mgły białe, kosmate psisko rozmiarów sporego
kuca. W jego oczach tlił się wzbudzający grozę, żółty ogień.
Najbardziej osobliwym było jednak to, że psisko miało na głowie
rogi kozła, łapy zaś zakończone kozimi racicami.
-
Po jaką zarazę mnie wywołujesz, Onomaresie? - Zapytał warczącym
głosem Kozopies, bowiem prawdziwe imię Jednonogiego, wywodzące się
z narzecza Skiapodów, brzmiało właśnie Onomares.
-
Przyszedłem zemścić się na dwunogiej dziewce, niejakiej Osycie.
Odrzuciła moje zaloty, aby się związać z jakimś dwunogim
przybłędą z dalekiego Orlandu. Idzie łajno do łajna, oj idzie.
Za to, że złamała mi serce, powinienem jej teraz złamać nos.
-
Oj, tak. Wróżda wielce jest miła Czarnobogu. - Uśmiechnął się
jadowicie Kozopies.
-
Radźcie, druhu, jak mam ją pognębić? - Dopytywał się Jednonogi.
Kozopies
uniósł lewą, przednią łapę, odsłaniając złote puzderko.
-
Jest w nim maść sporządzona przez czarownicę z góry Klek. -
Objaśnił Kozopies. - Natrzyj się nią, a przybierzesz postać
starej baby. Osyta nie rozpozna cię pod nią.
-
Tylko tyle? - Warknął Jednonogi.
-
Teraz zasadź mi kopa w brzuch. - Jednonogi usłuchał go skwapliwie,
nigdy bowiem nie trzeba go było długo namawiać do stosowania
przemocy.
-
Rzyg! Rzyg! - Kopnięty Kozopies przez pół godziny zwymiotował
stos dorodnych jagód, mieniących się czernią, ciemnym błękitem
i czerwienią.
-
Otruję murwę i jej gacha! - Ucieszył się Jednonogi i z radości
aż klepnął się obiema dłońmi w udo.
-
Lepiej. Kto zje te jagody, ten zmieni się w klacz bądź konia.
Zgodnie
z instrukcją Kozopsa, Jednonogi nasmarował się maścią
czarownicy, przybierając dzięki niej postać niewiasty niskiej,
siwej i pomarszczonej, lecz dość jeszcze krzepkiej, by mogła
wędrować gościńcem. Kozopies dał mu laskę i odzienie noszone
podówczas przez sędziwe wieśniaczki oraz kobiałkę do
przenoszenia jagód. Będąc odmienionym nie do poznania, udał się
Jednonogi do zamku Bujvar. Pogoda dopisywała, zastał zatem Osytę
na ukwieconej łące. Bawiła tam beztrosko roześmiana z trzema
dwórkami, Eliną, Milicą i Topolaną oraz młodym minstrelem, Bajem
Złotowłosym, przygrywającym pannom na mandolinie.
-
Naści jagódki dla uroczych dziewcząt! Słodkie, pachnące,
soczyste! Nawet dawne królowe rusałek nie jadły nigdy nic równie
pysznego! - Maść czarownicy odmieniła nie tylko powierzchowność
Jednonogiego, ale także jego głos.
Osyta
pierwsza wyciągnęła dłoń po zdające się do niej uśmiechać
owoce.
-
Księżniczko… - Usłyszała pełen niepokoju szept padalca. -
Doradzałbym daleko posuniętą ostrożność. Wyczuwam w pobliżu
opary czarnej magii.
-
Och, Łamanku, nie można wszystkiego się lękać i w każdej miłej
babuli widzieć czarownicę! - Tym razem Osyta nie zamierzała
posłuchać mądrego padalca.

Włożyła
do ust garść różnobarwnych jagód i wyraziła się z uznaniem o
ich smaku. Po niej skosztowały leśnych darów jej damy dworu oraz
muzykant. Również w ich ustach jagody miały smak ptasiego mleka i
niebieskich migdałów. Osyta zdziwiła się słysząc rżenie,
bowiem ani ona sama, ani jej orszak nie zabierali ze sobą koni.
Kiedy spojrzała w stronę Baja Złotowłosego, spostrzegła, że
zamienił się w jednorożca. Zaraz potem Osyta poczuła, że wbrew
swej woli przybiera postać klaczy. Była gniada z zielonymi
końcówkami grzywy i ogona. Chciała krzyczeć z przerażenia, lecz
mogła tylko zarżeć. Również jej przyjaciółki były teraz
klaczami; Elina – siwą, Milica – izabelowatą, a Topolana –
karą. Handlarka jagód przetarła pomarszczoną twarz szmatką
nasączoną octem i na jej miejscu stanął Jednonogi, zaśmiewając
się do rozpuku ze złej uciechy. Wielkim jak bochen łapskiem
pochwycił zapłakanego padalca Łamanka, wsadził go sobie do gęby
i żywego schrupał. Następnie wziął bicz pokryty długim i i
cienkimi kolcami i zaczął nim boleśnie smagać całą piątkę
zwierząt, które jeszcze przed chwilą były ludźmi. Chłostana
niemiłosiernie Osyta czuła jakby szponiaste łapy Čortów wyrywały
jej duszę z ciała…
*

W
ostatnich miesiącach na barkach zmiennokształtnego witezia z
Orlandu spoczęła stanowczo więcej obowiązków niż by tego
pragnął. W swoich włościach był sędzią w długoletnim sporze
dwóch kmieci, Pigwona i Kasztana, znanych jako zaciekli pieniacze o
gruszę rosnącą na między oddzielającej ich pola. Kiedy wreszcie
wydał wyrok, przez tydzień bolała go głowa. Wespół z junakami
Iwicą, Radysem, Zuchem, Chwatem, Bratunem i Delimirem naprawiał
drogi, mosty i wały grodu Bilova zniszczone przez wylew rzeki Dravy.
Nieraz przychodziło mu przerwać ten mozół, aby napoić swój
miecz krwią szabrowników oraz szlamików; cuchnących potworów o
wielkich zębach i ognistych oczach, które ożywione złym słowem
rodziły się ze szlamu. Król Margus oddelegował go także wespół
z mocarzem Waligórą z dalekiej Montanii, aby strzegli niespokojnej,
wschodniej rubieży z Sułtanatem Sępian. W ciągu trzech miesięcy
Makarka i Waligóra pochwycili i przesłuchali przed wbiciem na pal
czterdziestu zbójców ze szczepu Kurdejów, którym sułtan zlecił
palenie pogranicznych wiosek. Po wywiązaniu się z tych wszystkich
obowiązków stanu rycerskiego, ban Makarka, odznaczony przez Margusa
Orderem Liścia Dębu zapragnął spotkać się ze swoją narzeczoną.
Osyta zawsze powtarzała młodszym pannom, że ,,jak kochać woja,
to dobrego’’.
-
Po trzykroć kursowałem, panie, między twoim dworcem, a zamkiem
księżniczki Osyty. Za każdym razem nie zastałem w nim nikogo,
jeno jakieś konie pasły się na błoniu i spoglądały na mnie
smutno. - Opowiadał Makarce jego goniec imieniem Zajko.
-
Dziwne to – stwierdził Makarka, skubiąc nerwowo wąsa. - Nie
doszła moich uszu żadna wieść o tym, aby Osyta udawała się w
podróż.
-
Obawiam się, panie, że, odpukać w niemalowane drewno, mogła
uprowadzić ją ażdacha, majtkowie powietrzni, smok, psoglav, albo
inne paskudztwo…
-
Wypluj to, Zajko. Dość się już tłukłeś po wertepach jak kot z
pęcherzem. Trzeba abym ja sam odwiedził moją przepióreczkę.
Makarka
rozkazał osiodłać klacz Daidę i ruszył w stronę zamku Osyty.
Siódmego dnia stanął u jego bram.
-
Sprawiedliwie rzekł Zajko. Zamek wydaje się wymarły niby uroczysko
pełne bielejących kości.
-
Zdaj się na mnie, a zaciągnę języka. - Odezwała się nagle
Daida, zaś Makarka drgnął zaskoczony.
-
Mówiące konie znałem dotąd jeno z pieśni dziadowskich. Dlaczego
wcześniej ukrywałaś swój dar?
-
Używam go jedynie wtedy, gdy zachodzi taka potrzeba. - Odparła
Daida. - Przyjmiesz pomoc wiernej klaczy, czy wydaje ci się
podejrzana?
-
Juści, że przyjmę, choćby obmierzłe karakondżule miały węszyć
za moją Osytą! - Wykrzyknął zapalczywie Makarka, dopiero
poniewczasie gryząc się w język. - Do dzieła!
Daida
podeszła do pasącej się na skraju lasu gniadej klaczy z zielonymi
końcówkami grzywy i ogona. Przez dłuższą chwilę obie córki
Epony rżały między sobą i parskały.
-
Rozmawiałam właśnie z Osytą – oznajmiła Daida.
-
Kto ośmielił się rzucić na nią urok? - Makarka zmarszczył brwi,
a jego wzrok zdawał się ciskać pioruny.
-
Uczynił to miejscowy Skiapod, książę Onomares, znany powszechnie
jako Jednonogi. Zadał urok w jagodach…
-
W moich stronach rodzinnych rosły kiedyś jagody, po których
spożyciu księżniczce wyrosły na głowie pokaźne rogi –
zamyślił się Makarka.
-
… Następnie kolczastym batem wydarł dusze z ciał Osyty i jej
dwórek, po czym zamknął je w szkatułce – ciągnęła Daida.
-
Mógłbym przez trzy doby pod rząd zmagać się z całą watahą
zburatorów, byleby tylko przywrócić Osycie jej przyrodzoną
postać. - Oczy Makarki zapłonęły zielonym płomieniem.
-
Wystarczy, że ubijesz Jednonogiego. Wydrzesz mu szkatułkę z
uwięzionymi duszami. Otworzysz ją w obecności Osyty, a następnie
ucałujesz swą miłą i inne zaklęte konie. Tylko tak zdołasz
przywrócić im człowieczą postać.
-
Na Trojana, tak właśnie uczynię! - Obiecał Makarka, po czym
pognał w knieje.
Pozwolił
Daidzie, aby sama obierała ścieżki. Zmysły wodnej klaczy wielce
były wyczulone na obecność wszelkich nadprzyrodzonych istot
starych ras. Czasem tylko potrzebowała dopytać napotkanego lisa
bądź zająca o najkrótszą drogę do komyszy Jednonogiego.
Zatrzymała się, sapiąc przed lepianką ukrytą w wykrocie. Wyszedł
jej naprzeciw duży, kudłaty pies, który był biały i rogaty jak
koza.
-
Zacny Makarko – przymilał się Kozopies. - Szkoda twego znoju,
naprawdę mi szkoda. - W ślepiach Čorta zalśniły krokodyle łzy.
-
Co chcesz przez to powiedzieć? - Spytał groźnie Makarka.
-
Tyle się trudzisz dla swej zaczarowanej bogdanki, a ona w tym
czasie, wierz mi statecznie, gzi się radośnie z zamkowym muzykantem
zaklętym w jednorożca. Oboje śmieją się teraz z twej szlachetnej
naiwności… - Chlipał Kozopies.
-
Łżesz jak… Čort, którym zresztą jesteś. - Warknął Makarka,
krzesząc iskry zgrzytającymi zębami.
-
… Odpuść ją sobie – ciągnął niezrażony Kozopies. - Jest
tyle innych panien, a zresztą i tak wszystkie są takie same.
Większej miłości zaznałbyś już prędzej w objęciach gładkiego
młodzieńca niż chimerycznej dziewki – Kozopies mrugnął
znacząco płonącym okiem. - Chodź ze mną na błota, a pokażę ci
miejsce ukrycia skarbu. Garniec złota ukoi twój miłosny zawód.
-
Dosyć tego! - Makarka otrząsnął się jak pies wychodzący z wody
i sięgnął ręką do pochwy.
-
Poniechaj miecza, bo ciosy nim zadane jedynie pomnożą siłę
Kozopsa. - Odezwała się ludzkim głosem Daida. - Ubijesz go
jedynie, łamiąc jego rogi i przebijając nimi jego oczy.
Makarka
zeskoczył z grzbietu klaczy i z bojowym okrzykiem pochwycił Kozopsa
rękami silnymi jak ucisk imadła. Nie zważał ani na swą krew,
cieknącą z ran zadanych psimi zębami, ani na kłamliwe obietnice
otrzymania skarbów, wywarcia pomsty na Rutysławie z Orlandu i
otrzymaniu godności króla Valkanicy i Puany. Złamał oba koźle
rogi i wbił je głęboko w ogniste oczy Kozopsa, uśmiercając go na
miejscu. Poczuł się jak Rysza, drugi król Lynxów z ery siódmej,
zwyciężający rogatego potwora, Czudę Judę. Tymczasem zwłoki
Kozopsa przemieniły się w mrowie białych robaków, szukających
schronienia w wilgotnej glebie.
Makarka
wpadł jak burza do cuchnącej lepianki Jednonogiego. Wygnany książę
Skiapodów leżał rozwalony na barłogu z zawszonych skór baranich.
Opity był mieszaniną mocnego wina, miodu i araku. W podłużnej,
glinianej misie leżały tłuste resztki upieczonej w całości
dziewczynki z rasy leśnych ludzi.
-
Czego? - Jednonogi w tym samym momencie przeraźliwie beknął i
wypuścił gazy z kiszek.
-
Natychmiast oddaj szkatułkę z uwięzionymi duszami! - Zażądał
Makarka.
-
Posyp się pieprzem a wysmaruj chrzanem! - Jednonogi zarechotał
obleśnie.
-
Stawaj do walki, plugawcze. Jakoś nie mam ochoty zarzynać cię jak
rzeźnik wieprza.
Zaledwie
w dłoni Makarki zalśnił miecz, Jednonogi zerwał się z barłogu.
Na swej nodze dał imponującego susa w las. Makarka rzucił się za
nim w pościg, szybki jak Achilles obiegający mury Widłuży –
Troi, zaś klacz Daida biegła za nim. Nie było łatwo doścignąć
Jednonogiego, któremu olbrzymich rozmiarów stopa ułatwiała
robienie przewrotów. W końcu jednak wypite w nadmiarze trunki dały
o sobie znać. Jednonogi wyrżnął głową o pień dębu i wpadł w
ręce Makarki. Widząc przed sobą orężnego junaka, wymamrotał
zaklęcie. Wówczas w jego dłoni zmaterializował się włócznia,
cała lśniąca jadowitą zielenią. Jednonogi wraził ją Makarce w
serce. Zwykły mąż, pozbawiony junackich mocy, padłby trupem.
Makarka jednakże wyrwał sobie włócznię z rany i odrzucił ją
daleko.
-
Nie jestem godny umierać jak car Teost, zawieszony na dębie. Muszę
jeszcze trochę pożyć dla Osyty.
Po
tych słowach Makarka przybrał postać krokodyla z głową rekina.
Całym swym ciężarem rzucił się na Jednonogiego. Szybko, bez
zbędnego okrucieństwa zadał mu śmierć rekini zębami, po czym na
powrót stał się człowiekiem.
-
Rozetnij mu podbrzusze, bo tam ukrył swój łup – poradziła
Daida.
Makarka
nie bez wstrętu, chwycił kordelas z gryfiego szpona i zatopił go w
podbrzuszu wroga. Wydobył zeń czarną szkatułkę z drewna
piekielnego drzewa Zakkum wraz z dołączonym do niej kluczykiem.
-
Możesz jeszcze rozłupać mu czaszkę, aby sprawdzić czy nie ukrył
w niej złotych monet – poradziła Daida.
-
Obędzie się. Nie jestem hieną. - Odmówił Makarka, po czym nakrył
ciało Onomaresa – Jednonogiego stosem gałęzi.
Dosiadł
klacz i pognał w stronę zamku Bujvar.
*
W
czasie gdy Makarka toczył krwawe boje z Kozopsem i Jednonogim, do
włości zaklętej księżniczki Osyty przybył Baro Grengicior,
osławiony złodziej koni, którego ród wywodził się z dalekiej
Bharacji. Przyprowadził ze sobą dwóch młodych pomagierów.
Zacmokał z uznaniem na widok czterech urodziwych klaczy,
spodziewając się za nie dobrej ceny na targowiskach Sułtanatu
Sępian. W całej swej karierze ukradł już sto koni, wielce się
przy tym bogacąc. Tym razem jednak zamysły Wielkiego Koniokrada
zostały zniweczone. Klacze pod przewodem Osyty stawiły tak zażarty
opór, że złodzieje uciekli jak niepyszni. W tym samym czasie Baj
zaklęty w jednorożca, pomimo posiadania ostrego jak dziryt rogu,
ukrył się w zaroślach, drżąc jak osika przed koniokradami. Choć
Baj zdolnym był poetą, nigdy nie grzeszył odwagą. Nie widziano
kiedykolwiek, aby trzymał w dłoni oręż, za to mdlał na widok
najmniejszej kropli krwi.
-
Mateczka Epona wysłuchała naszych próśb! Makarka powrócił! -
Zarżała radośnie Osyta, a radość napełniła serca wszystkich
zaklętych koni.
Makarka
otworzył szkatułkę i uwolnił z niej dusze pod postacią białych
motyli. Każdy motyl – dusza odnalazł swego właściciela i
wniknął w niego. Wtedy Makarka ucałował kolejno wszystkie
zwierzęta. W pierwszej kolejności Osytę, następnie jej dwórki;
Elinę, Milicę i Topolanę, na końcu zaś bojaźliwego jednorożca
Baja. Radosny był widok koni odzyskujących ludzkie kształty.
Makarce zdawało się, że ocalone panny zaduszą go uściskami i
pocałunkami.
-
Podziękujcie też Daidzie. Bez jej rad nadal bylibyśmy w lesie. –
Odrzekł skromnie Makarka.
*
W
najkrótszą noc roku Makarka i Osyta pobrali się w ulubionym gaju
Mokoszy w obecności króla Margusa, królowej Dekli, ich syna,
królewicza Semika oraz junaków z monarszej drużyny. Chcąc jak
najdłużej nacieszyć się wzajemną miłością, nowożeńcy za
zgodą króla wsiedli na korab ze szkarłatnymi żaglami. Wypłynęli
nim ku znanym z pieśni poetów Wyspom Szmaragdowym, leżącym gdzieś
na Oceanie Wyrajskim, gdzie panowało wieczne lato i wesele. Podczas
poślubnej żeglugi zaznali przygód, tych radosnych i tych trudnych.
Po śmierci Margusa powrócili do Valkanicy z dwiema córkami i dwoma
synami. To jest jednak inna historia i opowiemy ją innym razem.