czwartek, 3 kwietnia 2025

Oniricon cz. 1110

         Śniło mi się, że:



- w XVI - wiecznej Genewie rozmawiałem z Janem Kalwinem i szybko zraziłem się jego fanatyzmem,



- zdziwiłem się gdy Babcia powiedziała mi, że Stalin był Świadkiem Jehowy, gdy dopytywałem się skąd to wie, powiedziała, że tak mówił filozof Cytrynowski,



- poszedłem do miejsca, skąd można było brać za darmo stare książki, wybrałem dla siebie liczne powieści o Conanie i komiks o Solomonie Kane, zatrudniona tam blondynka kpiła ze mnie i radziła mi wyrzucić te książki do śmieci, chciałem oddać do antykwariatu ,,Świat przyrody'' i atlas ,,Świat wokół nas'', lecz pracownik odmówił z powodu złego stanu książek,



- Lech III spotkał w krainie Ułan Raptor olbrzymiego, nadymającego się jeża, zwanego zamba zaraa,



- Anton Gorodecki miał 40 żon (podobnie jak Siergiej Łukjanienko) zanim Heser wyswatał go ze Swietłaną,



- w Szwajcarii zaliczającej się do krajów Ameryki Łacińskiej żył Chińczyk nazwiskiem He Se Ro,



- autorką ,,Niewolnicy Izaury'' była rozpustna, brazylijska czarownica, Mulatka imieniem Gunimares,



- św. Lalibela, król Etiopii wybudował 40 kościołów na pamiątkę żon, które miał przed nawróceniem,



- prawosławni czczą jako świętego Pyrrusa, króla Epiru, który miał 40 żon,



- św. Leila z Afganistanu miała 40 mężów,



- rozmawiając ze znajomymi o strachu, poruszyłem temat teofobii, czyli strachu przed Bogiem lub bogami, wyjaśniłem, że wierzę w Boga, choć bóstwa pogańskie uznaję za postaci fantastyczne,



- po latach pisałem posta o genetyce na podstawie licznych artykułów z prasy katolickiej o historii najnowszej, postanowiłem też skorzystać z książki popularnonaukowej ,,Co to jest?'',



- w łazience mam dużą dziurę w ścianie, ponieważ Andreus ov Sieniticus wciąż jej nie załatał,



- feministka chciała, aby Ali Baba i 40 rozbójników byli kobietami, odrzekłem jej, że pomniejszyłoby to odwagę Morgany, służącej, która pozabijała zbójców,



- Alexandra Pavelkova napisała zbiór opowiadań fantasy o rudej wiedźmie Sylwii Dzięcioł, postać ta odczuwając głód, obnażała się na polu pszenicy, jej nogi były pokryte psią sierścią, a usta zamieniały się w dziób dzięcioła, którym chwytała korniki,



- spotkałem dorosłego już Jasia w drogim, prążkowanym garniturze i z wyjmowaną szczęką, Jaś opowiadał mi jak w dzieciństwie razem ze swą siostrą Małgosią spalili w piecu czarownicę, która chciała ich zjeść. 

środa, 2 kwietnia 2025

Modlitwa wspólnoty Sychar za wstawiennictwem św. Jana Pawła II



 ,,Boże, który jesteś źródłem miłości i mądrości, dziękujemy Ci za św. Jana Pawła II, który przez całe swoje życie i nauczanie wskazywał nad drogę do Ciebie. Prosimy za jego wstawiennictwem o łaskę otwarcia naszych serc na Twoją miłość. 

Św. Janie Pawle II, który tak bardzo dbałeś o wartości rodzinne i pokazywałeś piękno sakramentu małżeństwa, prosimy Cię teraz o wstawiennictwo  za wszystkimi małżeństwami i rodzinami Wspólnoty Trudnych Małżeństw Sychar.

- Uproś dla nas Boże łaski potrzebne do wzrastania w wierze, miłości i jedności w naszych małżeństwach, abyśmy mogli w pełni żyć sakramentem małżeństwa.

- Niech więzi małżeńskie zostaną umocnione, a te które wymagają uzdrowienia uleczone i odnowione. Niech Twoje wstawiennictwo pomoże sakramentalnym małżonkom w separacji i po rozwodzie oraz żyjącym w drugim pozamałżeńskim związku wejść na drogi przebaczenia, pojednania i zjednoczenia z sakramentalnym współmałżonkiem i Bogiem.

- Małżonkowie, którzy żyją razem niech doświadczają radości i siły z miłości jaką się darzą. Umacniaj ich w zgodzie i wierności. Wspieraj w pokonywaniu trudności dnia codziennego. Niech umocnieni wiarą, nadzieją i miłością wytrwale podążają drogami wytyczonymi przez Chrystusa, aby byli przed sobą i światem świadkami Jego miłości do nas. 

- Wszyscy małżonkowie uwikłani w różne nałogi i uzależnienia, a przede wszystkim zniewoleni grzechem cudzołóstwa, niech odzyskają wolność, aby mogli żyć w pełni sakramentem małżeństwa.

- Dzieci, które są dotknięte skutkami kryzysu małżeńskiego swoich rodziców, niech otrzymają wszelką potrzebną łaskę. Uproś dla nich łaskę uzdrowienia zranień i łaskę czystości serca, aby wytrwały w wierze i były świadkami miłości Chrystusa wśród swoich rówieśników.

- Ich rodzicom niech nie zabraknie mądrości i miłości potrzebnej w wychowaniu swoich dzieci, ani odpowiedzialności za duchowy ich rozwój.

- Niech zostaną otoczone potrzebną opieką wszystkie rodziny przeżywające trudności. Wstawiaj się przed nimi przed Bogiem, aby otrzymały potrzebną łaskę i wsparcie.

- Dla wszystkich chorych Sycharków i ich bliskich uproś u Boga łaskę zdrowia.

    Nasz Orędowniku, przez Twoje wstawiennictwo niech Boże błogosławieństwo dotrze do naszych małżeństw i naszych rodzin. Święty Janie Pawle Ii módl się za nami. Amen.

(modlitwa do prywatnego odmawiania)''



 

wtorek, 1 kwietnia 2025

Próżność ośmieszona



 Pracownik firmy, świeżo awansowany na kierownika, chciał pokazać jaki jest ważny. W tym celu nim przyjął interesanta, kazał mu czekać, udając, że rozmawia przez telefon. Tymczasem okazało się, że kazał czekać fachowcowi, dopiero mającemu mu podłączyć telefon. (Zasłyszane przed laty na kazaniu). 




Makarka i Osyta

 

,, […] W innym miejscu Toporov wiąże Mokosz z Makarką, postacią z poleskich obrzędów zaklinania deszczu łączoną z wodą, śmiercią i służącym do wywoływania opadów makiem (w rosyjskich zagadkach mak zwano Makar Makarovič). [...]’’ - Artur Kowalik ,,Kosmologia dawnych Słowian’’ (przypis 545 na stronach 214 – 215)



Do drużyny Margusa, króla Valkanicy i Puany, syna Lecha Vukaszyna z dynastii Stopanoviciów, należał rycerz Makarka, syn Digenisa, syna Dragisława, syna Troileusa, syna Światosława. Przyszedł na świat w Orlandzie w pierwszym roku panowania króla Rutysława.



Była noc i padał rzęsisty deszcz, kiedy macierz jego, imieniem Bobra wydała go na świat w chutorze położonym wśród rozlewisk Veresiny. Poczęła go dzięki kosztownemu naparowi z mandragory, który zniweczył klątwę bezpłodności ciążącą nad jej łonem. Imię swe zawdzięczała zaś, Bobra, temu, że młody Digenis odnalazł na łowach nagą i niemą panienkę lat piętnastu, ukrytą wewnątrz żeremia. Jedyne jej pożywienie stanowiło mleko bobrzyc i kora obgryzana z delikatnych gałązek. Nikt nie miał pojęcia jak się tam znalazła. Podejrzewano, że bobry przygarnęły porzucone niemowlę. Digenis zlitował się nad dzieweczką o urodzie rusałki i zabrał ją do swego chutoru. Nadał jej imię Bobra na pamiątkę bobrów, opiekujących się nią w pierwszych latach życia. Bobra otrzymała odzienie i ozdoby, stosowne dla córek Aivalsy w jej wieku. Digenis uczył ją z wielką cierpliwością nowoludzkiej mowy, aż usłyszał z jej ust wyznanie miłości. Gdy osiągnęła wiek sprawny do zawarcia małżeństwa, oboje stanęli na wilczej skórze w chramie, przysięgając sobie wierność i miłość dozgonną.

Nad dachem chaty, w której urodził się Makarka, zawisła zielona gwiazda o ośmiu promieniach. Mawiano, że gwiazda ta wyszła z ust samego Teosta Cara – Słońce, zasiadającego na białym, alatyrowym tronie w Domu Enków. Wtedy to z rzeki wynurzyły się gromady rozradowanych rusałek i wodników, które pląsając, przygrywały na wierzbowych fujarkach. Prawiły dziady – lirnicy, a skoromochy im przytakiwały, że Makarka wywodził się po kądzieli od wielkiego herosa z ery dziewiątej, zmiennokształtnego wodnika Volcha Alabasty, władnego przybierać postać ryby, wilka, sokoła, gronostaja i mrówki. Istotnie, Makarka od najmłodszych swych lat dla zabawy zamieniał się w rekina, krokodyla i delfina, a do tego pływał jak najprawdziwszy wodnik.



Jeszcze jako ssące pierś niemowlę dokonał swego pierwszego wyczynu, na pamiątkę którego otrzymał imię Makarka. Otóż za lasem mieszkała wiedźma Makownica z Lafertu, czcicielka smoka piekielnego Rykara, utrzymująca się ze sprzedaży trucizn, środków poronnych, a także opium i innych durmanów. Kiedy posłyszała o narodzinach syna Digenisa i Bobry, zjawiła się w ich chutorze. Udając wielką życzliwość, zamierzała otruć maleństwo jadem wypełniającym jej piersi. Chłopczyk jednak, w którym tliła się iskra Ageja, przejrzał jej niecne zamiary. Z całej siły ścisnął rączkami pierś Makownicy. Puścił ją dopiero wówczas, gdy oderwał od ciała. Makownica runęła na drewnianą podłogę i skonała w kałuży pomarańczowej krwi, odróżniającej czarownice od zwykłych niewiast. Digenis i Bobra, którzy przybiegli do izby, spostrzegli, że mleko z piersi Makownicy miało niezdrowy, szarawy kolor, zaś padając na deski podłogi, wypaliło w niej okazałe dziury.

- Będziesz wielki, mój synu – zawołał Digenis. - Większy niż bywają synowie ludzcy!

Następnie odrąbał toporem czerep Makownicy. Ułożył go między jej nogami, po czym rozkazał czeladzi spalić zwłoki czarownicy na stercie gnoju.

Podobał się dziewczętom Makarka w latach swych młodzieńczych. Był średniego wzrostu, lecz muskularny. Czarną miał czuprynę i wąs obfity, oczy zaś tak intensywnie zielone, że zdawały się świecić w ciemności. Oprócz mowy nowoludzkiej i starokrasnej, znał również język toropiecki. Nauczył się go od swej matki, Bobry, co umożliwiało mu porozumiewanie się z rusałkami, świteziankami i wodnikami, w wielkiej liczbie zamieszkującymi rozlewisko Veresiny wokół rodzimego chutoru. W ciele jego zaklęta była siła niepomierna, porównywalna z tą, którą dysponują dziki, tury, żubry, niedźwiedzie, a być może nawet olbrzymy z plemienia Asiłków. W zapasach nie był mu w stanie sprostać żaden mocarz, nawet taki jak Borejko czy Stewajko.



Ucztując w noc Dziadów na rozstajnych drogach, Makarka z pucharem wina w dłoni poprzysiągł wpatrującym się w niego świecącymi oczami duchom przodków, że zawrze braterstwo jedynie z mężem zdolnym go pokonać w uczciwej walce. Pożegnawszy ojca i macierz wyruszył do grodu stołecznego zwanego Cortix, zbudowanego na wyspie nazwanej na cześć Chorsa, Cara – Księżyca. Rzucił wyzwanie witeziom z drużyny Rutysława, króla Orlandu. W ciągu trzech dni i nocy zwyciężył wszystkich w zapasach, choć byli wśród nich i mocarze szczycący się pochodzeniem od Enków. Poeci mówią o trzydziestu, czterdziestu a nawet pięćdziesięciu i więcej pokonanych przeciwnikach Makarki. Przeraził się król Rutysław wraz z całym dworem i zapytał doradców co ma czynić dalej. Doradcy ci nie byli ludźmi, jeno dwoma basiorami, czarnym i białym, zwierzętami mądrymi i obdarzonymi darem mowy.

- Przyjmij Makarkę do swojej drużyny, a twoje królestwo stanie się niepokonane! - Doradził biały wilk.

- Wielka moc często idzie w parze z jeszcze większą pychą. - Warknął zaniepokojony czarny wilk, którego oczy świeciły jak ogniste latarnie. - Pod jej wpływem Makarka mógłby wypowiedzieć ci posłuszeństwo i pozbawić tronu.

- Co radzisz, kary wilku, zagryzający Čorty? - Spytał Rutysław.

- Radzę ubić go podstępem, albo jeśli wolisz bardziej honorowo, wypędzić jak najdalej z Orlandu.

Nazajutrz po tej rozmowie król wezwał Makarkę przed swe oblicze. Ofiarował mu sobolową szubę i złote pierścienie oraz zdobioną turkusami szablę z ości olbrzymiego suma, złowionego w rzece Tanais. Rutysław poczęstował junaka najwyborniejszym miodem i winem z zamkowej piwnicy, nie żałując solonego mleczu śledzia, plasterków obficie przyprawionej kiełbasy, obwarzanków i pierników lepkich od miodu. Następnie dobierając słów jak najbardziej politycznych, poprosił Makarkę o opuszczenie Orlandu.

- Moje królestwo jest za małe dla ciebie. Warto byś poszukał sławy w obcych stronach.



Makarka pokłonił się swemu królowi i posłusznie poszedł precz. Tułając się markotny po stepie, podjął decyzję, by udać się do Valkanicy, znanej jako ziemia bohaterów. Zdecydował się na ten krok za radą mówiącej, białej kotki, którą wyswobodził z sideł. Należy dodać, że całą niebezpieczną drogę na południe przemierzył polegając na sile swych nóg. Konie lękały się go bowiem, wyczuwając w nim oborotnia, zdolnego przybierać postaci groźnych bestii. W Kraju Stepów toczył zwycięskie walki z wąpierzami, z których najgorszy był baron von Hintzel oraz ze strzygami. Ubił również zbójców Amzura, Rozbrata i Mikołaja Sielskiego, zaś zrabowane przez nich kosztowności rozdał ubogim kmieciom z sioła Lutyni. Kiedy przybył do Valkanicy, napotkał jej króla, zażywającego kąpieli w Morzu Rajskim. Stoczył z nim walkę pod postaciami rekina, krokodyla i człowieka. Wtedy to po raz pierwszy i ostatni starł się z mężem władnym go pokonać. Zawarł braterstwo z królem, wymieniając się z nim nawęzami. Został przyjęty do Margusowej drużyny. Margus nadał mu herb Obrot, podzielony na trzy pola i przedstawiający rekina, krokodyla i delfina, zawołanie Cichcem oraz lenno w dolinie rzeki Savy.



- Nie godzi się aby witeź nie miał swojego rumaka. - Rzekł Margus i podarował banowi Makarce karą klacz Daidę o szkarłatnych oczach i kopytach z szafiru.

Daida różniła się bardzo od innych koni. Najchętniej spędzała całe dnie w stawie, miast trawy pożerając ryby, kaczki, żaby i karczowniki. Kmiecie szeptali z trwogą, że potrafiłaby zjeść również człowieka. Choć nikomu innemu nie pozwoliła się nigdy dosiąść, zarżała przyjaźnie gdy po raz pierwszy ujrzała Makarkę i dała mu się osiodłać. Jako jedyna klacz nie lękała się go, wiedząc, że jest zmiennokształtnym.


*


,,Trzy są najpiękniejsze rzeczy na świecie: kobieta w tańcu, koń w galopie i statek pod pełnymi żaglami’’ - Honore de Balzac.



Na ulicach Vučego Gardźca zalegał biały puch, podczas gdy na królewskim zamku odbywał się huczny bal, wydany przez Margusa z okazji święta Maslenicy i trwający do wczesnych godzin porannych. Choć za oknem było już ciemno, w przestronnych komnatach płonęły tysiące pochodni oraz świec, czyniących wnętrze jasnym jak w dzień. Prawił też dziad Livoč z Livočna w swoich pieśniach, że król Margus posiadał zawieszony pod sufitem drogocenny kamień, karbunkuł z Bharacji w barwach zielonej i złotej, który rozpraszał mroki nocy skuteczniej niż największy ogień. Młode służebnice, przypominające urodą rusałki albo hurysy, z nieopisaną gracją nalewały gościom do pucharów wino ze złotych i srebrnych dzbanów. Ci zaś nosili na głowach wieńce uplecione z pawich piór jako oznakę swego dostojeństwa.

- Kim jest ta panna? - Ban Makarka spytał dyskretnie siedzącego obok żupana Iwicę Sprawickiego, zajętego rozrywaniem palcami pieczonej perliczki z migdałami i kawałkami pomarańczy.



Po prawicy królowej Dekli siedziała krasawica w seledynowej sukni z atłasu, obficie wyszywanej perłami. Jej nieskazitelnie piękne oblicze miało odcień kości słoniowej, oczy zaś przypominały barwą dwa turkusy. Złota opaska zdobiła długie, jasnobrązowe włosy z zielonymi końcówkami, zdającymi się zdradzać niewielką domieszkę krwi przedludzkiej rasy toropieckiej. Wokół prawej ręki dziewoi owijał się oswojony padalec, bez pośpiechu spijający mięsistym, jaszczurczym językiem wino ze złotego kruża. Kiedy owa piękność wśród radosnego śmiechu konwersowała z królową Deklą i jej damami dworu, odsłaniając przy tym zęby podobne do najpiękniejszych, białych pereł, jej czysty głos brzmiał w uszach Makarki niczym pienie rajskiego ptaka.



- Aaa, to księżniczka Osyta, pani za zamku Bujvar. - Odrzekł żupan Iwica. - Gdy była dziewczęciem, jej ojciec, książę Ratko oddał życie w walce z ogrem Gorgoliczanem, płatnym zbirem i dywersantem na usługach sułtana Sępian. Macierz z kolei, księżna Selerada podążyła za nim do Nawii kilka lat później. Osyta jest nie tylko urodziwa niczym rodzona córa Mokoszy, ale też dzielna, mądra i dobra. Z wielką roztropnością zarządza swoim majątkiem, a jej rozkazów słucha drużyna dwudziestu wojów.



Zamkowi muzykanci przygrywali na dudach i bębnie, aż mistrz ceremonii dał znak do tańca. Wybrany został taniec pawi, nazywany pawaną, bardzo podówczas lubiany na dworach. Nawet tak surowy moralista jak Salwomir Mirosławic z Bravarii nie widział w nim nic zdrożnego. Makarka podszedł do księżniczki Osyty i skłonił się przed nią głęboko.

- Czy zechcesz ze mną zatańczyć, pani? - Spytał z bijącym sercem.

Osyta zarumieniła się i skinęła lekko głową na znak zgody.

Tancerze wirowali w takt muzyki, odziani w odświętne szaty, upodabniające ich do ptaków bądź motyli, podczas gdy za oknem prószył śnieg.

W przerwie między jednym a drugim tańcem, Makarka konwersował z Osytą przy czarce grzanego, korzennego wina.



- Nigdy nie spotkałem damy, która z taką czułością hołubiłaby padalca. Filozofia przyrody uczy, że o tej porze roku wszelkie gady, prócz śnieżnych smoków, powinny kryć się w ziemi aż do nadejścia wiosny.

- To jest mój przyjaciel, Łamanek. - Wyjaśniła z uśmiechem Osyta. - Jest zaczarowany, przeto płynie w nim krew człowiecza miast jaszczurczej. Przed piętnastoma laty uratowałam go przed chłopcami, którzy chcieli go zatłuc patykami jak jakąś jadowitą żmiję. Odtąd doradza mi i ostrzega przed niebezpieczeństwami, zna bowiem ludzką mowę.

- Ładna byłaby z was para. - Odezwał się nagle padalec, potwierdzając prawdziwość słów Osyty.

Od czasu owego pamiętnego dnia, Makarka i Osyta jeszcze wiele razy spotykali się ze sobą. Toczyli długie rozmowy w zaciszu zielonych gajów Mokoszy i Dziewanny Šumina Mati, aż na ich palcach zabłysnęły złote obrączki narzeczeństwa.



*


Wdzięk, uroda i majątek Osyty przyciągały do niej zalotników. Nim została narzeczoną Makarki, o jej rękę ubiegali się synowie możnych komesów, grafów, żupanów i banów. Jednak padalec Łamanek powtarzał jej ten sam refren.

- On nie jest dla ciebie. Przy nim nie będziesz szczęśliwa.



W listopadową noc, wietrzną i deszczową na zamku Bujvar zjawił się mąż, którego wspomnienie przez wiele lat mroziło krew w żyłach Osyty. Słyszała wcześniej o Jednonogim z Boru Partas, księciu Skiapodów, wygnanym przez swój lud z powodu licznych okrucieństw, nie dawała jednak wiary tym opowieściom. Teraz zaś miała w swej komnacie przed oczami Skiapoda wysokiego niczym dąb. Miał dzikie spojrzenie i krzaczastą brodę, a pod jego smagłą skórą prężyły się wielkie i twarde muskuły. Jak na Skiapodów i inne cyjanopodzkie plemiona przystało, posiadał tylko jedną nogę. Zakończona była stopą takich rozmiarów, że znajdowała zastosowanie jako osłona przed ulewą, bądź słonecznym żarem. Paznokcie tejże stopy przypominały złote szpony. Jednonogi, wokół którego brzęczały chmary much, przeraźliwie cuchnął niczym dziki zwierz z kniei. Jego jedyny przyodziewek stanowiła futrzana przepaska na biodrach. Osyta zadrżała, widząc na jego ciele wykłute ciemną farbą znaki Czarnego Daby, Farela i innych piekielnych mocarzy oraz grzechoczący naszyjnik z ludzkich czaszek. Miała w pamięci bajędy o tym jak Jednonogi uśmiercał pochwyconych w lesie ludzi bez różnicy wieku i płci jako żertwę dla Franta Przechery, demona rozboju. Kiedy Jednonogi przemówił, jego głos zabrzmiał niczym żwir mielony w potężnym młynie.



- Zostań moją lubą. Każ urżnąć sobie nogę, prawą czy lewą, mi to za jedno. Wtedy oboje będziemy jednonodzy i szczęśliwi. Przy mnie nie zabraknie ci jagód, miodu, źródlanej wody i zwierzyny. Nie poskąpię ci również sukien i błyskotek, które tak lubią białogłowy. Spójrz, jakie ładne korale! Będą twoje jeśli tylko oddasz mi swój wstyd dziewiczy. - Osyta pobladła i zadygotała, gdy Jednonogi podsunął jej pod nos bursztynowy naszyjnik, wciąż jeszcze lepki od krwi jego poprzedniej właścicielki.

Ilekroć Jednonogi otwierał usta, odsłaniając żółte, spiłowane zęby, wydobywał się z nich fetor niczym z paszczy smoka. Tego wszystkiego było już za dużo dla Osyty. Przestraszona poczęła piszczeć niczym dziewczynka na widok pełzającej w jej stronę dziewiątki.

- Nie chcę cię, ty brzydalu i okrutniku! Nie dam odciąć sobie nogi dla twojej zachcianki! - Słysząc wrzask swej pani, zza kotar wyszli czuwający tam przez cały czas gwardziści z napiętymi łukami.

Mierzyli zatrutymi strzałami w potwora.

- Dobra, już dobra. - Jednonogi uniósł obie dłonie w geście uległości. - Pójdę już sobie. Wiedz tylko księżniczko, że jeśli będziesz miała innego gacha niż ja, przysięgam na ogień z trzewi Rykara, że odszukam go i wyrwę mu serce.

Jednonogi opuścił zamek Osyty. Kiedy skakał w stronę swojego boru, dały się ponoć słyszeć z jego ust wywarczane pod nosem słowa: ,,Suka’’ i ,,Bladź’’.

Gdy było już po wszystkim, stary Mirko o siwych wąsach, dowódca straży przemówił do Osyty.

- Żałuję, że panienka nie pozwoliła nam ubić tego łotra. Przysporzy nam jeszcze wielu cierpień.


*




Kiedy Osyta została narzeczoną Makarki, wiatr szumiący wśród listowia świętego gaju Mokoszy, przekazał tę radosną wieść wszelkiemu ptactwu unoszącemu się nad niebie Valkanicy i Puany. Kos powiedział wróblowi, wróbel dzierzbie, dzierzba synogarlicy, synogarlica skalnemu gołębiowi, gołąb krukowi, kruk sowie, sowa lelkowi, lelek nietoperzowi. Ten zaś opowiedział o wszystkim Jednonogiemu. Kiedy Jednonogi posłyszał o narzeczeństwie Osyty, zawył w wielkim gniewie tak straszliwym głosem, że aż wilki podkuliły ogony z trwogi. Zgrzytał zębami, aż z gęby sypały mu się obficie iskry. Bił też kułakami w szeroką pierś, zaś odgłos tych uderzeń niósł się daleko niczym gra na bębnie. Nie poprzestając na tym okazaniu wściekłości, skoczył siedem wiorst na północ do Smrodliwego Jaru, mającego połączenie z Čortieńskiem. Zatrzymał się na jego krawędzi i gromkim głosem jął przywoływać Kozopsa. Nie musiał długo czekać, aż z rozpadliny wylazło wśród oparów przesyconej siarką mgły białe, kosmate psisko rozmiarów sporego kuca. W jego oczach tlił się wzbudzający grozę, żółty ogień. Najbardziej osobliwym było jednak to, że psisko miało na głowie rogi kozła, łapy zaś zakończone kozimi racicami.

- Po jaką zarazę mnie wywołujesz, Onomaresie? - Zapytał warczącym głosem Kozopies, bowiem prawdziwe imię Jednonogiego, wywodzące się z narzecza Skiapodów, brzmiało właśnie Onomares.

- Przyszedłem zemścić się na dwunogiej dziewce, niejakiej Osycie. Odrzuciła moje zaloty, aby się związać z jakimś dwunogim przybłędą z dalekiego Orlandu. Idzie łajno do łajna, oj idzie. Za to, że złamała mi serce, powinienem jej teraz złamać nos.

- Oj, tak. Wróżda wielce jest miła Czarnobogu. - Uśmiechnął się jadowicie Kozopies.

- Radźcie, druhu, jak mam ją pognębić? - Dopytywał się Jednonogi.

Kozopies uniósł lewą, przednią łapę, odsłaniając złote puzderko.

- Jest w nim maść sporządzona przez czarownicę z góry Klek. - Objaśnił Kozopies. - Natrzyj się nią, a przybierzesz postać starej baby. Osyta nie rozpozna cię pod nią.

- Tylko tyle? - Warknął Jednonogi.

- Teraz zasadź mi kopa w brzuch. - Jednonogi usłuchał go skwapliwie, nigdy bowiem nie trzeba go było długo namawiać do stosowania przemocy.

- Rzyg! Rzyg! - Kopnięty Kozopies przez pół godziny zwymiotował stos dorodnych jagód, mieniących się czernią, ciemnym błękitem i czerwienią.

- Otruję murwę i jej gacha! - Ucieszył się Jednonogi i z radości aż klepnął się obiema dłońmi w udo.

- Lepiej. Kto zje te jagody, ten zmieni się w klacz bądź konia.



Zgodnie z instrukcją Kozopsa, Jednonogi nasmarował się maścią czarownicy, przybierając dzięki niej postać niewiasty niskiej, siwej i pomarszczonej, lecz dość jeszcze krzepkiej, by mogła wędrować gościńcem. Kozopies dał mu laskę i odzienie noszone podówczas przez sędziwe wieśniaczki oraz kobiałkę do przenoszenia jagód. Będąc odmienionym nie do poznania, udał się Jednonogi do zamku Bujvar. Pogoda dopisywała, zastał zatem Osytę na ukwieconej łące. Bawiła tam beztrosko roześmiana z trzema dwórkami, Eliną, Milicą i Topolaną oraz młodym minstrelem, Bajem Złotowłosym, przygrywającym pannom na mandolinie.

- Naści jagódki dla uroczych dziewcząt! Słodkie, pachnące, soczyste! Nawet dawne królowe rusałek nie jadły nigdy nic równie pysznego! - Maść czarownicy odmieniła nie tylko powierzchowność Jednonogiego, ale także jego głos.

Osyta pierwsza wyciągnęła dłoń po zdające się do niej uśmiechać owoce.

- Księżniczko… - Usłyszała pełen niepokoju szept padalca. - Doradzałbym daleko posuniętą ostrożność. Wyczuwam w pobliżu opary czarnej magii.

- Och, Łamanku, nie można wszystkiego się lękać i w każdej miłej babuli widzieć czarownicę! - Tym razem Osyta nie zamierzała posłuchać mądrego padalca.



Włożyła do ust garść różnobarwnych jagód i wyraziła się z uznaniem o ich smaku. Po niej skosztowały leśnych darów jej damy dworu oraz muzykant. Również w ich ustach jagody miały smak ptasiego mleka i niebieskich migdałów. Osyta zdziwiła się słysząc rżenie, bowiem ani ona sama, ani jej orszak nie zabierali ze sobą koni. Kiedy spojrzała w stronę Baja Złotowłosego, spostrzegła, że zamienił się w jednorożca. Zaraz potem Osyta poczuła, że wbrew swej woli przybiera postać klaczy. Była gniada z zielonymi końcówkami grzywy i ogona. Chciała krzyczeć z przerażenia, lecz mogła tylko zarżeć. Również jej przyjaciółki były teraz klaczami; Elina – siwą, Milica – izabelowatą, a Topolana – karą. Handlarka jagód przetarła pomarszczoną twarz szmatką nasączoną octem i na jej miejscu stanął Jednonogi, zaśmiewając się do rozpuku ze złej uciechy. Wielkim jak bochen łapskiem pochwycił zapłakanego padalca Łamanka, wsadził go sobie do gęby i żywego schrupał. Następnie wziął bicz pokryty długim i i cienkimi kolcami i zaczął nim boleśnie smagać całą piątkę zwierząt, które jeszcze przed chwilą były ludźmi. Chłostana niemiłosiernie Osyta czuła jakby szponiaste łapy Čortów wyrywały jej duszę z ciała…


*


W ostatnich miesiącach na barkach zmiennokształtnego witezia z Orlandu spoczęła stanowczo więcej obowiązków niż by tego pragnął. W swoich włościach był sędzią w długoletnim sporze dwóch kmieci, Pigwona i Kasztana, znanych jako zaciekli pieniacze o gruszę rosnącą na między oddzielającej ich pola. Kiedy wreszcie wydał wyrok, przez tydzień bolała go głowa. Wespół z junakami Iwicą, Radysem, Zuchem, Chwatem, Bratunem i Delimirem naprawiał drogi, mosty i wały grodu Bilova zniszczone przez wylew rzeki Dravy. Nieraz przychodziło mu przerwać ten mozół, aby napoić swój miecz krwią szabrowników oraz szlamików; cuchnących potworów o wielkich zębach i ognistych oczach, które ożywione złym słowem rodziły się ze szlamu. Król Margus oddelegował go także wespół z mocarzem Waligórą z dalekiej Montanii, aby strzegli niespokojnej, wschodniej rubieży z Sułtanatem Sępian. W ciągu trzech miesięcy Makarka i Waligóra pochwycili i przesłuchali przed wbiciem na pal czterdziestu zbójców ze szczepu Kurdejów, którym sułtan zlecił palenie pogranicznych wiosek. Po wywiązaniu się z tych wszystkich obowiązków stanu rycerskiego, ban Makarka, odznaczony przez Margusa Orderem Liścia Dębu zapragnął spotkać się ze swoją narzeczoną. Osyta zawsze powtarzała młodszym pannom, że ,,jak kochać woja, to dobrego’’.

- Po trzykroć kursowałem, panie, między twoim dworcem, a zamkiem księżniczki Osyty. Za każdym razem nie zastałem w nim nikogo, jeno jakieś konie pasły się na błoniu i spoglądały na mnie smutno. - Opowiadał Makarce jego goniec imieniem Zajko.

- Dziwne to – stwierdził Makarka, skubiąc nerwowo wąsa. - Nie doszła moich uszu żadna wieść o tym, aby Osyta udawała się w podróż.



- Obawiam się, panie, że, odpukać w niemalowane drewno, mogła uprowadzić ją ażdacha, majtkowie powietrzni, smok, psoglav, albo inne paskudztwo…

- Wypluj to, Zajko. Dość się już tłukłeś po wertepach jak kot z pęcherzem. Trzeba abym ja sam odwiedził moją przepióreczkę.

Makarka rozkazał osiodłać klacz Daidę i ruszył w stronę zamku Osyty. Siódmego dnia stanął u jego bram.

- Sprawiedliwie rzekł Zajko. Zamek wydaje się wymarły niby uroczysko pełne bielejących kości.

- Zdaj się na mnie, a zaciągnę języka. - Odezwała się nagle Daida, zaś Makarka drgnął zaskoczony.

- Mówiące konie znałem dotąd jeno z pieśni dziadowskich. Dlaczego wcześniej ukrywałaś swój dar?

- Używam go jedynie wtedy, gdy zachodzi taka potrzeba. - Odparła Daida. - Przyjmiesz pomoc wiernej klaczy, czy wydaje ci się podejrzana?

- Juści, że przyjmę, choćby obmierzłe karakondżule miały węszyć za moją Osytą! - Wykrzyknął zapalczywie Makarka, dopiero poniewczasie gryząc się w język. - Do dzieła!

Daida podeszła do pasącej się na skraju lasu gniadej klaczy z zielonymi końcówkami grzywy i ogona. Przez dłuższą chwilę obie córki Epony rżały między sobą i parskały.

- Rozmawiałam właśnie z Osytą – oznajmiła Daida.

- Kto ośmielił się rzucić na nią urok? - Makarka zmarszczył brwi, a jego wzrok zdawał się ciskać pioruny.

- Uczynił to miejscowy Skiapod, książę Onomares, znany powszechnie jako Jednonogi. Zadał urok w jagodach…

- W moich stronach rodzinnych rosły kiedyś jagody, po których spożyciu księżniczce wyrosły na głowie pokaźne rogi – zamyślił się Makarka.

- … Następnie kolczastym batem wydarł dusze z ciał Osyty i jej dwórek, po czym zamknął je w szkatułce – ciągnęła Daida.



- Mógłbym przez trzy doby pod rząd zmagać się z całą watahą zburatorów, byleby tylko przywrócić Osycie jej przyrodzoną postać. - Oczy Makarki zapłonęły zielonym płomieniem.

- Wystarczy, że ubijesz Jednonogiego. Wydrzesz mu szkatułkę z uwięzionymi duszami. Otworzysz ją w obecności Osyty, a następnie ucałujesz swą miłą i inne zaklęte konie. Tylko tak zdołasz przywrócić im człowieczą postać.

- Na Trojana, tak właśnie uczynię! - Obiecał Makarka, po czym pognał w knieje.

Pozwolił Daidzie, aby sama obierała ścieżki. Zmysły wodnej klaczy wielce były wyczulone na obecność wszelkich nadprzyrodzonych istot starych ras. Czasem tylko potrzebowała dopytać napotkanego lisa bądź zająca o najkrótszą drogę do komyszy Jednonogiego. Zatrzymała się, sapiąc przed lepianką ukrytą w wykrocie. Wyszedł jej naprzeciw duży, kudłaty pies, który był biały i rogaty jak koza.

- Zacny Makarko – przymilał się Kozopies. - Szkoda twego znoju, naprawdę mi szkoda. - W ślepiach Čorta zalśniły krokodyle łzy.

- Co chcesz przez to powiedzieć? - Spytał groźnie Makarka.

- Tyle się trudzisz dla swej zaczarowanej bogdanki, a ona w tym czasie, wierz mi statecznie, gzi się radośnie z zamkowym muzykantem zaklętym w jednorożca. Oboje śmieją się teraz z twej szlachetnej naiwności… - Chlipał Kozopies.

- Łżesz jak… Čort, którym zresztą jesteś. - Warknął Makarka, krzesząc iskry zgrzytającymi zębami.

- … Odpuść ją sobie – ciągnął niezrażony Kozopies. - Jest tyle innych panien, a zresztą i tak wszystkie są takie same. Większej miłości zaznałbyś już prędzej w objęciach gładkiego młodzieńca niż chimerycznej dziewki – Kozopies mrugnął znacząco płonącym okiem. - Chodź ze mną na błota, a pokażę ci miejsce ukrycia skarbu. Garniec złota ukoi twój miłosny zawód.

- Dosyć tego! - Makarka otrząsnął się jak pies wychodzący z wody i sięgnął ręką do pochwy.

- Poniechaj miecza, bo ciosy nim zadane jedynie pomnożą siłę Kozopsa. - Odezwała się ludzkim głosem Daida. - Ubijesz go jedynie, łamiąc jego rogi i przebijając nimi jego oczy.

Makarka zeskoczył z grzbietu klaczy i z bojowym okrzykiem pochwycił Kozopsa rękami silnymi jak ucisk imadła. Nie zważał ani na swą krew, cieknącą z ran zadanych psimi zębami, ani na kłamliwe obietnice otrzymania skarbów, wywarcia pomsty na Rutysławie z Orlandu i otrzymaniu godności króla Valkanicy i Puany. Złamał oba koźle rogi i wbił je głęboko w ogniste oczy Kozopsa, uśmiercając go na miejscu. Poczuł się jak Rysza, drugi król Lynxów z ery siódmej, zwyciężający rogatego potwora, Czudę Judę. Tymczasem zwłoki Kozopsa przemieniły się w mrowie białych robaków, szukających schronienia w wilgotnej glebie.

Makarka wpadł jak burza do cuchnącej lepianki Jednonogiego. Wygnany książę Skiapodów leżał rozwalony na barłogu z zawszonych skór baranich. Opity był mieszaniną mocnego wina, miodu i araku. W podłużnej, glinianej misie leżały tłuste resztki upieczonej w całości dziewczynki z rasy leśnych ludzi.

- Czego? - Jednonogi w tym samym momencie przeraźliwie beknął i wypuścił gazy z kiszek.

- Natychmiast oddaj szkatułkę z uwięzionymi duszami! - Zażądał Makarka.

- Posyp się pieprzem a wysmaruj chrzanem! - Jednonogi zarechotał obleśnie.

- Stawaj do walki, plugawcze. Jakoś nie mam ochoty zarzynać cię jak rzeźnik wieprza.

Zaledwie w dłoni Makarki zalśnił miecz, Jednonogi zerwał się z barłogu. Na swej nodze dał imponującego susa w las. Makarka rzucił się za nim w pościg, szybki jak Achilles obiegający mury Widłuży – Troi, zaś klacz Daida biegła za nim. Nie było łatwo doścignąć Jednonogiego, któremu olbrzymich rozmiarów stopa ułatwiała robienie przewrotów. W końcu jednak wypite w nadmiarze trunki dały o sobie znać. Jednonogi wyrżnął głową o pień dębu i wpadł w ręce Makarki. Widząc przed sobą orężnego junaka, wymamrotał zaklęcie. Wówczas w jego dłoni zmaterializował się włócznia, cała lśniąca jadowitą zielenią. Jednonogi wraził ją Makarce w serce. Zwykły mąż, pozbawiony junackich mocy, padłby trupem. Makarka jednakże wyrwał sobie włócznię z rany i odrzucił ją daleko.

- Nie jestem godny umierać jak car Teost, zawieszony na dębie. Muszę jeszcze trochę pożyć dla Osyty.



Po tych słowach Makarka przybrał postać krokodyla z głową rekina. Całym swym ciężarem rzucił się na Jednonogiego. Szybko, bez zbędnego okrucieństwa zadał mu śmierć rekini zębami, po czym na powrót stał się człowiekiem.

- Rozetnij mu podbrzusze, bo tam ukrył swój łup – poradziła Daida.



Makarka nie bez wstrętu, chwycił kordelas z gryfiego szpona i zatopił go w podbrzuszu wroga. Wydobył zeń czarną szkatułkę z drewna piekielnego drzewa Zakkum wraz z dołączonym do niej kluczykiem.

- Możesz jeszcze rozłupać mu czaszkę, aby sprawdzić czy nie ukrył w niej złotych monet – poradziła Daida.

- Obędzie się. Nie jestem hieną. - Odmówił Makarka, po czym nakrył ciało Onomaresa – Jednonogiego stosem gałęzi.

Dosiadł klacz i pognał w stronę zamku Bujvar.



*



W czasie gdy Makarka toczył krwawe boje z Kozopsem i Jednonogim, do włości zaklętej księżniczki Osyty przybył Baro Grengicior, osławiony złodziej koni, którego ród wywodził się z dalekiej Bharacji. Przyprowadził ze sobą dwóch młodych pomagierów. Zacmokał z uznaniem na widok czterech urodziwych klaczy, spodziewając się za nie dobrej ceny na targowiskach Sułtanatu Sępian. W całej swej karierze ukradł już sto koni, wielce się przy tym bogacąc. Tym razem jednak zamysły Wielkiego Koniokrada zostały zniweczone. Klacze pod przewodem Osyty stawiły tak zażarty opór, że złodzieje uciekli jak niepyszni. W tym samym czasie Baj zaklęty w jednorożca, pomimo posiadania ostrego jak dziryt rogu, ukrył się w zaroślach, drżąc jak osika przed koniokradami. Choć Baj zdolnym był poetą, nigdy nie grzeszył odwagą. Nie widziano kiedykolwiek, aby trzymał w dłoni oręż, za to mdlał na widok najmniejszej kropli krwi.




- Mateczka Epona wysłuchała naszych próśb! Makarka powrócił! - Zarżała radośnie Osyta, a radość napełniła serca wszystkich zaklętych koni.

Makarka otworzył szkatułkę i uwolnił z niej dusze pod postacią białych motyli. Każdy motyl – dusza odnalazł swego właściciela i wniknął w niego. Wtedy Makarka ucałował kolejno wszystkie zwierzęta. W pierwszej kolejności Osytę, następnie jej dwórki; Elinę, Milicę i Topolanę, na końcu zaś bojaźliwego jednorożca Baja. Radosny był widok koni odzyskujących ludzkie kształty. Makarce zdawało się, że ocalone panny zaduszą go uściskami i pocałunkami.

- Podziękujcie też Daidzie. Bez jej rad nadal bylibyśmy w lesie. – Odrzekł skromnie Makarka.


*


W najkrótszą noc roku Makarka i Osyta pobrali się w ulubionym gaju Mokoszy w obecności króla Margusa, królowej Dekli, ich syna, królewicza Semika oraz junaków z monarszej drużyny. Chcąc jak najdłużej nacieszyć się wzajemną miłością, nowożeńcy za zgodą króla wsiedli na korab ze szkarłatnymi żaglami. Wypłynęli nim ku znanym z pieśni poetów Wyspom Szmaragdowym, leżącym gdzieś na Oceanie Wyrajskim, gdzie panowało wieczne lato i wesele. Podczas poślubnej żeglugi zaznali przygód, tych radosnych i tych trudnych. Po śmierci Margusa powrócili do Valkanicy z dwiema córkami i dwoma synami. To jest jednak inna historia i opowiemy ją innym razem.