czwartek, 3 stycznia 2019

Sztyfryd


,, [Budyka] Była bardzo wysoka. Jej spojrzenie przeszywało człowieka na wylot. Miała szorstki i donośny głos. Grube, rudobrązowe włosy sięgały jej do pasa. Nosiła zawsze na szyi szeroki, złoty naszyjnik. U jej ramion powiewał kraciasty płaszcz spinany broszą’’ - Kasjusz Dion







Powiadana o nim, że był Germaninem, choć dobrze władał mową słowiańską i niejeden raz dawał królom Bohemii dowody wierności na bitewnych polach. Ród Sztyfryda herbu Kocioł, dziewiętnastego grafa na zamku Nakorsz w Rudych Górach, zdaniem kronikarzy Łunosława i Pędzika brał swój początek od Marboda; chrobrego wodza Markomanów, który pokonany w bitwie pod Monta Viridis Bohemica uznał się za wasala króla Czecha. Herbem przedstawiającym czarny kocioł używany przez czarownice z buchającymi zeń płomieniami w polu złotym, pieczętował się już Marbod, ojciec Nathelina, ojca Turona, ojca Gapsztolda, ojca Bolemara, ojca Findraka, ojca Wolfa, ojca Madurlina, praprapra – dziada Sztyfryda. Jednak z biegiem stuleci znaczenie prastarego herbu, wskazujące na to, że używającym go rodzie było wiele czarodziejek i kapłanek, stawało się coraz mniej jasne. Znak Kotła miast przydawać chwały, jeno śmiech budził i okazji do wstydu przysparzał. Szczególnie bolało to Sztyfryda; młodzieńca o ciele silnym i rozumie lotnym, którego długie włosy były rude jak cera afrykańskiego plemienia Oranów. W swym sercu łaknącym rycerskich przygód, chował pragnienie, aby za jakiś bohaterski czyn otrzymać nowy herb – bardziej stosowny dla potomka starego, mężnego i zawsze wiernego rodu.

*

- Taki dzik, choć mniejszych rozmiarów, groźniejszy bywa niźli niedźwiedź, bo na niedźwiedzia trzeba iść zaledwie z medykiem, aby rany opatrzył, a kto wybiera się przeciw dzikowi, ten musi zabrać ze sobą kapłana, co by go na łożu śmierci namaścił. Tak przynajmniej mówią nasze przysłowia – opowiadał Żyliniec, dworzanin Targamira, pana na zamku Czocha w Górach Mędrców w Analapii.
U tegoż właśnie Targamira gościł młody Sztyfryd z Bohemii. Choć wielu współczesnym ludziom może się to nie spodobać, Sztyfryd polował tak jak to było w zwyczaju u innych ówczesnych możnych. Straszny był dla jeleni i łosi o rozłożystym porożu, niedźwiedzi, dzików, żubrów, rysiów o bystrych oczach, lwów północnych mających swe legowiska w jaskiniach, tygrysów o kłach wystających z pyska, kosmatych nosorożców i małych antylop o kobiecych twarzach żyjących w Górach Mędrców. Czcił Devanę, leśną królewnę, córę Boruty zrodzoną z łona Dziewanny Šumina Mati. Ilekroć było wolą Devany, aby Sztyfryd oszczędził zwierza, jego oczom ukazywał się płomyk zakryty przed oczami innych łowców. Sztyfryd zawsze był posłuszny temu ostrzeżeniu, a gdyby okazał samowolę, wówczas zostałby surowo ukarany przez leśne duchy. Tym sposobem ocalała złota łania o złotych racicach, śnieżnobiały gronostaj osiągający rozmiary pantery, rudy dzik, szmaragdowy żubr i wiele innych rzadkich zwierząt.









Tymczasem tak się właśnie złożyło, że graf Targamir urządził łowy w puszczy na cześć jytnas – braci bliźniaków Pienisława i Korzenina, którzy wsławili się tym, że gołymi rękami schwytali za uszy dzika i niedźwiedzia. Powiadano, że bracia ci byli wcielonymi w ludzką postać sokołami Lelum i Polelum; synami raka Estinusa i kosmicznej łabędzicy Łady. Analapowie i Bohemianie wyruszyli konno z zamku Czocha wraz ze sforą głośno ujadających psów i z białymi sokołami z Ultima Thule siedzącymi na rękawicach sokolników. Napawające zwierzęce serca trwogą przybycie myśliwych do pierwotnej puszczy oznajmiło donośne granie srebrnego rogu. Lodowe ostrze Mar – Zanny ucieleśnione w grotach strzał i oszczepów myśliwych przyniosło bolesną śmierć niejednej sarnie i niejednemu jeleniowi, gdy wśród cieni matecznika wytropiony i osaczony został zwierz jakiego nikt z uczestników polowania jeszcze nie widział. Oto pochrząkiwał gniewnie stwór w przedniej części ciała będący dzikiem, w tylnej zaś niedźwiedziem. Targamir rozpromieniony uniósł oszczep wysoko celując nim w serce dzikiego zwierza.
- Ubijmy go, a czeka nas sława! - jednak Sztyfryd nie podzielał powszechnego entuzjazmu.
Jego oczom ukazał się płomyk unoszący się nad łbem ni to dzika, ni to niedźwiedzia.
- Stójcie, towarzysze! - Sztyfryd zasłonił zwierza swoim ciałem. Panienka Devana dała mi znak, że to zwierzę nie ma być ubite! - na te słowa twarz grafa Targamira przybrała odcień głębokiej purpury.
- Odsuń się, tchórzliwy pepiku! - warknął Targamir nie omieszkawszy obrazić swego gościa. - Myślisz, że porzucę taką zdobycz dla jakichś urojeń?!








Kiedy to mówił, z gałęzi sfrunął orzeł czarny jak pióra kruka. Nad jego głową złoty blask rzucała korona z płomieni. Widząc go, łowcy przyklęknęli, rozpoznając w ptaku Ridana z Burus; pana nadiru, brata białego Tineza; pana zenitu.
- Ostawcie go – zawołał donośnym głosem orzeł. - Nie orężem go; to Sokola; zwierz starożytny i nietykalny, wykarmiony przez Leśną Matkę! - myśliwi odłożyli broń.
Jeden tylko Targamir trwał w uporze, a jego zacięta twarz była czerwona jak zad pawiana. Orzeł krzyknął, a wtedy dzierżony przez grafa oszczep pękł mu w dłoni wbijając w nią drzazgi.
- Moja ręka – syknął Targamir. - Gdyby tak przyszła murwa i mi ją opatrzyła… - rozmarzył się.
Ridan czarny jak nadir usiadł na ramieniu Sztyfryda, a dzikoniedźwiedź nazywający się Sokola zaczął się doń łasić jak pies. Junak obrażony na niegościnnego gospodarza, opuścił zamek Czocha i razem z oboma zwierzętami udał się w podróż na zachód, ku ziemiom podlegającym berłu cesarza rzymskiego.
Co zaś się tyczy grafa Targamira, okrył się hańbą obrażając swego gościa. Za karę dach w jego rodowej siedzibie zaczął przeciekać i żadna siła nie mogła go załatać, a kiedy graf spał, z lasu przychodziły doń czarne szczury o rubinowych oczach i tak długo gryzły go w stopy, aż zostały z nich same kości…

*

- Chrum! Moim ojczulkiem jest sam wielki Dzik z Jeziora w Kraju Redarów na Bliskim Zachodzie, a powiła mnie niedźwiedzica Misia – Milena o futrze ciepłym, a mleku smacznym i pożywnym. Dlatego teraz jestem taki eee… niezwykły – opowiadał Sokola.








- Moim przodkami byli Markomanowie; być może nawet sam ich władca Marbod, który otrzymał herb od króla Czecha. Moim ojcem jest Markulf przez Słowian zwany Gościwitem, matką zaś Zapava z rodu Janikowiców – oznajmił Sztyfryd.
- Jeśli o mnie chodzi – zabrał głos czarny orzeł Ridan – to mój brat Tinez i ja, nie posiadamy macierzy ni ojca, jeno w trzecim eonie od stworzenia świata dostojna Dziewanna namalowała nas na płótnie pędzlem zanurzonym w farbach, a potem Agej ożywił jej dzieło.
- Z tego co jest mi wiadomym – zamyślił się Sztyfryd – wówczas nie było ludzi, jeno wszędy żyły ogromne węże i smoki.
- Sprawiedliwie rzekłeś – potwierdził orzeł.
Przyjaciele ruszyli na zachód. Zabawili jakiś czas w Grakchovie gdzie na audiencji przyjęła ich królowa Wanda. Za dni jej panowania, Analapowie żyli w pokoju i dostatku, przeto dla Sztyfryda nie było zbyt wielu okazji, aby wykazać się na polu bitwy. Opuścił przeto Analapię i przez dziedziny królów germańskich zaszedł do imperium rzymskiego, które pożerało rozliczne ludy i języki niby drapieżny lew mięsiwo. Sztyfryd bawił w Kolonii i w wielkim grodzie Trewirze, który ongiś zbudowała Semiramida, królowa asyryjska. W Galii wsiadł na okręt poświęcony boskim bliźniakom – Dioskurom i pożeglował ku białym brzegom mglistej wyspy Brytanii. Sokola i Ridan cały czas wędrowali wraz ze Sztyfrydem, wszędzie gdzie się pojawiali budząc żywe zainteresowanie tak Rzymian jak i barbarzyńców.


*








Nad brzegiem rzeki Sabriny płonęło ognisko, nad którym piekły się złowione ryby. Przy ognisku grzał się, zasiadając na snopie sitowia, półnagi mąż o ciele pomalowanym w misterne wzory lazurową farbą, wąsaty, o włosach utwardzonych wapnem, tak że sterczały jak kolce jeża. Jedną nogę miał z ciała, drugą zaś ze srebra i pozłacaną w miejscu gdzie się zginało kolano. W ręku trzymał kozik i strugał nim giętką gałąź, aby zrobić z niej biczyk. Razem z nim siedział Sztyfryd. Zwierz Sokola wylegiwał się w trawie, zaś orzeł Ridan krążył nad głowami ucztujących wypatrując zdobyczy.








- Dziwię się niepomiernie, Sztyfrydzie, dlaczego chcesz zmienić herb – rzekł człowiek ze srebrną nogą. - Wszak kocioł to atrybut naszej bogini Ceridwen, a i w sąsiedniej Irlandii wielki bóg Dagda waży strawę w wielkim i świętym kotle. Taki herb to powód do dumy, a nie wstydu!







- Widzisz, Nuadusie; w moim kraju już mało kto pamięta celtyckie tradycje przeto dziś kocioł w herbie może jedynie ośmieszać tego kto go nosi… - Nuadus postanowił zmienić temat.
- Ostatnimi czasy w Brytanii nie jest bezpiecznie. Brytowie się burzą i na Rzymian podnoszą rękę, a władza rzymska rada jest ową rękę odrąbać. Na czele powstania stoi Boadicea; królowa plemienia Icenów.
- W Bohemii i w Analapii też panują w dzisiejszych czasach królowe; Libusza i Wanda – wtrącił Sztyfryd.








- Boadicea z tego co wiem jest wdową po królu Prasutagu – kontynuował Nuades. - Gdy ten wyciągnął kopyta, Rzymianie nie chcieli uznać niewieścich rządów. Namiestnik kazał wychłostać królową Icenów jakby była niewolnicą, a jej dwie córki zostały przy tym zgwałcone. No i zaczęły się rozruchy.
- Nie idziesz do powstania? - spytał Sztyfryd. - My Słowianie też nie raz musieliśmy chwytać za oręż gdy naszej wolności zagrażali Sarmaci, Awarowie, nie mówiąc już o Grekach i Rzymianach.
- Zdaję ci się być Brytem, ale w rzeczywistości należę do rasy starszej niż Celtowie. Tę nogę ze srebra sporządził mi należący do rodu wielkiej pani Dany mistrz lekarski Dian Cecht znający wiele zaklęć. To brudna wojna i nie jest moja. Jako Słowianin myślisz pewnie, że Boadicea jest dobra, bo walczy o wolność jak twoi przodkowie. A mnie mocarze i magowie z rodu Dany przekazali taką mądrość: nie każdy kto mówi, że walczy o wolność jest tym samym wiarygodny. Okrucieństwo Boadicei dorównuje srogości Rzymian. Jej hordy oddały na pastwę płomieni grody Camulodunum, Verulamium i prastarą stolicę króla Lluda – Londinium, nie szczędząc niewiast i dzieci. Boadicea składa licznych jeńców w ofierze Cromowi o Krwawej Głowie. Tym mężom, którym daruje życie, obcina kciuk i wyłupia jedno oko, aby nie mogli już napinać łuku. Może powiesz, że czyni tak dlatego, że została skrzywdzona i musiała patrzeć na krzywdę swych córek. Czy jednak tłumaczy i usprawiedliwia to zbrodnie, których sama się dopuszcza? Po trzykroć: nie! Co z tego, że na całym świecie nie ma zakątka, w którym uczestnicy wszystkich wojen nie kalaliby swoich rąk we krwi niewinnych i bezbronnych? Czy tak być musi? - mówił Nuadus.
- Nie tak miało być u zarania dziejów i nie tak będzie gdy obecne potęgi przeminą – odrzekł Sztyfryd. - Pokój był na początku i pokój będzie po wieki, jeno wpierw skalane eony muszą swój bieg zakończyć.
- Dobrze ci radzę, Sztyfrydzie – uspokoił się już Nuadus. - W tej wojnie nie stawaj po żadnej ze stron. Trzymaj się od niej z dala jak od wściekłego psa, a jeśli już wyciągasz miecz z pochwy to jeno po to, by bronić tych co sami obronić się nie mogą.
Po tych słowach Sztyfryd i Nuadus powstali, wymienili się nawęzami na znak zawarcia braterstwa, po czym każdy ruszył w swoją drogę.


*








Królowa Budyka, której imię elfy wymawiały jako Boadicea, w mrocznej puszczy rozświetlonej jeno blaskiem Księżyca i licznych pochodni, przewodniczyła ceremonii składania ofiar, a były to ofiary z jeńców. Jej rude kędziory wiły się jak czerwone żmije, a zielone jak u żbika oczy rzucały blask złowrogi. Władczyni Icenów stała w białej spódnicy sięgającej ziemi, obnażona do pasa, a jej jasną, podobną do kości słoniowej cerę zdobiły wytatuowane smoki i złote obręcze. W rękach trzymała topór i sztylet o falistym ostrzu. Budyka otworzyła usta, a jej mowa przypominała wycie wilczycy.
- Kto nie jest z nami, jest przeciwko nam, a kto nie zbiera ten rozprasza! - towarzyszący jej druidzi – akolici w białych szatach potrząsnęli grzechotkami z trupich kości, a zgromadzony tłum wydał okrzyk. - Tej nocy napoimy naszego boga Croma Cruacha krwią naszych wrogów, a zaczniemy od zabicia tego z Brytów, który ośmielił się stać z boku gdy ważyły się losy naszej najświętszej sprawy! - na kamiennym ołtarzu Croma leżał pojmany Nuadus o srebrnej nodze, a grube powrozy wpijały się w jego nagie ciało.
Nuadus dostał się do niewoli gdy zabił Bryta podnoszącego miecz na dwoje rzymskich dzieci. Teraz nadeszła jego ostatnia godzina. Przed obrzędem oprawcy wyrwali mu język, jął bowiem lżyć królową Icenów najgrubszymi obelgami. Budyka ściszonym głosem w oparach kadzidła zaczęła wypowiadać zaklęcia i straszne klątwy przeciwko Rzymianom, wzywała imienia Croma i trzech bogiń wojny, a w tym czasie nadzy uczniowie druidów bili dłońmi w bębny uczynione z ludzkiej skóry. Wtem łoskot bębnów ustał jak ręką odjął. Budyka wydając dziki okrzyk zatopiła sztylet w piersi Nuadusa, a następnie toporem ścięła mu głowę. Trzymała ją w rękach zlizując krew, która plamiła jej nagie piersi. Znów rozległ się łoskot bębnów, a gdy ustał, zostali złożeni w ofierze pozostali jeńcy, których druidzi wieszali na gałęziach świętych drzew, topili w kotłach wypełnionych wodą i palili uwięzionych w wiklinowych klatkach. Gdy ostatni z pojmanych zostały zabity, a ich głowy ułożono w piramidę na ołtarzu Croma, zaczęły się tańce, picie wina, ucztowanie i orgia do białego rana….


*








Kolorowe ptaki służące za chyżych posłańców wróżce Cliodnie przekazały czarnemu orłu Ridanowi smutną wieść o tym jak królowa Budyka złożyła w ofierze Nuadusa, a jego srebrną nogę kazała przetopić na monety. Orzeł, z mandatu Ageja Pan Nadiru wiernie wyłożył całą sprawę Sztyfrydowi nie omieszkawszy zaznaczyć, że Nuadus oddał życie broniąc niewinnych dzieci.
- Nie czuj się winnym jego śmierci – Ridan uspokajał przyjaciela, lecz ten nie przyjmował żadnych pocieszeń.
- Na życie komesa Zelu; zniszczę tę przebrzydłą trollicę! - warknął Sztyfryd i ani stary, mądry Ridan, ani Sokola nie byli władni wygasić w nim pragnienia wróżdy.
Sztyfryd zaciągnął się do armii rzymskiej, aby bić Brytów. Prześladował hordy królowej Icenów tak w świetle dnia jak i pod osłoną nocy, a towarzyszyli mu w tym Ridan i Sokola przez Rzymian uznawani za emisariuszy Marsa i Jowisza. Powoli, lecz nieubłaganie gasła szczęśliwa gwiazda królowej Budyki, aż w końcu zakryły ją mroki. Ku białym, wyniosłym brzegom Brytanii kierowały się galery pełne zakutych w stal legionistów. Brytowie walczyli z zaciekłością ranionych zdebów, lecz ich siły topniały jak śniegi na wiosnę pod naporem pancernych zastępów cesarskich. W końcu nadszedł dzień, w którym sama Budyka zdała sobie sprawę, że już nie ma szans na zwycięstwo. Otruła się przeto nie chcąc wpaść żywa w ręce wroga. Imperium Romanum po raz kolejny, topiąc ziemię w potokach krwi zatriumfowało nad Barbaricum, a okrzyki ,,Vae victis!’’ rozbrzmiewały od Renu i Dunaju po Nil i Eufrat.


*

Po wywarciu pomsty na oprawcach Nuadusa, Sztyfryd zabawił w Rzymie. Nie było już z nim Sokoli. W czasie walk z powstańcami Budyki, ów dzielny mieszaniec dzika i niedźwiedzia, w którego piersi biło serce wierne niczym serce psa, stratował i poszarpał kłami wielu Brytów nago stających do boju, lecz w końcu sam zginął ugodzony myśliwskimi widłami. Rzymianie upiekli i zjedli ciało niezwykłego zwierzęcia, licząc, że doda im siły i męstwa potrzebnych do dalszej walki. Kości Sokoli zostały złożone w Dziczym Kurhanie, który na brytyjskiej ziemi stoi po dziś dzień.
Po śmierci Budyki, czarny jak kruk Ridan skierował swój lot w stronę północnej krainy Burus gdzie we śnie wzywała go Kurko; siostra Jeźdźców Ognistego Pioruna. Sztyfrydowi zdawało się, że to wszystko przeżył całe wieki temu. Teraz pokryty bliznami jak ryś cętkami, w promieniach palącego Słońca, wraz ze swymi towarzyszami boju w nagrodę za męstwo przyjmował nowy herb z rąk cesarza Nerona.
- Nareszcie będę miał porządny herb – cieszył się Sztyfryd, bo i istotnie; w miejsce celtyckiego kotła otrzymał czarnego orła w polu błękitnym.








Weterani walk z powstańcami Budyki ucztowali razem z cesarzem w jego Złotym Domu. Z otworu w suficie sypały się płatki róż i fiołków, powietrze przesycał ciężki zapach piżma i arabskiego kadzidła, a młode, etiopskie niewolnice o cerze barwy czekolady roznosiły wino w złotych pucharach i najbardziej wyszukane przysmaki od daktyli i orzechów laskowych w miodzie po pieczyste z 







popielic i koszatek. Ucztujących zaszczyciła swą obecnością cesarzowa Poppea wraz ze swym fraucymerem; biegła w budzących grozę czarach, która zarówno urodą jak i zepsuciem dorównywała 







czarodziejce Lilith, matce potworów. Tygelinus o tygrysim sercu, którego rozkazom podlegała gwardia pretorianów, nachylił się i szepnął coś do ucha Nerona, a ten uśmiechnął się od ucha do ucha i skinął głową z aprobatą. W czasie uczty lało się strumieniami wino z Italii i Grecji, Dacji i Tracji, Azji i Afryki, Galii, Hiszpanii i Luzytanii, z Panonii, Ilirii, znad Mozeli i Renu, a Sztyfryd opróżniał puchar za pucharem. Damy dworu cesarzowej wlepiały roziskrzone oczy w pijącego barbarzyńcę jak sroka w gnat i chichotały z przejęciem. Dużo słyszały o tym ile potrafi wypić słowiański woj, a teraz mogły się o tym przekonać naocznie. Jednak duża ilość mocnych trunków nikomu nie wychodzi na dobre. Biesiadnicy czołgali się do specjalnego pokoju, aby tam wymiotować jak gargulce, a potem wrócić i ucztować dalej. Sztyfryd, który dotąd śpiewał na cały głos sprośne, barbarzyńskie pieśni, zaczął czuć się coraz bardziej ociężały i senny. Już plątał mu się język, a przed oczami latały czarne i czerwone płaty. Wreszcie potężnie beknął i osunął się w czarną otchłań pijackiego snu. Neron obserwując to, wydał rozkazy pretorianom, a ci wynieśli Sztyfryda z sali biesiadnej…


*

Sztyfryd obudził się w ciemnym lochu z wielce uciążliwym bólem głowy.
- Gdzie jestem? - wymamrotał. - Czy to Nawia Ciemna?
- Nie jesteś w zaświatach, jeśli o to chodzi – odrzekł mu jakiś mężczyzna – ale całkiem prawdopodobne, że wkrótce tam trafisz. No, z woli cesarza, aby go pokręciło, zostałeś gladiatorem… - Sztyfryd zaklął szpetnie gdy dotarł do niego sens słów współwięźnia.
Nie było jednak czasu na dalsze pogawędki. Dozorcy z biczami w rękach wyprowadzili niewolników na arenę nie omieszkawszy wcześniej wyposażyć w broń i zbroję. Sztyfryd dostał miecz i tarczę z wymalowanym na niej czarnym orłem. Jeszcze wczoraj nowy herb był dlań powodem do dumy, dziś zrozumiał, że otrzymał go na urągowisko.









Trybuny pękały w szwach, a na honorowej loży zasiadał sam Neron. Gladiatorzy ustawieni szeregiem pozdrowili cesarza zgodnie ze starym zwyczajem: ,,Cezarze, ci którzy mają umrzeć, pozdrawiają Cię!’’ Jeden tylko Sztyfryd widząc przeniewierstwo imperatora, miast powtórzyć wymaganą formułkę, pokazał władcy nieprzystojny gest, który po wielu wiekach na olimpiadzie w Moskwie powtórzył Kozakiewicz. Gdy zaczęły się walki, przyszło Bohemianinowi ścierać się z dwoma gladiatorami – Asyryjczykiem i Brytem. W tym ostatnim Sztyfryd rozpoznał Katalunisa o silnym ramieniu, przeciwko któremu walczył w Brytanii. Asyryjczyk imieniem Asarhadon Srogi miał długą brodę, tak intensywnie czarną, że zdawała się wpadać w błękit, ułożoną w misterne loki i nosił złocisty kirys w rodzaju tych jakie były popularne na Atlantydzie. Uzbrojony był w pozłacany trójząb i sieć. Bryt z kolei, obnażony do pasa, o ciele upstrzonym sinymi tatuażami, dzierżył ciężki topór. Gdy Asarhadon zarzucił sieć na Sztyfryda, Słowianin rozerwał ją na strzępy jakby to były nici do szycia, a widownia zawyła z podziwu. Mężny był Sztyfryd i siła wielka w jego rękach spoczywała. Zadał obu wrogom niejedną ranę mieczem z damasceńskiej stali i a sam niejedną otrzymał. Jednak dwóch przeciwników to było za dużo nawet dla tak mężnego woja jak on. Bryt szydził z jego twarzy zalanej krwią, gdy Sztyfryd wydał z siebie okrzyk: ,,Ridan! Sokola!’’, po czym przeturlawszy się po skrwawionym piasku areny, potężnym kopnięciem złamał drewniany trzon trójzębu trzymanego przez Asyryjczyka. Asarhadon oniemiał, że tylko dlatego, że stracił oręż, ale też dlatego, że wśród pyłu ujrzał sylwetkę groźnie pochrząkującego dzika o zadzie niedźwiedzia. Bryt widząc, że publiczność kieruje kciuki w dół domagając się śmierci pozbawionego broni gladiatora, czym prędzej rozłupał mu twarz toporem, a wtedy zjawa Sokoli rozwiała się jak mgła. Katalunis płonął żądzą mordu, a na widok Sztyfryda jego białe zęby zgrzytały krzesząc iskry. Jednak wówczas czarny orzeł wymalowany na herbowej tarczy ożył i z krzykiem rzucił się ku twarzy Bryta, dziobiąc ją i szarpiąc szponami. Celtycki gladiator zasłaniając oczy ręką upadł na piasek areny, a publiczność na trybunach zawyła jak stado wilków domagając się dobicia Bryta. Jednak Sztyfryd wbił miecz w piasek i zawołał butnie:
- Słuchajcie mnie, cezarze o sercu bojaźliwym jak zając a podłym niczym hiena i ty, zwyrodniały ludu rzymski, zabawiający się mordowaniem ludzi, co powie wam słowiański wojownik! Już nikogo więcej nie ubiję w waszej służbie, przekonałem się bowiem, że wy, Rzymianie jesteście jeszcze gorsi od Budyki! - Neron choć pobladł i zgrzytał zębami słysząc tę mowę, nie ośmielił się ukarać Sztyfryda uznając, że znajduje się on pod szczególną opieką bogów. Pozwolił mu przeto wrócić do Bohemii…


*








,,Powiadają starzy ludzie, że imć Sztyfryd po powrocie z Rzymu, zabawił jakiś czas w Analapii, w prowincji Śląż, gdzie odczarował księżniczkę Jadosławę zaklętą w strzygę i pojął ją za żonę. Miał z nią synów i córki, zginął zaś na polu bitwy śmiercią rycerza broniąc Bohemii przed najazdem Kwadów kiedy na tronie w Piropolis zasiadał król Przemysł Oracz i królowa Tetka’’ - Trapigniew z Bohusza ,,Kronika Bohemii’’



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz