piątek, 8 listopada 2013

Na śmierć Stalina

,,Gdy Stalin
stolec Moskwy
zdobył
we krwi świat utopić
postanowił.
Przesiedlał więc Tatarów Krymskich;
Mordował Czeczeńców, Inguszów
Głodem morzył Ukraińców rzeszę.
'Wszedł do władzy jak lis
Panował jak lew,
Umarł jak pies'' - ,,Milenium, czyli Nowe Triumfy''




Tego dnia, czarna gleba Cmentarza zamieniła się w błoto, bo ustawicznie zraszały ją łzy uczestników pogrzebu ofiar wczorajszego szturmu na Kościół. Wczoraj pół wsi uczestniczyło we Mszy, teraz pół wsi uczestniczyło w pogrzebie. Bólu rodzin pomordowanych nie sposób oddać słowami.



- Moje dziecko, oni je zastrzelili! - łkała Stara Babucha, której ocalała niegdyś córka, teraz pod kulami bazooki zamieniła się w drgający, zlany niebieską krwią zezwłok, a jej oczy barwy ognia stały się teraz czarne i martwe.
Zginęła cała rodzina Kwiatków, a pan Sołtys miał zakrwawioną, obolałą twarz ze złamanym nosem, w bandażach i ubytkami w uzębieniu. Dziadowscy chcieli wczoraj wymordować wszystkich (może z wyjątkiem Lawendycji), a ich zbrojne szeregi wdzierały się przez wyważone tajemniczym kodem drzwi niczym nadęte fale morza, siejąc spustoszenie. To, że chłopi w ogóle przeżyli było zasługą Kowala; wyrwał ławkę i z jej pomocą tłukł napastników, a tych było niczym szarańczy.
Lawendycja i Heniek szli razem, przytuleni do siebie, nie mogąc nic powiedzieć. Wczoraj Plaptonius domagał się wydania mu żony Heńka, ta zaś nie chciała aby z jej powodu odbywało się oblężenie. Wskoczyła więc pod lufę miotacza płomieni, co niektórzy byliby gotowi porównać do śmierci Wandy.



Ta jednak miała całkiem inne okoliczności. Heniek pobiegł za nią i przeniósł płomień na swoje ubranie, ległszy u boku żony aby razem czekać aż śmierć położy kres cierpieniu. Tak się jednak nie stało; nadbiegli Pan Sołtys i Ksiądz Dobrodziej i peleryną i ornatem stłumili płomienie. Teraz włosy Lawendycji były nadpalone. Pan Sołtys nie był bohaterem dnia. Bynajmniej. Ach, gdyby nie brał tej głupiej spluwy na Mszę i nie pomógł nią Dziadowskim złamać szyfru E (3) 7! Otaczała go powszechna niechęć. Jedynie nieliczne osoby go nie potępiały; mam na myśli rodzinę. Teraz niefortunny lider zwrócił się do Księdza Dobrodzieja, bo wiedział, że ten go nie odrzuci.
- Przepraszam - zaczął, - ale nie wiem co to takiego ten szyfr E (3) 7?
- Jest to najbardziej rozpowszechniony szyfr na świecie - odpowiedział Ksiądz Dobrodziej - jest trudny do odkrycia, a umożliwia dziadostwu dostanie się do wnętrza człowieka.
- To straszne - wzdrygnął się Pan Sołtys - jak można tego uniknąć? - zapytał rzeczowo.
- Wszyscy dysponujemy tym szyfrem - odrzekł Ksiądz Dobrodziej, - ale możemy powstrzymać dziadostwo przed złamaniem go, bezinteresownie kochając bliźnich.
Kondukt żałobny się zatrzymał, ujrzawszy człowieka z siekierą i białą chorągiewką; był to poseł Dziadostwa. Nachylał się i rąbał siekierą jak drewno jakiegoś nieżywego człowieka. Chłopi byli w szoku.
- Ave Stalin! - zakrzyknął do nich poseł. - Waszego Kościoła już nie ma; teraz robimy w nim twierdze Fort Marksa! Piliśmy gorzałę z czaszek waszych trupów - chłopi zamarli z oburzenia - i profanowaliśmy wasze chorągwie, ta jak wy nasze - pięści same się zacisnęły, - a ten człowiek, którego rąbię, to kustosz waszego muzeum, które urządziliście w domu Towarzysza Pogranicznika - chłopi zrozumieli; założone rok temu ,,Muzeum walki i męczeństwa narodu Polskiego w gminie Pawlaczyca w 1950 r.'' znów znalazło się w rękach Dziadostwa. - A to są wasze żałosne eksponaty - mówił poseł wskazując gnaty walające się w krzakach. - Teraz możecie mnie zabić - kontynuował zuchwale, - ale i tak to my was zniszczymy! - widząc, że nikt go nie zabija, oddalił się i zniknął między drzewami. Wybuch płaczu znów obmył groby uczestników zeszłorocznej okupacji i bitwy. Z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, z biegiem miesięcy, Plaptonius gromadził coraz więcej broni, oraz coraz więcej wojowników. Jego pozycji nikt nie zagrażał, bo Andrzejczykowa straciła na zawsze swojego wspólnika w planowanej zemście, którym był Towarzysz Pogranicznik. Od odzyskanej chaty do Fortu Marksa ciągnął się teraz ufortyfikowany sznur samochodów i wozów pancernych, dzielący wieś na dwie części, przy których stały namioty i prowizoryczne punkty obserwacyjno - zaopatrzeniowe. W latach 1952 - 1960 Dziadowscy wybudowali wał ziemny wokół Fortu Marksa, tworząc dziedziniec. Znalazły się w nim budki z benzyną do pojazdów, oraz specjalny dar Partii - cztery helikoptery. Z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc, SCzZDzP popełniał coraz nowsze zbrodnie, dążąc do wytępienia ,,kułackiej'' ludności wioski. Nie przebierali w środkach - ponownie zatruli wszystkie studnie, a poza tym ustawili posterunki strzelnicze nad obydwoma dopływami Wisły i Jeziorem; zabili Rybaka, spalili też dom Młynarza z młynem. Chłopów napadali w nocy, najczęściej wzniecając pożary, oraz rzucali granatami i kierowali kule przeciwko największym zgromadzeniom. 1 maja 1952 roku na pochodzie nieśli ciała pomordowanych. Niszczyli uprawy i stawiali miny możliwie wszędzie. Jednak największą nienawiść żywili do zwierząt dzikich jak i domowych. Granatami niszczyli wszystko od Pasieki po stajnie i obory, a nawet psie budy. Rąbali drzewa w Sadzie (Sadownik zginął w Kościele) jak i w 



Lesie, a z ciał krów i koni układali nazwiska Marksa i Engelsa. Oczywiście Bierut podarł ,,Memoriał o ludobójstwie...'' , kiedy tylko doczytał do informacji o klęsce Dziadostwa.
- Rodacy! Partia ma was w nosie! - mówił eufemistycznie Pan Sołtys na jednym z wieców, kiedy okazało się, że Komitet Centralny aprobuje wszystkie zbrodnie okupantów... Z helikopterów zrzucano granaty, alkohol, ulotki propagandowe i amerykańską pornografię, a od 1953 r. - także zakażoną odzież, oraz haszysz czyli marichuanę.



*




,,Stalinowi powiedz, że jeśli nie przestanie traktować mnie jak swoją niewolnicę, będę dlań szczególnie sroga...''  Była noc roku 1953. Na niebie unosiła się w poświacie Księżyca kobieca postać siedząca nie, nie na miotle, ale na kosie, której ostrze było ustawione do dołu. Kobieta była ubrana na czarno i nie posiadała ani włosów, ani mięśni, ani skóry. Ludzie nie widzieli kościstej latawicy, zaś jej puste 



oczodoły widziały majaczące w oddali kopuły Kremla. Tej nocy towarzysz Józef Wisarionowicz przechodził z łóżka do łóżka, aż areszcie usiadł w gabinecie. Na drugim krześle siedziała Śmierć trzymając kościstą ręką kosę.
- Uczyniłam was swoim współpracownikiem, ale zawsze żałowałam swej decyzji - mówiła nie mając warg, ani ust, a Stalin wybałuszył oczy i nie mógł wymówić ani słowa. - Znam was, możnych tego świata i lubię wam pożyczać swoje kosy. Wy zaś lubicie mi pomagać, ale kiedy przestajecie być potrzebni, robię z wami to co wy robiliście innym ludziom - Stalin otworzył gębę i nadal milczał. - Wiecie co, nienawidzę was możni tego świata! Za waszą pychę. Władza odbiera wam sumienie, ale i rozum. Dlaczego zabijasz, aż tylu ludzi, skoroś sam śmiertelny? - pytała się. - Hitlerowi mówiłam to samo, a wcześniej Abdulhamidowi. Prawdę mówiąc wszyscy jesteście siebie warci. Przegięliście pałę, towarzyszu Dżugaszwili, pokażę wam dlaczego! - Stalin zlał się zimnym potem, a w jego gabinecie ktoś śpiewał:

,,O bogaczu
Godnyś płaczu [...]''




Najpierw wyrzucenie z seminarium duchownego, potem strajk w Batumi.

..Masz gody,
Wygody
I futra
Do jutra''.



Użycie terroru w służbie socjalizmu, śmierć osób cywilnych, znajomość z Wiaczesławem Skriabinem, sąd Rudolfa Krzeczowskiego; Polaka. Dalej wszystko potoczyło się jak w kalejdoskopie. Twarze ofiar czystek; Rosjan, Polaków, Żydów, Ukraińców, Kazachów snuły się niczym chmury po niebie i śpiewały:



,,Skarbiec pełny
Złotej wełny,
Złote runo,
Lecz, że z truną...''



Z bydlęcych wagonów wypadały ciała czeczeńskich, inguskich dzieci, tych i wielu innych narodowości.

,, [...] Ma świat cały cię w respekcie:
A ty wszystkich w tym despekcie [...]''.



Jacyś ludzie byli wiązani drutem kolczastym, a na ich głowy zarzucano worki z trocinami, a potem kule roztrzaskiwały im czaszki. 

,,W złocie chodzisz,
W złościach brodzisz''.

Pies przyjaźnił się z grupą więźniów. Został za to zatłuczony na śmierć kijami.

,,Ta fama
Jest plama.
Trup w szatach
Duch w łatach [...]''.



W arsenałach sroży się broń atomowa, a na Ukrainie ptactwo i ssaki giną pod kulami, aby się nie stać pokarmem dla celowo głodzonych ludzi.

,,Źle żyjesz,
Zawyjesz!
Śmierć nie śmiech,
Dudy w miech [...]''.



Miliony więźniów cierpiało w Gułagu pod hasłem ,,Ciężką pracą odkupuj swe winy''. Krym opustoszał.
Stalin siedzi na krześle, a przed nim kobiecy szkielet w czarnej sukni. Recytacja wokalna ,,Uwag o śmierci niechybnej'' Józefa Baki dobiega końca, a pod sufitem unosi się nagi mężczyzna z ogromnymi, czarnymi skrzydłami, przywołany gestem ręki przez Śmierć. Dalsze losy Stalina okrywa tajemnica...
Nastał ranek a Józef Wisarionowicz długo nie wychodził z gabinetu. Wreszcie gdy zdobyto się na odwagę otwarcia go, zastano wodza martwym. I tak przeminął Stalin jak przemija burza, pożar, powódź, zaraza, czy wojna, a tymczasem gdzieś w Polsce, na Mazowszu, w gminie Pawlaczyca...

środa, 6 listopada 2013

Zemsta

Było to tak. Pan Sołtys w lutym 1951 roku umyślił sobie, że noszenie na plecach karabinu dodaje mu powagi i dostojeństwa. Tak głęboko uwierzył w tą bzdurę, że nie dość, że parkował Ruskomobilem przed Kościołem, to jeszcze wchodził do środka ze swoją strzelającą ozdobą. Biedny Ksiądz Dobrodziej - miał z nim urwanie głowy. Na próżno tłumaczył, że nie spluwa, ale mądrość i dobre serce są prawdziwą ozdobą polskiego działacza samorządowego i że nie godzi się wchodzić z bronią do świątyni Boga, który jest Miłością, że karabin i miłosierdzie pasują do siebie jeszcze mniej niż pięść do nosa. Pan Sołtys jak się raz uparł, to już uparł!
Prowadził Ruskomobil, jadąc razem z żoną, córką, zięciem, synem oraz pukawką i w samochodzie panowała powszechna radość.
- Opowiadaj dalej Przeciwmolówko, tatuś słucha... - prosił córkę.



- Spotkaliśmy w kanale szczura - opowiadała Lawendycja.
- A nie bałaś się? - pytał Pan Sołtys.
- Nie, szczur był bardzo miły i wskazał nam drogę do ambasady RFN abyśmy nie musieli uciekać kanałami.
- A RFN to co to za kraj? - Pan Sołtys zapomniał.
- Niemcy Zachodnie - powiedział Heniek - ambasador pan Rudolf Scheker pomógł nam uciec przed ubekami; zawiózł nas samochodem do Lasu.
- Scheker? - zdziwił się Łukasz. - Ma nazwisko jak ten śp. Berthold z Dziadostwa, co obsługiwał Ul Śmierci.
- Może Scheker to tak samo popularne nazwisko w Niemczech jak Kowalski w Polsce... - odpowiedział Heniek.
- Jak to dobrze, że znów jesteśmy razem! - powiedziała pani Bożena Skyjłycka, a Ruskomobil stanął przed Kościołem obok motorów.
Chłopi wchodzili, wchodzili, a Ksiądz Dobrodziej rozpoczął odprawiać Eucharystię w intencji dziękczynienia.



My już mówiliśmy o Urzędzie Bezpieczeństwa, ale co się stało z Dziadostwem? Gdy Stalin dowiedział się o planach budowy Nowego Bierutowa jako nowej stolicy PRL - u, to ze złości zrzucił Bieruta ze schodów, a ten był blady jak kreda. Stalin groził mu zesłaniem do Kazachstanu, jeśli będzie próbował rozsławiać swoje imię w taki sposób bez zgody dyktatora.
- Zrób kolektywizację i nazwij ten grajdół Stalingradem ku mojej chwale, a nie twojej. Jeszcze raz spróbujesz uszczuplić splendor mi należny. Rób tam PGR - y jak to nazywasz, rób stolicę, a nawet wyrwę w ziemi, aby moje nazwisko było sławione. Niczyje więcej! Zrozumiano? - Bierut miał nieopisane szczęście, że przeżył.
- Tak, tak... Zrobię PGR - y imienia Józefa Wisarionowicza, wszystko skolektywizuję, a co harde - wymorduję - mamrotał półprzytomny i obolały.
- A teraz won, ,,polszaja sobaka''! - Stalin wygnał Bieruta. - I nie zapomnij postawić mi pomnika! - wrzasnął na odchodnym.
Plaptonius na rozkaz Bieruta przygotował się do ponownego szturmu na Pawlaczycę. Z Pomorza Gdańskiego sprowadził nienawidzącą go Sylwię Andrzejczykową, zgromadził też wielu innych współpracowników. Wśród nich był Towarzysz Pogranicznik. Kiedy rok temu został cudownie uzdrowiony za pośrednictwem Księdza Dobrodzieja, w szpitalu psychiatrycznym odkryto, że nie był psychicznie chory. Przeciwnie. Kiedy ochłonął, postanowił porzucić komunizm i prosić o przyjęcie do Kościoła rzymskokatolickiego. Plaptonius wielce się tym przeraził i rozkazał aby za wszelką cenę odwieść Towarzysza Pogranicznika od nawrócenia. Gdy inne metody zawiodły, poddano go silnym elektrowstrząsom, w wyniku których stracił pamięć. Teraz jego świadomość przedstawiała ,,tabula rasa''. Teraz to się zrobi z niego człowieka radzieckiego!
Tymczasem w Pawlaczycy... Stefan i Bożena Skyjłyccy siedzieli na ławce pod ścianą, a nad głowami widniał piękny witraż przedstawiający narodziny Chrystusa w Betlejem. Dziwili się słysząc niepokojący szum, jakby bzyczenie olbrzymiej muchy. Co dziwniejsze na witrażu pojawiła się rosnąca z każdą chwilą szara plama, która robiła się większa i większa. ,,Co to może być''? - zastanawiał się Pan Sołtys. W odpowiedzi kolorowe płytki witraża rozprysły się po całym Kościele raniąc wiele osób. W dziurze w ścianie ujrzano helikopter, za sterem którego siedział Towarzysz Pogranicznik.



- I znów się spotykamy szlachecki łajdaku! - mówił do Pana Sołtysa, choć oczywiście jego krzyku nikt nie usłyszał.
Pan Sołtys najpierw był w szoku, a potem zawrzał wielkim gniewem. Zdjął z pleców swój reprezentacyjny karabin i rozpoznawszy Towarzysza Pogranicznika, wycelował prosto między oczy. Rozprysło się szkło szyby helikoptera, a potem zakrwawiona twarz uderzyła w grządki kolorowych przycisków brudząc je mózgiem. Pan Sołtys strzelał, aż pozbawiony pilota helikopter z wolna zaczął opadać, aż zderzywszy się z podłożem wybuchł żywym płomieniem jako stalowy, płonący grób Towarzysza Pogranicznika. Biedny! Najpierw Pan Sołtys orał nim pole, potem uciął brzytwą ramie, a teraz zastrzelił. nagle dębowa brama rozwarła się na oścież i wyleciała z zawiasów. Weszli do Kościoła uzbrojeni po zęby ludzie, którym



przewodził mężczyzna ubrany w pancerz ze skóry nosorożca indyjskiego, skradzionego z warszawskiego zoo. Tymczasem Pan Sołtys rozgorączkowany trzymał karabin i moczył go potokami zimnego potu.
- Przynosimy wam wolność! - rzekł przerywając milczenie człowiek w skórze nosorożca.
- My już ją znamy! - odkrzyknął Łukasz. - Kimże jesteście?
- Nie poznajesz mnie? - zdziwił się tajemniczy człowiek wybuchając złowrogim śmiechem. - Twój tatuś, Stefan Eustachiewicz nosząc do Kościoła karabin maszynowy pomógł nam złamać szyfr E (3) 7, którym zniweczyliśmy bramy waszej świątyni. A ja jestem Jerzy Plaptonius - zapadła grobowa cisza - czyżbyście mnie zapomnieli? Znów będę liderem pawlaczyckiego Dziadostwa. Przybywam tu w imię Stalina, aby pomścić srogą zniewagę interesu klasy włościańskiej, którą wyrządziliście rok temu - Plaptonius na chwilę zamilkł aby zbadać reakcję. - Poddajcie się kułackie ścierwa, bo towarzysz Bierut dał nam władzę życia i śmierci nad wami, ale choć zasługujecie na śmierć, możecie jej uniknąć. Towarzysz Bierut na moją osobistą prośbę - Plaptonius kłamał jak z nut - zastrzegł, że jeśli dostanę za żonę Lawendycję de Slony, wasza wieś będzie skolektywizowana, a wy wysiedleni na Warmię i Mazury, gdzie już czeka na was przydział ziemi...
Wzburzenie rosło, aż wybuchło jak wulkan.
- Nigdy !!! - jak jeden mąż krzyknęła cała wieś, a Heniek najgłośniej.
- Ognia! - wrzasnął Plaptonius i Dziadowscy nacisnęli spusty kałasznikowów.
Chłopi nie pozostali im dłużni i wyjęli własną broń, oczywiście Pan Sołtys wiódł rej między nimi. Tak oto złamanie przez Dziadostwo szyfru E (3) 7 przeszkodziło w sprawowaniu Eucharystii. Wywiązała się strzelanina - kule dziadowskich wleciały do lufy karabinu Pana Sołtysa, co sprawiło, że oręż uderzył właściciela w twarz. Trup ścieli się gęsto, chłopi przegrywają mimo dzielnej walki. Poza tym Dziadowscy wzięli też bazooki i miotacze płomieni. Ostatecznie chłopi przegrali; z Kościoła udało się wynieść jedynie Najświętszy Sakrament w monstrancji i Biblię, a Dziadowscy pruli na oślep do uciekinierów ścieląc gęsto wyjście zwłokami.
- Wypijmy za zemstę! - mówił Plaptonius podnosząc do góry napełnioną szampanem czaszkę babki Łukasza, pochowanej w Cripta Tanatoporfiria. 
Komuniści usunęli z Kościoła wszystkie obrazy i witraże, wyrzucili relikwie i szczątki zmarłych wójtów i



sołtysów z Cripta Tanatoporfiria. Postanowili zrobić tu fortecę i nazwali ją Fortem Marksa. Zrzucili z wieży krzyż i zastąpili go sierpem i młotem. Dzwony przetopili na broń, a w dzwonnicy urządzili punkt obserwacyjny. Spalili ciała poległych chłopów za pomocą miotaczy płomieni. Wprawili nowe, żelazne drzwi, a potem urządzili libację z ludzkich czaszek. 
Tymczasem chłopi uczestniczyli w mszach odprawianych w stodole Kowala. Jeszcze długo Dziadowscy nosili nad Wisłą i Jeziorem kąpielówki ze zrabowanych ornatów i chorągwi kościelnych.

niedziela, 3 listopada 2013

Wywiad ze szczurem

Była już noc kiedy w ślad za Koszem na Śmieci z Czubkiem w środku, otwór studzienki kanalizacyjnej pochłonął Stracha na Wróble, Lawendycję i Heńka. W ich nozdrza uderzył odór ścieków, a nad głowami szumiała woda w potężnych rurach. Zielony szlam całkowicie zakrył adidasy Lawendycji i zabrudził niebieska sukienkę uszytą ze starego, poplamionego obrusa. Heniek nie wiedział co gorsze; niewola ubecka czy ten exodus? Chyba jednak to pierwsze; teraz byli przynajmniej wolni! Ubecy sprzedali na czarnym rynku ich ubrania, szczególnie wysoką ceną osiągając za złote podkówki z obuwia Lawendycji. Na powierzchni, komendant dowiedział się już o tym co zaszło, przeto postawiono całą esbecką i ubecką Warszawę na nogi. Rozpoczęły się poszukiwania. W kanale pełno było szczurów i karaluchów.



- Nie mogę pojąć co to za dziwni hydraulicy tu przybyli - zastanawiał się na widok naszych przyjaciół szczur wędrowny stojący słupka i uważnie się im przyglądający.
- Nie jesteśmy hydraulikami - powiedział Strach na Wróble, a gryzoń oniemiał, - ale uciekinierami. Jesteśmy z gminy Pawlaczyca na południe od tego miasta - ciągnął - a tych dwoje ludzi i pies, zostali uratowani z niewoli zgotowanej im przez Urząd Bezpieczeństwa. Teraz jego funkcjonariusze zapewne nas ścigają - kiedy to mówił państwo de Slony dziwili się bardzo: dlaczego i co mówi do szczura, który ciekawie przekrzywiał łepek na bok.
- Jeśli umiesz mówić ze szczurami - zwróciła się doń Lawendycja - to powiedz mu, że nie przyszliśmy tu aby go skrzywdzić, ale szukamy schronienia.
- Klap! - oburzył się Kosz na Śmieci na samą myśl, że ktoś może mówić ,,jeśli'' w odniesieniu do zdolności translatorskich Stracha na Wróble.
Ten zaś przekazał szczurowi słowa Lawendycji.
- Możesz im powiedzieć - piszczał szczur, - że nie mam nic przeciwko nim, i że jak chcą uciekać to wskażę drogę do ambasady Republiki Federalnej Niemiec, bo tam znam człowieka, który może im pomóc.



- Mówisz o RFN? - Strach na Wróble tłumaczył klekot blaszanego kubła - przecież oni nie uznają polskiego stanu posiadania na Ziemiach Odzyskanych!
- Ten jest wyjątkiem, podobno ma nawet żonę Polkę - oponował szczur. - Czy w tym co mówisz uznajesz odpowiedzialność zbiorową?
- Nie - zaprzeczyli Strach na Wróble i Kosz na Śmieci.
- A poprawności politycznej też nie uznajecie? - pytał szczur.
- Też nie - potwierdzili Ceta Polikarp i Radodydak.
- Czy uznajecie Niemców za ludzi takich jak wy? - zwrócił się do Heńka i Lawendycji.
- Tak - potwierdzili oboje.
- A teraz:, który naród jest nieomylny, oraz może pogardzać wszystkimi narodami?
- Nie ma takiego narodu.
- W takim razie kogo uznajecie za patriotę? - ale ten szczur był odważny. 
- Prawdziwy patriota to ten kto własny kraj kocha jak matkę, a inne jak braci i siostry - Lawendycja też była uczennicą Pana Konidy.
- Dokończcie zdanie - drążył szczur - granice są potrzebne...
- ... aby łączyć i ubogacać człowieczeństwo narodów - dokończył Heniek.
- Dobrze, a teraz ostatnie pytanie: czy gdyby WSZYSCY mówili, że krowa może latać, a byłoby to kłamstwo, a ci co by je odrzucili, zostaliby wywiezieni do rezerwatu dla ciemnogrodzian i ,,antybostaurystów'', to czy wy byście też tak mówili, a jeśli nie to dlaczego? - ostatnie pytanie przyprawiło Heńka i Lawendycję o napad śmiechu.
- Ha, ha, ha, ha, kłamstwo nigdy nie jest poprawnością, ha, ha, ani polityczną, ani żadną inną, ha, ha, ha - Heniek był oblepiony zielonym szlamem; tak się tarzał ze śmiechu!
Oj, gdyby wrócili do Pawlaczycy, to dopiero mieliby co opowiadać! Kto to widział aby na początku drugiej połowy XX wieku w warszawskim kanale ściekowym, szczur robił test światopoglądowy dwojgu ludzi dopiero co uwolnionych z ubeckiej niewoli!
- No to za mną! - zakomenderował szczur i wszyscy poszli za nim, aż znaleźli się w budynku zachodnioniemieckiej ambasady.

*

Rudolf Scheker, otyły mężczyzna o czarnych, sumiastych wąsach, obudziwszy się, z wolna ogarniał umysłem cały ogrom czekającej go dzisiaj pracy, lecz czuł się ociężały i nie mógł wstać. Wreszcie się przemógł, przeciągnął i opuścił łoże. Z podkrążonymi oczyma stanął przed lustrem w łazience. Patrzy i widzi za sobą jakiś nos z marchwi, żółtą głowę i oczy niby z węgla. Przestraszony krzyknął i odwrócił się za siebie.
- Guten morgen, Herr Scheker - Strach na Wróble elegancko zdjął przed dyplomatą czarny kapelusz.



- Czy, czy jest pan z UFO? - wybąkał Niemiec.
- Rok temu rozmawiałem na weselu z kosmitami z planety Nopes, - ale jestem Strachem na Wróble, zwanym Ceta Polikarp i w kanalizacji rozmawiałem ze szczurem, który polecił mi pana jako sprawiedliwego człowieka - Herr Rudolf szczypał się do krwi w rękę myśląc, że śni.
- Proszę się nie bać - uspokajał go Strach na Wróble - nie przyszliśmy pana skrzywdzić, ale prosić o pomoc. Niech się pan ambasador przygotuje z tą swoją poranną toaletą, a pokażę swoich przyjaciół i powiem o co chodzi.
Niebawem w gabinecie Rudolfa Schekera, Strach na Wróble przedstawił wszystkie osoby.
- Ten Kosz na Śmieci to Radodydak... - zaczął.
- Klap! - odezwał się kubeł.
- To jest Czubek...
- Wow!
- ... a tak naprawdę Uk Tubajtyna, polski owczarek nizinny zakupiony na Ukrainie... - prezentacja trwała.
- ... to jest panienka Lawendycja Ewa Maria Solanescu - ta się skłoniła,- a ten nóż wbił się jej gdy miała osiem latek, a tu mam zaszczyt przedstawić jej męża, pana Gienricha Solanescu z Mołdawii. Ci państwo przyjechali do Warszawy na miesiąc miodowy. Pan Gienrich raczył sfałszować legitymacje z NKWD, ale z żoną wykorzystywał je do czynienia dobra; oczywiście to grzech fałszować dokumenty, ale zostali złapani przez ubeków Grzegorza Kufińskiego i Irosława Morskiego, którzy torturowali ich, a potem chcieli zabić... - ambasador słuchając omal nie zakrztusił się wodą sodową - ... czy pan ambasador wyobraża sobie trzymanie nagich ludzi w szafie, przypalanie ich, cięcie twarzy scyzorykiem - Strach na Wróble był bliski lamentu, a Schekerowi przypomniały się zbrodnie jego własnych rodaków i uznał, że musi zrobić cokolwiek aby pomóc państwu de Slony.
- Czy jest pan Rumunem? - spróbował zagadnąć do Heńka.
- Nie, jestem Mołdawianinem, a mój kraj teraz okupują Sowieci - odrzekł.
- No cóż - teraz Scheker lepiej się przygotował - nie wiem kogo nazywacie szczurem, który mówił o mnie, ale mimo wszystko dobrze trafiliście, bo też jestem przeciwnikiem komunizmu, polskiego i światowego libertyństwa i rządów Stalina, he, he, jestem dyplomatą i nikt mnie nie słyszy, to mogę ich wszystkich smarować ile wlezie, bo zasługują na to! - mówił chichocząc. - Pan Ceta Polikarp mówił, że to grzech fałszować dokumenty. Odnośnie mnie, to uważam, że na końcu jest grób, a za grobem nic nie ma, ale przed grobem łajdactwa nie zniosę. Spuśćcie się na mnie! - zapewnił o swych dobrych zamiarach. 
- To dobrze - odrzekł Strach na Wróble - czy mógłbym prosić o podwiezienie nas na południe na skraj Lasu? Dalej trafimy.
- Aber naturlich! - odparł Scheker i uścisnął dłonie Ceta Polikarpa i de Slony, a dłoń Lawendycji polskim zwyczajem pocałował. 
Wszystkich nakarmił, ubrał, pozwoliwszy wcześniej zażyć kąpieli, a wieczorem zawiózł na południe miasta, gdzie nasi uciekinierzy pożegnali się z dyplomatą i ruszyli w leśne ostępy. Państwo de Slony, a zwłaszcza Lawendycja żałowało, że taki człowiek był ateistą. 
- Mówił, że to dlatego, iż przeszkadza mu hipokryzja osób wierzących - tłumaczył Strach na Wróble.
Tymczasem Urząd Bezpieczeństwa szukał ich w ambasadach Rumunii i USA.
Powrót do Pawlaczycy był bardzo radosny i wręcz niemożliwy do opisania. Dość, że Pan Sołtys poprosił Księdza Dobrodzieja o nabożeństwo dziękczynne za szczęśliwy powrót do domu. Jednak tego dnia stało się coś bardzo złego. Radosne nabożeństwo miało się już wkrótce zmienić w koszmar - Dziadostwo wdarło się do Kościoła!

sobota, 2 listopada 2013

Dzień Zaduszny - Dyń Azenanimatis

,, [...] ten zaś, którego dzieło spłonie, poniesie szkodę, sam wprawdzie ocaleje, lecz tak jakby przez ogień'' - 1 Kor 3,15


Dzisiaj przypada święto tych, którzy pokutują w czyśćcu. Jak uczy Kościół dostają się tam dusze, które zmarły w stanie łaski uświęcającej, lecz z grzechem lekkim. Duszom tym, które czasami ukazują się żyjącym, by prosić ich o pomoc, można pomagać przez modlitwę, post, a w szczególności przez Eucharystię. Pierwsze osiem dni listopada to okazja zyskania odpustu za zmarłych. Warunki jego uzyskania to: nawiedzenie kościoła lub cmentarza, modlitwy ,,Ojcze nasz'' i ,,Wierzę...'', oraz modlitwa w intencjach papieskich.
Dusze czyśćcowe oczyszczają się dobrowolnie. Cierpią z miłości w ogniu rozpalonym przez wielką tęsknotę za Bogiem, a ich udręki zawsze mają swój kres. ,,Miłosierdzie tego nie chce, ale Sprawiedliwość każe'' - jak to ujęła św. Faustyna Kowalska. 
W klasyce światowej literatury, najbardziej znany obraz czyśćca sprezentował Dante w ,,Boskiej komedii''. Giovanni Boccaccio w ,,Dekameronie'' pisał o zazdrosnym mężu, którego ksiądz uwięził podstępem w piwnicy, wmawiając mu, że znalazł się w czyśćcu za zazdrość. 
Na zakończenie chciałbym podać ciekawostkę: kiedy paleontolodzy odkryli eoceńską małpiatkę nazwali ją ... purgatoriusem (łac. ,,purgatorium'' - czyściec),  ponieważ prace nad wydobywaniem i rekonstrukcją jej szkieletu były tak mozolne, że skojarzyły się z pokutą w czyśćcu.




piątek, 1 listopada 2013

Dzień Wszystkich Świętych - Dyń ov Evrayen Santyjen - Dien' Vsiech Sviatich

,,Życie się zmienia, ale nie kończy'' - p. Andreus ov Leovishiner



Z okazji dzisiejszego święta przerywam publikowanie ,,Pawlaczycy''. Jak co roku odwiedziłem dziś przepiękny Cmentarz Centralny w Szczecinie, odwiedzając groby Babci, Dziadka i zmarłej w niemowlęctwie cioci Grażynki. Jednak od porządkowania nagrobków znacznie ważniejszy w tym dniu jest udział w Eucharystii...
Tego dnia katolicy na całym świecie czczą pamięć ludzi, w których sercach dokonało się największe ze zwycięstw - zwycięstwo nad grzechem i którzy przebywają teraz razem z Chrystusem. W polskiej tradycji dzisiejsze święto ma konotacje zadumy i żałoby, a przecież nie jest to żadne Święto Zmarłych, ale Święto Żywych!!! Jest to święto Miłości triumfującej w tych, którzy poszli za Chrystusem. W Meksyku, gdzie tradycja aztecka przeplata się z tradycją hiszpańską, Dzień Wszystkich Świętych jest wyjątkowo radosny, a dzieci dostają makabryczne słodycze w kształcie czaszek. Z kolei w Rumunii - kraju, którym pasjonuje się mój przyjaciel Pavlas ov Vidłar, w miejscowości Maramuresz znajduje się ... Wesoły Cmentarz, pełen kolorowych, rzeźbionych nagrobków. 
Kult świętych istnieje u katolików, prawosławnych, oraz w obrządkach wschodnich. Odrzucają go natomiast protestanci w myśl zasady: ,,Soli Deo gloria''. Jako katolik podpisuję się w tej sprawie pod słowami św. Tomasza z Akwinu, który w dziele ,,Summa teologiczna'' wyróżnia trzy rodzaje czci:  latria - cześć boska przysługująca wyłącznie Bogu, dulia - cześć okazywana świętym i hiperdulia - cześć należna Maryi jako Matce Boga. Święty nie ma za zadanie przesłonić sobą Jezusa, ale do Niego prowadzić. Nabożeństwo dla poszczególnych świętych jest dla katolików dobrowolne, jednak cześć okazywana Maryi obowiązuje cały Kościół. 
Na chrzcie otrzymałem imię na cześć św. Tadeusza Judy; jednego z Apostołów i patrona spraw beznadziejnych. Gdy przystępowałem do bierzmowania myślałem by wybrać sobie jako patrona św. Alberta Wielkiego, lub św. Brendana, ostatecznie jednak zdecydowałem się na św. Tomasza Morusa. 
Negatywnym zjawiskiem mającym miejsce w okolicach Dnia Wszystkich Świętych jest panoszenie się święta Halloween. Jestem mu przeciwny z trzech pobudek:
- religijnych, ponieważ jest to święto obchodzone przez neopogan i składających ofiary z dzieci satanistów (krytyka ze strony biskupów i egzorcystów jest jak najbardziej uzasadniona, trzeba być ślepym aby tego nie dostrzegać, choć oczywiście nie wszyscy obchodzili wczorajsze święto w demonicznych intencjach),
- patriotycznych, ponieważ jest to święto obce i do obrzydliwości skomercjalizowane, gdy tymczasem zanikają piękne polskie tradycje noworocznego kolędowania i wielkanocnego chodzenia z dyngusem,
- wychowawczych; widziałem dzisiaj jak mojemu sąsiadowi, który nie dał dzieciom słodyczy, pomazano drzwi pastą do zębów; może uzna mnie Czytelnik za sztywniaka, ale dla mnie to się nazywa chuligaństwo; zresztą i bez Halloween wielu młodych Polaków ma problemy z szacunkiem do cudzego mienia.
Proponowaną przez Kościół alternatywą dla Halloween jest Bal Wszystkich Świętych. ,,Zło dobrem zwyciężaj'' - jak by to ujął św. Paweł. 
Z okazji Dnia Wszystkich Świętych, wszystkim Czytelnikom bloga, niezależnie od wyznania i światopoglądu, życzę abyśmy spotkali się w Niebie.

niedziela, 27 października 2013

Oniricon cz. IV

Śniło mi się, że:
- szedłem po Szczecinie w samych majtkach i wchodziłem do fontanny,



- Patrick Buchanan w książce ,,Śmierć Zachodu'' napisał o Ursuli Le Guin,
- w tramwaju stara kobieta w czerwonej kurtce kazała mi skasować bilet, a gdy jej powiedziałem, aby mnie nie pokazywała palcem, rzuciła się na mnie z pięściami,



- pewien chłopak był przez 9 lat opętany i przyjął związane z tym cierpienia dla ratowania dusz,
- do mojej klasy uczęszczał chłopak nie mający nóg, ubrany na pomarańczowo; nauczyciel postawił go na środku klasy i mówił, że ma godność, lecz Irenaus ov Kudlabicic pogardzał nim z powodu ułomności,



- prezydent Bronisław Komorowski w każdy piątek przyjeżdżał z żoną do Szczecina i siadał na schodach przed sklepem ,,Żabka'' na ul. Roosevelta aby przemawiać do szczecinian, raz słyszałem jak prezydent groził, że na stałe zamknie drogę do Parku Żeromskiego i byłem na niego zły z tego powodu,



- J. R. R. Tolkien w ,,Niedokończonych opowieściach'' napisał o królewnie Tatrze - pięknej, wysokiej blondynce o długich włosach, ubranej w białą suknię, z kryształową koroną na głowie, w tym śnie Tatra miała córkę, Tolkien napisał ponadto, że Attyla i chińska księżniczka Glicerynda siedzieli na tronach z jaj,



- na Wałach Chrobrego w Szczecinie razem z innym pisarzem udzielałem wywiadu starszej dziennikarce; gdy ta zapytała mnie o ulubionych bohaterów, odpowiedziałem, że są nimi Czarny Rogan i Ilja Muromiec ; powiedziałem, że lubię ich, ponieważ są to tacy męscy bohaterowie odcinający się od współczesnego metroseksualnego świata,



- w ,,Dziejach Apostolskich'' są wzmianki o walkach Oktawiana Augusta z Żydami, a także o Wergiliuszu i Owidiuszu,



- Andrzej Pilipiuk jadł kraba, a moja śp. Babcia nie wiedziała co to jest krab,



- Nicolae Ceaucescu posiadał broń atomową, która za milion lat skazi Polskę i Niemcy,



- w październiku chciałem napisać posta o Walentynkach,



- moim sąsiadem był muzułmanin Taval Paździoch - brat bliźniak Mariana Paździocha,



- latałem na czymś co przypominało miniaturowy statek kosmiczny i byłem w krainie zamieszkanej przez ludzi, dla których najważniejsze było fantazjowanie; ludzie ci czcili wszystkich bogów występujących w literaturze fantasy,



- w Odessie odbyły się szkolenia policjantów z Rosji, Ukrainy i Białorusi, podczas których wspominano Mieczysława F. Rakowskiego,



- w mojej szkole WF - u uczył gekon krągłopalczasty, a gdy zdechł, inni nauczyciele oddali mu cześć w swoim gronie.

sobota, 26 października 2013

W niewoli ubeków

[...] biedni – mieli nad nimi władzę, a bali się nawet myśleć.
Barbara Skarga Po wyzwoleniu



Na wstępie chciałbym powiedzieć, że ubecy; Grzegorz Kufiński i młodszy odeń Irosław Morski, którzy aresztowali państwa de Slony wieźli ich nie do więzienia, ale do własnej kwatery na ulicy Miodowej. Kufiński i Morski rezydowali w jednym z mieszkań w obskurnej kamienicy udając zwykłych lokatorów i jednocześnie dysponując ogromnym asortymentem aparatury podsłuchowej, co umożliwiało im szpiegowanie sąsiadów. Ci jednak nic nie wiedzieli na temat złowrogich konfidentów. Zapadł już wieczór, kiedy samochód zaparkował przed budynkiem. Ubecy wyciągnęli zeń ledwo żywych ludzi z mocno poranionymi głowami i w kajdankach zaprowadzili ich do mieszkania, gdzie zapalono światło elektryczne. Tam zdarli z nich ubrania, pobili, po czym zamknęli na klucz w ciemnej szafie bez odzieży ze szklanym wizjerem i otworem wpustowym. Byli już bardzo zmęczeni, toteż obiecali sobie, że przesłuchanie z torturami zrobią jutro.
Tak zaczęła się niewola ubecka państwa de Slony. Gdybym miał opisywać wszystkie ich cierpienia, to po prostu – na wołowej skórze by tego nie spisał! Codzienne bicie po nagim ciele, przypiekanie zapalniczką, rozcinanie ślicznej twarzy Lawendycji za pomocą scyzoryka, sypanie soli do ran, przesłuchiwanie w środku nocy, jawna obserwacja za pomocą kamery, oraz wylewanie do środka szafy zawartości nocników - aż strach to opisywać, bo nie wiem czy aby wszyscy Czytelnicy są w pełni władz umysłowych i czy czasem ktoś nie zrobiłby czegoś złego po lekturze tego fragmentu! Ubecy zerwali Lawendycji krzyżyk z szyi, lecz później zapomnieli go zabrać, toteż później pani de Slony włożyła go do otworu w głowie aby uchronić przed profanacją. Odnośnie wyżywienia, oprawcy dawali trochę chleba, z którego Lawendycja lepiła dla 



siebie i Heńka różańce niczym więźniowie łagrów. ,,Matko Bolesna, Matko cierpiących i opuszczonych, pomóż przebaczyć, pomóż przebaczyć. Proszę Cię, a sama nie jestem bez winy; korzystałam ze sfałszowanych dokumentów, z błahego powodu zwlekaliśmy z zostaniem matką i ojcem, ale przecież miłosierdzie Twoje co ocaliło Pana Konidę, nie może zezwolić, aby to trwało w nieskończoność! Racz skrócić nam mękę bo brak nam wytrwałości. O to tylko proszę, nie dozwól aby moje dziewictwo przypadło komukolwiek innemu niż Heńkowi, a jeśli nawet miałabym być zgwałcona, niech umrę zaraz potem... Bądź wola Twoja, nie moja...'' - ostatnie słowa wypowiedziała wśród łez. Po pewnym czasie ubecy odkryli różańce z chleba, zniszczyli je, a więźniom przestali dawać jeść, za to częściej bili i przesłuchiwali. Było tak aż zadzwonił telefon. 
- Zabici już? - pytał głos w słuchawce.



- Złapaliśmy ich - mówił Irosław - a teraz rano wymuszaliśmy zeznania, ale te zeznania to syzyfowa praca. Chcemy aby się przyznali do akcji dywersyjnej, oraz do terroryzmu, ale idzie jak po grudzie, zwłaszcza w przypadku tej baby z nożem w głowie. A co gorsze nie mogę jej zgwałcić bo mnie normalnie wstręt bierze jak patrzę na te blizny, sińce i rany i jeszcze ta dziura w głowie. Już moja teściowa lepiej wygląda - skarżył się Irosław.
- To czemuście ją oszpecili? - zachichotała słuchawka. - Głupi jesteście! Przesłuchanie nie jest konieczne, zabijcie ich, im szybciej tym lepiej, a na przyszłość uczcie się od prawdziwych mistrzów Urzędu Bezpieczeństwa! - słowa zostały wypowiedziane z naciskiem.
- Rozkaz panie komendancie! - służbiście zakrzyknął Irosław, po czym odłożył słuchawkę i powiadomił o wszystkim Grzegorza.
Nie będę tu opisywał zbrodni, która miała się dokonać; dość, że ubecy przygotowali sztylet, łańcuch i chlorowy wybielacz, oraz wyprowadzili jeńców z szafy. ,,Oboje umrzecie tego samego dnia i o tej samej godzinie'' - te usłyszane rok temu słowa były dla nich jedynym pocieszeniem.
Tymczasem w Pawlaczycy...
- Oj, cosik wielka ta Warszawa - mówił Łukasz do ojca - wyjechali w marcu, kwiecień się zaczął, a ich ani widu, ani słychu.
- Sam się tym dziwię niepomiernie i coś mi się widzi, że może być niebezpiecznie. Teraz Plaptonius mieszka chyba właśnie w Warszawie. Klęczał przede mną huncwot, ale on przewrotny i mściwy, może krzywdę zrobić - po tych słowach Pan Sołtys pociągnął łyk soku z rzepy, ale nie uspokoiło go to.



Martwił się jak sam to określił ,,niepomiernie'', ale od czego miał przyjaciół? Jednym z nich był Strach na Wróble. Był kukłą mającą (przynajmniej teoretycznie!) odstraszać ptactwo od smakowitych płodów roli. Stał wbity w ziemię na dwóch sękatych kijach imitujących nogi. Miał głowę zrobioną ze słomy (co nie znaczy, że miał w niej sieczkę w znaczeniu przenośnym!), dłonie wyrzeźbione z brzozowych kijów, oczy z węgli, a nos z marchwi niczym jakiś bałwan, nosił czarny, znoszony kapelusz i dziurawą kapotę, którą pokrywały pstrokate łaty. Rok temu na weselu, oprócz funkcji ,,bodyguarda'', pracował jako tłumacz, był bowiem znawcą języka starokrasnego.
- Dzień dobry, kumie Ceta Polikarpie! - pozdrowił go Pan Sołtys.
- Dzień dobry, Panie Sołtysie - odparł Strach na Wróble. - W czym mógłbym pomóc?
- A głupia sprawa! - Pan Sołtys zdjął cylinder i drapał się po głowie. - Widzisz pan, kumie, bo moja córka i zięć pojechali do Warszawy i miesiąc mija, a nie wracają. Czy byłby kum tak miły, aby też tam pojechać i sprawdzić czy się dobrze mają?



- Ależ oczywiście! - odparł Strach na Wróble. - Zawsze do usług Pana Sołtysa. Wezmę ze sobą Kosz na Śmieci, tego Radodydaka, przed wojną z Warszawy go przywieźli, a on się upiera, że jest z Krakowa. Patrzcie go! Jest blaszanym kubłem na śmieci, a cierpi na manię wielkości!
- Nie on jeden, nie on jeden... - westchnął Pan Sołtys.
Jak uradzono tak zrobiono. Strach na Wróble przytroczył blaszany pojemnik, porozumiewający się jedynie za pomocą dźwięku ,,klap - klap'' do szczecińskiego motoru po czym coś w nim majstrując, sprawił, że ,,Junak'' wyleciał w powietrze i cały dzień unosił się nad Lasem. Wreszcie wieczorem, trzeciego dnia opadł na ziemię i się rozbił, a nasi bohaterowie znaleźli się na przedmieściach Warszawy. Tu Strach na Wróble zaciągnął języka u różnych zwierząt, aby dowiedzieć się o miejscu pobytu Lawendycji i Heńka. Potajemnie uwolnił ze schroniska Czubka i wszyscy trzej ,,po nitce do kłębka'' udawali się na Miodową. Szli unikając światła latarń, aby nie wzbudzać sensacji, choć różnie z tym bywało. Czubek z trudem powstrzymywał się od szczekania, Kosz na Śmieci niemiłosiernie brzęczał, a Strach na Wróble mimo woli przestraszył kierowcę ciężarówki, który przypomniawszy sobie o alkomacie, szukając go zjechał na chodnik. Innym razem jakiś milicjant przerażony strzelał na oślep do Stracha na Wróble i Kosza na Śmieci, na szczęście nie raniąc Czubka. Kiedy nasi przyjaciele dotarli na Miodową, było już rano. Wszyscy trzej stali teraz na klatce schodowej. Chciałbym zaznaczyć, że była to bardzo zaniedbana kamienica, potrzebująca remontu, z obsypującym się tynkiem, z ciągle psującymi się urządzeniami takimi jak kran, czy kuchenka gazowa. W domu tym synantropijnych owadów i gryzoni było więcej niż ludzi. Oni zaś stali na słomiance przed drzwiami podejrzanego mieszkania 8 A. Zapomniałem powiedzieć, że razem ze Strachem na Wróble przybył tu jego przyjaciel; konik polny.



- Spróbuj porozmawiać z miejscowymi wszami, może one coś wiedzą - polecił.
Konik polny zeskoczył na słomiankę i spotkał się z wszami, które piły krew Lawendycji (w Pawlaczycy od dawna nikt już nie miał wszy dzięki postępom higieny).
- Dzień dobry - zagadnął uprzejmie - czy znacie panią Lawendycję de Slony i jej męża Gienricha S.? Słyszałem, że przebywają teraz w mieszkaniu 8 A? - czy widział ktoś równie uprzejmego insekta?
- A panu co do tego? - wesz opryskliwie odpowiedziała pytaniem na pytanie.
- Bardzo panią przepraszam - mówił konik polny, - ale oni są tu podobno uwięzieni przez UB, a ich życie znajduje się w niebezpieczeństwie.
- To raczej my jesteśmy niebezpieczne, bo możemy zainfekować tyfusem - powiedziała wesz.
- Błagam panią - nalegał szarańczak - czy państwo de Slony są w mieszkaniu 8 A?
- Chodzi panu o kobietę z jednym czułkiem? - wesz przeszła do konkretów. - Oczywiście; piję krew dwóch nagich ludzi płci obojga trzymanych w szafie, kobiety z tym czułkiem i mężczyzny. Czy jest pan zadowolony? - zapytała.
- Ach, dziękuję, nawet pani nie wie jak bardzo jestem pani wdzięczny! - krzyknął zielony owad i radośnie wskoczył na kapotę Stracha na Wróble.
Ten wysłuchał informacji, po czym przeszedł do wydawania poleceń.
- Niech Kosz na Śmieci ułoży się w poziomie i będzie gotowy do wyrzutu klapy w stronę przeciwnika - komenderował.
- Klap, klap - ten w odpowiedzi zastukał pokrywką.
- A ty, Uku Tubajtyna masz nie skomlić, ale ustawić się za Radodydakiem. Teraz nie szczekaj! Zrozumiałeś? - zapytał.
- Wow! - odparł pies.
Ceta Polikarp szukał czegoś w kieszeni kapoty, a gdy znalazł i zobaczył, że dwóch kompanów zajęło właściwe pozycje, mamrotał chwilę:
- Niech i tak będzie... Czego się nie robi dla panienki Przeciwmolówki! Odwagi. ,,Atrit, patrit, agej''! - każde z tych trzech słów ilustrował wystrzał z pistoletu w zamek od drzwi i oba zawiasy. Drzwi z hukiem opadły na podłogę, a w pokoju więźniowie byli niemniej zdumieni od swoich oprawców. Grzegorz ze sztyletem pochylał się nad Lawendycją, a teraz zrobił wielkie oczy. Pobladłymi wargami szepnął do drugiego ubeka:



- Reakcyjni Amerykanie musieli zmajstrować jakieś zmyślne androidy! Te, Irosław na co czekasz? Strzelaj!
Jednak morski choć już wyciągnął pistolet, poczuł, że klapa od śmietnika leci w jego kierunku i wytrąca mu oręż z ręki, a z całej siły uderzywszy Kufińskiego, sprawiła, że jego sztylet w pędzie wybił szybę i wyleciał przez okno. Ubecy leżeli na dywanie a Strach na Wróble podbiegł, aby rozwiązać państwa de Slony. Za nim nadbiegł Czubek i powitaniom zdawało się nie być końca. Można było odnieść wrażenie, że pies już się nie da oderwać od swoich państwa. Po chwili Irosław wstał i zaczął się skradać z krzesłem, aby zatłuc ich wszystkich. Jednak dzielny owczarek nizinny poczuł podejrzany zapach i ugryzł Morskiego w genitalia, a klapa od Kosza na Śmieci wybiła mu z rąk krzesło, które uderzywszy w ścianę potłukło szybę ochraniającą na portrecie Stalina. Obraz spadł na podłogę. Wtem do akcji wkroczył Kufiński. Cały drżący i spocony dzierżył w ręku kanister z benzyną.
- Teraz wykończę i terrorystów i ich androidy i psa... - mruczał.
Stanął przed nim Strach na Wróble.
- Nie boję się! - nadrabiał miną Grzegorz, pod którym trzęsły się nogi. - Spalę was, a ten pistolet to straszak!
- Ja jestem straszak - mówiła kukła, - ale czy pistolet? Sprawdźmy to!
Po tych słowach nacisnął spust i wystrzelił prosto w kanister. Ubek nie czekał dłużej. Jeszcze przed zapłonem wyrzucił kanister za siebie, a ten trafiony kulą wybuchł za oknem. Co to było! Ognista łuna za oknem oświetlająca mieszkania, natychmiastowe spalenie firany i całkowite osmalenie szyb i okien. Następnie Kosz na Śmieci wskoczył mu na głowę i obalił na podłogę.
- Teraz poniesiecie odpowiedzialność za wszystkie wasze zbrodnie - grzmiał Strach na Wróble. - Widzę, że chcieliście zamordować panienkę i pana Gienricha, na to jest tylko jedna odpowiedź: Śmierć!
Blady strach padł na obu zbirów; mieli być katami, a teraz będą ofiarami i to ofiarami amerykańskiego androida! Co za koszmar!
- Łaski! My już nie będziemy! To państwo nas zmusiło! Zmiłuj się!
- Kto sam nie zna miłosierdzia - podjął Strach na Wróble - niech go nie wymaga od innych.
- Litości! - krzyczeli Kufiński i Morski.
- A wy gdzie mieliście litość - spytał Strach na Wróble - kiedy mordowaliście tylu niewinnych ludzi, wy sowieccy kolaboranci; teraz za swoje zbytki i Grzegorz i Irosław pójdzie do piekła bo jest brzydki!
Tymczasem Lawendycja i Heniek oszołomieni leżeli na dywanie. Irosław błagając o przebaczenie i wstawiennictwo, całował nogi Lawendycji, które wcześniej przypalał zapalniczką.
- Przestań psie, ślinić moją żonę! - zganił go Heniek, a Strach na Wróble już celował z pistoletu.
Jednak Lawendycji zrobiło się żal stalinowskich katów, którzy niegdyś cięli jej twarz scyzorykiem, a teraz skomleli o miłosierdzie.
- Oszczędź ich - prosiła słabym głosem, czepiając się kapoty.
- Tego nie mogę zrobić - zdziwił się Strach na Wróble - to są kaci, mordercy, kolaboranci, chcieli zabić panią i pani męża, a teraz najmniejsze zadrapanie waszych ciał będą zmywać potokami swojej krwi!
- Ale nie zależy nam na ich śmierci! - oponowała Lawendycja.
- To pani tak myśli, a mąż może inaczej, więc proszę nie używać słowa ,,my''.
- Przebacz im, bo ja przebaczam! - rozmowa trwała dalej.



- A słyszała pani o Norymberdze? Tam właśnie było miejsce dla takich jak oni huncwotów!
- Klap! - potwierdził Kosz na Śmieci.
- Przyłączam się do decyzji mojej żony. Uwolnij ich! - powiedział Heniek.
- Pan też? - zdumiał się niedoszły egzekutor. - Przesadzacie z tym  miłosierdziem! Kara musi być! Ale dobrze, daruję im życie. Chciałem ich zabić aby was wypróbować! - po tych słowach wziął łańcuch i przywiązał nim obu ubeków do stołu.
Następnie zanurzył brzozową dłoń w kieszeni kapoty i wyjął z niej słoik tajemniczej, złocistej substancji.



- To jest miód z kwiatu paproci zrobiony przez Pszczółkę Maję - mówił Strach na Wróble - przed państwem długa droga, więc możecie trochę tego zjeść.
Państwo de Slony zjedli a wtedy zniknęły wszystkie blizny, sińce i rany, odrastały wybite zęby, znikał też brud. Hałas w mieszkaniu 8 A zwabił wielu ciekawych lokatorów. Tymczasem Strach na Wróble przeprogramował aparaturę podsłuchową i zaczął przemawiać przez głośnik.
- Ludzie, ludzie, słuchajcie! - mówił, a lokatorzy się dziwili. - W tym mieszkaniu 8 A, wasi sąsiedzi Grzegorz Kufiński i Irosław Morski są bandytami z Urzędu Bezpieczeństwa, którzy was szpiegują notorycznie za pomocą aparatury podsłuchowej, którą właśnie przeprogramowałem, aby do was przemówić. Teraz są przywiązani do stołu, ale wcześniej chcieli tu zamordować dwoje ludzi, którzy przyjechali tu na miesiąc miodowy! - w budynku na Miodowej zrobił się zator, a ubekom zrobiło się słabo. Lokatorzy przynieśli nieużywane już ubrania, oraz dali żywność naszym bohaterom. Był już wieczór, kiedy zadzwonił telefon od komendanta:
- I jak? Zabiliście ich? Wiecie co zrobić z ciałami? - pytała się słuchawka.
- Jeszcze Polska nie zginęła! - powiedział do telefonu Strach na Wróble.
Tymczasem przez okno wyleciał blaszany śmietnik z Czubkiem w środku.