,,Nikt
(‘Święty Nikt’, łac.
‘Historia Neminis’, ang. ‘John Nobody’), satyryczna legenda
występująca u ludów europejskich do XII w.: ‘święty Nikt’
będąc ‘bez grzechu’, dokonuje tych wszystkich wielkich i
dobrych czynów, jakim według biblji ‘nikt’ nie podoła’’ -
,,Encyklopedia Powszechna Wydawnictwa Gutenberga tom 11 Moroksyt do
Optyka’’

Pierwszą
parę Neurów o imionach Leu i Veder zrodziła
Dziewanna Šumina
Mati pod koniec ery siódmej nad rzeką Ner. Istoty te podług swej
woli mogły przybierać postać ludzką lub wilczą, przeto nazywano
je też wilkołakami. Wielu mężów z rasy Neurów w ludzkiej
postaci miało łyse głowy i
zrośnięte
brwi. Idąc za przewrotnymi radami smoka Rykara, który zawsze
pragnął zguby dzieci Ageja, Neurowie powstali przeciw Lynxom;
ludziom o głowach rysiów. Mordowali ich i
żywili
się ich ciałami tak jak wcześniej Lynxowie czynili Żbiczanom, a
Żbiczanie Zajęczanom, aż zniszczyli ich cywilizację. Na początku
ery ósmej ich król wraz ze swym ludem wyrzekł się smoka Rykara i
powrócił
do Ageja oraz Enków: Boruty, Dziewanny, Welesa, Chorsa –
Srebronia, Wiłkokuka i
Ovova
Tęczookinsona. Neurowie uleczeni przez Złotą Babę z wścieklizny,
założyli rozległe państwo ze stolicą w Białej Wieżym ciągnące
się od Sonoru za zachodzie po Góry Toropii Leuty na wschodzie. Z
wolna zatracali pierwotną dzikość, zamieniając się w wilki
jedynie z okazji świąt. Założyli Uczelnię – Szkołę Szkół,
urządzali igrzyska sportowe, a nawet budowali statki latające,
którymi potrafili dolecieć aż na Księżyc. Spośród wielu legend
jakie powstały w erze ósmej istniała też taka, która opowiadała
o Neurze imieniem Nyti czyli Nikt.
*

Nyti
żył za panowania króla Warkota syna Szaryna. Powiadano, że w jego
piersi biło serce obrośnięte w kłaki, dar Welesa. Miało mu ono
zapewniać siłę, szybkość i
wytrzymałość
jeszcze większe niż to zwykle bywa u Neurów, wyostrzać zmysły i
potęgować
moce wieszcze. ,,Do
dziś nie wiemy czy legenda ta jest prawdziwa, bowiem żaden medyk
nie przeprowadził sekcji jego zwłok’’
- zastrzegł anonimowy autor ,,Gesta
hybridorum’’.
Siłą woli odmieniał postać na wilczą lub człowieczą. Jako wilk
miał szare futro i świecące
w mroku złote oczy. Potrafił przeskoczyć rzekę Odirnę, przegryźć
pancerz żółwia, znał też ziołowe leki na ukąszenia żmij,
hydr, bazyliszków i neomysów.
Kiedy przybierał kształty podobne ludzkim, stawał się barczystym
junakiem o łysej głowie, złoto – miedzianej brodzie zaplecionej
w siedem warkoczy na cześć siedmiu mocy Jarowita i nieodmiennie
złotych oczach. Na szyi nosił zawieszoną podkowę – dar
zaprzyjaźnionego centaura Dalibora, najeżoną żelaznymi kolcami,
którą wykuły karły z Rohatyńca. Jego obnażony tors zdobiło
wykonane czarną farbą malowidło przedstawiające Borutę w wilczej
postaci i jego syna;
białego wilka Ovova Tęczookinsona atakujących z obu stron smoka
Stujara. Nosił czarne szarawary przepasane szerokim czerwonym pasem.
W ludzkiej postaci walczył nabijaną krzemieniami maczugą Łupigłową,
ciężką jak smok i trzy wieloryby.
Nie potrafił jej unieść nawet najsilniejszy olbrzym, lecz dla
Nytiego była lekka jak piórko. Imię Nyti znaczyło w mowie Neurów
i krasnoludków
Nikt, bowiem nikt inny nie był władny dokonywać
takich czynów jak on.
*
Izalia,
dwunastoletnia córka bana Nurova z Radohyża, w ostatnich dniach
ciężko zaniemogła co rzadko kiedy zdarzało się Neurom. Biedaczka,
zwykle skora do zabaw na świeżym powietrzu i uganiania
się za rączą zwierzyną, teraz leżała całymi dniami w łożu,
cierpiąc jednakowo w postaci ludzkiej i wilczej. Bolała
ją głową jak również brzuch. Ciało trawiła wysoka gorączka, a
dopisujący zwykle wilczy apetyt był teraz jeno wspomnieniem. Na
domiar złego złośliwa Zmora trapiła i tak już udręczoną
Izalinę koszmarami. Ban Nurov i matka
dziewczęcia
; Pelpina z rodu Skowyrskich, drżeli o życie swej ukochanej córki
i każdego wieczora groźnym
warczeniem odpędzali spod okien czarne króliki, które niosły na
barkach trumnę dla Izaliny, zawodząc przy tym ponure pieśni. Na
próźno rodzice zwracali się o pomoc do wraczy i znachorów z
najróżniejszych ras rozumnych; do kapłanów Złotej Baby, wreszcie
do magów i szarlatanów. Izalia
tocząc pianę z ust gasła w oczach gdy w jej komnacie zjawił się
wracz Obolałek, a był to krasnoludek. Długo mierzył puls chorej
dziewczynie, szczególowo wypytywał jej rodziców o to co przed
chorobą jadła i piła oraz
o to czy nikt nie rzucił na nią uroku, sumiennie przebadał węchem,
wzrokiem i smakiem pobrane
próbki jej wydalin, aż w końcu kręcąc siwą głową, oświadczył
poważnie.
-
Pacjentce pomóc może jedynie maść z trzystu ziół – rzekł
stanowczo krasnoludek.
-
Gdzie taką możemy dostać? - spytał rzeczowo ban Nurov.
-
To nie takie proste – cmoknął strapiony wracz. - Maść
przechowywana jest w srebrnym puzderku w kształcie muszli perłopława
ukrytym pod Piesogórą – był to masyw górski, wokół którego
raz w roku psy gromadziły się, aby wyć na cześć swej pramatki
Żweruny.
-
Najmę mocarzy z rodu cara olbrzymów Światogora, aby przesunęli
górę! - zawarczał ban Nurov.
-
Niestety; składa się ona ze skały tak ciężkiej, że
najsilniejsze olbrzymy nie zdołają przesunąć jej choćby na piędź
– rozczarował go doktor Obolałek.
-
No to rozkażę kretoludkom, Jeżeviczanom, Króliczanom i innym
kopaczom,
aby wykopali tunel pod Piesogórą! - twarz bana Nurova z gniewu
przybrała czerwony kolor.

-
Wiedz, banie, że wielu próbowało zrobić podkop pod Piesogórą,
ale i te wysiłki
okazały się daremne. Puzderka z maścią strzegą mrówki; duże i
kąśliwe,
a w boju zajadłe. Zjadły żywcem mamuta Kretomira i dwóch innych
mocarzy, psa Evara i kota Cavalirusa, którzy próbowali się tam
dostać. Ocalał jeno ich towarzysz, Oślik Białasek, który
opowiadał, że ma tam swe leże królowa wszystkich mrówek na
świecie, która jest czarna jak smoła i ogromna
niczym smok, na głowie zaś nosi złotą koronę. Z mandatu Welesa
strzeże nieprzebranych pokładów złota, srebra, drogich kamieni,
kadzidła i właśnie
owej maści cudownej, która jako jedyna może uleczyć twoją córkę,
panie. Jednak Królowa Mrówek nikomu nie zwykła udzielać swych
bogactw. Przykro mi, ale zrobiłem już wszystko co w mojej mocy i
teraz pomóc może już tylko cud – zwiesił głowę krasnoludek,
któremu szczerze żal było młodej i pięknej Izalii.
-
Musi być jakiś sposób! - zawarczał gniewnie ban Nurov na moment
przybierając postać wilka, aż przestraszony Obolałek wziął nogi
za pas.
Podczas
gdy jaśnie pani Pelpina ze swymi dwórkami zanosiła modły do Ageja
i Enków, ban
Nurov rozsyłał wici do wszystkich swoich wasali, zwołując ich na
wyprawę po maść tkwiącą w korzeniach Piesogóry. Nieurowie nigdy
nie należeli do istot bojaźliwych, jednak tym razem wszyscy wasale
bana położyli uszy po sobie i podkulili
ogony, na
gwałt szukając wymówek, aby tylko nie wziąć udziału w wyprawie.
Piesogóra ich przerażała czemu zresztą trudno było się dziwić.
Każdy z nich wolałby zmierzyć się z rozsierdzoną strzygą czy
kikomorą niż być pożeranym żywcem przez mrówki.
-
Czasem są takie sytuacje, że nic nie da się zrobić… - próbował
perswadować zrozpaczonemu ojcu jego wasal Rapidus Bury, lecz ban
Nurov przepędził go kłapiąc zębatymi szczękami.
Wielki
frasunek i
zgryzota
zapanowały w dworcu w Radohyżu. Życie uchodziło z nieszczęsnej
Izalii, a luta Mar – Zanna stanęła uśmiechnięta złośliwie w
kącie gładząc zimną dłonią oścień z sopla lodu i czekając
niecierpliwie
kiedy będzie mogła wrazić
go w serce dzieweczki. Nie doczekała się.
Była
godzina ósma rano gdy do drzwi dworca zakołatał złotooki mąż o
głowie łysej i
miedzianej
brodzie zaplecionej w siedem warkoczy.
-
Jestem Nyti syn Belojara i pomogę twojej córce, banie! - zaczął
bez wstępów.
-
Dziwne imię… Nyti czyli Nikt… - wymamrotał ban Nurov. - Czy
przyszedłeś pomóc czy raczej naigrywać się z cierpień naszej
rodziny?
-
Przyszedłem pomóc – warknął Nyti. - Zaprzyjaźniony kruk
powiedział mi o całej sprawie.
-
Jak niby chcesz tego dokonać? - ban Nurov tyle razy doznał
rozczarowania, że zabrakło mu już nadziei.
-
Pozwól mu spróbować, może to Agej i Enkowie
nam go zesłali – wtrąciła mądra Pelpina matka Izalii.
-
Jeśli uzdrowisz moją córkę, dam ci ją za żonę! - obiecał ban
Nurov, który nie zwykł rzucać słów na wiatr.
Nyti
nie słuchał, jeno wybiegł za drzwi jakby unoszony na skrzydłach
Pochwista – Striboga. Stanął przed Piesogórą i natarł się
dokładnie smoczym sadłem, aby uczynić swe ciało niewrażliwym na
ukąszenia mrówek. Następnie napiął muskuły i z wszystkich sił
naparł na górę. Z wysiłku sapał i stękał, a pot spływał po
jego plecach niczym rzęsisty deszcz. Jednakże dzięki sile zaklętej
przez Enków w jego kosmatym sercu, dokonał tego co było
niemożliwym nawet dla największych mocarzy z rasy olbrzymów.
Powoli, lecz systematycznie przesunął Piesogórę na bok. Kiedy
zziajany wywiesił jęzor, oczom jego ukazał się ogromny lej
prowadzący w głąb ziemi.
-
Raz
kozie śmierć! - warknął Nyti i skoczył
w nieprzeniknioną ciemność.
Miast
na wzrok musiał się teraz spuścić na wyostrzone skądinąd zmysły
węchu i słuchu. Mrówki wyczuwały, że jest wysmarowany od stóp
do głowy smoczym sadłem i unikały go. Tak Nyti przeskakiwał na
coraz to niższe poziomy, aż trafił na samo dno leja. Pradawne
opowieści okazały się wiarygodne. Królowa wszystkich mrówek
świata była czarna jak noc i większa niż najroślejszy tur. Jej
głowę zdobiła złota korona z wprawionymi w nią drogocennymi
kamieniami, których blask rozświetlał mroki podziemia. Jedną z
kończyn dzierżyła długi na piętnaście łokci posoch z kości
słoniowej pokryty warstwą złota i zwieńczony figurką mrówki o
oczch z rubinów. Niczym na tronie zasiadała na ogromnej stercie
złotych i srebrnych monet, pereł, bursztynów, szlachetnych i
półszlachetnych kamieni łącznie z najdroższymi i najrzadszymi z
nich – białymi alatyrami, posążków z kości słoniowej oraz
naszyjników z platyny. Wokół niej uwijały się miriady jej
poddanych, a zarazem dzieci – mrówek czarnych, czerwonych,
brązowych, żółtych, a nawet zielonych i białych. Potężne
żuwaczki Królowej Mrówek w przeszłości nieraz spływały krwią
intruzów, nawet tak potężnych i lutych jak smok Rozdrap, amfisbena
Parkuda czy samiec mantykory Borkojar. Teraz jednak wyczuwając za
pomocą czułków, że w piersi Nytiego bije kosmate serce, jako
jedynemu nie okazała mu wrogości, jeno chętnie i bez zwłoki dała
mu puzderko z maścią dla wyleczenia Izalii. Powiada łokis
Głupiśmiech w jednym ze swych wierszy, że Królowa Mrówek
zgodziła się dać Nytiemu maść cudowną w zamian za obcowanie z
nią cieleśnie na miękkim łożu z kadzidła. Neur miał się
zgodzić dla ratowania nieszczęsnej Izalii i napełnił trzewia
Królowej Mrówek swym nasieniem. Ponoć zniosła później jaja, z
których miały się wykluć stwory zwane mrówkowilkami łączące
części ciał obu tych zwierząt. Trzeciego dnia wieczorem Nyti
wydostał się z leja niosąc w sakwie puzderko z maścią. Lotem
sokoła pobiegł do bańskiego dworca i zastukał kołatką.
-
Przynoszę lek dla twojej córki, banie – wydyszał nie skrywając
radości.
-
Teraz to musztarda po obiedzie – warknął gniewienie ban Nurov. -
Spóźniłeś się. Moją Izalię, bezlitosna Mar – Zanna przebodła
swym lodowym ościeniem. Doceniam twój trud – dodał łagodnie,
ale nie myśl, żeś cudotwórcą.
-
Królowa Mrówek rzekła mi, że maść potrafi nawet zmarłych
zawracać z Nawi znów na ścieżkę życia – zaoponował Nyti.
-
Daj mu szansę; nic nie mamy już do stracenia – poprosiła pani
Pelpina, zaś ban przystał na jej prośbę.
Za
radą Nytiego pani Pelpina wzięła maść i z pomocą swych
służebnych natarła nią rozebrane ciało Izalii. Kiedy skończyły,
spostrzegły, że blada twarz dziewczyny nabrała rumieńców. Izalia
otworzyła oczy i usiadła na brzegu łóżka.
-
Mamo! Dlaczego jestem goła? - zapytała nie kryjąc zdziwienia. -
Miałam taki dziwny sen; płynęłam łódką po podziemnej rzece, a
sternikiem był wycharsły mąż w sowiej masce okryty płaszczem z
piór puszczyka…
-
Już wszystko dobrze, córeczko – pani Pelpina roniąc łzy radości
przytuliła mocno swą pociechę i obie samki wilczym zwyczajem
lizały się po twarzach.
Ban
Nurov uścisnął mocno dłoń Nytiego.
-
Za twój szlachetny junacki trud dam ci najwyższą nagrodę na jaką
mnie stać; rękę mojej córki!
-
Nie zrozum mnie źle, banie – odrzekł Nyti – ale nie pragnę
Izalii za żonę.Jest dla mnie za młoda, sądzę też, że jako
wolna i rozumna istota sama powinna podjąć decyzję czyją zostanie
oblubienicą. Przy moim boku raczej nie byłaby szczęśliwa.
Ban
Nurov słuchając tej zuchwałej w jego mniemaniu mowy, rodziawił
szeroko usta pełne wilczych kłów, po dłuższej chwili jednak
zrozumiał powody odmowy.
-
Racz w takim razie, szlachetny junaku, przyjąć inną nagrodę.
Zapraszam cię na ucztę! - Nyti przyjął zaproszenie i przez trzy
dni i noce pochłaniał pieczyste z dzików, gulasz z jelenia, mięso
bobrów, świstaków, zajęcy i królików, kuropatwy, jaszczurki,
żółwie oraz wszelkie inne przysmaki, które służba z trudem
nadążała wnosić.
*

,,Każde
zwierciadło jest magiczne; jedne w mniejszym, inne w większym
stopniu. Spozierając
w ich tafle czarownice i magowie
dostrzegają rzeczy zakryte dziejące się w zamierzchłej
przeszłości lub przyszłości, w odległych krainach bądź też
nawet w światach istniejących równolegle do naszego. Istnieją
opowieści o pustych zwierciadłach, które niczego nie odbijają,
albo też o takich, które w określonych godzinach stanowią bramy
do zaświatów. W lsutrach czasem ukazują się Enkowie, zwłaszcza
Boruta w Leśną Noc, kiedy na dworze wśród trzaskającego mrozu i
grubej warstwy śniegu
kończy się stary rok, a zaczyna nowy. Częściej jednak wpatrując
się zbyt długo w zwierciadło ujrzeć w nim można Čorta.
W erze jedenastej na Dalekim Zachodzie żyła próżna panna Estella
von Hapir, która spędzając całe dnie na podziwianiu swego
oblicza, w końcu któregoś poranka, kiedy zwlekała z zejściem na
śniadanie, zamiast swej twarzy ujrzała w lustrze wypięty zadek
bezwstydnego Čorta, co
też bardzo ją wystraszyło’’ - Nils Korabieńczyk ,,Księga
zwierciadeł’’

Nyti
goszcząc w modrzewiowym dworcu żupana Nyrii Huana z chutoru
Warkunowa przy pucharze kumysu sprowadzonego z Księżyca usłyszał
historię napełniającą serce smutkiem.
-
Minął już rok odkąd moja córka Bieliza przepadła niczym kamień
w wodę na zawsze pogrążając mnie w żałobie – łamiącym się
głosem opowiadał żupan Nyria Huan; utrata ukochanego dziecka
stanowiła bolesny cios nawet dla twardych serc Neurów. - Wielce
urodna była moja panienka. Włosy miała bialutkie niczym śnieg
albo futro naszego patrona, czcigodnego Ovova Tęczookinsona. Dlatego
właśnie razem z żoną nadaliśmy jej imię Bieliza. Miała też
jasną cerę i piękne sowie oczy świecące w ciemności. Kiedy
zamieniała się w wilczycę pokrywało ją białe futro. Była
równie piękna jak dobra, radosna i pełna życia; nawet sarenki jej
się nie bały. Kiedy przepadła, poczułem, że wielka szponiasta
łapa wydarła mi serce z piersi.
-
Czy mogę wiedzieć w jakich okolicznościach twoja córka znikła? -
taktownie zapytał Nyti.
-
Moja Bieliza miała tylko jedną małą wadę: zbyt długo
przesiadywała przed wielkim zwierciadłem w swym pokoju podziwiając
swą urodę. Któregoś wieczora z lustra wynurzyła się para
szponiastych łap pokrytych siną skórą. Złapały moja córeczkę
za włosy i pierś po czym wciągnęły ją w głąb lustra. Nikomu
teraz nie uda się jej przywrócić naszemu światu. Nawet Enkowie są
bezrdni – dodał ciszej żupan.
-
Powiem niskromnie, że dlatego zowię się Nyti, bo moimi rękami
Agej i Enkowie dokonują czynów, którym nikt inny nie jest w stanie
sprostać. Niegdyś odważyłem się wejść do głębokiego leja pod
Piesogórą gdzie mieszka Królowa Mrówek, tak teraz nie stchórzę
przed wyprawą do lustrzanego świata!
-
Spróbuj, chrobry junaku – pokiwał głową żupan – i niech cię
wszyscy Władcy Matecznika mają w opiece.
Nyti
do połowy zamieniony w wilka skończył właśnie pałaszować
gotowaną kurę z rosołem i kluseczkami, po czym prowadzony przez
żupana skierował się w stronę pokoju jego córki. Oczom Nytiego
ukazało się niezaścielone łoże, półki z książkami spisanymi
na brzozowej korze, zawieszony nad łóżkiem obraz Dziewanny Šumina
Mati karmiącej z obu piersi Leu i Veder – prarodziców rasy Neurów
oraz ołtarzyk z drewnianymi figurkami Ovova Tęczookinsona i jego
brata Wiłkokuka. Uwagę przyciągnęło olbrzymie stojące lustro w
rzeźbionych ramach zakryte fioletową materią. Żupan zerwał
płachtę odsłaniając matową taflę.
-
Powodzenia – rzekł smutno żupan i wyszedł zamykając za sobą
drzwi.
Nyti
wyszeptał zaklęcie w mowie krasnoludków, lecz nim skoczył do
lustra, ujrzał jak zza czarnej kotary wyszedł rosły basior o siwej
sierści i czerwonych ślepiach.
-
Ktoś ty? - spytał Nyti zachodząc w głowę jakim cudem ów basior
zjawił się w pokoju nieszczęsnej Bielizy.
-
Jestem Volk, przyjaciel – przedstawił się siwy wilk.
-
Jak się tu znalazłeś? - dopytywał Nyti.
-
Przybiegłem tam gdzie mnie Agej posłał – uciął Volk. -
Będziesz potrzebował przewodnika, a świat za lustrem nie jest mi
cudny. Wiedz, że Bielizę porwał Jazyd – Čort srogi i uwięził
ją w zamku zbudowanym z luster. Grozi jej marny los niewolnicy tego
łotra; los gorszy od śmierci…
-
Nie mogę się doczekać, ażeby zatopić kły w jego gardle! -
warknął zapalczywie Nyti.
-
Miast strzępić ozory po próżnicy ruszajmy w drogę! - przerwał
jego wywody Volk po czym dał susa w taflę lustrzaną.
Nyti
podążył niezwłocznie w ślad za nim. Obaj Neurowie znaleźli się
w świecie przejmująco zimnym i smutnym jak grobowiec. Niebo miało
postać przezroczystej kopuły z grubego szkła. Nie było na nim
chmur ani ptaków. Drzewa o czarnych, poskręcanych pniach na
gałęziach zamiast liści miały ostrza brzytew, zaś zamiast owoców
rosły na nich zbielałe zwierzęce czaszki. W świecie tym nie
uświadczyłbyś trawy. Zamiast niej podłoże stanowił brokat jakby
z miriad potłuczonych bombek na choinkę. Wszystkie kwiaty
szczerzyły jadowite kły, a wokół nich walały się szkielety
drobnych zwierząt; żab, jaszczurek i myszy. Woda w strumykach
syczała jak kłębowisko węży, zaś pływały w niej potworne ryby
o olbrzymich kłach i wyłupiastych oczach. Zewsząd wiał
przenikliwy wiatr mający tę właściwość, że przynosił myśli
pełne rozpaczy.
-
To miejsce jest tak smutne, że tylko się powiesić – westchnął
Nyti.
-
Nie bluźnij – skarcił go Volk. - Nie zapominaj po co tu
przyszliśmy.
Przez
trzy dni obaj Neurowie w wilczych postaciach szli przez las złożony
ze skrzeczących drzew, na których rosły fioletowe jabłka
napęczniałe od cuchnącego dymu. W dzień przyświecało im blade
Szczerbate Słońce, w nocy zaś trzy księżyce podobne do trupich
czaszek. Nyti i Volk sycili głód pożerając bezwłose króliki
kopiące nory w brokatowym piasku. Syczącą jak wąż wodę z
leśnych strumieni mogli pić jedynie pobłogosławiwszy ją uprzenio
świętym imieniem Vada – tyła. W przeciwnym razie jeden łyk tej
cieczy groził krwawą biegunką. Szli niestrudzenie, kąsani przez
jaszczurki – wampiry, zaś żaby – koszmary ukazywały im się w
snach strasząc ich niemiłosiernie. Trzeciego dnia stanęli u stóp
szklanej góry stojącej pośrodku pierścienia płomieni. Na jej
szczycie wznosił się zamek o ścianach pokrytych lusterkami.
Kasztel ten był niezwykle brzydki; prawdziwy architektoniczny
potworek. Nyti nazwa go w myślach ,,snem szalonego cukiernika’’.
Obaj Neurowie zwinnie niczym karakale, przeskoczyli ognisty wał.
Volk nabrał powietrza w płuca i zawołał donośnie jak Stentor.
-
Przeklęty Jazydzie, płatny pachołku obmierzłego smoka Rykara! -
głos Volka brzmiał jak dzwon. - W imię Ageja oddaj po dobroci
dziewczynę, którą uprowadziłeś, albo stawaj z nami do walki o
nią, tchórzu sromotny!
Jazyd
usłyszał wyzwanie i odpowiedział nań w sposób sobie właściwy.
-
Wracaj do swego smrodliwego bydła, Własie! - zabrzmiały słowa
szydercze wypowiedziane daleko niosącym się głosem, który brzmiał
jak zgrzyt metalu o szkolną tablicę.
Wnet
uniosły się stalowe kraty i z lochów wydrążonych wewnątrz
szklanej góry jęły wychodzić tabuny Čortów o zatrutych rogach i
szponach. Każdy z nich pokryty był bladą lub siną skórą, ich
oczy zaś jarzyły się żółtym lub czerwonym światłem. Z ust
wystawały krzywe żółte kły i kapała cuchnąca siarką ślina,
której krople spadając na ziemię, zamieniały się w jadowite węże
oraz skorpiony. Każdy Čort miał sześć rąk uzbrojonych w
kastety, szable, pałki, topory i włócznie. Nad całą tą hordą
unosiła się czarna chmura, z której dobiegały rozkazy Jazyda.
-
Bądź dzielny i mocny! - polecił Volk, po czym tchnął na Nytiego
po trzykroć zwielokrotniając jego siły.
Neurowie
skoczyli na wojsko Čortów gryząc, bijąc i rozszarpując
piekielnych wrogów. Zapamiętali w walce nie zwracali uwagi na
własne rany, zaś brokatowy piasek pod ich stopami zamienił się w
błoto od lejącej się obficie posoki Čortów. W potężnych
szczękach Nytiego i Volka rogate czaszki pękały jak skorupki
jajek. Choć Čorty miały przerażenie w oczach, jeszcze bardziej
lękały się gniewu Jazyda. Żaden z nich nie ośmielił się
wycofać, ani rzucić broni w geście poddania się, aż w końcu
wszystkie zginęły rozszarpane. Z czarnej chmury unoszącej się nad
pobojowiskiem dobiegały pełne wściekłości przekleństwa i
odgłosy nadchodzącej burzy, jednak Volk rozpędził ją potężnym
dmuchnięciem. Z ciał ubitych przeciwników i ich oręża, Neurowie
ułożyli piramidę, po której dostali się do zamku Jazyda.
Pilnujący miedzianej bramy Čort Mizd mający głowę suma i pokryty
smoczymi łuskami, na widok zlanych posoką Neurów, podkulił gadzi
ogon i uciekł piszcząc. Nyti złapał ciężką kołatkę i uderzył
nią z taką siłą, że połamał wrota. Neurowie szli węsząc
przez pałac Jazyda, zaś nosy bolały ich od odoru siarki. Nie
atakowani przez straże, doszli do sali tronowej. Jazyd powstał z
mosiężnego stolca gdy tylko weszli. Był wysoki jak jodła, skórę
miał siną, włosy długie i białe, ślepia czerwone, zaś rogi
czarne. Stał na trzech nogach zakończonych smoczymi pazurami. W
szponiastej łapie trzymał miecz zakończony zębami ryby – piły.
Jego płaszcz i przepaska na biodrach były utkane z pawich piór.

-
Jestem zbyt wielkim mocarzem, abyście mogli mnie związać i dom mój
ograbić! - zaryczał Jazyd głosem, od którego pękały zwierciadła
w sali tronowej.
-
Oddaj nam Bielizę, a jako Mistrz Przysiąg gwarantuję, że darujemy
ci życie! - zapewnił Volk, lecz Jazyd jeno wzgradliwie potrząsnął
rogatą głową.
-
Walcie się, parszywe psy Ageja! - zaśmiał się urągliwie.
Wówczas
Nyti zwinnie jak pantera wskoczył na stół, porwał ciężkie,
bogato rzeźbione krzesło i z całej siły rozbił je na drobne
drzazgi na głowie Jazyda. Gdyby władca lustrzanego świata był
człowiekiem, już byłby martwy, lecz będąc Čortem rozdzielił
się na dwóch identycznych osobników, śmiejących się szyderczo.
-
No, dalej – szydził Jazyd – uderz mnie jeszcze raz! Chyba
starczy ci odwagi?
Nyti
skoczył mu na pierś obalając go z łoskotem na kryształową
podłogę. Zatopił kły w jego gardle i tak długo gryzł, nie
zważając na obietnicę ofiarowania mu całego worka złota, aż
odgryzł Čortu głowę i rzucił ją do paleniska.
Tymczasem
Volk potykał się z drugim Jazydem starającym się wymknąć po
cichu do lochów, aby tam poderżnąć gardło uwięzionej Bielizie.
Volk cierpiał straszliwie czując w pysku nadzwyczaj gorzką i
palącą , zieloną krew Čorta, lecz nie zwolnił uchwytu szczęk.
Jazyd dobył kindżału i dziewięciokrotnie raził nim Volka w prawe
oko, kark, serce, gardło, grzbiet i brzuch. Z Volka wylewały się
strumienie szkarłatnej posoki, lecz nie przestawał gryźć zajadle
Čorta, aż rozerwał mu brzuch. Oszczędzę opisu walających się
po podłodze trzewi. Dość wiedzieć, że Volk zagryzając Jazyda
sam oddał życie.
-
Sława tobie, Wilku Ageja, który zagryzasz zło tego świata! -
zawołał Nyti, bowiem w miejscu gdzie skonał Volk, rozbłysnęło
wielkie światło i na jego miejscu stał sam Weles; potężny pan
Nawi; mąż pokryty czarnym futrem i dźwigający na karku trzy
rogate głowy.
-
Czas nam zejść do lochów, oswobodzić pannę Bielizę! -
zakomenderował Weles.
Tymczasem
żupan i jego żona dzień w dzień wpatrywali się jak zaklęci w
taflę lustra. Nie sposób opisać ich radości, gdy Nyti wyszedł ze
zwieciadła niosąc na ramionach straszliwie wychudzoną i wciąż
przerażoną Bielizę, której nagość okrywały szarpie i czarny
płaszcz Welesa.
-
Opowiecie wszystko przy combrze sarny i winie satyrów! - oznajmiła
żona żupana Nyrii Huana, z której wilczych oczu ciekły wielkie
jak ziarna grochu łzy radości.
*
,,
[…] Figura miała
postać nagiego człowieka i była zielona, jednakże jej głowa
stanowiła koszmar i szaleństwo.
Zbyt wielka dla ludzkiego ciała, nie miała żadnych atrybutów
człowieczeństwa. Cimmeryjczyk patrzył na rozpostarte odstające
uszy i zakręcony długi
nos, po którego obu stronach wystawały białe kły ze złotymi
kulami na końcówkach. Oczy pozostawały zamknięte, jak we śnie.
[…] jej oczy rozwarły się nagle. […] To nie była żadna
figura, tylko żywa istota, a on sam dał się przyłapać w jej
komnacie’’ - R. E. Howard ,,Wieża Słonia’’.

Pośród
dżungli w krainie, która od ery dziewiątej nosiła nazwę
Bharacji, wznosił się warowny gród, zwany Hatipur. Zamieszkiwała
go rasa Olfów to jest ludzi z głowami słoni. Były to istot
potężnej postury i słoniowej siły, obdarzone ponadto bystrym
rozumem. Pierwszą parę Olfów; Lefantosa i Lefantynę zrodziła
czysta Dziewanna w erze czwartej. Olfowie żywili się pokarmem
roślinnym. Znali tajniki sztuki kulinarnej i mieli wielkie
zamiłowanie do wszelkich słodyczy. Największą czcią otaczali
Swaroga – Surję i Chorsa – Srebronia – Czandrę, zaś podczas
świąt religijnych malowali swe potężne ciała w bajecznie
kolorowe kwiatowe wzory i nakładali ozdoby ze złota oraz piór
pawich i papuzich. Jako jedynych wierzchowców używali czarnych
szczurów dorównujących wielkością koniom. Posiadali własne
pismo, a nawet bibliotekę. Swoich zmarłych grzebali pod stosami
gałęzi na cmentarzu za grodem. Choć nie prowadzili wojen
zaborczych, ich ogromna siła napawała lękiem serca Neurów i
innych ras rozumnych. Powiadano, że żaden Neur nie wyjdzie żywy z
Hatipuru – grodu mocarnych Olfów.

,,W
dwudziestym roku od wstąpienia na tron Fantiny Devi, w porze
monsunów nasz przesławny Hatipur nawiedził pewien Neur, poseł od
króla Warkota z Białej Wieży. Rozbawiło mnie jego imię, brzmiało
bowiem Nyti co znaczy Nikt. W miarę jak opowiadał nam o swoich
przygodach uświadamialiśmy sobie, że istotnie musi mieć serce
porośnięte w kłaki, dające mu moc dokonywania czynów
niemożliwych do spełnienia dla nikogo innego. […] Nasza pani
Fantina biorąc Welesa – Jamę na świadka kazała przekazać
królowi Neurów, że my, Olfowie pragniemy żyć z nimi w pokoju, a
jego poddani o ile nie zechcą nas krzywdzić, zostaną przyjęli w
Hatipurze zgodnie z wymogami świętego prawa gościnności, na
którego straży Agej postawił Enków. Nyti okazał się tak silny
jak nam opowiadał. Na prośbę naszej królowej podniósł wielki i
ciężki kamień
Lingam, którego pięciu Olfów nie było władnych choć odrobinę
przesunąć i położył go
pod wodospadem, aby cały czas mógłbyć zwilżany przez wodę. Mam
wobec niego również osobisty dług wdzięczności. Kiedy bowiem
przebrałem miarę w jedzeniu ciastek ryżowych z miodem do tego
stopnia, że pękł mi brzuch, nasi medycy nie dawali mi żadnych
szans ocalenia. Jeden tylko Nyti nie tracąc zimnej krwi, poprosił o
igłę, nici i arak do odkażania,
po czym zaszył mi brzuch, ratując mi życie.
-
Na przyszłość miarkuj się pan w dogadzaniu sobie! - ostrzegł
mnie i pogroził mi
palcem.
Zasługuje
to na tym większy podziw, że nie kształcił się na wracza ani
znachora. Nyti potrafił również wyć tak przeraźliwie, że swoim
skowytem przeraził na śmierć tygrysa Surukiego o żelaznych
zębach, który od trzech lat polował na nasze pociechy przechodzące
koło ruczaju w drodze do szkoły. Niech Agej pobłogosławi przyjaźń
między Neurami a Olfami!’’ - Ganezjusz Mądry ,,Hatisutra’’
*
Nad
brzegiem rzeki Bobry, albo jak podają inne źródła – Puczaju, w
chatce z trzciny i mułu mieszkała para Neurów nosząca imiona
Bladin i Budzyna. Mieli oni dwójkę ciekawych świata pociech –
dwuletnią Savinę i jej czteroletniego brata Łżykwiata. Dzieci
ilekroć chciały, mogły przybierać postać wilczych szczeniąt.
Nie były zbyt skore okazywać posłuszeństwa rodzicom, ci zaś
ostrzegali je często.
-
Pod żadnym pozorem nie chodźcie do Czarnego Błota otoczonego
olsem.
-
Dlaczego? - pytały dzieci.
-
Bo tam mają swe leże piekielne potwory, którym wielce smakuje
delikatne mięsko małych szczeniątek – odrzekła matka.
Dzieci
podkuliły wilcze ogonki ze strachu, szybko jednak zapomniały o
przestrodze, bawiąc się ze sobą radośnie. Savina ponad wszystko
uwielbiała motyle. Ilekroć ujrzała któregoś z nich na łące,
biegła za nim popiskując z przejęciem. Łżykwiat dotrzymywał
siostrze towarzystwa w gonitwach za paziami królowej, paziami
żeglarzami, rusałkami, modraszkami, cytrynkami i bielinkami
piszcząc przy tym uciesznie i kłapiąc ząbkami. Tego feralnego
dnia, który anonimowy autor ,,Szmaragdowego latopisu’’
nazywa ,,dniem egipskim’’, uwagę małych Neurów przykuł
insekt inny niż motyle. Był to głośno brzęczący komar od swych
pobratymców różniący się tym, że jego skrzydła miały piękną,
szkarłatną barwę. Dzieci słyszały onegdaj od matki, że tak
właśnie wygląda Krasnybrzęk – graf Marchii Komarów. Budzyna
ostrzegała swoje pociechy, aby pod żadnym pozorem nie biegały za
Krasnymbrzękiem, był to bowiem posłaniec Nergala i Aszina; dwóch
potworów obmierzłych mających swe leże na dnie Czarnego Błota.
Służąc im, Krasnybrzęk wabił niewinne dziatki na moczary gdzie
czekała je śmierć długa i bolesna. Łżykwiat i Savina były
jednakże zbyt przekorne i naiwne, a do tego obdarzone zbyt słabą
wolą, aby posłuchać rodziców. Krasnybrzęk brzęczał zachęcająco
i zawisł w powietrzu jakby czekając, aż dzieci za nim podążą.
,,Nic wam nie zrobię – zdawał się mówić. - Chcę być
tylko waszym przyjacielem. Chodźcie ze mną, a wskażę wam świetne
miejsce do zabawy!’’ Łżykwiat i jego siostra pod postacią
wilczych szczeniąt pobiegli za czerwonoskrzydłym komarem. Dzieci
szczekały podekscytowane nie zauważając, że znajdują się coraz
dalej od rodzinnej chatki. Nim się obejrzały, znalazły się w
obrębie mrocznego olsu; podmokłego lasu olchowego. Rozglądały się
i węszyły za Krasnymbrzękiem, lecz ten gdzieś się zawieruszył.
Wilkołacze dzieci po raz pierwszy poczuły strach.
-
Jejku, trzeba było posłuchać mamusi i tatusia gdy prawili żebyśmy
się nie oddalali – pisnęła Savina. - Pewnie teraz martwią się
o nas!
Łżykwiat
tak się przestraszył, że oddał mocz prosto do bagna. Słońce;
lampa Wielkiego Swaroga, gasło już na niebie, a świat z wolna
ogarniały ciemności. Woda w bajorze poczęła bulgotać, aż z
donośnym pluskiem wynurzyły się z niej dwa potwory. Przypominały
rosłych mężów; nagich i ociekających błotem, których wstydliwe
członki ukryte były pod osłonami z kozich rogów. Na ich karkach
spoczywały głowy sumów o paszczach pełnych wyszczerzonych zębów
rekinów i wyłupiastych rubinowych oczach świecących w mrocznym
lesie jak upiorne lampy.
-
Czy… czy panowie nazywają się Aszin i Nergal? - drżąc spytała
Savina. - Bardzo nam miło. Czy panowie raczą odprowadzić nas do
mamy i taty? - trzeba przyznać, że dziewczynce nie brakowało
odwagi, którą tak sławiono u samek i samców Neurów.
Oba
potwory roześmiały się urągliwie, aż zatrzęsły się ich piwne
brzuszyska. Następnie szybko i zdecydowanie pochwyciły szponiastymi
dłońmi dwójkę szczeniąt za luźną skórę na karku, nie
zważając na ich desperackie ugryzienia.
-
Jak tym razem przyrządzimy oba bachory? - spytał Aszin.
-
Nadziejemy je żywcem na rożny po czym będziemy piec albo tylko
wędzić – oznajmił Nergal. - Grunt żeby nas zabawiały swym
piskiem, bo to zaostrza apetyt.
Dzieci
płakały z przerażenia.
-
Płaczcie ile wlezie – szydził Nergal. - Tu jest Czarne Błoto i
sam Agej nie wyrwie was z naszych brzuchów!
-
Nim jeszcze was upieczemy – dodał Aszin – będziecie nam
dogadzać w łożnicy!
Nie
dane było potworom spełnić swych zapowiedzi, bo oto powietrze
rozdarł świst. Dwa mistrzowsko wycelowane topory dosięgnęły celu
w jednej chwili odrąbując ramiona Aszina i Nergala, których palce
nawet po odcięciu zaciskały się na karkach dzieci. Zza drzew
wyszedł łysy i brodaty junak, o którym śpiewano, że dokonywał
czynów niemożliwych dla nikogo innego.
-
I tu cię przyniosło, obrzydliwy Nyti? - zacharczał Aszin. - Tak ci
przeszkadza, że kochamy dzieci?
-
Ja wam dam: ,,kochamy dzieci!’’ - Nyti tak mocno zgrzytnął
wilczymi zębami, że aż posypały się iskry. - Przywiązać wam
kamień młyński to zbyt łagodna kara!
-
Jest nas dwóch, a ty jeden – rzekł Nergal. - Zginiesz, a twoją
czaszkę postawimy na słupie ku przestrodze wrogów efebofilii!
Nyti
podniósł z ziemi oba zakrwawione topory i nie tracąc słów,
ruszył na oba potwory z błyskiem mordu w oku. Choć otrzymał
niejeden cios łamiący żebra, a jego nagi tors rozrywały szpony i
rekinie zęby, nie spoczął, aż nie rozłupał sumich głów obu
dręczycieli dzieci, a ich zwłoki cisnął do bagna. Dysząc, zlany
krwią jak rzeźni, spojrzał ze współczuciem na całkowicie
zdrętwiałe ze strachu Savinę i Łżykwiata. Delikatnie pomógł im
wyswobodzić się z uścisków odciętych rąk prześladowców.
-
Już po wszystkim, nieboraczki – wziął wilczęta na ręce. -
Wracamy do rodziców. Na przyszłość macie ich słuchać, bo chcą
waszego dobra.
*
,,Pycha
kroczy przed upadkiem’’ - przysłowie.

Pieśni
o chrobrych czynach Nytiego śpiewano od Sonoru aż po Góry Toropii
Leuty. Sława herosa nie ominęła również dworu króla Warkota w
Białej Wieży. W przypadającą z kwietnia na maj nocy
Czarodzielnicy, kiedy tradycja nakazuje zapalać ognie na cześć
Welesa, Nyti zjawił się na zaproszenie monarchy w jego zamku w
grodzie stołecznym. Warkot wydał ucztę na cześć swego gościa.
Stół uginał się pod ciężarem upieczonego w całości dzika
nadziewanego jabłkami i orzechami a polanego aromatycznym sosem z
czerwonej cebuli, srebrnych mis z wędzonymi świńskimi uszami –
przysmakiem centaurów z puszcz późniejszej Liteny, słoniny
obficie doprawionej korzennymi przyprawami, pieczonej rzepy, trufli,
wędzonych łososi, smażonych pstrągów, czarnego i czerwonego
kawioru, złotej wazy z zupą żółwiową, marynowanych ślimaków,
żabich udek, chrap łosia i ogona bobra w galarecie, przepiórczych
jaj oraz skruszałego rekina złowionego na złoty hak u wybrzeży
mroźnej wyspy Ultima Thule. Ponętne lisołaczki z plemienia Kitsune
z Dalekiego Wschodu, uśmiechając się promiennie, uwijały się jak
w ukropie napełniając kielichy króla, jego gościa i dworzan
maślanką – ulubionym napojem Neurów, a także upajającym miodem
i sokami z afrykańskich owoców. W czasie uczty królowa Sarva pełna
niepokoju szeptała z damami dworu o niedawno koronowanym Dabog –
carze; tyranie, który zasiadł na stolcu Szarej Ordy gdzieś pośród
stepów i mokradeł Wschodu.
-
Zwiadowcy mówili mi, że ten były szpieg zdążył już wymordować
walecznych Tygrów z Morwowego Lasu i ułożyć kopiec z ich czaszek
– frasowała się mądra królowa. - Pełen obłudy czci smoka
Rykara, choć obleśną gębę wyciera sobie Agejem i Enkami…
Jednakże
serce króla Warkota było tego wieczora wolne od wszelkiej troski.
Po spełnieniu toastu za Arktura; praojca niedźwiedzi, król powstał
z rzeźbionego krzesła i uroczyście zawiesił na szyi Nytiego duży
ostro zakończony ząb przymocowany do złotego łańcucha.
-
Hau! W imię Ageja i powołanych przezeń Potęg Lasu odznaczam cię
Białym Kłem ku upamiętnieniu twych zasług.
-
Dziękuję, mój królu – odrzekł wzruszony Nyti, zaś pozostali
biesiadnicy na jego cześć podnieśli w górę puchary i rogi pełne
pienistego miodu i maślanki, po czym zawyli niczym wilki.
Od
tego dnia serce Nytiego odznaczonego najwyższym orderem jaki znali
Neurowie, z wolna zaczęło napełniać się pychą. Banowie i żupani
kłaniali mu się w pas. Był zapraszany do szkół gdzie opowiadał
dzieciom – szczeniętom o swoich przygodach. Na jego cześć
nazwano jedną z ulic w grodzie stołecznym. Sam król Warkot zlecił
karłom; Dedalowi i jego siedmiu synom odlanie z brązu posągu
bohatera, który stanął na Wilczym Majdanie w Białej Wieży.
Podczas junackich uczt, kiedy to strumieniami lało się wino
wytwarzane przez satyry, Nyti coraz chełpił się swą siłą,
puszczając w niepamięć od kogo i w jaki celu ją otrzymał.
-
Nikt nie dorówna mi odwagą, ostrością kłów ni potęgą
ramienia. Gdybym chciał, mógłbym zagryzać największe smoki i
olbrzymy, a nawet ruszyć z posad Górę Aradvi Sura Aredvi i cisnąć
ją w fale. Jestem waszą opoką! Pokonałbym nawet Enków i samego
Ageja, gdyby przyszło mi z nimi walczyć! - bełkotał pijany, a
tych, którzy go słuchali, ogarniało przerażenie.
Tymczasem
wśród stepów za rzeką Piargą w stołecznym Jurtagradzie wznosił
się wyścielony skórami pokonanych wrogów złoty tron Dabog –
cara.
,,Był
to potężnie umięśniony mąż wysoki na dziesięć stóp pokryty
lśniącą skórą czarną jak antracyt. Głowę miał łysą, uszy
spiczaste, troje czerwonych oczu, dwa rzędy zębów przypominających
kły lwa albo tygrysa oraz smocze szpony na palcach dłoni i stóp.
Na każdej kończynie miał po sześć palców. Swoje dwa sromne
członki skrywał pod przepaskę ze skóry rysia. Za oręż służyła
mu żelazna maczuga zwana Bilmen, której prócz niego nikt inny nie
mógł unieść. Choć mienił się wyznawcą Swaroga i jego syna
Swarożyca, w
bezksiężycowe noce składał krwawe żertwy smoku Rykarowi i
Čortom. Nade wszytsko
dążył do stworzenia własnego imperium Szarej Ordy, w którym
wszystkie istoty innych ras w tym Neurowie, miały być pozabijane w
wymyślnych męczarniach i pożarte.

Szara
Orda, którą Mistrz Zdziwus z rasy dziwów nazywa Szarymi Ludźmi,
składała się z istot dwunożnych, znających ogień i narzędzia.
Pokrywała je gruba i bezwłosa, szara skóra. Ich oczy świeciły w
ciemności, zęby zaś były dłuższe i ostrzejsze niż to bywa u
Neurów. Istoty te, wielce złośliwe, przewrotne i lubieżne
czerpały radość z torturowania swych ofiar, picia ich krwi i
zbierania czaszek [...]’’ - Ałun Vrar ,,Kronika Neurów’’
Choć
Dabog – car zapewniał biorąc na świadka Welesa – Strażnika
Przysiąg, że niczego nie pragnie goręcej jak życia w pokoju z
królem Warkotem i poddaną mu rasą Neurów, knuł zdradę w swym
robaczywym sercu pełnym zgnilizny. W wigilię Święta Czerwonych
Jeleni uderzył na dworce i chutory Neurów niosąc gwałt, rzeź i
pożogę.
W
owym to czasie Nyti walczył w szeregach Wilków Stepowych –
elitarnej formacji, którą król Rozdrap II powołał do walk z
brukołakami. Wilki Stepowe starły się z Szarą Ordą pod
Purchawicą. Nyti szalał jakby rażony wścieklizną. W postaci na
poły ludzkiej, na poły wilczej, nie zważał na rany zadawane
ostrzami kos i kiścieni, jeno raz po raz obalał na czerwoną od
krwi trawę coraz to nowych napastników. Potężnymi kłami miażdżył
łyse łby niczym orzechy, rozrywał gardła, odgryzał żylaste,
dzierżące oręż ręce. Dobrze wymierzonymi ciosami łamał żebra
i kręgosłupy, zaś serca nieprzyjaciół napełniał panicznym
lękiem. Ostrza toporów, choć rozcinały ciało, pękały w
zetknięciu z jego kośćmi, zaś nabite krzemieniami maczugi
ześlizgiwały się z jego łysej czaszki.
-
Jestem niepokonany! - zawył Nyti. - Jestem drugim Mieczysławem
depczącym Mieczywłada!
Ledwo
wyrzekł te słowa bluźniercze, cios zadany Bilmenem; żelazną
maczugą Dabog – cara powalił go na kolana. Po tym ciosie spadły
jeszcze cztery kolejne. Nytiego ogarnął mrok nieprzenikniony,
którego bariery nie potrafił przekroczyć żaden z jego
wyostrzonych zmysłów. Taka przyszła nań zapłata za pychę
żywioną zamiast wdzięczności za dar kosmatego serca. Szara Orda
wraz ze swym władcą wydała ryk triumfu i dalejże rzezać Neurów…
Nyti
ocknął się oblany kubłem lodowatej wody. Spostrzegł, że stoi
przywiązany powrozami do rzeźbionego pala męczarni. Opuściła go
bohatyrska siła, przeto nie zdołał się uwolnić z więzów.
Ujrzał Dabog – cara trącającego go kościanym berłem pod żebro
i dzikich rezunów z Szarej Ordy, którzy teraz spluwali nań i
śmiali się zeń szyderczo. Z jurt wybiegły szare kobiety; nagie i
szpetne o zmierzwionych czarnych włosach. Na widok Nytiego
skrzeczały jak małpy, okładały go pięściami i rozrywały twarz
czarnymi szponami.
-
Ukatrupmy tego mordercę naszych braci i mężów! - wrzeszczała
piskliwym głosem księżniczka Agrafena, córka Dabog – cara,
której mąż Burłaj zginął zagryziony przez Nytiego.
Jednak
kiedy Dabog – car zaklaskał w szponiaste dłonie, szare kobiety
dysząc i syczac z nienawiści powróciły do jurt. Ponad dwie
godziny Nyti konał z pragnienia z wywieszonym ozorem w promieniach
palącego Słońca. Nikt nie dawał mu się napić za to jeniec
słyszał zewsząd ogłuszające uderzenia w bębny.
-
Zgi – niesz, zgi – niesz, mar – nie, mar – nie! - zdawały
się grozić mu gromkie instrumenty.
Gdy
zapadł zmierzch na placu w Jurtagradzie zjawiły się Szaliswiaki;
plemię zaprzedanych złu istot, które łączy szereg paktów
podpisanych krwią z Szarą Ordą. Przypominały straszliwie
wychudzonych mężów mających swe siedliska w leśnych ostępach
nad rzeką Sinowodą. Odzienie ich stanowiły szare garnitury i
cylindry na głowach. Miały czerwone świecące w ciemności oczy,
dlugie skołtunione brody i niemieszczące się w ustach kły większe
niż te, które mają wąpierze. Cztery Szaliswiaki w białych
rękawiczkach włożonych na włochate dłonie niosło lektykę z
trupich kości i skóry. Siedział w niej piąty Szaliswiak o
srebrnej brodzie, na którego palcu błyszczał czerwonym światłem
sygnet z wizerunkiem twarzy Čorta Remfana; oznaka władzy
królewskiej.
-
Witaj, mój panie bracie, Wile drugi tego imienia! - Dabog – car
kończąc obgryzać kość pozdrowił króla Szaliswiaków ochrypłym
głosem.
Wił
II wysiadł z trupiej lektyki i uchylił cylindra, z którego
wyleciały dwie białe ćmy. Szare kobiety przyniosły Szaliswiakom
pieczone mięsiwo i dzbany niezwykle mocnego samogonu. Wił II
zaintrygowany podszedł do pala z przywiązanym doń Nytim.
-
Co za ładny okaz! - władca Szaliswiaków cmoknął z uznaniem. - To
jest Neur jeśli się nie mylę?
-
W rzeczy samej – przytaknął Dabog – car. - Pojmałem
skurczybyka w bitwie pod Purchawicą, gdzie zdążył ubić ze
czterdziestu moich chłopców. Jutro zamęczymy go przy tym palu.
Bardzo powoli. Wyrwę mu i zjem serce i wątrobę, a wówczas moje
siły urosną do tego stopnia, że nikt mnie nie pokona i ustanowię
Wieczne Imperium smoka piekieł na ziemi.
-
Jako twój sojusznik chciałbym prosić o prawo wychłeptania wraz ze
swymi najbliższymi współpracownikami jego krwi, zjedzenia mózgu,
oczu, szpiku dobytego z kości oraz jąder – zasugerował Wił II.
-
Zgadzam się i jeszcze dorzucę ci jego nerki na deser! - Dabog –
car był dziś w dobrym nastroju.
Nyti
słuchając co zamierzali uczynić z jego ciałem znani z
okrucieństwa wrogowie, pobladł ze zgrozy. Jego kosmate serce z
wolna wypełniał żal za bezbożną pychę, która pozbawiła go
pieczy Enków i przyczyniła się do popadnięcia w niewolę. Gdy
strażnicy nie patrzyli w jego stronę zajęci pijaństwem i grą w
kości, z bursztynowych oczu Nytiego ciekły gorące łzy skruchy.
-
Moja wina… wielka jak krowa tura… lecz czy miłosierdzie Ageja
nie jest większe? - gdy szeptał te słowa, Car – Księżyc
oświetlił srebrnymi promieniami rzeźbiony pal, do którego
przywiązany był Nyti.
Sprawił,
że z wyobrażonych w drewnie oczu i paszcz dziwacznych stworów jęło
sączyć się orzeźwiające mleko.
-
Pij! - w głowie Nytiego rozległ się łagodny głos Chorsa –
Srebronia. - Pij mleko życiodajne, bo będziesz potrzebował sił,
aby stąd uciec.
Nyti
wystawił wilczy ozór i chciwie zlizał mleko sączące się po palu
męczarni. W miarę jak je spożywał, wracała jego utracona siła.
Napiął muskuły zrywając z siebie pęta. Przepełniony
wdzięcznością opadł na czworaki i zamieniony w burego basiora
rzucił się do ucieczki. Pędził z szybkością strzały, jakby mu
wyrosły skrzydła. Przeskoczył kolczasty częstokół otaczający
obozowisko Szarej Ordy. Jednym susem przesadził rzekę Pirgę. Z
głębi stepu dobiegały go gniewne krzyki i porykiwania opraców,
lecz on śmiał się z nich. W blasku Srebroniowym opuścił step i
zagłębił się w mrocznym lesie. Tam dopadło go zmęczenie, zaś
tropiciele z Szarej Ordy i plemienia Szaliswiaków deptali mu po
piętach, solennie obiecując poddać go najwymyślniejszym torturom
kiedy tylko go pochwycą.
Po
niebie pląsała już urodziwa Dennica zwiastująca ponowne
rozpalenie Słońca na niebie przez Swaroga gdy nyti dysząc ciężko,
ujrzał pośród brzóz i klonów zaścielone łoże. Leżała w nim
dziewczyna nadzwyczajnej piękności odziana w białe giezło, na
której długich czarnych włosach spoczywał wianek z chryzantemy.
-
Panienko nadobna, dozwól mi skryć się w twym łożu przed
pościgiem Szarej Ordy! - poprosił Nyti.
-
Wskakuj, bohaterze! Już nikt nigdy ci nie zagrozi! - zgodziło się
dziewczę.
Nyti
nie dał sobie tego dwa razy powtarzać. Dał susa na łoże i nakrył
się po uszy bialutką pierzyną. Dziewczę zaś, którym była sama
Mar – Zanna zarzuciło mu białe ramiona na szyję i ucałowało
namiętnie. Wówcza w oddali rozległo się uderzenie gromu, zaś
łoże w mgnieniu oka zamieniło się w mogiłę. Kiedy na miejsce
przybyli siepacze z Szarej Ordy, ich kaprawym oczom ukazała się
nagrobna stella z wyrytym na niej ognistymi literami napisem: ,,Tu
spoczywa mocarz Nyti z rasy Neurów. Pokonał wszystkich prócz
Śmierci’’.