piątek, 10 maja 2013

Księga świata cz. II


Poniższy fragment pochodzi z powieści ,,Tatra. Suplement''. 



Rozdział VI

,,Wampir, w wierzeniach ludów (zwłaszcza słowiańskich i greckich) duch umarłego, który nocą opuszcza swój grób pod postacią podobną do olbrzymiego nietoperza, aby ssać krew żyjących, którą się żywi." - ,,Encyklopedia Powszechna Wydawnictwa Gutenberga tom 18 Victor do Żyżmory"


Nad pogrążonym w nocy Burus zgromadziły się czarne chmury i lunął deszcz. Jacyś włóczędzy widzieli olbrzymi, szary kasztel, lecz zaraz po jego ujrzeniu padli martwi. Zamek był z żelaza, a z jego wnętrza dobiegały odgłosy hulanki. Niegdyś mieszkał w nim król wąpierzy Erydan, zaś od jakiegoś czasu - jego następca Naraicarot I. Siedział na tronie ze srebra i platyny, a na czarnych włosach miał złoty diadem. Był pogrążony w rozmyślaniu. Na sali przebywało kilkadziesiąt wąpierzy pijących z rubinowych, krwawnikowych, bursztynowych i brylantowych naczyń krew ludzi i zwierząt. Cenionym przysmakiem, zwłaszcza dla ich dzieci były żywe, lecz okaleczone krasnoludki. Leżały w kryształowej misie nagie i pożerano je żywcem. Małe, zdradzieckie sysuny namiętnie piły niebieską krew rusałek, a wielkie i koszmarne brukołaki - ich rodzice ze stepów Orlandu - siedziały pod ścianą i tylko ich szkarłatne oczy świeciły jak lampy. Ubrane w czarną, natłuszczaną bieliznę wąpierzyce pieściły orskiego ksykuna, o stu wężowych głowach, były też wiedźmy i nocnice. Z kraju Nürt przybył troll o ciele goryla i głowie gacka. Jak wszedł, natychmiast zeżarł zawieszonego u powały uduszonego Płanetnika, którego tęczową krew wszyscy wdychali, bo była to krew gazowa. Naraicarot patrzył na bawiących się obojętnym wzrokiem. Wtem -
-Panie! - do sali wbiegł i padł na twarz jakiś odszczepieniec z plemienia leśnych ludzi. - Vrouga! Ojcowo! Tatra!
-Mów rzeczowo parchu, bo na haku zawieszę - jego krzyk skwitował Naraicarot.
-Królowa Aplanu przybyła do Ojcowa i zabiła Vrougę złotym łańcuchem Mokoszy - mówił leśny człowiek, a król wąpierzy zmarszczył brwi.
-Vrouga jest nieśmiertelny - zaprzeczył.
-Kościej też był nieśmiertelny, panie - tymi słowami leśny człowiek doprowadził Naraicarota do furii.
Wąpierz rozkazał, aby oddane mu Wiły załaskotały nieszczęśnika. Przez godzinę śmiał się jak wariat, aż wreszcie jego wciąż drgające zwłoki rzucono na pożarcie brukołakom. Zapas świeżych krasnoludków już się skończył, gdy wtem do sali wleciały cztery mamuny, trzymając drewniane siedzenie zawieszone na dwóch linkach. Niczym na huśtawce siedziała tam piąta mamuna, nie mająca skrzydeł. Była za to obwieszona perłami, a do czoła miała przywiązany gagat. Goście padli na kolana z okrzykiem ,,Gloriya alden Locha"!1 Naraicarot wstał z tronu i ucałował żmijowy łeb wyrastający jej zamiast piersi, a ona usiadła z nim przy stole.
-Ostatnio byłam w Ojcowie i wiesz co się stało? - spytała Locha.
-Jakiś głupiec mówił mi, że Tatra zabiła Vrougę - odparł Naraicarot.
-Zabić, nie zabiła - zaprzeczyła Locha. - Vrouga żyje, ale jest uwięziony po wieki na dnie Mrocznych Błot.
-Zakręt! - król uderzył w stół pięścią.
Tymczasem wniesiono nową misę z krasnoludkami, a także z wędzonymi smokami powietrznymi.
-Widzę, że ciągle pamietasz o Erydanie - zagadnęła Locha - bo wiesz, jeśli użyczyłbyś mi swego nasienia, mogłabym wywołać dla ciebie ducha Erydana.
-Zgoda! - rzekł Naraicarot i dał służbie znak, aby wpuściła dzikie zwierzęta.
Tymczasem on i Locha zniknęli w jednej z komnat. ,,Co się dzieje"? - myśleli wszyscy gdy na salę wbiegły nagle tur, żubr, dzik, tarpan, łoś, mamuciątko, miniaturowy słoń z Wyspy Słoni na Morzu Śródziemnym, a także wilk, tygrys szablozębny i rosomak. Zwierzęta były przestraszone i biegały po całej obszernej sali. Brukołaki wydały z siebie potworny ryk i poczęły biegać za zwierzyną. To samo zrobił troll. Żubr, pędząc wpadł na Centaura z Valkanicy, tego samego co niegdyś w Likostopolis zrabował futro Wilsonowi Eaneawattowi. Taraz żubr złamał mu nogę i zwierzę i potwór wylecieli oknem ponosząc śmierć. Mamutek rozdeptał hołubionego przez wąpierzyce orskiego ksykuna. Zamęt zrobił się nieopisany. Brukołaki razem z trollem dopadały umęczonych zwierząt i rozszarpywały je ku uciesze biesiadników. Wreszcie stoły były powywracane, krew porozlewana, cuchnęło mordem. Zadowolony gość z Nürtu siadł pod ścianą i zajadał rosomaka. Krwawa jatka zajęła parę godzin. Wreszcie wrócili Naraicarot i Locha. Zadowolenie mieszało się na ich twarzach z wściekłością. Król podniósł perłowy róg z krwią do ust i zawołał:
-Gloriya alden prifamyj royek Eridanus! Štirchliś Tatra! Ys deklarata exterminanzá sie, oben sie łyba exterminantoriá Eridanitis!2- po tych słowach opróżnił róg.
-Śmierć królowej! - pozostali biesiadnicy spełnili toast.
Król wstał od stołu, siadł na tronie i zawołał.
-A teraz wszyscy tu obecni, za moim przykładem złórzcie przysięgę, że wszyscy razem dołożymy starań, aby śmierć mojego poprzednika, Erydana Wielkiego, została pomszczona na Tatrze i jej rodzinie! - kazał król.
-Ysen deklarata štirchliś horribilis alden Tatra; susa ad kudeliniera, tiranus Aplanitis; Leien ov Tyjen ad erzu kydaren; mare ov cari ad foyak; Mar - Zanna gracilis 3- złorzono straszliwą przysięgę.
Noc jeszcze trwała i przeznaczono ją na tańce. Naraicarot tulił w objęciach Lochę i tańcząc wchodzili na ściany i sufit.
-Co moja perło radzisz na pognębienie wrogów? - spytał król - wąpierz.
-Myślę, że moglibyśmy najpierw zaatakować dzieci - odrzekła Locha.
Swaróg i jego syn Swarożyc, wróciwszy od Juraty zapalili po raz kolejny w dziejach Słońce na niebie, a te, płonąc luminowało uśpiony świat świetlistym nimbem. Bal w Żelaznym Zamku skończył się, a wąpierze udały się na spoczynek do jam w ziemi. Nocna ulewa wywabiła na łąki miriady dżdżownic i kolorowych ślimaków, a ciała włóczęgów, żubra i Centaura w nocy pożarły wilki. Siedziba złego króla znów była niewidzialna, a nieświadomi zaszłych w nocy potworności ludzie z radością zaczynali nowy dzień.
Nocą, gdy jeszcze szaleli słudzy zła, w stronę Nistu leciał nietoperz Sirrah z nowymi wieściami z misji...



Rozdział VII (opowieść Sirraha)

-Z Zachodu przyszedł wielki, biały tur i zobaczywszy, że Igaj pluska się w Roxyzorze, wszedł do wody, wziął tygrysa na rogi i zaniósłwszy na brzeg, położył go na trawie, patrząc ze współczuciem.
-,,A wy kimże jesteście"? - zamuczał groźnie na widok posłów. -,,Czy nie wiecie, że gdy stała tu osada Oska Navłaya; osada mordercy brata namiestnikowego, ja własnymi rogami rozniosłem na cztery wiatry spichlerz i pochlapałem się tym białym paskudztwem o nazwie 'kumys'. Ja, chociaż roślinożercą jestem, też służę królowi Bengalii i jego przesławnej małżonce Anej Arztein! Kim jesteście, bo wyglądacie mi na europejskich najezdników"!
-Oska Navłaya powstała z rozkazu króla Orów, Rutysława - miłośnika pokoju - tur parsknął wzgardliwie - a ja, książę Ruty; jego syn, przybywam tu z przesławnym królem Aplanu, Lechem III i grafem oxlandzkim; Kellu Simi - Abö'em do króla państwa Tygrys, z przeprosinami i prośbą o pokój - tymczasem Igaj wytrzeźwiał.
Gdy zorientował się, że zniszczył pomnik nagrobny swego brata, był zły jak chrzan na siebie samego i gorzko zapłakał.
-Proszę cię, synu Rutysława - zwrócił się do Rutego - trzymaj swą orską truciznę z dala od naszego państwa! - książę zaczerwienił się jak suknia pani białopolskiej. - A ty, misiu; czemu masz zębów?!
-Bo - kaza - mi - pane - je - mo - jarohatyna - zezezee - zołota! - wybełkotał brunatny niedźwiedź. - A - wczesne - jamusałe - chrupa - kiści - ene! - Igaj złapał się za głowę.
-Panie Ruty! - ryknął. - Odbieram wam wódkę i wylewam do Roxyzoru, bo to napój przeklęty, co czyni same nieszczęścia. Gdybyś nie był posłem od przeniewierczego króla Zachodu, to bym cię schrupał jak bocian żabę! - na znak dany przez Igaja, sobole i rosomaki przeszukały posłów, lecz więcej wódki nie znalazły.
Po dokonaniu rewizji, namiestnik znów przemówił:
-Bengala i Anej Arztein mieszkają na południu kontynentu, na półwyspie Bharacji... - ,,Bharatiena" - mruknął książę Ruty - toteż przed wami długa droga. Dostaniecie przewodnika - Igaj ryknął i zjawił się kolejny tygrys.
-Zje nas! - pisnął Ruty, lecz Lech III zgromił go spojrzeniem.
Tygrys chwilę zlustrował wszystkich wzrokiem, a z jego pręgowanego pyska wystawały długie kły.
-Jestem Uza, z armii namiestnika. Będę was prowadził do króla Bengalii i królowej Anej Arztein - przedstawił się drapieżnik.
-Jestem Lech III - król Aplanu, to jest książę Orlandu Ruty, syn króla Rutysława, a to nasz przyjaciel z kraju Oxiów - Kellu Simi - Abö, syn Kellu Symura - król przedstawił wszystkich, a odważny Ox głaskał Uzę, aż usiadł mu na grzbiecie.
Po pożegnaniu z Igajem, posłowie za gąsiory po wódce kupili u żółtych ludzi trzy konie - 'będzie zapas mięsa' jak to powiedział Uza. Następnie udali się na wschód. Poza tym nic bardziej ciekawego się nie wydarzyło, tylko Uza opowiadał im o Białopolsce i akwenach, które będą mijać" - skończył opowiadać Sirrah.
-Panie nietoperzu - poprosiła Anej Afaraka - jest jeszcze wcześnie, czy opowie nam pan, o tym co tygrys opowiadał tatusiowi?
-Też bym posłuchała - Tatra przyłączyła się do prośby córki.
-Streszczę wam - rzekł Sirrah - ale nie za długo, bo w Burus czeka na mnie obiad - zaczęła się druga część opowiadania.
,,Uza powiedział, że miną rzekę Irtis, którą rządzi szary gryf, w tylnej części ciała mający srebrzysty rybi ogon. Po obu brzegach rzeki są bagna, a po ich przejściu czeka przeprawa przez Ob. Rządzi nim stwór masywny, o rybim ogonie, smoczym pysku i smoczych, przednich łapach. Znów przejdą przez bagna i przekroczą rzekę Jenisej, której panem jest wilk, mający palmowe gałęzie zamiast łap. Za rzeką są niskie góry, po ich przekroczeniu mija się niziny. Wypływa z nich rzeka Lena, a jej pani przypomina syrenę. Do pępka jest kobietą, a reszta ciała przypomina kolczasty, smoczy ogon - tak samo wygląda zresztą pani Angary. Potem przejdą przez Góry Średnio - Wysokie i nad Amurem (rządzonym przez ogromną, czarną traszkę) - poszukają nowego przewodnika. Będą szli przez gęste lasy pełne komarów, żmij, głuszców, cietrzewi, jarząbków, wiewiórek, zajęcy, rysi, tygrysów, wilków, lisów, cyjonów, soboli, gronostajów, rosomaków, niedźwiedzi, dzików, jeleni, łosi, kudłatych nosorożców, jednorożców, mamutów i kudłatych olbrzymów (możliwe, że w erze dziewiątej część trolli dostała się za Roxyzor). Będą się też spotykali z żółtymi ludźmi, rusałkami, wodnikami i paniami białopolskimi.
Prawdę mówiąc, Igaj postąpił nieuczciwie - mógł wskazać krótszą drogę do Bharacji. Tak w ogóle, Kraina Białych Pól jest ciekawym miejscem. Jest ogromna - na północy ma dostęp do Oceanu Białopolskiego (kompleksu kilku mórz, których panem jest srogi potwór Aglu), a na wschodzie do Oceanu Największego. Po drugiej stronie tego ostatniego jest podobno jakiś nowy ląd. W każdym bądź razie, na Najdalszym Północnym Wschodzie są Góry Toropi Leuty, za którymi jest albo kres świata, albo jakiś Czwarty Kontynent. Na Oceanie Największym leży też białopolska wyspa Mildechas, a w Oceanie Białopolskim żyją liczne syreny i morskie rusałki, podległe władzy smoka Aglu. Igaj miał w koronie dziwny szafir - przedstawiał on jezioro Nordlin, a jego władcą jest król - wodnik Ayałakay. Królowa tej krainy nazywa się Pani Krowiarka; jest żoną Ayałakaya, a ich córki noszą imiona Szyłka i Nerka.
Burczy mi już w brzuchu, więc muszę kończyć, bo noc się wcześniej skończy. No to cześć"! - borowiec wielki wyleciał przez okno, co było znakiem, że pora już spać.
Wszyscy poszli do łóżek i wydawali odgłosy snu. I tylko biały ryś Deneb chodził po zamku z gorejącymi oczami i mruczał stolicy zasłyszaną niegdyś białopolską kołysankę:

,,Byłem ci ja raz, w kraju Białopol z Ovovem i Wiłkokukiem,
Teraz opowiem ci bajkę, a będzie dłuuuuga!
Żyło raz, dwóch panów wielkich,
W Oceanie Białopolskim.
Aglu - smok i Kilu - wielo - ryb
Żyli jak z psem kot - wywołali niejeden sztorm
Bojem swym zawziętym!
Aglu miał głowy dwie, a łuskę szmaragdową
Kilu miał mamucie zęby, a ogon wieloryba,
Przednie łapy miał jak mamut, a futro - sobolowe"!

Piosenka opowiadała o tak dziwnych rzeczach, że wielu nocnych marków przerywało swe zajęcia, aby posłuchać o odległych krajach.

,,Razu pewnego stanęli do boju ostatniego,
Ocean na czerwono farbowali i kawały mięsa wygryzali.
Aglu dwiema paszczami wieloryba razi, aż zapędził go do
krwawej łaźni.
Cetus gaden4: Oszczędź mi życie!
Dragonus gaden5: Znam się na twym sprycie! Ocean za mały dla nas obu! Chcesz pływać, to spływaj do Obu!
Cetus gaden: Mam dwie łapy, to zamieszkam na lądzie!
Dragonus gaden: Niech tak będzie!
I tak Kilu - wieloryb wylazł z toni,
A że był ciężki - pogrążył się w ziemi,
Teraz tam kielcami macha, a każdy mamut mówi nań:
'tata'".

Deneb przeciągle ziewnął i ułożywszy się na dziedzińcu zasnął. Tatrze śnił się Lech III błąkający się w dzuikim kraju i uspokajały ją słowa: ,,Agej - król wszystkiego".
-A więc również Białopolski - dodała i zasnęła.
Dwóch ludzi i jeden Ox, razem z tygrysem jechało konno, a tu nagle nadbiegł czwarty koń niosący kobietę. Lech odwrócił się do niej i ...



Rozdział VIII

-,,Ysen deklarata štirchliś horribilis alden Tatra, susa ad kudeliniera, tiranus Aplanitis; Leien ov Tyjen ad erzu kydaren, mare ov cari ad foyak; Mar - Zanna gracilis6" - w Żelaznym Zamku znów zgromadziły się straszydła.
Po odnowieniu przysięgi, zaczęto radzić nad zemstą. Padały rozliczne pomysły, jeden po drugim odrzucane.
-Trudno będzie wydrzeć ją z łap Deneba - zauważył jakiś wąpierz.
-Gdyby nie ten przeklęty Enk, rozgniótłbym ich jak robaki - mówił troll, któremu nie spieszyło się do Nürtu.
-Tatra jest ,,łotkip" (wybraną) - wspiera ją Agej i wszyscy Enkowie, jest mądra i wytrzymała, ma nawet pokorę i miłosierdzie, czego nam nigdy nie stanie. Jest niebezpieczna dla całego Čortlandu - Locha przypomniała swoje słowa sprzed lat, wypowiedziane w Alpenlandzie.
-Skoro pozbawiła nieśmiertelności Kościeja, to lepiej nie wchodzić jej w drogę - bąknął strzygoń, pospiesznie zapychając usta krasnoludkami.
-Ona musi zginąć! - Naraicarot uderzył pięścią w stół. - Wpędzę ją do mogiły, ale niekoniecznie od razu - wszyscy zwrócili nań oczy - wpierw zapełnimy Nawię jej rodziną - Locha klasnęła w ręce. - Jak wykończymy Lecha?
-Ostatnio Lecha III widziałem jak razem z królem orskim i jakimś Oxem, przemierzał stepy Orlandu w kierunku wschodnim - mówił samiec mantrykony; z podsłuchanych rozmów wynika, że jest teraz poza Europą.
-Mogłeś ich zabić - skwitował to Naraicarot - a teraz spróbujemy dobrać się do dzieci.
Pod perłowo - rubinowym sufitem ukazała się chmura ognia, a w niej był widoczny purpurowo - złoty smok na łańcuchu, któremu zatraceńcy oddali hołd. Król wąpierzy wyjął obsydianowy nóż i najbliżej siedzącej, skrzydlatej mamunie, uciął żmije zastepujące piersi i zawinął je w płótno. Na trupiobladej twarzy miał uśmiechy triumfu.
-Teraz zaczarujemy to i będą prezentem dla dzieci Tatry, które je wykończą! - tymczasem biała sukienka okaleczonej mamuny była już czerwona, a jej właścicielka płakała z bólu, wiedząc, że jej żmije kiedyś odrosną. Krwawiąc, wyleciała przez okno, aby szukać leczniczych ziół i chlobębiny do opatrzenia ran. Naraicarot położył jeszcze wijące się żmije na stole, a wszyscy ciekawie na nie spoglądali...

*

Rano w Niście, Deneb uśmiercił dwa brukołaki. Ukrywały się wśród krzewów zamkowego ogrodu, aby móc pożreć bawiące się przy matce dzieci. Deneb pokazał Tatrze ich koszmarnie udziwnione cielska i przestrzegł przed zaplanowanym przemówieniem do ludu stolicy. Zamiast tego, w zastępstwie władczyni on sam stanął na podium, przytargawszy w pysku zabite w ogrodzie potwory. Lud ogarnęło przerażenie na widok opasłych, czarno - brązowych, pokrytych nastroszonym futrem ciał, bezkształtnych łbów z wyszczerzonymi zębami, rogów, długich jak kosy szponów, ludzkich rąk i nóg wyrastających z boków ciała, jednego skrzydła nietoperzowego, a drugiego wroniego. Biały ryś kazał podpalić zezwłoki i rychło niścianie uspokoili się. Z tłumu wyszedł mały chłopczyk o dużej głowie w dziwnym kształcie i wielkich, zielonych oczach, niesamowicie świecących. Nosił orską, białą koszulę z misternym haftem przy kołnierzu i rękawach, oraz czarne szarawary. Wyciągnął obie ręce przed Deneba, a miał w nich czerwoną chusteczkę i żółte jabłko.
-To dar króla w... Nürtu dla dzieci królowej Tatry i Lecha III - powiedział, a lud szeptał ,,To jest piękne"!
-Perzona Foyakista; Likost' ov Truła7! - na słowa Deneba chustka i jabłko znów zamieniły się w krwawiące i wijące się żmije, a stepowy sysun z piskiem obnażył się i począł zmykać.
Strażnik miejski napiął łuk, aby zastrzelić sysuna, gdy ten się potknął, lecz jego kolega powstrzymał go:
-My nie zabijamy dzieci. Nawet jeśli okazują się być sysunami.
W Burus Naraicarot I nie posiadał się z wściekłości. Jeszcze tej doby postanowił sprowadzić nieszczęście. Zapadłą już noc, gdy dzieci skończyły się kąpać. Anej Mari i Mieczysław spędzili najwięcej czasu w łaźni. Gdy z niej wychodzili, w drodze do łóżek, coś czerwonego, czego nie mógł schwytać Deneb, przebiegło korytarzem.
-Boli! - krzyknęła Anej Mari, a Tatra bezradnie patrzyła, jak dwoje dzieci jest zranionych w kark olbrzymim, podobnym do skorpioniego, kolcem.



Rozdział IX

Po dziedzińcu, z zawrotną szybkością biegł czworonożny stwór. Był cały czerwony, miał ludzką głowę, nogi pantery, z tyłu odwłok skorpiona, z kapiącą z kolca jadowego krwią chłopca i dziewczynki, a nazwa jego: mantrykona. Dziwoląg biegł przez pogrążony we śnie Nist, a ani Deneb, ani straże nie mogły go złapać. Wbiegł w las, gdzie Boruta gonił go na grzbiecie łosia, lecz mantrykona była szybsza. Gdy byli blisko siebie, Enk wyciągnął obsydianowy miecz i w biegu ranił potwora. Mantrykona nadal uciekała, aż jeszcze tej nocy padłą wykrwawiona u bramy Żelaznego Zamku. Na jednej z ulic Nistu, wyczerpany Deneb leżał wśród piany z pyska. Szybko jednak wstał i wrócił do zamku. Ujrzał jak Tatra wypuszcza zatrutą krew i przemywa rany dwójki dzieci. Te były przerażone, a matka nakładała im szarpie.
- Co to było, mamo? - spytał się Mieczysław.
- Jak wychodziliście z łaźni, przez korytarz przebiegło coś wielkiego i czerwonego i was pokłuło, po czym czmychnęło do lasu. Nie wiem co to za istota - zamyśliła się Tatra - ale wasze rany przypominają mi użądlenie przez niedźwiadka...
- Takiego jak ten z Çatal Höyük? - spytała zaciekawiona Anej Mari.
- Tamten był czarny i większy - zaprzeczyła matka. - Teraz się połóżcie, może będzie wam lepiej - ucałowała dzieci przed snem, lecz ją samą dręczyła troska.
Deneb usiłował pocieszyć królową, lecz i on podejrzewał coś złego. Do Nistu przybyła Złota Baba, lecz tylko pokręciła smutno głową.
- Mam jad Białej Żmii i Abajowa, lecz abym mogła nim leczyć, potrzebuję trzeciego składnika - jadu Króla Węży - mówiła Złota Baba. - Anej Mari i Mieczysław potrzebują potężnego leku, bo zostały użądlone przez mantrykonę - Tatra aż krzyknęła.
Nigdy w swoim zwierzyńcu nie miałą takiej istoty; były one zbyt niebezpieczne. Pędziły po stepach niczym sokoły w powietrzu, a do tego były jadowite. Co gorsze, ta konkretna mantrykona nie nie była jedyną na służbie Čortlandu.
-Jad mantrykony trzeba koniecznie unieszkodliwić - miauknął Deneb. - Król Węży mieszka na wschodzie Montanii, w górach powstałych z ciał Biesów i Čadów; pójdę po po jego jad - odwrócił się do pozostałych dzieci, zaniepokojonych cierpieniem rodzeństwa, po czym dał susa przez okno. Złota Baba starannie wymieszała jad Białej Żmii i Abajowa, pocieszając wszystkich.
Tymczasem Deneb wybiegł z Nistu, minął jezioro Open Vida i przeskoczył Viranę. Był w Grodzie Korabia - dawnej stolicy Aplanu, a u stóp Łysej Góry (Monta Lysarayaty) patrzyły nań zaciekawione czarownice. Z Mnogova, gdzie stały mogiły ojcowskich wodników, wskoczył do rzeki Zanus i płynąc do jej źródeł znalazł się w Górach Biesów i Čadów. Szedł po posrebrzanej blaskiem Księżyca połoninie, mając zawieszony na szyi skórzany woreczek. Gdy zobaczył pełznącego w trawie węża, zwanego teraz ,,wężem Eskulapa" poprosił go:
- Jestem Enkiem Denebem z Burus. Pragnę widzieć się z twoim królem, by użyczył mi swego jadu - wąż kiwnął łbem na znak zgody i zniknął w murawie. Po sekundzie, bystrym oczom białego rysia ukazał się olbrzymi gad. Był to wąż barwy intensywnie ognistej, lub ciemnozielonej, bo różnie go opisywano. Miał czerwone ślepia, a ogon wieńczył kościany gwizdek, na którym zwykle wzywał swoje sługi. Jego głowę zdobiły kogucie dzwonki i koguci grzebień, nad którym jaśniała korona z płomieni - znak, że był Enkiem.
- Czego potrzebujeszszsz? - zapytał rysia.
- Agej kazał mi opiekować się Tatrą, dopóki nie wróci Lech III, a dwoje jej dzieci zostało użądlonych przez mantrykonę... - zaczął Deneb.
- Oczywiśśście - nie dał mu dokończyć Król Węży i ugryzł woreczek.
Deneb nacisnął jego głowę, aż zbiornik napuchł, po czym liznął przyjaciela i ruszył w drogę powrotną. Biegł uradowany, gdy w chwili przekroczenia Virany otrzymał strzał z łuku w pierś. Nie został zraniony, ale cały jad Króla Węży poszedł na marne. Wtem z rzecznego mułu wynurzył się troll i wpakował go do głębokiej dziury w ziemi...

*

Noc minęła, a Deneb nie wrócił. Minęły jeszcze trzy dni, a jego ,,ani widu, ani słychu". Tymczasem stan Anej Mari i Mieczysława pogarszał się. Król Naraicarot zacierał ręce. Pewnego razu do Nistu przybył wędrowny znachor. Wokół niego gromadzili się ludzie, a on leczył ich wymyślnymi zaklęciami w języku staroludzkim, niby przez przypadek wymawiał imię Lochy, masował i zalecał kąpiele. Był bardzo popularny. Ludzie chętnie przychodzili do niego, bo czarodziejskie kuracje przynosiły dobre rezultaty. Wiele mu płacono, i w naturze i w papierowej monecie, ale z wyleczonymi działo się potem coś złego. Z imieniem ,,Rirk" na ustach, rozdziewali się, zamieszkiwali w puszczach i w ruinach, oraz wśród mogił. Lękali się ognia, byli agresywni wobec ludzi i zwierząt, a po jakimś czasie wieszali się lub topili. Znachor działał jednak dopiero od niedawna i skutki jego uzdrawiania nie były powszechnie znane. Natomiast jego sława dotarła aż do królowej. Anej Mari i Mieczysława trawiła ciężka gorączka i ślinotok, przechodzący w wymioty, a Deneba jak nie było, tak nie było. ,,Czyżby zdradził"? - martwiła się Tatra, lecz próbowała ignorować to podejrzenie. Wreszcie straciła cierpliwość, a posłyszawszy o znachorze, wezwała go do siebie. Na dworze padał deszcz, więc uzdrawiacz wziął po kropelce i położył na rozpalone czółka. Następnie zaczął długie, staroludzkie zaklęcie, którego Tatra, anim dzieci nie rozumiały:

-,,In mny trap, plax uzłu muru krovot, pennep, rurrrrrrur, ly, cüń Lešena irit', ama uż apiot, d- cüń, d - cüń; gorob! D - gorob Anej - Mari b' Metytlałos bor n' vika ama b' vika apiot! Rirk irit', 'tiri, 'tiri, 'tiri! Mantrikuń gorob b' d - cüń - gorob! E. F.''!

- z całego zaklęcia, Tatra rozumiała tylko imiona swoich dzieci.
Gdy znachor skończył, położyła na nie ręce i spostrzegła, że gorączka zniknęła. Poczęła dziękować znachorowi, lecz ten wziąwszy za zapłatę beczkę śledzi i papierową monetę pospiesznie się oddalił. Dotarł do Burus i tam rzucił zapłatę pod nogi króla Naraicarota I. Ten sprawił sobie czarodziejski przedmiot - kryształowa czaszka, niegdyś używana przez Kościeja, teraz miała w nim nowego posiadacza. Zadowolony król wąpierzy odwinął ją ze świńskiej skórki, potarł i skierował wzrok w głąb. Niedawno uzdrowione dzieci, teraz gryzły ją do krwi, okładały piąstkami i wołały:
-Suka! Naszą mamą jest Locha! Rykar cię ukarze! - w erze jedenastej, nawet najwięksi mędrcy zapomnieli, że w języku staroludzkim ,,Rirk" znaczy to samo co w nowoludzkim ,,Ridłard", a w starokrasnym ,,Rycarus".
Deneb tymczasem, porwany na Viranie przez trolla, godzinami spadał, przez ziemny korytarz, a gdy jego oprawca zatkał otwór kamieniem, spadł wreszcie na dół. Było mu gorąco w grubym, puszystym futrze, a niebieskie oczy i korona z płomieni świeciły w mroku, tak gęstym, że choćby oko wykol, a łapy grzęzły w czarnej, lepkiej mazi o nazwie ,,pkieł". Deneb szedł po mrocznej, podziemnej krainie i pojął, ze zwie się ona ,,Čortland". Wydawał się opuszczony, gdy nagle ujrzał krwistoczerwone ślepia i długie zęby. Należały do czternastu brukołaków. Jeden z nich powiedział:
-To ów Enk zabił w Niście naszych towarzyszy! - król wąpierzy gdyby miał wąsy, to by je podkręcił.

*
Do zastanych nieszczęść dołączyło kolejne. Tatra krwawiąc, zdołała odepchnąć od siebie dzieci, a te powstały i zaczęły gonić matkę i rzucać kamieniami. Ona zaś płakała i nie rozumiała co się stało. Wskoczyła na śliwę i stamtąd ujrzała przerażający widok. Smukła kobieta o czerwonych włosach, ubrana na czarno, porwała Przerośla - Żyrwaka, poraziwszy straż wzrokiem. Pobiegła z nim do rynsztoka i obciążywszy kamieniami utopiła chłopca. Gorycz Tatry sięgnęła zenitu, gdy pomyślała, że była to Ruta...



Rozdział X

,,AMUR, rzeka we wsch. Azji, dł. ponad 4400 km. Uchodzi do Morza Ochockiego. Przy ujściu ma 16 km. szer. Po II wojnie światowej w okolicach Amuru dochodziło do niepokojów granicznych pomiedzy ZSRR, a Chinami." - ,,Encyklopedia Powszechna Wydawnictwa Gutenberga. Geografia A do K"

-Czegośmy już nie widzieli! - westchnął Kellu Simi - Abö.
Jechał konno, obok milczących Lecha III i Rutego, a na przedzie szedł tygrys Uza. Nieoczekiwanie koń króla Aplanu stanął dęba i zarżał przeraźliwie, a w jego ślady poszły wierzchowce dwóch pozostałych posłów. Król zeskoczył z grzbietu rumaka i porwał łuk i strzały. Przewodnik patrzał w milczeniu jak nakłada strzałę i nerwowo celuje.
-Dlaczego chcesz mnie zabić? - zaskoczył go spokojny, dobitny głos, dobywający się z paszczy istoty, którą Lech III uznał za smoka.

,,Potem przejdą przez Góry Średnio - Wysokie i nad Amurem (rządzonym przez ogromną, czarną traszkę) - poszukają nowego przewodnika"

- przed ostatnimi, bolesnymi wydarzeniami, opowiadał w Niście nietoperz Sirrah. Przed niedoszłym zabójcą ugięły się nogi i drżąc wypuścił łuk, a strzały rozsypały się w trawie nad rzeką.
-Kim jesteś? - zapytał.
-Jestem tu gospodarzem i to raczej ja powinienem zadać wam to pytanie - odparł ogromny płaz.
-To jest Amur, opiekun rzeki tegoż nazwiska - odezwał się nagle Uza, a następnie przywarwszy do ziemi, przemówił. - Ci trzej są z Dalekiego Zachodu i w Krainie Białych Pól znaleźli się po raz pierwszy. Przybyli z krajów Aplan, Orland i Oxland - Amurowi nic te nazwy nie mówiły. - Nazywają się Lech III - Uza wskazał ogonem, - Ruty i Kellu Simi - Abö. Posłują do naszego króla Bengali i królowej Anej Arztein - zamilkł, a pan rzeki przemówił.
-Dlaczego chcesz mnie zabić? - powtórzył pytanie do Lecha III, a ten oblany pąsem, stanął przed nosem Amura i zaczął się tłumaczyć.
-Przestraszyłem się was, panie, bo swoim wyglądem przypominasz smoka - mówił - a w moim kraju, smoki czynią wiele złego ludziom. Niegdyś moja żona zabiła w gospodzie dwa potwory, o nazwie ,,bazyliszki", mordujące czarnymi błyskawicami wychodzącymi z oczu. Natomiast gdy moją stolicę zdobywali wrogowie, przyleciał smok brunatny, pożarty następnie przez smoka czerwonego. Ten ostatni był szczególniem srogi, a zginął, gdy pan naszych lasów wbił mu miecz do oka...
-Znam smoki żyjące na południe od Krainy Białych Pól - rzekł Amur - bo czasem przychodzą pić i kąpać się w mojej rzece. Są ogromne, ale raczej poczciwe. Ich wężowate cielska pokrywa łuska. Dotknij mojej skóry! - Lech ostrożnie spełnił polecenie; była miękka, śliska od śluzu. - Jaka jest? - spytał Amur. - Czy ja jestem smokiem?
-Nie - zaprzeczył król. - Jest mi bardzo przykro - była to prawda.
-Jeśli tak polowałeś na Irtisa, lub Oba; to chyba jesteś nieśmiertelny - Amur smętnie pokiwał głową, gdy to mówił; miał bowiem tylko jeden krąg szyjny. - Wybaczam ci; chciałeś mnie zabić ze strachu, a inny powodowany tym samym afektem, nie wyciągałby łuku.
-Czy mógłbyś, panie, wskazać nam drogę na półwysep Bharacji? - spytał nagle Uza.
-Sugeruję iść pierw, kilka dni drogi na południe i zachód, nad jezioro Nordlin. Tamtejszy król ugości was, bo przed wami długa droga na południe - po tych słowach, Amur ociężale wlazł do ciemnej wody i zniknął w falach.
Przyjaciele opuścili brzeg Czarnej Rzeki.
-Dziwicie się zapewne, dlaczego nie pożegnaliśmy się jeszcze? - zagadnął Uza. - Oczywiście zdążyłem was polubić, zwłaszcza tego Oxia, ale chciałbym być nad Nordlinem także z innego powodu - Ruty spojrzał nań badawczo, a tygrys dodał: - Mam nadzieję spotkać bliskie mi osoby.
Znad Amuru nad Nordlin, droga nie była wcale tak długa. Aż tu przylatywał z Dalekiego Zachodu Sirrah i opowiadał straszne rzeczy o chorobie Anej Mari i Mieczysława, ich dziwnym zachowaniu, o zaginięciu Deneba, oraz o utopieniu Przerośla - Żyrwaka. W umyśle Lecha rodziło się straszne pytanie o Rutę, lecz Sirrah wyraźnie mówił: ,,Wyglądała jak Ruta, lecz na jej szyi nie było turkusowej blizny". O spotkaniu Amura, podróżni zdążyli już niemal zapomnieć, gdy zgłodniały Uza ujrzał idące przez śródleśną polanę dobrze odżywione, łaciate krowy, byki i cielęta. Na ten widok począł się ślinić, lecz jego oczy ujrzały coś jeszcze. Na pniu siedziała młoda, żółtoskóra kobieta o niebieskich oczach (wcale nie skośnych!), ubrana w zieloną suknię, niczym Złota Baba i w burkę. Na smolistych włosach miała wieniec z białych i czarnych pereł i migotały na nich wątłe płomyki korony. Tuliła cielaka. Gdy tygrys nadszedł, wstała z pnia, a ten się przeląkł.
-Nie zabijaj mnie, Pani Krowiarko; nie będę zabijał twoich krów; ja tylko prowadzę posłów zza Roxyzoru do twego małżonka, króla Ayałakaya; tak kazał czcigodny Amur - pasterka nazywana ,,Panią Krowiarką" w milczeniu rzuciła Uzie łososia, a sama powiodła bydło przed siebie. Uza, Lech, Ruty i Kellu podążyli za nia, a gdy zniknęła im z oczu, spostrzegli, że stoja nad brzegiem ogromnego jeziora (albo morza, jak im się wydawało). Tygrys - przewodnik począł nagle z ożywieniem lizać dwie gronostaice, które choć była jesień, miały już zimową szatę. Rozległ się plusk i zabrzmiał głos:
-Witajcie nad Świętym Morzem Nordlinem! - gdy się wszyscy odwrócili, ujrzeli krzyczącego i machającego ręką, żółtoskórego wodnika w srebrnym diademie, siedzącego na olbrzymim, barwnym lipieniu.

1 Chwała Losze!
2 Chwała przesławnemu królowi Erydanowi! Śmierć Tatrze! Obiecuję zabić ją, bo ona była zabójczynią Erydana!
3 Obiecujemy straszną śmierć Tatrze; świni i suce, tyranowi Aplanu Lechowi III i ich dzieciom; morze krwi i ognia; Mar - Zanna jest wielka
4 Wieloryb mówi
5 Smok mówi
6 ,,Ślubujemy straszną śmierć Tatrze, świni i suce, tyranowi Aplanu; Lechowi III i ich dzieciom, morze krwi i ognia, Mar - Zanna jest wielka"
7 Osobo Ognista; Światłości Prawdy!

Księga świata cz. I


Poczynając od dzisiejszego wpisu ponownie zabieram Czytelnika do świata królowej Tatry, prezentując fragmenty powieści ,,Tatra. Suplement cz. IV Sen'', będącej kontynuacją powieści ,,Tatra''. Powieść ta opowiada o tym wszystkim co wydarzyło się po śmierci Kościeja.


Rozdział I

Po śmierci króla Wieńczesława, życie karczmarza i jego żony zawisło na włosku. Południca cięciem miecza podzieliła władcę na cztery części; głowę z klatką piersiową i ramionami, obie ręce i resztę ciała. Śmierć jego była jak jego życie - ,,brutalna, szybka, pełna wściekłości i goryczy". Rezuni chcieli zabić małżeństwo, lecz żona objęła kark męża i oboje wylecieli pod chmury, ścigani strzałami z łuków. Powrócili do swojej gospody w okupowanym Aplanie, lecz zastali zgliszcza. Ponadto na Lesława i Urienę, bo takie były ich imiona, zapadł wyrok śmierci. Lech III i Tatra kryli się wówczas w Jaskini Hien i nie wiedzieli o całej sprawie. Ostatecznie Lesław i Uriena uzyskali azyl u Płanetników wypasających swoje owce na wyspach kosmicznego Oceanu.
Tymczasem w Orlandzie, miejsce Wieńczesława zajął Bubiec. Należał do rasy bubonów; pół - ludzi, pół - puchaczy. Miał ludzką sylwetkę, ale wyprostowany sięgał ówczesnym ludziom do piersi. Całe ciało miał pokryte brązowym, miękkim pierzem. Mógł obracać głową jak sowa na wszystkie strony, miał pomarańczowe oczy, spiczaste ,,uszy" z pierza, a jego nos przypominał zakrzywiony dziób. Miał zdatne do lotu skrzydła, a jego krótkie, tłuste kończyny przypominały ludzkie, lecz były zbrojne w szpony i opierzone. Bubony, zwane ,,bubami" żyły na ogół w lasach, polowały na drobną zwierzynę i nie wchodziły w drogę ludziom. Ten jednak rządził krwawo. Wieńczesław nie zdążył wyznaczyć swojego następcy, a drugim pretendentem do tronu był Trójrożec. Nazywał się tak żmij, bardzo dziwny, bo jego głowę zdobiły trzy spiczaste wyrostki kostne. Kiedy wymówił posłuszeństwo Bubcowi wybuchła wojna domowa. Obaj przywódcy zwrócili się o pomoc do Kościeja. Ów przybywszy do Orlandu, zabił i Bubca i Trójrożca, a najdalsze posterunki jego wojsk, jak i uchodźcy spotykali się z żółtoskórymi ludźmi z lasów Białopola; granica bowiem stanęła na Roxyzorze. U szczytu potęgi Kościeja, wypowiedzieli mu wojnę król Księżyca Ixovodrav i jego azylant, król Opplan. Aby zapobiec kolejnej masakrze, królowa Tatra udała się nad Moltavę, gdzie na oczach Kościeja torturował ją potwór Grabiuk. Poświęcenie Tatry odebrało złemu władcy nieśmiertelność i umarł zadławiwszy się rybią ością. Tymczasem przybył Lech III i zabił Grabiuka, zaś Tatrę uzdrowił wąż Abajow.
Na tronie Orlandu zasiadł jego były namiestnik Rutysław. Mimo swej przeszłości nie był złym człowiekiem, przeciwnie, zrobił wiele dla swojego kraju. Zawarł pokój z Lechem III i odwiedził Nist. Od uwolnienia Kościeja do jego śmierci, było wielu Orów, którzy ratowali prześladowanych Aplańczyków, leśnych ludzi i inne stworzenia. Schronienia udzielali im często we własnych chatach, nieraz płacąc za to życiem. Wieńczesław, bowiem nakazywał, aby orscy członkowie rodzin mieszanych zabijali swych aplańskich bliskich. Teraz nad Tinerpą odbyła się uroczystość ku czci tych co obronili dobre imię Orlandu i człowieka. Po upadku Kościejowego imperium i nastaniu pokoju wzrosła liczba ludności Orlandu. Choć wieść niosła, że za Roxyzorem jest koniec świata, król Rutysław postanowił wysłać tam ekspedycję badawczo - kolonizacyjną. Myślał, że jeśli łono Mokoszy (Ziemia) jest większe niż w popularnych wyobrażeniach, uda się założyć orskie kolonie w Krainie Białych Pól, uzyskawszy być może zgodę króla żółtych ludzi z lasów. W zamiarze utwierdziło go to, że przecież w erze siódmej Lynxowie znali te ziemie i były one zwykłą częścią ich państwa. Węże, które zniszczyły państwo Neurów spadły z Kosmosu na ziemie wschodnie i wypełzając stamtąd, zniszczyły planetę. Poza tym królowe rusałek takie jak Mari, Mordva, Tuva i Udmuria miały swoje stolice właśnie za Roxyzorem, tak samo królowe Kura i Araxia, oraz Bharatiena. Tam też mają się znajdować ich groby. Kiedy w erze dziesiątej ludzie podzielili się na trzy odmiany, ci o żółtej skórze osiedlili się za Roxyzorem. A nawet odwołując się do wydarzeń najnowszych; wszak w Niście król Rutysław chciwie słuchał o niedźwiedziu białym; Igorze Lorenzkraffcie. Przecież ten pochodził właśnie z Białopola!
W przeciwieństwie do swoich następców z ery trzynastej, Rutysław nie chciał zniewalać białopolskich autochtonów, jeśli takowi istnieli. Pragnął pokojowego współżycia kolonistów z tubylcami.
Choć niewielu było chętnych, ostatecznie królowi udało się skompletować wyprawę złożoną z trzydziestu mężczyzn i dziesięciu kobiet z dziećmi. W większości byli to Orowie, choć zabrano też sześciu ludzi z Aplanu (trzy kobiety i trzech mężczyzn), jednego Oya i pięciu mieszkańców kraju Nürt (dwie kobiety i trzech mężczyzn). Zabrano też uzbrojonych w dziryty wodnika i Lynxa. Część wyprawy stanowili ochotnicy, część uwolnieni więźniowie skazani na karę śmierci, a część kombatanci, którzy mieli być nagrodzeni ziemią.
Podróżni pożegnali się z królem w grodzie Oska i ruszyli na Wschód. Kraj, który przemierzali był coraz dzikszy, aż na zupełnym odludziu stanęłi nad Roxyzorem. Tu wybudowali prymitywna osadę, a ci co przeżyli trudy wędrówki zabrali się do budowy mostu. Żyli z łowiectwa, bartnictwa, rybołóstwa i zbieractwa, a także prowadzili handel z leśnymi plemionami, a także z uchodźcami z czasów niepokoju. Oprócz rozbicia szwadronu królewskiego, nie wiedzącego o śmierci Wieńczesława, koloniści nie walczyli z ludźmi. Autochtoni nauczyli ich hodowli bydła (bowiem wyprawa nie była zaopatrzona na ,,koniec świata"!) i koni, oraz produkcji kumysu.
Pewnego razu na azjatyckim brzegu Roxyzoru, młody Or imieniem Ucław zobaczył piękne, duże zwierzę. Był to kot, większy od wilka, jak i od samego Ucława. Był potężnie zbudowany, z pyska wystawały mu kły, niczym u bestii z Ojcowa. Barwy był ognia, oznaczony czarnymi pręgami. Szedł spokojnie do wodopoju, polaną na skraju tajgi. Odwrócił się i popatrzył w stronę znieruchomiałego człowieka, po czym spokojnie zajął się swoimi sprawami. Serce Ucława waliło jak młot.
-A więc to jest ,,lew pręgowany", o którym nieraz słyszałem - myślał. - Do grzyba pana! Żółci ludzie mówią, że mieszka tu więcej takich, a oni sami są poddanymi państwa Tygrys; wodzowie białopolscy są lennikami jakiegoś zwierzaka. Mówią też, że nie wolno ich zabijać, bo ,,lwy pręgowane", nazwę je krócej - ,,tygrysy'' - są mściwe i mogą straszne rzeczy zrobić. Mnie może się jednak udać. W imię czego miałbym zrezygnować z takiej skóry? - tygrys, albo ,,lew pręgowany" gasił pragnienie, a Ucława paliła chciwość.
Zwierz chłeptał wodę, a Or napiął łuk. Strzała wyleciała i trafiła tygrysa w kark. Zerwał się z rykiem, lecz następny strzał był celny. Ucław dysząc podbiegł do jeszcze ciepłego kota i opanowując drżenie rąk zdjął zeń skórę. Kiedy na moście ukazał się wodnik, biciem w kocioł wzywający na biad, skóra została zrolowana i zabrana do osady.
Koloniści jedli pieczonego jesiotra z czarnym kawiorem, zapijając kumysem z miodem i jagodami. Skóra leżała na posłaniu Ucława, schowana w pościeli. Dzień zleciał spokojnie, a nocą myśliwy wtulił się w swoją zdobycz. Mieszkał w drewnianej chacie, dzielonej z Oyem i swoim ojcem. Na warcie stali Lynx z wodnikiem, a do symfonii sów, wilków i lelków kozodojów dochodziło chrapanie ludzi. Tylko jeden nie mógł zasnąć. Tygrysia skóra szczerzyła nań zęby, a przypominając sobie przedśmiertny ryk jej właściciela, miotał się jak w konwulsji. Trawa czerwieniła się od krwi, a zębata paszcza rozwierała się niczym czeluść. W stronę rannego ,,lwa pręgowanego" poleciała druga strzała, a kot umierając wydobył z siebie skargę na okrucieństwo człowieka. ,,To tylko sen..." - uspokajał się Or i przewracał z boku na bok. Otworzył oczy i spojrzał na sufit, po którym biegały podobne do pająków chlobęby. Była północ. ,,To tylko sen" - mruczał zagłuszając odległe porykiwanie. Tymczasem...

*

-Dotychczas najgroźniejszymi zwierzetami jakie spotkaliśmy były rysie i wilki - mówił wodnik do Lynxa - ciekawe jakie mogą wydawać takie odgłosy?
-Zapomniałeś o niedźwiedziach - ziewnął przeciągle człowiek z rysią głową.
Gdy tak rozmawiali, w krzakach błyszczały dziesiątki oczu, lecz obaj strażnicy zwracali na nie nie większą uwagę niż na świetliki. Gąszcz zaszeleścił i coś lekko wskoczyło na wodnika przewracając go. Chlusnęła niebieska krew i rozległ się trzask łamanych kości.
-Gore! - wykrzyknął rysiooki Lynx i skierował dziryt w stronę ogromnej bestii.
Do niebieskiej kałuży spadły wnet krople czerwone, a ,,lew pręgowany" cofnął się z rykiem. Kark Lynxa został przebity na wylot dwoma kłami. Dziryt wypadł z ręki, pozostając wbity w łapę zwierza, a z trzymającego została mokra plama. Ludzie wybiegli na zewnątrz. Drewniany most na Roxyzorze płonął jak pochodnia, a całą osadę o nazwie Oska Navłaya (Nowa Oska) otoczyło stado ,,lwów pręgowanych". Niektóre z nich nosiły łuskowe pancerze, trzymały w łapach miecze i żagwie, wszystkie były wściekłe. Największy z nich, noszący koronę z ogromnym krwawnikiem i szafirem o dziwnym kształcie, trzymał za chochołę naczelnika wioski, niejakiego Lubomyra Tinerpianowa.
-Jestem namiestnikiem Krainy Białych Pól - ryczał - reprezentuję króla Bengalę i królową Anej Arztein!
-Nie wiedziałem, że lwy pręgowane istnieją, a do tego mówią! - wykrzyknął Lubomyr.
-Kraina Białych Pól jest prowincją państwa Tygrys - mówił dziki kot - a moje imię Igaj.
-Lubomyr Tinerpianow - przedstawił się wódz kolonistów. - Co was tu sprowadza?
-Dziś rano jeden z was zabił mojego brata, którego kochałem - mówił Igaj - dziś on, jutro następny z nas. Jeśli chcecie pokoju, wydajcie nam mordercę! - wokół rozległy się ryki.
-Ależ lwie pręgowany, Igaju przesławny! - zaoponował Tinerpianow. - To niemożliwe! Żółci ludzie wszak przestrzegali nas, abyśmy was nie zabijali! - w oczach Igaja zapalił się gniew.
Tygrysy warczały, a ludzie stali nieruchomo z napiętymi łukami. Bydło i konie kotłowały się w zagrodach, a dzieci tuliły się do matek.
-Śmierć europejskim najeźdźcom! - ryknął i zatopił kły w piersi naczelnika wioski.
Wówczas posypały się nań strzały, a tygrysy rzuciły się na ludzi. Most na Roxyzorze spłonął, a nurt rzeczny porwał popioły. Teraz płomień ogarniał chaty. Wojsko Igaja przełamało opór łuczników i wdarło się do domostw. Rozegrały się dantejskie sceny; zwłoki mężczyzn, kobiet i dzieci w każdym wieku były zmasakrowane i nadjedzone, a jeszcze częściej zwęglone. Odziane w pancerze tygrysy brały w zęby ciała bydła i koni i układały z nich ucztę na azjatyckim brzegu rzeki. Igaj jednym skokiem powalił pomnik wyrzeźbiony z drewna lipowego przedstawiający Swaroga (w Orlandzie zwanego ,,Dadźbogiem"), a potem obalił rzeźbę Leszego - Boruty. Ciosem kościanej szabli zniszczył podobizny Rgła, Chorsa i Welesa, a także Leśnej Matki i Matki Mokrej Ziemi, jak Orowie nazywali Mokoszę. Dwóch Aplańczyków i jedną Aplankę upieczono nad wyobrażającym Ageja ogniskiem.
Razem z tygrysami zemstę wymierzały też inne leśne zwierzęta. Ogromny tur rozniósł na rogach magaqzyn żywności i był biały od rozlanego kumysu. Nadciągnęły też wilki. Zagłada Oski Navłai była zupełna. Jedna tylko aplańska dziewczynka została uratowana przez Panie Białopolskie, nad którymi tygrysy nie miały władzy. Jest teraz pewnie nieśmiertelną, szczupłą, niebieskooką blondynką o trupio bladej cerze, ubiera się na czerwono i przynosi nieszczęcie autochtonom.
Ucław, jak tylko dowiedział się o ataku założył na siebie pręgowaną skórę i uciekł ile sił w nogach. Pędził jak wicher, potykając się o kamienie i wystające korzenie, lecz wstawał i gnał dalej. Za nim gorzała łuna osady. Gnał i nie myślał absolutnie o niczym. Igaj spostrzegł, że w Osce Navłai nie ma zabójcy jego brata. Wysłał pościg i sam ruszył na zachód. Nad ranem goniły go odziane w pancerze i uzbrojone w kiścienie wilki, a potężny, białopolski niedźwiedź wymachiwał rohatyną - w całości ze złota - i ryczał:
-Hańba Europie! Hańba mordercom! - Ucław musiał kluczyć, aby zmylić pogoń.
Błąkał się w dziewiczym orskim lesie. Przeczesywał trawy, a złapane jaszczurki zjadał na surowo. Raz trafił mu się ranny zając, którego zjadł. Bał się śmiertelnie. Był wyczerpany. ,,To ja do tego doprowadziłem" - płacząc myślał o wymordowaniu towarzyszy wędrówki, o śmierci ojca oraz siostry co została matką. Jednak widok pięknej skóry skłaniał go do usprawiedliwiania się. ,,Skąd mogłem wiedzieć, że one są takie złe"? Błąkał się dalej, tracąc rachubę czasu, aż w oddali ujrzał dymy. ,,Muszę uciekać! Te potwory, aż tu dotarły i spaliły kolejną wioskę". Jednak coś mu zaświtało w głowie. ,,Pamiętam! Przecież to osada smolarzy, w której zatrzymaliśmy się przed dotarciem nad Roxyzor"! Uszczęśliwiony wszedł do osady, a jego tygrysia skóra budziłą powszechną ciekawość.
-To dar dla króla! - mówił Ucław obserwującym go podejrzliwie dzieciom.
W osadzie znalazła się rodzina, która dała mu schronienie. Tam odpoczął i opowiedział o swojej przygodzie i o tragicznym losie kolonii. Przestrzegł też, że za Roxyzorem znajduje się państwo Tygrys, zamieszkane przez ,,lwy pręgowane" gotowe do ataku na Europę. Smolarze dali mu oswojonego łosia, a Ucław z żalem zmusił się do oddania tygrysiej skóry w dowód wdzięczności. Pognał swojego łosia na zachód, do grodu Oska, gdzie przebywał król Rutysław...



Rozdział II

,,Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę" - przysłowie

Krwawa pamięć po Wieńczesławie, Bubcu, Trójrożcu i Kościeju blakła nieubłaganie. Orland coraz bardziej zabliźniał rany po ich rządach. Teraz thema regium rozmów na rynkach, w domach i na dworze było zagadnienie: co jest na końcu świata? Czego można się spodziewać za Roxyzorem? Jak wygląda półlegendarna Kraina Białych Pól? Podobno stamtąd pochodził lennik Kościeja; taki biały niedźwiedź Igor Lorenzkrafft, co niedawno tłumił przedostatnie powstanie aplańskie. A może to właśnie tam mieszkają umarli? Albo Agej z Enkami? Fantazjom i dociekaniom nie było końca. Tymczasem kiedy król Rutysław przebywał w bani, Ucław wjechał do Oski na łosiu. Zatrzymał się na rynku i krzyczał:
-Biada Europie! Biada Orom! - wokół niego gromadził się tłum. - Jestem Ucław, syn Sławomira z Oski Navłai! Niedawno całą naszą kolonię zniszczyły ,,lwy pręgowane"! - te słowa wywołały skrajne reakcje. Jedni byli przerażeni perspektywą nowej wojny, inni przyjmowali to obojętnie, jeszcze inni rzucali w Ucława ogryzkami jabłek i wyśmiewali go.
Sam Rutysław opuścił saunę, aby posłuchać dziwaka i jego fantasmagorii o Białopolu. Kiedy przybył na targowisko, Ucław na jego widok zeskoczył z łosia i upadwszy na twarz oddał mu pokłon.
-Królu... - mówił pospiesznie - Europa znów będzie krwawić! I Orland będzie krwawić! - stał na baczność czerwony jak burak.
-Chłopcze - uspokajał go król położeniem ręki na ramieniu - jesteś roztrzęsiony. Chodź do pałacu, umyj się, najedz, napij, potem wszystko opowiesz. Jestem ciekawy wieści z Azji, ale gdzie pośpiech tam nie usmiech... - łoś oddalił się z miasta, a Ucław poszedł z królem.
-Będzie krwawić tak jak za Wieńczesława II Czerwono - Czarnego, tak jak za Bubca, Trójrożca! Kościej wcielił się w zwierzę, lwa pręgowanego z Białopolski! - tak perorując i machając nerwowo rękoma doszedł do siedziby królewskiej.
Ucław został zaprowadzony do sauny, a następnie dostał nową, lnianą odzież. Dano mu dziczyznę, owoce i piwo, a także chleb i ser. Gdy się najadł i chciał opowiadać, powieki odmówiły mu posłuszeństwa i zasnął przed tronem snem sprawiedliwego.

*

Przespał resztę dnia i noc, a gdy się obudził był spokojny, choć przygnębiony.
-Założyliśmy osadę Oska Navłaya i zaprzyjaźniliśmy się z żółtymi ludźmi z lasów - zbieg opowiadał przy śniadaniu. -Wszystko było dobrze, gdy zobaczyłem ,,lwa pręgowanego". One same nazywają siebie ,,Tygrys" i pozwól panie, że w dalszej rozmowie będę je nazywał ,,tygrysami''. Miał ładne futro, więc ubiłem go z łuku, aby je mieć. Jednak one w nocy zniszczyły kolonię. Uciekłem i byłem goniony. Wnioskuję, że te ogromne bestie zaatakują nasz kontynent, a Orland będzie pierwszym zniszczonym krajem - dodał po chwili.
Rutysław słuchał w zamyśleniu, a Ucław spostrzegł, że król głaszcze ogromnego, białego basiora o niebieskich oczach. Młodzieniec zerwał się z krzesła, gdy ślepia rozbłysły silnym światłem.
-Nie bój się - rzekł basior - jestem Ovov Tęczookinson, brat Wiłkokuka z Burus. Ongiś wyprowadziłem Tatrę, dzisiejszą królową Aplanu i Montanii z Kościejowego więzienia. Słyszałem o tobie i muszę ci powiedzieć, że jeszcze wiele wycierpisz przez nienawiść. Mój brat służy królowej Betel - Gausse, co ma zamek na dnie jeziora Mamir w Burus, ale jeśli chcesz, azylu udzieli ci Leszy w Rokitnickim Siole. Wybieraj!
Ucław zamyślił się. ,,Tak mu się to spodobało, że zrobił to po raz drugi" - niczym w żarcie o Schtirlizu. A czas leciał. ,,Bo ja wiem - myślał - uciekać każdy umie, a gdybym zabijał tygrysy zdobyłbym sławę bohaterską".
- Drogi Ovovie! - przerwał zniecierpliwiony Rutysław - Myślę, że tego chłopaka trzeba zabrać do Rokitnickiego Sioła, aby jak ucieknie, moje patrole mogły go złapać. To dobry chłopak, ale widzę, że coś kombinuje nieodpowiedzialnego - Ucław naburmuszony usiadł na basiorze.
- Wiesz, Rutysławie - zagadnął na odchodnym Ovov - byłem już w Białopolu i znam ,,lwy pręgowane". Wbrew pozorom nie są złe. Wygląda mi to raczej na wendetę niż prawdziwą wojnę. Żegnaj! - wilk oblizał twarz króla jęzorem, po czym pognał na tereny obecnej Białorusi, ku siedzibie Boruty i Leśnej Matki.
Król był jednak niespokojny. Rozesłał wici na najdalsze kręgi kontynentu i poraził go strachem przed tygrysami. Na miejsce międzyplemiennej narady wybrano Velehrad. W miejscu dzisiejszego Parku Kasprowicza, pod gołym niebem i wśród zieleni odbyła się Rada Królów Europy...



Rozdział III

- Oj, tygrys to by wątrobę wygryzł! - mówił laskoński błazen, po zakończeniu
pierwszej sesji obrad Rady Królów Europy.
Rutysław tego dnia przemawiał na środku Jeziora Rusałek (albo Jeziora Kovaty), siedząc na zaczarowanym, złotym tronie miejscowej królowej - brzeginki. Nie wierzył w uspokajające zapewnnienia Ovova Tęczookinsona i uznał, że Europa faktycznie jest w niebezpieczeństwie. Przed wyjazdem do Velehradu nakazał aby nadworny malarz, na wielkim płacie brzozowej kory wymalował tygrysa, na podstawie relacji Ucława. Teraz pokazywał ów malunek zgromadzonym monarchom. Wśród nich był Lech III, na którego w Niście czekała Tatra z sześciorgiem dzieci. Były to Mieczysław, Anej Tabiena, Burus, Anej Mari, Przerośl - Żyrwak i Anej Afaraka, urodzone w ojcowskiej Jaskini Hien podczas ostatniej tułaczki. Od tego wydarzenia mijał już siódmy rok.
Przechadzając się wśród velehradzkiej zieleni, Lech III spotkał dawno niewidzianego przyjaciela. Zza świerczka wychynął młody mężczyzna o foczej głowie.
-To ty, Kellu Simi - Abö! - król rozpoznał w nim syna Kellu Symura, który niegdyś wraz z synem i Rdzeniejewem przyprowadził Przerośla do Nistu.
-Cześć, Lechu! - odparł poufale Ox, wnet jednak na znak szacunku skłonił się i dotknął czarnym wilgotnym nosem kolana króla.
-Nie płaszcz się - rzekł Lech, mimo, że pokłon oznaczał cześć nie tylko dla jego osoby. - Opowiadaj co się stało z twoim ojcem Kellu Symurem.
-Smętno mi - pokręcił głową Simi - Abö - mój ojciec zginął na ostatniej wojnie zabity przez księcia Tarasa.
-Rozumiem - ściszył głos Lech III i zapadła chwila ciszy.
Ongiś gdy za radą Evoliusza, król rozpętał wojnę przeciw Kościejowi, obaj Oxiowie przyjechali do Aplanu, aby go bronić. Ujrzeli okrucieństwo o jakim im się wcześniej nawet nie śniło. Gdy przedzierali się przez las pali, wyrosły na glebie znękanej pożogą, wypatrzył ich książę Taras Długa Kita i własnoręcznie uśmiercił Kellu Symura. Simi - Abö wywijał obsydianowym mieczem, aż do jego złamania, po czym dostał się do niewoli. Taras kazał go obedrzeć ze skóry na własnych oczach, choć prawdę mówiąc, jego oczodoły były puste. Oprócz Oxia w rezuńskiej niewoli było paru leśnych ludzi, odzianych w zielone płaszcze. Wśród nich był siwobrody starzec chodzący o lasce i gdy rezun miał zabić Kellu Simi - Abö'ego zaproponował, aby uciekał, a on zginie za niego. Syn Symura choć bał się bólu i śmierci odmówił. Tymczasem książę Taras rozkazał stracić ich obu jednocześnie. Podprowadzona więc leśnego starca i młodego Oxia. Rezun miał już obu torturować, gdy widok srtarca coś mu przypomniał. Był to jego ojciec. Kat nagle rozciął więzy jeńcom i kazał uciekać. Gdy książę powstał z tronu, pałając gniewem, rezun rzucił rzucił weń sztyletem przebijając dłoń. Taras Długa Kita wydał gniewny wrzask i rozpłynął się w płomieniach. Zabiła go dopiero południca Uriena. Leśni ludzie rozproszyli się wśród pali, ucieczką salwowali się też rezun, jego ojciec i Kellu Simi - Abö. Błąkając się musieli jeść korę i łyko z pali, a nawet chwytać żywiące się wiszącymi nań trupami wrony i kruki. Miał miejsce nawet kanibalizm... Po miesiącu tułaczki natrafili na oddział dowodzony przez Igora Lorenzkraffta, który wyciął leśnych ludzi w pień i wbił na pal ostatnich potomków Wałšana. Kellu Simi - Abö znów dostał się do niewoli i został przywieziony do Presnaulandu. Został niewolnikiem w dygnitarskiej rodzinie mającej biały pałac u wybrzeży dzisiejszej Holandii. Gdy nocą ze złotym łańcuchem na szyi błąkał się po plaży i płakał, dzieci jego pana odwiązały go. Następnie zobaczył wielką trójgłową fokę. Ta schyliła środkowy łeb, a nasz bohater wsiadł nań i został zawieziony do Oxlandu. Nie bał się, bo wiedział, że była to Ceta - foka Juraty; matki i królowej Morza Joldów.
To były przykre przeżycia. Ox otrząsnął się jak z wody i usłyszał pytanie.
-Co was sprowadza do Velehradu? - zadał je Lech III.
-Mam już dwadzieścia pięć lat i mogę rządzić w swoim szczepie - odparł Kellu - ale nie czuję się na to dojrzały. Chciałbym podróżować i gromadzić wiedzę o świecie, być takim jak Przerośl...
-Moja żona mówi, że trzeba być sobą - zaoponował król.
-Być może, - rzekł Kellu - ale i tak nie czuję się gotów grzebać w polityce. Władzę oddałem swojemu kuzynowi Čudanowi. A ty, dlaczego jesteś w Velehradzie?
-Wiesz, Kellu - odparł Lech III - król Rutysław zwołał międzyplemienną naradę. Ma być podobno nowa wojna - tym razem z ,,lwami pręgowanymi" z Białopola.
Obu przyjaciół przeszło się po mieście. Na targowisku Orkoseum (po polsku: Turzyn) widzieli myśliwych prezentujących wielkie, turze czaszki, a także Teutmana z oswojonymi gryfami. Jeden był czerwony, inny czarny, był szary ,,gryf Chytreygi", biały, brązowy, czarny z białą głową i rudy białogłowy. Wszystkie były piękne i łagodne. ,,Tatra, by chyba chciała wszystkie hodować" - zamyślił się Lech III. Nastepnie razem z Kellu Simi - Abö'em wstąpił do małej austerii ,,Pod Cetą" serwującej dania rybne, podstawę wyżywienia Oxiów. Kellu zamówił pasztecik z gastrolitami, a Lech III - węgorza. Cała obsługa miała focze głowy. Następnie król pokazał przybyszowi chram Welesa. Stamtąd poszli oglądać zachód Słońca nad Odirną. Zdążyli już zapomnieć o celu przybycia, gdy ujrzeli ognik. Przybrał postać rusałki i przemówił.
-Król Rutysław serdecznie i pokornie prosi swego brata Lecha III, o przybycie nad jezioro w celu wzięcia udziału w sesji wieczornej - brzeginka klęcząc na jedno kolano czekała na odpowiedź. Lech westchnął.
-Pójdę - topielica znów stałą się płomykiem i odleciała, a Kellu Simi - Abö poszedł za królem.
Rutysław znów siedział na tronie na środku jeziora, a dwóch wodników po jego bokach trzymało pochodnie. Zapalono ognisko, co dla wielu królów stało się okazją aby rozmawiać, pić piwo i piec kiełbaski, aż zrobił się zator. Doszło niestety do bijatyki i wyzwisk. Byli to monarchowie Europy, a zachowywali się jak współcześni pseudokibice.
-Proszę o spokój - bezradnie prosił Rutysław.
Kellu Simi - Abö wspominał swego kuzyna Čudana, a gdy oczyma wyobraźni ujrzał jego foczy łeb zagadnął go w myślach:
-Uciekałem od polityki, a polityka za mną! - śmiał się serdecznie, podczas gdy Rutysław tracił cierpliwość.
-Zilende kudelinieren!1 - na ten krzyk z jeziora wyszedł wodnik i chlusnął wodą z dzbana na ognisko. Królowie byli skonfundowani.
-Przepraszam z całego serca, że mi nerwy puściły... - tłumaczył się.
-Nerwy to niech ci Rgieł ukisi, a my kończmy swą robotę - zażartował król Oylandu.
Teraz znów było poważnie i do północy toczyły się ważne narady.

*
Rada Królów Europy obradowała bazowocnie jeszcze dwa następne dni. W końcu przyniesiono wielki worek z jasnymi i ciemnymi kamieniami, aby ustalić, kto pojedzie za Roxyzor w misji dyplomatycznej. Kto wylosował jasny otrzymywał misję, a kto wylosował ciemny zostawał w swoim państwie. Ustalono, że pojadą - Lech III, Rutysław (zapowiedział, że wyśle swojego syna Rutego) i ... Kellu Simi Abö. Ten bowiem cichaczem wkręcił się do losowania. Obrady zostały zakończone, a ci co wylosowali misję, powrócili do Nistu.



Rozdział IV

Tego dnia Tatrę i jej dzieci trapił smutek. Nad ranem wrócił Lech III z Rutysławem i dawno nie widzianym Kellu Simi - Abö'em. Radość z powrotu nie trwała długo. Po obiedzie padły słowa:
-Wybacz, znów się rozstaniemy; będę posłem, a moja misja za Roxyzorem - mówił Lech - ale będę o Was pamiętał - zapewniał.
-Dlaczego musisz nas opuścić? - zaniepokoiła się Tatra.
-Europie znów grozi wojna, tym razem z ,,lwami pręgowanymi" z Białopola.
-A dlaczego miałaby to być wojna z Białopolem, a nie z Tassilią? - spytała Tatra.
-Niejaki Ucław mieszkający teraz w Rokitnikim Siole zabił lwa w paski, jak on to mówił ,,tygrysa", a te zniszczyły osadę. Ucław uciekł i ostrzegł króla Rutysława o niebezpieczeństwie wojny. W Velehradzie wylosowałem udział w misji - opowiadał król Aplanu - ty jesteś na tyle dzielna, że mogłabyś ze mną jechać, ale dzieci - nie. Poza tym ktoś musi rządzić państwem, a tobie ufam najbardziej.
-Będziemy tęsknić... - królowa się zasępiła.
-Jeśli mogę coś powiedzieć - odezwał się nagle Kellu Simi - Abö - w Velehradzie rozmawiałem z czarnym koniem Welesa po końsku (!) i powiedział, że jeśli Lech III pojedzie do Azji to wróci żywy, a zwierzęcy Enkowie z Burus zaopiekują się wami tak, żę będziecie regularnie znać szczegóły wyprawy i nawet uczestniczyć w niej...
Lech ucałował Tatrę i kolejno żegnał się z każdym dzieckiem. Następnie wygłosił pożegnalne przemówienie do ludu Nistu i konno opuścił stolicę. Razem z nim na wschód skierowali się Rutysław i Kellu Simi - Abö. Ten ostatni po razmowie ze światynnym koniem był największym optymistą, aczkolwiek nie tłumaczył dlaczego. Gdy zniknęli za horyzontem i rogatkami miasta, Tatra zabrała ze sobą dzieci do lasu.
-Mamusiu, opowiadaj jak po raz pierwszy byłaś w Burus! - prosiła Anej Mari.
-Wsród błękitnych przestworzy lecieli dwaj królowie ptaków. Orzeł o białych piórach nazywał się Tinez i obok niego leciał czarny jak wrona orzeł Ridan - Tatra usiadła pod drzewem i opowiadała. - Orły patrzyły na ośnieżone pole, a gdy Tinez odgonił kruki, wrony i sroki, ujrzał mnię zamarzniętą i ludzkim głosem powiadomił Ridana. Byłam wówczas nieprzytomna; w mojej głowie kotłował się Kościej, przybycie do Burus, trójgłowy, niebieski szczur z Oska, ,,lwy pręgowane", ognisko. Tymczasem przybył wielki, biały ryś Deneb i zaniósł mnie do chaty Kurki.
-Mamo, a ja właśnie widzę tego Deneba - przerwał Przerośl - Żyrwak i wskazał ręką w krzaki.
Istotnie, wyszło z nich ogromne zwierzę. Był to muskularny, puszysty kot, wielki jak niedźwiedź. Miał szczątkowy ogon, czarne, sztywne włosy na czubkach uszu i bokobrody. Był biały w czarne cętki, miał niebieskie oczy, a w dodatku nosił koronę z płomieni. Na jego widok, Tatra powstała i podeszła, a on skokiem powalił ją na trawę. Lizał jej twarz różowym językiem, a ona śmiejąc się, targała mu kudły. Dzieci nie bały się i poczęły go głaskać. Wtem ryś wstał i odezwał się:
-Ovov mi mówił, że twój mąż udał się do Krainy Białych Pól paktować z Tygrysem - przemówił Deneb. - Jeśli chcesz, mogę się zaopiekować tobą i dziećmi, do czasu aż wróci. Oczywiście nie mogę go zastąpić, ale - przerwał na chwilę - nawet w Aplanie będziesz w niebezpieczeństwie.
-Dlaczego? - spytała Tatra.
-Jeszcze pod koniec życia Kościeja, Rykar mianował nowego króla wąpierzy w Burus. Nazywa się Naraicarot I; nienawidzi tej co zabiła Erydana i już jest bliski odkrycia faktu, że zrobiłaś to ty. Na sabacie w Alpenlandzie mówił: ,,Gdybym ją znał, to bym rozwlókł jej ciało do ostatniej fibry po całym kontynencie"! - mówił Deneb. - A wy? - zwrócił się do dzieci. - Jest takie przysłowie: ,,Ryś jako pies nie będzie służyć". A ja jestem rysiem, a mimo to chciałbym mieszkać z wami; czy zgadzacie się?
-Taaaaaak! - krzyknęły dzieci, choć Anej Tabiena szepnęła mu do kosmatego ucha:
-Pan coś ukrywa! - minął miesiąc.

*

Zapadł już wieczór i zbliżała się pora snu. Deneb kazał jednak wszystkim podejść do okna. Po chwili rozległ się pisk i matka z dziećmi i Enkiem ujrzała nietoperza. Był to borowiec wielki z niebieskim ognikiem nad głową. Legł na parapecie i rzekł.
-Nazywam się Sirrah i jestem Enkiem z Burus.
-Nie wiedziałem, że nietoperze mówią - szepnął Mieczysław.
-Znam wasze imiona i znam wędrówkę Lecha; będę wam codziennie wieczorem opowiadał - Tatra z radości ucałowała go w puchaty pyszczek. - Gdy przybyłaś do Burus po raka Estinusa nie spotkałem cię, bo była zima i spałem, ale potem inni Enkowie opowiedzieli mi o tobie. Zapewne chcesz abym dzisiaj opowiedział co widziałem? - mówił borowiec.
-Oczywiście - odrzekła uradowana królowa.
-A więc; Lech III, Rutysław i Kellu Simi - Abö opuścili Aplan i bez szczególnych przygód zagłębili się w Orland. Szli przez lasy i bagna; Boruta (Leszy) i Leśna Matka pozwolili im zobaczyć jak się miewa Ucław w Rokitnickim Siole. Pani lasów opiekuje się nim jak rodzonym synem, czarny lew Polesza jest mu wierny jak pies, ale on coś knuje i nie jest szczęśliwy w Trzcinowym Pałacyku. A oni pojechali do Oska i tam zostali Rutysław. Zamiast niego pojechał jego syn; książę Ruty. Już w Velehradzie król Orów marzył o takiej zamianie. Lech, Ruty i Kellu ruszyli w drogę, dzień popasali w osadzie smolarzy, a gdy ją opuścili... Spotkali tak zwaną ,,panią białopolską" - piękną kobietę w czerwonej sukni, która na ich widok zawołała: ,,Będziecie mieli owocowe buty"! - a potem szlus w knieje. Oxa to zaciekawiło i pobiegł za nią, aby prosić o tłumaczenie. Kellu biegł po jej śladach, aż natrafił na rosłego niedźwiedzia uzbrojonego w złotą rohatynę. Towarzyszyły mu wilki w łuskowych pancerzach. Niedźwiedź był nieufny i nie wierzył Lechowi i Rutemu, że mają misję i na potwierdzenie ich wysokiego urodzenia kazał im fikać kozły; zapomniałem powiedzieć, że panie białopolskie są złe i przynoszą nieszczęście. Gdy z posłów wyszły już siódme poty, niedźwiedź uwierzył im i zaprowadził nad Roxyzor. Ujrzeli tam zgliszcza osady o nazwie Oska Navłaja.
-,,To była kara dla morderców" - tłumaczył niedźwiedź, a ponieważ most na Roxyzorze był spalony, przewiózł Lecha III i Rutego na swoim grzbiecie. Kellu Simi - Abö jako Ox szalenie lubił wodę (zwłaszcza morską) więc przepłynął przepłynął rzekę kraulem, a na końcu przeprawiły się wilki unosząc kiścienie przymocowane do grzbietów. Jak już się znaleźli w Azji, nad leśnym jeziorkiem ujrzeli marmurowy pomnik. Przedstawiał on, jeśli można tak powiedzieć - ,,tygrysa" (będę używał tej nazwy bo jest poręczniejsza niż ,,lew pręgowany") ranionego dwiema strzałami. Posąg stał na okręgu wypalonej ziemi, a wokół były złożone cztery ludzkie czaszki.
-,,Tu jest miejsce śmierci i pochówku brata naszego namiestnika tygrysa Igaja" - tłumaczył niedźwiedź, a Ruty podszedł i ukląkł, publicznie przepraszajc wszystkie tygrysy za to morderstwo. Następnie razem z Lechem III i Simi - Abö'em nazrywał kwiatów, które położył pod stopy marmurowego tygrysa. Wzbudziło to uznanie eskorty, a gdy weszli nieco w dziewiczy las, spotkali namiestnika. Igaj, bo tak się ten tygrys nazywał, był wzruszony gestem posłów, choć od jakiegoś już czasu serdecznie nienawidził białych ludzi. Książę Ruty wyprosił nagle o pozwolenie pochówku ludzkich czaszek, a na miejscu gdzie obalono rzeźby Enków posadzona kiełkujący żołędź. Posłowie usiedli na leśnej murawie, a Igaj kazał im podać część własnej dziczyzny (specjalnie upieczoną na polanie), a także miód, orzeszki cedrowe, kawior i kumys. Synowi Kellu Symura przypadł w udziale surowy jesiotr nadziewany kawiorem, złowiony w Roxyzorze. Ja tak nie mówiłem o koniach, a to dlatego, że są oni w Azji bez koni, bowiem po opuszczeniu osady smolarzy ich wierzchowce zabił Dusiołek tak duży jak dorosły chłop! Potem chciał się dobrać do posłów, lecz nie wiedział co to za stworzenie: Ox? Przestraszył się biedak, człowieka z głową foki, a gdy ten się zbudził, zły gonił za dusiołem po lesie, jak wilk za zającem! A wracając do Białopolski... Książę Ruty filuternie się uśmiechnął, wstał i wyjął zza pazuchy... gąsior orskiej wódki. Powiedział, że to prezent Orlandu dla bratniej Krainy Białych Pól. Lech patrzał na to z trwogą w oczach, lecz Igaj przyjął podarunek. Gąsiorów było kilka, więc do degustacji przyłączył się misiek i wilki. Lech powiedział uprzejmie aby zachowali umiar, lecz zwierzaki upiły się. Wilki poczęły zagryzać się między sobą i topić w Roxyzorze. Niedźwiedź stał się wylewny i opowiedział jak kazał posłom fikać kozły, a ponieważ Igaj też był pijaniusieńki więc zapałał gniewem. Mimo protestów przybyszów rozkazał niedźwiedziowi, aby zjadł kiścienie. On posłusznie chrupał, a na deser miał zjeść złotą rohatynę. Gdy tylko ugryzł, poszły mu wszystkie zęby; odtąd podwładni musieli go karmić przeżutym pokarmem. Z kolei Igaj był tak zamroczony, że skoczył na posąg swego brata, zabitego przez Ucława i przewrócił go i połamał i razem z nim poturlał się do Roxyzoru".
Sirrah skończył opowieść, po czym pożegnany przez Tatrę i jej dzieci odleciał na wschód. Wszyscy położyli się spać, a we śnie uczestniczyli w opowiadanej historii. Było tak zawsze po opowiadaniu; czego nie było na jawie wynagradzał sen. ,,On posłusznie chrupał, a na deser miał zjeść złotą rohatynę"...



Rozdział V

,,Ojców [...] Dolina ojcowska i pobliskie doliny: sęspowska i betkowska należą dzięki swej malowniczości do najpiękniejszych zakątków w Polsce. Strome ściany dolin, wypłókane w kamieniu jurajskim, uderzają dziwacznością i rozmaitością kształtów, poza tem spotyka się tu niecodzienne okazy flory i fauny, nie mówiąc już o sławnych i niezwykle z archeologicznego i historycznego punktu widzenia ciekawych jaskiniach, których w O. i okolicy jest kilkadziesiąt, ze słynną i największą grotą Łokietka na czele. Poza tem posiada O. jeszcze ruiny starożytnego zamczyska, wybudowanego przez Kazimierza Wielkiego. [...] Groty ojcowskie były zamieszkane już w neolicie, za czasów historycznych miał się się chronić w nich w czasie walk z Czechami Władysław Łokietek, na którego pamiatkę Kazimierz W - ki miał tu zbudować zamek 'Ociec'. W 1787 zwiedzał O. i grotę Łokietka Stanisław August. Ok. 1860 założono w O. zakład wodoleczniczy, który jednak został zniszczony z całą wsią w czasie potyczki stoczonej tu przez powstańców w marcu 1863. Obecnie dzięki połączeniu z Krakowem rozwija się O. w szybkim tempie." - ,,Encyklopedia Powszechna Wydawnictwa Gutenberga tom 11 Moroksyt do Optyka".



Ojcowo (Fatryver) było krainą na południu Aplanu, czyli późniejszej Analapii. Leżało nad małą rzeczką Czterowodą (Te - y - aka) wypływającą z Montanii i rozgałęziającą się na cztery dopływy. Charakterystyczne dlań były liczne jaskinie - takie jak Jaskinia Hien, Lwów, czy Niedźwiedzi, nazwane tak od mieszkających w nich zwierząt. Słynęło też z dziwnych formacji skalnych, z których najwyższa, posiadającą kształt cylindrycznej rolki plastra nazywała się Plaster Kovaty (Playster Covatiner). Rósł tam gęsty, mieszany las, zwany Puszczą Białego Mamuta (Forestrus ov Mot Vakilis), a także znajdowało się ponure bagno - Mroczne Błota, w których mieszkał potwór Vrouga. Wreszcie na prawym brzegu Czterowody wznosiły się trzy wioski.
Oprócz Vrougi, postrachem Ojcowa był gigantyczny zaskroniec z Czterowody, pożerający ludzi i zwierzęta. Tych było sporo; mamuty i nosorożce włochate, tury i żubry, jelenie olbrzymie i szlachetne, sarny, łosie i renifery, zające, tarpany i suhaki (na polanach), tygrysy szablozębne i rysie, wilki, lisy, cyjony, rosomaki, niedźwiedzie jaskiniowe i brunatne, północne lwy i hieny, oraz owcowoły. W Czterowodzie żyły charakterystyczne dla Burus wielkie ryby (np. siedmiometrowe karpie). W Puszczy rosły (również buruskie i w ogóle wschodnioeuropejskie) grzyby wielkości wołów, a także tylko tu występujące brzozy ojcowskie. W sumie przyroda łączyłą w sobie cechy Wschodu i Północy Europy. Oprócz ludzi z osad: Patrit, Sospa i Betkovo, żyły tu krasnoludki, czarownice, ubierające się w długie, białe suknie rusałki i panujące nad nimi wodniki o śluzowatej, przepuszczalnej skórze i długich, białych włosach.
Ojcowo jako kraina historyczna wyodrebniło się w erze dziewiątej. Cieszyło się wówczas sporą autonomią. Z podobnych do żab wodników rekrutowali się wielcy wojownicy. Za panowania Anej II, Rykar skompletował armię olbrzymich potworów, zwanych Biesami i Čadami. Wyszły one w tym samym miejscu, w którym potem pojawiło się Morze Smoły i poczęły siać zniszczenie. Ojcowskie wodniki z wielkimi stratami pozabijały potwory na południowym wschodzie późniejszych ziem polskich. Ciała najeźdźców skamieniały tworząc pasmo górskie o nazwie ,,Bieszczady", z kolei miejsce największej hekatomby obrońców zostało nazwane ,,Rzeszów" (Mnogovo), ,,bo zginęły tam rzesze [wodników]'' - według ,,Obrazu świata".
Gdy królowa Tuva miała swój tron w Azji, trolle po zniszczeniu Wielkiego Księstwa Nordyckiego podbiły niemal cały Nürt. Nie mogąc zdobyc gór rządzonych przez Arktura, skierowały się na południe, przepływając wielkie, słodkie jezioro. Ojcowskie wodniki wyparły agresorów z powrotem do Nürtu. Pod koniec ery, królewna Vega (obecnie zamieszkała w Burus) chroniła się przed swą matką Goplaną III, właśnie w Ojcowie. W erze dziesiątej, jedna z córek Novalsa i Aivalsy, imieniem Kovata, zakochała się w podobnym do człowieka wodniku i utopiła się w jednym z jezior Velehradu. Została w ten sposób rusałką i wyszła za wodnika. Odtąd wielu ludzi, zafascynowanych erą dziewiątą topiło się w Jeziorze Kovaty, aby zostać topielcem, lub topielicą. Rusałka i wodnik wiele wędrowali, a gdy przybyli do Ojcowa, mąż na cześć żony nazwał miejscową formację skalną ,,Plastrem Kovaty". Gdy został wyssany przez wielką jak krowa pijawkę, Vrouga pod postacią mężczyzny zniewolił ją i zabrał do Mrocznego Błota. Dopiero zimą, gdy potwór wyszedł pewnej nocy na powierzchnię, Weles - pan podziemi uwolnił ją i dał Jarowitowi. Ten zaś umieścił Kovatę z powrotem na Wolinie, oraz przywrócił do życia jej męża - wodnika. W erze jedenastej Ojcowo stało się częścią Aplanu, podlegało księciu Południowej Visany. W czasie ostatniej wojny Lecha III z Kościejem zostało zajęte przez armię Soborowego Orlandu. W Jaskini Hien ukrywał się król razem z Tatrą i grupą uchodźców. Tu urodziły się ich dzieci, a złoty łańcuch Mokoszy odegnał Lochę i inne mamuny od maleństw. Zaskroniec z Czterowody wskazał Lechowi III drogę, którą Tatra udała się do Kościeja. W ostatnich czasach, od wyjazdu króla, potwór Vrouga częściej niż zwykle topił swą krainę we krwi...

*

Tatra rządziła w zastępstwie Lecha III. W Niście siedziała na tronie, słuchając poselstw, a przed nią utajniwszy koronę z ognia leżał Deneb, z którym bawiły się dzieci.
-Ja jestem Dusiołkiem z Orlandu - przedstawił się olbrzymi potwór, o grubych, krwawych łapach - i spotkała mnie krzywda. Była noc i jak mój stan nakazuje, wydusiłem konie trójce podróżnych. Potem chciałem odebrać życie im samym, lecz widzę, że jeden z nich to człek, z łbem szarym, wielkie, czarne oczy, wąsiska jak u żbika, a z pyska cuchnie mu rybą. Przestraszyłem się, bom nigdy takiego nie widział. On tu się obudził i gdy spostrzegł, żem wydusił konie, rzucił się na mnie z pięściami, a ja uciekałem. Krzyczał i gonił mnie, a wtedy zbudziło się dwóch ludzi i poznałem, że jednym z nich był następca tronu w Orlandzie - książę Ruty. Gdy uciekłem już od tej zwierzogłowej bestii, podsłuchałem rozmowy ptaków, dowiadując się, że razem z księciem wędruje król Aplanu, Lech III i Kellu Simi - Abö z Oxlandu. Przybyłem tu, bo wiem, żeś królową Aplanu i możesz wynagrodzić moją krzywdę. Ukarz, lub upomnij Lecha, że nie ukarał, lub nie upomniał tego oxyjskiego monstrum! - wężowy język z czarnego pyska trzepotał jak motyl.
-Znam waszą historię - powiedziała Tatra - bo opowiadał mi ją Sirrah. Zamiast na pomoc zasługujesz na karę.
-Ja dobrze robię - zaprzeczył Dusiołek - duszenie jest przyjemne, to sens mego życia. Zostałem obrażony i rządam satysfakcji. Jeśli nie uduszę Lecha, to uduszę ciebie, lub te dzieci! - wskazał bezskórym palcem.
Tatra słuchała blednąc i czerwieniejąc, a on coraz wyżej podnosił głos i chełpił się.
-Jak szedłem do ciebie, wydusiłem wielu twoich poddanych; zajrzałem do zwierzyńca i tam miałem radochę! Może teraz bym tą szyjkę wykręcił jak sznmatkę?! - wysunął czerwony język w stronę królowej, gotowej go zabić.
-On chce ciebie wpędzić w gniew, abyś mu uległa - tłumaczył Deneb, na którego głowie znów zapłonęła korona. - Nic mu nie odpowiadaj, tylko wyciągnij złoty łańcuch Mokoszy!
Tatra szybko spełniła rozkaz, a złote ogniwa rozbłysły niesamowicie. Dusiołek zakrył okrągły, czarny łeb paluchami, po czym wyjąc spłonął i przeniósł się do smoka Rykara. Ledwo królowa odetchnęła, gdy przyszli posłowie.
-Jesteśmy z Ojcowa - przedstawili się człowiek, krasnoludek i zielony wodnik.
-Stamtąd gdzie jest Jaskinia Hien - powiedziała Tatra.
-Tak, pani - potwierdził wodnik - i Mroczne Błota.
-Tam mieszka Vrouga - powiedział do Tatry Deneb.
-Kim jest Vrouga? - Tatra spytała posłów.
-To Čort - mówił człowiek - zawsze jest groźny, ale co jakiś czas opuszcza Mroczne Błota i chodzi po lądzie. Wówczas pożera i ludzi i zwierzynę, i wodniki i rusałki, krasnoludkiem nie pogardzi. Bezpieczny jest przy nim tylko zaskroniec z Czterowody, bo nawet czarownice giną w jego pazurach.
-Nie można go zabić; - żalił się krasnoludek - niedawno przybyli do nas z północy kraju leśni ludzie, uzbrojeni w łuki, oraz dowodzący nimi żmijowie. Wyglądał jak igielnik, lecz szedł, aż wszystkich posiekał pazurami. Przybył też olbrzymi Lynx z Orlandu, z maczuga i mieczem, i też zginął. Neurowie pływali po Mrocznych Błotach łódkami i mieli harpuny, ale zostali potopieni. Widziano jak nosił pięciu Oxiów i pięciu Wydrzan nabitych na pazury. Wówczas jeden silny wodnik rzucił weń głazem, lecz Vrouga kopnął kamień, tak, że ten w Patricie zmiażdżył pięć chat! Z Irlandii pochodziła sotnia rusałek, które utworzyły ścianę z płomieni, lecz jednym dmuchnięciem rozwiał je jak pył. Wojownik z wyspy Man nawet nie chciał słyszeć o walce, a gdy przybył olbrzym znad Araxu - krasnal miał łzy w oczach - Vrouga poszatkował mu stopę, a ten wyzionął ducha. Potwór był czerwony od krwi, a my spaliliśmy ciało olbrzyma, pełni przerażenia. Wyzwól nas od niego, pani! - wszyscy padli na twarze.
-Dlaczego uważacie, że ja mogłabym mu sprostać?! - spytała Tatra.
-Przecież to tyś pozbawiła nieśmiertelności Kościeja - wykrzyknął człowiek.
-Vrouga służy Rykarowi i jest wrogiem Ageja - włączył się Deneb - dlatego zostanie zwyciężony jego płomieniem. A kto go ostatecznie do niego zaniesie, nie jest najważniejsze. Czuję, że na długo czas zaznacie spokoju - posłowie uspokojeni wstali z podłogi i opuścili Nist.
Tatra zafrasowała się. Chciała pomóc swoim poddanym, choć opowieści o potworze przerażały ją. Deneb puszystą łapą wytarł jej łzę z policzka. Fale kosmicznego Oceanu czerwieniły się już, a biały ryś znaczącym gestem nadstawił grzbiet, jakby chciał powiedzieć: ,,Wsiadaj"! Tatra ucałowała i mocno uściskała dzieci, po czym znalazła się na Denebim grzbiecie. Mocno chwyciła za kudły i wyskoczyła przez okno. Zdziwiła się szybkim tempem jego biegu. Słońce wciąż zachodziło, gdy opuścili Nist. Ściemniać zaczęło się nad jeziorem Open - Vida, a im dalej kierowali się na wschód wzdłuż Virany, tym było ciemniej. Dzieci poszły już do łóżek, a chwila odpoczynku nastąpiła nad jeziorem Lyko. Deneb przyjrzał się Tatrze.
-Dzisiaj Sirrah znów przyleciał z Białopola do Aplanu, choć zwykły nietoperz potrzebowałby na to dużo więcej czasu. On i ja jesteśmy Enkami, więc możemy się szybko poruszać. Nie jestem władny zabić Vrougi, ty też nie - możemy jednak na długi czas go unieszkodliwić.
-A jak zginę, kto zaopiekuje się dziećmi? - niepokoiła się królowa.
-Nie stracą matki - uciął Deneb, po czym o pełni Księżyca dotarli do Ojcowa.
Tatra zsiadła z grzbietu Enka nad brzegiem Mrocznych Błot. Słychać było pohukiwane sów i kumkanie żab, oraz płacz ludzi. Tatra była wyczerpana i długą galopadą i głodem, teteż zasnęła. Deneb obudził ją trąceniem łapy. Otworzyła oczy i usłyszała ryk. W ciemnościach świeciły czerwone oczy.
-Vrouga! - miauknął Deneb i z rozjarzonymi oczami i koroną zerwał się na równe łapy.
Ociekający błotem Čort był wielki jak Arvot Baldas. Miał niedźwiedzi łeb, korpus i ogon, w miejscu uszu miał krowie rogi, a w miejscu rogów - krowie uszy. Przednie kończyny były ogromne i pięciopalczaste. Ich uzbrojenie stanowiły długie na łokieć, proste i obosieczne pazury. Kończyny tylne były podobne do ludzkich, lecz grube i owłosione; okrywały je czarne, skórzane buty.
-Štirrrrrrrchliśśśś paaa, kudelinierrrr Agejissstisss! 2 - Vrouga przemówił ludzkim głosem.
Tatra rzuciła weń zaostrzonym kamieniem, a Deneb zakrył ją swym ciałem. Potwór jednym machnięciem łapy poszatkował go, lecz buchnął płomień i ciało rysia - Enka się zrosło. Królowa wyjęła złoty łańcuch, lecz mieczowaty pazur uciął jej rękę i odtrącił w paprocie. Krzyknęła z bólu i opadła na trawę, a Čort z lubością uciął jej drugą rękę. Deneb drapnął pazurami po niedźwiedzim pysku i wytoczył zieloną krew. Tatra podpełzłą w paprocie i chwyciła złoty łańcuch w zęby i czołgała się z strone walczących. Deneb słabł, zas królowa klęknąwszy, potrząsnęła głową i łańcuch uderzył Vrougę w pysk.
-Cidia ysena rrrrrrrrrrrrynacyja!3 - krzyknął gdy złote ogniwa owinęły się wokół niego i wciągnęły w głąb Mrocznych Błot.
Od upływu krwi, Tatra straciła przytomność, lecz Deneb wziął ją do pyska, w łapy chwycił jej ramiona i zaniósł pod miejscową brzozę. Naciął korę pazurem i na głowę Tatry poleciała oskoła.
-Pij - rozkazał Deneb, a oskoła była lekiem; odcięte ramiona znów zrosły się z tułowiem. Była już zdrowa, a po całym zdarzeniu zostały tylko białe, pierścieniowate blizny, przez pewien czas świecące niczym poświata. Wtuliła się w Deneba i powróciła do Nistu.
Dzieci uradowały się, widząc, że ich mama wróciła. A było co opowiadać...
-Byłam w Ojcowie i walczyłam z Vrougą, gdyby nie Deneb, byłabym martwa. Teraz musimy pomóc rodzinom zabitych i rannych, a także powiedzieć im, aby się nie bali - wyjaśniła dzieciom.
-Jak dorośniemy, będziemy tacy jak ty, mamo - poważnie zapewnił Mieczysław.

*

Po śmierci Tatry i pojawieniu się węża Gorynycza, zaskroniec z Czterowody przyłączył się do niego i też siał zniszczenie. Gdy Belsk i Kallap ofiarą z własnego życia zamienili Gorynycza w pasmo górskie, jego ojcowski sługa zmienił się w drugi łańcuch, zwany ,,Prometem". Gdy Jurata zakończyła erę jedenastą zesłaniem potopu, woda wymyła Vrougę z Mrocznych Błot i niosła swym prądem. Po zakończeniu kataklizmu, potwór znalazł się daleko od domu (prawdopodobnie na Wolinie) i rozłączył się ze złotym łańcuchem Mokoszy. Pełen wściekłości ruszył z powrotem do Ojcowa i znów zamieszkał w Mrocznych Błotach. Już w czasie drogi powrotnej mordował co mu się nawinęło w zasięg pazurów. Tymczasem w Fatryver zamieszkali Słowianie i odbudowali zniszczone wioski. Vrouga stał się ich postrachem. Kiedy instytucja wielkiego państwa uległa zawieszeniu, wsiami Patrit, Sospa i Betkovo zaczął rządzić ród Taurovów (przez Polaków nazywanych: ,,Byczyńskimi"). Byli to udzielni władcy. ,,Ys ein tzay royek, priniceps, ina navetus grabus - ys tzay misterianus ov Taurov"4 - brzmiała dewiza drugiego z rodu, Lipina. Władysław z Taurova chciał rozszerzyć granicę swej włości do rzeki Visany, lecz pokonała go efemeryczna koalicja plemion słowiańskich i celtyckich pod wzgórzem Vovel. Oprócz Vrougi drugą zmorą Ojcowa stał się rozbójnik Rinkajzen ov Štafingaff o gęstej, krzaczastej brodzie czarnego koloru. Rinkajzen miał luksusową siedzibę w jaskini, wśród Puszczy Białego Mamuta i była to baza wypadowa, pozwalająca łupić całą krainę. Był bezwzględnym mordercą i pierwowzorem bajkowego Rumcajsa. Zamiast Hanki miał cały harem, a o żadnym Cypisku nie zachowały się wzmianki. Kres jego działalnności położył Stanisław Taurov - mimo pomocy samego Vrougi, Rinkajzen został złapany i wbity na pal. Był on ostatnim dziedzicem Taurova na zachodnim brzegu Czterowody. Jego pijana czeladź chętnie strzelała z łuku do lecących na miotłach czarownic. Te zaś zemściły się, wysadzając w powietrze Taurovo za pomocą wybuchowych eliksirów. Rocznicę śmierci ,,mordercy i plugawca" zawsze czciły uroczystym sabatem na skałach. Odtąd Ojcowem zaczęli rządzić naczelnicy wsi Patrit.
Vrougę zabił Ilja Muromiec (Iliyon Muromy) z Karačoru. W erze trzynastej, naczelnik wsi Patrit złorzył hołd Lechowi I Dalmackiemu i Ojcowo stało się częścią nowego państwa - Analapii. W ,,Obrazie świata'' jest napisane:

,,Fatryver leży w Analapii między Visclą na północy, a Montanią na południu".



1 Milczeć psy!
2 Śmierć tobie, psie Ageja!
3 Niewiasta moją klęską!
4 Nie jestem królem, księciem, ani nawet grafem - jestem panem Byczyńskim