czwartek, 18 lutego 2016

Oniricon cz. 188

Śniło mi się, że:




- Ojcowie Kościoła uznali egipską boginię Bastet za demona,




- w czasie zjazdu słowiańskich bogów rusałka o zielonych włosach śpiewała na cześć bogini - kotki Kołowierszy ,,Katiuszę'', zastępując imię Katiusza, słowem ,,korgorusza'',




- Park Żeromskiego w Szczecinie jest poświęcony braciom - archaniołom: Michałowi, Gabrielowi i Rafałowi, ja zaś nazwałem go ,,Puszczą Brańską'',
- moim hobby było zaglądanie ludziom przez okno; zobaczyłem książkę w domu starej kobiety i odczuwałem pokusę, aby ją ukraść, lecz nie zrobiłem tego,




- w telewizji mówiono o różnych rodzajach pączków jedzonych w Tłusty Czwartek, z czego odradzano wielkie pączki indyjskie nadziewane mięsem,
- pomyślałem, że chrześcijaństwo nie stworzyło antysemityzmu, ale jako pierwsze podjęło z nim walkę,




- Andrzej Sapkowski brał udział w dymitriadach, w czasie oblężenia Kremla opowiadał jak pracował w firmie produkującej chipsy i był kiedyś oskarżony o pobicie,
- miałem nieślubne dziecko z siostrą Voytakusa ov Visnica, UWAGA: To tylko sen, nic takiego nie zdarzyło się naprawdę,




- w czasie wojny domowej w Hiszpanii, Ewa Kopacz stała na czele republikańskiego rządu, przeciwko któremu walczyli rycerze w zbrojach,
- szedłem z Babcią po ulicy, widziałem w witrynie księgarni książkę ,,Kontynenty'' N. Daviesa, lecz byłem zbyt zmęczony, by iść dalej,




- w sklepie mięsnym widziałem razem z Babcią smakowitą rybę złożoną z krewetek, lecz nie mogłem jej zjeść z powodu diety,
- Wołch Wsiesławicz był synem diabła i czarownicy,
- razem z Pavlasem ov Vidłarem i Andreusem ov (nazwiska nie znam) chciałem kupić ,,Słowo i miecz'' W. Jabłońskiego w kiosku, gdzie sprzedawczyni mnie obrażała nazywając mnie upośledzonym bratem Pavlasa i Andreusa,
- dowiedziałem się, że czytanie 666 komentarza na blogu grozi opętaniem,
- w PRL - u istniała poniemiecka ,,fabryka szkieletorów'', w której głodzono ludzi na śmierć,




- w jednym z opowiadań Pilipiuka dziewczynka poszła na miasto i zaszlachtowała mordercę, co zbulwersowało jednego z widzów Telewizji Trwam,
- razem z młodą dziewczyną poszedłem przeszkadzać Ormianom w składaniu ofiar ze zwierząt,




- chciałem uprawiać seks z Billem Clintonem, UWAGA: To tylko sen, nie jestem homoseksualistą, ani nie pochwalam tego zboczenia,
- jednym z legendarnych władców Anglii był Stanisław Wilhelm, który nakładał na chłopów nowe ciężary pańszczyźniane,



- opowiadałem Pavlasowi ov Vidłarowi o pobycie Tatry w Irlandii, a on pytał się czy spotkała żmiję. 

wtorek, 16 lutego 2016

Radwan

,,W czas rzeźby srogiej,
Ban Radwan uciekał przed wrogiem,
Pioruny bardzo biły, drogę oświetlały, gdy Radwanowi wojowie, do kąciny przez las się przedzierali.
Gdy chłód i cień chramu ich owionął, ban Radwan z Uskoków, świątynną stanicę śmiało ujął,
I z bojowym okrzykiem wypadł na wroga,
Ten myśląc, że to odsiecz przybyła, haniebnie dał nogę''
- ,,Gędźba o junakach, hajdukach i uskokach''





Działo się to w czasie, kiedy na tronie w Agram, stolicy Czerwonej Krobacji zasiadał król Virovit Sławdarović, będący honorowym członkiem rycerskiego zakonu stuha. Oto najwierniejszy z jego sług, ban Radovan, przez Polaków zwany Radwanem, ten sam co w czasie bitwy z Panończykami, schronił się przed nimi w chramie ukrytym pośród lasu, skąd wybiegł ze świątynną chorągwią, teraz płynął korabiem o żaglach ze szkarłatnej pawłoki, hen do Syrii, albo nawet do Bharacji. Był to bowiem czas pokoju, zaś odległe krainy, te wszystkie Mitanni, Nubie, Iberie, Mari, Sumer, Sarmacja, Scytia i Huristan nęciły czekającymi na junaka przygodami. Okręt nazwany imieniem ,,Feniks'', czyli żar – ptak minął wybrzeże Grecji, na której tronie zasiadał Słowianin Jesza, oraz Anatolii – ziemicy Hetytów. Na wyspie Cypr, gdzie Mokosza przechadzała się wśród gajów Pafos, Krobaci odnowili zapasy, po czym skierowali się w stronę Międzyraju, nazywanego też Orientem i Lewantem.
Gdzieś u wybrzeży Syrii, dawnej prowincji sarmackiej, dopadł ich sztorm białogrzywy, który połamał przybrane w purpurę maszty ,,Feniksa'' i rozbił o podwodne skały jego ciało dębowe. Z całej załogi, jeno ban Radovan z Uskoków ocalał. Gdy otworzył oczy spostrzegł, że przebywa na łożu z kości słoniowej, zaścielonym piernatami z edredonowego puchu, wewnątrz pałacu z przejrzystego złota i pereł, o kryształowej kopule. Jedno spojrzenie uświadomiło rycerzowi, że pałac został zbudowany pod wodą.
- Ja żyję, a co z moją drużyną? - złapał się za głowę.
Myśl tę wypowiedział widać na głos, bo usłyszał odpowiedź.
- Bądź spokojny o swych druhów, dzielny żeglarzu. Śpią w swoich komnatach – Radovan spostrzegł, że powiedziała to morska rusałka przedziwnej piękności, odziana w srebrzysty bisior naszywany perłami.
W jej długich, czarnych włosach, czaił się krab, dookoła zaś figlowały małe rybki.
- Kim jesteś, pani? - spytał ten co ongiś pobił Panończyków.





- Nazywam się Ojdola, co w słowiańskiej mowie oznacza: Płacząca nad Nieszczęściami Innych. Zostałam w dziecięcych latach oddana pod opiekę Doli – Enki dobrego losu, którą gdzie indziej nazywają Fortuną.
- Czy to ty mnie uratowałaś? - chciał wiedzieć Radwan.
- Swoje życie zawdzięczasz mojemu ojcu, Nirowi, który jest morskim wodnikiem. Ma on rybi ogon i nosi spiczastą czapkę. Podziękuj mu; gdyby nie on, pożarłyby cię morskie potwory.
Okeanida zaprowadziła Radwana do wyłożonej łuskami złotej rybki sali, gdzie witeź został przywitany przez morskiego wodnika – pana tego zamku, wyglądającego tak jak w opisie córki. Nir (Nirus) wyprawił ucztę. Klasnął w dłonie i stół począł się uginać od miedzianych i cynowych naczyń; półmisków z pieczonymi kawałkami tuńczyków, łososi, rekinów, marlinów, od śledzi w śmietanie i occie, oraz od wydrążonych w wielkich perłach i opalach dzbanów i pucharów pełnych wina z morskich winogron. Radwan rozpoznał siedzących za stołem towarzyszy swej żeglugi: Stanigniewa, Avita, Radogniewa, Stanigoja, Vuka, Korogryza i innych, którzy pogrążeni byli w głębokim, czarodziejskim śnie.





- Oni potrzebują wypoczynku – rzekł Nir. - To dzielni ludzie, ale nie nawykli do żeglugi. Sztorm złamał ich dusze, tak jak wcześniej połamał maszt. Obudziwszy się chwycili za miecze, myśląc, że planuję ich zgubę, przeto ich uśpiłem. Będą spali, gdy moi słudzy ułożą ich na plaży na wyspie poświęconej Mokoszy, zwanej Cypr. Tam obudzą się, gdy tchnienie Pochwista sprawi, że przypłynie ku nim okręt mogący ich zabrać do Krobacji – uczta dobiegła końca w milczeniu, po czym Nir poprosił swą córkę Ojdolę, aby coś zagrała dla niego i dla gości. Ojdola ujęła w swe białe dłonie złotą harfę i dobyła z ust swych koralowych pienie wspaniałe.





,,Sławcie usta moje, Perłowica sławne czyny;
On był Chłopcem z Perły Urodzonym, z perły narodził się jako jedyny,
Zrodził się z perły białej a dużej, znalezionej przez bezdzietną niewiastę w jaskini, haj!
Tak gościnność dziewicy ubogiej wspaniale wynagrodzona została,
Montania daleka o szczytach ośnieżonych nowego obrońcę zyskała.
Perłowic był prawy i krzepki, oglądały się za nim wszystkie dziewki, haj!
Ciupagą swą ocalenie góralom zgotował, pośród górskich szczytów
wielkiego a strasznego Węża Złoczynia popsował, haj!
Krwawił od jadowej rany Perłowic młody, lecz przeżył,
Jego sława po całej Sklawinii się szerzy, haj!''

Ban Radwan i król – wodnik Nir słuchali pieśni pełni zachwytu. Nie było rusałki, którą Rigel nie obdarzyłby przepięknym głosem, a także umiejętnością gry na harfie lub lirze. Mężnemu Krobatowi przyszło zabawić na dnie Morza Rajskiego piętnaście miesięcy, które na lądzie liczono jako piętnaście lat. W tym czasie pojął za żonę Ojdolę, córkę N ira, której imię Syryjczycy wymawiali Aszera. Ślubu udzielił im morski biskup. Choć piękny był pałac morskiego wodnika, w którym zamieszkali nowożeńcy, Radwan z każdym dniem coraz bardziej tęsknił za ,,słodką Krobacją''. W końcu, pożegnawszy teścia, powrócił do kraju swych ojców zabierając ze sobą żonę, którą przedstawił na dworze króla i królowej w stołecznym Agramie.


*





Tak jak ongiś żupan Miloš Obilić z Valkanicy, tak również i król Virovit, syn Mścibora IV z Krobacji, wyruszał na wojnę, bądź łowy, dosiadając dobrego smoka. Trzeba bowiem wiedzieć, że nieliczne smoki wybrały służbę rycerskiemu zakonowi stuha. Król Virovit poczytywał sobie za honor był kawalerem tego zakonu wojowników, mocą Mokoszy unoszących się wśród chmur, by bronić ludzi przed ałami, ażdachami, strzygami, wąpierzami, złymi smokami, harpiami, larwami, dybukami czy innymi straszydłami. Królewski miecz, ,,Odblask Purpury'', mający moc cięcia kamieni i żelaza, wykuty został w smoczym ogniu. Ten, który nim walczył był młody i urodziwy, jak ów heros grecki, co w zimnej Hiperborei strzałą z łuku ubił koszmarnego Tsathogguę. Jego dłonie łamały podkowy i skręcały karki turów i niedźwiedzi. Ceniono dowcip króla Virovita, jego ogładę i dworność, o szczodrości nie wspominając.
Tego dnia na jego zamku wielki raut się odbywał. Stoły uginały się od pieczeni i złotych pucharów z winem, zaś po porcelanowej posadzce tańczyły damy ze swymi rycerzami, a wśród nich Ojdola z Radovanem. Król Virovit Mściborović dojrzał morską rusałkę przez złote lorgnon i z miejsca zapłonął do niej pożądaniem, choć miała już męża. W przerwie między jednym tańcem a drugim, król Krobacji spytał swojego witezia czy może mu sprzedać żonę. Proponował mu za nią sumy naprawdę wysokie; w grzywnach złota, stadach bydła i dobrach ziemskich. Radowan jednak słysząc te propozycję, poczerwieniał jak burak, aż w końcu odparł dyplomatycznie, że jego żona nie jest na sprzedaż. Król udał, że to rozumie i nie drążył więcej tego tematu, choć w sercu swoim już planował zgubę swego najwierniejszego wojownika.

*

Tak jak ongiś Azarmarot, król sarmacki chucią zaślepiony, usiłował odebrać nadobną Morenę swemu wasalowi Jarosławowi, tak teraz Virovit, król krobacki często zajeżdżał do majątku Radwana, aby nagabywać jego wiecznie młodą żonę. Ojdola, szczerze miłując swego wybrańca, zawsze odmawiała swemu władcy, ów zaś powracał zły i markotny. Nic już go nie cieszyło, jeno pogrążył się w rozmyślaniach jak przywłaszczyć sobie cudzą żonę. Myślał o niej w dzień i w nocy, dawniej wesoły na ucztach i zdrowy jak byk, teraz nie jadł, nie pił i nie sypiał. Zbladł i wychudł, aż poczęto o nim szeptać za jego plecami, że to jakaś zmora po nocach krew zeń wysysa, albo czarownica urok nań rzuciła. Sam Virovit zadurzony jak Tristan w Izoldzie, aby zrealizować swe pragnienie począł chodzić na rozstajne drogi do wiedźm, katów, czarnych kowali i czarowników. Wychodził od nich, kiedy noc mrocznym całunem kładła się na grody i sioła, pola i lasy.





Któregoś dnia król zaprosił bana na łowy. Gdy obaj oddalili się od orszaku, pomykając za jeleniem w leśne ostępy, ten, w którego żyłach płynęła krew Krobiciów, dobył długiego a cienkiego sztyletu o falistym brzeszczocie, którego ostrze na samym końcu rozwidlało się jak język węża, po czym zatopił go aż po rękojeść w plecach swego poddanego. Myślicie, że Radwan zginął? A guzik prawda! Przeżył, lecz zmalał, raniony ostrzem wykutym w ogniu Čortieńska. Stał się mały jak myszka, a do tego niebieski jak Płanetnik. Wyrosła mu też broda długa, a siwa, a odzienie jego stało się takie jak to, które noszą krasnoludki. Virovit zamienił Radwana w sinego krasnalka; skrzata przez Walonów nazywanego smerfem. W owe istoty po raz pierwszy zostało zamienionych przez Welesa siedmiu synów Malmazina, króla Kos, a była to kara za zgłębianie przez nich zakazanych, magicznych sztuk. Ich osady leżały zagubione w leśnych ostępach, gdzieś między Galią w Batawią. Radwan widząc czym się stał, wyjąc z rozpaczy zaszył się w leśnym runie, zaś przeniewierczy król śmiał się długo i szyderczo. Jego dworzanie, łowczy i sokolnik byli z nim w zmowie; zostali wtajemniczeni w spisek, zaś jedyny sprawiedliwy w tym gronie, ban Kransota zginął od trucizny nie zdążywszy ostrzec swego przyjaciela Radwana.
Teraz Ojdoli nie miał już kto bronić przed zalotami króla. Ów z grzbietu smoka zwyciężył latające zagony ażdach, zbrojnych w szable, po czym pełen pychy, zaniedbując oczyszczenia z przelanej krwi, pospieszył do Radwanowego majątku. Dzień w dzień nachodził Ojdolę i zalecał się do niej – dawał jej sznury pereł i pióra pawie. Rusałka już nie wiedziała jak ma odmawiać, zaś król – zalotnik z dnia na dzień stawał się coraz bardziej natarczywy. W końcu stracił wszelki umiar. Tak jak ongiś Tatra, tak teraz Ojdola została przez żołdaków zawleczono na zamek władcy – prostaka. Virovit kazał jej wybierać ziarna grochu z popiołu.
- To złamie twoją hardość – powiedział król i trzasnął drzwiami.
Ojdola płakała i wzdychała do Doli, swojej patronki, która odmieniła się w niedolę. Jej łzy wpadały do popiołu i zamieniały go w błoto. Jednak Dola, Enka losu wysłuchała pokornych próśb tej, która została jej poświęcona w latach swych dziecinnych. W ciemnej kuchni wnet zaroiło się od myszy, pomogły córce morskiego wodnika oddzielić ziarna grochu od popiołu. Gdy nazajutrz ujrzał to król Virovit, poczerwieniał jak burak i łamiąc dane słowo ani myślał zrezygnować z dalszych zalotów.
Tymczasem ban Radwan w sinego krasnalka zamieniony, błąkał się tygodniami wśród traw i grzybów, które teraz wydawały mu się wysokie jak drzewa. Szedł i wypłakiwał oczy. Był bezbronny, mógł go pożreć tchórz, zaskroniec, ropucha, borsuk, żbik, gronostaj, czy kuna. Podskubywał jagody i grzyby, wykopywał korzonki i tylko w Enkach pokładał jeszcze nadzieję.
Ojdola zawodziła smętnie leżąc na gnijącej słomie w zimnej celi w wieży. Virovit nie miał dla niej litości. Którejś nocy, zakutą w kajdany rusałkę zbudził jakiś niebieski ludzik dosiadający nietoperza. Siny krasnalek przeciął kraty złotym lancetem, wykutym w smoczym ogniu, po czym wleciał do celi budząc swą żonę. Ojdola przestraszyła się.
- To ja, twój Radovan – zapiszczał cichutko skrzacik – a ten nietoperz, który teraz użycza mi grzbietu jest jednym z tych, których Dziewanna Šumina Mati używa do zakręcania włosów – siny krasnalek przeciął zaczarowane łańcuchy pętające jego żonę, po czym Ojdola wdzięczna Doli, wzięła na siebie postać Światła, czyli błędnego ognika z rodzaju tych, które widuje się na bagnach i razem opuścili wieżę, a Księżyc i roztańczone a rozśpiewane gwiazdy wskazywały im drogę ucieczki.
- W czas polowania król Virovit przebił mnie zaczarowanym sztyletem, zamieniając w to, czym się stałem. Na szczęście błogosławiona pani Dziewanna użyczyła mi jednego ze swych nietoperzy i dała mi złoty lancet... - opowiadał zaczarowany Radovan.
- Nawet nie wiesz, mój miły, ile wycierpiałam przez zaloty tego wieprza, którego nazywacie tu królem – mąż i żona udali się na północ.
Każdej nocy ich nietoperz gnał na złamanie karku, aż zostawił Krobację daleko za sobą. Siny krasnalek i morska rusałka pod postacią Światła pożegnali zwierzątko nad rzeką Visaną, na ziemiach w erze trzynastej zwanych Analapią. Nietoperz, z którego puszystego grzbietu zdjęto siodło, poleciał do Rokitnickiego Sioła do swej pani. Radwan i Ojdola byli bezpieczni, lecz trapiła ich myśl jak zdjąć zaklęcie. Mokosza, której miłosierdzie wysławiała cała Sklawinia, wejrzała okiem swym modrym na modlitwy i posty małżonków i napełniła ich myśli. Wierność została wynagrodzona. Gdy Radwan spał w zagłębieniu dłoni swej żony, Mokosza pełna wdzięku, z kryształowego flakonu napoiła skrzata swymi łzami, wylanymi nad śmiercią samobójców, zaś zwycięzca Panończyków, wasal zdradzony przez swego seniora, odzyskał ludzką postać. Wielka była radość bana – wygnańca i Ojdoli. Na stałe zamieszkali nad rzeką Visaną, żyjąc jak kmiecie, wśród ciężkiej pracy, ale szczęśliwi. Mokosza ofiarowała im herb Radwan, zaś ich liczni synowie i córki wstąpili, idąc drogą zasług, do stanu rycerskiego. Odlegli potomkowie Radwana i Ojdoli żyją w Polsce po dziś dzień.






*

Źle działo się w Królestwie Krobacji. W niespotykanych dotąd ilościach, rozpleniły się strzygi, wąpierze, ały i ażdachy; siejące spustoszenie i biorące w jasyr wielkie ilości jeńców. Virovit choć zepsuty, wciąż jednak był latającym rycerzem stuha, świadomym swoich obowiązków. Gdy doniesiono mu o nadciągających ażdachach kazał czym prędzej osiodłać smoka, lecz ten spał tak głęboko jak tylko może spać smok. Król w gniewie kłuł go palicą, lecz nic to nie dawało. Jego wspaniały, zionący ogniem wierzchowiec już nigdy nie otworzył powiek, a z czasem zamienił się w skałę.
- Głupie bydlę – warknął król, po czym mocą Mokoszy usiłował wzlecieć w niebo, tak jak to czynili inni rycerze stuha, lecz tym razem nie udało mu się to.
Nie zważając na dobre rady doradców, dosiadł śnieżnobiałego rumaka z Arabistanu i pełen gniewu a goryczy wyruszył do boju. Jego ciężki miecz podobny do Zerwikaptura, ścinał czerwone czaszki ażdach zakończone białymi kitami. Nie straszne mu były mogące pochłaniać całe chmary ptactwa paszcze ał, wąpierze, ani strzygi. W końcu nadleciał ogromny smok; Gadiuka – car było jego imię.
- Poddajcie się, Wasza Wysokość – rzekł potwór o zimnych, bezlitosnych oczach.
- Gnój! - zawył władca, po czym cisnął palicą w smoka.
Gadiuka – car konając, pogrążył Virovita w płomieniach, śmierć bohaterską mu przynosząc. Tego dnia w Nawi, Weles sądzący dusze stanął przed trudnym wyborem....


poniedziałek, 15 lutego 2016

Pereswiet

Pereswiet (nie mylić z Perepiatem, mężem Perepiatychy) był witeziem żyjącym na wschodzie Sklawinii. Oprócz walki mieczem, maczugą, łukiem i toporem znał też liczne pieśni czarodziejskie, umiał kamłać zaklęcia, odczyniać uroki, sporządzać nawęzy i leki. Nauczył się tego od swego wuja, wołwcha Wrzeciony z uroczyska w Świętej Dąbrowie, lecz nie kapłaństwo było mu pisane, jeno rycerska walka w obronie swego ludu.
Był sierpień i susze po polach szalały, gdy Pereswiet syn Łukomora, na grzbiecie białej klaczy Śnieżawy o złotej uprzęży, opuściwszy wspólnotę wołwchów – cenobitów ze Świętej Dąbrowy, wśród których parę lat się wychowywał, przejeżdżał przez Szmaragdowy Las. Uzbrojony był we włócznię o grocie spiżowym, przeszywającym na wylot tury i kruszącym kamienie. Okrywał go pancerz z karaceny, głowę zaś chronił szyszak stalowy zakończony czerwoną kitą końską. Młody był jeszcze Pereswiet Łukomorycz, a choć odwago mu nie brakło, wojna wciąż była mu znana tylko z opowieści.




Jadąc przez las zobaczył tańczącą wśród drzew rusałkę przedziwnej piękności. Gdy tańczyła, rozbrzmiewał dookoła jej śmiech perlisty, a duże, zielone motyle biły skrzydełkami, ledwo nadążając za zielonymi włosami leśnej rusałki i jej również zieloną, jedwabistą suknią. Urokliwa istota, której oczy lśniły niczym ogromne szmaragdy, miała na sobie sporo ozdób ze złota. Widząc ją Pereswiet zaniemówił z wrażenia.
- To brzydko tak się gapić! - rusałka tupnęła bosą nóżką, przerywając zabawę, lecz w jej oczach tańczyły figlarne ogniki.
Zielone motyle otaczały jej głowę na podobieństwo nimbu. Pereswiet zsiadł z konia, skłonił się przed panną, na widok której serce mu mocniej zabiło, ucałował jej zimną jak lód dłoń i przedstawił się.
- Zowię się Siliża (Silisa) i z łaski Boruty i Dziewanny Šumina Mati jestem królową Szmaragdowego Lasu. Chciałabym mieć złotą muchę – rzekła tęsknie rusałka – nie kolejną ozdobę, jeno żywe stworzenie, owada złotego jak złoto, który tańczyłby razem z moimi motylami – Pereswiet zadurzył się w leśnej piękności niczym pewna mołodycia w wąpierzu i gotów był spełnić każde z jej życzeń.

,,To jeszcze nie była miłość, choć ów afekt gwałtowny mógł w miłość się przekształcić, albo … przynieść nieszczęście'' - ,,Codex vimrothensis''

Pragnąc sprawić uciechę rusałce, Pereswiet, którego krew wielce była gorąca, bez zwłoki wyruszył łowić złotą muchę. Wciąż na wschód wędrował; trzy nieprzebyte puszcze przemierzył, trzy wielkie rzeki przekroczył, góry Złotą i Srebrną minął. Jego klacz Śnieżawa, szybka jak tchnienie Pochwista, po dziewięćkroć gubiła podkowy przybijane na nowo w mijanych siołach i grodach. Wreszcie oczom junaka ukazał się bogato umajony Kalinowy Mosy. Rozciągał się nad przepaścią, pełną czarnej, wzburzonej wody, cuchnącej siarką i lodowatej. Wstępu na most, gałęziami kaliny umajony, pilnowały dwa posągi. Pierwszy z szarego kamienia wykuty, przedstawiał trójgłowego smoka, jednego z synów Gorynycza. Smok zdawał się spać. Obok na drewnianej ławce pomalowanej na zielono, siedział odlany z brązu tyran Vronisław, trzymający na kolanach obnażony miecz. Vronisław znany z okrucieństwa, żył w erze jedenastej i był wasalem królów Orlandu. Pereswiet już chciał wejść na Kalinowy Most, gdy zupełnie nieoczekiwanie oba posągi ożyły. Trójgłowy smok zionął




ogniem, zaś brązowy Vronisław herbu Ślepowron; zdrajca i ciemiężca swego ludu, zerwał się z ławki wywijając mieczem. Wtedy to Pereswiet dobył łuku i trzema złotymi strzałami Płanetników obrócił w proch trzy zionące ogniem głowy kamiennego smoka. Gdy martwy smok spadł z wielkim pluskiem w przepaść, skrzyżował się przecinający stal, miecz Pereswieta, zwany Ostrota z orężem Vronisławowym i przepołowił je. Ukośny cios Ostroty przeciął żywą rzeźbę od karku do lędźwi, po czym rycerz strącił ją w spienione, czarne odmęty. Przejechał przez Kalinowy Most i znalazł się po drugiej stronie; na progu znanej sobie ze świętych opowieści, krainy, zwanej Trzydziewiątym Carstwem (Ty – deve Carland). Długo błądził po jego drogach i bezdrożach, liczne przygody go spotykały. Stanąwszy na szczycie Wróblej Góry, najwyższej w całej krainie, ujrzał Pereswiet wszystkie zakątki Trzydziewiątego Carstwa. Jego oczom ukazało się huczące Morze Sine, oraz pomniejsze morza – Syren, Amazońskie, na którego brzegach osiedlały się kolonistki znad Aspinu, a także liczne wyspy – Poseidy, gdzie czci największej doznawał jytnas Gâc, rozmiłowany w Juracie, Rutas – porośniętą przez pełną panter i słoni dżunglę; wyspę utworzoną z rozbitego okrętu o nazwie ,,Purpura'', polarną Archiboreję – rzadko nawiedzaną przez ludzi, za to zamieszkaną przez białe pawiany i krwiożercze koty, zwane ,,krydmoryki'', oraz archipelag Pompapamidów o równie





mroźnym klimacie, którego mieszkańcy sławili i rzeźbili w kamieniu boginię Ośmiornicę. Pereswiet widział jak toczą swe wody, wielkie rzeki Węgorapa, Parsuta, Han'ča, Modroja i Żabnica – wszystkie wypływały z czarodziejskiego, srebrnego dzbana, oraz wielkie wewnętrzne jezioro, zwane Morzem Meockim (Mare Meoticum). Nad jego brzegami żyło rybackie i łowieckie plemię Meotów, przodków Ichtiofagów z Azji, napotkanych przez Aleksandra Wielkiego. Uwagę herosa przykuły też ośnieżone, niebotyczne szczyty Gór Sokolich (gdzie zbrodniarzy przykuwano do skał), Orlich, Sępich i Kruczych – w tych ostatnich królami były dwa kruki – bracia, wyklute z jednego jaja, o imionach Hugin i Mugin, a także jaśniejszy od najjaśniejszego klejnotu Świetlisty Step, gdzie mieszkała Enka Świetłana Świarłorodzica, Dąb Feniksów – wysokie jak góra, najwyższe drzewo w Carstwie, w którego koronie wiły swe gniazda żar – ptaki, oraz nieprzebyta, zaczarowana puszcza, zwana Ogrodem Królowej (Viridarium ov Roykova), gdzie rosły złote jabłonie i gdzie żyły białe jelenie obwieszone klejnotami. W swoich wędrówkach przez Trzydziewiąte Carstwo, Pereswiet zaszedł do stołecznego Kiszłakowa o złotych kopułach i wieżach z kości słoniowej, gdzie na bogato zdobionych tronach zasiadali nieśmiertelni i wiecznie młodzi; car Kagan – niezwyciężony wojownik i jego elficko piękna żona Biała Knegini. Takiej gościnności jak na ich dworze nie było nawet w dawnej Polsce. Pereswiet odwiedził takie prowincję jak Zefirię (przodkowie Zefirotów w erze jedenastej napadli Valkanicę, na której tronie zasiadał król Hrebel, lecz zostali pokonani w bitwie na Ostropolu, w dużej mierze dzięki Smoczemu Jeźdźcowi, Milošowi Obiliciowi, który postępem zabił zefirockiego sułtana Murada), Pan (lesista krainę satyrów), Centaureę (lesistą krainę Centaurów), Dedalię (kolonię grecką płacącą dań w klejnotach, broni, zbroi, zegarach i pozytywkach, ongiś zamieszkaną przez karły), Tharsus – gdzie żyły mówiące tygrysy, Foris – thar – las mówiących rysiów, oraz prowincję zamieszkaną przez słowiańskie plemię Runwirów; liczne i waleczne, mające swą stolicę w grodzie Kłodarzewie (Komlarevo). Z tego to plemienia Runwirów wywodził się Kagan wraz z Białą Kneginią.




W końcu Pereswiet uczyniwszy sobie siatkę na motyle z pukla lśniących włosów Białej Knegini (oczywiście za jej zgodą!) i złowił do niej złotą muchę, której tak pragnęła rusałka Siliża ze Szmaragdowego Lasu. Niedługo trwała jego radość. Ledwo złota mucha znalazła się w siatce, z konarów pobliskiej gruszy, spadły na kark rycerza dwie harpie o wielkich jak spodki, zielonych oczach. Ich szpony i hakowate dzioby przebijały karacenę i raniły ciało aż do kości. Potworne ptaszyska o jakby niewieścich twarzach, ciążyły jak worki pełne kartofli. Przeraźliwie wrzeszcząc, bijąc skrzydłami i fajdając ile wlezie, obaliły Pereswieta, tak jak wichura obala stuletni dąb. Gotowe były rozszarpać go żywcem, lecz uciekły tchórzliwie, wstrętne ptaszyska, gdy poczuły uderzenia bicza na swych szaro – białych grzbietach. Harpie odleciały wrzeszcząc i roniąc cuchnące odchody, tak jak ich siostry uprzykrzające życie Fineusowi i świętym pustelnikom Antoniemu i Pawłowi. Pereswiet przetarł ręką zalane krwią oczy i ujrzał nad sobą parskającego i szarpiącego murawę racicą, białego jednorożca o złotym rogu. Siedziała na nim zielonowłosa rusałka w sukni barwy trawy.
- Siliża... - wyszeptał Pereswiet pobladłymi wargami.
Rusałka przypadła doń płacząc rzewiliwie.
- Wybacz mi, mój miły, że dla głupiej zachcianki, kazałam ci ryzykować życiem – jej chłodne, słodkie jak sok jabłkowy łzy o różanym zapachu, uleczyły rany Pereswieta.
Łzy rusałki tak jak jej krew, miały bowiem moc panaceum. Siliża płakała długo i żałośnie, nie umiejąc sobie wybaczyć, lecz Pereswiet objął ją i pocałował jej zimne usta. Minęło pięć miesięcy od tego wydarzenia i w Żmijowej Leśniczówce, gdzieś w ostępach Szmaragdowego Lasu, odbył się ślub Pereswieta z Siliżą, jego koronacja na króla puszczy i huczne wesele pełne radości. ,,I ja tam byłem, miód i wino piłem, po brodzie kapało, w gębie nie zostawało...'' - ,,Codex vimrothensis''


*

,,Lezgini, (Leki) jeden ze szczepów płn. Kaukazu, zamieszkuje głównie Dagestan i okręg Sakatali w Azerbejdżanie. […]. Do L. należą Kurincowie, Kazikumuchowie, Darginowie i i. Wzrostu miernego, krępi, o twarzach szerokich z dużym nosem, włosach czarnych, zajmują się rolnictwem, hodowlą bydła, tkactwem i kowalstwem; chaty budują z kamieni lub drzewa, żony kupują, zmarłych grzebią. Od VIII w. wyznają mahometanizm'' - ,,Encyklopedia Powszechna Wydawnictwa Gutenberga tom 9 Lauda do Małpy''


Pereswietowi i Siliży nie było dane długo cieszyć się sobą. Z dalekiego kraju, zwanego Lak (Lakiya, Lakistan), o którym pisał w erze trzynastej Marco Polo, że graniczy z ,,Wielką Krainą Rosją'', wyruszyły na Słowian zagony najeźdźców. Mieszkańcy kraju Lak, zwani Lezinami, bądź po słowiańsku – Lesinami; Ludźmi Lasów, których praojcem był turański książę Lak (Lacus), w którego żyłach płynęła krew leśnych ludzi, czczących Borutę i Dziewannę Šumina Mati, zostali podbici przez Amazonki. Utraciwszy swe królestwo, Lezini stawszy się nomadami, zbrojni w łuki, szable i arkany, prowadząc ze sobą tabuny koni i bydła, rzucili się na wschodnich Słowian – Antów jak chmara szarańczy. Prowadził ich do boju stary król Dargal Siwobrody, wywodzący się z rodu chrobrego Ujger – chana, syna Laka Wychowanego w Lesie. Prawą ręką zbiegłego króla Lak był jego syn, młody i krzepki królewicz Czułubej (Kulubej), zrodzony przez płowiecką księżniczkę. Szli Lezini przez żyzne ziemice słowiańskie; od ich strzał ciemniało niebo, a carowie, diuki i kniazie zawierali przymierza i słali wici do swych wojów.
Gdy Pereswiet dowiedział się o najeździe, postanowił wyruszyć w pole, aby bronić swych braci Słowian. Na próżno Siliża, przeczuwając, że jej oblubieniec może nie wrócić z wyprawy, namawiała go by został w Szmaragdowym Lesie.
- Utkam sieć z zaklęć, które bronić będą dostępu ciemiężcom, a przepuszczać będą ciemiężonych. Choć ta wojna napawa mnie wstrętem głębokim, rzucę do walki rusałki i Wiły zbrojne w łuki i włócznie, wypuszczę przeciw Lezinom stada wilków i niedźwiedzi, dzików, turów i żubrów, rysiów i rosomaków, Neurów i Lynxów, oraz węże – trusie o jadzie palącym! Zrobię wszystko, bylebyś został u mego boku i żył! - łkała rusałcza królowa, lecz Pereswiet nie chciał zrezygnować.
- Jestem witeź z krwi witezi; wstydno by mi było, gdybym zażywał tu wywczasów, gdy mój lud cierpi – na pożegnanie Siliża wręczyła swemu małżonkowi kryształową fiolkę pełną jej krwi chłodnej a turkusowej.
Krew rusałek i wodników moc miała leczyć wszystkie choroby i zranienia, lecz Pereswiet zużył całą porcję panaceum napotkawszy trędowatego żebraka. Pożegnał żonę i wskoczywszy na grzbiet wiernej Śnieżawy, wyruszył pod stanice cara Igora Kołomira. Siliże, a wraz z nią cały Szmaragdowy Las napełnił bezbrzeżny smutek, ale i wielka duma z odwagi i prawości króla Pereswieta. Pod sercem leśnej królowej, na powrót ojca czekało dzieciątko, dziedzicem Dębowego Tronu będące.


*



Długa i zażarta była wojna Słowian z Lakami. Lato już dawno przemieniło się w jesień – najpierw złotą i słoneczną, później zaś w szarą i dżdżystą. Siliża co dzień stawała na rozstaju dróg, gdzie czarownice odprawiały swe czary i nasłuchiwała ptaków, pytając je co Pereswiet porabia i kiedy do niej wróci. Rusałka, której łono urosło jak wielkanocna baba, z nadzieją słuchała o bitewnych przewagach męża. Dzięcioł, łabędź i sikorka opowiadały jej jak to z ręki Pereswieta ginęli Kuruc, Kazył – kum i Meriadach; najwięksi wojownicy walecznego ludu Lezginów, oraz o tym jak to car Igor Kołomir przyczepił do jego piersi ordery – Zielonego Dębu, Srebrnej Brzozy, Czerwonego Liścia, Rysia, Orła, Tura, Dzika, Szczupaka, Ośmiu Mieczy, Płonącej Buławy i Skrzyżowanych Piorunów. Kraśniała z dumy słuchając o tym.
Jednak w dniu kiedy nad światem płakał lodowatymi łzami Listopad, Siliża ujrzała na rozstajnych drogach kruka z Trzydziewiątego Carstwa. Ptak skłonił się przed leśną królową, po czym bez dłuższych wstępów zakrakał:
- Twój pan stanął dziś do boju pod Kalicą, kra! Skrzyżował swój miecz z Czełubejem Królewiczem, synem Dargala Siwobrodego, kra! Obaj walczyli jak lwy; ubił Pereswiet Czełubeja, głowę w misiurce mu uciął, ale sam, nieborak, życie z ran postradał, bardzo mi przykro, kra!
- Och! - Siliża złapała się za głowę.
- Jego ciało jedzie tu w przystrojonym kirem wozie, abyś mogła, o Pani, go pożegnać. Smętna sprawa. Muszę już lecieć, kra! - kruk odleciał, a Siliża płakała długo i żałośnie, a z nią listopadowe niebo.
Minął jakiś czas, odkąd prochy mężnego Pereswieta przesypano do popielnicy, na której straży stanęły żegliszcz – żeny, a Siliża porodziła syna, w którego żyłach płynęła krew ludzka i toropiecka. Syn ów podwoił sławę ojca, a imię jego Jantar. 

niedziela, 14 lutego 2016

Strzygoń




Za panowania Atamrasa, ostatniego króla pierwszego imperium sarmackiego, wybuchło wielkie powstanie Słowian, spowodowane dążeniem władcy do ich wynarodowienia. Wśród jego wodzów znaleźli się zbiegli niewolnicy, bracia Jesza i Nija Niewidek.

,, […] tymczasem wróg ludzkości, król wąpierzy Tybald postanowił przejąć władzę. W jego zamku na dackiej ziemi, […] zgromadzili się na uczcie i naradzie zaprzysięgli wrogowie imperium Sarmatów. Był tam król Hunów Xur (jego córka rok temu została zabita w okolicach dzisiejszego Wrocławia), królowa Amazonek Selencja I, król Scytów Urtakimenes, oraz władca germańskich Lemanów – Gelmet'' - ,,Codex vimrothensis''


W obliczu najazdu, Sarmaci i Słowianie zawarli rozejm i skierowali swe oręże przeciwko wspólnym wrogom. Po ich odparciu (Xur połknął złoty liść, by nie wpaść w ręce wodza leśnych ludzi Franta – Prometeja, zaś Selencja I dostała się do niewoli po przegranej bitwie w Babim Jarze), Imperium Sarmackie się rozpadło, zaś Jesza został królem Grecji. W owym to czasie toczy się akcja naszej opowieści.


*




Gdzieś na ziemiach, które dziś noszą nazwę Polski, w małej wiosce żył spłodzony w zamtuzie bęś i sierota. Nazywano go Strzygoniem (Stregonem), bo powiadali ludzie, nic nie wiedzący o jego ojcu i matce, że spłodziły go strzygi. Jak łatwo się domyśleć, smutne było jego życie. Od najmłodszych lat był wyśmiewany, bity i przepędzany z miejsca na miejsce. Przez nikogo nie chciany, wędrował od grodu do grodu, od sioła do sioła, przymierając głodem, żebrząc i kradnąc. Myśląc, że ściga go pełne złośliwości Przeznaczenie, trafił do niewielkiej wsi Bieżkowice, gdzie kurne chaty miały dachy kryte słomą i skąd nikt go nie wypędzał, mimo wypalonego na policzku piętna. Kmiecie z Bieżkowic jak prawdziwi Słowianie, pozwalali mu pożywiać się w swoich chatach i korzystać ze swych łaźni, owych ,,al – izba'', o których w erze trzynastej pisali kupcy arabscy. Jednak Strzygoń, budzący litość jako półgłówek, nie mógł się pozbyć natrętnego smutku. Choć nikt go nie bił, trapiła go tęsknota, jakby Osmętnica pocałowała go w usta. Aby zadusić w sobie smutek, szedł do karczmy i tam pędził długie godziny na tańcowaniu z dziewkami. Jednak tylko Tulilistka, córka kołodzieja, nie wiedzieć czemu, widziała w Strzygoniu – półgłówku kogoś kto zasługiwał na coś więcej niż litość, za kogoś wartościowego, choć skrzywdzonego. Jednak Strzygoń zbyt długo był zajęty użalaniem się nad sobą, aby zauważyć, że jakaś dziewczyna może go kochać.


*





Gdy szedł przez las, jego uwagę przykuło drzewo o dużej dziupli. Mogła to być wierzba, albo sosna. Strzygoń wiedziony ciekawością zanurzył rękę w czarnej, wypróchniałej dziurze, ryzykując, że ugryzie go jakieś leśne licho i wtedy z drzewa wysypały się maski. Wykonane były z drzewnej kory, skóry, metalu, papieru z Sinea, porcelany, piór, liści, zdobione kością słoniową, perłami i drogimi kamieniami, różniły się znacznie pod względem wielkości, koloru i pochodzenia. Synowi przeskoczki nie było tajnym, że wiele podobnych masek zakładali Słowianie w czas swoich świąt – tańców w korowodach i zimowych godów ku czci Welesa, kiedy to obnosiło się po domach w zamian za datki – turonia, kozę, Rodusia – wcielonego Roda; lub Złotego Smoka służącego grzbietem Swarożycowi. Widząc leżący u swych stóp stos słowiańskich masek z kory imitujących pyski zwierząt, zabrał je do swojego barłogu na skraju wsi. Nie omieszkał ich przymierzać, a kiedy to czynił, brał na siebie postać wilków, lisów, niedźwiedzi, borsuków, rosomaków, rysiów, żbików, turów, żubrów, zajęcy, jeleni, dzików, wiewiórek i różnorakich ptaków. Podobało mu się to i często to czynił, nie bacząc, że im dłużej baraszkuje w lesie pod postacią zwierzęcia, tym trudniej mu potem wrócić do postaci ludzkiej.


*





,,Przez ten cały czas Ruta była niewidzialna. Wyszła kominem z domu, a zamieniwszy się w płomyk, leciała po niebie. Znalazła się w innej chacie, a tam kobieta była w przededniu narodzin dziecka. Zima mówiła jej, że dziecko będzie mordercą, lecz co Ruta miała zrobić, zależało od niej samej. Ukazała się matce we śnie i opowiedziała o tym. Coś jednak niepokojącego ukazało się w myślach śpiącej kobiety. 'Ein matar – mówiła jej Ruta – ein exterminanza payentizen kydar! Eraszu lyvo tzay santyjost'. Erashim ein musen łyben ezterminantorus. Erashim myzut łyben gucen cydy, oltyk lovaitie payentizen kydar...1' - chciała coś jeszcze powiedzieć, lecz nie mogło jej to przejść przez gardło. Znów stała się płomykiem i odleciała sprzed łoża w stronę Winterfortu. […] Ruta już dawno przestała służyć Zimie, a tajemniczy chłopiec, którego narodziny poprzedzał koszmar matki, był już dorosły. Nie wyrósł na mordercę; był za to dobrym i szanowanym kapłanem Ageja. Miał na imię Zorzeń, bo matka uznała, że niemowlę przypomina pięknością Jutrzenkę (Zorzę, Dennicę) i nie wiedział komu zawdzięczał życie. Pewnego razu miał wizję, o której opowiadał Montańczykom.... […] wskazując na potrzebę kultu Tatry jaki przystoi jytnas. Gmin słuchał w skupieniu, lecz niektórzy bledli i zgrzytali zębami. Byli to zbójnicy. Wtem z tłumu wyleciała ciupaga i raniła kapłana w skroń. Ten osunął się na klepisko. Rana była śmiertelna.- Niech te góry noszą nazwę po królowej! - wycharczał przed śmiercią. I tak się stało. Montania Środkowa do dziś nosi nazwę Tatry. Zorzeń tymczasem już nie żył. Jego zabójcy przerazili się widząc, że jego krew zbiera do ozdobnego naczynia jakaś kobieta – Tatra...'' - K. Oppman ,,Perłowy latopis''

Strzygoń znikał w lesie na całe dni i noce, lecz nie czyniło go to szczęśliwym. Ciągłe zakładanie masek i przybieranie coraz to nowych postaci, z wolna przestawało go bawić. Stawało się nudne, niczym ciągłe biadolenie Ravialusa ov Rikłocica, mówiącego stale, że mu się nudzi. Ten, o którym mówiono, że synem strzyg był, czuł, że brakuje mu czegoś istotnego, czego drewniane maski nijak nie mogły mu zapewnić. Któregoś dnia, dręczony smutnymi myślami, wyrzucił wszystkie larwy z dziupli na leśne runo i począł płakać długo i rzęsiście. Kiedy tak zawodził, nie zauważył, że brodaty starzec w szarej opończy, podszedł go bezszelestnie jak kot i położył rękę na jego ramieniu.
- Pokój tobie, nieszczęśliwy człowieku – rzekł łagodnym głosem starzec, nad którego głową migotała korona z błędnych płomyków. - Jestem Zorzeń (Zorjen'), jytnas, ale czuję, że moje imię nic ci nie mówi. Strzygoniu; co za fatalne imię niegodne człowieka! - choć ty uważasz się za bezwartościowego, dla Ageja i Enków masz większą wartość niż ci się wydaje. Obacz co dla ciebie zamyślił Ten, który jako nagi płomień wystrzelił z serca Niepodzielnego. - Zorzeń ukazał Strzygoniowi wizję życia, jakże innego niż te, które syn przeskoczki prowadził. W widzeniu tym, młodzieniec ujrzał siebie poślubionego Tulilistce, jednej z wiejskich dziewczyn, która kochała go miłością szczerą i żarliwą. Prowadzili razem gospodarstwo i aż do siwej starości otaczały ich dzieci, wnuki i prawnuki.
- Czy to wszystko naprawdę dla mnie? - płacząc jak bóbr spytał Strzygoń.
- Dla ciebie – potwierdził Zorzeń; żerca – męczennik. - Musisz o to najpierw zawalczyć, pocić się i trudzić, a dopiero wtedy Enkowie ci pomogą. Chcesz tego, czy może wolisz żebrać?
- Chcę kochać, pracować i być kochanym – odpowiedział Strzygoń.
- A więc dobrze – rzekł Zorzeń – kropię cię świętą wodą, w której gaszono ogień i nadaję imię Miłowan; nowe imię na początek nowego życia.
Za radą jytnas Zorzenia, młodzieniec udał się do wójta, który był również kowalem z prośbą o pomoc w budowie chaty i założeniu pola. Wójt zwołał innych chłopów, mężów silnych, a ci dopomogli i w budowie chaty i w wykarczowaniu skrawka lasu pod nowe pole. Miłowan, niegdyś zwany Strzygoniem, poślubił Tulilistkę, miał z nią synów i córki. Przeżyli razem mnogie lata, prawnuków się doczekawszy, a w czas późnej starości, gdy ugościli Jarowita i Algisa, zostali przez nich na swą prośbę zamienieni w dwa drzewa bukowe, aby na zawsze być razem. Ponoć drzewa te, splecione korzeniami, do dziś rosną w Polsce.




1 Nie, matko, nie zabijaj swojego dziecka! Jego życie jest świętością. On nie musi być mordercą. On może być dobrym człowiekiem, tylko kochaj swoje dziecko....

Oniricon cz. 187

Śniło mi się, że:

- w lutym 2016 r. w Szczecinie jakiś człowiek narzekał, że nie ma śniegu, a wówczas śnieg spadł,




- gniotłem klatkę, w której był kanarek,




- z książki ,,Rzadkie ptaki Polski'' z serii ,,Tajemnice zwierząt'' dowiedziałem się, że kulon był kiedyś udomowiony; widziałem też jak  jeden z obrazków w książce się ruszał czym przypominał film na you tube,
- w programie ,,Trudne sprawy'' na Polsacie pokazywano jak Andrzej Sapkowski kłócił się z żoną,
- herezja uznająca wszystkie religie za równe nazywa się ,,pigizm'',
- w Europie istnieje język wtorkowy należący do języków romańskich,
- polscy Chińczycy, lub Tatarzy wynaleźli szablę, aby bronić Maryi,
- Tadeusz Kościuszko pisał baśnie pod pseudonimem Antoni Józef Gliński,




- przyszła do mnie do domu Jena ov Blackeyova, aby zjeść wspólnie sernik i zawrzeć przyjaźń,
- wymyśliłem piosenkę: ,,My Niemcy wiemy jak swastyka na nas działa, wiemy jak czcić  tego, kogo Eva Braun  za męża brała; to jest ta germańska dzicz...'',
- wieczorem w okresie Wielkiego Postu szedłem ulicą i uciekając przed piratem drogowym widziałem chłopca o pomalowanej na biało twarzy; na wielkim ekranie wyświetlano horror, w ja naplułem w twarz potworowi na ekranie myśląc, że to diabeł; potem byłem świadkiem wesela na ulicy, kiedy to tłuczono butelki, a panna młoda w niebieskiej sukni częstowała mnie czekoladką,
- w równoległym, pogańskim świecie, Polacy pokonali Niemców i ich wymordowali; potem Niemcy zostały podzielone między Polskę a Galię (Hamburg - Gamonograd został przy Polsce); po wojnie również Żydzi mieli być wymordowani, lecz Polacy ich obronili,




- Zosia zmarła młodo i została skremowana, a Tadeusz wziął jej prochy na pamiątkę,




- byłem mężem Jeny ov Blackeyovej, czytałem książki psychologiczne i urządzałem dla niej romantyczne kolacje,
- wstałem nad ranem kiedy jeszcze było ciemno i poczułem lęk przed ciemnością; potem Babcia pokazała mi dziury w obrusie i fałszywie oskarżyła o bicie Mamy,
- oglądałem w telewizji litewski program dla dzieci o języku polskim,




- na Madagaskarze żyje biało - czarne stworzenie; hybryda makaka z lemurem,




- w rozmowie z mormonami dziwiłem się, że obchodzą Halloween,




- zamierzałem przeczytać jeszcze raz ,,Podróże Imć Tchórzaczka z druhem marabutem'', aby napisać na blogu jego recenzję,




- w moim LO kazano dzieciom na lekcjach plastyki wykonać prace na cześć anarchistów zabitych w Sudanie, co mi się nie spodobało; sam narysowałem egipskiego boga Seta deptanego przez św. Michała Archanioła; myślałem, że nie zgadzam się z Ursulą Le Guin i Michaelem Moorcockiem w sprawie anarchii, choć lubię ich twórczość, że choć z władzą jest źle, bez władzy jest jeszcze gorzej o czym świadczy przykład Somalii, że sam ,,Bóg miłuje prawo i sprawiedliwość'', potem na sali lekcyjnej dla małych dzieci chciałem czytać książki  na przerwie, lecz pan Martinus ov Simcass mi nie pozwolił.

piątek, 12 lutego 2016

,,Gołębia Księga'' (opowiadanie ze zbioru ,,Wymrocze'')

,,W czasach , gdy po świecie chodzili bohaterowie,
Z woli Ageja rozwarły się niebios podwoje
I spadła na ziemię Księga Niebieska; Księga Gołębia
Była to księga ogromna, opasła i święta
Mieściła w sobie Zakon Ageja i bajów tysiące
Opowieści o Ziemi, Księżycu i Słońcu,
O gwiazdach, kamieniach, roślinach i zwierzach
O rozumnych rasach, a wśród nich o ludziach i ich obrońcach – bohaterach...''
- ,,Wiersz o Gołębiej Księdze'' (,,Stich o Gołubinoj Knidze'')

,,Tego lata nastała pamiętna noc dla całego Szczecina. Po upalnym, lipcowym dniu, wieczorem sklep nieba przecięły błyskawice i spadł deszcz. Nagle niebo się rozwarło i przy dźwiękach trąby, na dach wysokiego niczym góra hotelu Radisson, poczęła majestatycznie opadać ogromna, spisana na pergaminie Xięga, oprawiona w skórę błękitnego smoka, na której okładce widniały utworzone z pereł dwa gołębie. Wtedy to Pan Prezydent Szczecina razem z orszakiem proboszczów wszystkich parafii, trzymających kadzidła i śpiewających pieśni nabożne, udał się w uroczystej procesji na wyniosły szczyt Radissonowy, aby zdjąć z niego Xięgę. A kiedy już to uczynił i złożył ją w Skarbcu Urzędu Miejskiego, cały Szczecin od najbogatszego biznesmena do najuboższego żebraka ogarnęło wzruszenie. Każdy przeczuwał, że coś się wydarzy, ale co – tego nikt nie wiedział'' - ,,Liber terriblis''





Uczty królów sarmackich trwały godzinami i tak samo długo można by wymieniać wszystkie spożywane wówczas potrawy – zupy, bigosy, gulasze, kluski, pierogi, pieczyste z dzików, świń, tucznych wołów, jeleni, saren, antylop, dzikich owiec, koziorożców, turów, żubrów, zajęcy, królików, jeży, hipopotamów, strusi, drobiu, bażantów, kuropatw, szynki, kiełbasy, podroby, pasztety, ryby, a w szczególności pulpety ze szczupaków, pieczone jesiotry, łososie i pstrągi, karasie i śledzie w śmietanie, raki, małże, ślimaki, żabie udka, kawior, pieczone jądra byków i kozłów (te ostatnie podawano na weselach w Burus), łapy niedźwiedzi – brunatnych i białych, oczy baranów, uszy gazeli, ogony krokodyli, płetwy fok i rekinów, mózgi cielęce i małpie, trąby słoni i mamutów z Ojcowa, pięty wielbłądów, języki pawi, stuletnie jaja z Sinea, jajecznicę z astronomicznymi wręcz ilościami czosnku, cebuli, oliwek i imbiru, potrawy z ryżu i kaszy, biały, pszenny chleb i bułki zdobione makiem, sezamem czy słonecznikiem, placki, pierniki, kołacze, ciastka z miodem, twaróg, sery, a wśród nich bryndzę i oscypki z gór Montanii, wytwarzane specjalnie na potrzeby dworu sery pokryte pleśnią niebieską, zieloną i perłową, sałatki z surowej rzepy, gotowanych żołędzi, młodych, smażonych szyszek, brokułów, fasoli, grochu, bobu, ćwikłę z chrzanem, korzenie chrzanu zapiekane w cieście miodowym, grzyby takie jak marynowane pieczarki, kurki, opieńki i borowiki, oraz trufle, ogórki świeże, kiszone i korniszony, kiszoną kapustę, wszelkie owoce, bakalie i lody, takie jak figi z makiem, czy orzechy laskowe w miodzie, konfitury – w tym również z fig i daktyli, i Objadło wie co jeszcze! Kuchmistrze królów sarmackich znali też setki przypraw takich jak cukier trzcinowy z Arabii, trawa cytrynowa z Siamu i curry z Bharacji. Przyrządzali też aromatyczne sosy z żurawin (czerwone), cebuli (szare), chrzanu, czosnku, borowików, pieczarek, kurek, białego i czerwonego wina, karaluchów, rybiej krwi, ikry i wnętrzności, miodu i śmietany, sera, piwa, imbiru, cynamonu i innych korzeni. Obrazu dopełniały liczne napoje takie jak: miód, piwo, wino, wódka, arak, zapożyczony od Sybir – Tartarów kumys, rakija, a także bezalkoholowe sorbety, oskoła, żętyca, kwas chlebowy, oraz soki owocowe.






Król sarmacki Azarmarot ucztował razem ze swoimi żonami, dworzanami, oraz najdzielniejszymi wojownikami ze swej drużyny, w tym z Jarosławem i Samarkanderem z Uzbecji. Kiedy urodziwe, wareskie niewolnice w niebieskich sukniach szarpały struny złotych harf, a z otworu w suficie sypały się na biesiadników płatki róż, ukazały się, unosząc nad suto zastawionym stołem cztery upiory – co w mowie Słowian oznaczało istoty upierzone.

,, […] stworzył [je] w erze pierwszej Agej z ciała Niepodzielnego. Były to istoty dobre, a nawet święte, wbrew pokutującym obecnie i wcześniej wierzeniom. Rangą stały niżej od Enków i mając im służyć były liczniejsze. A wygląd miały następujący: ciało człowiecze, lecz głowa ptasia i ptasie pióra u ludzkich ramion. Żywiły się nie krwią, ale rosą i księżycową poświatą. […]'' - ,,Szafirowy latopis''


Te z nich, które wybrały smoka Rykara w dniach jego buntu, zamieniły się w wąpierze. Upiory, które niczym Korowiow na Patriarszych Prudach zawisły w powietrzu na oczach króla Azarmarota i jego gości, miały głowy gołębi i słodkim gruchaniem sławiły Ageja, trzymając w rękach opasła Księgę. Ów wolumin oprawiony w skórę błękitnego smoka, zamykany był na złotą klamrę, a na jego okładce widniały dwa białe gołębie utworzone z pereł. Słowiański arcykapłan z sanktuarium Świętowita w Arkonie, imieniem Koża, któremu przysięgę na wierność składał rycerski zakon wityngów – strażników Przybytku, ujrzawszy wizję, zerwał się z krzesła i unosząc ręce ku górze, zawołał wielkim głosem:
- Otus Columbieva Boka1! - wszyscy zrozumieli, że mają przed sobą przesławną ,,Gołębią Księgę'' (,,Gołubinaja Kniga''), po którą niegdyś junak Żal wyprawił się na Księżyc.
- Królu Azarmarocie – zagruchał upiór – Księga, która zawiera rzeczy Głębokie, poniewiera się w puszczy, której Goci nadali imię Mrocznej. Agej chce, żebyś odnalazł ,,Gołębią Księgę'', uczcił ją i wprowadził do kącin, wyrocznia Ageja.
- Uczynię wszystko, aby podołać temu zadaniu – odrzekł pokornie Azarmarot, a widzenie rozwiało się jak opar jaki bagienny.
Nazajutrz Boloskę opuściło z misją od króla dwóch witezi. Byli to Jarosław – Słowianin wychowany wśród Scytów, którego rumak nazywał się Rakuza, miecz zaś – Akinakes, oraz młody książę Mobed – syn namiestnika prowincji Parsua, czyli późniejszej Persji, mistrz pieśni i łuku. Obaj bohaterowie na mokrej od rosy łące złożyli swe miecze do stóp Mokoszy; Pani Złotego Łańcucha, prosząc ją by błogosławiła ich wyprawie.


*

Jarosław nie zwykł zostawiać bez pomocy tych co jej potrzebowali. Kiedy razem z księciem Mobedem dosiadającym karego konia, przejeżdżał przez walącą się mieścinę przylegającą do gęstego lasu kryjącego ruiny, dostrzegł nagiego żebraka, trzęsącego się z zimna w strugach deszczu, przystanął i okrył go swym płaszczem z krasnej kitajki. Gdy junacy odjechali, żebrak, który okazał się być samym Teostem Carem – Słońce; wcielonym Swarogiem bawiącym na ziemi incognito, pokazał reszcie Enków otrzymany płaszcz i powiedział im.
- Patrzcie jak obdarował mnie Jarosław Wsiesławicz. Wart jest on naszego błogosławieństwa.
Junacy zostawili mieścinę bez żalu – była to osada mała i niewyobrażalnie brudna. Jej domostwa rozsypywały się ze starości, wszyscy mieszkańcy nosili kołtuny i bynajmniej nie grzeszyli gościnnością, w gospodzie piwo było kwaśne, pościel zaś roiła się od pcheł. Jarosław i Mobed z wielką ulgą zanurzyli się w zielonym, półmroku puszczy.
- Bądź pozdrowiona, Świątynio, którą wzniosło samej Mokoszy łono – śpiewał syn Astiagesa, satrapy prowincji Parsua, zasiadając razem z Jarosławem przy ognisku rozpalonym wśród prastarych ruin.




Bohaterowie nie byli sami. Towarzyszyła im dziewczynka przedziwnej piękności; w suknię z brązowego jedwabiu odziana. Na jej długich włosach barwy czekolady spoczywał wianek z chabrów. Była tak urodziwa, że mogłaby być odbiciem Dziewanny Šumina Mati w tafli lustrzanej. Około południa wpadła w ramiona księcia Mobeda, uciekając przed szarżującym nosorożcem włochatym, zwanym przez Antów – bod'iak o rogu nadzwyczaj długim, grubym u nasady i ostrym. Mobed nie odmówił pomocy; położył rozsierdzonego bod'iaka jedną strzałą. W innej wersji atakującym zwierzęciem był żubr, albo tur.




- Zowię się Sarna (Cerula, Srna) – przedstawiła się dziewoja. - Uciekam przed swą matką, czarownicą, która nie może mi wybaczyć, że usunęłam sobie zrobiony smołą ślad jej dłoni na pośladku, bo mnie upokarzał. Moja matka ma do mnie pretensję, że nie jestem jak moje siostry. Nie ciągnie mnie do sabatów, orgii z koźlogłowymi Čartami, szkodzenie ludziom i zwierzętom. Magia mnie przeraża, odkąd dowiedziałam się, że trzeba dla niej zrezygnować z duszy. Może to niemodne, ale nie chcę być czarownicą – Sarna rozpłakała się.
- My cię obronimy, dzieweczko – zapewnił Jarosław. - A jeśli chodzi o cel naszej wyprawy, to poszukujemy ,,Gołębiej Księgi''.
- A mogę szukać jej z wami? - spytała nieśmiało Sarna, a jej spojrzenie mogłoby zmiękczyć nawet najtwardsze serce.
Nazajutrz gdy cała trójka wyruszyła w dalszą drogę, w stronę ukrytych w puszczy ruin wielkiej biblioteki, nazywanej Książnicą, albo Domem Ksiąg, przyszło jej zmagać się ze złośliwością czarownicy – matki Sarny. Dwóch junaków i panna musieli się mierzyć z wichurą, obalającą stuletnie dęby i buki, a gdy ta ustała, miecze i strzały Jarosława i księcia Mobeda zanurzyły się w krwi strasznych potworów wilkopsów – niedobitków tych, które nękały Słowian z Czarnej Wyliny, koło Vologdy. Czarownica widząc śmierć ostatniego wilkopsa – stworzonej mocą alchemii niedziałek, bestii z ery trzynastej, zesłała na śmiałków ostatnią próbę, a były nią wszelkiego rodzaju widziadła; pokusy z ogrodów Opsesa i Fantazmy, jedne straszne, drugie zasie urokliwe. Wszystkie one miały za zadanie odciągnąć od poszukiwania świętej księgi. Jarosław i Mobed rozgonili zjawy fantastyczne ostrzem swych mieczy, a na ich miejsce zjawiały się nowe i nowe, aż Jarowit słysząc pieśń z ust Sarny wzywającej jego imienia, spuścił z nieba piorun złoty a ognisty, który spalił majaki. Czarownica została pokonana i odstąpiła od nękania poszukiwaczy ,,Gołębiej Księgi'' aż do czasu.
Sarna, niczym leśna rusałka znała dobrze las i ukryte w nim ruiny. Wprowadziła Jarosława i Mobeda w bramy Książnicy – olbrzymiej, kamiennej jak chram Roda i Rodzenic w Ravanicy, wspartej na doryckich kolumnach, o dachu płaskim i zielonym od mchu. Na prośbę Sarny, niewidzialna Mokosza złotym kluczem otworzyła spiżowe wrota i rozjaśniła mroczne wnętrze światłem tysiąca świec. Wówczas to oczom dwóch witezi i dziewicy ukazały się setki i tysiące opasłych woluminów, oprawionych w złoconą skórę, ze złotymi i srebrnymi okuciami, o okładkach wysadzanych perłami, kością słoniową i drogimi kamieniami. Widzieli księgi przykute łańcuchami do stołów, których ręcznie malowane, pergaminowe karty, mieniły się złotem i purpurą. Jarosław i Mobed; rozmiłowany w księgach poetyckich, rzucili się by przeglądać woluminy, badając czy, któryś z nich nie jest tym właściwym. Jednak to nie im, ale Sarnie, córce czarownicy, dane było znaleźć leżącą gdzieś w kącie małą książeczkę w szarej, płóciennej oprawie, z wytłoczonymi na okładce czterema gołębiami. Dziewczyna pokazała swe znalezisko obu rycerzom, ci zaś uwierzyli w jej niezwykłą wartość, choć na ich miejscu niewielu postąpiłoby podobnie. Oni sami oczekiwali tomu ciężkiego i zapierającego dech w piersiach bogactwem pełnych dostojeństwa, mieniących się kolorów, mimo to jednak uwierzyli i nie zawiedli się. Mokosza wciąż niewidzialna jak dobry duch, położyła swą jasną dłoń na szarej książczynie i zdjęła z niej Pozór czyniący ją szarą i pospolitą w oczach ludzi, a wtedy ,,Gołębia Księga'' objawiła się w swej pełnej krasie, tak jak wtedy gdy po raz pierwszy spadła z Nieba na powierzchnię wspólnego Księżyca planet Dziewy i Voyna.
Jarosław i Mobed przy dźwięku surm i porcelanowych dzwonów z Miśni, przywieźli ,,Gołębią Księgę'' do stołecznej Boloski, a dziewice sypały im kwiaty pod nogi. Król Azarmarot wielce zadowolony, rozkazał swym skrybom przepisać Księgę, by była w każdym chramie.
Co zaś do bohaterów owej historii, książę Mobed poślubił Sarnę; miał z nią synów i córki. Nowożeńcy osiedli w prowincji Parsua i ich krew płynęła w żyłach królów Persji. Jarosław wiernie służąc królowi Azarmarotowi, poślubił piękną i mądrą Morenę, córkę zwyciężonego przez siebie wodnika, Kościeja II Rakokształtnego. Morena spodobała się królowi Sarmatów, który podstępem zabił Jarosława, aby ją posiąść. Jednak Morena dowiedziawszy się o śmierci męża w wilczym dole nabijanym zaostrzonymi palami, dokonując wróżdy, nałożyła królowi zaczarowany naszyjnik, który zamienił go w potwora Simargła – Paskudja; wielkiego, czarnego ptaka z psią głową. Simargł – Paskudj zamieszkał na szczycie Złotej Góry, aż na początku ery trzynastej ubił go Rus.

,,Niebieska Księga (Kyana Boka) chociaż niezmiernie cenna dla uczonych mężów, pragnących poznać dawne wierzenia i sposób myślenia, nie jest natchniona, bo pod tchnieniem Ducha Świętego powstała jeno Biblia'' – ks. Aleksander Solewicz ,,Glosariusz''



1 Oto Gołębia Księga!