wtorek, 27 sierpnia 2013

Jedyne miejsce w Europie

Tego dnia w kościele pod wezwaniem Bożego Narodzenia, nabożeństwo utknęło w martwym punkcie. Pan Sołtys gminy Pawlaczyca nazwiskiem Skyjłycki nie mógł bowiem znaleźć rodziców chrzestnych dla swojego synka Łukasza (jakby nie mógł wcześniej poszukać!). Kogo wybrać? Kowala, a może Szewca? Może Kominiarza, Drwala, Lecha Czarnego? A może Żyda? To uczciwy człowiek, ale nie jest katolikiem. Kto będzie matką chrzestną? Stara Babucha?! A może Anna Czarna?
- Może zaprosimy Pana Wójta? - zaproponowała Pani Sołtysowa.
- Po moim trupie! - z pasją powiedział Pan Sołtys. - Ja bym u niego nawet świni nie pasł, a co dopiero dzieci dawać do chrztu! Ja go nie lubię, bo on kutwa!
- Wiesz w takich sytuacjach to się daje dziecko, aby je dziad ochrzcił, to znaczy do chrztu potrzymał - głośno myślała Pani Sołtysowa.
- Ale wiesz przecie, że ostatni dziad w wiosce umarł za życia mojego pradziadka! - zaoponował Pan Sołtys.
Dzień był upalny, lipcowy, toteż niektórzy chłopi wychodzili sobie na plebanię, aby się trochę ochłodzić i zaczynali się już nudzić.
Tymczasem Pan Konida szedł sobie polem, jeszcze cały w płomieniach. Zbliżał się w stronę Kościoła i na odległość widoczności z plebanii, otrząsnął się z ognia i przybrał zwyczajny wygląd. Na plebanii pod opieką Szewca przebywała dwunastoletnia córka państwa Skyjłyckich, Lawendycja. Opierała się na balustradzie i patrzyła w dal - ku złocistym polom, lazurowemu niebu i szmaragdowym koronom leśnych drzew. Nagle pomiędzy łanami pszenicy zobaczyła czarno ubranego starca z długą, siwą brodą.



- Mamusiu! Tatusiu! - zawołała do swoich rodziców, aż się mały Łukasz obudził. - Do naszej wioski Dziad przyjechał!
Państwo Skyjłyccy patrzyli z niedowierzaniem.
- A czy czasem nie byłaś za długo na słoneczku, córuchno? - spytał Pan Sołtys. - Powiedz prawdę tatusiowi, tatuś uczył cię, że to jest ,,be'' kłamać.
- Ale tatku kochany, naprawdę widziałam Dziada! - broniła się Lawendycja.
- Szewcze - zagadnął Pan Sołtys - czy widziałeś jakiegoś dziada?
- Niech mnie moje buty kopną jeśli kłamię, ale widziałem jakiegoś starego człowieka i nie wiem, czy to nie jakiś czarodziej, co by zamienił kogo w kunia, bo widziałem jakiś ogień w oddali, a z niego taki człowiek wyszedł - odpowiedział Szewc.
Wszyscy byli znudzeni i zniesmaczeni. Pan Konida tymczasem wszedł przez uchylone drzwi do Kościoła i stanąwszy przed państwem Skyjłyckimi powiedział: ,,Pokój wam''. Po chwili oniemienia Pan Sołtys i reszta wioski zaczęli wiwatować i rzucać się na szyję Panu Konidzie - Dziadowi.
- Nareszcie mamy własnego dziada! - płakał ze wzruszenia Pan Sołtys, a z nim mały Łukaszek. - Dziad, dziadek, dziadeczek, dziadunio kochany - tulił Pana Konidę i przemawiał pieszczotliwie Pan Sołtys.
- A czy, czy może mnie pan zamienić w kunia? - spytał się trwożliwie Szewc.
- Nie - odparł krótko Pan Konida. - Jestem z czyśćca.
Następnie opowiedział wszystkim swoją historię. Gdy skończył, Pan Sołtys uroczyście mianował go na Dziada. Potem Pan Konida przytrzymał niemowlę do chrztu. Ksiądz Dobrodziej wylał na główkę dziecka wodę święconą ze słowami: ,,Łukaszu, ja ciebie chrzczę....''



*

Jeśli Czytelnik chce, może wziąć mapę Polski i prześledzić bieg Wisły, aż do Warszawy. Pawlaczyca była wsią znajdującą się na południe od niej, między Wisłą, a jednym z jej dopływów - małą rzeczką wypływającą z Wysoczyzny Rawskiej i z Belska Dużego. Na północ od Pawlaczycy znajdowała się Warszawa, a na południe - Konstancin - Jeziorna. Teren chociaż nizinny był przez długi czas odcięty od reszty świata gęstym Lasem. Od północy Pawlaczyca miała dostęp do ogromnego jak szkolne boisko Jeziora o 30 metrach głębokości. Najwyższą budowlą był Kościół (20 m wys), a na drugim miejscu dom Pana Sołtysa (10 m wys). Do ciekawszych obiektów należały Cmentarz i wybudowana w latach czterdziestych XX wieku karczma o wdzięcznej nazwie Chlew Pijacki. Miejscowa ludność utrzymywała się z rolnictwa, hodowli, bartnictwa i rybołówstwa, w mniejszym stopniu z łowiectwa, zbieractwa i gospodarki zasobami drzewnymi. Historia wsi była bardzo skomplikowana i niezwykła. Pawlaczyca została założona w XIII wieku przez rywalizujące ze sobą rycerskie rody Gruszków i Pietruszków. Nazwa wsi jest prawdopodobnie imieniem żony jednego z rycerzy (nie wiadomo, z którego rodu), w Polsce używanym w wersji zlatynizowanej. Imię to (brzmienie oryginalne w języku starokrasnym: ,,Pavlacica'') nosiła koleżanka Jeny ov Blackeyovej, niejaka Vitarayakova notowana w ,,Milenium, czyli Nowych Triumfach''. Zamek Gruszków leżał na południu wsi, zaś Pietruszkowie wybudowali swoją siedzibę na północy nad brzegiem Jeziora. Historycy do dziś toczą spory, który z rodów wybudował Kościół. Pewnym jest jednak obecność silnych antagonizmów rodowych w Pawlaczycy. Często miały miejsca pojedynki, zajazdy, a nawet procesy sądowe. Te ostatnie należały do rzadkości, bowiem wieś miała utrudniony kontakt ze światem. Z wolna coraz bardziej się izolowała, a jej właściciele toczeni ciągłymi kłótniami rodowymi, pauperyzowali się i z czasem (ok. 1456 r.) objęli dziedziczne urzędy wójtów (Pietruszkowie) i sołtysów (Gruszkowie). Od 1450 r. został zerwany ostatni kontakt ze światem zewnętrznym. Potomkowie Gruszków i Pietruszków ze szlachty przekształcili się w elitę bogatego chłopstwa przez dwóch autorytarnych przywódców (wójta i sołtysa) rządzącego wsią.
Upadek stanu szlacheckiego uwolnił chłopów od zależności wobec aż dwóch niemniej zbzikowanych panów. Nareszcie żaden maniak zwany karbowym nie będzie zaspokajał swojego sadyzmu na czyimś grzbiecie, jakby nie miał własnego. ,,Niech żyje wolność, wolność i swoboda''! W XV wieku chłopi po skończeniu prac polowych, a często nawet je zaniedbując brali ze sobą kosy, widły, cepy, noże, siekiery (a nawet domowej roboty łuki, strzały, sieci etc.) do Lasu, aby bezkarnie mordować zwierzęta, co dawniej przysługiwało tylko szlachcie, surowo egzekwującej swojego przywileju. Chłopskie polowania rychło przekształciły się w rzezie, w wyniku których w Lesie wyginęły rysie, niedźwiedzie brunatne i żubry. To skłoniło ich do opamiętania i wprowadzono niepisany kodeks postępowania w Lesie. Były w nim takie zasady jak....
- Idąc na polowanie trzeba mieć pozwolenie od księdza proboszcza, wójta i sołtysa, tak samo w przypadku zamiaru wycinki drzew - brak pisemnego pozwolenia choćby jednej z tych osób równa się zakazowi.
- Przed zabiciem zwierzęcia trzeba je publicznie ogłosić swoim wrogiem (notabene tak samo było w starożytnym Egipcie).
- W Lesie nie wolno krzyczeć, śmiecić, rozpalać ognisk, ani wchodzić na jego teren w okresie Wielkiego Postu.
- Nie wolno wypasać zwierząt hodowlanych w Lesie, ani zrywać kwiatów bez uzasadnionego powodu.
- Chłopi ponoszą odpowiedzialność za zachowanie swoich psów na terenie Lasu.
Ochrona przyniosła skutek - wymieranie gatunków zostało powstrzymane. Co prawda w XVII wieku wyginęły tury, a w XIX - żbiki, ale był to wynik czynników ogólnopolskich, niezależnych od mieszkańców Pawlaczycy.
Niestety chłopi byli także odizolowani od Kościoła - ich znajomość papieży kończyła się na Mikołaju V - ostatni proboszcz pamiętający jego czasy umarł w 1490 r. Od tego czasu każdy kolejny proboszcz wybierał sobie grupę uczniów, spośród których mianował następcę zatwierdzanego na wiecu. Natomiast o reformacji  - ,,ani widu, ani słychu''. Było to konsekwencją odcięcia od świata, oraz znajdujących się poza wsią władz kościelnych.
Żydzi wkroczyli na arenę dziejów Pawlaczycy od samego jej założenia - krzewili handel, pracując dla obu zwaśnionych rodów. Polscy i żydowscy mieszkańcy wsi żyli ze sobą w zgodzie, ale izolacja nie służyła im dobrze - ich wspólnota powoli się asymilowała, zapominała o korzeniach, wtapiała się w polskie środowisko. Ostatni pawlaczycki Żyd umarł śmiercią naturalną w 1640 r. Opustoszała synagoga istniała do połowy XVIII wieku. Pierwszy Żyd od tego czasu, zamieszkał w Pawlaczycy w 1941 r.
Chociaż cywilizacja techniczna i wiedza o świecie niewiele się zmieniły od 1450 r., na przestrzeni sześciu wieków historii nastąpiły jednak drobne zmiany. Chłopi z Pawlaczycy niezależnie od innych rejonów świata wynaleźli w XVII wieku cylinder (1677), muszkę (1690) i buty typu adidas (1700 r.). W 1703 r. wynaleziono tu pierwszy na świecie zamek błyskawiczny. Były to jednak wyłącznie elementy stroju wójtów i sołtysów, mające podkreślić sprawowaną przez nich władzę. W okresie międzywojennym Ksiądz Dobrodziej, który ochrzcił Łukasza Skyjłyckiego nawiązał kontakt ze światem zewnętrznym do czego jeszcze wrócimy.
Pawlaczyca stała tak bardzo na uboczu, że o wybuchu II wojny światowej dowiedziała się dopiero w 1941 r. dzięki przybyciu Żyda Pilzsteina. Niemcy odkryli Pawlaczycę w 1943 r. i oczywiście na nią napadli i napełnili zbrodniczym terrorem, który na szczęście skończył się szybko - w rok później hitlerowcy ,,na pożegnanie'' paląc wioskę pojechali do Warszawy, aby tłumić powstanie i nigdy już nie wrócili do Pawlaczycy. Zdążyli wywieźć do Oświęcimia Pana Wójta. Tymczasem zniszczona wieś powoli wracała do życia. Podsumowując: chłopi nie znali maszyn rolniczych, ani roślin uprawnych z Nowego Świata, ani indyków - większość stanowili analfabeci. Wiele osób nosiło kołtuny, których ścinanie groziło śmiercią. Wierzyli w gusła i zabobony, oraz produkowali samogon. To były ich wady. A zalety? Byli to ludzie szczerze pobożni (Żyd wyznawał judaizm, a resztę stanowili katolicy), gościnni, wierni tradycji i ziemi przodków, kochający Boga, przyrodę i swoje dzieci (mimo, że wiele z nich umierało w niemowlęctwie, było karanych cieleśnie, a jako środek uspokajający aplikowano im wódkę). Byli pracowici i mieli bujną wyobraźnię ujawniającą się w ustnej literaturze (baśnie, legendy, podania, homilie, zagadki, pieśni) i w sztuce dekoracyjnej.
Tyle wieś. A jej mieszkańcy?

*

Pan Sołtys wywodził się od Gruszków. Był otyły, miał blond włosy i niebieskie oczy. jego podobny do ziemniaka nos był koloru czerwonego, czym zdradzał zamiłowanie swego właściciela do picia samogonu. Pan Sołtys nosił czarny cylinder, czarną pelerynę, frak, białe rękawiczki i uszyte ze starego surduta szare spodnie w czarną kratę podobne do dzwonów z zamkiem błyskawicznym w rozporku. Na nogach miał adidasy nie do pary - oba były białe, ale jeden był zdobiony czarnymi okręgami, a drugi but - czarnym zygzakiem. W Pawlaczycy wójtowie i sołtysowie często nosili obuwie nie do pary - miało to podkreślić wysokość ich stanowiska. Krótko mówiąc - wyglądał jak klasyczny burżuj żywcem przeniesiony z sowieckiego plakatu propagandowego. Lubił jeść, pić i przekomarzać się ze swoją żoną. Oprócz samogonu, drugą jego pasją spożywczą było wyjadanie surowego jeszcze ciasta, które miała piec Pani Sołtysowa. Zdarzyło się, że jadł tak zapamiętale, że misa zakryła mu całą głowę. Na szczęście zdołał ją uwolnić. Gdy żona wróciła z kuchni zapytała się: gdzie jest ciasto?
- Niemcy zabrali - odpowiedział Pan Sołtys.
Nie powinien tak żartować. To są zbyt poważne sprawy. Swój reprezentacyjny strój nosił codziennie, aby codziennie demonstrować swoje stanowisko. Kochał żonę i dzieci, szanował Księdza Dobrodzieja, do chłopów odnosił się życzliwie, choć traktował ich nieco z góry. Jego wadą była wielka popędliwość - często robił rzeczy, których później żałował, dlatego, że wcześniej nie zastanawiał się nad słusznością swoich wyborów. Przyjaźnił się z Szewcem i Kowalem.
Pani Sołtysowa była wysoka i tęga, podobnie jak jej mąż, ale włosy miała brązowe. Kochała męża i znosiła go mimo całej jego ekscentryczności.
Państwo Skyjłyccy mieli dwoje dzieci: Łukasza i Lawendycję. Łukasz po matce miał brązowe włosy. Jego nauczycielami byli ojciec chrzestny Pan Konida (Dziad) i Mądry Osioł. Przekazywali mu jak zostać świętym, zaś Mądry Osioł uczył oprócz tego języków polskiego, francuskiego, matematyki i jazdy wierzchem na własnym grzbiecie, był bowiem osłem znającym ludzką mowę. Oprócz tego młody Skyjłycki uczęszczał do szkoły prowadzonej przez Księdza Dobrodzieja. Lawendycja była pierworodnym dzieckiem państwa Skyjłyckich. Jej imię pochodzi zdaje się od lawendy, bowiem jej narodziny rozproszyły niczym zapach tej rośliny mole, smutek rodziców wynikający z obawy bezpłodności. (W Pawlaczycy jeśli w małżeństwie nie było dzieci, winą zawsze obarczano kobietę). Była blondynką o niebieskich oczach, nosiła biały wełniak z czerwoną szarfą, czerwone buty (symbol wysokiej pozycji społecznej) i kolorową spódnicę podobną do łowickiego pasiaka. Co ciekawsze, w jej ciemieniu tkwił nóż, który wbił się jej w wieku ośmiu lat podczas nieostrożnej zabawy.



Oprócz Mądrego Osła, rodzina Skyjłyckich ze zwierząt posiadała świnię Wieprzka i krowę Krasulę, białą w czarne łaty. Od Krasuli pozyskiwało się mleko, a Wieprzek był reproduktorem wypożyczanym rolnikom, chcącym  mieć prosięta z jego nasienia.
Omawiana rodzina mieszkała w wielkim domu, będącym niegdyś siedzibą rodową Gruszków.
Znamy już historię Pana Konidy. Dlaczego jednak Mądry Osioł mówił i rozumował jak człowiek?




Początkowo nie był mądry, ani .... nie był osłem! W Drugiej Rzeczypospolitej Polskiej do jednej z warszawskich szkół, do klasy siódmej uczęszczał pewien nastolatek będący utrapieniem zarówno rodziców jak i nauczycieli. Pił alkohol, palił papierosy, przeklinał, bił słabszych od siebie, o wagarach już nie wspominając. Jego losy zmieniły się pewnego razu, gdy wraz z kolegami i koleżankami w toalecie palił papierosy...
- Ej - zagadnął - wiecie co się stało? Dziadek kopnął w kalendarz.
- No wiesz, spoko był stary. A babcia żyje? - pytali się inni młodociani palacze tytoniu.
- Błażej, ty nie trykasz motywu - wyjaśnił. - Nawijam tu o takim tym, takim Józku z takimi wąsami.



- O Piłsudskim ... - domyśliła się jedna z dziewczyn.
- I co z tego? - ktoś zapytał.
- Nie czaisz?!!! - zdziwił się przyszły osioł - nasz dyrek był w tych, no wiesz, Legionach i teraz ma kota na punkcie Marszałka. Zapowiedział, że jutro nie będzie lekcji, ale apel.
- Łeeee! Flaki na oleju! - krzywili się wszyscy.
Chłopak zastanowił się gasząc papierosa.
- To może pójdziemy na wagary? Będzie impra, to pedel będzie pilnował impry, a my wyjdziemy przed szkołę i na rowerach pojedziemy, oj pojedziemy!
- Super! Ekstra! - rozległy się entuzjastyczne okrzyki. - Ale gdzie pojedziemy?
- Może w krzaki zapalić? - jedna propozycja. - Albo pójdziemy do monopolowego? - druga propozycja. - Albo będziemy mazać po murach? - trzecia. - Dawno nie trzepaliśmy skóry tym z sąsiedniej ulicy - dodał jeszcze kto inny.
- Ja mam lepszy pomysł - uśmiechnął się nie - mądry człowiek.
Powiedział o swoim zuchwałym zamiarze. Chłopacy chichotali, zaś dziewczyny oburzone, wstały z sedesów i biły chłopców po twarzy. Następnie złe jak chrzan opuściły toaletę - złapał je pedel, zajrzał do środka, a wtedy za palenie tytoniu przedstawiciele obydwu płci zostali ukarani.
Nadszedł dzień uroczystego apelu ku czci Józefa Piłsudskiego. Zgodnie ze swoim zamiarem chuligani rowerami uciekli spod szkoły. Pewni, że nikt ich nie ściga, zaczęli dyskutować o swoim zamiarze.
- Jesteś pewien Władek, że dobrze robimy? - spytał się jakiś nicpoń.
- Co, tchórzysz? - odparł zaczepnie Władek, który jeszcze nie był osłem.
- Nie, ale wiesz, muszę do przedszkola, po Mańkę, bo starzy będą krzyczeć.
- To idź, a my jak wrócimy, będziemy ci opowiadać o swoich przeżyciach. Będzie super! - zapewniał.
Wagarowicze wjechali w obskurną dzielnicę przedwojennej Warszawy. Zatrzymali rowery przed drewnianym, walącym się budyneczkiem. Weszli do środka przywitani przez grupę kobiet, którym dali pieniądze. Chuligani i kobiety ściągnęli ubrania. Wstyd to mówić, ale byli w domu publicznym! Władek w czasie stosunku płciowego doznawał dziwnych przeżyć. Czuł jakieś mrowienie na całym ciele, w tym na całej twarzy, oraz doznanie jakby ktoś mocno ciągnął go za uszy. Miał wrażenie, że jego palce redukują się do jednego na każdej kończynie, a paznokcie jakby zaczynały okrywać dłonie i stopy. W pośladku uczuł ukłucie i miał dziwne wrażenie...
- To tylko orgazm - uspokajała prostytutka.



Władek jednak zaniepokojony odwrócił głowę w stronę kolegów, aby zapytać się ich, czy ich odczucia są równie co najmniej dziwne. Patrzy i widzi ... osły! W jednej chwili przerażony zerwał się z łóżka i stanął na zadnich kończynach. Spojrzał na swoje ex - ręce i widzi na nich kopyta zamiast dłoni. Panika ogarnęła cały dom publiczny. Oto w XX wieku, w biały dzień, w centrum Europy, w cywilizowanej stolicy cywilizowanego kraju, żyją najprawdziwsze czarownice! Z orlimi szponami i dwoma koziołkami w oczach. Zapewne krew miały pomarańczową.
- Bierzmy czym prędzej noże i zabijmy te osły, aby tej nocy zawieźć je do Włoch - komenderowała czarownica, z którą kopulowała Władek. - Tam zrobią z nich salami.
Biedni, głupi ludzie zamienieni w osły! Któż teraz uratuje je przed niesławną i co tu ukrywać - idiotyczną śmiercią?!
Osiołki zgromadziły się przed drzwiami i przerażone wierzgały, żałując swojej decyzji. Zwierzę, zwane niegdyś Władysławem Sztuckim nie miało najmniejszej nadziei na ratunek.
Nagle -
- Jesteście aresztowane! - drzwi z trzaskiem się otworzyły i do domu publicznego wkroczyli policjanci. Lokal od dłuższego już czasu wydawał im się podejrzany.
- Ręce do góry i nie próbujcie czarować, bo mamy kamienie filozoficzne na odległość produkujące ołów pod czaszką dowolnej osoby! - mówił komendant trzymając wycelowany miedzy oczy jednej z czarownic, pistolet.
Policjanci założyli wiedźmom kajdanki i zabrali do radiowozu, zaś przypadkowi przechodnie oglądali się za golizną zatrzymanych kobiet. Komendant zastanowił się co zrobić z uratowanymi od śmierci osłami.
- Wiem, że to są ludzie zamienieni w osły, ale przecież nikt nam nie uwierzy! Nawet ich najbliższa rodzina... - trapił się dowódca stróżów porządku.
- O! Rodzina to nawet by nam głowy urwała, że jakoby żartujemy z ich tęsknoty! - wyraził obawę młodszy funkcjonariusz.
- Żal mi tych idiotów - zwierzał się komendant. - Sprośnie postąpili i zasłużyli na karę, ale nie propagujmy faryzeizmu. Wszyscy popełniamy błędy, choć akurat nie zawsze właśnie w tej dziedzinie życia ludzkiego. Współczuć należy wszystkim, także tym, którzy słusznie ponoszą karę; tym szczególnie się współczucie należy, bo ich swawole zostały ukrócone. Myślę zresztą, że teraz żałują kretyństwa, którego się dopuścili. Mądrze chyba mówię, co nie? - zakończył.
- Tak jest, panie komendancie! - z przekonaniem odpowiedział młody policjant.
Komendant Czesław Fikołan spojrzał osłom w pyski i powiedział:
- Możemy was odesłać do domu, ale tam was nie poznają, a my, mundur niebieski musielibyśmy zmienić na biały i bardziej ciasny. Wiecie co zrobimy? Mój brat należy do Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami i ma posiadłość wiejską między Józefowem a Otwockiem. Lubi zwierzaki, to i myślę, że was przyjmie chętnie u siebie.
Jak uradzono tak zrobiono. Brat komendanta, Andrzej Edmund Fikołan z radością przyjął osły (a wśród nich Mądrego Osła) i opiekował się nimi. Kolegów rozdał okolicznym chłopom, zaś ex - Władka zachował dla siebie. Po jakimś czasie pan Andrzej pojął, że jego osioł naprawdę był kiedyś człowiekiem; mówił i myślał jak człowiek.Między Fikołanem a jego osłem nawiązała się wielka przyjaźń. Człowiek pomagał osłu w uzupełnianiu zaległości, uczył go tych przedmiotów, które później Mądry Osioł wykładał Łukaszowi.  Niestety II wojna światowa oddzieliła zwierzę i człowieka. Andrzej Edmund Fikołan został zabity przez Niemców, a jego posiadłość rozgrabiona. Mądry Osioł został wywieziony do pracy w gospodarstwie bauera, lecz zdołał uciec. Błąkał się po okupowanym kraju, aż w 1941 r. wraz z Żydem Pilzsteinem przekroczył granicę Wisły i osiadł w Pawlaczycy. W podzięce za gościnne przyjęcie, Pilzstein ofiarował Mądrego Osła Panu Sołtysowi. Tu zaczęło się nowe życie niezwykłego, nieparzystokopytnego ssaka.
Kowal był najwyższym człowiekiem w Pawlaczycy - mierzył bowiem 304 cm wys. Miał gęstą, kasztanowatą brodę i wąsy, oraz nadludzką siłę. Cieszył się poważaniem mieszkańców wsi.
Szewc miał niebieskie oczy i długie blond włosy i wąsy. Obecnie niektórzy historycy powielają na jego temat rzeczy po prostu fałszywe. Ostatnio ktoś napisał, że był Niemcem i miał się jakoby nazywać Ludwig von Schwoiz, co przez samego zainteresowanego było wielokrotnie dementowane na początku lat 90 - tych XX wieku. Nie jest też prawdą, aby Ksiądz Dobrodziej kazał jego synowi za karę za nieuwagę na lekcji matematyki szyć buty dla ośmiu ministrantów. W rzeczywistości proboszcz parafii Bożego Narodzenia traktował pracę jako obowiązek a nie karę...



Wielowiekowa izolacja sprzyjała tworzeniu swoistej mitologii. Ustami dziadów, matek, babć, dziadków, bajarzy i starszego rodzeństwa malowany był niesamowity obraz świata. Wierzono, że Pawlaczycę ze wszystkich stron otacza Las pełen zwierząt, rusałek, żmijów, wodników, wąpierzy, strzygoni, diabłów, czarownic, krasnoludków, olbrzymów i innych istot, w którym każdej nocy świętojańskiej kwitnie złocisty kwiat paproci. W Lesie najgłębsza z borsuczych nor miała być otworem do piekła, zaś korona najwyższego drzewa miała być sklepieniem nieba. Las, w którego centrum znajdowała się Pawlaczyca był jakoby wyspą na nieskończenie wielkim morzu słodkiej wody przykrywającym płaską Ziemię.



Innymi wyspami miały być Rzym - siedziba papieża Mikołaja V i jego nieznanych następców, Egipt i Ziemia Święta. Ta ostatnia, ze stolicą w Jerozolimie (Jeruzalem) obejmowała Eden, tereny obecnego Izraela i innych krajów biblijnego Orientu, a nawet Ateny, Korynt, Tessalonikę, Efez, Smyrnę, Filipię, Pergamon, Filadelfię, Kolosy, Kretę i ... Hiszpanię. W centrum świata miała się znajdować Jerozolima. Ziemię Świętą od Egiptu oddzielało Morze Czerwone, którego wody miały barwę krwi potopionych w nim Egipcjan. W nocy nad wodami upiornego akwenu unosiły się błędne ogniki - pokutujące dusze wojsk faraona. W Morzu pływały ogromne ryby, smoki i węże, z których najstraszliwszy był Lewiatan, zaś na lądzie jego odpowiednikiem był Behemot - monstrualna świnia o pysku brytana, pod której nogami góry zamieniały się w doliny, a wyziewy z zębatej paszczy były zarazą,. Śmierć była osobą - kobiecym szkieletem odzianym w czarne szaty, posługującym się kosą. Osoby utopione w wodzie zostawały rusałkami w przypadku kobiet i wodnikami w przypadku mężczyzn. Władzę nad nimi sprawowała królowa Ruta - o czerwonych włosach, ognistych oczach, niebieskiej krwi, jeżdżąca na podwodnym niedźwiedziu. Słońce było ogniskiem na niebie, zaś na Księżycu w morzu mleka żyli płanetnicy - mityczne istoty kontrolujące zjawiska atmosferyczne. Niepokój budziły komety, zaćmienia Słońca i Księżyca, wybuchy supernowych i deszcze meteorów - latające na miotłach czarownice i znak katastrofy, łakomstwo Lewiatana i Behemota, przyjęcie duszy do nieba i łzy aniołów nad grzeszną ludzkością....
Wszystkich tych opowieści o cudach świata z zapartym tchem i z wypiekami na twarzy słuchał w rodzinnym domu pewien młody ministrant. Marzył, że jak dorośnie, zbada to wszystko i zobaczy na własne oczy. Należał do grupy ministrantów, spośród których proboszcz zamierzał wybrać swojego następcę. W wieku osiemnastu lat uzyskał od rodziców i swojego mistrza pozwolenie i błogosławieństwo na odbycie wędrówki poza granice rodzinnej wioski. Jako uczeń proboszcza nosił już sutannę. Kleryk przemierzał Las w kierunku północnym, w końcu zaszedł do wielkiego miasta Warszawy. Przechodził przez ulice rozmyślając o wielkiej aglomeracji. Nagle z zadumy wyrwał go ogłuszający klakson. Odwrócił się i ujrzał blisko siebie automobil, z którego wysiadł jakiś mężczyzna, coś krzyczał i machał pięścią. Powstało zbiegowisko, byli przechodnie i policjanci. Człowiek, który omal nie przejechał przyszłego Księdza Dobrodzieja był posłem Chrześcijańskiej Demokracji. Proszę sobie wyobrazić jaki byłby skandal, gdyby szanowany chadecki polityk, z szanowanej chadeckiej partii, szanowanego polityka Wojciecha Korfantego, przejechał osobę duchowną niczym komunista, czy jakiś inny zabijaka! Poseł nie panował nad emocjami.



- Oj widzi mi się, że zostanę komunistą, bo Lenin chociaż mordował ludzi, nie zachowywał się przynajmniej jak debil na drodze! - krzyczał chadek.
Niektórzy przechodnie patrzyli na niego z niechęcią. Kleryk postanowił wystąpić w jego obronie.
- Nie potępiajcie tego człowieka - mówił - on nie chciał mi nic złego zrobić, nie wiedziałem tylko, że ów wóz bez konia porusza się tak szybko... - tłumaczył.
Warszawiacy byli zaszokowani. Naszego bohatera z niezręcznej sytuacji wyprowadził miejscowy kleryk. Z taktem i uprzejmością wypytał się o przyczyny zachowania. Oto spotkanie dwóch ludzi, dwóch światów - Warszawa i Pawlaczyca nawiązują dialog. Koniec izolacji. Metropolia i prowincja razem.
Warszawski kleryk zaproponował swojemu koledze z Pawlaczycy wstąpienie do seminarium duchownego. W drodze do niego rozmawiali o następcach Mikołaja V. Pewnego razu na obiad podano ziemniaki. W Pawlaczycy nikt jeszcze nie jadł takiej potrawy.
- To są ziemniaki, część jadalna to bulwa rosnąca pod ziemią, z niej wyrasta nowa roślina - tłumaczył jego kolega.
Dalsza rozmowa dotyczyła pomidorów, papryki i kukurydzy, a także bawełny i innych pożytecznych roślin z Nowego Świata. Nasz bohater poznawał przedwojenny świat, czytał książki religijne i naukowe, prowadził amatorskie uprawy ziemniaków i innych roślin nieznanych w Pawlaczycy. Był człowiekiem głęboko wierzącym, uprzejmym i inteligentnym. W szóstym roku nauki w seminarium, klerycy pojechali do Rzymu, gdzie sam Ojciec Święty udzielił im święceń kapłańskich. Tam Ksiądz Dobrodziej w rozmowie z papieżem opowiedział o swojej wsi, a Namiestnik Chrystusowy życzliwie go wysłuchał i pochwaliwszy zamiar modernizacji, udzielił błogosławieństwa.
Ksiądz Dobrodziej powrócił do Pawlaczycy.
Tymczasem umarł poprzedni proboszcz na tydzień przed jego powrotem. Przed śmiercią polecił, aby nieobecny kleryk został jego następcą. Kiedy wrócił, wiec przekazał mu postanowienie zmarłego. Z tłumu wyszła ośmioletnia wówczas Lawendycja i dała nowemu proboszczowi perukę z owczej wełny, bowiem wyłysiał jeszcze przed podróżą do Warszawy. Po Mszy Świętej chłopi zaczęli zasypywać swojego duszpasterza pytaniami o świat.
- Czy dobrodziej widział Papieża? Czy daleko jest stąd do Rzymu?
- Gdzie leży Jerozolima?
- Czy za życia można dojść do Raju?
- Czym różnią się żmije z Malty od naszych?
- Czy Lewiatan jest groźniejszy niż Behemot?
To tylko niektóre z zadanych pytań. Ksiądz Dobrodziej nie wiedział nawet od czego ma zacząć. Z kieszeni sutanny wyciągnął mapę świata i tłumaczył.
- Tu leży Rzym - pokazywał - a tu Jerozolima. Tu leży Damaszek, a ten kraj to Turcja - dawna Azja Mniejsza, gdzie leżały Efez i Galacja. Nasza wioska leży między Warszawą a Konstancinem - Jeziorną. Warszawa jest stolicą Polski - kraju między Wartą, a Dźwiną i Zbruczem, a my jesteśmy Polakami...
Chłopi słuchali z zapartym tchem, chociaż wiele rzeczy było dla nich nowością.
- To jest mapa - tłumaczył - ludzie spoza naszej wioski używają takiej aby przedstawiać na płaskiej powierzchni to co widać z wysoka.
Chłopi słuchali z podziwem.
- Przez ten czas kiedy my byliśmy odizolowani od świata, świat rozwijał (czy może ,,zwijał''?) się bez nas, a my bez niego. Teraz żyjemy na różnych poziomach. Czas to zmienić.
- A czy Ojcem Świętym nadal jest Mikołaj V? - spytało się jakieś dziecko.



- Nie - zaprzeczył Ksiądz Dobrodziej - obecnie na Stolicy Piotrowej mamy Piusa XI. To on udzielił mi święceń kapłańskich. Mówiłem Ojcu Świętemu o was; przysyła nam swoje błogosławieństwo przeze mnie.
Chłopi uklękli i otrzymali dar od papieża.
- Również mam dla was prezent - powiedział  tajemniczo Ksiądz Dobrodziej i poszedł na plebanię.
- Co to może być? - pytali się chłopi. - Może z Egiptu, Warszawy, albo z ... Turcji ...
- To jadłem w Warszawie - powiedział Ksiądz Dobrodziej wskazując na worek ziemniaków.
Wieśniacy z ciekawością pochylali się nad workiem i uważnie brali do ręki brązowe bulwy.
- Ziemniaki je się ugotowane, usmażone, lub pieczone - tłumaczył Ksiądz Dobrodziej.
Potem pokazywał im torbę z pomidorami, kukurydzą i papryką, częstował bananami i mandarynkami. Otworzył jakąś książkę i pokazał ryciny przedstawiające indyki, świnki morskie, perliczki, pawie i złote rybki, czyli karasie złociste. Powoli zbliżał się wieczór.
- Zanim się pożegnamy, nauczymy się pieśni, będącej symbolem polskości. To jest tzw. ,,hymn''. Jego tytuł brzmi ,,Mazurek Dąbrowskiego''. - Ksiądz Dobrodziej zaintonował: -
- ,,Jeszcze Polska nie umarła, kiedy my żyjemy, co nam obca moc wydarła, szablą odbijemy...''
Chłopi nigdy nie słyszeli tej pieśni. Słuchali niczym zaczarowani, a niektórzy samemu nie wiedząc dlaczego mieli łzy w oczach.
- ,,Na to krzykną wszystkie głosy: 'Dosyć tej niewoli, mamy racławickie kosy, Kościuszkę Bóg pozwoli'''.
Zapadł wieczór i chłopi serdecznie pożegnawszy się ze swoim nowym proboszczem powrócili do zagród. Zgodnie z planem Ksiądz Dobrodziej rozpoczął modernizację Pawlaczycy. Zaprowadził uprawy ziemniaków, kukurydzy, pomidorów. Wybudował szkołę i sprowadził podręczniki z Warszawy. Stamtąd sprowadził też lekarza, aby propagował higienę i leczył chłopom kołtuny. Planował wprowadzenie jeszcze wielu innych potrzebnych reform, ale wstrzymała je inwazja Niemców na Pawlaczycę w 1943 roku. Ksiądz Dobrodziej był świetnym kaznodzieją i spowiednikiem, wyznającym zasadę, że trzeba ,,nienawidzić grzech, ale kochać grzesznika''. Krzewił odmawianie Różańca i nawoływał do ochrony przyrody. Pragnął we wszystkich przejawach życia realizować wolę Bożą co często podkreślał. Zmarł w roku 2000 i niejeden chłop z Pawlaczycy zastanawiał się nad potrzebą wyniesienia go do chwały ołtarzy.



Żyd Pilzstein ubierał się na czarno; nosił jarmułkę, chałat i filakterię na prawej ręce. Miał siwe włosy i pejsy, nos był długi i noszący ślady po ospie. Jego żuchwa była dłuższa od szczęki górnej - podobnie jak u austriackiej dynastii Habsburgów. Wielu wybitnych ludzi było pochodzenia żydowskiego, ale żeby Habsburgowie?! W polskiej mitologii narodowej król Kazimierz Wielki miał mieć romans z Żydówką, więc czy coś podobnego nie mogło się zdarzyć kiedyś w Austrii, ewentualnie Hiszpanii, Niderlandach, Czechach, na Węgrzech, czyli tam gdzie kiedyś rządzili Habsburgowie? Ci co uważnie czytali ,,Mistrza i Małgorzatę'' wiedzą zapewne, że Korowiow zwany Fagotem wywodził główną bohaterkę od francuskiej królowej o tym samym imieniu. Czy czasem nie miał racji? Uczeni dowiedli, że początkowo ludzie mieli tylko jedną grupę krwi - dalszy podział wytworzył się pod wpływem kazirodztwa. Nasze geny pochodzą (jeśli nie od jednej) to przynajmniej od kilku kobiet. Takie są fakty. Więc kto wie?
Chcąc odwdzięczyć się chłopom z Pawlaczycy za uratowanie przed Niemcami, Pilzstein otworzył karczmę o nazwie Chlew Pijacki, rychło jednak pożałował swojego wyboru, do czego jeszcze wrócimy.



Państwo Anna i Lech Czarni mieli kilkoro dzieci; Janka, Wicka, Wacka i roczną córeczkę Kunegundę. Janek był najstarszy. Pewnego razu ,,buszował'' po kuchni, aż wylał na siebie zupę. czarny garnek wpadł mu na głowę i swoją zawartością spalił skórę i włosy, oraz oślepił jedno oko. Biedny chłopiec wzbudził żal i trwogę rodziców. Kowal pierwszy pospieszył na ratunek - schłodził rozpalony garnek. Nikt nie mógł go jednak usunąć z głowy. Kowal wywiercił w garnku otwór ba oko, otwory słuchowe, nozdrza i usta. Pokarmy i napoje chłopiec spożywał odtąd przez rurę. Rodzice go kochali, ale nikt nie chciał przyjąć chłopca na terminatora. Spotykał się też z dyskryminacją ze strony rówieśników. Czuł samotność i odrzucenie z powodu braku akceptacji dla swojej odmienności. Drugim przełomem w jego życiu było przybycie do Pawlaczycy Zecera.
- To pan pisał Biblię? - pytała się Anna Czarna. - Ksiądz Dobrodziej nic nam nie mówił o tym!
- Ja nie piszę książek, tylko je poprawiam - zaprzeczył Zecer. - W księdze historii i polityki wydrukowano wiele błędów, a ja zamierzam poddać je korekcie - powiedział tajemniczo.
- A mógłby pan wziąć naszego syna na terminatora? - zapytał się Lech Czarny.
Tak, przyprowadźcie go - poprosił Zecer.
- Janek, chodź proszę, ten pan chce ciebie widzieć - zawołała mama.
Przed Zecerem stanął nieśmiało chłopiec z czarnym garnkiem zakrywającym głowę.
- Chcą byś był moim terminatorem, a ja cię uczynię eksterminatorem. Eksterminatorem światowego kułactwa - mruczał pod nosem, głośniej zaś dodał:
- Oczywiście, chcę aby był moim uczniem.
Rodzina pożegnała się z synem przy figurze Maryjnej na rozstajach dróg. Zecer zabrał Janka do Warszawy. Tam lekarze zdjęli mu garnek z głowy i zdezynfekowali rany. Ocalałe oko okryli monoklem. Czarny prosił jednak, aby pozwolono mu nosić garnek na głowie, nasuwał mu bowiem wspomnienia z rodzinną wioską. Za przykładem majstra, terminator wstąpił do KPP, a w 1930 r. do Kominternu. Z czasem stracił wiarę w Boga, którego Zecer czynił winnym jego nieszczęścia. W 1939 r. kolaborował z Sowietami w Kobryniu, ale nie zdobył ani bogactw, ani urzędów, te bowiem przypadły komunistom pochodzenia żydowskiego i w mniejszej części także białoruskiego. Na własną prośbę został przeniesiony na front do Finlandii, gdzie ubił wielu jej obrońców, bohatersko stających w obronie swojego państwa. Brał udział jeszcze w wielu bitwach, w tym również pod Stalingradem, gdzie wśród Niemców wytworzyła się krwawa legenda straszliwego ,,Schwarzkopfa'', który dusił ludzi z taką łatwością jakby łamał patyki. Jeszcze w latach 80 - tych XX wieku w RFN okazało się z przeprowadzonego sondażu, że opiekunki do dzieci najczęściej straszą je: ,,Jak będziecie niegrzeczne, przyjdzie po was Schwarzkopf aus Stalingrad''... Po wojnie Jan Czarny znów znalazł się w Polsce. Był rok 1945, a państwo Czarni z tęsknotą oczekiwali powrotu syna. A ten wrócił. Z czarnym garnkiem na głowie, złotym medalionem z wizerunkiem Lenina na szyi, karabinem maszynowym w dłoni, cały ubrany na czerwono.
- Syny, wróciłeś! - krzyknęli rodzice. - Gdzieżeś ty bywał, czego się nauczyłeś? - pytali.
- Wielka rewolucja potrzebuje wielkiej krwi. Wybaczcie... - mówił z trudem. - Kochaliście mnie i ja was kocham, ale muszę to zrobić, aby na świecie zapanował pokój, zwyciężył socjalizm, aby wyzwolić klasy pracujące, niech Historia przyjmie ofiarę z waszego życia... - nie mógł dalej mówić.
Wziął karabin maszynowy i zastrzelił rodziców, potem zaś rodzeństwo.
- O wolności, ileż zbrodni popełnia się w twoim imieniu - pomyślał smutno.
Z kieszeni wydobył laskę dynamitu i rzucił go w kąt izby. Następnie zniknął w wielkiej chmurze dymu, ognia i siarki. Przeniósł się do Warszawy. Dom państwa Czarnych wyleciał w powietrze. Biedna kobieta - nie wiedziała, że ten komu oddała syna, już niedługo miał stać się jednym z największych zbrodniarzy w dziejach świata.

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Czy psychopata może być zbawiony?

Dawno, dawno temu, gdzieś na ziemiach polskich pod zaborem pruskim, w ubogiej wiosce, żył sobie pan Atanazy Konida. Był psychopatycznym mordercą; zabijał ludzi, aby kolekcjonować ich zęby. Najpierw mordował zwierzęta, potem uśmiercił ojca, matkę i rodzeństwo. Po tej zbrodni przyszły następne, i jeszcze następne. Nie miał dla nikogo litości, dawno przestał się modlić i chodzić do kościoła. Miłość zdawała się na zawsze opuścić jego serce. Chłopi bali się go i nawet najlepsi spośród nich, życzyli mu śmierci. Jednak pruska administracja nie robiła nic, aby go powstrzymać, bowiem zaborcy we współpracy z psychopatą widzieli szansę skuteczności realizowania polityki antypolskiej. Jednak od jakiegoś czasu, Panem Konidą zaczęły targać wyrzuty sumienia, ujawniające jego samotność i brak miłości. Ich wpływ mógł być bardzo różnorodny - alkoholizm, nawrócenie, samobójstwo ...



Pewnego razu przed Panem Konidą stanął diabeł, aby nie dopuścić do nawrócenia. Psychopata od dawna marzył, aby móc zabijać więcej osób za pomocą czarodziejskiej siekiery, a teraz właśnie miał ją otrzymać i z jej pomocą wymordować ludzkość. Warunkiem było podpisanie krwią cyrografu.
- A to ja głupi, aby sobie palec rozcinać, kiedy mogę podpisać krwią od trupów, które trzymam w szopie? - mówił Pan Konida.
- O nie - zaprzeczył diabeł - oni już nie żyją i mnie nic do nich, część u mnie, część gdzie indziej. Musisz użyć swojej krwi, nie dlatego, że jest symbolem życia, ale dlatego, że jako część, symbolizuje całość; część twego ciała będzie symbolizować twoje ciało i duszę...
Pan Konida chcąc - nie chcąc nakłuł palec, aby złożyć podpis na pergaminie.
- Daj, ja podpiszę - mówił diabeł, bał się bowiem, że Pan Konida może się podpisać znakiem krzyża, jak to wówczas robili analfabeci, do których należał.
- Jak cię nazywają? - spytał.
- Ko - ni - da A - ta - na - zy -dyktował psychopata.
Wieśniak otrzymał siekierę, ale demon postawił kolejny warunek.
- Będzie twoja, jeśli się ze mną zmierzysz i mnie pokonasz, bo tak stoi w umowie.
Pan Konida zadufany w swoją siłę, podjął walkę na siekiery. Z jednej strony młody, rudowłosy chłop o nosie podobnym do kartofla, z drugiej demon w długim, czarnym płaszczu. Nagle siekiera wypadła z dłoni Pana Konidy, która obficie broczyła krwią. 
- Przegrałeś bydlaku! - triumfalnie wrzasnął diabeł i zarzucił Pana Konidę na plecy niczym worek. Wtedy Pan Konida zrozumiał, że zmarnował całe doczesne życie...
Czuł wielką gorycz, lecz wiedziony jakimś głosem, sięgnął ręką do kieszeni i znalazł tam ... różaniec, zrabowany zamordowanemu niegdyś księdzu. Nigdy się na nim nie modlił, ale podobał mu się od strony estetycznej. Planował sprzedać go na rynku, aby mieć pieniądze na broń palną. Teraz zaś jego duszę ogarnęła wielka potrzeba modlitwy. Nawet się nie spostrzegł jak dusza i ciało zaangażowały się w wypowiadanie ,,Zdrowaś Maryjo...'' Przerażony i wściekły diabeł rzucił nim jak workiem kartofli o ziemię, aż doszło do zniszczenia rdzenia kręgowego. Pan Konida umarł z modlitwą na ustach.



Na ogół literaci opisują tylko doczesne życie swoich bohaterów, jednak postaram się zrekonstruować pośmiertne losy Pana Konidy. Zobaczył przed sobą Matkę Boską. To Ona go ocaliła. 
- Tyś moim Ocaleniem! - wzniósł ręce i wykrzyknął entuzjastycznie. 
Maryja patrzyła na niego ze smutkiem i macierzyńską miłością.
- Im większa nędza, tym bardziej zasługuje na Miłosierdzie - mówiła - lecz nic nieczystego nie wejdzie do Królestwa Mojego Syna. Musisz się oczyścić, odbyć pokutę. 
- Przyjmę wszystko czym mam być oczyszczony - zadeklarował Pan Konida.
Został przeniesiony do czyśćca, na samo jego dno. Żadna z dusz nie wiedziała jak długo ma trwać jej pokuta. Cierpiały w niewyobrażalny sposób, lecz chwaliły Boga, bo wiedziały, że prawdziwa miłość zsyła katharsis, a te nieraz wymaga bólu, bo ,,wolność krzyżami się mierzy''. Przychodzili tu Maryja i Michał Archanioł zabierając w swoje święta wiele dusz, zaś codziennie w otchłań spadały krople krwi - była to Krew Chrystusa ofiarowana na każdej Mszy Świętej. I znów dusze zostawały uwolnione. Pan Konida radował się z każdego przybycia Maryi, będącego ulgą w jego cierpieniu, ale nie mógł widzieć Boga - do czasu aż wszystko odpokutuje. Widział jak dusze ulatywały do Nieba uwalniane modlitwą.



,,Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci, najdrogocenniejszą Krew Boskiego Syna Twego, Pana naszego Jezusa Chrystusa w połączeniu ze wszystkimi Mszami Świętymi na całym świecie dzisiaj odprawianymi, za dusze w czyśćcu cierpiące, za umierających, za grzeszników na świecie, za grzeszników w Kościele powszechnym, za grzeszników w mojej rodzinie, a także w moim domu. Amen''. 



Gdy Pan Konida słyszał te słowa, tysiąc dusz wespół z nim cierpiących, zgodnie z obietnicą Chrystusa złożoną św. Gertrudzie Wielkiej zostawało uwolnionych. Tu każdego dnia przekonywał się naocznie o ogromie Bożej miłości, którą na ziemi docenił dopiero w ostatniej godzinie życia. Dusze przychodziły i odchodziły, świat doczesny zmieniał się jak w kalejdoskopie, a ciężka pokuta Pana Konidy trwała długo. Do czasu...
- Przed tobą ostatni etap oczyszczenia - mówiła Maryja - zostaniesz napełniony tęsknotą do Boga, której wcześniej nie znałeś, abyś uchronił inne dusze przed powtórzeniem swoich błędów. Pójdziesz w świat XX wieku, do ubogiej polskiej wioski - chcę abyś został ojcem chrzestnym dziecka człowieka, którego ci wskażę.
- Zrobię wszystko co będzie Twoją wolą - odparł z pokorą Pan Konida.
Było to ok. 1800 roku. 

sobota, 24 sierpnia 2013

,,Pawlaczyca''

,,Pawlaczyca’’ jest napisaną przeze mnie w 2003 r. (od marca do sierpnia) powieścią historyczno – fantastyczną. Zalążek tej fantazji pojawił się w moim umyśle już w 1999 r., a pierwszą sceną była walka na siekiery Pana Konidy z diabłem Astarotem, zainspirowana pojedynkiem młodego Obiego van Kenobi z Darthem Maulem. Na lekcji języka angielskiego w gimnazjum zacząłem pisać walentynkowe wypracowanie o miłości Heńka do Lawendycji, lecz pani nauczycielce nie spodobało się ze względu na … nóż wystający z głowy Lawendycji. W pierwszej klasie liceum na języku polskim napisałem słowa Pana Sołtysa: ,,Zasługujecie na śmierć, lecz jej nie dostaniecie, bo to nie my jesteśmy dziadowscy. Idźcie do Warszawy i powiedźcie swojej Partii, że oto w całym zniewolonym przez was świecie nadchodzi powrót wolności''! Bardzo spodobało się to polonistce, pani Evie ov Viviex, która pochwaliła mnie przed całą klasą.



Tytuł powieści jest nazwą wymyślonej przeze mnie zacofanej, polskiej wsi, leżącej jakoby między Warszawą, a Konstancinem – Jeziorną. Pochodzi ze starokrasnego ,,Pavlacica'', czyli Paulina, bowiem jeden z XIII – wiecznych założycieli wsi nazwał ją na cześć żony (dla porównania: ,,Pavlas'' znaczy Paweł). Czas akcji obejmuje cały okres PRL – u, aż do 1990 r. Wieś zostaje założona w XIII wieku przez skłócone ze sobą rycerskie rody Gruszków i Pietruszków, zaś historia nawrócenia psychopaty; Pana Konidy rozgrywa się w 1800 r. Miejscem akcji jest przede wszystkim tytułowa wieś Pawlaczyca, a także Warszawa, Moskwa, Rzym, a nawet Czyściec, w którym pokutował Pan Konida, Piekło, dokąd udał się komunista Jan Czarny, aby pożyczyć od Śmierci kosę potrzebną do rozprawy z chłopami, oraz Niebo, gdzie Anioły modliły się do Boga za autystycznym rodzeństwem Stasiem i Faustynką de Slony.
,,Pawlaczyca'' dzieli się na trzy części: ,,Słomiane wojny'', ,,Dziadostwo kontratakuje'' i ,,Powrót wolności''. Pierwsza część obejmuje przedział czasowy od 1800 r. (nawrócenie Pana Konidy) do lata 1950 r. (zwycięska bitwa na łące przed domem Pana Sołtysa chłopów z Pawlaczycy z Dziadostwem, czyli tajną, międzynarodową organizacją komunistyczno – satanistyczno – masońsko – terrorystyczną). Część druga dotyczy lat 1950 (nieudany miesiąc miodowy Heńska i Lawendycji w Warszawie) do 1978 (wybór Karola Wojtyły na papieża). Akcja części trzeciej rozgrywa się w latach 1979 (pielgrzymka bł. Jana Pawła II do Polski) aż do roku 1990 (radosna manifestacja chłopów z Pawlczycy w Warszawie, śpiewających: ,,My chcemy Boga, Panno święta...'').



Jak łatwo zauważyć, najważniejszym źródłem inspiracji była dla mnie trylogia ,,Gwiezdnych Wojen''. Żeby się Czytelnik przypadkiem nie zgorszył, spieszę wyjaśnić, że w mojej trylogii Bóg jest osobą, a uprawianie magii zostało ukazane w złym świetle (podkreśliłem silną antynomię cudu i magii). Wielu bohaterów mojej trylogii ma swoje odpowiedniki w filmowej sadze. I tak pierwowzorem Pana Konidy był Obi van Kenobi, diabła Astarota – Darth Maul (imię demona zaczerpnąłem z ,,Kordiana'' Juliusza Słowackiego), Łukasza Skyjłyckiego – Luke Skywalker, jego siostry Lawendycji – księżniczka Leia, Mądrego Osła – mistrz Yoda (a nie Osioł ze ,,Shreka'' jak ktoś mógłby pomyśleć), Stracha na Wróble – robot C3PO (nie ma nic wspólnego ze Strachem z ,,Czarnoksiężnika z Krainy Oz''), Kosza na Śmieci – robot R2D2, mołdawskiego przemytnika Heńka de Slony – Han Solo, jego psa Czubka; rasy owczarek nizinny Wookie Chewbacca, kapitana Jana Tadeusza Sadłowskiego – Jabba, towarzysza Jana Czarnego – Darth Vader (Jan Czarny ubierał się na czarno i nosił na głowie czarny garnek), towarzysza Jerzego Plaptoniusa z Dziadostwa – Imperator Palpatine, Murzyna Bartłomieja Bambo – Lando Calrissian, ,włoskiego przewodnika Renzo Jardualo – Jar – Jar. Odpowiednikiem Imperium jest Dziadostwo, czyli Socjalistyczny Czarny Zakon Dziadostwa Polskiego, Gwiazda Śmierci była pierwowzorem bojowej maszyny Ula Śmierci, zniszczonej przez Łukasza Skyjłyckiego, zaś odpowiednikiem statku kosmicznego ,,Milenium Falcon'' był bojowy samochód Pana Sołtysa – Ruskomobil, wzorowany ponadto na Batmobilu – samochodzie Batmana. Pawlaczyca'' jest więc jak można zauważyć parodią ,,Gwiezdnych Wojen''. Inspirowałem się ponadto ,,Chłopami'' Władysława Reymonta, ,,Mistrzem i Małgorzatą'' Michaiła Bułhakowa (czarownice z Warszawy były piękne i miały skórę rozpaloną jak w gorączce, co upodabniało je do Małgorzaty po użyciu kremu Azazella, opis bezalkoholowego wesela Heńka i Lawendycji, kiedy to leśne zwierzęta grały na różnych instrumentach w sposób zamierzony przypomina rozdział ,,Wielki bal u szatana'', zaś syn Dymitra i Nataszy Symetajovów otrzymał imię Mateusz na cześć Mateusza Lewity), ,,Ferdydurke'' Witolda Gombrowicza (słowa ,,traktor, traktor, traktor'' zamiast ,,pupa, pupa, pupa''), ,,Pana Tadeusza'' Adama Mickiewicza (nazwy zawodów i urzędów traktowane jak imiona np. Pan Sołtys, Kowal, Szewc, Ksiądz Dobrodziej,Sadownik, Żołnierz, Stara Babucha, Towarzysz Pogranicznik, a nawet … Wielki Podsnajperzy), ,,Krzyżaków'' Henryka Sienkiewicza (przedbitewne pieśni - ,,Te Deum laudamus'' i ,,Międzynarodówka''), ,,Biblii'' (kiedy po bitwie Pan Sołtys uciął brzytwą ramię wziętemu do niewoli Towarzyszowi Pogranicznikowi, Ksiądz Dobrodziej uzdrowił okaleczonego komunistę, mówiąc: ,,Kto brzytwą wojuje, od brzytwy ginie''), do objawień św. Faustyny Kowalskiej i św. Henryka Suzo, do mitologii słowiańskiej, a nawet do … filmu ,,Matrix'', bajek o Kreciku, krasnalu Hałabale i Pszczółce Mai. Zarówno pan Voytakus ov Viernitis jak i moja Mama uważają, że wieś Pawlaczyca przypomina Wojsławice, wieś Jakuba Wędrowycza; bohatera stworzonego przez Andrzeja Pilipiuka. Jest to jednak podobieństwo przypadkowe, bowiem ,,Pawlaczycę'' napisałem wiele lat przed zapoznaniem się z twórczością Największego Piewcy Wsi Polskiej od Czasów Reymonta.
Bohaterowie, do których należą również anioły i diabły, dzielą się na trzy kategorie:
a.) Postaci historyczne: Maryja, Bolesław Bierut (występuje też pod określeniem Zecer), Józef Stalin, Władysław Gomułka, prymas Stefan Wyszyński, bł. Jan Paweł II, Leonid Breżniew, Wojciech Jaruzelski i Lech Wałęsa określany jako Mąż Stanu.
b.) Postaci prawdopodobne: chłopi z Pawlaczycy i mordujący ich komuniści z Dziadostwa.
c.) Postaci fantastyczne i alegoryczne: warszawskie czarownice – prostytutki, które zamieniały ludzi w osły, by ich potem przerabiać na salami, Mądry Osioł – młodzieniec zaklęty w osła, żmij, rusałki, których królową była czerwonowłosa Ruta jeżdżąca na podwodnym niedźwiedziu Arvocie Baldasie, wodniki, krasnoludki, w tym sam Hałabała, ożywione przedmioty – Strach na Wróble i Kosz na Śmieci, kosmici z planety Nopez, mówiące zwierzęta np. Tygrys Uszatek, pantera śnieżna Yrbos, gepard Akko Jubastin, czy niedźwiedź himalajski Utaran Pradeškin, który napisał książkę o reporterach, Śmierć, która zakochała się w towarzyszu Janie Czarnym, pożerająca niemowlęta mamuna Evcelma ov Taurayakova, piękne, leśne kobiety Anej e Rion i jej siostra Ayisaka (ich pierwowzorem były siostry ov Blackeyove), Pszczółka Maja, która sporządziła dający długowieczność miód z kwiatu paproci, oraz Głupota, która przedstawiła się Mężowi Stanu jako Ewa Reltih – Nilats i wysłała go na obrady Okrągłego Stołu.
Pisząc ,,Pawlaczycę'' chciałem przekazać takie wartości jak pochwałę Bożego Miłosierdzia, kultu Maryjnego, a zwłaszcza odmawiania Różańca – wspaniałej, choć wymagającej modlitwy, której sam wiele zawdzięczam, patriotyzmu i jakże polskiego umiłowania wolności, trzeźwości, a nawet abstynencji. Chciałem przekazać wiarę, że Dobro zwycięża, choć do ostatecznego zwycięstwa wciąż jeszcze daleko, oraz to, że w każdym narodzie są ludzie dobrzy i źli, i że każdy może się zmienić. Potępiłem systemy totalitarne, satanizm, masonerię, okultyzm, aborcję, alkoholizm, rasizm, szowinizm, w wielu miejscach szedłem pod prąd politycznej poprawności. Chłopów opisałem z – mam nadzieję, że tak zostanie to odebrane – życzliwym humorem. W prowadzonej przez Żyda Mojżesza Pilzsteina karczmie o jakże wdzięcznej nazwie ,,Chlew Pijacki'' wznoszą toasty za … trzeźwość, a raz Pan Sołtys powiedział, że jest … trzeźwy inaczej. Są to ludzie mający swoje wady, ale w gruncie rzeczy dobrzy i skrywający w sobie zaskakujące pokłady męstwa. Jest to najbardziej chrześcijańska książka jaką kiedykolwiek napisałem.
Kończąc chciałbym zaprezentować opinie paru osób o mojej powieści: ,,Jest to książka o Kościele i polityce'' – moja ś. p. Babcia. ,,Porno i przemoc'' – powiedział o niej mój kolega z liceum Kristoferianus ov Musteliani, czym bardzo się rozczarowałem, bo miałem nadzieję, że jej lektura pomoże mu pojednać się z katechetą, o. Markusem ov Cosiarem. ,,G... ko z twarożkiem'' i ,,Młodzieńcze wariacje Tadeusza Klarowskiego o Polsce'' – skomentował nauczyciel matematyki, pan Andreus ov Mysjoravić. Rozczarowałem się tym, że mojego kolegę z liceum, Pavlasa ov Sadicia najbardziej zainteresowała sprawa, jak wyglądałby seks z czarownicą.

Śniło mi się, że:

- Pan Sołtys z Pawlaczycy był władcą Tmu – Tarakanu,
- Pan Sołtys mówił, że ,,ruski miesiąc popamiętam’’ za to, że umieściłem go w powieści fantastycznej, podczas gdy on wolał, abym napisał o nim w utworze realistycznym.

Sny zainspirowane twórczością Neila Gaimana

Śniło mi się, że:


- znalazłem na strychu komiks z serii ,,Sandman’’, zawierający historię o Polsce zatytułowaną ,,Rzeczfałszywa’’, w której występował Aleksander Kwaśniewski,




- Morfeusz trzymał w ręku ,,Baśnie z 1001 nocy’’; z książki wyszła Szeherezada i przywiązała boga snów do wielbłądziego brzucha, potem poszli do łóżka, a Morfeusz śnił, że wędrował z wiernym sługą przez dzikie bezdroża Ukrainy – przez górski las zamieszkany przez smoki i czuhajstery; widział złotą salamandrę w źródełku; gdy się obudził Szeherezada od niego odeszła, Morfeusz zaś szedł za nią pod postacią kapitana statku,



- bóg Anansi pod postacią dużego, czarnego pająka beształ jakąś kobietę na ulicy jednego z afrykańskich miast,
- przez dłuższy czas nosiłem na palcu czarny pierścień Anansiego, lecz w końcu go wyrzuciłem, bo dowiedziałem się, że jego noszenie było niezgodne z wiarą katolicką,




- Morfeuszowi służył Kapelusznik i opowiadał o swym panu jakiejś dziewczynie,
- Neil Gaiman napisał o dinozaurach, które wyewoluowały w ludzi,




- Neil Gaiman to pseudonim. 

Sny o papierosach

Śniło mi się, że:




- gdy moja Babcia wyszła ze szpitala i znów chciała zapalić, włożyłem jej papierosa do herbaty,
- pewien ksiądz po czterdziestce, kierował ruchem drogowym i przypalał samochody papierosem,
- po latach spotkałem Jenę ov Blackeyovą i zobaczyłem, że pali papierosa, powiedziałem jej, że wyrządza tym krzywdę samej sobie, a ona odparła, że robi tak, by się nie denerwować,
- byłem rumuńskim dyktatorem Papandreu, miałem władzę nad całym światem i zakazałem ludziom palić papierosy,
- jakiś człowiek zapalił papierosa od czarnej świecy,
- Czarnobóg namawiał jakiegoś chłopca, aby palił papierosy,
- Casiya ov Šmokołova paliła elektronicznego papierosa. 

piątek, 23 sierpnia 2013

Oniryczna Słowiańszczyzna

Poniżej prezentuję kilka nowych snów dotyczących problematyki wierzeń słowiańskich:



- w leśnej chatce mieszkała rusałka z mężem żmijem i kochankiem jednorożcem, który przybierał postać człowieka,
- w państwie Kościeja istniał urząd cenzury o nazwie ,,Straż Cnoty''.,
- członkowie słowiańskiego plemienia Oferów byli przez swych sąsiadów składani w ofierze i zjadani z czerwoną kapustą,



- w ,,Słowiańsko – Aryjskich Wedach'' znalazłem fragment komiksu o Kajku i Kokoszu,
- słowiański heros Deimos odmładzał w wodzie mężczyzn i kobiety, a potem uczył walczyć.


Oniryczny zwierzyniec


W tym roku, wędrując po pełnym dziwów Królestwie Snów napotkałem następujące, niesamowite istoty:

- brązowego jaszczura podobnego do hipopotama, na którego grzbiecie odbyłem pielgrzymkę,




- ciemnozielonego żubra o bardzo krótkich nogach i monstrualnie wielkich rogach, który stał na schodach (w tym śnie występowała też Pani Filifionka),



- Yrrhadesa; kolorowego potwora z wielkim okiem i mackami, który grasował w pewnym małym miasteczku w Polsce,
- kowcę z ,,Pana Lodowego Ogrodu'' Jarosława Grzędowicza (wyglądała jak owca z krowim ogonem),
- nauczycielką o bardzo długiej i cienkiej szyi, która zakładała czapkę w kształcie uszu Myszki Miki i uczyła w szkole mającej jedenaście pięter,
- człowieka z głową iguanodona z rogiem na nosie,
- emu z głową żurawia koroniastego,
- mzimu (był to wielki, biały królik – ludożerca o dwóch głowach, któremu składano ofiary z dzieci),
- ubrane w powłóczyste, kolorowe szaty, kościotrupy, które siedziały w pobliżu Bramy Portowej w Szczecinie (widząc je miałem ochotę się przeżegnać),
- ptaka z głową i ogonem gawiala, w którego po śmierci zamienił się Andrzej Lepper,
- wielkie, czerwone larwy stonki ziemniaczanej pływające w wannie pełnej krwi, którą zalałem całe Wały Chrobrego,
- personifikację muzyki; małego człowieczka ubranego na czarno, który mieszkał w wiosce smerfów,
- półnagą Łotyszkę z głową lwa (nie lwicy!), która goniła inną kobietę,
- białego kota w czarne cętki, mającego ponadto uszy rysia,
- człowieka z głową sikory modrej,
- pół dzieci, pół zwierzęta (pan Voytakus ov Viernitis szedł z nimi na spacer i się śmiał),




- olbrzymiego, afrykańskiego nietoperza popobawę, z którym walczyła matka Voytakusa ov Višnica. .