środa, 12 lutego 2014

Odkrywcy



,,Państwo Lynxów obejmowało również Krainę Białych Pól, zwaną też 'Białopolem' lub ,Białopolską'. Pewnego razu żył sobie w Lesie Północno – Wschodnim na orskiej ziemi, Lynx imieniem Rysie Uszko. Był bardzo leniwy – całymi dniami leżał na mchu przed ziemianką i nic nie chciał robić ku zmartwieniu rodziców. Gdy tak leżał, ujrzał trzech synów Boruty; białego rysia Deneba, białego wilka Ovova Tęczookinsona i zionącego ogniem Wiłkokuka o ludzkim ciele, mającego wilczą głowę z wilczym ogonem. Powiedzieli Rysiemu Uszku, że za Roxyzorem jest dużo złota, i że jeśli chce może z nimi pójść na wyprawę. Jak królowa sama wie z doświadczenia, Enkom się nie odmawia; rodzice ucieszyli się, że ich leniwy syn będzie miał jakieś zajęcie , toteż niechętnie, ale jednak Lynx wyruszył. Przeszli wiele wiorst […], lecz złota nie znaleźli. Za to Rysiemu Uszku coraz bardziej podobało się w moim kraju. […]. Tymczasem w Oceanie Białopolskim wybuchła krwawa walka o władzę. 'Pożarli się' między sobą dwugłowy smok Aglu i wieloryb Kilu o ciosach i przednich łapach mamuta. Zwyciężył smok i wieloryb musiał opuścić Ocean. Ponieważ był bardzo ciężki nie mógł dłużej pełzać i pochłonęło go łono Ziemi. Stał się za to ojcem Dudinki i wszystkich innych mamutów. Moj ród założony już w erze czwartej przez czcigodnego Ursa Lorenzkraffta, cały czas popierał wieloryba Kilu. Aglu był okrutny, prześladował więc moich antenatów. Skazywał ich na najwymyśniejsze męki. Pewnego razu nasi bohaterowie szukali złota na skutej lodem plaży, gdy tymczasem w wodzie coś się kotłowało. Ktoś potrzebował pomocy. Rysie Uszko i Wiłkokuk skoczyli i wyciągnęli parę białych niedźwiedzi , obu płci. Uratowali je przed sadłożercami; morskimi potworami, które wy nazywacie 'orkami', które nasłał smok Aglu. Byli to moi przodkowie; Vlad i Vlada Lorenzkrafftowie; okazali wielką wdzięczność swoim wybawcom. Tymczasem orki powiedziały o wszystkim Aglu i ten wpadł w straszny gniew. Groził, że zatopi całą Białopolskę, lecz miejscowi Lynxowie postraszyli go możliwością ugodzenia kopią i obiecali, że Vlad i Vlada nie wrócą już do swej ojczyzny. Tak też się stało – zamieszkali w Lesie Północno – Wschodnim i obdarzyli wędrowców złotem i klejnotami […]'' - opowieść niedźwiedzia polarnego Igora Lorenzkraffta na weselu Tatry i Lecha III w Svantemocie.



Z krwi Vlada i Vlady począł się biały niedźwiedź Tar – Alatyr. Jego imię pochodziło od białego kamienia alatyru, który od diamentu był piękniejszy, rzadszy i cenniejszy. Jak wszystkie kamienie został urodzony przez Mokoszę; Matkę Wilgotnej Ziemi. Alatyry znajdowano na górze Elbrus, w Bharacji, gdzieś za Arabią, za Afryką, być może ich złoża leżały za Słupami Heraklesa i w Zaziemskim Oceanie. Kamień ten mia leczyć wiele chorób, wykrywać trucizny, ułatwiać zasypianie, a nawet (szczyt zabobonu!) sprowadzać miłość i szczęście. Czarownice jak królowa Malkieš Lysarayata i czarownicy, tacy jak Kościej, czy zabity za okrucieństwo przez Rutę, król Sinea, Gugan Feng – Izbar, posiłkowali się nim w odczytywaniu myśli i rzucaniu uroków. Kaplica Ageja w Domu Enków na Wielkim Dębie miała ściany, sufit i podłogę wyłożoną tym najszlachetniejszym z kamieni. W erze dziewiątej za królowej rusałek Walaszki, każda wielka księżna Podziemia miała tron z alatyru, który wodnik Sosis przywiózł z góry Elbrus, a na początku jedenastego eonu, król Teost nauczał siedząc na wielkim przydrożnym alatyrze, co potwierdza ,,Gołębia Księga''. Ów przydrożny głaz był później przechowywany w chramie w Loitikonie – stolicy Tassilii jako świętość. Gdy rasa ludzka coraz bardziej pogrążała się w różnych niegodziwościach; kamień, któremu Teost nadał blask, tracił teraz swą piękność i broczył krwią, aż król Tassilii, Musafan III Zindż kazał go rozbić i użyć do naprawy drogi. Było to rok przed potopem. Po tej dygresji wróćmy do naszego niedźwiedzia.
Tar – Alatyr Lorenzkrafft rósł jak na drożdżach i od małego przyjaźnił się z Rysim Uszkiem. Gdyby był człowiekiem, to słuchając jego opowieści miałby wypieki na policzkach. Vlad i Vlada wpajali mu wdzięczność za uratowanie ich z paszczy orek i miłość do Białopolski, z której wygnała ich mściwość smoka Aglu. Wreszcie gdy dorósł, nastała dlań upragniona chwila. Król Lynxów Laskowiec, pełen uznania dla Rysiego Uszka zlecił mu zbadanie tajemniczych ziem ,,za Roxyzorem, za Aspinem''. Lynx, który dzięki swej pierwszej wyprawie nabrał męstwa i zainteresowania światem, odwagi i litości, przez długi czas mieszkał spokojnie w swej ziemiance z ojcem i matką, a gdy ci pomarli, mieszkał sam, odwiedzając często Tar – Alatyra w jego gawrze. Lynxowie i inne stworzenia z uwagą słuchały jego opowieści o wyprawie po złoto, o Denebie, Wiłkokuku, Ovovie Tęczookinsonie, gepardzie Akkonie Jubastinie, o dwugłowym smoku z Oceanu Białopolskiego... Trzeba wiedzieć, że u Lynxów nie było tyle chełpliwości i zawiści co u ludzi. Jego oblubienicą została niejaka Leva, lecz niestety wśród gości weselnych był strzygoń pod postacią Lynxa. Panna młoda tańcowała z wszystkimi mężami, a gdy zaczęła z nim, zginęła z rozprutym gardłem... Czytelnik pewnikiem nie lubi takich historii, więc ją zakończę i przejdę do wyprawy. Tar – Alatyr wraz z Rysim Uszkiem przekraczając bród na Roxyzorze nosił zadrę w sercu. Pod jego czaszką kotłowały się myśli dręczące jak nocna zmora...

*
,, […] car […]. W lesie napotkał człowieka – potwora, porośniętego sierścią niczym małpa. Zainteresował się więc tym osobnikiem, nawiązał z nim rozmowę. Człowiek – potwór zaczął się zwierzać:
- Byłem niegdyś szczęśliwym małżonkiem. Uwierzyłem jednak kłamstwom własnej matki, która szkalowała moją żonę. Znęcałem się nad biedną kobietą tak długo, że aż wreszcie zachorowała i skonała. Pochowałem ją i zrozumiałem swoją winę. Często odwiedzałem jej grób, aż w końcu przydarzyło mi się nieszczęście. Całe moje ciało pokryło się sierścią.
Człowiek – potwór zerwał się i pobiegł w głąb lasu, przeraźliwie wrzeszcząc'' - ,,Przygody dwóch carewiczów'' – baśń rosyjska ze zbioru ,,Mocarni czarodzieje''.



Było to w Krainie Białych Pól, wiele wiorst od Roxyzoru; rzeki granicznej noszącej swą nazwę od króla Uralisława przez krasnoludki zwanego Roxyzorionem. Odkrywcy rozłożyli się obozem w tajdze, gdzie mimo oporu bojącego się ognia Tar – Alatyra, Rysie Uszko rozpalił ognisko. Zrobić czegoś takiego nie potrafili ich przewodnicy z rasy włochatków, czyli ludzi owłosionych jak małpy. Włochatkowie pochodzili od pierwszej pary – Łaka i Łaki zrodzonych z krwi Boruty i Leśnej Matki. Mieszkali w lasach; Północno – Wschodnim i w Białopolsce, nie potrafiąc budować domostw, lepić garnków, wytwarzać narzędzi bardziej skomplikowanych niż łupane czy gładzone kamienie czy rozpalać bądź podtrzymywać ognia niczym Pongo z Afryki. Żyli ze zbieractwa, od czasu do czasu udawało im się z całą gromadą upolować jakieś zwierzę. Były to istoty przyjazne i łagodne, na nikogo nie napadały. Rysiemu Uszku i Tar – Alatyrowi towarzyszyło rodzeństwo; brat Dykyj i siostra Dyka. Tej nocy wszyscy czterej podróżni czuwali na zmianę (Dyka spała osobno); w tajdze miał się panoszyć podobny ni to do smoka ni to do niedźwiedzia potwór o żelaznych pięściach. Wypadła kolej na Dyką, lecz jej brat, aby oszczędzić siostrze trudu, sam podjął się czuwania. Potwór nie nadchodził, za to roiło się od komarów i meszek, zwanych w Białopolsce ,,gnusem''. Na szczęście wędrowcy od dzieciństwa bytując w dziczy, mogli sobie nic nie robić z natrętnych owadów. Dykyj stróżował drugi raz tej nocy i był ogromnie zmęczony. Wlepiał oczy w ogień, w kosmatych rękach trzymając oszczep zrobiony przez Rysie Uszko. Gdy tak patrzył i mrużył oczy, w ogniu coś się ruszało. Jakiś bladoniebieski kształt stawał się coraz bardziej wyraźny, coraz większy... Wreszcie z ognia wyskoczyła ludzka ręka, a Dykyj choć odważny jak wszyscy włochatkowie, teraz zadzwonił zębami ze strachu.
- Sina Ręka; strach z ognisk – pomyślał rozpaczliwie – taki Čort może nawet pokonać niedźwiedzia! - Sina Ręka zaś kiwała na Dykego palcem, aby poszedł do niej, a włochatek doznał wstrętnego uczucia, jakby łaskotania, obmacywania i podduszania. Już oślizgłe, niebieskie paluchy miały się czepić jego brązowego futra, gdy poczuł w sobie odwagę. Powoli przestając się bać, począł nucić pieśń, której nauczył się w swoim plemieniu:


,,I przybędzie Królowa Tajgi z bacikiem
A Sina Ręka przepadnie z płaczem i krzykiem...''

Siną Ręką wstrząsnął dreszcz, ponownie wskoczyła do ognia, pokazała środkowy palec, po czym jęcząc, rozpłynęła się w ogniu. Dykyj odetchnął z ulgą, po czym wzniósł ramiona ku niebu, bo ponad koronami drzew ujrzał na tle Księżyca Dziewannę, na której piersi był wyhaftowany srebrną nicią jednorożec, a pod jej stopami szamotała się Sina Ręka. Powiał wiatr i widzenie zniknęło. Dykyj zaś głośno ziewając obudził Rysie Uszko, a następnie zasnął snem sprawiedliwego.
Rano ruszono w drogę. Brat i siostra zbierali grzyby i jagody, objadali korę i spijali sok drzewny, a Rysie Uszko ubił jelonka i rysował mapę na korze brzozowej, zaś Tar – Alatyr delektował się mrówczymi poczwarkami z rozgrzebanego mrowiska i będąc kawalerem marzył o niedźwiedzicy polarnej. Dotąd jedynymi białymi niedźwiedziami jakie widział byli jego ojciec i matka.


*

W miarę jak szli, tajga się przerzedzała, miejscami sąsiadując z bagnami, tundrą, rzekami i jeziorami. Około południa oczom całej czwórki ukazała się zatknięta na palu czaszka renifera z porożem. Wnet zza drzew wyszło dwóch półnagich mężów z głowami reniferów. Wysmarowani byli żółtą i czerwoną farbą, a uzbrojeni w dziryty, łuki i strzały. Dziwne istoty nie znały mowy starokrasnej, lecz Dykyj i Dyka umieli się z nimi porozumieć. Rogate stwory podały ręce Rysiemu Uszku i Tar – Alatyrowi, po czym wszyscy udali się w głąb ich kraju, do grodu stołecznego. Oto co Rysie Uszko i jego towarzysz napisali o tej krainie i jej mieszkańcach w dzienniku podróży, spisanym na korze brzozowej.



,,Istotom tym nadaliśmy nazwę 'Leniferów' bazując na przysłowiu białopolskich Lynxów: 'Jestem leniwym Leniferem z Warzawy'. Wyszły na świat z łona Dziewanny Šumina Mati, oblubienicy Boruty. Czczą Leśną Matkę jako Panią Zwierząt. Ich gród stołeczny zowie się Warzawa, wymawiaj War – Zawa, tak jak w imieniu Mar – Zanna. Jest ona bardzo podobna do naszego Ynańska; składa się z chat, szałasów, ziemianek i jurt. Tak jak nasze sioło stołeczne leży nad jeziorem Ynańska Lykanus, ich Warzawa ma dostęp do jeziora Hagar. Oprócz niej mają jeszcze parę innych osad skupiających ledwo kilka chatynek. Żyją z łowów i zbieractwa. Ich przysmakiem jest porost chrobotek reniferowy, grzyby, kora drzewna, trawa, liście, lemingi podobne do chomików. Częstowali nas nawet uryną psów haxów, a takie paskudztwo mogą pić renifery. Odzież wykonują ze skór, noszą wiele ozdób z rogu i kości, a ręce i nogi malują jaskrawymi barwami. Są gościnni i łagodni; podobnie jak włochatkowie, z krwi pochodzili nasi nasi przewodnicy, nie napadali na inne istoty. Mimo to potrafili się dzielnie bronić, za pomocą włóczni, maczug, łuków, dmuchawek i krótkich mieczy z kości. Na dziedzińcu (profanum) kąciny Boruty widzieliśmy żelazne pięści niespotykanej wielkości i czaszkę podobną do czerepu ni to smoka ni to niedźwiedzia. Powiedziano nam, że należały do potwora będącego postrachem tych okolic. Okazują wielką cześć Borucie i Dziewannie – Królowej Tajgi – Pani Zwierząt; przed ich rzeźbami z drewna składają najpiękniejsze kwiaty Białopolski. Swych zmarłych palą na polanach, a następnie grzebią pod kurhanami. Okazują im wielką pamięć i szacunek. Czczą Mokoszę recytowaniem i rozważaniem jej dziesięciu imion. Leniferowie i włochatkowie kochają wolność mocniej niż wszystkie inne istoty rozumne; ich królowie mają władzę jeno symboliczną i są zabijani, gdy kończy się wyznaczony im czas panowania – próbowaliśmy złagodzić to okrucieństwo. Są silni, wytrzymali i zręczni; od małego hartuje się ich kąpielami w przeręblu i tatuowaniem kościanymi igłami. Mężowie i samki są u nich jednakowo szanowani; ci pierwsi koncentrują się na łowach, a ich niewiasty na zbieractwie i opiece nad potomstwem. Samki Leniferów też mają poroże, lecz mniejsze niż u mężów. Po urodzeniu dziecka, Leniferka zrzuca poroże i je obgryza, jak twierdzi – dla zdrowia. Istoty te kochają dzieci i nigdy, pod żadnym pozorem ich nie krzywdzą''

- pisał o nich Rysie Uszko, a pisał to z całym spokojem, bo i Lynxowie w przeciwieństwie do ludzi, nie napadali na nieswoje ziemie. Tar – Alatyr Lorenzkrafft skupił się na ich wadach.

,,Leniferowie są z natury dobrzy, lecz jest to rasa płocha, której brakuje wytrwałości w dążeniu do celu. Umieją pędzić wódkę z żurawin i upijają się nią, a z byle okazji klną słowem 'urva ' [zakręt] jakby się im coś urwało i myślą, że umieją przeklinać, znając tylko parę słów. Potrafią być kłótliwi i zadziorni względem siebie, co szkoda mi pisać, bo spotkałem wielu poczciwych. Są gościnni do przesady; mimo swego ubóstwa kochają przepych, a leniferską dewizą jest: 'Postaw się, a zastaw się'. Jednak gdy jakiś wróg wkroczy na ich ziemię, zmieniają się nie do poznania, dając z siebie wszystko. Gdy ubiją, bądź przegnają kolejnego potwora, znów wracają do przeciętności. Jeśli Leniferowie nie naucza się, że bohaterem trza być na co dzień, a nie od święta, nigdy nie staną się wielkim narodem.''

Rysie Uszko wyruszając w drogę, oprócz dziennika podróży, zapakował do torby również parę innych książek. Razu pewnego usiadł na pniu w kraju Leniferów i począł czytać. Biały niedźwiedź zaciekawił się tym, a i przewodników to frapowało.
- Co teraz czedłeś? - spytał Tar – Alatyr.
- Działo kapłana Pirumasa Hipocentaurusa ,,Kształcenie charakteru, albo podręcznik woja Agejowego nauk zbawiennych pełny''.
- To chyba jakiś Centaur – zamyślił się Tar – Alatyr.
- Oczywiście, wiesz przecież, że u Centaurów są tylko dwa nazwiska; Hipocentaurus i Onocentaurus – odparł Rysie Uszko.
- A co takiego głosi ten Pirumas? - zaciekawił się Dykyj, który w czasie wspólnego wędrowania, liznął trochę sztuki czytania i pisania, podobnie zresztą jak jego siostra.
- No cóż; jest to autor niezmiernie wymagający; pisze jednak, że kto jeszcze nie wie co dalej chce robić w życiu, niech nie czyta książki. Oto co głosi: najlepszym z celów jest Agej, bo to cel trwały i spełniający wszystkie mądre pragnienia. Są takie temperamenty zależne od humorów jak melancholicy, cholerycy, czy sangwinicy (czwartego zapomniałem), z których najbardziej wartościowi są cholerycy, bo są zapamiętali tak w czynieniu dobra jak zła, jeno muszą swój mocny temperament ująć w karby. Sangwinik choć szlachetny z natury jest słaby i chwiejny;tak jak ,,nasi'' Leniferowie. Kto ma charakter – nikogo nie krzywdzi. Nie należy tracić czasu, ni uprawiać rozpusty, jak sprośny Lataviec. Samolubstwo jest wrogiem charakteru, a kto ma zły charakter, to tak jakby nie miał żadnego. Dobry charakter polega na sumiennym wykonywaniu obowiązków, a nie na wierności poglądom jak chcą niektórzy poeci. Moim zdaniem przesadził z tym, by nie jeść pieprzu czy musztardy, bo sól jest bardziej niezdrowa, a jej nie gani i z tym by godzinę myśleć o gwoździu w ścianie, aby zebrać myśli. Leniwy jest ten kto odrzuca systematyczność i ład w pracy, a goni za urozmaiceniem. Różne rasy mają poszczególne cechy zbiorowe np. satyry są rozpustne i złośliwe, Lynxowie waleczni, Centaury – mądre, krasnoludki – pracowite, mądre i dobre i tak dalej. Wreszcie – małżeństwo to bardzo piękna rzecz i z tym się szczególnie zgadzam – mówiąc to wspomniał o Levie rozszarpanej przez strzygi.
- Hmm. Zaciekawiło mnie to o ,,przyrodzonym charakterze zbiorowym'' – wyznał Tar – Alatyr. - Co o tym myślisz?
- Członkowie jednej rodziny przebywając wspólnie, upodabniają się do siebie – po chwili namysłu rzekł Rysie Uszko. - Może tak samo jest z większymi zbiorowościami jak Lynxowie czy niedźwiedzie. Oczywiście nie wszyscy członkowie danej zbiorowości są identyczni i to nieodwracalnie, bo przecież istoty rozumne są wolne. Ponadto biada krwawym szaleńcom, takim jak Lataviec czy Fafnir Urukajewicz, którzy powołując się na charakter zbiorowy, chcieliby mieć pretekst do swych niecnych celów. A co wy mniemacie, przyjacielu Tar – Alatyrze?
- Jeśli o mnie chodzi, to charakter zbiorowy jest jeno czczym wymysłem i gdyby każda rasa składała się z identycznych osobników, to świat byłby nudny jak flaki na oleju – odrzekł zdecydowanie Tar – Alatyr Lorenzkrafft.

*

Opuszczając krainę Leniferów, pożegnali się z włochatkami; Dykim i Dyką. Im i ludowi z głowami reniferów zostawili mnogie pamiątki jak sznury paciorków i korali, złoty grzebień dla Dykej, globus, muszlę śpiewającą pieśni Juraty i sztukę czytania i pisania. Leniferowie jako dobrowolną dań dla króla Lynxów złożyli wódkę z żurawiny, złoto, lapis – lazuli, dwie beczki dziegciu, wianuszek grzybów i wspaniale zdobiony miecz z kości ogromnego, podziemnego szczura, albo kreta imieniem Wiun (Viunus). Para Leniferów, ciekawych świata i wdzięcznych za nauczenie ich pisma i języka starokrasnego, zgodziło się służyć za towarzyszy. Razem z Rysim Uszkiem i Tar – Alatyrem opuścili Białopolskę i zaszli do krainy, którą w erze dziesiątej zasiedlili ludzie i nazwali Sinea. Badacze razem z tragarzami stanęli obozem na wzgórzu pokrytym soczystą zielenią. Patrząc przed siebie widzieli ogromną puszczę, a warto wiedzieć, że Lynxowie na co dzień obcujący z leśną przyrodą umieli rozpoznawać gatunki drzew na pierwszy rzut oka.
- Nazwę tę puszczę Morwowym Lasem, bo przeważają w nim morwy; drzewa o przepysznych owocach i liściach dostarczających strawy jedwabnikom – orzekł Rysie Uszko.
Na zielonym wzgórzu przenocowano, a rano wyruszono zbadać dziewiczy las, nawet nie przypuszczając co ich czeka.


- ,,Między lasem, bagnem, a morzem, przy ognisku usiedli Varkyderowie, a ich mistrz, wielki Sporysz Harcerz opiewał zakonu stuha podniebne tańce. Jak orzeł gromił węże i ażdachy, jak imieniem rycerza został nazwany szczyt Gerlachu. A nad nami Pochwista huczy tchnienie, a chrobry Boruta pędzi przez las''

- przewodnik wyprawy mruczał starą pieśń Varkyderów, gdy wtem usłyszał syk jakby stu tysięcy żmij. Błyskawicznie pochwycił miecz zwany Dubasem, a biały niedźwiedź złapał topór. Leniferowie napięli łuki i posłali z nich pierwszą serię strzał, bo oto, łamiąc drzewa jak zapałki, z kniei wypełzł wąż straszliwej wielkości. Jego oczy podobne do rubinów jarzyły się jak latarnie, zaś kończyste zęby były długie i białe. Łuski twarde jak zbroja miały barwę stopu miedzi i złota, a na giętkim języku srożyło się zatrute, stalowe żądło. Dubas i topór pękły na pancernej głowie trusia. Strzały Leniferów również nie mogły przebić jego skóry. Jedna z nich przebiła oko potwora doprowadzając go do furii. Napadniętym pozostało jeno rozbiec się na różne strony, lecz nietknięte oko bestii, skuło ich swą czarnoksięską mocą jak łańcuchem. Wtem na Morwowy Las spadł cień. Oto wielki jak górski wierch, dwugłowy orzeł niczym grom rzucił się na węża, zabił go ciosem dzioba w kark i poniósł wysoko, ponad obłoki. Niezwykły to był ptak. Jego dzioby i nogi mieniły się złotem, a pióra wszystkimi odcieniami szkarłatu, lazuru, złota, zieleni i srebra. Najchętniej przebywał w krainie, która w erze dziewiątej, na cześć królowej rusałek Bharatieny została nazwana ,,Bharacją'', ale zapuszczał się też w inne rejony Azji.
- Co to było? - spytał Tar – Alatyr, dotąd oniemiały.




- Garuda – odparł przytomnie Rysie Uszko. - Ten ptak nazywa się Garuda, a jego pielesze są w górach Imalain. Tak duży jak on jest tylko Rok z Malgalesio.
- A pies mordę lizał! - zażartował rubasznie ten z Leniferów, który zniszczył wężowe oko strzała. - Zamiast mędrkować, lepiej podziękujmy Agejowi i leśnym Enkom za ocalenie! - zgodnie z tą radą wszyscy uklękli (Tar – Alatyr padł nosem do ziemi), pyskami w kierunku dalekiej Rokitnicy i poczęli sławić Ageja, Borutę i Dziewannę, co namalowała wszystkie ptaki. ,,Agej bieatifikoł! Zievanna gracilis''! 1 Zagłębiając się w puszczę, posilili się korą i owocami, zającem i grzybami, a gdy nastał czas spoczynku rozbili obóz w cieniu dębu. Gdy zając się piekł, Tar – Alatyr wywołał Rysie Uszko na stronę, aby się zwierzyć z frasunku, który nurtował jego serce, jeszcze przed przekroczeniem Roxyzoru.
- Panie bracie, do mnie tak ostatnio przychodzi Čort, Zgrzecha Niedowiarek i sieje w mym sercu ziarno zwątpienia – zaczął biały niedźwiedź a Lynx słuchał. - Mimo dzisiejszego świetnego ocalenia, poczynam, ech, poczynam... wątpić w istnienie Ageja i jego dobroć – wyznał niesmiało.
- Dlaczego? - spytał Rysie Uszko.
- Oczywiście nie jestem tak naiwny, by mówić, że Ageja i Enków nie ma, bo ich nie widać. Wszak wiatru czy głodu też nie widać, a przecież istnieją. Są dowody na jego istnienie – jak istnienie świata czy ruch, przez długi czas za takie dowody uznawałem wysłuchane modły; do czasu aż pewien kapłan orzekł, że były to jeno znaki. Dowód musi być jednoznaczny, a znak może znaczyć wiele. Poza tym jest wiele zła na świecie – pochodzi ono od Čortów, ale dlaczego Agej pozwolił im się zbuntować? Wiem, że Agej jest nieuchwytny, że jest Tajemnicą; nie można go złapać za nogi i mówić, że się go posiadło. Jednak nawet ja, chociażem biały niedźwiedź, jestem słaby i jak wszystkie żywe istoty boję się śmierci; tego, że jak Mar – Zanna przebodzie moje serce lodowym ościeniem, nie spotkam Ageja, ni Boruty, ni Dziewanny. Takie to myśli podsuwa mi Zgrzecha Niedowiarek – rzekł Tar – Alatyr.
- Pewien kapłan – zaczął Rysie Uszko uprzednio wezwawszy na pomoc Gołębi Dziewańskich – rzekł, że do Ageja nie można nikogo przekonać; każdy sam musi być przezeń dotknięty. Rykar zbuntował się, bo mając wolną wolę zrobił z niej zły użytek. Gdyby nie było wolnej woli, wszyscy bylibyśmy niewolnikami, a tego Agej Lovietnyj2 nie chce. Ostatecznie ten, który nazywa siebie bluźnierczo Czarnobogiem, zostanie na zawsze zwyciężony, a wyrządzone zło zostanie przemienione w dobro. Zgrzechę możesz odpędzić modłami; tak jak Dykyj co wzywał pomocy Królowej Tajgi przeciwko Sinej Ręce. Znaszli kto to Włas?
- Pewnikiem jakiś żubroń, to jest potomek krowy i żubra – domyślił się słusznie Tar – Alatyr.
- Ów żubroń postawił zakład – rzekł Rysie Uszko. - Jeśli wierzysz w Ageja, nic nie tracisz, a jeśli nie – pochwycą cię Čorty. Oczywiście wiara wymaga wielu wyrzeczeń, ale lepiej być Torem niż Latavcem.
- Nie chcę wierzyć na wszelki wypadek, ale z całego serca! - obruszył się Tar – Alatyr.
- I słusznie – rzekł Lynx. - Mniemasz pewnie, że ratunek ze strony Garudy był tylko ze strony Garudy, a wszystkie byty zrodziła jeno Mat' Syraja Ziemla wynurzona z ziemskiego Oceanu. Jednak Garuda, Mat' Syraja Ziemla i wszystko inne jest przecie narzędziem w rękach Ageja. Sprawiedliwie rzekłeś: nie można go złapać za nogi. Całą prawdę o nim poznamy dopiero jak przekroczymy wąską kładkę stąd do Nawi, a na zgłębianie jego Tajemnicy i tak nie starczy nam wieczności. Agej jest nieuchwytny jak promień Słońca; może dlatego nam się wymyka, abyśmy wierząc mogli mieć zasługę. Połoz Luzonica twierdził, że to pierwsi Płanetnicy wymyślili Ageja i Enków na podobieństwo siebie i otoczenia. Jednak ja wolę prawdę podawaną przez kapłanów – jest w niej więcej i sensu i piękna i jest bardziej prawdziwa. Kiedy Zgrzecha Niedowiarek szepcze takie ,,prawdy'' do ucha, trzeba złapać wyciągniętą dłoń Dziewanny – Twierdzy Obleganej przez Čorty i wtulić się w prawdę Ageja jak perła w muszlę – tak rozmawiali a noc powoli się kończyła...
Penetrując Las Morwowy spotkali w nim ludzi z głowami tygrysów, którzy sami siebie nazywali ,,Tigri'' (Tygrowie). Oto co Rysie Uszko i Tar – Alatyr Lorenzkrafft napisali o nich w dzienniku podróży.



,,Tygrowie są dziećmi Boruty i Dziewanny, której okazują wielkie poważanie jako Mirze Ceti – złotowłosej krasawicy w szafirowej sukni ze złotym półksiężycem na gładkim czole. Mają głowy lwów pręgowanych [tygrysów] – rudych, białych, a nawet czarnych (ongiś gepard Akko Jubastin i białopolski tygrys Jagun mówili mi, że królowi Bengalii i królowej Anej Arztein na południu Azji, służy cała sfora czarnych tygrysów). Utrzymują, że poza badaną przez nas puszczą, nie zamieszkują innych krain, a ich Las Morwowy zdaje się być dwukrotnie większy od Hibernii [Irlandii], wyspy, która ongiś wydała króla olbrzymów Atkaina. Ubierają się w skóry i wyróżniają ogromną siłą, niby niedźwiedzie. Potrafią skręcać głowy turom, bawołom i nosorożcom, dusić lwy i lewarty, rozrywać niedźwiedzie. Biegnąc potrafią dogonić antylopę, sprawnie łażą nawet po cienkich gałęziach, pływają jak ryby... Ich muskuły są twarde jak alatyr – sami Tygrowie mogliby bez najmniejszego uszczerbku spać nago na śniegu. Wśród nich spotkaliśmy paru okaleczonych z wypadku i z urodzenia ; ci są równoprawnymi członkami plemienia, a nawet dokonują wielkich czynów […]. Istoty te, tak mężowie jak samki noszą ozdoby ze złota i kamieni, oraz malują i nacinają skórę. Ich władcami są królowie z rodu Urakidów, którzy dobierają sobie radę przyboczną z drużyny. Królowie Tygrów mają władzę nieporównywalnie większą niż słabi władcy Leniferów, chociaż słuchają wiecu. Walczą mieczami, dzirytami, maczugami, toporami, łukami i sieciami, oraz trójzębami przypominającymi złoty tryzub – broń Rybołowa. Nie napadają na sąsiednie krainy, nigdy nie zabijają rozbrojonych przeciwników, samek, cządów, starców, ni kalek; na zwierzęta polują tylko dla mięsa i skór, przestrzegając różnych ograniczeń w łowach. Żyją z polowań, łowienia ryb, zbierania kory, korzonków, miodu, grzybów i orzechów. Początkowo zjadali swoich zmarłych, lecz ich pierwszy król Urak I Zakonodawca, pouczony przez leśnych Enków, nauczył ich palić zmarłych i sypać im kurhany. […]. O królu Uraku III Vukowładzie zachowała się następująca opowieść. Pewnego razu jego serce zadurzyło się w żonie jego wojownika Razydesa, Šamiramie. Dniem i nocą rozmyślał o niej, a ta była mu przychylna. Wreszcie postanowili doprowadzić do zguby Razydesa i usunąwszy tę przeszkodę pobrać się. Jak uradzili tak zrobili. Król zorganizował obławę na swego wiernego sługę, a ten uciekał nie chcąc w walce zabić suzerena. Już był u bram dworca i kołatał o pomoc, gdy perfidna żóna zatrzasnęła bramy. Razydes zginął w walce przebity włóczniami. Jednak występni kochankowie się nie pobrali , bo król stwierdził, że nie chce dzielić życia z tak przewrotną samką jak Šamirama''

- napisał o Tygrach Rysie Uszko. Po spenetrowaniu obu krain; leniferskiej i tygryjskiej, obaj wędrowcy skierowali się na zachód. Przekroczyli Roxyzor i udali się do sioła stołecznego, gdzie na miejsce zmarłego Laskowca, wybrany został Ostrowidz II. Jemu to i mieszkańcom Ynańska, przyległego lasu i jeziora, opowiedzieli swe zdumiewające przygody i zostali odznaczeni srebrnymi ozdobami przypominającymi rysie kły i pazury. Ich przyjaźń trwała nadal, a nawet wzrosła,, założyli też rodziny. Sędziwy już Tar – Alatyr Lorenzkrafft na rosyjskiej ziemi założył gród Ałatyr (Alatirus, Alatiropolis), który w erze dziewiątej wydał przesławną Vasylisę.

1 Agej błogosławiony! Dziewanna jest wielka!
2 Agej Miłosierny

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz