czwartek, 17 października 2013

Oniricon cz. III

Śniło mi się, że: 


- widziałem małe i żółte jeże mongolskie, których pierwowzorem były rzeczywiście istniejące jeże uszate; jeśli się je mocno nacisnęło, wydzielały cuchnący płyn,



- Tatra z bratem Bielskowładem i siostrą Kaztią brała udział w Nocy Kupały; Bielskowład powiedział: ,,Chwała Elementom (tj. Żywiołom) i Temu, kto je stworzył'',



- przyjaźniłem się z pisarzem Kamilem Barańczakiem piszącym książki dla dzieci, czytałem jedną z nich pt. ,,Księga smoków'',



- miałem zagrać w filmie o królewiczu Marku, lecz mój psychiatra, dr. Mishart zabronił mi grać, bo było już późno i musiałem iść spać, w tym filmie Marko walczył ze smokiem Żmijem Trojegławem pustoszącym imperium tureckie, potem bronił Serbii przed najazdem Turków i zabił Crnego Arapina; wasale sułtana; książęta Gruzji i Armenii przyłączyli się do drużyny Marka,



- Kaligula mieszkał w leśnej chacie, potem został królem Delf, wreszcie zdobył Rzym i koronował się na cesarza; jego siostra była westalką, lecz brat uczynił ją swoją nałożnicą,



- Hiawatha walczył w bibliotece z wielkimi wężami,



- byłem w szkole i coś pisałem w zeszycie, gdy do klasy wszedł Andrzej Sapkowski; długopis mi się wypisał, a ja się zdenerwowałem i zrobiłem dziurę w zeszycie,
- byłem na plaży i wydaliłem urynę do wody,



- pewien biały, dziki człowiek mieszkający w lesie i wydający gazetę, najpierw długo rozmawiał z Tarzanem, a potem z nim walczył,



- Aleksander Kwaśniewski przy pomocy szalonego biznesmena pochodzenia żydowskiego, na samym początku kadencji przeniósł stolicę Polski do Szczecina na Wały Chrobrego,



- zdemoralizowany zoolog chciał, aby mały chłopiec pomógł mu w odnalezieniu żywego tygrysa szablozębnego; dziecko uciekło jednak od uczonego, a schronienia udzieliły mu krety i borsuki,



- jakiś człowiek uciekał przed dimetrodontami,



- w Empiku w CH ,,Galaxy'' w Szczecinie kupiłem cały stos książek fantastycznych; musiałem za nie zapłacić we frankach szwajcarskich, a obsługa mówiła po francusku,



- kapitan Hak kusił różnych ludzi, w tym Piotrusia Pana  obietnicą skarbu, a potem ich oszukiwał,



- św. Włodzimierz I Wielki pływał łodzią podwodną i poleciał na Księżyc,



- pewien podróżnik chciał polecieć na planetę zamieszkaną przez bohaterów ,,Gwiezdnych Wojen'', lecz zamiast tego wylądował na planecie gdzie miało miejsce powstanie Mahdiego,
- szedłem nocą po klatce schodowej swojego starego domu, gdzie była wyłamana poręcz; spotkałem tam swoją śp. Babcię, lecz początkowo jej nie poznałem,
- po II wojnie światowej wszyscy ludzie zyskali moce magiczne,



- reżim Mussoliniego utrzymywał się jeszcze długo po zakończeniu II wojny światowej i brał udział w podboju kosmosu,



- Łucja Pevensie zamieniła się w Białą Czarownicę, ubrała się na czerwono, namalowała sobie trzecie oko na czole i dostała się do naszego świata, chcąc się czegoś dowiedzieć o Piłsudskim i Narutowiczu,
- na Odrze położono związane ze sobą brązowe materace, na których ludzie ( w tym ja) mogli odpocząć, a potem pójść na drugi brzeg coś zjeść.

poniedziałek, 14 października 2013

Dzień Nauczyciela - Dyń Vełvera

,,Takie będą Rzeczpospolite jak młodzieży chowanie'' - Jan Zamoyski.


Gdybym miał dzieci, to bałbym się je posyłać do państwowej szkoły. Ograniczanie lekcji historii, wyrzucanie narodowej klasyki - ,,Pana Tadeusza'' i ,,Trylogii'' z kanonu gimnazjalnych lektur, genderowa deprawacja już przedszkolaków, wreszcie zmuszanie rodziców do posyłania sześciolatków do szkół - wszystko to woła o pomstę do nieba. Pozostaje mieć nadzieję, że skoro przeżyliśmy Jerzego Wiatra, przeżyjemy też Krystynę Szumilas.
Sam miałem szczęście mieć dobrych nauczycieli, jak choćby: katechetę pana Andreusa ov Leovishinera, którego wypowiedzi tak często mnie inspirowały w pracy literackiej, katechetkę Teodosiyę ov Svitsien, matematyka pana Andreusa ov Mysjoravicia, nauczycieli historii - panią Annę ov Scayapakovą i pana Ravialusa ov Simajdisa, panią Mariłę ov Kendrę, Evę ov Tomas, ojca Markusa ov Cosiara, uczącą fizyki panią Jolenę ov Symetayak. Wszystkim tu wymienionym, jak też pozostałym, z okazji ich święta składam najserdeczniejsze życzenia.

Wasz były uczeń.

,,Wsi spokojna, wsi wesoła...''

Rano, po długim i pełnym wrażeń weselu, państwo młodzi wyruszyli z domu Pana Sołtysa, aby zamieszkać razem w domostwie Heńka de Slony. Był słoneczny, piękny dzień. Państwo młodzi jechali konno, zaś przy jednym z drzew było czarno od wron, kruków, były też sroki.
- Co to znaczy? - pan młody był w szoku już teraz, a jego zadziwienie wzrosło oraz połączyło się z grozą i litością, zarówno u niego jak i u panny młodej, gdy nowożeńcy zbliżyli się do drzewa. Krukowate oddaliły się na moment widząc ludzi. Natomiast wśród listowia - jeśli Czytelniki chce może opuścić ten fragment! - wisiał człowiek z wydziobanymi oczyma, a wokół niego latały muchy. Panna młoda zemdlała, a jej mąż wielką siłą woli powstrzymał się przed pójściem w jej ślady. Musiał mocno trzymać konie, aby przestraszone nie wymknęły się spod kontroli. Heniek zorientował się, że wisielcem był wczorajszy gość wesela - Piotr Wierzba. Miał on na sobie tabliczkę z napisem: ,,Tak giną sługusy imperializmu''. Serce zamarło, a jego właściciel miał ochotę, podobnie jak koń, galopować gdzie pieprz rośnie. Ostatkiem woli zawołał pomoc i rozpoczął przygotowania do pogrzebu. Bowiem co innego było słuchać u dziadka w Bielcach o Vladzie Drakuli przybijającym tureckim posłom turbany do głów, a co innego było widzieć na własne oczy podobne sytuacje...



- Nie chciałbym być tutejszym kułakiem! - mówił w domu Towarzysza Pogranicznika barczysty Rosjanin ubrany w żołnierski mundur, którym był Wysoki Komisarz Radziecki ds. Promocji Dziadostwa w Krajach Satelitarnych (WKRdsPDzwKS).
- Ani kapitalistycznym wieprzem wypasionym na krzywdzie klasy pracującej! - dodał Plaptonius.
- Ani księdzem! - powiedział Towarzysz Pogranicznik. - Mam nadzieję, że wezmą sobie do serca ,,martwą naturę'', którą ułożył dla nich towarzysz Czarny!
- Pora kończyć te pogawędki - powiedziała towarzyszka Sylwia Andrzejczykowa. - Towarzysz Sieradzki wzywa na górę.
Dziadowscy po schodach dostali się na salę konferencyjną na poddaszu gdzie za jednym ze stołów siedział Witold Sieradzki. Podał ubranemu w żołnierski mundur sowieckiemu urzędnikowi jakąś zapisaną kartkę, ten zaś po przeczytaniu przyłożył do papieru pieczątkę. Przedstawiała ona odwrócone sierp i młot, po ich bokach flagę czerwoną z prawej, a czarną z lewej strony i znajdujący się na górze napis: ,,Dziadostwo całego świata - łącz się''! 
- To jest plan rozkułaczania Pawlaczycy - mówił Sieradzki - zaaprobowany przez WKRdsPDzwKS - ciągnął - przewiduję w nim serię systematycznych aktów dywersji i terroru, których punktem kulminacyjnym będzie wspólna akcja sabotażowa mająca na celu udaremnienie  przeprowadzenia kampanii żniwnej planowanej na sierpień - zwierzchnik nowej filii Dziadostwa rozejrzał się spod okularów na zebranych. - Towarzysz Czarny ma do przeprowadzenia plan tygodniowy, przewidujący wyeliminowanie ośmiu osób , których istnienie zagraża dobru światowej rewolucji. Towarzysz Pogranicznik dostaje limit czasowy sześciu nocy na zatrucie wszystkich studni arszenikiem, Andrzejczykowej proponuję coś podpalić...
Plaptonius wśród wielkiej nudy siedział i czekał co dla niego jego wróg przygotuje.
- Odnoście towarzysza Plaptoniusa - złośliwie się uśmiechnął - chcę aby wziął Ruskomobil i pojechał do Warszawy kupić papier toaletowy. Czy są jakieś pytania? - zamierzał upokorzyć Plaptoniusa.
- Muszę to powiedzieć - z gniewem Plaptonius wstał z krzesła, - że ma tu powstać Nowy Bierutów - mówiąc to szedł z trzymanymi z tyłu rękoma na balkon - miasto, w którym nie będzie ani jednego kościoła (ani idioty wam równego Aserze Kohlbaum) - dorzucił w myślach. - Historia uczy nas, że gdy Turcy zdobyli Konstancin - Jeziorną - Plaptonius zawsze był nieukiem - kościół Hagia Sophia zamienili w meczet - tak ja wnoszę, aby po zgnieceniu reakcjonistów, w budynku ich świątyni wznieść przyszłą siedzibę przywódców Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej! - stojąc na balkonie powiedział w kierunku Kościoła:
- Galilejczyku przegrałeś!
Sieradzki pozwolił na owację, ale Rosjanin podzielił się z nim swoim zdziwieniem.
- Nie wiedziałem, że polska historiografia marksistowska dokonała tak znaczącego odkrycia - mówił z przekąsem - bo ja choć historii w szkole uczyłem się już po Rewolucji, zawsze słyszałem, że stolicą Bizancjum był Konstantynopol, a nie Konstancin - Jeziorna - na ustach miał uśmiech, a Sieradzki podzielił się własnym doświadczeniem.
- Znam Jerzego Janowicza ze szkoły i wiem, że wolał chodzić na wagary i po kryjomu palić papierosy niż się  uczyć, a teraz takie są tego skutki!
Wracając jednak do chłopów... Prace gospodarskie utknęły w martwym punkcie. Jak zawsze wyprawiono dziewczyny nad Jezioro z praniem, te jednak nie wróciły na obiad. ,,Przedwczoraj były na weselu z 



rusałkami, może więc się potopiły, aby mieć niebieską krew i czerwone oczy zamiast stale na odwrót''? - myśleli niektórzy. Obiad stygł na stole, więc przedstawiciele niektórych rodzin, tych, z których pochodziły spóźnione praczki, poszli nad Jezioro aby przywołać je do porządku. Gwałtu - rety! Najpierw Wierzba, teraz one. Leżało na trawie nad brzegiem Jeziora sześć trupów, a na ogromnym, płaskim kamieniu był napis z ich krwi: ,,Pamięci zdobywców Berlina''. Kiedy ich rodziny odczuwały ból po takiej stracie, fale Jeziora były czerwone od krwi, a wśród nich o przetrwanie walczył jakiś człowiek. Kiedy wyciągnięto go na powierzchnię, okazało się, że był to ... Rybak.
- Bóg zapłać wam za uratowanie mi życia - mówił leżąc na łóżku we własnym domu do zgromadzonych chłopów, wśród których był sam Pan Sołtys, z Łukaszem, córką, zięciem, Księdzem Dobrodziejem i Panem Konidą. - Wszystko wam opowiem; żałujecie ich śmierci, to się cieszcie, że nie widzieliście tego co ja! - Rybak zaczął opowiadać. - Jak zwykle wypłynąłem łódką na ryby, lecz do sieci złowiłem tylko trzy płocie. Potem długo zarzucałem sieci, lecz stale były puste. Potem usłyszałem jakiś krzyk, patrzę a wasze dziewczyny trzech ludzi trzyma na ziemi i je krzywdzi. Podpłynąłem bliżej i rozpoznałem... - pełna grozy cisza zapanowała w chacie Rybaka, - że był tam Towarzysz Pogranicznik, jakiś żołnierz i (prawdą było co mówiliście na weselu!) - Jan Czarny. - Pani Sołtysowa zemdlała, wszystkich ogarnął strach. - Ten żołnierz - kontynuował Rybak łamiącym się głosem i ze łzami w oczach - gwałcił je - gorycz i oburzenie sięgnęły zenitu - a Towarzysz Pogranicznik przykładał im taki czarny przedmiot do ucha, a one umierały... - gdy to mówił, de Slony, w młodości miłośnik horrorów, teraz zemdlał, a Lawendycja spontanicznie wybiegła z chaty, aby nie słyszeć o okrucieństwie mordu. Ryybak natomiast kontynuował makabryczną opowieść...
- Gdy Jan Czarny mnie zobaczył, wyjął grabie i leciały z nich pioruny w moim kierunku. Auuuu - syknął z bólu. - Te ich pioruny ogniste, jeszcze ten sołdat wziął taką czarną rurę i też posłał pioruny w moim kierunku. Auuu! - Rybak przypomniał sobie o bólu w ramieniu, a Lawendycja wróciwszy do izby zmieniła mu opatrunek. - Od tego moja łódka poszła w drzazgi, a ja zakrwawiony. Żeby piorun tych pieronów ognistych powystrzelał! - zakończył w sposób nie zasługujący na naśladowanie.
- Myślę, że to nie były pioruny - zamyślił się Ksiądz Dobrodziej. - Czy pamiętacie czego używali Niemcy, aby nas zabijać? Oni mieli broń palną. A my mamy modlitwę.
Rybaka udało się uratować, a pomordowane dziewczyny doczekały się uroczystego pogrzebu. Sam Pan Sołtys niósł jedną z trumien...
- Z tego co widzę towarzysz Czarny już rychło przekroczy plan jaki Sieradzki mu wyznaczył - mówił Plaptonius po powrocie z Warszawy. - A ten plan zaminowania drogi z Kościoła w niedzielę...
- Zostały mi tylko jeszcze trzy studnie do zatrucia! - mówił Towarzysz Pogranicznik.
- Ostatni raz zdarzyło mi się coś takiego w 45, kiedy to w Szczecinie gwałciliśmy wszystkie Niemki i groziliśmy, że wasi zrobią to samo - wspominał Wysoki Komisarz Radziecki, niejaki Warfołomiej Wsiewołdiewicz.
- Muszę powiedzieć - żartował Sieradzki, - że towarzysz Plaptonius  z tym naszyjnikiem z papieru toaletowego wyglądał jeszcze bardziej uroczo niż towarzyszka Andrzejczykowa - Plaptonius był pełen wstydu i wściekłości.
Marzył o zabiciu Kohlbauma. Tymczasem chłopi zebrali się na wiec. Pokrzywdzeni kolejno podchodzili na środek i dzielili się swoim cierpieniem.
- Mnie zamordowano córkę, gdy szła prać nad rzekę - z płaczem mówił Kowal.
- Mój wnuczek dopiero uczył się chodzić, a wtedy z ziemi wyszedł ogień i go pochłonął, a tak go kochałem - mówił Marian Hiacynt.
- Nie można korzystać ze studni, bo teraz kto spróbuje wody musi umrzeć! Chatę mi spalili! A mnie pole!
- Napadli na mnie, mówili, że jakiś Sieradzki jest tej samej narodowości co ja i grozili, że jeśli w najbliższym czasie nie skontaktuję się z nimi to mnie zabiją! - skarżył się Żyd.
- Żal mi Wierzby - mówił Heniek de Slony.
- A mnie mojego wroga; z kim teraz będę się kłócił? - mówił Andrzej Kwiatek.
Wiec pełen żałoby, płaczu i cierpienia, nad ranem dobiegł już końca. Pan Sołtys z czerwonym nosem (nie od picia alkoholu, ale oczywiście od płaczu) zabrał głos, tym razem przemawiając krótko i zwięźle:
- Gospodarze! Pawlaczyca! Komuniści! Takichmać! - zakończył z desperackim okrzykiem.
Ksiądz Dobrodziej jak zawsze nie bał się mówić trudnej prawdy.
- W naszej sytuacji obrona jest koniecznością, ale tylko ten kto umie wybaczać jest prawdziwym zwycięzcą.
Chłopi wielokrotnie wysyłali posłów do Dziadostwa, lecz Sieradzki udaremniał ich wszystkie wysiłki. Socjalistyczny Czarny Zakon nieodmiennie stawiał warunek wyrzeczenia się Chrystusa i zmiany wsi w miasto. Dziadowscy zaprzeczali swoim zbrodniom, obarczali winą światową kontrrewolucję, neonazistów, Księdza Dobrodzieja, Pana Sołtysa - wszystkich tylko nie siebie, ale wciąż terror gonił terror, a groby na Cmentarzu rosły jak grzyby po deszczu. Wreszcie Kowal zwołał grupę silnych i odważnych chłopów, uzbrojonych w widły, grabie, kosy, siekiery, noże, a nawet prymitywne maczugi - jak już wiemy, chłopi z Pawlaczycy nie znali broni palnej. Z samego rana poprowadził ich pod dom Towarzysza Pogranicznika, aby pozbyć się groźnych sąsiadów raz na zawsze. ,,Teraz już nikt nie będzie mordował naszych dzieci''  - myślał sobie. Chłopi widząc, że nikt ich nie obserwuje (przynajmniej w ich własnym mniemaniu!) otoczyli siedzibę Dziadostwa, a Kowal najpierw pięściami, a następnie młotem uderzał w mocne, dębowe drzwi. Bum, bum, bum - w miejscu gdzie znajdowała się klamka teraz zionęła dziura. Kowal włożył doń rękę i ciągnąc do siebie, wyrwał drzwi z zawiasów i triumfalnie uniósł je nad głową.
- Hej, Dziadostwo tępić cię, to zbożny jest cel! - krzyczał.



Wtem z okien i balkonu na jego zew odpowiedziały salwy karabinów maszynowych marki Kałasznikow.



- Nie lękam się waszych piorunów ognistych! - drzwi osunęły się na trawę z rąk rannego Kowala, który wielkim krokiem przekroczył ganek i wbiegł do sieni. W jego ręku był młot, a on sam przypominał skandynawskiego boga Thora z młotem Mjollnirem w dłoni. Towarzysz Pogranicznik zupełnie zdezorientowany nie  miał przy sobie pistoletu, więc spiesznie porwał nóż ze stołu i kiedy Kowal łamał kałasznikowy jak zapałki, a komuniści pierzchali przed nim jak kury przed lisem, on zakradał się aby ugodzić go od tyłu. Tymczasem Kowal zziajany, mimochodem odwróciwszy się, ujrzał Towarzysza Pogranicznika przygotowanego do zadania śmiertelnego ciosu.
Nagle jakaś dłoń odziana w czarną rękawicę wyrwała nóż, a Kowal ujrzawszy przed sobą charakterystyczny czarny garnek, został z nadludzką siłą wypchnięty z sieni. Leżał na trawie, broczył krwią, a zewsząd odbierał odgłosy walki. Chciał się poderwać i dalej walczyć, lecz z wszystkich stron widział dym i ogień wśród odoru siarki.
- ,,Kto się w opiekę odda Panu swemu, z całego serca...'' - śpiewał Kowal szykując się na straszną śmierć.
Zasnął, a gdy się obudził, leżał w łóżku. Na zdobycznych drzwiach stała jego żona z dziećmi pełna podziwu dla męstwa swojego męża. Razem ze Starą Babuchą i Lawendycją opatrywała mu rany, a Ksiądz Dobrodziej, Pan Sołtys, Szewc, Żyd, Sadownik i Rybak przyszli go odwiedzić. Niestety - wspólnicy Kowala byli już martwi. Sieradzki stał na balkonie i spoglądając w dół, widział ułożony z ich ciał napis ,,Lenin''.
To był dopiero burzliwy dzień! Rozpoczął się szturmem, a skończył pożarem. Tym razem chłopi działali sprawnie; domostwo państwa Kwiatków opuściła cała rodzina. Pan Andrzej, jego żona, Ania, Władek, Agnieszka, Maciuś... Cała? A gdzie jest pięciomiesięczny Wojtek? Ostatnie dziecko zostało się w płonącym domu.
- Ratujcie naszego synka! - szlochała matka, lecz powiększający się z każdą chwilą tłum nic nie robił w tym kierunku.
Wszyscy deklarowali współczucie, jakby same słowa mogły ugasić pożar, ale wśród najlepszych przyjaciół, nie znalazła się ani jedna osoba gotowa na poświęcenie. Matka wyrywała się aby samemu uratować dziecko, lecz ją powstrzymywano, aby czasem sobie czegoś nie zrobiła. Dzieci chciały ratować braciszka, lecz dorośli robili ich pośladkom wykład z podstaw ,,pasologii''. Tymczasem płomienie były coraz bliżej dziecka. Kiedy ludzie patrzyli na pożar, dostrzegli to czego nie spodziewaliby się - Wojtuś spał spokojnie na rękach Jana Czarnego. Przerażenie zdjęło wszystkich - jeśli o życie dziecka, to dlaczego go wcześniej nie ratowali? - podczas gdy on w milczeniu podszedł z niemowlęciem w stronę rodziców i oddał im go - Wojtuś się obudził i widząc czarną, blaszaną powierzchnię w miejscu twarzy, wyciągnął doń rączki i uśmiechnął się, rodzice zaś byli w szoku. Tak samo cała Pawlaczyca. Tymczasem Jan Czarny bez słowa odszedł, aż rozpłynął się w mroku.
- Już nie płacz maleńki - mówiła roztrzęsiona matka do dziecka - już będzie dobrze. Od jutra nasi sąsiedzi pomogą nam w odbudowie domku - następnie zaś podniosła dziecko do góry i zwróciła się do tłumu. - Dziś wszyscy się przekonaliśmy, że Jan Czarny nie jest zły, a tylko nieszczęśliwy, bo doznane cierpienie zamknęło go na dobro; gdyby był naprawdę bezwartościowy to nie ratowałby naszego dziecka! - zakończyła.
- Dzisiaj rano to właśnie mój chrześniak uratował mi życie przed Towarzyszem Pogranicznikiem - mówił Kowal. - Ale jeśli jest dobry, czemu zabił moją córkę i Piotra Wierzbę, nie mówiąc o rodzicach i rodzeństwie? - postawił jedno z najważniejszych pytań.
Siedzibę Dziadostwa otaczały okopy z uzbrojonymi aktywistami w środku. Trwały prace nad wstawieniem nowych drzwi.
- Wczoraj zachowaliście się jak najgorszy klerykalny sentymentalista! - Sieradzki w gniewie chodził po sali konferencyjnej na poddaszu  i wyrażał swoje pretensje pod adresem Czarnego. - Wasz czyn degraduje was



jako rewolucjonistę, jako członek Kominternu powinniście wiedzieć, że każdy żywy kułak równa się dwóm martwym chłopom, że litość jest jedynie wymysłem Kościoła, którego nasz nauczyciel, nieśmiertelny Karol Marks nazywa ,,opium dla ludu'', że Biała Gwardia i naziści stosowali terror, więc dlaczego my mamy być lepsi, skoro mamy przewagę nad nimi, czyż towarzysz Bierut nie mówił nam, że ,,władza czyni nas bogami''? - Sieradzki zakończył tyradę.



Plaptonius również nie rozumiał czynu Jana Czarnego, ale planował obalenie Sieradzkiego, a w Janie widział jedynego sojusznika. Chciał go bronić, ale nieoczekiwanie w sukurs przyszedł mu sam Warfołomiej Wsiewołdiewicz Kurski.
- Twierdzę, że dobrze zrobił - Sieradzkiemu szczęka opadła, - a źle tylko to, że oddał rodzicom. Bo widzicie Witoldzie Florianowiczu, choć u nas po raz pierwszy zalegalizowano aborcję, to jeśli dziecko urodzi się w łagrze, to go nie zabijamy jak naziści. My je zabieramy matce i umieszczamy w dietdomu, a z dietdomu prosta droga do Komsomołu! - Jan Czarny został wybroniony od kary.
Tymczasem Sylwia Andrzejczykowa zaczynała odczuwać wątpliwości.



*

- Widzę Towarzysza Pogranicznika i Jana Czarnego - niechętnie stwierdził Pan Sołtys mówiąc do Księdza Dobrodzieja. - Dlaczego mają ze sobą takie białe szmatki?
- To są posłowie, a białe szmatki symbolizują ich nietykalność - tłumaczył Ksiądz Dobrodziej.
- Ja to bym ich zabił - mówił Pan Sołtys.
- Więc chcesz być jak oni? - spytał Ksiądz Dobrodziej.
- Co?! Ja?! Nigdy!!! - zaprzeczył Pan Sołtys.
Przyjaciele wyszli przed dom, a poseł Towarzysz Pogranicznik polecił zwołać wiec. Gdy ten się zebrał, rozpoczął przemowę:
- Towarzysz Witold Florianowicz Sieradzki, zwierzchnik Dziadostwa w Pawlaczycy niesie wam wolność, postęp i kulturę! - chłopi słuchali w gniewie. - Już jutro zacznie się sierpień, na który przewidzieliśmy podjęcie kolejnego kroku milowego w wyzwalaniu was. Wasza wolność jest naszym jedynym celem, od waszej decyzji zależy czy będziecie należeć do wielkiej rodziny wyzwolonych klas włościańskich. wybierzcie nas, a razem odrzucimy krepujące was więzy kułactwa, tyranii mężczyzny nad kobietą i rodziny nad dzieckiem! Odrzucimy zniewalające opium dla mas, którym się narkotyzujecie w każdą niedzielę, odrzućcie ducha a damy wam materię. Wyrzeknijcie się własności, a damy wam wspólnotę ciała i rozumu z wszystkimi ludźmi dobrej woli! Niech na ołtarzu zasiądzie car, a korona niech spadnie z orlej głowy! - Towarzysz Pogranicznik czekał na odpowiedź. 
- Niech krew naszych bliskich oskarży was przed Bożym sądem! - chłopi byli jednomyślni.
Po obu stronach konfliktu zapadła decyzja o wojnie.

sobota, 12 października 2013

Czarne chmury




Nocą, kiedy wszystkie kamery opuściły siedzibę Partii, w gabinecie Wielkiego Mistrza, Bolesława Bieruta zebrali się komuniści: Adam Rottke, Witold Sieradzki, Jerzy Plaptonius i Jan Czarny. Dwaj pierwsi z nich byli z pochodzenia Żydami; Rottke nazywał się Neftali Arbenstein, a Sieradzki - Aser Kohlbaum. Bierut, Plaptonius i Czarny byli z pochodzenia Polakami. W 1995 r. pewien historyk tłumaczył nazwisko towarzysza Jerzego pochodzeniem od Greków; podobno w XIX wieku pewien Polak służący w armii rosyjskiej miał poślubić Greczynkę, ale na razie jest to jeszcze hipoteza. Rottke, Sieradzki i Plaptonius mieli na sobie białe koszule i czerwone krawaty, a na wieszaku zostawili czarne płaszcze. Znany już nam Jan Czarny miał oczywiście nieodłączny, czarny garnek na głowie. Zawsze chodził uzbrojony po zęby, a na szyi nosił złoty medalion z wizerunkiem Lenina. Nosił żołnierskie buty do kolan, żołnierskie spodnie i skórzany pas. Jego koszula i peleryna były czarne, dopełniając jego codziennego wizerunku. Prawdę mówiąc przypominał raczej włoskiego faszystę niż członka Kominternu. Było to zebranie Socjalistycznego Czarnego Zakonu Dziadostwa Polskiego (SCzZDzP), w skrócie ,,Dziadostwa'', będącego odgałęzieniem tajnej, międzynarodowej organizacji masońskiej, łączącej ideologię komunizmu i satanizmu, której wszyscy członkowie należeli do Partii (lecz nie wszyscy członkowie Partii byli w Dziadostwie), których metodą działania był terror. Światowe Dziadostwo powstało w 1907 r. w Rosji i rychło rozpoczęło tworzyć sekcje w poszczególnych krajach świata. Podczas I wojny światowej, zjazd socjalistów w Zimmerwaldzie w tajnym



protokole przyznał Włodzimierzowi Leninowi tytuł Antychrysta (w wersji zlaicyzowanej: ,,Naczelnego Prezesa'') i zwierzchność nad wszystkimi odłamami Dziadostwa. Po powrocie do Rosji i przyjęciu tytułu, Uljanow mianował swojego współpracownika Feliksa Dzierżyńskiego pierwszym w historii Wielkim



Mistrzem Dziadostwa Polskiego. Po śmierci Dzierżyńskiego funkcję tę otrzymał Emil Krzyżtoforowicz, który jednak ,,podpadł'' Stalinowi i na jego stanowisko powołano Bieruta. SCzZDzP jako jedna z sekcji Dziadostwa Rosyjskiego  miał siedzibę w Wilnie w latach 1907 - 1917, następnie siedzibę przeniesiono do Moskwy, posiadając jednocześnie placówkę łącznikową w Warszawie. Tą ostatnią zlikwidował dekret prezydenta Ignacego Mościckiego zakazujący działalności wolnomularstwa. Pierwsza powojenna siedziba Dziadostwa Polskiego mieściła się w Lublinie, następnie zaś centralę SCzZDzP przeniesiono na stałe do



Warszawy. Dodać jeszcze należy, że kiedy Tito w Jugosławii, Mao Zedong w Chinach, Ceaucescu w Rumunii i Hoxa w Albanii wypowiedzieli posłuszeństwo Sowietom, sami przybrali tytuły Antychrystów i wprowadzili czystki w swoich sekcjach Dziadostwa. Wróćmy jednak do wydarzeń w gabinecie Bieruta...



- Ave Stalin, Beria et Bierut! - czterech komunistów leżało plackiem przed stojącym Wielkim Mistrzem.
- Lenin laudamus. Amen - odpowiedział Bierut. - Usiądźcie.
Rottke wspominał jak będąc przyjmowanym do Dziadostwa przechodził rytuał inicjacyjny wzorowany na



,,Nie - Boskiej komedii'' Krasińskiego. Tymczasem Bierut zaczął wydawać polecenia.
- Pacankiewicza usunąłem niedawno, bo nam bruździł, więc teraz wy, Adamie Henrykowiczu obejmiecie jego zarząd nad Dziadostwem Warszawskim.
Na te słowa Rottke pospiesznie wstał, ukląkł przed Bierutem, a następnie opuściwszy siedzibę Partii wsiadł do czarnego samochodu i odjechał w kierunku wskazanego mu budynku.
- A z wami co mam zrobić? - zastanawiał się Bierut spoglądając na Sieradzkiego, Plaptoniusa i Czarnego. - Przed wojną byłem w takiej zacofanej wsi, z której pochodził ten debil nazywający siebie Panem Sołtysem.
- Z Pawlaczycy - powiedział Sieradzki.
- To spotkanie ze Skyjłyckim było w 47, a wcześniej w tej Pawlaczycy znalazłem takiego chłopca, który nosił garnek na głowie...
- To ja nim byłem! - Jan Czarny zerwał się z krzesła.
- Chcę was wysłać do tego grajdołu! - powiedział Bierut. - U Sowietów są miasta Stalingrad, Leningrad, Lenino, Mołotow, zamiast imperialistycznego Carycyna, Sankt - Petersburga, czy Permu. My też mamy socjalizm! Chcę aby w miejscu kułackiej Pawlaczycy stanął Nowy Bierutów - miasto ateistyczne od samego początku i nowa stolica Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Bierutów mnie nie obchodzi - ta nazwa utrzymuje się już od XVI wieku; nie potrzebujemy przeżytków burżuazji! - zakończył.
- A co mamy zrobić z ludnością? - spytał się Plaptonius. - Czy mamy ich wysiedlić na Ziemie Zachodnie?
- Mam to gdzieś! - zawołał Bierut. - Możecie z nimi zrobić co chcecie, aby tylko cel został osiągnięty; protekcja Stalina daje nam wszelkie prawa, a władza czyni nas bogami!
Tą wypowiedź uważaną za dogmat przez wszystkich tyranów, skwitowały gromkie brawa. Bierut dał znak ręką, że chce mówić dalej.
- Zarząd powierzam Witoldowi Florianowiczowi, a Jerzy Janowicz i Jan Lechicz będą mu posłuszni - polecił Bierut. - Polecam wam towarzysza Czarnego jako przewodnika - zwrócił się szeptem do Sieradzkiego.
To był cios dla Plaptoniusa. Znał Sieradzkiego od szkolnej ławy i od zawsze był jego rywalem. Plaptonius był synem właściciela fabryki, a Sieradzki synem szewca. Jednak mimo ubóstwa materialnego uczył się lepiej niż kolega. Choć ojciec Plaptoniusa nie szczędził pieniędzy na edukację syna, Witold zawsze był najlepszy w klasie. Plaptonius nienawidził go - każdą porażkę kolegi (bardzo rzadką!) uważał za swój sukces, każde jego cierpienie było dla Jerzego przyjemnością. Witold i Jerzy zawsze byli razem i zawsze Sieradzki górował nad Plaptoniusem. W szkole, w gimnazjalnym kółku komunistycznym, a Partii, a teraz w Pawlaczycy - czy ten koszmar musiał trwać wiecznie? Z zadumy wyrwał go Bierut.
- Kiedy dojedziecie do Pawlaczycy, między Warszawą, a Konstancinem - Jeziorną, na północy wsi zobaczycie chatę Towarzysza Pogranicznika, ona będzie waszą kwaterą - Wielki Mistrz zamyślił się na chwilę. - W 47 za jego pośrednictwem, Stefan Eustachiewicz dostał traktory zabawkowe. Jeśli go znajdziecie, zapytajcie, czy kawał się udał! - Bierut uśmiechnął się pod wąsem. - Macie pytania? - przeleciał wzrokiem po milczących obliczach. - Jak nie, to jutro pojedziecie rozkułaczać Pawlaczycę!
W otworu w czarnym garnku spłynęła łza.



*

Wszyscy uczestnicy wesela troskliwie opiekowali się Piotrem Wierzbą leżącym na sofie. Ksiądz Dobrodziej doszedł do wniosku, że ponowne opętanie należy wykluczyć. Wierzba nie okazywał wściekłości widząc wodę święconą, krzyża, różaniec, mógł nawet się modlić. Niestety teraz nie można było liczyć na pomoc egzorcysty z Karczewa jak przed wojną. Tymczasem stan Piotra polepszył się, a jego wypowiedzi były uważnie słuchane...
- I na własne oczy widziałem taki walec z uszami zamiast głowy - opowiadał dalej.
- Walec z uszami to przecież.... garnek! - doszedł do wniosku Garncarz, - ale co może robić garnek na czyjejś głowie?
Kowal coś sobie przypomniał.
- Pamiętacie Annę i Lecha Czarnych, których dom w 1945 r. wyleciał w powietrze? - zapytał.
- Oczywiście - potwierdził Pan Sołtys. - Mieli dużo dzieci: Janka, Wacka, Kunegundę, Wicka - wyliczał. - A ten garnek, o którym mówi Wierzba nasuwa mi pewne skojarzenia...
- Nosił go na głowie najstarszy syn państwa Czarnych - rozpamiętywała panna młoda. - Był bardzo nieszczęśliwy i nikt nie chciał wziąć go na terminatora.
- A ja schłodziłem garnek wodą i zrobiłem w nim otwory, bo był to garnek z gorącą zupą - wspominał Kowal.
- Przed wojną na terminatora wziął go w końcu Zecer z Warszawy... - włączył się do rozmowy Piotr Wierzba.
- W 45 - ciągnął Kowal - był ubrany na czerwono i wysadził w powietrze swój dom ginąć przy tym... - mówiąc to drapał się po głowie.
- Jeśli zginął - wtrącił Żyd - to co robił teraz? Może to kto inny, ale przecież to nie przypadek, aby dwóch ludzi nosiło czarny garnek na głowie! - słowa Mośka zostały przyjęte z uznaniem.
- A więc Jan Czarny żyje! - zdziwił się Pan Sołtys. - I jest komunistą, a towarzyszący mu byli ubrani w barwy swej ideologii; stąd ,,czerwoni jak raki''. Czyja to wina, że został kacapem?
Kowal upadł na kolana i płacząc uderzył się pięścią w piersi:
- On był moim chrześniakiem... - wypowiedział pobladłymi wargami.



piątek, 11 października 2013

Typowe, polskie wesele

,,Chrząkała, kwiczała, w ogródeczku ryła, będzie teraz za szkody gospodarzom płaciła'' - Władysław Reymont ,,Chłopi''.


Heniek i Lawendycja pobrali się po trzech latach narzeczeństwa w kościele pod wezwaniem Bożego Narodzenia w Pawlaczycy, w 1950 r. Kiedy de Slony zerwał z przemytem, Pan Sołtys dał mu mały domek z polem uprawnym, aby mógł uczciwie pracować. Tego dnia nasi bohaterowie klęczeli przed gankiem dawnej siedziby Gruszków, a państwo Skyjłyccy udzielili im rodzicielskiego błogosławieństwa; przez te trzy lata Pan Sołtys zdążył polubić swojego zięcia. Po ślubie odbyło się wesele; iluż to moich poprzedników opisywało tę zabawę! Orszak weselny jechał konno, tylko Łukasz, brat Lawendycji jechał na grzbiecie Mądrego Osła. Pana Sołtysa niosła czarna klacz, a po obu jej bokach szły Krasula z Wieprzkiem. Ustalono, że wesele odbędzie się w domu Pana Sołtysa. Dawna siedziba Gruszków była świadkiem licznych wesel. Na podłodze leżały szare wilcze skóry, a przedstawiciele obydwu zwaśnionych rodów zmieniali ich barwę na czerwoną, by później braterski sen (czyt. jego brat) ulokował ich w Cripta Tanatoporfiria. Wszyscy zatrzymali się na łące. Heniek wziął Lawendycję na ręce, aby przenieść przez próg. Transportując żonę uważał, aby nóż nie przebił jej głowy na wylot przy zderzeniu z framugą drzwi. Następnie posadził ją na honorowym miejscu. Goście weszli do domu i rozpoczęły się oczepiny. Panna młoda ubrana na biało, nosiła naszyjnik z XV - wiecznych polskich monet, a do jej czoła była przytwierdzona pusta muszla wstężyka austriackiego.



Przy ogromnym stole nie było ani kropli alkoholu - wszak ustaw trzeba przestrzegać nawet podczas wesela. Zamiast tego goście pili soki owocowe i warzywne z Chlewu Pijackiego. 
- Niech żyje trzeźwość! - zakrzyknął Pan Sołtys wyrzucając w górę butelkę po soku marchwiowym, która rozbiła się na framudze okna, a za oknem leciały spłoszone tym jerzyki.



Grała ludowa muzyka; były mazurki, kujawiaki, obertasy, a nawet krakowiaki. Żyd grał na skrzypcach, a kościelny Organista pełnił obowiązki dyrygenta. Orkiestrę miał prosto z Lasu! Grały w niej borsuki, jeże, sarny, sowy, słowiki, zięby, drozdy i żaby, nie brakowało też świerszczy i koników polnych. Borsuki grały na trąbkach, jeże na saksofonach, a sarny na fletniach Pana. Pozostałe zwierzęta używały własnych głosów wespół z ludźmi grającymi na bębnach, basetli, dudach i z chłopięcym zespołem gry na brzozowych fujarkach. Z Lasu przyszedł łoś, który pod batutą Organisty grał na fortepianie. W takt mazurka Mądry Osioł tańczył z Krasulą, a Wieprzek prowadził korowód młodych owieczek i kózek. Pan młody uczył Lawendycję mołdawskich tańców ludowych, a na własną prośbę rozpoczął też naukę poloneza. W oświetlonym blaskiem świec salonie zrobiło się jasno jak w dzień z powodu ogromnej ilości świetlików. Szczęście państwa młodych, w ogromie radości połączyło ludzi i przyrodę. Rysie leżały pod stołem razem z psami i zającami, świetliki nie jadły ślimaków, ni zaskrońce żab. Jeże nie robiły krzywdy jadowitym, zygzakowatym żmijom, gołębie dały się prowadzić jastrzębiom między meblami, a kuny i wiewiórki posnęły na rękach panny młodej. Na wesele przyszły nawet postaci z miejscowych legend. Kowal siedział i pił sok buraczany z dzikiem i człekopodobnym żmijem marzącym o ślubie z jego córką. Po stole między kieliszkami i talerzami uwijały się czerwono ubrane krasnoludki, jadące na myszach jak na koniach i zbierające resztki pożywienia. Z Wisły i Jeziora przyszły nawet wodniki i rusałki, nagie o ognistych oczach. Wśród nich Stara Babucha rozpoznała swoją utopioną przed laty, ośmioletnią córkę, która teraz była już dorosła. Radość została spotęgowana; matka i córka znów się zobaczyły po latach. Pod ścianą stały Strach na Wróble i Kosz na Śmieci, aby pilnować porządku.



*

Pan Sołtys zdążył już zapomnieć o wszystkich troskach, kiedy nieoczekiwanie usłyszał pukanie do drzwi. Przeprosił gości i państwa młodych, po czym otworzył. Na dworze była już noc. W drzwiach ledwo stał na nogach niejaki Piotr Wierzba (zawstydzili się ci co trzy lata temu oczerniali pannę młodą o zdjęcie z jego trupa bielizny)...
- Pietrze, co ty tu robisz? - zapytał się Pan Sołtys. - Czy nie piłeś czegoś cichaczem? - zaniepokoił się.
- Och nie, panie Skyjłycki - z trudem mówił Wierzba - niech żyje para młoda - stękał - tylko ja dziś się źle czuję.
- A dlaczego? - zaniepokoił się Pan Sołtys.
- Panie Sołtysie, ja szedłem spokojnie, a tu mnie atakuje taki wysoki i czarny, miał jakoby walec na głowie z takimi odstającymi, czarnymi, dziwnymi uszami, a z nim dwóch innych, czerwonych jak taki. Ten czarny miał niby cyrkiel, niby wachlarz w ręku. Dotknął mnie tym i bolało, a jak wrzeszczałem to odszedł - Wierzba zaniemówił.
- Jest niedobrze - pomyślał Pan Sołtys - przed wojną Wierzba był opętany, a teraz znowu go wzięło, trzeba go ratować. Wierzba przyszedł i potrzebuje pomocy! - zawołał do gości weselnych.
Panna młoda pierwsza pierwsza poszła ratować. Zabawa została przerwana. Wierzbę ułożono na sofie i rozpięto mu koszulę, bo skarżył się na silny ból w piersiach. Wtedy chłopi ujrzeli wypalony gorącym żelazem napis: ,,Rewolucyjna flaga nigdy nie blaknie''.



środa, 2 października 2013

Oniricon cz. II

Śniło mi się, że:


- dyrektorem ogrodu zoologicznego w Pradze był Turek,



- w Iraku za Saddama Huseina kwitł styl socrealistyczny w architekturze,



- yorkshire terier chciał się ze mną bawić, ale ja nie chciałem bo nie miałem majtek,



- po szczecińskiej ulicy szedł żółw grecki, który się zamienił w żółwia zielonego,



- Arnold Boczek miał żonę; niską i otyłą Egipcjankę wyznającą Seta,



- miałem żonę; piękną Austriaczkę - blondynkę w białej, powłóczystej sukni, lecz jej nie kochałem, bo nie była Jeną ov Blackeyovą,



- razem ze starszą panią nie wierzącą w spiski masońskie, przemierzałem warszawskie podziemia, gdzie bałem się, że pochwycą mnie masoni i uwiężą w jednej z podziemnych cel, mimo strachu dokończyłem wędrówkę,



- w szkole powiedziałem, lub chciałem powiedzieć, że za rządów Lecha Wałęsy był w Polsce autorytaryzm,



- byłem Ferdynandem Kiepskim i udałem się do Arabii Saudyjskiej; jechałem tam ze Szczecina autobusem pełnym ubranych na biało Arabów; w owym autobusie spotkałem Lecha Wałęsę uważanego za wroga islamu, już w Arabii Saudyjskiej odwiedziłem lokal wyborczy, gdzie dowiedziałem się, że Edward Gierek był wrogiem islamu,



- fińskie małżeństwo; mąż neopoganin i żona chrześcijanka byli prześladowani przez urzędników, którzy nie pozwalali im zbudować domu (mogli mieszkać tylko w piwnicy), owe małżeństwo przeżyło katastrofę lotniczą, lecz później i tak zginęło tragicznie,



- św. Stanisław Kostka nigdy nie głaskał kotów,



- jakaś starsza pani napisała na swoim blogu, że w ,,Gwiezdnych Wojnach'' jest etyka żołnierska, a nie marynarska,



- Edmund Pevensie dostał się do świata Mrocznych Materii, gdzie spotkał Białą Czarownicę; w tym świecie łabędzie i flamingi zionęły ogniem, zaś Biała Czarownica położyła zakonnicy pluskwę na twarzy,
- spowiadałem się u swojej Babci,
- Lech Wałęsa czytał ,,Księgę zaklęć'' w sejmowej toalecie,



- Marian Paździoch z żoną dostali się na drugą stronę lustra, gdzie spotkali dziwne stwory; w tym śnie zabiłem Helenę Paździoch,



- szedłem przez polanę otoczoną lasem, spotkałem rysia i Sapkowskiego, który wypił za dużo wina,



- pewna polska dziewczyna, blondynka, która będąc z koleżankami w Paryżu kupiła sobie suknię ślubną, chciała sobie kupić żabę goliata,
- w sklepie zoologicznym widziałem w akwarium pomarańczową rybę o wężowatym kształcie, która w Indiach jest poświęcona bogini Kali,



- byłem na Dominikanie z Janesem ov Calcium; padał deszcz, Dominikana przypominała Półwysep Helski, zaś w trzcinach hałasowały nutrie,



- Korowiow i Behemot polecili karłom potłuc naczynia pewnej urzędniczki,



- latem kąpałem się w strudze Rusałka w Parku Kasprowicza w Szczecinie i spotkałem grupę młodzieńców w białych koszulach i czarnych spodniach, oraz dziewczyn w biało czerwonych sukienkach, które trzymały na ramionach czarne koty o srebrnych oczach; przestraszyłem się tych ludzi myśląc, że są upiorami, jeden z nich znał moje imię i chciał mnie sfotografować gdy się przebierałem, lecz nie wyraziłem zgody,
- gdy Ferdynand Kiepski pokazał Paździochowi gruby patyk, ten myślał, że to krócica.