poniedziałek, 9 listopada 2015

Oniricon cz. 160

Śniło mi się, że:




- w ciemnym pokoju zobaczyłem pudło, w którym siedziały dwa czarne koty; jeden dorosły, a drugi młody, które bardzo mi się spodobały i chciałem je głaskać,



- w czasie okupacji hitlerowskiej, Niemcy zabronili Polakom jeść muchomory sromotnikowe, a ja zjadłem jednego, celowo łamiąc zakaz i żyłem dalej; moja Babcia mówiła, że to dobrze, że Niemcy zakazali jeść trujące grzyby,



- w komiksie ,,Bogowie z kosmosu'' Bogusława Polcha w przyszłości ma nastąpić potop - cała Ziemia ma być pokryta wodą aż do Słońca, a po ustaniu potopu na Ziemi mają zamieszkać owady wielkości ludzi, w szkole spotkałem pana Voytakusa ov Viernitisa i powiedziałem mu o tym komiksie,



- Gotham City początkowo nazywało się Sedinum, bo porządku strzegła w nim syrena Sedina, a pomagało jej paru Żółtych Batmanów, którzy zamieniali się w żółte duszki,
- na plaży Andrzej Duda strzelał do mew i kaczek,
- w telewizji ujrzałem Putina w komży, który mówił, że ograniczy wysyłanie rosyjskich wojsk za granicę,



- w afrykańskiej dżungli był Tarzan, King - Kong i goryle, które zaczęły walczyć między sobą i rozszarpały King - Konga, a Tarzan go nie bronił,
- dostałem dwa nowe komentarze, a jeden z moich postów otrzymał + 3,



- Rosjanie utrzymują na Malcie więzienie, odpowiednik Guantanamo,



- razem z panem Filipusem ov Falconiusem poszedłem nago na Mszę Świętą, kiedy to śpiewano piosenkę o Maryi - biurokratce wracającej do domu galopem, co mi się nie spodobało, potem przyleciała do mnie mucha, którą uznałem za diabła,



- obawiałem się, że jedzenie pizzy to pogaństwo,
- pojechałem autokarem na wycieczkę, przewodnik zabronił pasażerom jeść drugie śniadanie w autokarze, a ja byłem na niego zły z tego powodu; potem wysiedliśmy i byłem tak zmęczony, że pełzałem po ziemi, dotarliśmy do wielkiego pensjonatu, gdzie panowały polowe warunki, zaraz potem przyjechała Mama i zabrała mnie stamtąd,



- czytałem wywiad z Małgorzatą Nawrocką, w którym pisarka mówiła, że lubi malarstwo, bo urodziła się w Poznaniu, a poznaniacy  są utalentowani plastycznie. 

niedziela, 8 listopada 2015

Legenda o skorku




,,Dziwaczny skorek, zwany szczypawicą, od dawna budził niechęć ludzi. Krążyła o nim straszna opinia. Uważano bowiem, że swoimi szczypcami, znajdującymi się w tylnej części ciała (szczególnie dużymi u samca), może przeciąć ucho człowieka, a nawet błonę bębenkową. Opinia zupełnie bezpodstawna, gdyż ten nieszkodliwy owad nie jest w stanie tego dokonać. Tak naprawdę skorek pomaga sobie szczypcami, zwanymi cęgami, przy składaniu skrzydeł (zresztą rzadko używanych), chcąc je na powrót umieścić pod pokrywami. Wykorzystuje także te imponujące przysadki, aby wzbudzić strach u ewentualnego przeciwnika'' - Pierre Pellerin, Jim Channel ,,Tajemnice zwierząt. W ogrodzie i w domu''


sobota, 7 listopada 2015

Momcził




Długie wieki nim nastał król Sław Stumogilen, wśród Antów znad rzeki Ister i Morza Ciemnego władzę sprawowali sędziowie. W owych to zamierzchłych czasach, na utrapienie Słowian, ziemię tracką nawiedził Żmij – pół – jaszczur, a pół – człowiek; luty potwór rozkazujący wodzie. Wyższy był niż najwyższe drzewo, zaś Góra Aradvi – Sura – Aredvi w paśmie Imalain, będąca najwyższą górą świata, sięgała mu ledwo do piersi. Pokrywała go gruba jak u hipopotama, ciemnozielona skóra, okryta twardymi jak stal łuskami. Miał jaszczurczy łeb i ogon, zęby rekina, krwistoczerwone, świecące w mroku oczy złaknionego krwi wąpierza, ludzkie ręce i nogi o palcach zakończonych orlimi szponami, zaś w jego pępku mogłoby się zmieścić stadko gęsi wypasanych przez sierotkę Aredvi Milovanę. Groźny był. W swej pysze nieugaszonej mawiał: ,,W moich łzach Enkowie się kąpią i piorą szaty'', a głos jego wywracał drzewa i burzył domy. Pożerał smoki, wieloryby i węże morskie, ale też mniejsze zwierzęta jak tury, żubry czy łosie. Chętnie pożerał ludzi, a szczególnie zasmakował w młodych i pięknych dziewicach, które nakazał składać sobie w dani. W razie odmowy bezlitośnie karał Słowian i Traków powodując susze mocą noszonego na palcu Pierścienia Wodnika; złotej obrączki z szafirem, dającej władzę nad wodą. Wśród ludu krążyły legendy o mocarzu, co przyjdzie z daleka i powali Żmija jak wichura powala dęby, ale jego czas jeszcze nie nadszedł, a zastępy urodnych panien topniały jak śniegi na wiosnę. Mokosza pragnąc położyć temu kres, za przyzwoleniem Agejowym, ukazała się Żmijowi w całym swym blasku, aby go upomnieć i nakazać mu zejście ze złej drogi. Żmij jednak nie widział jej, ani nie słyszał, bo uniemożliwiała mu to nieopanowana pycha. Wobec tego Mokosza udała się do wsi Sredzkiego Krasnysza, gdzie mieszkało dwoje dzieci; Zwolen wraz z siostrą Zieleną; dzeci o sercach pełnych dobroci i pokory, które kochały Mokoszę jak matkę. Enka lubiła je odwiedzać w ich własnej chacie, gdzie pomagały rodzicom. Nieraz mówiła im o rzeczach, do których mędrcy i możnowładcy nie dorośli.



- Mąż zrodzony do zabicia Żmija już się narodził i chodzi po świecie – oznajmiła Mokosza rodzeństwu. - Jest nim Momcził, syn Delisława, sędzia Antów. Przebywa teraz za lasem, w grodzie Šafranicy, gdzie słucha skarg i narzekań. Idźcie przez puszczę, a żadna strzyga czy zbój was nie ukrzywdzi – dzieci udały się w drogę, a nad tym by nic ich nie zaatakowało dyskretnie czuwał oddział wilków z rozkazu Dziewanny Šumina Mati.
Po przybyciu do Šafranicy odnalazły sędziego Momcziła zasiadającego na drewnianym tronie na rynku. Tam przychodzili do niego mieszkańcy grodu i prosili o rozstrzyganie swych przyziemnych spraw, podczas gdy Żmij siał grozę w najlepsze. Dzieci z wielkim trudem dotarły na zatłoczony rynek grodu. Dorośli chcieli je odegnać, aby ,,nie zawracały głowy pasterzowi Słowian i Traków'', jednak Momcził dostrzegł je. Usłyszawszy błaganie o podjęcie walki ze Żmijem, głęboko tym poruszony, zawołał tylko: ,,Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy'', co oznaczało, że spory šafraniczan mogą poczekać na stosowniejszą chwilę. Wsiadł na swego białego konia, po czym pognał w góry, gdzie znajdował się wykuty w skale tron Żmija. Do drodze odwiózł Zwolena i Zielenę do ich wioski, zaś rodzice nie zauważyli ich zniknięcia, bo Zennica zesłała na nich twardy sen. Pędząc ku górskiej siedzibie potwora, Momcził prosił o pomoc Ageja i wszystkich Enków. Przepraszał, że pozwolił, aby sprawy mniej ważne przysłoniły mu to, co zagrażało życiu wszystkich plemion na jego terenie. Gnał na złamanie karku ku ośnieżonym szczytom i prosił Enków by napełnili mocą jego oręż, by mógł zabić potwora wielkiego i bezlitosnego. Mokosza przychyliła się do jego próśb i w jednej chwili dała jego białemu rumakowi skrzydła. Momcził leciał teraz ku tronowi Żmija na grzbiecie Pegaza, zaś w dole pokazywali go sobie pasterze i rolnicy mówiąc:





- Oto przybywa nasz wyzwoliciel, skrzydlaty wojownik, zbudzony ze snu długiego!
Junak galopował wśród chmur, jego czarna grzywa wiła się na wietrze, a promienie Słońca złotego odbijały się w klindze jego miecza Sieczuna i łuskach karacenowej zbroi. Żmij spał siedząc na swym kamiennym tronie wykutym przez zastępy niewolników, albo też magicznym sposobem. Obudził się słysząc głos złotego rogu Momcziła. Ledwo otworzył oczy, kopyta siwego Pegaza podkutego złotem zadudniły na jego gadziej głowie, a miecz herosa przeciął grubą skórę i kość czaszki. Żmij ryknął, aż posypały się lawiny, zerwał się z tronu i próbował złapać junaka na skrzydlatym koniu.
- Ja ci pokażę! - ryczał Żmij niby pewien wilk odgrażający się stale wymykającemu się zającowi.
- A co takiego mi pokażesz? - szydził Momcził. - Swoje kiszki?
Pegaza było równie trudno złapać jak muchę, a gdy szponiaste palce Żmija już miały się zacisnąć na rumaku i jeźdźcu, Momcził odcinał je równie łatwo jak dziecię śniające kijaszkiem główki ostów. Gdy Żmij postradał od miecza wszystkie palce prawej ręki i większość lewej, oraz koniuszek ogona, Momcził zaszarżował nań i z całej siły zatopił zaczarowany miecz w gardle potwora. Ciął nim parę razy, aż z rozciętej tętnicy wypłynął istny wodospad krwi. Żmij rozłożył ręce, a z jego paszczy poleciała krwawa piana. Budzący trwogę syn żmija Szarżuna i smoczycy Velki, padł z łoskotem na ziemię, a jego dusza połączyła się z Gorynyczem ku wiecznemu utrapieniu. Momcził wylądował na truchle wroga, wyciął mu język poleciał pokazać go na wiecu jako dowód śmierci Żmija. Po całej ziemi Antów rozniosła się sława jego czynu. W pieśniach zwano go odtąd Momcziłem Zmiejoborem i nalegano, by został królem, czego on odmawiał. Gdy na bezskrzydłym już koniu wkroczył do Sredca, aby pokazać na wiecu język Żmija, ujrzał wychodzącą mu naprzeciw Mokoszę w sukni szmaragdowej, która zstąpiwszy na ziemię przyjęła gościnę u grododzierżcy.
- Proś o nagrodę, Zabójco Żmija – rzekła złotowłosa, niebieskooka Enka o jasnej skórze do Momcziła.
- Pani, nie proszę cię o władzę cara i bogactwa, bo to wszystko jest ciężarem i przynosi utrapienie. Nie proszę też o długie życie, ani o zgubę mych wrogów.
- Czegóż więc chcesz? - spytała Mokosza.





- Herbu – odparł Momcził, - który upamiętniłby moje wędrówki i walki; herbu, który odróżniłby mnie od wyrodnych braci, którzy mnie wydziedziczyli przy podziale ojcowizny.
- Od tego dnia, noś więc z dumą herb Starykoń, na którym będzie wymalowany twój biały rumak, który jako Pegaz niósł cię do zwycięstwa nad Żmijem. Drugim moim darem będzie klejnot, którym niegdyś obdarowałam Volcha Alabastę i Tatrę – na dłoni Mokoszy ukazał się diament o dziesięciu kolcach. - Każdy z tych kolców wyobraża jedno z mych imion. Jest to narzędzie modłów, a nie ozdoba – Momcził przyjął oba dary, a gdy powstał z kolan, grododzierżca i Mokosza wśród radosnych okrzyków tłumu, zaprowadzili sędziego Antów na ucztę z okazji zwycięstwa.


*



Momcził poślubił Paprotkę, córkę Napiwona, jedną z owych panien wylosowanych na ofiarę dla Żmija. Była to panna miła i piękna – smukła, o cerze jasnej jak kość słoniowa, oczach niby szafiry, a włosach długich i złotych. Jej ojciec podarował jej jako prezent ślubny suknię uszytą ze złotych i srebrnych nici, naszywaną perłami i drogimi kamieniami. Ślub i wesele Momcziła i Paprotki odbyły się w wiosce Sredeniu, rodowej siedzibie Napiwonów. Zarówno nowożeńcy jak i goście założyli pióropusze z piór pawich, jedli pieczone w całości dziki i jelenie i pili aromatyczny, mocny miód, który ofiarował im goszczący na ziemiach słowiańskich, siwobrody czarodziej Celinus z Galii, odziany w szaty błękitne a powłóczyste. Owego Celinusa, mistrza białej magii, Włosi nazywali imieniem Celio, zaś Słowianie – Lipcowym Czarnoksiężnikiem Miodu.

*




Momcził wciąż niestrudzenie przemierzał ziemie Antów, by rozstrzygać ich spory, bronić wdów i sierot, tępić rozbójników i potwory. W Morzu Rajskim żył wielki niczym piętnaście wielorybów, smok Tyfon Bezdusznik o skórze brązowej, grubej i twardej. Nie miał skrzydeł, jak przystało na smoka morskiego, za to najbardziej przypominał notusa – morskiego gada o długiej szyi i pysku, palcach spiętych błoną i ogonie jak u krokodyla. Brunatny Tyfon Bezdusznik budził paniczny lęk tak u Słowian jak i u Greków. Zatapiał ich okręty i tak jak Żmij zsyłał na kniaziów i archontów sny, w których domagał się ofiar z dziewic pod groźbą zatopienia portowych miast. W owym to czasie kiedy sędzia Momcził przybył z wizytą do ziemicy Milingów, z rozkazu Tyfona Bezdusznika, którego liczne ludy czciły jak boga i lękały się go, urodziwą pannę Milaškę, córkę kniazia Korsaka, w którego rodzie kwitł kult Chorsa – Srebronia, przywiązano do masztu małęj łódeczki i wypuszczono na otwarte morze jako żertwę dla potwora. Gdy wieść ta dotarła do uszu Momicziła, zawrzał on nieopisanym gniewem.
- Wiedźcie mężowie ludu Milingów – zawołał, - że tym oto mieczem z łaski Mokoszy ubiłem potwora Żmija, co omal nie wygubił Antów. Drugi raz może mi się nie powieść; mimo to spróbuję waszego Tyfona odesłać do Gorynycza. Jeśli mi się nie uda, zobaczycie jak umiera wolny Słowianin!
- Nie jesteśmy ludem tchórzy, sędzio Antów – ozwał się setnik Domagoj, syn Korsaka. - Zabicie Tyfona Bezdusznika przekracza siły człowieka, ale jeśli jesteś szalony, to próbuj i giń! - Momcził nie tracąc czasu na swary, dosiadł Starego Konia i pogalopował w stronę morza.





Po raz kolejny Mokosza wysłuchała jego prośby, sprawiając, że wierny, stary siwek zamienił się w Pegaza i poszybował nad wzdętymi wodami. Tyfon Bezdusznik robiąc ogromne fale, wynurzył się z głębiny i już zaciskał płetwiastą łapę na łódeczce z knezinką Milašką, gdy nadleciał Momcził i pięciokroć uderzywszy smoka w tłusty kark, odrąbał mu głowę, która wpadła do morza wciąż kłapiąc szczękami. Milaška została ocalona. Momcził zwrócił pannę jej zadrudze i powrócił do kraju Antów. Uratował już wiele urodziwych panien, lecz tej nie mógł zapomnieć. W swoich wyprawach coraz częściej nawiedzał ziemicę Milingów, aby widzieć piękną Milaškę, ona zaś była rada jego odwiedzinom. Momcził wiedział jednak co to honor i odpowiedzialność – miłował swą żonę Paprotkę i daleki był od zdrożnej myśli o jej porzuceniu. W końcu zdusił w sobie pragnienie życia z piękną córą ludu Milingów i razem z żoną udał się do chramu Mokoszy, by biorąc ją za świadka, jeszcze raz wypić miód ze świętego rogu i przyrzec sobie dozgonną miłość. Po tej ceremonii, Milaška zaprosiła do swego kraju Momcziła i Paprotkę, aby byli jej świadkami na ślubie z księciem Cisławem. 

piątek, 6 listopada 2015

Biwog i Sulimir

,,W Kraju Stepów Deneb opowiadał również o budzących zdumienie ludziach, zwanych Stuha. Z Enków najwięcej miłowali Mokoszę, […]. Ona dawała im zdolność latania, by mogli bronić wszystkich przed ałami, ażdachami, latawcami i innymi monstrami. Należeli do nich mężczyźni, kobiety, dzieci, a nawet zwierzęta. Pomagali im żmijowie […] i smoki powietrzne. W niektórych krajach nazywano ich sylfami'' – K. Oppman ,,Perłowy latopis''




Żmij Sulimir, przyjaciel człowieka Biwoga – wojownika ze wsi Šumavy, co walczył w Macedonii pod stanicą Boda z Kimerii, należał do zakonu stuha. Był to żmij wysoki i potężny, o głowie jaszczurczej, zębach smoczych, szponach orlich i ogonie wężowym, pokryty łuskowatą skórą barwy ciemnozielonej, którą mógł zrzucać jak liniejący wąż. Miał ludzki tułów i kończyny, zaś u ramion wyrastały mu błoniaste skrzydła, takie jakie mają smoki. W walkach z ażdachami używał Sulimir długiego miecza Siersza, przez złośliwych nazywanego mieczem katowskim, podczas gdy Biwog ruszał do boju z mieczem Sieczeniem, zdobytym na germańskich Markomanach i maczugą Krzywą. Obaj junacy zawarli przed laty braterstwo krwi i wymienili się nawęzami. Od tej pory związani zostali jednym z najsilniejszych przymierzy, mogli zawsze na siebie liczyć i wspólnie przemierzając bezdroża Sklawinii przeżyli mnóstwo przygód.


*





Była noc, gdy Sulimir odłączył się od swej drużyny, złożonej z innych rycerzy stuha. W blasku złotego Księżyca lawirował wśród wysokich i spiczastych jak iglicę szczytów Gór Kerczyńskich, gdzieś na podmokłych pustkowiach Wschodu. Polował na Wiję – skoropanę. Imieniem tym, skarżący się zakonowi stuha, pełni lęku antyjscy kmiecie określali żyjącą już setki lat, jasnozieloną skolopendrę dłuższą niż trzynaście krów ustawionych jedna za drugą, która miała głowę kobiety, zaś szczypce i odwłok – skorpiona. Słowianie bali się i nienawidzili jej, bo w bezksiężycowe noce wypełzała ze skalnych rozpadlin i wędrowała ku ludzkim zagrodom, by pożerać zarówno ludzi jak też ich zwierzęta. Uskrzydlony żmij z mogącym ciąć najtwardszą stal mieczem w dłoni, szukał kryjówki poczwary, sprawnie wymijając w locie kamienne kolce, którymi gęsto najeżona była ziemica Kerczan. Długo trwał jego niestrudzony lot. Sulimir śmiał się w twarz nie tylko śmierci, ale i zmęczeniu. Zaczarowane Góry Kerczyńskie były jednak daleko bardziej niebezpieczne niż sobie wyobrażał. Lawirując między szczytami począł słyszeć cichutką muzykę niby zawodzenie syreny. Śpiew ów był tak cichy, że nie słyszało go pozbawione małżowiny ucho żmija, jeno sam jego umysł. Osłabiało to jego uwagę, aż o mały nie zderzył się ze skałą. Niedługo potem zaczął słyszeć jak strzeliste skały dzwonią niby porcelanowe dzwony z katedry w Ys i coś mówią w prastarych językach, jeszcze starszych niż język starokrasny. ,,Bim – bam! Za – wróć! Bim – bam! Ucie – kaj!'' - dzwoniły i jęczały skały, aż pod wpływem ich głosu żmij Sulimir stracił orientację. Ogarnęło go wielkie znużenie. Zabłądził w gęstwinie kamiennych iglic, a wszystkie jego starania by się wydostać, okazały się daremne.
- Aradvi Sura Aredvi.... - czując nadchodzącą niesławną śmierć, stuha począł wzywać imienia Mokoszy, patronki swego zakonu.
Prosił tak żarliwie i ufnie jak tylko umiało jego szczere serce, a że było wolą Ageja, by jeszcze pożył, Mokosza miłująca zakon stuha stojąc na sinej chmurze spuściła złoty łańcuch o dziesięciu ogniwach. Żmij chwycił ten oręż walki z Čortami i jego mocą opuścił labirynt kamiennych iglic, niczym Tezeusz idący po nici Ariadny.
- Sława Mokoszy! - ryknął żmij donośnie niby smok, po czym odzyskawszy rześkość powrócił do obozu.
Wija – skoropana została osaczona przez Sulimira i innych rycerzy stuha następnej nocy kiedy tarczę Księżyca zakrył mrok. Poczwara otrzymała wiele ran, lecz uszła śmierci chroniąc się w pobliskim Morzu Ciemnym. Nigdy już nie powróciła do Gór Kerczyńskich, a po wielu wiekach zginęła z ręki Jerusłana Zalazarowicza i Rogdaja Mścisławicza.


*




Daligor z Gorca spłodził Miruna, ojca Sławuna, ojca Masława. W czasie gdy jego syn, Biwog z Šumavy razem ze żmijem Sulimirem, synem Hadyki przemierzał ziemię, które w erze trzynastej nazwano Bohemią, przyszło im obu walczyć z Rusytarzem (Rusitarius), sługą Tybalda, króla wąpierzy. Tenże Rusytarz był mężem nienaturalnie wysokim, o trzy głowy wyższym niż król Saul, a do tego bogatym w mięśnie niby byk, albo niedźwiedź. Gorący jak koń i wiecznie zlany potem, miał twarz czerwoną, a włosy płowe, długie i pozlepiane w kołtuny. Nosił czerwony kaftan, granatowe nogawice, niezmiernie długi miecz zwany Czulis i naszyjnik z trzydziestu zębów zabitych w boju junaków. Za rozkazu Tybalda chwytał maupy – nadrzewne zwierzęta wielkości lisów, pokryte puszystym, szarym futrem i mające zupełnie ludzkie twarze, a w szczególności ich młode, aby pod wpływem czarów i tortur zamieniały się w potwory walczące pod stanicami króla wąpierzy. Sulimir i Biwog natknęli się nań, gdy szedł przez las, rycząc na całe gardło sprośne, pijackie piosenki. Prowadził ze sobą dziesięć maup, zmuszonych do chodzenia na tylnych łapach i skrępowanych powrozami. Junacy postanowili je uwolnić. Rusytarz choć miał przypasany miecz niezwykłej długości, nie grzeszył odwagą, a tych witezi, którzy polegli z jego ręki, zabijał z zasadzki łamiąc wszelkie reguły honorowego pojedynku. Teraz zaś rzucił się na ziemię szepcząc jakieś zaklęcie, aż przybrał postać wielkiego, ziejącego ogniem, zielonego smoka. Gdy plunął strumieniem ognia w stronę Biwoga, ów zasłonił się tarczą i uderzył nią w paszczę smoka wybijając mu pięć zębów. Tarcza rozpadła się przy uderzeniu na drobne kawałeczki, bo smok był twardy niby odłam skały. Wtedy Biwog wykorzystując jego zaskoczenie wraził mu sztylet, zwany mizerikordią w oko, lecz nie zdołał mu przetrącić drogocennego kamienia drakolitu w czaszce. Smok szalejąc z bólu, załopotał błoniastymi skrzydłami i począł wzbijać się w niebo. Gdy odrywał się od ziemi, żmij Sulimir , który uśmiercił już wiele złych smoków, wskoczył przemienionemu Rusytarzowi na kolczasty grzbiet i jednym ciosem miecza ściął mu głowę. W tej samej chwili Biwog zatopił miecz w miękkim jak ciało ślimaka brzuchu potwora. Smok opadł na ziemię z nieopisanym hukiem wywracającym drzewa. Rusytarz, łowca maupich dzieci już nikomu nie zagrażał, a jego młodych więźniów obaj junacy rozwiązali i bezpiecznie odprowadzili do ich rodziców o małpich ciałach i ludzkich twarzach.


*

Gdzieś na ziemiach późniejszej Bohemii rycerze stuha zebrali się koło ogniska na Polanie Starodębskiej. Razem z nimi byli Sulimir i Biwog. Nad drużyną wojowników rozpościerało się gwieździste niebo, zaś w ich gronie rozbrzmiewały pieśni i opowieści, nad ogniem skwierczały tłuste kiełbasy, a z ręki do ręki przekazywano sobie byczy róg napełniony złocistym miodem. Sulimir, gdy nadeszła jego kolej, otworzył paszczę pełną rekinich zębów i szarpiąc szponiastymi palcami struny liry rozpoczął opowieść o tym jak wstąpił w szeregi stuha.
- Jestem synem ciemnozielonego żmija Hadyki i poślubionej mu, leśnej kobiety Zwisławy ze Swałęczy. W czternastej wiośnie życia od opuszczenia skorupki jaja, wracając do chaty z koszykiem pełnym malin, natknąłem się na wojów w lśniących zbrojach i skórach złocistych panter, jadących na białych koniach ze złoconymi rzędami. Padłem przed nimi na kolana, bo w swej dziecięcej niewiedzy myślałem, że to sami Enkowie. Ośmielony ich łagodnością, wypytywałem ich o wszystko co tylko przyszło mi do głowy, oni zaś wytłumaczyli mi, że nie są Enkami, lecz służą Enkom, a w szczególności Mokoszy jako stuha – latający wojowie, co bronią poczciwych istot przed ałami i ażdachami. Gdy odjechali, zapragnąłem stać się jednym z nich, lecz moja macierz nie chciała tego, bo mój ojciec był wojownikiem, co zginął w walce ze smokiem, wcześniej kładąc trupem niezliczone strzygi i czarownika Miedzianą Twarz – w czarne szaty odzianego i noszącego maskę z miedzi pokrytą hieroglifami. Jednak parę dnipo owym spotkaniu w lesie porwała mnie trąba powietrzna, która niosła mnie wiele staj, aż rzuciła przed chatę Šumuna – mistrza stuha, będącego naznaczonym licznymi bliznami Lynxem; człowiekiem z głową rysia, co w bitwie pod Brodovem stracił jedną rękę. Šumun przyjął mnie za swego ucznia i wiele lat bezlitośnie trenował, bym mógł zostać jednym z was. Wreszcie nadszedł długo wyczekiwany dzień zakończenia nauki. Całą noc spędziłem na modłach w kącinie Mokoszy, od której otrzymałem smocze skrzydła. Następnie w grodzie Słowian, zwanym Karlava, książę Kuroš pasował mnie na rycerza i pozwolił wziąć udział w turnieju na swym dworze. Wtedy to ludzi napadły kery – latające straszydła o trupich czaszkach i rzuciłem się razem z innymi witeziami, aby je bić. Walcząc z nimi ocaliłem życie swemu mistrzowi. Gdy kery o stalowych szponach zostały wybite, książę Kuroš nadał mi herb Śmierciosiecz, wyobrażający na polu czarnym srebrną trupią czaszkę przeciętą na pół srebrnym ostrzem mieczowym.







*

Biwog poślubił dziewicę o imieniu Jeślica z Šumavy i miał z nią syna Šumina. Z jego krwi w erze trzynastej narodził się rycerz Biwoj – wielki bohater Bohemii i oblubieniec królowej Libuszy.



Słowiański realizm magiczny, czyli ,,Jańcio Wodnik''

,,'Wodni topcowie', jak nazywa ich 'Wykład katechizmu' ks. Pawła Gilowskiego z roku 1579, topielce, utopki wywodzą się z rzędu duchów ludzi utopionych i dzieci przeklętych przez matkę. […] U Czechów i Słowaków to vodniki, vodni, czasem w postaci dziecka nęcącego żywych do wody przy blasku księżyca. […]'' - Aleksander Gieysztor ,,Mitologia Słowian''




W listopadzie 2015 r. obejrzałem polski film poetycki ,,Jańcio Wodnik'' w reżyserii Jana Jakuba Kolskiego z 1994 r., będący ciekawym przykładem realizmu magicznego w polskim kinie. Akcja rozgrywa się we wczesnych latach 90 – tych XX wieku w dwóch zapadłych wsiach gdzieś w Polsce. Tytułowy bohater (grany przez niezapomnianego Franciszka Pieczkę) jest 67 – letnim, ubogim starcem, marzycielem i ekscentrykiem, mieszkającym w chacie razem z młodą i piękną żoną Weronką, która bezgranicznie go kochała. Jańcio kisił kapustę na wiosnę, zaś chcąc mieć dziecko wieszał żonę do góry nogami. Którejś nocy otrzymał od Boga dar władzy nad wodą; stąd przydomek Wodnik. Pożegnał Weronkę i ruszył w świat leczyć ludzi przez umywanie im nóg. W ten sposób uratował życie mężczyźnie rażonemu przez piorun i zakopanemu w ziemi, przywrócił wzrok nieszczęśliwie zakochanej dziewczynie, w której oczach zalęgły się robaki, oraz dokonał wielu innych uzdrowień. Zrazu był pokorny i nie żądał zapłaty (,,Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie'' – jak mówił Jezus Chrystus), niestety pod wpływem fałszywego stygmatyka Stygmy, stał się pyszny, chciwy i rozpustny, oraz przestał kochać Weronkę, do której już nie chciał wrócić. Tymczasem Weronka pod wpływem klątwy dziada żałującego kobyłki wypędzonej na pewną śmierć przez niejakiego Sochę, urodziła synka z ogonem jak diabeł. Jańcio nie umiał go uleczyć, a co więcej stracił swą moc. Ludzie przezeń uzdrowieni, teraz znów popadli w swoje choroby i odwrócili się od uzdrowiciela. Jedynie dziewczyna, której Jańcio przywrócił wzrok pozostała mu wierna jak pies, czym zaskarbiła sobie nienawiść Weronki. Jancio próbował odzyskać stracony czas (bezskutecznie); siedział na ławce przed domem, aż pokryły go pajęczyny, przebaczył swemu bezdusznemu sąsiadowi, który wygnał kobyłkę, czym czym ściągnął na nich klątwę dziada, po czym zaczął wspólne życie z żoną i ogoniastym synkiem.






W filmie ogromnie spodobało mi się owe przeplatanie się realizmu, fantastyki i groteski (np. zabawna scena niesienia samochodu w procesji), liczne nawiązania do chrześcijaństwa, ważna rola miłości i wierności Weronki – polskiej Penelopy, która ostatecznie zostaje wynagrodzona. 

czwartek, 5 listopada 2015

Sawił Velaroz

,SALACJA, mit. rzym. Bogini staroitalska, personifikacja wody morskiej'' – Z. Drapella ,,Mity i legendy morskie''




Dziewa, napełniona czystym nasieniem Klicza z Sedinum, urodziła mu syna, który otrzymał imię Sawił (Savilus). Chłopiec ów otrzymał od Ageja dar zmiany rozmiarów ciała; w zależności od potrzeby mógł być mały jak krasnoludek, albo wielki jak olbrzym. Od maleńkości będąc dzieckiem psotnym, robił zły użytek ze swego daru; swoimi stale zmieniającymi się rozmiarami chętnie straszył ludzi i zwierzęta, psuł ogrodzenia, deptał uprawy i wykradał łakocie. Miara się przebrała gdy w piątej wiośnie życia powiększył się do rozmiarów olbrzyma i kopniakiem zburzył dom w Sedinum. Uczyniwszy to natychmiast zmalał i już nie mógł zmieniać swego wzrostu w zależności od kaprysu. Jego ojciec, Klicz, czerwony ze wstydu za syna, zbił go paskiem, karząc za niszczenie cudzego dobytku, po czym zapłacił właścicielowi domu w złocie, aby miał za co go odbudować. Mały i głupiutki Sawił gorzko opłakiwał utratę daru, aż w końcu się z nią pogodził. Pod okiem ojca wyrósł na młodego wojownika; obrońcę grodu; dzielnego i odpowiedzialnego. Przemierzał drogi i bezdroża na białym rumaku Śnieżu zakupionym od kupców arabskich. Walczył mieczem i maczugą, zaś jego tarczę zdobiło siedem róż – kwiatów poświęconych Mokoszy. Otrzymał przeto przydomek Velaroz, czyli Wiele Róż.


*


,,Sabinowie, indoeuropejski lud środkowej Italji. Uchodzili w starożytności wraz z Sabellami za protoplastów szczepów środkowo – italskich, łącznie z Sammitami. Pierwotnie ich siedziby były w okolicy Reate i Amiternum, pote zajęli obszary po rz. Liris, Anio i Tybr; […]. Częścią już wcześniej sprzymierzeni z Rzymianami, częścią podbici 290 przed Chr., otrzymali 268 wzgl. 88 prawo obywatelskie'' - ,,Encyklopedia Powszechna Wydawnictwa Gutenberga tom 15 Rewir do Serbja''





Sabinowie wywodzili się od czarownicy Sabiny – kapłanki przerażającej, samozwańczej bogini, nazywanej Vipera, czyli Żmija. Owa Sabina mieszkała w Italii i pochodziła od Grabu i Jodły; dzieci Dobromira. W czasach Sawiła Velaroza, królem plemienia Sabinów był Hersyliusz Tacjusz. Na jego rodzie ciążyła zmaza jego założycielki – czarownicy, która czciła Żmiję, którą była przedwieczna Garafena, co zniszczyła Bujan. Po Sabinie został kult Żmii, której składano w dani młode dziewczęta, któym na kamiennych ołtarzach wyrywano serca miedzianymi nożami. Hersyliusz Tacjusz wydał zakon znoszący kult obmierzłej Matki Żmyi wraz z wszystkimi składanymi jej ofiarami. Rozpędził Żmijowych kapłanów; kolegium Fratres Viperae i obalił zakrwawione ołtarze. Jednak jego jedyna, ukochana nad życie córka znikła i na próżno było jej szukać w całym Królestwie Sabinów. ,,To Żmija pokarała króla'' – szeptano w miastach i wioskach. Na zew króla najdzielniejsi wojownicy Italii udawali się na dalekie wyprawy w poszukiwaniu porwanej królewny, lecz lata mijały a ich wysiłki nie przynosiły rezultatu...





Z Morza Srebrnego, u wybrzeży Svamii (Suomi) – krainy, w której Słowianin Turupit założył gród Turku i gdzie żyły larogryfy, czyli cętkowane pantery o głowach i skrzydłach mew, wystawała wielka wapienna góra, która otrzymała nazwę Panna (Virkena), na cześć Juraty, będącej zarówno Matką jak i Dziewicą. Na samym szczycie góry Panny wznosił się zaczarowany zamek, a w nim mieszkała uwięziona królewna. Jej imię brzmiało Salacja; po słowiańsku: Solanka i była umiłowaną córką Hersyliusza Tacjusza, króla Sabinów. W zamku miała moc sukien i klejnotów, oraz zastępy ślepo posłusznych niewolników ze Sklawinii i Afryki, nic ją jednak nie cieszyło. Salacja była przerażona. Gdy płakała siedząc na łożu z kości słoniowej, do jej bogato zdobionej komnaty wszedł cicho jak kot, pan zamku. Był to mąż o cerze białej jak mleko, a miękkiej i pokrytej śluzem niczym u żaby. Ciało miał miękkie podobne gnijącej rybie, oczy wyłupiaste, pozbawione powiek i czerwone, włosy długie i czarne, pokryte śluzem a wijące się jak węże, uszy spiczaste, kły białe i długie, palce długie i spięte błoną niczym stopy kaczki, a od całej jego postaci bił zapach jodu i nadpsutej ryby. Miał na sobie obcisły, czarny kaftan, zaś na szyi złoty medalion z wężem morskim gryzącym koniec własnego ogona. Salacja widziała właśnie przed sobą morskiego wampira, a imię jego: Radosz.
- Jak długo jeszcze zamierzasz mi się opierać? - mówiąc to wąpierz ujął królewnę pod brodę dłonią płetwiastą, mokrą i zimną jak u trupa. - Czy budzę w tobie aż taką odrazę? - ociekający wodą jak wodnik, Radosz, król morskich wąpierzy pijących krew ryb i wielorybów, a czasem ludzi, ilekroć nawiedzał piękną, złotowłosą i niebieskooką córę władcy Sabinów, budził w niej taki wstręt i strach, że nie mogąc mówić, krzyczała przeraźliwie z płaczem.
Tak było również tym razem z tą, w której żyłach płynęła krew Fawiliusza, pierwszego władcy sabińskiego ludu.




- Jesteś głupia i niewdzięczna – orzekł wąpierz. - Skoro nie umiesz docenić moich darów i nie jest ci miłym zostać jedną z mojej rasy, dobrze więc, zabiorę ci wszystko czym cię tak hojnie obdarowałem. Jeszcze dziś stracisz wszystkie swoje suknie i błyskotki, pachnidła i niewolników. Ba! Pozbawię cię nawet wszelkiej żywności i napojów, tak, że będziesz tkwiła w tym zamku, w komnatach bez mebli i ozdób, piła swe łzy i gryzła ręce z głodu, lecz ja nie zlituję się nad tobą, dopóki ty, głupia smarkulo, nie porzucisz swych fochów i nie wyjdziesz za mnie. Gdy się wreszcie zgodzisz, będziesz żyć wiekami przy moim boku jako nieśmiertelna królowa morskich wąpierzy, w imię pana naszego, węża Gorynycza. To jest moje ostatnie słowo – Radosz, syn Gniva wyszedł z komnaty mamrocząc jakieś niepojęte wampirze klątwy i zostawił królewnę Salację płaczącą na łożu z kości słoniowej.
Przez cały czas swego uwięzienia, tęskniła za ojcem, braćmi i ziemią ojczystą. Tęskniła za zielenią i Słońcem Italii, tu zaś otaczało ją zewsząd zimne morze. Wiele już lat minęło odkąd w czas uczty w ogrodzie znikła na oczach biesiadników w obłoku czarnej mgły, tak jak później Ludmiła, żona Jerusłana, którą porwał złośliwy czarownik Czernomor. Lękała się mokrego i zimnego jak ryba władcy srebrnomorskich wąpierzy z rodu Gnijewiczów, który był gwałtowny i okrutny, a już za nic na świecie nie chciałaby zostać wampirzycą.
Klątwa zaczęła się spełniać. Salacja utraciła suknie i wyszywane perłami pantofelki, meble, niewolników, klejnoty, pachnidła i dywany. Wszystko to rozwiało się jak mgła, bo też z mgły było utkane. Podobnie znikły kryształowe naczynia, wino i wszelkie smakołyki. Królewna musiała teraz spać na niczym niepościelonej, marmurowej podłodze, a głód i pragnienie z każdym dniem coraz bardziej dawały jej się we znaki. Jurata, królowa Morza Srebrnego chętnie udzieliłaby schronienia nieszczęsnej więźniarce zamku Krucze Gniazdo na szczycie Góry Panny, lecz nie jej pisane było uwolnić Salację, ale temu, którego miecz zwał się Knin, a tarcza przedstawiała Wiele Róż.
Sawił Velaroz opuściwszy Sedinum udał się na poszukiwanie przygód a sławy, idąc wzdłuż wybrzeża Morza Srebrnego, po drodze tocząc setki potyczek z rozbójnikami, strzygami, wilkołakami, wąpierzem Patkulem z Semigalii i bandami sinych ludzi. W Burus posłyszał opowieść o zamku na szczycie Góry Panny; pełnym rzadkich skarbów, z których największym była prześliczna królewna z dalekiego kraju. Zamek ten, znajdujący się u wybrzeży Svamii, gdzie Turupit wzniósł gród Turku i władał Słowianami i Czuhońcami, należał do Radosza Gnivica – króla morskich wąpierzy, a zamknięta w murach zamku królewna była jego więźniem. Sawił jak na junaka z rodu junaków przystało, nie zwykł cofać się przed niebezpiecznymi przygodami. Zbudował tratwę i wypłynął na północ, ku brzegom Svamii. Przekonał się, że zasłyszane w gospodzie opowieści mówiły prawdę. Wspiął się na grzbiecie wiernego konia Śnieża po stopniach wykutych w skale Góry Panny i maczugą Puławem sforsował złotą bramę zamku. Ujrzał w nim konającą z głodu i pragnienia na gołęj podłodze królewnę Salację. Czym prędzej nakarmił ją wziętym na podróż chlebem i suszoną rybą, podzielił się też manierką wody. Sawił nie znał mowy sabińskiej, ani Salacja słowiańskiej, rozmawiali zatem w języku starokrasnym – lingua franca ówczesnego świata. Bohater wyprowadził córkę sabińskiego króla z zamku ostrożnie znosząc ją po tysiącach schodów, po czym posadził ją na tratwie i oboje zostawili Górę Pannę daleko za sobą.
Tymczasem do porzuconej, złotej klatki Salacji przybył jej dręczyciel, król Radosz. Ujrzał roztrzaskaną bramę i spostrzegł brak branki, przeto puścił się w pogoń. Odnalazł Sawiła i Salację u wybrzeży ziemi Słowińców. Wnet na oczach przerażonej dziewczyny starli się dwaj wrogowie; jeden będący mocarzem na lądzie, drugi zaś w morzu. Miecz Knin ciął ciało króla Radosza jakby to były głowy hydry; co odrąbał, to w mig odrastało. Radosz dziesięciokroć wciągał Sawiła pod wodę i bohater dziesięciokroć się wynurzał. W końcu Sawił odciął podobną do wielkiego, czarnego gluta głowę morskiego wąpierza, a zaraz potem wbił mu ostrze Knina w serce, aż przeszło na wylot. Odcięta głowa wrzasnęła pod wodą. Wąpierz już nie żył. Sawił wychodząc z wody wytaszczył ciało i głowę wroga, po czym po wysuszeniu go, razem z Salacją nazbierał sosnowych gałęzi i spalił je na popiół, aby wąpierz się nie odrodził. Wówczas to, jakby Salacja mało widziała owego dnia, ujrzała jeszcze jak jej wybawiciel najpierw rośnie wyższy niż najwyższe drzewo, potem staje się mały jak palec, na koniec zaś przybiera zwyczajny wzrost człowieka w Sklawinii.
- Agej przywrócił mi dar z dzieciństwa! - oznajmił przerażonej Salacji.
Oboje postanowili ruszyć na południe, do ziemi Sabinów, aby królewna mogła jeszcze raz ujrzeć swego ojca i braci. Tam mieli się pobrać, a następnie udać się do Sedinum i tam zamieszkali. W sercach Sawiła i Salacji zrodziła się wielka miłość.


*




- Czy wy, mężowie, zawsze musicie się bić? - zawołała z rozpaczą w głosie Salacja widząc jak Sawił staje do pojedynku z innym junakiem, zakutym w zbroję czarną jak antracyt. Mógł stać się wielki jak stolim i rozdeptać czarnego rycerza niczym żuka, ale wolał walczyć honorowo, nawet gdyby miał polec. Przeciwnikiem Sawiła był witeź Zawisza (Savissa), syn Knieimira z Grabowa. Tenże Zawisza okryty czarną zbroją, walczący mieczem Rosną i zasłaniający się tarczą, na której wymalowany był biały orzeł Tinez w złotej koronie na polu czarnym, był przodkiem bohatera Polaków, Zawiszy Czarnego, co okrył się sławą pod Grunwaldem, a o jego prawości krążyło powiedzenie: ,,Polegać jak na Zawiszy''. Obaj bohaterowie spotkali się na jednej drodze, a żaden z nich, pełen dumy, nie chciał ustąpić, za to rwali się do śmiertelnych zmagań, aby zdobyć sławę i łupy. Nie zważając na płaczliwe piski przerażonej dziewczyny, wojownicy z grodów Sedinum i Garbowo skrzyżowali ze sobą miecze. Gdy ze sobą walczyli, spod spiżowych ostrzy leciały iskry i huk się rozlegał niby uderzenie gromu. Junacy walczyli jak lwy, aż pospadali z koni. Powstali i znów poczęli walczyć, aż Słońce przyglądając się ich zmaganiom zapomniało zajść. Tak mijała godzina za godziną, niby na turnieju, aż w końcu obaj przeciwnicy, zbyt zmęczeni by dalej się potykać, porzucili swe swary.
- Wreszcie spotkałem męża równego sobie w sile i wytrwałości! - rzekł Zawisza Knieimirowic. - Poznaliśmy się w boju, czas żebyśmy z przeciwników, stali się sobie braćmi! - zaproponował Sawiłowi pan na Garbowie.
- Czy aby się móc zaprzyjaźnić, musieliście się najpierw prać? - Salacja nie kryła swej irytacji.
- Niewiasty nie rozumieją junackich obyczajów – odrzekł Sawił, co jeszcze bardziej ją zeźliło.
Obaj wojownicy poprzysięgli sobie dozgonne braterstwo, co natychmiast przypieczętowali wymieniając się złotymi znakami kras noszonymi na szyi. Od tej pory Zawisza Knieimirowic ruszył na południe razem z Sawiłem Velarozem i Salacją, której żaden z obu mężów nie ważył się pohańbić, przeżywając po drodze mnóstwo przygód. W Puszczy Żelimirskiej na ziemiach polskich, obaj junacy zabili większego niż krowa a strasznego jak smok, burego warana Pożeracza, któremu zastraszeni kmiecie składali w dani dzieci i młode, piękne dziewice. Idąc przez ziemie późniejszej Bohemii omal nie postradali swych młodych żywotów w nurtach rzeki Požary, gdzie weszli aby ubić wodnika Požarka, który miał duże, rybie łuski na twarzy i wciągał pod wodę dziewczęta uprzednio wabiąc je kolorowymi wstążkami, aby je zjadać. Sława poprzedzała ich kroki, gdy razem z królewną Salacją kierowali się z wolna ku ziemiom sabińskim.







środa, 4 listopada 2015

Żmijewki

,, […] straszliwy smok rozerwał ogniwa i z rykiem wystawił łeb z czeluści, szydząc z Jarowitowych piorunów. […] Smok przewrócił się na wznak i jego purpurowo – złota skóra poczęła z hukiem pękać i wynurzyła się z niej nowa istota. Na cześć […] Matki Żmyi potwór przybrał postać przeokropnie długiej i szerokiej żmii, zionącej ogniem i lodowym powiewem, której głowę uwieńczyła złota korona.
- Vabo yseno tzay Horinič1! - ryknął wąż, aż góry zadrżały.- Któż jak Gorynycz Wielki, łycar i gospodar, pogromca Enków! - wołały Licho, Čart i Przegrzecha. Gorynyczowi służył smok Girginicz, ogromny zaskroniec z Czterowody; rzeki w Ojcowie [i inne złe istoty]. Ponadto jego synami były smoki Żmej Tugarin i Wołoszyn […]'' - K. Oppman ,,Perłowy latopis''




Wąż Gorynycz był drugim po smoku Rykarze wcieleniem Czarnoboga. Wynurzył się z jego skóry w IV wieku ery jedenastej. Na czele nieprzebranych rzesz Čortów i straszydeł pustoszył świat, zwyciężając Enków, spośród których wielu uwięził. Dopiero ofiara z życia dwóch braci z Aplanu, spalonych przez zdradzieckiego smoka Puczajkę, zamieniła Gorynycza w pasmo górskie dziś nazywane Uralem. Wąż utracił swą moc; został strącony piorunem Jarowita na dno Čortieńska i przykuty łańcuchem do korzeni Wielkiego Dębu. Każdy pierwszy wiosenny grzmot wzmocnił ów łańcuch, lecz ten słabł nieubłaganie, aż po raz drugi zerwał się w erze trzynastej, kiedy to uwolniony Gorynycz zamienił się w smoka z Vovel – obecne, trzecie, przedostatnie wcielenie Czarnoboga.
Gorynycz był królem wszystkich Čortów i innych istot czyniących zło, a jako nałożnice służyły mu mamuna Locha i Mara wraz z wszystkimi bieśnicami. Nie wystarczyły one jednak Wężowi Otchłani. Choć spętany łańcuchem Swarożycowej roboty, nawiedzał młode i piękne niewiasty z rodu ludzi podczas snu, aby napełniając ich łona swym obmierzłym nasieniem płodzić córki – Żmijewki. Miały one postać niewiast o oczach żmijowych, mogących w dowolnej chwili zamieniać się w wielkie żmije. Zęby owych córek Gorynycza były białe i ostre, sączyły bardzo silny jad, przeto ich ugryzienie przynosiło śmierć. Potrafiły zmieniać skórę jak węże, a ponadto dysponowały wielką siłą, tak, że skręcały głowy lwów, albo byków, oraz mocą magiczną. Zwierały małżeństwa z mężami z rodu ludzi, kusząc ich swą urodą ku ich zgubie, bo choć piękne, nie znały co to miłość, lecz były tak złe jak ich ojciec.


*




Banica z Lisopłochów, córka węża Gorynycza i prostej chłopki Średnicy, której ojcem był Wis, syn Staura z Siewielska, miała cerę jasną i jedwabistą, zaś wijące się jak małe żmijki pukle czarne niczym pkieł i miękkie jak sierść szczeniaka. Włosy opadały jej czarną, lśniącą kaskadą, aż do pasa. Żmijewka była smukła jak łania, a głos miała uwodzicielski niczym pienie rusałki albo syreny. Wychowywała się w rodzinie kmiecej razem z braćmi i siostrami, któych Średnica urodziła napełniona nasieniem rolnika Bądźwy. Od maleńkości budziła lęk – zarówno swą siłą, mocą czarodziejką, wężowymi oczami i zwyczajem zrzucania skóry w miarę dorastania, ale nikt nie ważył się jej skrzywdzić; czy to z litości, a może po prostu ze strachu przed zemstą jej ojca. Żmijewka Banica wychowywała się w Lisopłochach razem z ludzkimi dziećmi, aż przyszło jej świętować czternastą wiosnę życia. Była inna niż jej siostry. Nie radowała się kąsaniem i łamaniem kości, szczerze sławiła Ageja i Enków, choć mówiono, że jako córka Gorynycza nie ma szans na wieczne życie. Była cicha, spokojna, kochająca swą macierz i przybranego ojca. Nie sprawiała im zmartwień poza jednym; który chłopak zechce wziąć za żonę dziewczę tak niebezpieczne, chociaż piękne? W przeciwieństwie do innych Żmijewek, Banica pragnęła kochać i być kochaną, związać się z mężem, nie ku jego straszliwej zgubie, lecz po to by być mu żoną i matką jego dzieci. W Lisopłochach wszyscy synowie gospodarscy stronili od niej, jako od córki króla Čortów. Jeden tylko parobek Stesław, syn Greka Gebadiusza z Siewielnicy, odważył się okazać jej przyjaźń, choć wiedział, że jest groźna jak smok. Ich przyjaźń przerodziła się w miłość, która napełniła wieś przestrachem i zgorszeniem.




- Gorynycz nie byłby jej spłodził, gdyby mu na to Agej nie pozwolił – przemawiał Stesław na wiecu, który zwołano aby wyperswadować mu pomysł ślubu ze Żmijewką – więc skoro żyje, ma to sens. Zresztą każde życie, nawet przysługujące złej istocie, pochodzi od Tego, który jest Dobrem i dlatego zawsze ma sens. Miast nas potępiać, pozwólcie raczej Banicy zerwać to co ją łączy z ojcem – Čortem, nie zabijajcie jej, ale raczej dajcie jej szansę stać się istotą ludzką – więc chociaż niezbyt chętnie, zgodził się na propozycję parobka, bo sam duch Ageja mówił jego ustami.
Stesław wiedzia już jak może połączyć się z Banicą. Za radą starego kapłana Orłosza, któy odszedł z kąciny, by wieść w puszczy życie pustelnika, zaprowadził swą wybrankę nad świętą rzekę Visanę, której wody miały moc leczyć choroby i niweczyć złe czary. Żmijewka prowadzona przez Stesława pod rękę, trzy razy zanurzyła się w szarych wodach Visany. Za trzecim razem niebo pociemniało, jakby hordy strzyg zasłoniły Słońce i w oddali rozległ się dobiegający z najgłębszej głębi Ziemi ryk szarpiącego łańcuchem węża Gorynycza. Ów pełen wściekłości ryk zamilkł gdy Jarowit strzelił piorunem. Banica wyszła z wody, a jej biała suknia ociekała ją. Niebo się rozjaśniło, zaś Żmijewka przestała być Żmijewką. Straciła moce nadludzkie, a jej oczy z żółtych stały się niebieskie. Stary pustelnik nadał jej nowe imię, które brzmiało Jasna, bo wody Visany zmyły z niej Ciemność.
Widząc ów cud chłopi z Lisopłochów już nie bronili Stesławowi i Banicy Jasnej wzajemnej miłości. Pobrali się i wyprawili wesele, na którym młodzieńcy i dziewczęta tańczyli radosny taniec przeplatany z gonitwą.




1 Imię moje jest Gorynycz!