piątek, 18 października 2013

Człowiek się skompromitował




,,Tu Żydzi, tu Polacy, tam Cyganie
Wznoszą się zwały trupów jak ryby spod fali,
Tybetańczycy, Ormianie o śmierciach
swych potwornych,
Wołają do Historii o ludzi mądrych
Miliardy trupów leża na wskroś Śmierci
Ona na samochodzie nad zabójcami
i zabitymi się mieści
Szkielet bez ciała, w skóry
starców odziana
Strzela z maszynowego karabinu jak mordercza
armata
Odkłada strzykawki z fenolem i 
sypie na trupów karki i głowy,
Ręką bez mięśni i bez skóry
gęsty grad żałobny
Dzieci sztucznie poronionych'' - ,,Milenium czyli Nowe Triumfy''.



- Zapewne wiecie towarzyszu Czarny, że jesteście jedyną osobą, której ufam - w swej kwaterze Plaptonius mówił do Jana czarnego siedząc za biurkiem. - Chcę usunąć Kohlbauma, no wiesz, Sieradzkiego.
Jan Czarny w milczeniu stał przed biurkiem i czekał na polecenia.
- Aby go zabić musimy działać przebiegle, aby nasz spisek zyskał aprobatę innych Dziadowskich i nie został ukarany. Siła Kohlbauma leży w autorytecie jaki on posiada; jeśli chcemy go zniszczyć, musimy najpierw wyzuć go z czci, a wtedy ja będę dowodził pawlaczcykim Dziadostwem! - po tych słowach przekazał Czarnemu dwa przedmioty mające skompromitować Sieradzkiego. - W nocy pójdziesz do jego pokoju;



krzyż mu zawiesisz na szyi, a sfałszowaną legitymację z CIA włożysz do kieszeni - po tych słowach Jan Czarny w milczeniu opuścił kwaterę Plaptoniusa i spełnił powierzone mu zadanie.
Rano chodził po sieni nie mając żadnego zajęcia, a było to 2 sierpnia 1950 roku. Jan Czarny sam przebywał w sieni. Znużony chodzeniem w kółko, usiadł na zydelku i zamknął swoje jedyne oko. ,,Synu wróciłeś! Gdzie żeś ty bywał, czego się nauczyłeś? Wielka rewolucja potrzebuje wielkiej krwi. Wybaczcie... Kochaliście mnie i ja was kocham, ale muszę to zrobić'' - przychodziły mu na myśl słowa z 45 roku. Dalej pamiętał strzały, bliskie mu osoby leżały na podłodze rodzinnej chaty w kałużach krwi. Wstał z zydelka i otworzył oko. ,,Janek wrócił''! - jego siostra Kunegunda pierwsza dostrzegła jego powrót. Widział śmiejącą się twarz dziecka, a chwilę później zmasakrowały ją kule z karabinu. Matka; rodziła go, karmiła swym mlekiem, przewijała, opiekowała się nim dniami i nocami, wszystko to robiąc z miłości, a teraz leżała zastrzelona przez własnego syna. ,,Jeśli kto jest zbrodniarzem a kocha matkę, jeszcze jest zdolny do bycia dobrym, lecz każdy kto matkę swoją nie szanuje i zasmuca, jest tylko podłym stworzeniem'' - mówił mu ojciec. A teraz jego mózg rozlał się na klepisku. To były straszne wspomnienia. Pod białym sufitem latały duże, czarne muchy, a dom, z którym łączył tyle wspomnień, zamienił się w stertę dymiących gruzów. ,,Twierdzą nam będzie każdy próg...'' Ale przecież robił to dla światowej rewolucji, tak uczył go



 Bierut. Słuchał opowiadań o ,,młodocianych bohaterach'' z Unii Sowieckiej; Proni Kołybinie i Pawliku Morozowie denuncjujących ojca i matkę, lecz nigdy nie akceptował ich czynu. Przeciwnie, uważał, że skoro człowiek tak wielki jak Lenin też miał ojca i matkę, nie mógł pochwalać takiej zbrodni. Tak uważał. Do czasu...
Dopiero po czasie zobaczył, że na stoliku koło zydelka znajduje się czarny telefon. Nie myśląc już wcale wykręcił szóstkę; najpierw jedną, potem drugą, a potem następną. Był to numer do piekła. Analogicznie numery do Nieba to: 777, 3, 9 i 10, a do czyśćca - 77. Gdyby podjąć takie starania , numerem uniwersalnym do wszystkich instytucji świata doczesnego mogłaby być czwórka.
- Na jutro rewolucja potrzebuje najstraszliwszej broni jaką tylko możecie znaleźć na potrzeby rozkułaczania mojej wsi - mówił przez słuchawkę.



Wtedy w sieni ukazał się diabeł (ten sam co niegdyś dał czarodziejską siekierę Panu Konidzie) i zabrał Jana Czarnego do piekła. Jego wygląd oczywiście zmieniono; usuwając widok ognia, kar, rozmaitych innych przerażających scen, aby przypadkiem Jan Czarny nie nawrócił się widząc tragedię do jakiej zmierzał. Przecież zło zawsze jak dobro chce wyglądać... Towarzysz Czarny szedł długim korytarzem, a spoglądając w sufit trupiobladej barwy, widział dwa podłużne teleekrany; na jednym z nich były tańczące pary wśród muzyki, na drodze wysypanej piaskiem i obsadzonej kwiatami. Ów obraz był oczywiście ocenzurowany; teleekran nie pokazywał jak weselący się ludzie spadali w przepaść nawet nie wiedząc o tym.
- Co to za ludzie? - spytał się Czarny.
- To są wszyscy - odpowiedział idący z nim diabeł.
- Przecież wiem, że nie wszyscy tak żyją, chcę widzieć całą prawdę! - oponował zaintrygowany.
- Ci ludzie należą do nas - mówił przewodnik Jana Czarnego.
Wtedy włączył się drugi teleekran i byli na nim inni ludzie; szli wśród cierni i kamieni, potykali się, ale wstawali i szli dalej. Ten obraz również ocenzurowano - ci ludzie zostawali na końcu wynagradzani za swą pełną poświęcenia drogę, ale tego nie pokazano na teleekranie.
- A ci dostają się Komuś lepszemu - powiedział diabeł.
Wtedy oku Jana Czarnego ukazał się Bierut i wszystkie nawet najbardziej absurdalne argumenty ateizmu odżyły w jego duszy. Wyrzuty sumienia zostały zagłuszone.



Na końcu wędrówki ujrzał Śmierć. Był to ubrany na czarno kobiecy szkielet z ogromną, czarną kosą ostrzoną na ludzkiej czaszce, zasiadający na tronie z drutu kolczastego. Jan Czarny ukląkł przed kościotrupem i pocałował w rzepkę.
- Zawsze myślałem, że jesteś personifikacją, a nie personą - powiedział do przerażającej istoty.
- Jak widzisz racjonalizm bywa mylący - odrzekła Śmierć. - Początkowo mieszkałam w ciemnym i mokrym jebłku, ale Jewa je ugryzła i mnie wypuściła i od tej pory zabijam was tę oto kosą.
- Twoja wypowiedź przypomina mi ,,Rozmowę Mistrza Polikarpa...'' z tobą - zauważył Jan Czarny.
- Ale to nieprawda, że nikomu nie oddaję swojej kosy! - żywo zaprzeczyła Śmierć. - Co jakiś czas pożyczam ją danym osobom, aby mi pomagały, a gdy przestają być potrzebne, zabijam je same...
- Nie rozumiem jak możesz zabić dwóch ludzi na dwóch kontynentach jednocześnie - dziwił się Jan Czarny - a poza tym czy nie lepiej by istniało kilka Śmierci? Jedna do ludzi, druga do zwierząt, trzecia do roślin, czwarta do bakterii etc?
- Ja też mam swoje tajemnice - odparła Śmierć. - W tym wieku z powodu waszego grzechu, z którego jest



zrobiona moja kosa, mam bardzo dużo zajęć. Najpierw pożyczyłam kosę Abdulhamidowi II aby mordował Ormian, potem Leninowi, Stalinowi, następnie Hitlerowi, a teraz Stalin znów jest głównym depozytariuszem. Co za wiek! - westchnęła Śmierć. - Kiedy przed wojną byłam na Ukrainie, to potem musiałam się trzy moczyć w smole ze zmęczenia, a gdy ostatnio wróciłam z Oświęcimia to myślałam, że zaharuję się na samą siebie! Jeśli możesz, zadzwoń do Stalina i powiedz mu, że jeśli nie przestanie mnie traktować jak swoją niewolnicę, będę dlań szczególnie sroga. Zabijam wasze ciała na wszystkie sposoby, lecz już raz zostałam zwyciężona - nie mogę wam zabijać dusz, bo przecież od 33 roku możecie zmartwychwstawać. W rzeczywistości moja klęska jest już przesądzona, może nastąpić w każdej chwili; ciężki jest żywot Śmierci! - po tych słowach dała Janowi Czarnemu swoją kosę, a na odchodnym rzekła:
- Stalinowi powiedz, że przyjdę do niego w 1953 roku. My zaś spotkamy się ponownie jeszcze w tym tygodniu!
Pan Andreus ov Leovishiner mówił kiedyś, że tylko szaleniec nie boi się śmierci - z tego wynika, że Jan Czarny był szalony!
Siedział w sieni na zydelku z czarną Kosą Śmierci na kolanach. Wtedy przyszedł Towarzysz Pogranicznik.
- Towarzyszu Czarny! Towarzysz Sieradzki wzywa was na górę!
Posiadacz morderczej kosy wstał i poszedł do sali konferencyjnej na poddaszu. Zaczynała się narada wojenna. Sieradzki wyznaczył Towarzyszowi Pogranicznikowi rolę konferansjera, a następnie udzielił głosu proszącemu oń Plaptoniusowi. Ten podszedł do mikrofonu.
- Dzisiaj rano, towarzysz Czarny zdobył dla nas broń groźniejszą od bomby atomowej - Dziadowscy słuchali w skupieniu, a Jan Czarny wyszedł na środek z kosą. - Oto Kosa Śmierci, ta sama, której używa Śmierć do zabijania - na te słowa zamilkł aby zbadać reakcję słuchaczy.
- Ha, ha, ha, ha i jeszcze raz ha - komuniści wybuchnęli homeryckim śmiechem, a Sieradzki gniewnie zmarszczył brwi.
- Towarzyszu Plaptoniusie - powiedział surowo - rewolucja nie potrzebuje błaznów. Wszyscy wiemy, że kostucha z kosą nie jest samą śmiercią, a tylko jej symbolem, przeto bardzo proszę towarzysza Plaptoniusa, aby nie żartował z walki z reakcyjnym kułactwem!
- Ale ta kosa jest naprawdę niezwykła - bronił się Plaptonius - pozwólcie, że zademonstruję - wziął doniczkę z kwiatem i przesunął przez roślinę ostrze kosy; kwiatek zwiądł, mimo, że nie został rozcięty.
Komuniści chcąc - nie chcąc uwierzyli, ale jeden z nich był szczególnym niedowiarkiem.
- A ja wątpię aby tym można było walczyć z całą wsią.
- To może wypróbujemy kosę na karku towarzysza? - zapytał się Plaptonius, a tamten zamilkł skonfundowany.
- Czy mam teraz zabić Sieradzkiego? - spytał się Jan Czarny Plaptoniusa na uboczu.
- Nie, jeszcze trzeba poczekać - zaprzeczył Plaptonius.
- Prosimy towarzysza Czarnego o wygłoszenie przemówienia z okazji zdobycia Kosy Śmierci! - po chwili milczenia powiedział Towarzysz Pogranicznik.
Jan Czarny podszedł do ściennej mapy przedstawiającej Pawlaczycę.
- Tu jest Cmentarz - powiedział wskazując palcem - naszym celem jest sprawić aby przybyło na nim grobów! - zakończył.
Skwitowała to owacja na stojąco; rzadko kiedy członek Kominternu potrafił wypowiadać się tak krótko i zwięźle.
- A gdzie towarzysz Czarny dostał tę kosę? - ktoś się spytał.
- W piekle - odparł Jan Lechicz.
- A kto dał? Czy Śmierć jest szkieletem? - padły dalsze pytania.
- On jest zakochany w niej! - ktoś inny szepnął, na co padły słowa:
- No cóż; każda potwora znajdzie amatora, a dobry koń i po grudzie pójdzie - mówił podpity mężczyzna - ona łysa, on łysy, to pasują do siebie!
Jan Czarny bez słowa podszedł do żartującego człowieka, dwoma palcami zamknął mu powieki, a wtedy z ust buchnęła fala krwi. On zaś trzymał kpiarza za chochołę i patrzył jak biała koszula przybiera barwę krawatu.
- Puśćcie już to ścierwo, towarzyszu Czarny - poprosiła pobladła i stojąca Sylwia Andrzejczykowa.
Martwe ciało opadło na krzesło dając odstraszający przykład wszystkim, którzy chcieliby żartować z ,,narzeczonej'' Jana Czarnego.



- A teraz przyjdzie do nas delegat bratniej organizacji, Socjalistycznego Czarnego Zakonu Dziadostwa Niemieckiego, a nasz gość z NRD, towarzysz Berthold Scheker - Towarzysz Pogranicznik nie tracił zimnej krwi.
Co innego inny członek Dziadostwa - widząc straszne zdarzenia chciał zrobić znak krzyża, lecz przypomniał sobie, że należy do organizacji ateistycznej, toteż poprosił o możliwość wyjścia do sanitariatu, a gdy tam się znalazł, żegnał się jakby to było odpędzanie od much.
Tymczasem Niemiec przyszedł już, a Towarzysz Pogranicznik z konferansjera zmienił sie w tłumacza. Scheker przywiózł ze sobą dziwny obiekt zakryty płachtą materiału.
- Towarzysze! - mówił odsłaniając jeżdżący na kółkach obiekt. - Oto Ul Śmierci. Skonstruowali go niemieccy uczeni na usługach nazizmu i chcieli wypróbować na grupie więźniów obozu koncentracyjnego w Auschwitz, lecz Armia Czerwona zdążyła wyzwolić obóz - mówił Scheker. - Naziści zdołali wywieźć Ul Śmierci do Berlina, a po jego zdobyciu, jakiś amerykański żołnierz interesujący się bartnictwem, trzymał go w swoim mieszkaniu. Na szczęście nasi dzielni agenci ze Stasi zabrali amerykańskiemu szpiegowi tę broń i przekazali ją naszej organizacji...
Tego dnia Dziadowscy byli już gotowi uwierzyć we wszystko.
- ... Ul Śmierci jest bardzo skuteczną i nowoczesną bronią - ciągnął Berthold Scheker - w skład kompletu bojowego wchodzą: ,,Miód Śmierci'' czyli napalm, roboty bojowe - latające IMAGO A - 5, roboty bojowe - pełzające LARVA A - 5, bomby uniwersalne - zminiaturyzowane OVO A - 3 i automaty kierujące płomienie ognia we wszystkich kierunkach PUPA A - 4 - towarzysz Berthold mówił z entuzjazmem, a Plaptonius słuchał z wypiekami na twarzy.
Poprosił o głos, uznał bowiem, że to odpowiednia pora na obalenie Sieradzkiego i przejęcie jego władzy.
- Towarzysze! - przemawiał z obłudą. - My wszyscy zbrojący się na śmiertelny bój z siłami kontrrewolucji, musimy wiedzieć, że wśród nas; wojowników Lenina i Stalina nie potrzeba zdrajców, a ci są wśród nas! - powiedział z patosem i naciskiem.
- Kogo uznajecie za zdrajcę? - spytał Sieradzki.
- Was Witoldzie Florianowiczu! - odpowiedział Plaptonius, a wszyscy zamarli. - Podczas gdy całe pawlaczyckie Dziadostwo obdarzyło was zaufaniem - podszedł blisko do Sieradzkiego - wy prowadziliście działalność szpiegowską na rzecz Watykanu - mówiąc to zerwał mu krzyż z szyi - i Stanów Zjednoczonych - wyrwał z kieszeni sfałszowaną legitymację z CIA.
Sieradzki pojął, że Plaptonius przeprowadził spisek i, że oto cała jego kariera legła w gruzach. Pobladł i nie mógł wymówić ani słowa, słyszał tylko jak poprzedni podwładni teraz domagają się jego śmierci i wyrażają zgodę na objęcie stanowiska przez Plaptoniusa.



- Towarzyszu Scheker - mówił Jerzy Janowicz - udziel Miodu Śmierci, czy też napalmu, aby kara dla tego ścierwa i szui była odstraszająca i napełniła trwogą wszystkich agentów imperializmu i reakcjonistów! - Plaptonius był okrutny, a o tej chwili marzył od zawsze.
Berthold Scheker nacisnął przycisk i ciało Sieradzkiego stanęło w płomieniach. Krzyczał i błagał o litość, lecz Plaptonius pokazywał jego agonię mówiąc:
- Taki los czeka wszystkich przeciwników mojej władzy!
Sieradzki upadł na podłogę i nie mógł żadnym sposobem ugasić galaretowatej substancji. Andrzejczykowa po kryjomu płakała z jego powodu. Tymczasem Plaptonius bił go pogrzebaczem, pluł na niego i mówił:
- Nareszcie się zemściłem za wszystkie upokorzenia, ty ,,wzorowy uczniu'', ty ,,oddany orędowniku socjalizmu'', ty szewsko - żydowska świnio; Aserze Kohlbaum!
Gdy miał już pewność, że Sieradzki umarł, wydał dyrektywy.
- Niech Towarzysz Pogranicznik i Jan Lechicz pójdą z poselstwem do kułaków; jutro rozpoczniemy bitwę!

*

- Ja to dzisiaj jestem zawiedziony - na plebani Pan Sołtys stojąc położył różaniec na stole - wcześniej bym takich rzeczy bał się powiedzieć, ale skoro już jutro mogę zginąć, nie będę się krępował; z moją wiarą jest niedobrze...
Ksiądz Dobrodziej słuchał w milczeniu, a Pan Sołtys kontynuował wyznanie;
- Ja naprawdę jestem wierzący; ksiądz mi mówił o Lepanto i Chocimiu, o tych zwycięstwach wymodlonych na Różańcu i ja wierzyłem, słyszałem, że objawienia w Fatimie były w tym samym roku co rewolucja w Rosji, i że w religii nie ma przypadków, słyszałem te i wiele innych rzeczy, to jest wszystko bardzo piękne, ale dlaczego Pan Konida, były psychopata nie został potępiony dzięki wierze, dzięki Różańcowi, a my choć codziennie całą wioska modliliśmy się o pokój, będziemy mieć wojnę. Czyż Bóg nie kocha wszystkich? - zakończył wypowiedź dramatycznym pytaniem.
- Nie wszystkich, ale każdego,  a to jest różnica - odpowiedział Ksiądz Dobrodziej.
- To dlaczego pozwala, aby Dziadowscy  nas mordowali, przecież ich ofiarą pada wiele bezbronnych kobiet i dzieci... - oponował Pan Sołtys.
- Sam powiedziałeś, że robią to Dziadowscy - odrzekł Ksiądz Dobrodziej.
- Ale Bóg na to pozwala! - odpowiedział Pan Sołtys. - Przecież nie tylko ja to widzę, ale nawet w Piśmie Świętym; przecież dlaczego te dzieci miały zginąć, skoro Bóg narodził się w ich mieście i na pewno mógł je ratować? - takie pytanie nigdy wcześniej nie zostałoby zadane, Pan Sołtys po prostu nie odważyłby się.
- Więc przeciw czemu, lub komu chcesz protestować? - padło pytanie proboszcza.
- Ja wcale nie protestuję, ale uważam, że skoro Bóg dokonał takich cudów w Starym Testamencie, to dlaczego w Nowym nie powstrzymał przed zabiciem tych niemowląt, dlaczego nie ukarał tych co odmówili



Mu gościny, nie zabił Heroda, arcykapłanów i Piłata, ale pozwolił się ukrzyżować, dlaczego tyle troski poświęcił stale zdradzającemu Go narodowi wybranemu, a nas zawsze wiernych wydaje w ręce bezbożników? - kryzys wiary zarysowywał się z każdym zdaniem.
- A uważasz, że jak byłoby lepiej? - Ksiądz Dobrodziej nie poddawał się emocjom.
- No jak to jak? - żachnął się Pan Sołtys. - Najlepiej by było gdyby przeszkodził tym szujom w mordowaniu naszych jeszcze przed popełnieniem zbrodni. Wtedy nie byłoby grzechu - mówił z przekonaniem.
- Ale wtedy nie byłoby też wolności, za którą tak tęsknimy; bo przecież prawdziwa wolność to świadomość różnicy między dobrem a złem i świadomy wybór dobra. Wolna wola nam w tym pomaga, ale nie zawsze robimy z niej dobry użytek - tłumaczył cierpliwie, ale Pana Sołtysa to nie przekonywało.
- Uważam, że skoro dał wolną wolę, powinien karać za jej nadużycia np. wyniszczyć Dziadowskich zanim zdążą skrzywdzić tylu następnych ludzi. Uważam, że skoro Jan Czarny zabił rodzinę, powinien zginąć już po pierwszym trupie. To byłaby sprawiedliwość - polemika trwała.
- Szatani też wielbią Sprawiedliwość, ale nie uznają Miłosierdzia - mówił Ksiądz Dobrodziej, a Pan Sołtys zainteresował się przeciwnymi mu argumentami. -  To jest taka sprawa, że nawet najlepsza mowa nie odda całej prawdy, tu oprócz słów potrzeba czynów, aby mogła się narodzić, bądź umocnić wiara. Uważasz, że Bóg powinien zabić Dziadowskich, ale kim my jesteśmy aby mówić Mu co powinien?! Jesteśmy tylko stworzeniami; ty, Plaptonius, Czarny, ja - wszyscy tak samo bezbronni, a pycha jest szaleństwem, bo przysłania nam prawdę o tym. Drogi Pana nie są naszymi drogami - Jego są lepsze, pozwólmy Bogu być sobą. I tak każdy grzech będzie ukarany; dla Boga tysiąc lat jest jak jeden dzień, a grzesznicy potrzebują czasu aby się nawrócić...
- Ale gdyby byli karani od razu, mniej ludzi byłoby przez nich krzywdzonych - Pan Sołtys dalej oponował.
- Dobrze, żeś to powiedział, bo pójdę śladem twego myślenia. Zadam pytanie tobie, który chcesz śmierci naszych ciemiężycieli. Dlaczego Bóg nie potępił ciebie kiedy byłeś nietrzeźwy, całowałeś krowę robiąc przykrość żonie, byłeś hipokrytą, a swojego zięcia obecnego chciałeś spalić na stosie, czy kiedy robiłeś te rzeczy myślałeś o Sprawiedliwości, której się teraz domagasz? - pytanie ugodziło w samo serce sołtysowego faryzeizmu.
Pan Sołtys uczuł wstyd, ale nadal chciał szukać odpowiedzi.
- Wiem, że nikt nie jest bez grzechu, ale mimo wszystko żeby przynajmniej jakieś upomnienia były aby nas (nie tylko Dziadowskich, bo dziadostwo jest w każdym z nas!) powstrzymać?
- Taką rolę pełni sumienie - mówił Ksiądz Dobrodziej.
- Ale Dziadowscy go nie mają! - zaprzeczył Pan Sołtys.
- Nie ma ludzi bez sumienia - zaprzeczył Ksiądz Dobrodziej - bo sumienie jest głosem Boga, ale nie wszyscy chcą go słuchać.
- Pokusy są takie silne, a sumienie tak łatwo zagłuszyć - myślał Pan Sołtys - czy dobro jest naprawdę silniejsze od zła?
- Dobro dlatego jest dobrem, że się nie narzuca inaczej niż siłą prawdy. Bóg szanuje człowieka mimo codziennie doznawanych odeń cierpień, a tam gdzie grzech, jeszcze obficiej rozlewa się łaska.
- Nadal nie rozumiem dlaczego mamy wolną wolę? - pytał Pan Sołtys. - Czy nie lepiej byłoby działać bez możliwości wyboru? Byłoby wygodniej.
- Jeśli swoje posłuszeństwo chcesz koniecznie opierać na strachu to idź służyć Stalinowi - powiedział Ksiądz Dobrodziej - i naprawdę nie rezygnuj z odmawiania Różańca, jeszcze zostaniesz nim uratowany. W Betlejem przegrał nie Jezus, ale ci co Go odrzucili, tak samo było później, tak samo jest dzisiaj. Odnośnie jutrzejszej bitwy, klęskę poniosły nie nasze modlitwy. Wojna to klęska człowieka.
- Ja to tylko proszę aby Ksiądz Dobrodziej modlił się o zaradzenie mojemu niedowiarstwu - z pokorą odpowiedział Pan Sołtys.
Przyjaciele opuścili plebanię i udali się na stałe miejsce wiecu, gdzie rozpoczynały się zbrojenia. Ogromne rzesze uzbrojonego chłopstwa stały na łące przed domem Pana Sołtysa, razem ze swoimi Siwkami i Kasztankami, Karymi, Gniadymi i Bułanymi, które teraz ze zwierząt pociągowych miały stać się bojowymi wierzchowcami. W dłoniach trzymano kosy, motyki, cepy, noże, siekiery, a nawet łuki, strzały, maczugi. Kowal dzierżył młot i dębowy konar. Krawiec i Szewc za pasem nosili szydła niczym rycerze sztylety. Rybak stanął do boju z siecią. Wielu chłopów wzięło ze sobą widły i grabie. Heniek de Slony nalewał do znalezionych na wiejskim śmietnisku butelek oliwę i zatykał otwory szmatami - pracował nad prowizorycznymi bombami, lecz pragnął mieć to już za sobą. Co innego było w młodzieńczym zapale, czy też raczej zaślepieniu zabijać wyimaginowanych Sowietów zabójczą bronią wyobraźni, a co innego uczestniczyć w prawdziwej walce. Czuł, że nie będzie mógł zabijać ludzi, niezależnie od ich stosunku do zasad etyki i moralności. Pan Sołtys z grzbietu karej klaczy obejmował wzrokiem całą mobilizację.
- A wy, waszmość czym będziecie walczyć? - spytał stojący Szewc.
W odpowiedzi Pan Sołtys wyciągnął z kieszeni brzytwę, której na co dzień używał do golenia i zademonstrował jej ostrze. Nigdy żaden wiec nie zaangażował tylu mieszkańców wsi, co dzisiejsza mobilizacja. Obecni byli niemal wszyscy mężczyźni z wyjątkiem tych najbardziej niedomagających. Kobiety, którym przewodziły Stara Babucha, Pani Sołtysowa i Lawendycja de Slony miały być sanitariuszkami. Wysłano posła do Dziadowskich z prośbą o zachowanie nietykalności im i dzieciom, tudzież o nieniszczenie zasobów naturalnych i dóbr kultury jak np. Kościół czy Cmentarz. Kobiety i starcy przygotowywali prowiant dla walczących. Chłopi robili wszystko co w ich mocy aby zachować dzieci jak najdalej od bitwy.
- Niezależnie kto wygra - mówił Ksiądz Dobrodziej - pamiętajcie, że jedynym zwycięzcą będzie ten kto zdobędzie się na przebaczenie. Naszym modlitwom nie udało się zapobiec wojnie, tak samo zabiegom dyplomatycznym; nie jest to klęska Boga, ale człowieka, który w swoim zaślepieniu odrzuca ofiarowany mu pokój. Nie traćmy jednak nadziei, że Dziadostwo nie będzie miało ostatniego słowa. Nasza Matka ocaliła Pana Konidę przed piekłem, więc może i nas ocalić przed wymordowaniem lub wysiedleniem. Biada jednak tym, którzy pod Bożym imieniem będą ukrywać nienawiść do kogokolwiek. Dziadostwu będzie lżej na sądzie niż takowym, bo ,,Nie będziesz brał imienia Pana Boga twego do czczych rzeczy''; bo ,,kto mówi, że kocha Boga, a brata nienawidzi jest kłamcą''. Cóż więc mamy robić, skoro to nie my jesteśmy najeźdźcami! Walczcie z pasją, ale bez nienawiści. Pomagajcie wszystkim rannym, nawet Dziadowskim. Oszczędzajcie wszystkich bezbronnych, jeńców traktujcie tak jak sami chcielibyście być traktowani w niewoli. Kto zabije człowieka, niech się usunie z pola walki aby pod figurą Maryjną modlić się za jego duszę. Zależnie od liczby zabitych przeciwników, na tyle lat nie będzie można przystępować do Eucharystii, aż liczba lat stosowna do liczby zabitych przeminie - chłopi nie nudzili się ani przez chwilę; wojnę uważali za przymus. - Wiem, że te słowa są trudne, ale nie potępiam was, będę walczył razem z wami - zakończył Ksiądz Dobrodziej, a podkreśliła to burzliwa owacja chłopów.
Następnie odbyły się ćwiczenia wojskowe. Kowal zdobycznymi drzwiami jak tarczą zasłaniał się przed ciosami ostrza kosy. Wtem ni stąd ni zowąd pojawił się jego synek; bez wiedzy dorosłych napatoczył się na miejsce ćwiczeń i odciągał od nich ojca.
- Synku - mówił Kowal - raz, że przyszedłeś bez zgody tatusia, to jeszcze tatusiowi przeszkadzasz. Tatuś ciebie kocha i nie chce abyś dostał paskiem! - odruchowo łzy stanęły Kowalowi w oczach.
Ćwiczenia zostały przerwane. Ksiądz Dobrodziej postanowił interweniować inaczej niż Kowal, ale z pełnym uszanowaniem jego autorytetu rodzicielskiego.
- Jeśli to możliwe, proszę Bartosza Kowalskiego do stodoły, jak Pan Sołtys pozwoli na rozmowę - poprosił.
- Ależ oczywiście - odparł Pan Sołtys - możecie rozmawiać w mojej stodole, a ja dopilnuję aby nikt nie podsłuchiwał, ani sam nie będę - zapewnił.
Ksiądz Dobrodziej z Kowalem rozmawiał w stodole szeptem:
- Wydaje mi się, że nie powinieneś zbyt surowo odganiać stąd dziecka. Jeszcze bitwy nie ma, a myślę, że obawia się o ciebie i cię kocha; nie odtrącaj go mimo wielu zajęć. Radzę też wysłuchać co ma do powiedzenia, a cokolwiek powie potraktuj poważnie.
- Tak zrobię - rzekł Kowal, który naprawdę kochał swoje dziecko.
Chłopczyk zaś trzymał w ręku szkolny podręcznik do historii.
- Tatusiu - mówił roztrzęsiony - ja i tak wiem, że jutro będziecie walczyć z Dziadostwem, co zabiło mi siostrzyczkę.
- Synu, skąd ty to wiesz... - zastanowił się Kowal.



- Wszyscy to wiedzą - odparł maluch - a w tej książce do historii jest o takim panu Kościuszce co miał chłopów i walczył z zaborcami. I jego chłopi mieli takie kosy - pokazał obrazek przedstawiający kosyniera z jego specyficzną bronią - i nimi zwyciężali wszystkie dziadostwo, nawet armaty - dziecku oczy się świeciły a głos był zmieniony pod wpływem emocji.



Kowal przez chwilę oglądał scenę bitwy pod Racławicami, dumał i mruczał:
- Hmmm. To jest myśl!
Wysoko podniósł do góry i wycałował syna, wziął szkolny podręcznik i machając nim, zwrócił się do Pana Sołtysa i innych chłopów.
- Słuchajcie! Mój synek przyniósł tu taką książkę do szkoły, a w niej o Kościuszce było. Wicie, miał on takich kosynierów, czyli chłopów jak my, ale walczących z kosami na sztorc i zdobywających nimi rosyjskie armaty i ja tak myślę, abyśmy i my sobie takie kosy zrobili... - zakończył z bijącym sercem.
Panu Sołtysowi pomysł się spodobał i wszyscy posiadacze kos, przerobili je na modłę uzbrojenia bohaterskiego chłopstwa XVIII - wiecznej Polski.
Z wolna zbliżał się wieczór, a niebo tonęło w czerwieni jakby zapowiadając krew, którą jutro miała pochłonąć ziemia.
Pan Sołtys ostrzył brzytwę na jutrzejszy dzień, kiedy do mobilizujących się chłopów przyszli Towarzysz Pogranicznik i Jan Czarny z poselstwem od Plaptoniusa.
- Sieradzki był zdrajcą, świnią, reakcjonistą, szpiegiem Watykanu i Stanów Zjednoczonych - mówił Towarzysz Pogranicznik, a chłopi mieli nadzieję, że w Dziadostwie wybuchł spisek, który może zapobiec bitwie, bądź ją opóźnić.- Dlatego został przykładnie ukarany, śmiercią godną wszystkich sabotażystów i faszystów - uroczyście ciągnął Towarzysz Pogranicznik, a chłopstwu kamienie potężną lawiną spadały z serc. - Obecnie naszym przywódcą jest towarzysz Jerzy Janowicz Plaptonius. - Sieradzki mordował was tysiącami, a on będzie was mordował milionami. Na pohybel kułakom! Nie chcemy z wami wojny; niesiemy wam wolność i pokój, ale jutro zafundujemy wam taką walkę o wolność, że kamień na kamieniu nie zostanie - chłopi byli zawiedzeni i drażniła ich aż nazbyt krzykliwa hipokryzja.
Jan Czarny milczał, a Towarzysz Pogranicznik choć zaschło mu w gardle nadal perorował:
- Już jutro przybędą ochotnicy z wojska i milicji aby dopomóc nam w ostatecznej rozprawie, ale o prawdziwych narzędziach zagłady dowiecie się dopiero jutro - myślał o Ulu Śmierci i Kosie trzymanej ręką Jana Czarnego.
- A my mamy opiekę Maryi - odparł spokojnie Ksiądz Dobrodziej.
- Będziemy korzystać z karabinów maszynowych! - groził Towarzysz Pogranicznik.
- A my z Różańca - odparł Ksiądz Dobrodziej.
- Nie chcę wnikać w wasze wierzenia - ciągnął komunistyczny poseł, - ale jesteście już teraz skazani na klęskę, więc zanim przegracie, lepiej w miejscu obrazów urządźcie sobie kącik bezbożnika! - nietykalność posła podziałała nań jak woda sodowa.
Łukasz nie zdzierżył tego aktu chamstwa i arogancji, który oburzył całą wieś. Uczeń Pana Konidy i Mądrego Osła podbiegł i uderzył pięścią posła od Dziadowskich.
- To tak wasz papież uczy przestrzegać prawa? - warknął Towarzysz Pogranicznik przez Łukasza trzymany za chochołę.
- Zabiłbym cię gdybyś nie był posłem, więc teraz miarkuj się i nie nadużywaj swojego immunitetu! - mówił Łukasz Skyjłycki.
Jan Czarny z ogromna, nadludzką siłą, rozdzielił skłóconych i rzuciwszy młodym Skyjłyckim jak szmatą, sprawił, że ten zdarł sobie sukmanę z pleców szorując grzbietem po trawie. Następnie pomógł wstać Towarzyszowi Pogranicznikowi. Ostatnie poselstwo Dziadowskich dobiegło już końca. Kiedy odchodzili, na trawie został niezauważony przez nich czarny przedmiot. Pistolet.
- A czekajcie huncwoty! - krzyknął za nimi oburzony Pan Sołtys. - To tacy z was posłowi?! - komuniście odwrócili się. - Poseł chodzi bez broni, a wy ją mieliście aby nas mordować. Oszuści! - był czerwony z gniewu, a posłowie nie wiedzieli co mają zrobić; pistolet leżał pomiędzy nimi a mieszkańcami Pawlaczycy. Obie strony miały doń równą drogę; czy zechcą zabrać i zastrzelić jego nieuczciwych właścicieli?
- Zabij ją! - szepnął przerażony Towarzysz Pogranicznik do Jana Czarnego, widząc jak Lawendycja de Slony wychodzi z tłumu i podnosi z trawy zabezpieczony pistolet. Córka Pana Sołtysa bez słowa podeszłą do Towarzysza Pogranicznika i oddała mu pistolet, o czym odeszła. Wszyscy zamarli oczekując najgorszego. Również dla samych posłów nie było to sprawą obojętną - nigdy nie spodziewali się bezinteresownie wyświadczonej przysługi. Przywykli do rozmaitych układów; żyli ,,błatem'' tak samo jak i Unia Sowiecka. Było to dla nich niepojęte; oddać pistolet osobie, która jutro może zabić kogoś z jej bliskich, do tego samemu ryzykując życiem? To była żywa ilustracja pojęcia bezinteresowności - zrozumieć może to tylko ten, kto sam jej doznał i postępuje według jej zasad. Towarzysz Pogranicznik odbezpieczył broń i zastrzelił wronę mówiąc:
- Tak jutro wszyscy zginiecie! Z wyjątkiem jej - dodał ciszej.
Z otworu na usta w czarnym garnku, wydobyła się struga płomieni, która otoczyła obydwu posłów, aż ci rozpłynęli się wśród morza purpury, zewsząd otaczającego całą półkulę. Niczym ryby pływały w nim rozmaite gatunki krukowatych, a ich krakanie było niczym szum fal, uwieczniony w muszli, którą zamiast macicy perłowej wyścielały chmury.
Powoli zaczynało się ściemniać i purpurowa krew firmamentu wsiąkła w czarną glebę nocy, na której Księżyc przypominał ogromną perłę.
Chłopi zaczynali się rozchodzić do domostw, ale wielu z nich koczowało na placu ćwiczeń. Z Kościoła dochodziły dźwięki pieśni:

,,Od powietrza, głodu, ognia i wojny
Zachowaj nas Panie''.

Ta noc dla wielu miała być ostatnią nocą w życiu; już jutro odbędzie się straszliwa bitwa , wojna światów ,,ducha'' i ,,materii''. Wojna nikomu nie wadzących polskich chłopów z tajną, międzynarodową organizacją. 

,,Od nagłej i niespodziewanej śmierci,
Wybaw nas Panie...''



Porównywalna z wojną polsko - bolszewicką, ale na miniaturową skalę.

,,Ciało jest światem małym
a dusza książką małą,
w której zapisano
wszystko co się w świecie stało'' - Adam Mickiewicz.



Już jutro będzie bitwa. 

czwartek, 17 października 2013

Oniricon cz. III

Śniło mi się, że: 


- widziałem małe i żółte jeże mongolskie, których pierwowzorem były rzeczywiście istniejące jeże uszate; jeśli się je mocno nacisnęło, wydzielały cuchnący płyn,



- Tatra z bratem Bielskowładem i siostrą Kaztią brała udział w Nocy Kupały; Bielskowład powiedział: ,,Chwała Elementom (tj. Żywiołom) i Temu, kto je stworzył'',



- przyjaźniłem się z pisarzem Kamilem Barańczakiem piszącym książki dla dzieci, czytałem jedną z nich pt. ,,Księga smoków'',



- miałem zagrać w filmie o królewiczu Marku, lecz mój psychiatra, dr. Mishart zabronił mi grać, bo było już późno i musiałem iść spać, w tym filmie Marko walczył ze smokiem Żmijem Trojegławem pustoszącym imperium tureckie, potem bronił Serbii przed najazdem Turków i zabił Crnego Arapina; wasale sułtana; książęta Gruzji i Armenii przyłączyli się do drużyny Marka,



- Kaligula mieszkał w leśnej chacie, potem został królem Delf, wreszcie zdobył Rzym i koronował się na cesarza; jego siostra była westalką, lecz brat uczynił ją swoją nałożnicą,



- Hiawatha walczył w bibliotece z wielkimi wężami,



- byłem w szkole i coś pisałem w zeszycie, gdy do klasy wszedł Andrzej Sapkowski; długopis mi się wypisał, a ja się zdenerwowałem i zrobiłem dziurę w zeszycie,
- byłem na plaży i wydaliłem urynę do wody,



- pewien biały, dziki człowiek mieszkający w lesie i wydający gazetę, najpierw długo rozmawiał z Tarzanem, a potem z nim walczył,



- Aleksander Kwaśniewski przy pomocy szalonego biznesmena pochodzenia żydowskiego, na samym początku kadencji przeniósł stolicę Polski do Szczecina na Wały Chrobrego,



- zdemoralizowany zoolog chciał, aby mały chłopiec pomógł mu w odnalezieniu żywego tygrysa szablozębnego; dziecko uciekło jednak od uczonego, a schronienia udzieliły mu krety i borsuki,



- jakiś człowiek uciekał przed dimetrodontami,



- w Empiku w CH ,,Galaxy'' w Szczecinie kupiłem cały stos książek fantastycznych; musiałem za nie zapłacić we frankach szwajcarskich, a obsługa mówiła po francusku,



- kapitan Hak kusił różnych ludzi, w tym Piotrusia Pana  obietnicą skarbu, a potem ich oszukiwał,



- św. Włodzimierz I Wielki pływał łodzią podwodną i poleciał na Księżyc,



- pewien podróżnik chciał polecieć na planetę zamieszkaną przez bohaterów ,,Gwiezdnych Wojen'', lecz zamiast tego wylądował na planecie gdzie miało miejsce powstanie Mahdiego,
- szedłem nocą po klatce schodowej swojego starego domu, gdzie była wyłamana poręcz; spotkałem tam swoją śp. Babcię, lecz początkowo jej nie poznałem,
- po II wojnie światowej wszyscy ludzie zyskali moce magiczne,



- reżim Mussoliniego utrzymywał się jeszcze długo po zakończeniu II wojny światowej i brał udział w podboju kosmosu,



- Łucja Pevensie zamieniła się w Białą Czarownicę, ubrała się na czerwono, namalowała sobie trzecie oko na czole i dostała się do naszego świata, chcąc się czegoś dowiedzieć o Piłsudskim i Narutowiczu,
- na Odrze położono związane ze sobą brązowe materace, na których ludzie ( w tym ja) mogli odpocząć, a potem pójść na drugi brzeg coś zjeść.

poniedziałek, 14 października 2013

Dzień Nauczyciela - Dyń Vełvera

,,Takie będą Rzeczpospolite jak młodzieży chowanie'' - Jan Zamoyski.


Gdybym miał dzieci, to bałbym się je posyłać do państwowej szkoły. Ograniczanie lekcji historii, wyrzucanie narodowej klasyki - ,,Pana Tadeusza'' i ,,Trylogii'' z kanonu gimnazjalnych lektur, genderowa deprawacja już przedszkolaków, wreszcie zmuszanie rodziców do posyłania sześciolatków do szkół - wszystko to woła o pomstę do nieba. Pozostaje mieć nadzieję, że skoro przeżyliśmy Jerzego Wiatra, przeżyjemy też Krystynę Szumilas.
Sam miałem szczęście mieć dobrych nauczycieli, jak choćby: katechetę pana Andreusa ov Leovishinera, którego wypowiedzi tak często mnie inspirowały w pracy literackiej, katechetkę Teodosiyę ov Svitsien, matematyka pana Andreusa ov Mysjoravicia, nauczycieli historii - panią Annę ov Scayapakovą i pana Ravialusa ov Simajdisa, panią Mariłę ov Kendrę, Evę ov Tomas, ojca Markusa ov Cosiara, uczącą fizyki panią Jolenę ov Symetayak. Wszystkim tu wymienionym, jak też pozostałym, z okazji ich święta składam najserdeczniejsze życzenia.

Wasz były uczeń.

,,Wsi spokojna, wsi wesoła...''

Rano, po długim i pełnym wrażeń weselu, państwo młodzi wyruszyli z domu Pana Sołtysa, aby zamieszkać razem w domostwie Heńka de Slony. Był słoneczny, piękny dzień. Państwo młodzi jechali konno, zaś przy jednym z drzew było czarno od wron, kruków, były też sroki.
- Co to znaczy? - pan młody był w szoku już teraz, a jego zadziwienie wzrosło oraz połączyło się z grozą i litością, zarówno u niego jak i u panny młodej, gdy nowożeńcy zbliżyli się do drzewa. Krukowate oddaliły się na moment widząc ludzi. Natomiast wśród listowia - jeśli Czytelniki chce może opuścić ten fragment! - wisiał człowiek z wydziobanymi oczyma, a wokół niego latały muchy. Panna młoda zemdlała, a jej mąż wielką siłą woli powstrzymał się przed pójściem w jej ślady. Musiał mocno trzymać konie, aby przestraszone nie wymknęły się spod kontroli. Heniek zorientował się, że wisielcem był wczorajszy gość wesela - Piotr Wierzba. Miał on na sobie tabliczkę z napisem: ,,Tak giną sługusy imperializmu''. Serce zamarło, a jego właściciel miał ochotę, podobnie jak koń, galopować gdzie pieprz rośnie. Ostatkiem woli zawołał pomoc i rozpoczął przygotowania do pogrzebu. Bowiem co innego było słuchać u dziadka w Bielcach o Vladzie Drakuli przybijającym tureckim posłom turbany do głów, a co innego było widzieć na własne oczy podobne sytuacje...



- Nie chciałbym być tutejszym kułakiem! - mówił w domu Towarzysza Pogranicznika barczysty Rosjanin ubrany w żołnierski mundur, którym był Wysoki Komisarz Radziecki ds. Promocji Dziadostwa w Krajach Satelitarnych (WKRdsPDzwKS).
- Ani kapitalistycznym wieprzem wypasionym na krzywdzie klasy pracującej! - dodał Plaptonius.
- Ani księdzem! - powiedział Towarzysz Pogranicznik. - Mam nadzieję, że wezmą sobie do serca ,,martwą naturę'', którą ułożył dla nich towarzysz Czarny!
- Pora kończyć te pogawędki - powiedziała towarzyszka Sylwia Andrzejczykowa. - Towarzysz Sieradzki wzywa na górę.
Dziadowscy po schodach dostali się na salę konferencyjną na poddaszu gdzie za jednym ze stołów siedział Witold Sieradzki. Podał ubranemu w żołnierski mundur sowieckiemu urzędnikowi jakąś zapisaną kartkę, ten zaś po przeczytaniu przyłożył do papieru pieczątkę. Przedstawiała ona odwrócone sierp i młot, po ich bokach flagę czerwoną z prawej, a czarną z lewej strony i znajdujący się na górze napis: ,,Dziadostwo całego świata - łącz się''! 
- To jest plan rozkułaczania Pawlaczycy - mówił Sieradzki - zaaprobowany przez WKRdsPDzwKS - ciągnął - przewiduję w nim serię systematycznych aktów dywersji i terroru, których punktem kulminacyjnym będzie wspólna akcja sabotażowa mająca na celu udaremnienie  przeprowadzenia kampanii żniwnej planowanej na sierpień - zwierzchnik nowej filii Dziadostwa rozejrzał się spod okularów na zebranych. - Towarzysz Czarny ma do przeprowadzenia plan tygodniowy, przewidujący wyeliminowanie ośmiu osób , których istnienie zagraża dobru światowej rewolucji. Towarzysz Pogranicznik dostaje limit czasowy sześciu nocy na zatrucie wszystkich studni arszenikiem, Andrzejczykowej proponuję coś podpalić...
Plaptonius wśród wielkiej nudy siedział i czekał co dla niego jego wróg przygotuje.
- Odnoście towarzysza Plaptoniusa - złośliwie się uśmiechnął - chcę aby wziął Ruskomobil i pojechał do Warszawy kupić papier toaletowy. Czy są jakieś pytania? - zamierzał upokorzyć Plaptoniusa.
- Muszę to powiedzieć - z gniewem Plaptonius wstał z krzesła, - że ma tu powstać Nowy Bierutów - mówiąc to szedł z trzymanymi z tyłu rękoma na balkon - miasto, w którym nie będzie ani jednego kościoła (ani idioty wam równego Aserze Kohlbaum) - dorzucił w myślach. - Historia uczy nas, że gdy Turcy zdobyli Konstancin - Jeziorną - Plaptonius zawsze był nieukiem - kościół Hagia Sophia zamienili w meczet - tak ja wnoszę, aby po zgnieceniu reakcjonistów, w budynku ich świątyni wznieść przyszłą siedzibę przywódców Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej! - stojąc na balkonie powiedział w kierunku Kościoła:
- Galilejczyku przegrałeś!
Sieradzki pozwolił na owację, ale Rosjanin podzielił się z nim swoim zdziwieniem.
- Nie wiedziałem, że polska historiografia marksistowska dokonała tak znaczącego odkrycia - mówił z przekąsem - bo ja choć historii w szkole uczyłem się już po Rewolucji, zawsze słyszałem, że stolicą Bizancjum był Konstantynopol, a nie Konstancin - Jeziorna - na ustach miał uśmiech, a Sieradzki podzielił się własnym doświadczeniem.
- Znam Jerzego Janowicza ze szkoły i wiem, że wolał chodzić na wagary i po kryjomu palić papierosy niż się  uczyć, a teraz takie są tego skutki!
Wracając jednak do chłopów... Prace gospodarskie utknęły w martwym punkcie. Jak zawsze wyprawiono dziewczyny nad Jezioro z praniem, te jednak nie wróciły na obiad. ,,Przedwczoraj były na weselu z 



rusałkami, może więc się potopiły, aby mieć niebieską krew i czerwone oczy zamiast stale na odwrót''? - myśleli niektórzy. Obiad stygł na stole, więc przedstawiciele niektórych rodzin, tych, z których pochodziły spóźnione praczki, poszli nad Jezioro aby przywołać je do porządku. Gwałtu - rety! Najpierw Wierzba, teraz one. Leżało na trawie nad brzegiem Jeziora sześć trupów, a na ogromnym, płaskim kamieniu był napis z ich krwi: ,,Pamięci zdobywców Berlina''. Kiedy ich rodziny odczuwały ból po takiej stracie, fale Jeziora były czerwone od krwi, a wśród nich o przetrwanie walczył jakiś człowiek. Kiedy wyciągnięto go na powierzchnię, okazało się, że był to ... Rybak.
- Bóg zapłać wam za uratowanie mi życia - mówił leżąc na łóżku we własnym domu do zgromadzonych chłopów, wśród których był sam Pan Sołtys, z Łukaszem, córką, zięciem, Księdzem Dobrodziejem i Panem Konidą. - Wszystko wam opowiem; żałujecie ich śmierci, to się cieszcie, że nie widzieliście tego co ja! - Rybak zaczął opowiadać. - Jak zwykle wypłynąłem łódką na ryby, lecz do sieci złowiłem tylko trzy płocie. Potem długo zarzucałem sieci, lecz stale były puste. Potem usłyszałem jakiś krzyk, patrzę a wasze dziewczyny trzech ludzi trzyma na ziemi i je krzywdzi. Podpłynąłem bliżej i rozpoznałem... - pełna grozy cisza zapanowała w chacie Rybaka, - że był tam Towarzysz Pogranicznik, jakiś żołnierz i (prawdą było co mówiliście na weselu!) - Jan Czarny. - Pani Sołtysowa zemdlała, wszystkich ogarnął strach. - Ten żołnierz - kontynuował Rybak łamiącym się głosem i ze łzami w oczach - gwałcił je - gorycz i oburzenie sięgnęły zenitu - a Towarzysz Pogranicznik przykładał im taki czarny przedmiot do ucha, a one umierały... - gdy to mówił, de Slony, w młodości miłośnik horrorów, teraz zemdlał, a Lawendycja spontanicznie wybiegła z chaty, aby nie słyszeć o okrucieństwie mordu. Ryybak natomiast kontynuował makabryczną opowieść...
- Gdy Jan Czarny mnie zobaczył, wyjął grabie i leciały z nich pioruny w moim kierunku. Auuuu - syknął z bólu. - Te ich pioruny ogniste, jeszcze ten sołdat wziął taką czarną rurę i też posłał pioruny w moim kierunku. Auuu! - Rybak przypomniał sobie o bólu w ramieniu, a Lawendycja wróciwszy do izby zmieniła mu opatrunek. - Od tego moja łódka poszła w drzazgi, a ja zakrwawiony. Żeby piorun tych pieronów ognistych powystrzelał! - zakończył w sposób nie zasługujący na naśladowanie.
- Myślę, że to nie były pioruny - zamyślił się Ksiądz Dobrodziej. - Czy pamiętacie czego używali Niemcy, aby nas zabijać? Oni mieli broń palną. A my mamy modlitwę.
Rybaka udało się uratować, a pomordowane dziewczyny doczekały się uroczystego pogrzebu. Sam Pan Sołtys niósł jedną z trumien...
- Z tego co widzę towarzysz Czarny już rychło przekroczy plan jaki Sieradzki mu wyznaczył - mówił Plaptonius po powrocie z Warszawy. - A ten plan zaminowania drogi z Kościoła w niedzielę...
- Zostały mi tylko jeszcze trzy studnie do zatrucia! - mówił Towarzysz Pogranicznik.
- Ostatni raz zdarzyło mi się coś takiego w 45, kiedy to w Szczecinie gwałciliśmy wszystkie Niemki i groziliśmy, że wasi zrobią to samo - wspominał Wysoki Komisarz Radziecki, niejaki Warfołomiej Wsiewołdiewicz.
- Muszę powiedzieć - żartował Sieradzki, - że towarzysz Plaptonius  z tym naszyjnikiem z papieru toaletowego wyglądał jeszcze bardziej uroczo niż towarzyszka Andrzejczykowa - Plaptonius był pełen wstydu i wściekłości.
Marzył o zabiciu Kohlbauma. Tymczasem chłopi zebrali się na wiec. Pokrzywdzeni kolejno podchodzili na środek i dzielili się swoim cierpieniem.
- Mnie zamordowano córkę, gdy szła prać nad rzekę - z płaczem mówił Kowal.
- Mój wnuczek dopiero uczył się chodzić, a wtedy z ziemi wyszedł ogień i go pochłonął, a tak go kochałem - mówił Marian Hiacynt.
- Nie można korzystać ze studni, bo teraz kto spróbuje wody musi umrzeć! Chatę mi spalili! A mnie pole!
- Napadli na mnie, mówili, że jakiś Sieradzki jest tej samej narodowości co ja i grozili, że jeśli w najbliższym czasie nie skontaktuję się z nimi to mnie zabiją! - skarżył się Żyd.
- Żal mi Wierzby - mówił Heniek de Slony.
- A mnie mojego wroga; z kim teraz będę się kłócił? - mówił Andrzej Kwiatek.
Wiec pełen żałoby, płaczu i cierpienia, nad ranem dobiegł już końca. Pan Sołtys z czerwonym nosem (nie od picia alkoholu, ale oczywiście od płaczu) zabrał głos, tym razem przemawiając krótko i zwięźle:
- Gospodarze! Pawlaczyca! Komuniści! Takichmać! - zakończył z desperackim okrzykiem.
Ksiądz Dobrodziej jak zawsze nie bał się mówić trudnej prawdy.
- W naszej sytuacji obrona jest koniecznością, ale tylko ten kto umie wybaczać jest prawdziwym zwycięzcą.
Chłopi wielokrotnie wysyłali posłów do Dziadostwa, lecz Sieradzki udaremniał ich wszystkie wysiłki. Socjalistyczny Czarny Zakon nieodmiennie stawiał warunek wyrzeczenia się Chrystusa i zmiany wsi w miasto. Dziadowscy zaprzeczali swoim zbrodniom, obarczali winą światową kontrrewolucję, neonazistów, Księdza Dobrodzieja, Pana Sołtysa - wszystkich tylko nie siebie, ale wciąż terror gonił terror, a groby na Cmentarzu rosły jak grzyby po deszczu. Wreszcie Kowal zwołał grupę silnych i odważnych chłopów, uzbrojonych w widły, grabie, kosy, siekiery, noże, a nawet prymitywne maczugi - jak już wiemy, chłopi z Pawlaczycy nie znali broni palnej. Z samego rana poprowadził ich pod dom Towarzysza Pogranicznika, aby pozbyć się groźnych sąsiadów raz na zawsze. ,,Teraz już nikt nie będzie mordował naszych dzieci''  - myślał sobie. Chłopi widząc, że nikt ich nie obserwuje (przynajmniej w ich własnym mniemaniu!) otoczyli siedzibę Dziadostwa, a Kowal najpierw pięściami, a następnie młotem uderzał w mocne, dębowe drzwi. Bum, bum, bum - w miejscu gdzie znajdowała się klamka teraz zionęła dziura. Kowal włożył doń rękę i ciągnąc do siebie, wyrwał drzwi z zawiasów i triumfalnie uniósł je nad głową.
- Hej, Dziadostwo tępić cię, to zbożny jest cel! - krzyczał.



Wtem z okien i balkonu na jego zew odpowiedziały salwy karabinów maszynowych marki Kałasznikow.



- Nie lękam się waszych piorunów ognistych! - drzwi osunęły się na trawę z rąk rannego Kowala, który wielkim krokiem przekroczył ganek i wbiegł do sieni. W jego ręku był młot, a on sam przypominał skandynawskiego boga Thora z młotem Mjollnirem w dłoni. Towarzysz Pogranicznik zupełnie zdezorientowany nie  miał przy sobie pistoletu, więc spiesznie porwał nóż ze stołu i kiedy Kowal łamał kałasznikowy jak zapałki, a komuniści pierzchali przed nim jak kury przed lisem, on zakradał się aby ugodzić go od tyłu. Tymczasem Kowal zziajany, mimochodem odwróciwszy się, ujrzał Towarzysza Pogranicznika przygotowanego do zadania śmiertelnego ciosu.
Nagle jakaś dłoń odziana w czarną rękawicę wyrwała nóż, a Kowal ujrzawszy przed sobą charakterystyczny czarny garnek, został z nadludzką siłą wypchnięty z sieni. Leżał na trawie, broczył krwią, a zewsząd odbierał odgłosy walki. Chciał się poderwać i dalej walczyć, lecz z wszystkich stron widział dym i ogień wśród odoru siarki.
- ,,Kto się w opiekę odda Panu swemu, z całego serca...'' - śpiewał Kowal szykując się na straszną śmierć.
Zasnął, a gdy się obudził, leżał w łóżku. Na zdobycznych drzwiach stała jego żona z dziećmi pełna podziwu dla męstwa swojego męża. Razem ze Starą Babuchą i Lawendycją opatrywała mu rany, a Ksiądz Dobrodziej, Pan Sołtys, Szewc, Żyd, Sadownik i Rybak przyszli go odwiedzić. Niestety - wspólnicy Kowala byli już martwi. Sieradzki stał na balkonie i spoglądając w dół, widział ułożony z ich ciał napis ,,Lenin''.
To był dopiero burzliwy dzień! Rozpoczął się szturmem, a skończył pożarem. Tym razem chłopi działali sprawnie; domostwo państwa Kwiatków opuściła cała rodzina. Pan Andrzej, jego żona, Ania, Władek, Agnieszka, Maciuś... Cała? A gdzie jest pięciomiesięczny Wojtek? Ostatnie dziecko zostało się w płonącym domu.
- Ratujcie naszego synka! - szlochała matka, lecz powiększający się z każdą chwilą tłum nic nie robił w tym kierunku.
Wszyscy deklarowali współczucie, jakby same słowa mogły ugasić pożar, ale wśród najlepszych przyjaciół, nie znalazła się ani jedna osoba gotowa na poświęcenie. Matka wyrywała się aby samemu uratować dziecko, lecz ją powstrzymywano, aby czasem sobie czegoś nie zrobiła. Dzieci chciały ratować braciszka, lecz dorośli robili ich pośladkom wykład z podstaw ,,pasologii''. Tymczasem płomienie były coraz bliżej dziecka. Kiedy ludzie patrzyli na pożar, dostrzegli to czego nie spodziewaliby się - Wojtuś spał spokojnie na rękach Jana Czarnego. Przerażenie zdjęło wszystkich - jeśli o życie dziecka, to dlaczego go wcześniej nie ratowali? - podczas gdy on w milczeniu podszedł z niemowlęciem w stronę rodziców i oddał im go - Wojtuś się obudził i widząc czarną, blaszaną powierzchnię w miejscu twarzy, wyciągnął doń rączki i uśmiechnął się, rodzice zaś byli w szoku. Tak samo cała Pawlaczyca. Tymczasem Jan Czarny bez słowa odszedł, aż rozpłynął się w mroku.
- Już nie płacz maleńki - mówiła roztrzęsiona matka do dziecka - już będzie dobrze. Od jutra nasi sąsiedzi pomogą nam w odbudowie domku - następnie zaś podniosła dziecko do góry i zwróciła się do tłumu. - Dziś wszyscy się przekonaliśmy, że Jan Czarny nie jest zły, a tylko nieszczęśliwy, bo doznane cierpienie zamknęło go na dobro; gdyby był naprawdę bezwartościowy to nie ratowałby naszego dziecka! - zakończyła.
- Dzisiaj rano to właśnie mój chrześniak uratował mi życie przed Towarzyszem Pogranicznikiem - mówił Kowal. - Ale jeśli jest dobry, czemu zabił moją córkę i Piotra Wierzbę, nie mówiąc o rodzicach i rodzeństwie? - postawił jedno z najważniejszych pytań.
Siedzibę Dziadostwa otaczały okopy z uzbrojonymi aktywistami w środku. Trwały prace nad wstawieniem nowych drzwi.
- Wczoraj zachowaliście się jak najgorszy klerykalny sentymentalista! - Sieradzki w gniewie chodził po sali konferencyjnej na poddaszu  i wyrażał swoje pretensje pod adresem Czarnego. - Wasz czyn degraduje was



jako rewolucjonistę, jako członek Kominternu powinniście wiedzieć, że każdy żywy kułak równa się dwóm martwym chłopom, że litość jest jedynie wymysłem Kościoła, którego nasz nauczyciel, nieśmiertelny Karol Marks nazywa ,,opium dla ludu'', że Biała Gwardia i naziści stosowali terror, więc dlaczego my mamy być lepsi, skoro mamy przewagę nad nimi, czyż towarzysz Bierut nie mówił nam, że ,,władza czyni nas bogami''? - Sieradzki zakończył tyradę.



Plaptonius również nie rozumiał czynu Jana Czarnego, ale planował obalenie Sieradzkiego, a w Janie widział jedynego sojusznika. Chciał go bronić, ale nieoczekiwanie w sukurs przyszedł mu sam Warfołomiej Wsiewołdiewicz Kurski.
- Twierdzę, że dobrze zrobił - Sieradzkiemu szczęka opadła, - a źle tylko to, że oddał rodzicom. Bo widzicie Witoldzie Florianowiczu, choć u nas po raz pierwszy zalegalizowano aborcję, to jeśli dziecko urodzi się w łagrze, to go nie zabijamy jak naziści. My je zabieramy matce i umieszczamy w dietdomu, a z dietdomu prosta droga do Komsomołu! - Jan Czarny został wybroniony od kary.
Tymczasem Sylwia Andrzejczykowa zaczynała odczuwać wątpliwości.



*

- Widzę Towarzysza Pogranicznika i Jana Czarnego - niechętnie stwierdził Pan Sołtys mówiąc do Księdza Dobrodzieja. - Dlaczego mają ze sobą takie białe szmatki?
- To są posłowie, a białe szmatki symbolizują ich nietykalność - tłumaczył Ksiądz Dobrodziej.
- Ja to bym ich zabił - mówił Pan Sołtys.
- Więc chcesz być jak oni? - spytał Ksiądz Dobrodziej.
- Co?! Ja?! Nigdy!!! - zaprzeczył Pan Sołtys.
Przyjaciele wyszli przed dom, a poseł Towarzysz Pogranicznik polecił zwołać wiec. Gdy ten się zebrał, rozpoczął przemowę:
- Towarzysz Witold Florianowicz Sieradzki, zwierzchnik Dziadostwa w Pawlaczycy niesie wam wolność, postęp i kulturę! - chłopi słuchali w gniewie. - Już jutro zacznie się sierpień, na który przewidzieliśmy podjęcie kolejnego kroku milowego w wyzwalaniu was. Wasza wolność jest naszym jedynym celem, od waszej decyzji zależy czy będziecie należeć do wielkiej rodziny wyzwolonych klas włościańskich. wybierzcie nas, a razem odrzucimy krepujące was więzy kułactwa, tyranii mężczyzny nad kobietą i rodziny nad dzieckiem! Odrzucimy zniewalające opium dla mas, którym się narkotyzujecie w każdą niedzielę, odrzućcie ducha a damy wam materię. Wyrzeknijcie się własności, a damy wam wspólnotę ciała i rozumu z wszystkimi ludźmi dobrej woli! Niech na ołtarzu zasiądzie car, a korona niech spadnie z orlej głowy! - Towarzysz Pogranicznik czekał na odpowiedź. 
- Niech krew naszych bliskich oskarży was przed Bożym sądem! - chłopi byli jednomyślni.
Po obu stronach konfliktu zapadła decyzja o wojnie.

sobota, 12 października 2013

Czarne chmury




Nocą, kiedy wszystkie kamery opuściły siedzibę Partii, w gabinecie Wielkiego Mistrza, Bolesława Bieruta zebrali się komuniści: Adam Rottke, Witold Sieradzki, Jerzy Plaptonius i Jan Czarny. Dwaj pierwsi z nich byli z pochodzenia Żydami; Rottke nazywał się Neftali Arbenstein, a Sieradzki - Aser Kohlbaum. Bierut, Plaptonius i Czarny byli z pochodzenia Polakami. W 1995 r. pewien historyk tłumaczył nazwisko towarzysza Jerzego pochodzeniem od Greków; podobno w XIX wieku pewien Polak służący w armii rosyjskiej miał poślubić Greczynkę, ale na razie jest to jeszcze hipoteza. Rottke, Sieradzki i Plaptonius mieli na sobie białe koszule i czerwone krawaty, a na wieszaku zostawili czarne płaszcze. Znany już nam Jan Czarny miał oczywiście nieodłączny, czarny garnek na głowie. Zawsze chodził uzbrojony po zęby, a na szyi nosił złoty medalion z wizerunkiem Lenina. Nosił żołnierskie buty do kolan, żołnierskie spodnie i skórzany pas. Jego koszula i peleryna były czarne, dopełniając jego codziennego wizerunku. Prawdę mówiąc przypominał raczej włoskiego faszystę niż członka Kominternu. Było to zebranie Socjalistycznego Czarnego Zakonu Dziadostwa Polskiego (SCzZDzP), w skrócie ,,Dziadostwa'', będącego odgałęzieniem tajnej, międzynarodowej organizacji masońskiej, łączącej ideologię komunizmu i satanizmu, której wszyscy członkowie należeli do Partii (lecz nie wszyscy członkowie Partii byli w Dziadostwie), których metodą działania był terror. Światowe Dziadostwo powstało w 1907 r. w Rosji i rychło rozpoczęło tworzyć sekcje w poszczególnych krajach świata. Podczas I wojny światowej, zjazd socjalistów w Zimmerwaldzie w tajnym



protokole przyznał Włodzimierzowi Leninowi tytuł Antychrysta (w wersji zlaicyzowanej: ,,Naczelnego Prezesa'') i zwierzchność nad wszystkimi odłamami Dziadostwa. Po powrocie do Rosji i przyjęciu tytułu, Uljanow mianował swojego współpracownika Feliksa Dzierżyńskiego pierwszym w historii Wielkim



Mistrzem Dziadostwa Polskiego. Po śmierci Dzierżyńskiego funkcję tę otrzymał Emil Krzyżtoforowicz, który jednak ,,podpadł'' Stalinowi i na jego stanowisko powołano Bieruta. SCzZDzP jako jedna z sekcji Dziadostwa Rosyjskiego  miał siedzibę w Wilnie w latach 1907 - 1917, następnie siedzibę przeniesiono do Moskwy, posiadając jednocześnie placówkę łącznikową w Warszawie. Tą ostatnią zlikwidował dekret prezydenta Ignacego Mościckiego zakazujący działalności wolnomularstwa. Pierwsza powojenna siedziba Dziadostwa Polskiego mieściła się w Lublinie, następnie zaś centralę SCzZDzP przeniesiono na stałe do



Warszawy. Dodać jeszcze należy, że kiedy Tito w Jugosławii, Mao Zedong w Chinach, Ceaucescu w Rumunii i Hoxa w Albanii wypowiedzieli posłuszeństwo Sowietom, sami przybrali tytuły Antychrystów i wprowadzili czystki w swoich sekcjach Dziadostwa. Wróćmy jednak do wydarzeń w gabinecie Bieruta...



- Ave Stalin, Beria et Bierut! - czterech komunistów leżało plackiem przed stojącym Wielkim Mistrzem.
- Lenin laudamus. Amen - odpowiedział Bierut. - Usiądźcie.
Rottke wspominał jak będąc przyjmowanym do Dziadostwa przechodził rytuał inicjacyjny wzorowany na



,,Nie - Boskiej komedii'' Krasińskiego. Tymczasem Bierut zaczął wydawać polecenia.
- Pacankiewicza usunąłem niedawno, bo nam bruździł, więc teraz wy, Adamie Henrykowiczu obejmiecie jego zarząd nad Dziadostwem Warszawskim.
Na te słowa Rottke pospiesznie wstał, ukląkł przed Bierutem, a następnie opuściwszy siedzibę Partii wsiadł do czarnego samochodu i odjechał w kierunku wskazanego mu budynku.
- A z wami co mam zrobić? - zastanawiał się Bierut spoglądając na Sieradzkiego, Plaptoniusa i Czarnego. - Przed wojną byłem w takiej zacofanej wsi, z której pochodził ten debil nazywający siebie Panem Sołtysem.
- Z Pawlaczycy - powiedział Sieradzki.
- To spotkanie ze Skyjłyckim było w 47, a wcześniej w tej Pawlaczycy znalazłem takiego chłopca, który nosił garnek na głowie...
- To ja nim byłem! - Jan Czarny zerwał się z krzesła.
- Chcę was wysłać do tego grajdołu! - powiedział Bierut. - U Sowietów są miasta Stalingrad, Leningrad, Lenino, Mołotow, zamiast imperialistycznego Carycyna, Sankt - Petersburga, czy Permu. My też mamy socjalizm! Chcę aby w miejscu kułackiej Pawlaczycy stanął Nowy Bierutów - miasto ateistyczne od samego początku i nowa stolica Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Bierutów mnie nie obchodzi - ta nazwa utrzymuje się już od XVI wieku; nie potrzebujemy przeżytków burżuazji! - zakończył.
- A co mamy zrobić z ludnością? - spytał się Plaptonius. - Czy mamy ich wysiedlić na Ziemie Zachodnie?
- Mam to gdzieś! - zawołał Bierut. - Możecie z nimi zrobić co chcecie, aby tylko cel został osiągnięty; protekcja Stalina daje nam wszelkie prawa, a władza czyni nas bogami!
Tą wypowiedź uważaną za dogmat przez wszystkich tyranów, skwitowały gromkie brawa. Bierut dał znak ręką, że chce mówić dalej.
- Zarząd powierzam Witoldowi Florianowiczowi, a Jerzy Janowicz i Jan Lechicz będą mu posłuszni - polecił Bierut. - Polecam wam towarzysza Czarnego jako przewodnika - zwrócił się szeptem do Sieradzkiego.
To był cios dla Plaptoniusa. Znał Sieradzkiego od szkolnej ławy i od zawsze był jego rywalem. Plaptonius był synem właściciela fabryki, a Sieradzki synem szewca. Jednak mimo ubóstwa materialnego uczył się lepiej niż kolega. Choć ojciec Plaptoniusa nie szczędził pieniędzy na edukację syna, Witold zawsze był najlepszy w klasie. Plaptonius nienawidził go - każdą porażkę kolegi (bardzo rzadką!) uważał za swój sukces, każde jego cierpienie było dla Jerzego przyjemnością. Witold i Jerzy zawsze byli razem i zawsze Sieradzki górował nad Plaptoniusem. W szkole, w gimnazjalnym kółku komunistycznym, a Partii, a teraz w Pawlaczycy - czy ten koszmar musiał trwać wiecznie? Z zadumy wyrwał go Bierut.
- Kiedy dojedziecie do Pawlaczycy, między Warszawą, a Konstancinem - Jeziorną, na północy wsi zobaczycie chatę Towarzysza Pogranicznika, ona będzie waszą kwaterą - Wielki Mistrz zamyślił się na chwilę. - W 47 za jego pośrednictwem, Stefan Eustachiewicz dostał traktory zabawkowe. Jeśli go znajdziecie, zapytajcie, czy kawał się udał! - Bierut uśmiechnął się pod wąsem. - Macie pytania? - przeleciał wzrokiem po milczących obliczach. - Jak nie, to jutro pojedziecie rozkułaczać Pawlaczycę!
W otworu w czarnym garnku spłynęła łza.



*

Wszyscy uczestnicy wesela troskliwie opiekowali się Piotrem Wierzbą leżącym na sofie. Ksiądz Dobrodziej doszedł do wniosku, że ponowne opętanie należy wykluczyć. Wierzba nie okazywał wściekłości widząc wodę święconą, krzyża, różaniec, mógł nawet się modlić. Niestety teraz nie można było liczyć na pomoc egzorcysty z Karczewa jak przed wojną. Tymczasem stan Piotra polepszył się, a jego wypowiedzi były uważnie słuchane...
- I na własne oczy widziałem taki walec z uszami zamiast głowy - opowiadał dalej.
- Walec z uszami to przecież.... garnek! - doszedł do wniosku Garncarz, - ale co może robić garnek na czyjejś głowie?
Kowal coś sobie przypomniał.
- Pamiętacie Annę i Lecha Czarnych, których dom w 1945 r. wyleciał w powietrze? - zapytał.
- Oczywiście - potwierdził Pan Sołtys. - Mieli dużo dzieci: Janka, Wacka, Kunegundę, Wicka - wyliczał. - A ten garnek, o którym mówi Wierzba nasuwa mi pewne skojarzenia...
- Nosił go na głowie najstarszy syn państwa Czarnych - rozpamiętywała panna młoda. - Był bardzo nieszczęśliwy i nikt nie chciał wziąć go na terminatora.
- A ja schłodziłem garnek wodą i zrobiłem w nim otwory, bo był to garnek z gorącą zupą - wspominał Kowal.
- Przed wojną na terminatora wziął go w końcu Zecer z Warszawy... - włączył się do rozmowy Piotr Wierzba.
- W 45 - ciągnął Kowal - był ubrany na czerwono i wysadził w powietrze swój dom ginąć przy tym... - mówiąc to drapał się po głowie.
- Jeśli zginął - wtrącił Żyd - to co robił teraz? Może to kto inny, ale przecież to nie przypadek, aby dwóch ludzi nosiło czarny garnek na głowie! - słowa Mośka zostały przyjęte z uznaniem.
- A więc Jan Czarny żyje! - zdziwił się Pan Sołtys. - I jest komunistą, a towarzyszący mu byli ubrani w barwy swej ideologii; stąd ,,czerwoni jak raki''. Czyja to wina, że został kacapem?
Kowal upadł na kolana i płacząc uderzył się pięścią w piersi:
- On był moim chrześniakiem... - wypowiedział pobladłymi wargami.