,,
[…] Żydzisko pędziło
za nami, krzycząc, żeśmy rozbójniki, szwarcjury i inne tam takie
żydowskie wymysły’’ - Maria Konopnicka ,,Nasza szkapa’’

Alpenland
był starym królestwem wśród wyniosłych gór o ośnieżonych
szczytach, otoczonym zewsząd Teutmanią, Lascaux, Apapem i
Valkanicą. Najwyższy szczyt nosił nazwę Monta Vakilis. Stolica
mieściła się w grodzie, zwanym Ulpinum, w herbie zaś widniała
harpia w koronie. Góry te były ostoją kozic, koziorożców,
muflonów, orłów, wilków, niedźwiedzi, reniferów, raurakli,
tatzelwurmów, daru, a także licznych elfów, czarownic, smoków,
oread, gnomów, koboldów i karłów, zwanych babergazi, pokrytych
białym futrem. Powiadano, że nazwa gór jak i całego królestwa
upamiętnia pierwszą królową, noszącą imię Alpnu. Legendy
opisywały ją jako urodziwą i nieustraszoną wojowniczkę o
jedwabistych włosach barwy złota. Alpnu była córką pasterza,
która urodziła się jako siódme dziecię po śmierci jego siedmiu
synów. Nauczona przez ojca władać włócznią o czarnym grocie,
zadającym niegojące się rany, ubiła nią siedemdziesiąt siedem
górskich Čortów, zbrojnych w straszliwe kły i szpony. Regularnie
tępiła też rozbójników, aż wiec górali z siedmiu dolin obrał
królową. Alpnu wybudowała Ulpinum. Nadała też prawa
Alpenlandczykom. Poślubiła księcia Lurina, o którym powiadano, że
był elfem i władcą snów. Urodziła następcę tronu, Selezjosa I.
Nie miała swojego grobu. Opowiadano, że pewnego dnia wsiadła na
fioletową krowę o złotych rogach i wyruszyła na jej grzbiecie ku
Nawii, skrytej na tajemniczym Zachodzie. Za panowania Selezjosa IV,
Alpenland został podbity i wcielony do imperium Kościeja. Po
odzyskaniu niepodległości na tron w Ulpinum wstąpił Svitar I von
Tell.

Majda
poznał pieśni o czynach walecznej królowej Alpnu w trakcie
pobierania nauk, mających przygotować go do bycia czarcipłochem.
Mistrz Głosisłow prawił mu, że Alpnu została jytnas, która
powróci bronić założonego przez siebie królestwa w chwili
największego naporu sił zła.
-
Jako prawa oślica nienawidzę marznąć! - Narzekała Asela podczas
przeprawy przez przełęcz Halgat.
Szczękała
niewieścimi zębami i trzęsła się jak osika, szukając kopytami
pewnej drogi wśród ośnieżonych szczytów. Majda nie umiał jej
pomóc.
-
Na pocieszenie mogę ci powiedzieć, że kiedy osioł Dardanelos z
Valkanicy skarżył się na zimno, prowadzony na rzeź baran
odpowiedział mu, żeby dziękował Enkom, że nie jest smaczny.
-
To ma mnie niby pocieszyć? - Oburzyła się Asela. - Ej, to wcale
nie jest śmieszne! - Asela była gotowa rozpłakać się z powodu
mrozu, choć wcale nie należała do mazgajów.
Majda
wraz z wierną Aselą zdążał do stołecznego Ulpinum z poselstwem
od króla Burusa Żółtego, zapisanym wewnątrz drogocennego,
niebieskiego kamienia. Przełęcz Halgat nie cieszyła się dobrą
sławą z powodu częstych lawin i rozbójników, którzy według
relacji naocznych świadków byli równie szkaradni i okrutni co
panki, czyhające wśród dzikich ostępów Montanii. Jednakże
znalezienie okrężnej drogi wymagałoby jeszcze więcej zachodu niż
zostało dotąd włożone. Asela pisnęła jak wzięta na męki
kikimora, kiedy dalszą drogę zatarasował zwalony pień drzewa.
Wnet z oblodzonych rozpadlin skalnych wychynęło trzech zbójców,
odzianych w rozchełstane kaftany z siermiężnego płótna,
uzbrojeni zaś w krzemienne toporki i długie, kościane noże,
lynxyjskiej roboty. Wystarczył pojedynczy rzut oka na ich facjaty,
aby stwierdzić, że nie byli ludźmi. Niscy i krępi, porośnięci
byli czarną, skołtunioną sierścią. Na głowach mieli krótkie,
ostre rogi, świecące groźnie czerwone oczy, zaś w mordach lśniły
białe kły, podobne do dziczych, lecz dużo większe. Palce dłoni
mieli zakończone niedźwiedzimi pazurami, zaś zamiast stóp
posiadali świńskie racice. Wypisz wymaluj: pomiot Čortieńska.
-
Upieczemy was! - Zapowiedział bez ogródek herszt górskich
straszydeł, gładząc się po wzdętym brzuchu.
-
Anahita! - Zawołał w odpowiedzi Majda.
Dobył
srebrnej szabli i ruszył do walki zaciętej, na śmierć nie
niewolę. Asela dzielnie mu pomagała, grzmocąc potwornych zbójców
przednimi i zadnimi kopytami. Majda wprawnie parował ciosy toporków
i noży. Ostrzem szabli odrąbał kosmatą łapę ściskającą
toporek, potem głowę straszydła, najpierw jedną, potem drugą i
trzecią. Trzy straszydła leżały teraz jak kołacze na śniegu w
kałuży parującej, zielonej posoki. Żaden potwór nie prosił o
łaskę, pojęcie to było im bowiem całkowicie obce.
-
Co to były za szkarady? - Wzdrygnęła się Asela.
-
Rozbójniki Szwarcury; Czarne Čorty – odrzekł Majda. - Pociotki
panków z Montanii – skrzywił się. - Sławią smoka Rykara i na
jego cześć zadają męki schwytanym podróżnym. Z ich czaszek
budują kopce, zaś wszelkie cenne przedmioty rabują, by chomikować
je potem w grotach. Ponoć spłodził ich Čort, zawiadujący
wszelkimi zbójcami, Frant Przechera z jedną z górskich czarownic.
-
Brrr, już i tak mi zimno od stania tutaj, a ty jeszcze mrozisz mi
krew w żyłach gadką o Szwarcurach! - Asela była wyraźnie w złym
humorze. - Poszukajmy lepiej jakiejś przytulnej gospody, no i
stajni.
Majda
bez słowa podniósł trzy ucięte głowy i przytroczył je sobie do
pasa. Usiadł na osiodłanym grzbiecie Aseli i uderzając ją lekko
piętami po bokach, dał znak do dalszej wędrówki. Okazało się,
że odrąbane czerepy nie były wcale martwe. Przewracały krwawymi
ślepiami i zgrzytały pożółkłymi kłami. Krople ich zielonej
krwi zamieniały się na śniegu w małe kamyki, do złudzenia
przypominające szmaragdy, lecz pozbawione jakiejkolwiek wartości w
oczach jubilerów. Majda i Asela zostawili za sobą trzy bezgłowe
truchła, do których wnet zleciały się sępy i kruki.
Oboje
odetchnęli z ulgą, zostawiając przełęcz Halgat za sobą.
Znaleźli się w dolinie, a na ich drodze do Ulpinum stała już
tylko mała wioska Hageza, jak wieść niosła, zamieszkana przed
laty przez czarownice. W Hagezie w chacie wójta Reba, Majda i Asela
znaleźli schronienie przed śnieżycą, któa zaskoczyła ich jak
potrzask. Reb gotów był z radości fikać koziołki na widok
uciętych łbów uprzykrzonych Rozbójników Szwarcurów. Natychmiast
polecił parobkom, aby po przebiciu bretnalami, spalili je w kaflowym
piecu. Czerepy wyły w ogniu jak wilki, aż popękały od gorąca.
Następnie Reb padł Majdzie do nóg i bił przed nim czołem.
-
Sława tobie, zbawco Alpenlandu! - Czarcipłoch stanowczo podniósł
go z podłogi.
-
Panie wójcie, racz się nie wygłupiać! Nie jestem żaden zbawca,
jeno taki sam człowiek śmiertelny jak waćpan!
Wówczas
Reb zaprosił Majdę do stołu, gdzie żona wójta nałożyła
czarcipłochowi dużą porcję pieczystego z koziorożca oraz
smakowitej potrawy z roztopionego, ciągnącego się sera. Asela w
tym czasie zajadała w stajni słodki, chrupiący owies.
*
W
Alirii, jednej z dzielnic Królestwa Valkanicy żył w jodłowym
dworcu w cieniu górskich szczytów ban Peresław, witeź znany z
prawości i odwagi, pogromca karakondżuli, ał i ażdach, w młodości
odznaczony przez króla za udział w wojnie z Kościejem. Uciążliwy
frasunek nękał jego serce niby mól zakryty, kiedy spoglądał na
swą jedyną córkę, szesnastoletnią Satyę. Jej uroda przywodziła
na myśl rusałki i budziła miłosne pragnienia w sercach
młodzieńców. Satya była ponadto niezwykle miła, wesoła i mądra,
co jeszcze bardziej pobudzało wszystkich wokół do miłowania jej.
Ban Peresław pozwolił córce, aby sama wybrała sobie przyszłego
męża.
Niestety
od czasu ostatniego zaćmienia Księżyca, jakie miało miejsce u
schyłku lica, rodzinne szczęście zostało zakłócone. Satya,
dotąd wesoła jak szczygieł, teraz pędziła całe dnie niezwykle
smutna i zmęczona. Wodziła wokoło nieprzytomnym wzrokiem, zaś na
pytania odpowiadała monosylabami. Utraciła apetyt. Nie smakowały
jej już figi z makiem, węże nadziewane daktylami, owoce granatu,
sępiański pilaw ani liście winogron nadziewane mięsem i ryżem. Z
każdym dniem stawała się coraz bardziej wyniszczona, aż żal i
zgroza ogarniały wszystkich domowników. Ban Peresław posyłał do
najbieglejszych w swej sztuce znachorów, wraczy, zamawiaczy chorób,
owczarzy, czarodziejów i uzdrowicieli. Choć nie żałował im jako
zapłaty złota i klejnotów z rodowego skarbca, ich wysiłki
rozbijały się niczym fale o skałę. Wysyłał też hojne wota
kapłankom Mokoszy z Grżeckiego Kapiszcza. Wytrwale recytował
dziesięć świętych imion Mokoszy, błagając o ratunek Panią
Złotego Łańcucha. Wiedział bowiem, że jej czystości lękał się
cały Čortieńsk.

Tymczasem
panienka Satya gasła. Była pełnia Księżyca, kiedy leżała w
swoim pokoju, pogrążona w niespokojnym śnie. Przy jej łożu jak
co nocy, stanął wąpierz. Cerę miał białą jak kreda, zaś
długie, czarne włosy opadały mu na plecy. W jego oczach płonęły
ognie Čortieńska, zaś wystające kły dotykały brody. Wąpierz
był nagi z wyjątkiem skrawka czerwonej materii, osłaniającego
wstyd oraz butów z czerwonej skóry, sięgających kolan. Jak co
nocy począł lubieżnie wodzić długimi, szponiastymi paluchami po
całym pięknym ciele Satyi. Następnie przykładał obleśne usta do
jej ciemnienia i długim jak robak, bladym językiem wysysał z niej
siłę i chęć do życia, uśmiechając się przy tym głupkowato.
Satya jęczała przez sen i wierciła się w łóżku. W żaden
sposób nie miała jednak mocy obronić się przed nieproszonym
gościem.
-
Natychmiast ostaw dzieweczkę, Anoranie – reksie i wracaj tam,
gdzie ogień nie gaśnie i robak nie umiera!
Anoran
– rex, bo tak brzmiało imię wąpierza, podniósł głowę. Ujrzał
siwobrodego czarcipłocha w białej szacie, dzierżącego obnażoną
srebrną szablę.
-
Buahaha! Nie myśl, że się ciebie boję, ty… Majdo – ciamajdo!
- Zaśmiał się wąpierz.
Majda
zamachnął się szablą. Zranił boleśnie Anorana w ramię. Z rany
wydobywał się cuchnący dym. Wąpierz czym prędzej ściągnął
buty i cisnął je na podłogę. Sam, klnąc siarczyście, rzucił
się do ucieczki. Buty poczęły syczeć i wyginać się gniewnie.
Przybrały postać dwóch wielkich węży o skórze czerwonej i
jadzie palącym. Rzuciły się na Majdę z obu stron. Czarcipłochowi
zdarzało się już walczyć z większą liczbą przeciwników niż
jednym. Niestraszne mu też były demoniczne węże i podobne im
potwory. W ciągu kwadransa pozbawił głów oba węże, które po
śmierci ponownie przybrały postać wysokich butów. Niestety Anoran
– rex zdołał uciec. Ciężko zatruty srebrem znalazł schronienie
w grocie pełnej nietoperzy. Zaszył się w niej na okres pięciu
stuleci, aby pogrążony w letargu wykurować ranę.
Wraz
z ucieczką wąpierza, na policzki Satyi wróciły rumieńce. Usta
wygięły się w uśmiechu, ciało zaś odprężyło się. Wtedy o do
sypialni córki wpadł ban Peresław, ściskający buławę, a z nim
uzbrojona po zęby czeladź.
-
Kim jesteś i co tu robisz na Peruna?! - Zapytał gniewnie ban.
-
Właśnie uratowałem twoją córkę – odparł czarcipłoch. -
Dręczył ją wąpierz.
-
Jeśli to prawda… Biada ci jeśli naigrywasz się ze mnie –
ostrzegł Peresław.
-
Nazywam się Majda z Niżu w Aplanie i nie zwykłem rzucać słów na
wiatr.
Okazało
się, że czarcipłoch mówił prawdę. Rano panienka Satya znów
była wesoła i jadła śniadanie z apetytem, aż miło było
popatrzeć.
-
Aplan to dosyć daleko – zadumał się uradowany Persesław. -
Ciekawym, skąd dowiedziałeś się, dobrodzieju o naszej potrzebie.
-
Prowadził mnie do was czarny orzeł z dwiema głowami, obdarzony
ponadto zdolnością mowy – objaśnił czarcipłoch.
-
Zacny ptak – odrzekł Peresław. - Warto byłoby umieścić go w
herbie!
*

Na
wschodzie Aplanu leżało sioło Kulesko nad jeziorem o tej samej
nazwie. Obcy niezwykle rzadko zapuszczali się w te strony. Ubogie,
bielicowe gleby rodziły wątłe zboże. Nie można powiedzieć o
mieszkańcach, że byli zbytnio pracowici i pobożni. Prawdą jest
natomiast, że mieli pochop do picia. Źle działo się w Kulesku. W
trzecim roku panowania Burusa Żółtego, w wigilię Stada, niebo
okryło się w południe żałobnym kirem. Rozległ się grzmot bez
żadnych błyskawic i oto na pole za stodołą sołtysa Rudmira spadł
z łoskotem czerwony głaz. Wtedy to wielka trwoga wstąpiła w serca
kmieci. ,,Widać Enkowie mszczą krew Bosego Antka, którego ubił
brat jego, Zagor, założyciel naszej wioski!’’ -
Szeptali z trwogą starzy ludzie i czynili dłońmi znaki,
odpędzające zło. Ciemność nad Kuleskiem miała się utrzymywać
jeszcze wiele miesięcy. Czerwony głaz ożył i przybrał postać
straszliwego Čorta, całego barwy byczej krwi i wysokiego niczym
dąb. Pod jego skórą prężyły się napięte muskuły godne
niedźwiedzia, zaś straszliwy łeb wieńczyły rogi najroślejszego
tura. W lewym łapsku dzierżył olbrzymie widły, tak ciężkie, że
nie zdołałby ich unieść najsilniejszy troll czy olbrzym, prócz
samego właściciela. Čort stanął na polu, gdzie chłopi odbywali
wiece. Po jego lewej i prawej stronie stanęli jego słudzy, zbrojni
w ościenie, o skórze zielonej i oczach krwawych, skrywający rogi
pod czerwonymi czapkami. Čort barwy krwi otworzył wypełnioną
kłami paszczę i zaryczał donośnie niby raniony tur.
-
Jam jest Piekłos, syn Rykara, smoka Otchłani! Wszyscy, którzy
mieszkacie w tym grajdole, macie mi się pokłonić nisko do ziemi.
Będziecie mi odtąd składać żertwy i obiaty. Koniec zaś z kultem
Ageja i Enków. Porzućcie wszelką nadzieję, że moje rządy
kiedykolwiek ustaną. Nauczcie się też lubić ciemności, bowiem
już nigdy nie ujrzycie słonecznego światła!
Niewiasty
i dzieci płakały, zaś mężowie drżeli wyzuci z odwagi. Jeden
tylko parobek, wyróżniający się ogromną siłą, którego imię
brzmiało Mszan pochwycił kłonice i natarł z nią na Piekłosa.
Wywiązała się walka nierówna. Dość powiedzieć, że Piekłos
przygwoździł Mszana ciężkim kopytem do ziemi i pozbawił życia,
dziurawiąc na wylot widłami. Następnie krwawiące zwłoki junaka
cisnął swoim zielonoskórym fagasom, którzy rozdarli je między
sobą łapczywie zębami niczym hieny.
-
Kto jeszcze ośmieli mi się sprzeciwiać? - Zawołał Piekłos, zaś
struchlali kmiecie na czele z sołtysem upadli przed nim i oddali mu
pokłon.
Piekłos,
nienasycony jak smok – całożerca, co dzień pochłaniał ofiarne
zwierzęta; świnie, krowy, kozy, owce, konie, drób i króliki.
Łakomy był również na zboże, jarzyny, owoce, miód, ryby i
wszelki nabiał, zaś to czego nie zdołał pożreć, beztrosko
wdeptywał w błoto ciężkimi kopytami. Nic przeto dziwnego, że za
jego sprawą w Kulesku zapanował głód. Dzieci umierały
straszliwie wychudzone w ramionach matek, lecz Piekłosa tylko to
bawiło. Jako daniny żądał dla siebie również urodziwych panien.
Łamał im kości w swoich objęciach, gryzł do krwi w policzki,
piersi i szyję oraz wyjątkowo boleśnie gwałcił kolczastym
członkiem, wlewając w ich łona gotująca się smołę. Kiedy się
już jakąś znudził, oddawał ją na pożarcie żywcem dwóm
zielonym Čortom w czerwonych czapkach. Nikomu nie pozwalał
opuszczać pogrążonej w mroku wsi. W Kulesku zapanowała
niepodzielnie rozpacz i rychłe oczekiwanie zagłady. Jedna tylko
czarnowłosa i błękitnooka dzieweczka imieniem Madika, licząca
sobie piętnastą wiosnę życia, w głębi serca zachowała wiarę w
Ageja i Enków, ukrywając ją przed donosicielami Piekłosa. Gdy
była sama, z płaczem szeptała dziesięć świętych imion Mokoszy,
błagając Panią Złotego Łańcucha o ratunek dla Kuleska.
Nazajutrz znalazła pod poduszką srebrne nożyce do strzyżenia
owiec. W tym czasie Piekłos obgryzał z ciała uda jej matki i
siostry…
Zaczynała
się jesień i liście zżółkły jak szata straszliwego cara
Hastura z ery dziewiątej. Majda rozsiadł się wygodnie przy ognisku
rozpalonym w kamiennym kręgu pośród leśnych drzew i zajadał
pieczoną rzepę. Dzielił się tym przysmakiem z mówiącą oślicą
Aselą o niewieściej twarzy. Oboje byli w błogim nastroju i nie
spodziewali się większych przygód w nadchodzących dniach.
-
Wiesz, Asela – zagadnął Majda – z roku na rok złota aplańska
jesień coraz bardziej mnie rozleniwia. Coraz częściej marzę o
tym, by legnąć w ciepłym łożu jak niedźwiedź w gawrze i
przezimować aż do wiosny.
-
Rozumiem cię dobrze, bo sama byłabym rada spędzić całą zimę w
przytulnej stajni – westchnęła z rozmarzeniem Asela.
Przed
zmrużonymi oczami Majdy, siwy dym, unoszący się z ogniska począł
przybierać kształt niewieściej twarzy. ,,To jeno moja
wyobraźnia płata mi figla’’. - Próbował przekonać sam
siebie czarcipłoch, choć intuicja i doświadczenie mówiły mu coś
zgoła przeciwnego. Przetarł dłonią oczy i ujrzał nimfę całą
barwy popiołu, której ciało, długie, kręcone włosy i zwiewne
szaty utkane były z drgającego dymu. Postać ta przemówiła do
Majdy w mowie starokrasnej.
-
Gotuj się do walki, rycerzu Mokoszy! Jesteś potrzebny w Kulesku na
wschodzie.
-
Co tam się wyroiło? Wąpierze, wilkołaki, kikimory, jędze,
łamignaty – gadostrachy, haptusy, czernlóki, bazyliszki?
-
Gorzej. Kmieci z Kuleska uciska Piekłos, mocarz Čortieńska,
któremu nie dali rady podołać junacy. Pogrążył Kulesko w
ciemnościach i domaga się krwawych ofiar.
-
Ubiję go, albo chociaż zejdę ze świata śmiercią godną witezia
– odrzekł Majda.
Postać
utkana z dymu rozpłynęła się z wolna w powietrzu, zaś w dłoni
Majdy pojawiła się mapa wyrysowana czerwonym tuszem na brzozowej
korze.
-
Z kim rozmawiałeś? - Zaniepokoiła się Asela, która nie widziała
ani nie usłyszała niczego nadzwyczajnego.
-
Nawiedziła mnie Dymna Panna – objaśnił Majda. - Trzeba nam
wyruszyć do Kuleska gdzie zaległy cienie i ubić Piekłosa, który
Enkom urąga.
Majda,
posłuszny wezwaniu dosiadł Aseli i kierując się wskazówkami
mapy, wyruszył ku wschodnim rubieżom Aplanu. Przez pięć dni
jechał przez lasy, moczary, wioski i pola, aż ujrzał ścianę
mroku, oddzielającą zaklęte Kulesko od reszty świata.
-
Droga przyjaciółko – zwrócił się do Aseli. - Zjedliśmy razem
beczkę soli. Teraz wypada nam się rozstać. Bój, który przyjdzie
mi stoczyć z Piekłosem, może okazać się mym ostatnim zmaganiem.
Nie chcę, abyś i ty narażała się na śmierć.
-
Nonsens – prychnęła Asela. - Nie zostawię cię w potrzebie,
choćbym miała się tłuc z całą potęgą Čortieńska!
Majda
zamilkł wzruszony, po czym wjechał w mrok. Wieś znajdowała się w
opłakanym stanie. Brudne chaty wyglądały jakby miały się zaraz
rozlecieć ze starości. Wszędzie wokół poniewierały się
obgryzione do czysta gnaty psów, świń i bydła, a niekiedy też
ludzkie kości. Bladzi i zziębnięci kmiecie kryli się wewnątrz
chat i spozierali z lękiem przez szpary w oknach. W sercach Majdy i
Aseli narastał siarczysty gniew na Piekłosa, który doprowadził
Kulesko do takiej nędzy i upodlenia.
-
Stać! - Dwa zielone Čorty w czerwonych czapkach zjawiły się jak
spod ziemi i wycelowały ościenie w pierś przybysza. - W imię
Czarnobożyca odpowiadaj, dziadu, kim jesteś i po co tu przylazłeś.
Nuże, zsiadaj ze szkapy i połóż szablę na ziemi. Pan Piekłos
nie pozwala tu nosić oręża.
-
Zakazane jest tu także – dodał drugi Čort – nosić symboli
wiary w Enków. Zdaje się, że jesteś ich żercą, dziadu? Jeśli
tak, tym gorzej dla ciebie!
Majda
nic nie odpowiedział. Powoli, ze stoickim spokojem sięgnął dłonią
do pochwy z czerwonej skóry. Dobył z niej srebrną szablę. Niby od
niechcenia zatoczył nią łuk w powietrzu, ścinając oba paskudne
łby. Czerwone czapki spadły w błoto, odsłaniając krótkie,
zielone rogi. Głowy wykrzywiły się gniewnie i zgrzytały zębami,
aż Asela zmiażdżyła je ciosami kopyt. W serca kmieci po raz
pierwszy wstąpiła nadzieja.
-
Jestem czarcipłochem – zawołał donośnie Majda – i mocą
przeczystej Mokoszy niszczę cielesne powłoki Čortów, odsyłając
siły nieczyste do Otchłani. Prowadźcie mnie do przeklętego
Piekłosa, bym mógł zatopić srebrne ostrze w jego gnuśnym
cielsku!
Piekłos
siedział w domu zabitego przez siebie sołtysa. Przed wejściem
piętrzył się stos czaszek ludzkich i bydlęcych. Ledwo ujrzał
Majdę, zaryczał groźnie jak lew z jaskiń Ojcowa.
-
Wreszcie przylazłeś, nędzny robaku, ty prześladowco, ty rzeźniku
bez duszy i sumienia! - Szydził Piekłos. - Dziś zapłacisz za
wszystkie zniewagi wyrządzone majestatowi Čortieńska!
Majda
nie tracił słów na czcze pogróżki. Jadąc na grzbiecie Aseli,
wydobył srebrną szablę z pochwy i natarł na syna Rykara. Piekłos
zasłonił się przed ciosem widłami wielkości drzewa. Był
znacznie silniejszy niż Čorty do tej pory zabijane przez Majdę.
Potężne uderzenie na odlew obaliło Aselę niczym kostkę domina.
Wysadziło też Majdę z siodła. Czarcipłoch zerwał się na równe
nogi i wzniósł szablę do ataku.
-
Twardy jesteś, staruchu – niechętnie pochwalił go Piekłos. -
Szkoda, że nie walczysz pod naszym sztandarem! - Čort uniósł
widły, aby przyszpilić nimi Majdę do ziemi.
Czarcipłoch
był przygotowany na śmierć w walce. Nie doczekał się jej jednak.
Piekłos zawył przeciągle.
-
Ojcze! - Brzmiały jego ostatnie słowa nim oddał ducha smoku
Rykarowi.
Następnie
upadł z łoskotem na ziemię niby obalony dąb. W jego plecach
tkwiły wbite głęboko duże, srebrne nożyce do strzyżenia owiec.
Wówczas to ciemności zalegające nad Koleskiem ustąpiły przed
kaskadą promieni Słońca. Cielsko Čorta poczęło rozpływać się
w smołę. Majda ujrzał dzieweczkę, schylającą się po nożyce
leżące w kałuży smoły. Zrozumiał, że to ona użyła ich do
ubicia Piekłosa. Uczuł wdzięczność do małoletniej wybawicielki.
-
Czasem mocarz potrzebuje ratunku ze strony kogoś słabego –
odezwała się Madika. - Te nożyce Mokosza włożyła mi pod
poduszkę, abym mogła cię ocalić. Sława jej na wieki!
-
Sława jej i tobie! - Odrzekł Majda i zabrał się za opatrywanie
Aseli, obolałej po upadku na ziemię.
-
Na przyszłość pijcie dużo mnie wódki, aby was coś gorszego nie
spotkało! - Poradził mieszkańcom Kuleska, opuszczając ich wioskę.
*
W
pierwszym dniu września Majda udał się do świętego gaju,
skrywającego kamienne kręgi, aby nauczać młodych mężczyzn,
pragnących zostać kapłanami. Wokół starego czarcipłocha
zasiadło w półkolu siedmiu kandydatów na żerców, odzianych w
białe szaty. Słyszeli o czynach Majdy, jego bojach z Čortami i
wąpierzami, a ich serca napełniały się pragnieniem osiągnięcia
podobnej sławy. Teraz mając przed sobą bohatera tych opowieści,
spoglądali nań z nabożnym zachwytem, jakby to sam Raróg, władca
ptaków sfrunął do nich z gałęzi Wielkiego Dębu. Skromny był
Majda. Nie puszył się z powodu odniesionych zwycięstw. Świadom
był bowiem, że to kim się stał, zawdzięczał Enkom, posłańcom
Ageja. Ze szczególnym uwielbieniem prawił o czystej Mokoszy,
królowej Ziemi i Pani Złotego Łańcucha, wzbudzającej lęk w
czarnych sercach wszystkich Čortów. Kiedy nadszedł czas na
zadawanie pytań, młody adept imieniem Radimir o krótko
ostrzyżonych, rudawych włosach, uniósł dwa palce w górę.
-
Kto włada wiatrem?
-
Władzę nad wiatrem Agej powierzył Pochwistowi, nazywanemu też
Strzybogiem i jego oblubienicy, skrzydlatej syrenie Meluzynie –
odrzekł Majda. - Wydają oni rozkazy całym chmarom duchów niższych
rangą. Długo można by wymieniać ich imiona, a i tak nie wszystkie
są znane kapłanom.
-
Mistrzu, racz nam opowiedzieć choć o niektórych – wyraził
zaciekawienie adept Miłobor.
-
W czasie swych wędrówek nad rzekę Divinę, spotkałem Wietra,
sługę Pochwista. Miał na sobie podarte odzienie, zaś z dziur w
jego przyodziewku wydobywały się silne podmuchy. Twarz miał całą
w bliznach, jakie zostały po ranach zadanych szablami ażdach i
pazurami latawców. Posiadał też sumiaste wąsy płowej barwy.
Poruszając nimi, wytwarzał burze, wyrywające drzewa z korzeniami.
Za pozwoleniem Pochwista odciąłem szablą prawy wąs Wietra, aby
osłabić wywołaną przezeń burzę i tym samym zmniejszyć
wyrządzane przez niego szkody. Wówczas Wietr poczęstował mnie
podpłomykiem i opowiedział o ogromnej mocy swego brata, Starego
Dmuchacza, hulającego wśród dzikich stepów Orlandu. Jego potęga
jest tak wielka, że wiatr z ust musi wypuszczać przez zęby. Gdyby
bowiem dmuchał całymi ustami, zniszczyłby cały świat, zrównując
góry z dolinami.
Pozostali
adepci wypytywali czarcipłocha o zwyczaje smoków powietrznych,
latawców i wietrzyc. Tak upłynął czas do wieczora. Po odśpiewaniu
hymnu adepci opuścili gaj, a jesienne rusałki w złotych i
szkarłatnych szatach, przyniosły im wieczerzę, złożoną z
owoców.
*
W
Valkanicy na podgrodziu Surmavaru mieszkała z rodzicami panna
imieniem Tilana o brązowych włosach i jasnej cerze, równie
urodziwa, co wrażliwa i dobra. Co dzień odbywała praktyki w
lazarecie, prowadzonym przez kapłanki Złotej Baby. Pod jej opiekę
trafił krzepki starzec o brodzie białej i ciele wycharsłym. Twarz
miał całą w ranach zadanych szablami ażdach, wykutymi w
piekielnych ogniach Čortieńska. Starzec majaczył, a całym jego
ciałem wstrząsały dreszcze. Bystra Tilana spostrzegła, że miał
złote oczy. Dopiero siódmego dnia jej podopieczny usiadł o
własnych siłach na brzegu łoża i przemówił.
-
Niech Enkowie wynagrodzą ci twą dobroć, panienko. Co stało się z
Aselą? To moja oślica. Wyróżnia się twarzą nadobnej niewiasty.
-
Jest bezpieczna w stajni – odrzekł Tilana. - Rada byłabym
wiedzieć, panie, czyście nie są błędnym witeziem, stojącym
samotnie przeciw siłom zła. Cały Surmavar opowiada o tym jak nie
mając żadnego druha przy boku, rzuciliście się do walki przeciwko
bandzie szesnastu ażdach. Nawet rycerze stuha, odważni jak lwy
zawahaliby się przed taką straceńczą szarżą…

-
Racja. Przeceniłem swoje siły, przeto moja pycha została ukarana.
Wiedz, panienko, że zowię się Majda z Niżu i jestem
czarcipłochem. Przybyłem z Aplanu. To takie królestwo daleko na
północy, nad brzegiem Morza Joldów. Co to była za walka… -
Jęknął Majda, pociągając spory łyk wody z glinianego dzbana. -
Ubiłem bodaj trzy ażdachy, a ich czerwone czaszki z białymi kitami
potoczyły się do moich stóp. Jednak cała szesnastka to jednak
zbyt wiele dla pojedynczego wojownika Mokoszy. Mogłem zebrać
drużynę. Asela mnie ostrzegała, lecz jej nie posłuchałem… I
kto tu jest osłem? Chwalić Ageja, w porę zjawił się Starzbóg. -
Serce Tilany zabiło mocniej, gdy usłyszała to imię.
-
Racz opowiedzieć mi o nim więcej – poprosiła.
-
Starzbóg jest Enkiem, synem Pochwista i Meluzyny. Sprawuje pieczę
nad zakonem latających rycerzy stuha. Szczególną cześć odbiera w
Międzyraju, gdzie jego imię wymawiane jest Szedu. Przypomina
mocarza z głową i skrzydłami białego orła. Mocą Ageja powołał
do życia waleczny lud Starzów, którzy na podobieństwo swego
rodzica wyglądają jak mężowie i niewiasty z głowami i skrzydłami
białych orłów. Starzbóg przybył na miejsce mojego boju wraz z
hufcem swych dzieci i zadał klęskę ażdachom. Starzowie pogonili
je niczym orzeł wrony. Starzbóg osłonił mnie swymi skrzydłami.
Ujął w dłonie moją srebrną szablę, złamaną w boju z
ażdachami. Połączył oba kawałki i sprawił, że się zrosły
mocą daną mu przez Ageja. Potem zamknąłem oczy i obudziłem się
na tym łożu.
-
Rada byłabym ujrzeć Starzboga i rasę, której przewodzi –
rozmarzyła się Tilana. - Co dalej zamierzasz czynić, czarcipłochu?
-
Póki sił mi starczy, będę niweczył zamysły sług Rykara –
odrzekł Majda. - Jeszcze raz: niech Enkowie ci wynagrodzą,
panienko!
Czarcipłoch
wstał z łoża. Udał się w kierunku stajni, gdzie przy żłobie
czekała na niego wierna Asela.
C. D. N.