środa, 18 listopada 2015

Wymrocze i Błyszczydła - opisanie dóbr panów Błyszczyńskich

Błyszczyńscy (Likostayeven) to ród potężny i starożytny. Jeszcze nim Piastowie nastali, oni już byli. Ich posiadłości rozciągały się setki mil na ziemiach sklawińskich, w erze trzynastej nazywanych Analapią i Polską.






Ród Błyszczyńskich pochodził ze wsi Błyszczyny (Likostaya) na polskiej ziemi, a pierwszym człowiekiem o tym przydomku, który stał się nazwiskiem był gospodarz Wołojar. Jego imię oznaczało ,,Siłę Wołu'', a był to człowiek silny i pracowitością pomnażający swój dobytek. Wieś Błyszczyna niegdyś będąca miastem, słynęła wśród okolicznych siół i grodów z pewnej drogocennej relikwii z wielką pieczołowitością przechowywanej w chramie. Sama nazwa osady wzięła się bowiem od miecza, tarczy i zbroi, które niegdyś nosił rycerz Swietłan; pogromca czarnego smoka Sruka i teutońskiego władcy Histera von Phalz, a które teraz, opromienione sławą bohatera, świeciły niezwykłym, złotym blaskiem. Chłop Wołojar zapisał się w kronikach tym, że gdy nocą jego pole i zagrody jął tratować i pustoszyć dwugłowy olbrzym, zamiast uciekać, porwał za włócznię, zwaną Drukol i jednym ciosem zatopił ją w piersi intruza uśmiercając go. Za ten czyn, jego sąsiedzi obwołali go swoim sołtysem.







Wołojar miał syna, z dawna oczekiwanego przez rodziców junaka Mladena. Gdy ów się rodził, nocne niebo rozświetlił deszcz płonących strzał. Mladen przyćmił sławą ojca. W Atelkuzie nad rzeką rzeką Tanais, czyli Danu, zabił utrapienie okolicznych pasterzy; wielkiego smoka Kalamonę (Calamona), mieczem Szlachtem ucinając mu wszystkie głowy i ogony za co otrzymał herb Smok. W Łukomorju na oczach słowiańskiej królowej Zapawy (Sapavy), zasiadającej pod zielonym dębem, zwyciężył w turnieju i na jej prośbę pojmał i pozbawił rogu czarnego jednorożca, który napadał ludzi, pustoszył pola i pożerał białe jednorożce. Nad Visaną pojął za żonę rusałczą księżniczkę Dziewoję (Dievoya); wojowniczkę i łowczynię, co polowała na bobry wielkie jak niedźwiedzie, zdobyła w bitwie z Wandalami srebrną zbroję grafa Huno von Silber, a jej rydwan ciągnęły jednorożce o złotych rogach i niebieskich oczach. Tym co chcieli ją poślubić, Dziewoja, córka Leili, zadawała zagadki i ścinała głowy tych, co nie umieli ich rozwiązać. Udało się to dopiero Mladenowi, który poznał rozwiązanie od ptaków, których mowę rozumiał dzięki krwi smoka Kalamony. Pobrali się po wielu przygodach, a słudzy Gorynycza, tacy jak grecka czarownica Gelo, która uwięziła Dziewoję i przybrała jej postać, usiłowali ich rozłączyć. Ślubu udzielił im Posen, kapłan Złotego Lwa, mający moc wypędzania złych duchów, który mocą znaku kras zwyciężył czarownika Ariusa z Hagg i przebił go na wylot rogiem jednorożca. Mladen i Dziewoja założyli gród Wymrocze, zaś ich syn Stanimir wzniósł nad morzem miasto Błyszczydła.
Kiedy w erze dwunastej na polańskiej ziemi, król Pociej I (Pothei) założył królestwo Białej Surbii, zaś na wiślańskiej ziemi latorośle bana Tihoszara wzniosły tron w Glaukopolis, grodzie stołecznym Białej Krobacji, Błyszczyńscy herbu Smok płacili dań królom obu tych państw. Pan Kazimierz Błyszczyński, którego imię oznacza ,,Niszczyciela Pokoju'' podeptał obietnice lenne i z pomocą słowiańskiego plemienia Mazonów z Mazivy, noszących na hełmach rogi wyrwane żywym turom, najechał Białą Surbię i Białą Krobację, niosąc rzeź, gwałt i pożogę. Mimo swych starań nie został królem i poniósł śmierć sromliwą, bo ze wschodu nadeszli Sarmaci króla Kirak – apinesa i podbili Słowian, aż po rzekę Lebanę.
W pierwszym imperium Sarmatów, ród Błyszczyńskich zachował swe dobra. Kolejni dziedziece udawali się do stołecznej Boloski, grodu Bolosa – Welesa, by składać hołd kolejnym królom, noszącym białą chustę miast korony, wspierali w podbojach w Azji i w Afryce (pan Mlastymir złamał miecz z damastu gliniane mury grodu Toxilia w Bharacji). Oraz zyskali przywilej pobierania danin z handlu z Mangazją.
Sytuacja uległa pogorszeniu za Atamrasa, ostatniego króla imperium, który począł prześladować Błyszczyńskich za to, że byli Słowianami. Wówczas pan Urat przyłączył się do powstania Słowian, na którego czele stanęli Jesza – późniejszy król Grecji i jego brat Nija Niewidek.
Po upadku imperium Sarmatów, przez parę następnych wieków Błyszczyńscy nie płacili nikomu dani i nie składali hołdu, aż do czasów królów Samona – przybysza znad rzeki Nilus, Kilitina – celtyckiego księcia – wygnańca i jego córki Silen Rydómiel, przez Słowian zwanej Ślągwą (Silena).
Na początku ery pan Władysław III udał się do Nesty, by złożyć hołd Lechowi I Dalmackiemu, władcy i założycielowi Analapii. Od tego czasu Błyszczyńscy, najstarszy i najpotężniejszy ród królestwa dziś zwanego Polską, przez długie wieki wiernie mu służyli, bijąc na polach licznych bitew Bohemian, Danajów, Amazonki, Asyryjczyków, Persów, Roxów, Sasów, Bawarów, Turyngów, Gotów, Wandalów, Greków, Rzymian, Hunów, Brytów i Franków. Wałdaj (Valdayus); król Roxu, napadając Analapię odebrał Błyszczyńskim ich posiadłości nad Tinerpą i Volgą, których jego przodek Rus nie ważył się odbierać. Ponadto z rodu owego wyszli uczeni mężowie, kształceni pod okiem Sokratesa, Platona i Arystotelesa, poeci pobierający nauki od Homera i Wergiliusza, oraz kapłani. Największym wrogiem Błyszczyńskich był ród Pompiliuszów, wywodzący się z Italii, który wydał królów Popiela I Okrutnego i Popiela II Gnuśnego. Waśń ta trwała całymi wiekami, a jej wyrazem były krwawe zajazdy. Pan Płomień chwalił się, że własnoręcznie ubił dziewięćdziesięciu i dziewięć wojów z rodu Pompiliuszów. W końcu sam zginął z ręki jednego z nich, pana Kazimierza Stanisława, który uciął głowę panu Błyszczyńskiemu i zawiesił ją sobie na sznurku. Gdy to uczynił martwa czaszka zraniła go ostrym zębem. Wdało się zakażenie i pan Kazimierz Stanisław umarł. Tak oto pan na Wymroczu i Błyszczydłach dopełnił ślubu zza grobu. Po upadku Rzymu, kiedy w Analapii panował król Bogdal, żył pan Borzywoj – Wojownik z Boru, którego w niemowlęctwie znalazł porzuconego na łące i przygarnął pan Wartomir z żoną Sawą. Borzywoj Bływszczyński ze szczerego serca przyjął chrzest i zmienił swe nadane na cześć Boruty imię na Bożywoj, czyli Wojownik Boga. Wiernie służył pod stanicami króla Bogdala broniąc Analapii przed najazdem króla Artura (zabił rycerzy Cadora i Hiderusa), cara Czerwonego Człowieka, oraz przed straszydłami smoka Girginicza. Po pokonaniu licznych przeciwności, poślubił Anej z Lasu, choć miał przeciw sobie potęgę zabiegającej o niego czarownicy Daniki z Vompierska i smoka Girginicza. Bożywojowi i Anej z Lasu urodził się syn o imieniu Jeno, lecz wszyscy troje ponieśli śmierć męczeńską za panowania Artura Apostaty, syna Bogdala. Od tego czasu Wymrocze i Błyszczydła przeszły w ręce Błyszczyńskich z Saczka. Za panowania Mieszka (Metytlałos) z rodu Piastów; ostatniego króla Analapii i zarazem pierwszego księcia Polski, pan Fatmir, jego wasal, przyjął chrzest wraz z całym rodem i czeladzią.
Tak jak niegdyś Błyszczyńscy służyli Analapii, tak teraz służyli Polsce; przykładnie broniąc jej na polach bitew, oraz wydając ludzi uczonych i świętobliwych. Największym dziełem owego rodu była opasła księga ,,Codex vimrothensis'' pisana przez kilka kolejnych pokoleń panów na Wymroczu i Błyszczydłach, a zawierająca starozytne mity, legendy i baśnie Słowian i innych ludów. W pisaniu tego dzieła szczególnie się zasłużył pan Innowojciech, żyjący w XVII wieku, zaś jego przyjaciel, ksiądz jezuita Aleksander Solewicz z Wilna napisał doń religijny komentarz, tak zwany ,,Glosariusz''. ,,Codex vimrothensis'' został wydrukowany w czasach saskich w 27 tomach, za sprawą żydowskiego arendarza Lesmana, przodka wielkiego Bolesława. Błyszczyńscy jako dobrzy Polacy walczyli w konfederacji barskiej, insurekcji Kościuszkowskiej, powstaniach listopadowym i styczniowym, za każdym razem drogo za to płacąc. Ostatni z rodu, pan Leopold, weteran powstania styczniowego, zmarł w przytułku w Krakowie.





Najważniejszym źródłem do poznania historii rodu jest ,,Codex vimrothensis'', ale ważną rolę odgrywa też ,,Perłowy latopis'' Kosy Oppmana, niestety zawierający bałamutną informację, że jakoby Błyszczyńscy żyli już przed potopem, a królewicze Mieczysław i Przerośl – Żyrwak służyli w ich włościach za parobków. Pan Innowojciech był tym z rodu, któremu poświęcił swój wiersz Bolesław Leśmian.


*

Wymrocze (Vimrothe) było siedzibą rodu Błyszczyńskich. W osadzie owej mieścił się zbudowany na Orlim Wzgózu (Gił Uklanis), potężny, według rodowych legend budowany przez olbrzymy zamek Smocze Gniazdo (Nesta Dragonis), oraz używany w czasach pokoju dwór panów Błyszczyńskich. Leżało na ziemiach późniejszej Analapii, gdzieś między Küjvem a Mazivą, a jego mieszkańcy utrzymywali się z uprawy ziemi, łowienia ryb, wypasu bydła i trzody, bartnictwa i zbieractwa. W Wymroczu mieszkali też rzemieślnicy i kupcy.







Błyszczyńscy poczynając od pana Władysława I, syna Ozera, syna Mladena, znali sztukę czytania i pisania, mówili różnymi językami, a nawet odbywali wojaże do dalekich ziem – pan Piesymir był aż na Lemurii.






Ród ten od pokoleń gromadził księgi – egipskie i greckie papirusy, gliniane tabliczki z Asyrii i Babilonu, papierowe i jedwabne zwoje z Sinea, drewniane tabliczki Słowian oraz opasłe kodeksy pergaminowe; ręcznie pisane i malowane, pieczołowicie zdobione złotem, srebrem, bursztynem, perłami i kamieniami. Rodowa biblioteka mieściła się na zamku Smocze Gniazdo, pilnowanym przez magnacką armię – milicję, bezpieczna przed ogniem i grabieżami licznych najezdników. W bibliotece tej, daleko starszej i zasobniejszej niż ta w Aleksandrii, można było znaleźć ,,Gołębią Księgę'', ,,Księgę Welesową'', ,,Perłowy latopis'', kroniki Prokosza i Kagnimira, latopisy - ,,Szmaragdowy'' i ,,Szafirowy'', ,,Biblię'' i jej najdziwniejsze nawet apokryfy, pisma Ojców Kościoła, tajemne księgi Egiptu, Babilonu i Sinea, uratowane od zagłady księgi z Atlantydy, pisma greckich i rzymskich poetów, filozofów i retorów, przeklęty ,,Necronomicon'' z Arabii, spisana na liściach palmowych historia wojny trojańskiej oczami Trojan i wszelkie inne; dobre i złe, spisane w całej gamie języków. W erze trzynastej pan Pieczysław II na prośbę Poznana Późnego, króla Analapii, zakładającego otwartą dla wszystkich chętnych bibliotekę w nowej stolicy – Posanie, pożyczał księgi z rodowego księgozbioru, aby królewscy skrybowie mogli je przepisać i oddać. W późniejszych wiekach, pan Barwin III pomagał Grekom w zakładaniu biblioteki w Aleksandrii. Biblioteka została spalona z rozkazu Artura Apostaty, chcącego zniszczyć zarówno wiarę chrześcijańską, jak i słowo pisane.





Błyszczyńscy równie chętnie co księgi zbierali osobliwości z całego znanego sobie świata – rzadkie klejnoty, zasuszone rośliny i spreparowane zwierzęta, skamieliny, egzotyczne maski, greckie rzeźby i ceramikę, grzyby, kamienie, stroje, broń, zbroję, egipskie mumie i aparaturę naukową. W rodowym muzeum w Michałowie Dolnym przechowywano ponoć czarne, smocze jaja, skórę zielonego wilka z Lemurii, czy nawet białego kruka.







Ponadto Wymrocze tonęło w kwiatach i zieleni, a to za sprawą pań Błyszczyńskich, przez wieki pielęgnujących ogromny, zaczarowany ogród botaniczny. W ogrodzie tym nawet w czas najsroższej zimy panowało wieczne lato. Kwitły w nim róże, lilie i kwiaty paproci, rosły palmy, papirusy i trzcina cukrowa, rzadkie gatunki lotosu, drzewa oliwne, dęby, cedry, sykomory, a nawet drzewo Bo z Bharacji. Wśród drzew, krzewów i kwiatów tańczyły w blasku Srebroniowym rusałki w lekkich szatach, utkanych z poświaty, pasły się jelenie, daniele, sarny, gazele, jednorożce, dziki, a nawet para słoni z Bharacji, polowały lwy, pantery i wilki, zakładały gniazda pawie, żar – ptaki; słowiańskie feniksy i strusie, a w sadzawkach pluskały się złote rybki spełniające życzenia i ryby o diamentowych łuskach z krainy zwanej Daria.







Michałowo Dolne (Michalovo Dolnice) to zwykła wieś zaopatrująca Wymrocze w żywność, położona odeń na południe i zachód. Przez długie wieki nosiła nazwę Jary (Jaroj) na cześć Jarowita; pogromcy smoka Rykara. Pan Bożywoj zmienił nazwę wsi na cześć św. Michała Archanioła, który strącił do piekła Lucyfera – Smoka Piekielnego.
Saczek (Saček) to wieś leżąca na północ od Wymrocza. Była ważna dla rodu Błyszczyńskich, bowiem w owej osadzie w drewnianej kapliczce, z wielką czcią przechowywano insygnia rodowe, a były to Cudowne Przedmioty, które spadły z nieba w czasach pana Władysława II – dzban – symbol obfitości, korona – symbol władzy i miecz – symbol walki i chwały. To, iż insygnia owe znajdowały się w Saczku, traktowano jako zapowiedź wywyższenia młodszej gałęzi rodu Błyszczyńskich. Tak się jednak nie stało. Błyszczyńscy z Saczka przeżyli prześladowania Artura Apostaty, bo wyrzekli się świętej wiary Chrystusowej i zostali potępieni, a choć król ich nagrodził, okryli się hańbą.







Błyszczydła (Vlistidla) to gród nad Morzem Srebrnym. Jego mieszkańcy żyli z łowienia ryb, zbierania bursztynu i handlu z Gotami zza morza. Już pan Stanimir Mladenowic wzniósł w Błyszczydłach olbrzymi, znany w całej Sklawinii chram Juraty – królowej morza, zdobiony bursztynem, srebrem i eburnem z Afryki. W chramie tym na poczesnym miejscu stał ogromny, wykuty przez greckiego rzeźbiarza posąg Juraty, trzymającej w ręku złoty trójząb, odzianej w suknię z bursztynowych grudek. Posługujący w nim kapłani, zwani przez lud ,,wodolejcami'' z powodu ofiar składanych z wody, przez wieki gromadzili uczone księgi, wyłowione z morza skarby – kufry pełne złotych monet, perły we wszystkich kolorach, w tym zaczarowaną Zieloną Perłę, którą zdobył wraz z drużyną pan Mladen, kamień filozoficzny, który skradli piraci, złote puchary, eburnowe rogi do gry, wykonane z muszli grzebienie syren, oraz najrozmaitsze; zasuszone, bądź zakonserwowane w spirytusie bądź natronie morskie stworzenia – rekiny, rozgwiazdy, kraki, czyli ośmiornice, kalmary, mątwy, łodziki, koralowce, morskie węże i smoki, lwy morskie o łusce karpia, Syreny Brzydkie, czyli małpy morskie, płaszczki, ryby – chimery, ptaszory, marliny, żaglice, samogłowy, najeżki, kozy morskie, tury morskie, morscy mnisi i morscy biskupi, gady – latawce, skóry fok i morsów, zęby narwali, iglicznie, koniki morskie, kraby, langusty, homary, wszelkie gatunki małży, żółwie morskie, skórę niedźwiedzia polarnego z wyspy Grumant, czyli Svalbard i wiele innych okazów. Po przyjęciu chrztu, pan Bożywoj zamienił chram Juraty na klasztor pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny Gwiazdy Morza, zaś zgromadzone przez pogan zbiory przeszły pod opiekę mnichów. Było tak aż do czasu Artura Apostaty, który wymordował mnichów i zniszczył klasztor wraz z jego skarbami. W Błyszczydłach spisana została ponadto księga ,,Codex vimrothenis – vlistidlianus'', będący jednotomowym skrótem ,,Codex vimrothensis'', kładącym nacisk na wierzenia związane z morzem.



Nieopodal Błyszczydeł, fale Morza Srebrnego z hukiem roztrzaskiwały się o wały Olivy. Według legendy podanej przez ,,Codex vimrothensis'', w grodzie tym, Światłosława przez Greków zwana Ateną, a przez Rzymian – Minerwą, zasadziła drzewko oliwne. W kronikac cystersów z owego grodu znajdują się wzmianki o Analapii w czasach królów Bogdala i Artura Apostaty, w tym również o męczeństwie św. Anej z Lasu.






Na południu, w analapijskiej prowincji, zwanej Śląż (Silenia) w miejscu, które obfitowało w wapienne skałki, leżały dwie wsie – Rzędki (Riadki), dziś zwane Rzędkowicami, oraz leżący po drugiej stronie lasu Mał, noszący swą nazwę od imienia zasadźcy, gdzie ziemia rodziła garnki, obficie wykopywane przez chłopów podczas prac polowych. Za panowania króla Bogdala mieszkańcy obu wsi chcieli walczyć między sobą, ale powstrzymała ich dobra i mądra Anej z Lasu. W jednej z legend zamieniła krewkich chłopów w ptaki – bataliony, ale nie trzeba w to wierzyć.





Pięć po pięć wiorst za zachód od Wymrocza, niczym olbrzymi klejnot położony na zielonym suknie, leżało wielkie i cieszące oczy swym pięknem Jezioro Turkusowe (Lykanus Turcusea) , ocienione leśnymi drzewami, pełne ryb i raków o rozmiarach średnich psów, które potężnymi szczypcami rozrywały sieci i kaleczyły kąpiących się ludzi. Raki te słuchały rozkazów noszącego złotą koronę króla jeziora, zaklętego w ogromną ropuchę, mniejszą niż królowa Betel – Gausse z jeziora Mamir. Ów ropuszasty król jeziora całymi wiekami czekał na mający go odczarować pocałunek czystej panny, a oprócz olbrzymich raków usługiwały mu rusałki i topielcy.







Jeszcze w innym zakątku posiadłości, nieopodal Gór Stołowych, gdzie olbrzymy wyprawiały swe uczty, stał Zagajnik, w którym nigdy żaden drwal nie wycinał drzew. W lesie tym zawsze panowała grobowa cisza; unikały go ptaki i wszelkie inne zwierzęta. Nie uświadczyłbyś w nim polujących leśnych ludzi, roztańczonych rusałek o upajającym głosie, ani dzieci zbierających do kobiałek grzyby i jagody. Zagajnik był lasem przeklętym; jego drzewa wybrały Gorynycza, a pożywiały się ciałem i krwią ludzi i wszelkich innych istot, które mogły dogonić, złapać i pożreć. U ich stóp bielały kości nieszczęsnych ofiar, lecz zła sława Zagajnika rozniosła się szybko i z upływem czasu coraz mniej było nieostrożnych, którzy zapuszczali się doń. Za panowania Mieszka, drzewa z Zagajnika straciły swą demoniczną moc, odkąd biskup Jordan poświęcił je, w wychodząc żywy z przeklętego lasu, pozyskał wielu Słowian dla świętej wiary Chrystusowej.







Owego pandemonium drzew – ludożerców żadną miarą nie należy mylić z Lipowym Zagajnikiem (Lenedaya Sahaya), rosnącego nad Jeziorem Turkusowym, a w innej wersji – przy granicy z Burus. W lesie tym klimat był łagodny, nawet zimy nie były zbyt dotkliwe, choc obfitowały w śnieg. Lipowy Zagajnik to las zaczarowany, pełen Słońca i zieleni, ptaków i motyli, błogosławiony przez Enków; Borutę i Dziewannę, przepojony pięknem i radością. Wśród niezliczonych zwierząt, których pełno było w innych lasach i puszczach, żył tu długowieczny, biały jeleń poświęcony Dziewannie, znający ludzką mowę. Po miękkiej trawie stąpały złotowłose driady, których życie związane było z lipami, odziane w powłóczyste, błękitne suknie. Owe to lipowe nimfy udzieliły schronienia rannemu panu Mladenowi, wyleczyły jego rany i ofiarowały łuk, co nigdy nie chybiał celu, aby mógł bronić swej ziemi przed najazdem Gotów i Burgundów. Ponadto w Lipowym Zagajniku widziano lwy i złociste pantery, białe tygrysy, jednorożce, gazele, a swe gniazda zakładały feniksy, czyli żar – ptaki, białe orły i pawie. W każdą Noc Kupały kwitły tu złociste kwiaty paproci, drzewa tańczyły, a woda w źródełkach i strumykach zyskiwała moc leczenia wszystkich chorób. Każde drzewo w tym cudownym lesie po zranieniu kory tryskało miodem, a opadłe liście pobłogosławione przez driady najpiękniejsze z pięknych, zamieniały się w złoto i klejnoty. Za panowania króla Bogdala, pan Bożywoj postawił w Lipowym Zagajniku kapliczkę ku czci Maryi.
Latyfundia Wschodu (Latifundium Orientalis) obejmowały nieprzeliczone krocie posiadłości rozciągających się na ziemiach Rusią Kijowską i Moskiewską. Dobra panów Błyszczyńskich, tysiące wiorst stepów, puszcz, bagien, pól uprawnych, wsi i grodów leżały nad rzekami Tinerpą, Tinestrą Veresiną, Volgą, Danu, a nawet nad rzeką Mox. Zostały odebrane rodowi przez Wałdaja, króla Roxu, który najechał Analapię.







Do posiadłości rodu Błyszczyńskich należały również Góry Mędrców znane z tego, że w erze trzynastej zawitał doń filozof Platon i rozmawiał z pokutującym duchem Karkonoszem. W górach tych rósł Umarły Las – niegdyś piękny i zielony, lecz za sprawą złych czarów egipskiego czarownika Setiego, przez Rzymian zwanego Simplicjuszem Setodavusem, który składał ofiary z krwi pod pozorem badania chronologii, las umarł.... Zła magia uzurpatorsko nazywająca siebie nauką, skaziła go i zamieniła w omijane przez ptaki i inne zwierzęta zbiorowisko nagich kikutów bez liści i kory. Odtąd mieszkały w nim jeno strzygi i wąpierze, oraz pijące krew ożywione trupy słuchające czarownika Czesława o twarzy pomalowanej na zielono. Seti po tym jak uśmiercił piękny niegdyś, górski las, obawiając się spalenia na stosie, zbiegł do Sedinum. Tam jednak spotkał należną karę – pożarł go wilkołak, który wyszedł z talii wróżebnych kart.






Jeszcze straszniejszy był Las Ciemny (Forestrus Darkynerus) leżący na zachód od Wymrocza. Nad lasem tym nigdy nie wschodziło Słońce; cały czas panował w nim nieprzenikniony, antracytowy mrok. Często padały też deszcze krwi, bądź wody przemieszanej z jakimś octem. Jego mieszkańcami byli słudzy smoka Girginicza i Czarnoboga; najdziksze i najobrzydliwsze potwory i straszydła; strzygi, wąpierze, Čorty i wszelkie inne. Przez Las Ciemny szedł samotnie, chroniony jeno mocą cudownej lilii z Sobotniej Góry, pan Bożywoj, na spotkanie czarownicy Daniki z Vompierska, której rudy włos przyniosła mu jaskółka. ,,Iść do Lasu Ciemnego'' znaczyło umrzeć.





Vompiersk (Vampiropolis) był zewsząd otoczony Lasem Ciemnym, pogrążony w wiecznym mroku i sączącej jad wilgoci. Mieszkały w nim wąpierze i wszelkie inne straszydła, pożerające się na ulicach, których carem był smok Girginicz, lęgnący się w przypominających norkę mrówkolwa lochach pod największą z przeklętych, służących chwale złych duchów świątyń. Niektórzy z mieszkańców Vompierska, tacy jak czarownica Danika, która ugościła pana Bożywoja, byli bardzo bogaci i mieszkali w rzymskich willach i pałacach, inni zaś zasiedlali lochy, upiorne parki pełne mięsożernych drzew, sadzawki czarnej, trującej dla człowieka wody i ruiny. Osadę tę założył w erze dwunastej, książę wąpierzy Vpyr (Vpirus); jak podają legendy, wcześniej mieściła się w owym miejscu wioska leśnych ludzi. Vpyr bardzo długo krzywdził ludzi, aż zginął za sprawą panny Sędzirady Błyszczyńskiej. Owa dzielna dziewczyna wydała się na żer wąpierza, by ratować mieszkańców Wymrocza – napiła się rtęci i Vpyr zginał marnie po zatruciu się jej krwią. Wówczas dusza panny Sędzirady udała się do Vompierska, gdzie otworzyła żelazny skarbiec księcia wąpierzy i uwolniła zeń wszystkie dusze uwiedzionych przezeń dziewic. Następnie wszystkie udały się do Nawi Jasnej, do radości bez końca.






Na ziemiach późniejszej, analapijskiej prowincji Viscli, znajdowała się osada Strzygi (Strixen). Jak można się domyśleć, była to osada strzyg, które nocami niepokoiły Wiślan, napadając na nich, a jeńców trzymały w klatkach i tuczyły, aby ich pożerać. Osadę założył strzygoń o imieniu Strach Kłamca (Gorror Falsiyet'), który pożywiał się wężami i gnojem, przez co mowa jego była zawsze kłamliwa. W czasie wojny króla Bogdala ze smokiem Girginiczem, złe stwory z Lasu Ciemnego, Vompierska i Strzyg popełniały niewyobrażalne wręcz zbrodnie na ludziach, których miejsce chciały zająć. Król Bogdal spalił przeto owe siedliska złych mocy, a na ich popiołach wzniósł kościoły.




 Błyszczyńcy posiadali również liczne dobra w Montanii, gdzie walczyli ze zbójnikami i potworami takimi jak: panki, léwice, czy smoki. Straż nad Montanią pełnił zamek Ostra Skała (Petra Spikoła) zbudowany na wyniosłej górze, w górach nazwanych na cześć ofiarnego i pełnego współczucia Żbiczanina Pienina. W erze trzynastej za panowania króla Analapii Sulirada II, kiedy dziedzicami na Wymroczu i Błyszczydłach byli bracia bliźniacy, panowie Władyrad i Skarbimir, czarownik Czesław o Zielonej Twarzy, uczeń niegodziwego Setiego, na czele swej hordy żądnych krwi ożywieńców z Umarłego Lasu, oblegał Ostrą Skałę, lecz został pokonany i zabity w boju. Po odparciu ataku, panowie Władyrad i Skarbimir spalili Umarły Las (płonął niedobrym, zielonym płomieniem), a z nim zamieszkujące go straszydła. W Montanii znajdowała się również posiadająca trzy szczyty, przypominająca tryzub Góra Troizak, przez Rzymian zwana Triadą. W jaskini na szczycie owej góry smok Girginicz uwięził Anej z Lasu, lecz uwolnił ją pan Bożywoj.

poniedziałek, 16 listopada 2015

Oniricon cz. 162

Śniło mi się, że:

- w latach 90 - tych XX wieku Andrzej Sapkowski został z jednego z konwentów zabrany do szpitala psychiatrycznego, UWAGA: To tylko sen, nic takiego się nie wydarzyło,
- w reklamie jakaś kobieta leżała na plaży w pokrowcu,
- szedłem po ulicy w koszulce i w szarych majtkach,
- po latach spotkałem Stanislavusa ov Goticica, który był dzieckiem mówiącym grubym głosem i związał mnie łańcuchem, po czym zawołał Gregorianusa ov Duckisa,



- pisałem posta o Aleksandrze Grinie, wspomniałem, że jest ulubionym pisarzem Andrzeja Pilipiuka, oraz, że spodobał mi się sowiecki film ,,Ałyje parusa'' i słuchałem na you tube piosenki śpiewanej przez Assol,



- w jednej z książek z serii ,,Tajemnice zwierząt'' czytałem o salamandrze z Galapagos,



- byłem wariatem, który wkładał główkę kapusty do dziecięcego wózka - inkubatora, chcąc aby wykluł się z niej mój syn, zaś w sklepie zobaczyłem ośmiornicę i myśląc, że to Cthulhu uciekłem z krzykiem,



- gdzieś w Polsce urządzono imprezę dla sępów; dano im padlinę, oraz żywego, rannego łabędzia, którego potem uratowano, a ja uznałem to za okrucieństwo wobec zwierząt,



- słyszałem jak pewien ksiądz opowiadał jak w Maroku jadł skorpiony,
- pojechałem na wycieczkę do Maroka razem z polskimi Tatarami i spałem w jednym pokoju z mężczyznami i kobietami,
- na ulicy zaczepiał mnie jakiś mały chłopiec, którego uderzyłem, a potem biłem się z Matiełasem ov Jarceviciusem,



- moja Mama powiedziała matce Pavlasa ov Vidłara, że nie potrzebuje prawnika, a potem jacyś bohaterowie przenieśli się do świata baśni niemieckich, gdzie spotkali kilka czarownic,
- wstydziłem się publicznie jeść obiad,
- jezioro Rusałka w Parku Kasprowicza w Szczecinie wysycha, a na jego dnie rosną siewki drzew,



- byłem w Indiach gdzie jakiś Hindus przy posiłku zginał trzy palce na cześć Brahmy, Indry i Śiwy,



- pojechałem na pielgrzymkę do Paryża, gdzie w toalecie, gdy korzystałem z pisuaru podglądała mnie moja dawna nauczycielka gimnastyki korekcyjnej, która mnie szczypała i czepiała się o jakieś bzdury; potem Babcia kupowała mi fast fooda w barze prowadzonym przez księdza. 

niedziela, 15 listopada 2015

Miłość do świtezianki





,, […] Pewnej zimy [Dennica] chcąc się ogrzać, usiadła przed Słońcem, dopiero co rozpalonym przez Swaroga i wyciągnęła swe białe dłonie. Było to niedługo po tym jak Mokosza powiła Europę i Bałkana Łobastę, a zima była bardzo sroga. Dennica z lubością ogrzewała się przed ogniskiem płonącym na niebie, gdy wtem – czy to przez nieuwagę, czy z innej przyczyny, poparzyła sobie dłoń, na szczęście lekko. Z tej to przyczyny poczęła i w dziewiątym miesiącu zeszła na ziemię i na brzegu jeziora Świteź na krywickiej ziemi powiła cztery urocze dzieczynki, we wszystkim podobne do rusałek. 'Jesteście córkami Świtu i urodziłam was nad jeziorem Świteź; przeto nazywajcie się Świteziankami'! - rzekła Dennica szczerze miłując swe dzieci. Nazwała je: Ninia, Płomienka, Beločka i Ważka. Gdy dorosły, rozeszły się do innych jezior, stały się żonami wodników i dały im dzieci […]'' - M. Rymwid ,,Nymphologia''




Królowa Albirea z rasy beregińskiej, urodziwa grafini de Borysthenes o żmijowych nogach, napełniona czystym nasieniem Maty, pierwszego króla Krobacji, zrodziła Słowona I; następcę tronu i Jurgę; wielkiego księcia Czerstwicy. Jurga, mąż dzielny i silny, dobry w robieniu mieczem i maczugą, oraz w strzelaniu z łuku, otrzymawszy w darze od malików arabskich białego konia, nazwanego Stoporą, wzorem ojca, który poznał jego matkę nad daleką Tinerpą, wyruszył za sławą i przygodami ku dalekim, tajemniczym krainom Północowschodu Sklawinii. Jurga udał się nad Świteź – jezioro, nad którym w erze trzynastej osiedli Krywicze, potomkowie królewny Krywicy, córki Leszka II Płodnego, króla Analapii.


*

O Krywiczach i ich potomkach Białorusinach prawi się, że dostali jednocześnie najpiękniejszą ziemię i najgorszych władców, aby nie zapomnieli, że nie są w Niebie. W czasie, gdy królem Czerwonej Krobacji był Mato, nad plemionami Słowian znad Świtezi panował tyran biorący wzór z Musulusa, ciemiężącego Bałtów. Słowianie Nadświtescy zostali zmuszeni do zgięcia karku przed wiedźmakiem, czyli czarownikiem, a imię jego Żmijec (Vyperes), bo umiał brać na siebie postać żmii i w gada owego zamieniony, przemierzał swe włości wypatrując spisków przeciwko sobie. Luty był Żmijec tak jak Musulus, również czarownik. Był wycharsły i łysy, wąsy miał czarne i sumiaste jak u Kozaka, szaty zaś czarne i powłóczyste. Gnębił podbitych przez siebie Słowian pańszczyzną i wysokimi daninami, by samemu opływać we wszystkie dobra i wygody. Ponadto palił wszystkie książki i zabijał pieśniarzy – skoromochów, określając ich jako włóczęgów. Pod jego knutem ani biedny, ani bogaty nie mógł opuścić nie tylko carstwa, ale nawet swej wsi, czy grodu bez pisemnego pozwolenia, w przeciwnym razie groziła kara zamknięcia w Wieży Płaczu, z której nikt nie wracał żywy. Żmijec tak jak Kościej i Musulus porywał nadobne dziewice, aby brukać je obrzydliwością swego nieczystego ciała i w swym zamku kolekcjonował je niby stada bydła. Na swe usługi miał rozbójników, których ominął katowski topór – wojów bez honoru i litości, jeszcze liczniejsze hufce szpiegów i donosicieli, policje tajne, jawne i dwupłciowe, w oprócz ludzi służył mu srogi łowca Hern – hetman Dzikiego Gonu, oraz złydnie. Wystarczyło, że czarownik powiedział ,,aby go złydnie oblazły'', a już nieszczęśnika dopadały wielkie jak szczury, oślizgłe larwy ważek gustujące w ludzkiej krwi i ciele, potrafiące w krótkim czasie zostawić z człowieka same kości. Zadając im złydnie, Zmijec obrócił w lśniące bielą kościotrupy junaków, braci Milina i Malina, którzy chcieli ubić wiedźmaka i nawet przetrzebili żywe szkielety z Dzikiego Gonu. Mało tego! Car – Wiedźmak czcił węża Gorynycza jako boga, a prześladował tych co sławili Ageja i Enków. Palił chramy i obalał kumiry, zabijał żerców i wołwchów, a kamienne ołtarze cara Čortów co dzień spływały krwią ludzi i zwierząt.


*

,,Mój kochanek jest synem Południa. Jego siwy koń dyszy pod nim. Jego pas ze smoczej skóry błyszczy w promieniach Słońca. Niewidzialna zbliżę się do kochanka; pojrzę na niego ze skały. Piękny był gdy ujrzałam go po raz pierwszy pod sędziwym dębem Lesawika; on wysoki, najpiękniejszy z ludu Krobatów'' - ,,Pieśń Świtki''.

,,Czyż już opuściłaś swa zieloną drogę w pachnącym lesie, złotowłosa córko Dennicy? Świteź zaprasza falami, wśród wodorostów jest łoże twego odpoczynku. Wodne zwierzęta i wodniki przychodzą oglądać twoją krasę. Widzą jak jesteś piękna we śnie i napełniają się radością. Spoczywaj, o Świtezianko w twym srebrzystym jeziorze i wracaj do mnie wesoła'' - ,,Pieśń Jurgi''


Jurga, syn króla Maty, jechał przez lasy i błota w stronę stołecznego miasta, zwanego Hradna, by zatrzymać się w nim na popas. Nie znał jeszcze ziemi, którą przemierzał, bo jej mieszkańcy mieli surowy zakaz goszczenia cudzoziemców, a nawet rozmowy z nimi. Książę usłyszał jeno od bałtyjskiego ludu Jatvów, że ,,strach jechać w owe strony, bo ich konatem jest zły czarownik''. Jatvowie opowiadali mu, że w stołecznym grodzie owego ponurego carstwa studnia, z której wodę czerpie się złotym kubkiem, którego to naczynia nikt nie śmie ukraść lękając się gniewu cara. W ziemi owej sioła były nieliczne i zabite deskami, a ich mieszkańcy widząc strojnego w jedwabie i złote guzy potężnego junaka na cudnym koniu, bez słowa czynili gesty odpędzające Licho i w pośpiechu zatrzaskiwali drzwi i okna. ,,Czy myślą, że jestem Čortem''? - dumał książę Jurga. Jadąc brzegiem wielkiego jeziora poświęconego Dennicy ujrzał jak z prastarego dębu wychodzi panna niewypowiedzianej krasy, zbyt piękna, by mogła być istotą ludzką. Jej włosy opadały do pasa lśniącą, złocistą falą, a duże oczy błyszczały błękitem. Urokliwa istota, widać rusałka, albo inna nimfa, odziana była w lśniącą, białą suknię z jedwabiu, albo z chmury, cienki pasek zaś miała z zielonej kitajki. W jej uszach połyskiwały złote kolczyki w kształcie rybek. Wypisz – wymaluj; ubóstwiona Zosia. Jurga widział już w Krobacji nimfy; Wiły, rusałki i najady; istoty przyjazne ludziom, przeto nie zląkł się nieznajomej. Dwornie zapytał ją o drogę do grodu stołecznego, lecz panna odradziła mu jechać do Hradny.




- Szkoda byłoby twojej duszy i ciała, panie – rzekła nimfa. - W Hradnie zasiada na stolcu Żmijec – wiedźmak – car luty, co lud słowiański katuje. Od nie zdzierży mocniejszego od siebie, a widać po was, panie, żeście junak potężny i chrobry. Wiedźmak będzie chciał was przeciągnąć na swą służbę, a jeśli odmówicie – ubije was.
- Jestem synem króla krobackiego, wielkiego pana – odrzekł Jurga. - Jam ksiądz wolnego ludu i nigdy nie zegnę głowy przed tyranem, ani nigdy nie przestanę walczyć ze złem, nawet takim, które mnie przerasta. Dziwne to, że rozprawiamy teraz o polityce; gdyby nasze spotkanie opiewali poeci, włożyliby nam w usta inne słowa.
- Tam gdzie nie ma wolności, tam wszystko się kojarzy z polityką – odrzekła panna w bieli.
- Jestem Jurga, syn króla Maty, co ocalił Wielki Dąb przed Czerwiem i z łaski Ageja wielki książę doliny rzeki Czerestwicy. A czy ty, pani, jesteś rusałką? Nawet wśród nimf wyglądasz jak perła wśród popiołów – panna przepasana zielonym jedwabiem zarumieniła się lekko słysząc ów komplement.
- Nazywam się Świtka, na cześć pani Dennicy, która porodziła moją rasę, którą prosty lud nazywa świteziankami.
- Mój lud czci Dennicę – odparł Jurga – i z ust żerców słyszałem świętą opowieść jak Gwiazda Jutrzenka poparzywszy się ogniem, urodziła gdzieś na północy jakieś piękne panny podobne do rusałek.
- To jezioro nazywamy Świteź i to nad jego brzegami porodziła nas mateczka Dennica – objaśniła Świtka. - Gdybyś tylko mógł, panie, zanurzyć się w jego chłodnych falach i napełnić serce radością z powodu jego piękna! - junak podziękował świteziance i zamiast do Hradny ruszył do wsi Selenetova, czyli Zielonej, gdzie chłopi byli solidarni i tępili donosicieli, a jeden z nich, stary gospodarz imieniem Żałos zgodził się udzielić księciu Jurdze gościny u noclegu. Junak i świtezianka spotykali się odtąd niemal dzień w dzień, pędząc długie godziny na wędrówkach po puszczy, rozmowach, czytaniu i słuchaniu zakazanych poezji o czasach gdy plemiona nadświteskie były wolne, żyli junacy i dokonywali bohaterskich czynów, na paleniu ognisk i tańcach po jeziorze. Jurga ani razu nie skrzywdził swej towarzyszki, ani wianka nie odebrał, bo tak uczył go ojciec. Książę i Świtka czuli między sobą to co niegdyś Mato i Albirea w dalekim kraju nad Tinerpą. Czekająca ich miłość próba czasu nadeszła szybciej niż myśleli.


*

Tego dnia, gdy książę Jurga udał się nad Świteź z naręczem białego kwiecia, nie zastał ukochanej. Choć długo czekał, dla zabicia czasu ostrząc miecz pod modrzewiem – ponoć zaklętym w drzewo niewiernym kochankiem, Świtka nie przychodziła. Co też mogło jej się stać? Dzikie zwierzęta nie tykają nimf, jeno żyją z nimi w zgodzie. Jurga nie pomyślawszy nawet, że kochanka mogłaby dać mu kosza, przypomniał sobie rozmowę, w której mówiła mu, że tyran Żmijec, tak jak przed wiekami Kościej porywa nadobne panny i mężatki, by wszetecznić się z nimi. ,,Jeśli to uczynił – zazgrzytał zębami Jurga aż poleciały iskry – to choćby był samym Čortem, nie ujdzie bez kary''! Książę przymknął oczy i posłyszał w swym sercu cichy głos Srebronia – Księżyca; Enka, któremu oddawały cześć wszystkie nimfy:
- Świtkę i parę jej sióstr uprowadził Dziki Gon. Ta, którą kochasz, płacze teraz na zamku w Hradnie, gdzie car – Żmijec włada... - Jurga skłonił się i podziękował Chorsowi Car – Księżycowi, wskoczył na lśniącego bielą wiernego konia Stoporę i pogalopował przez ciemny, pełen wilków las w stronę Hradny.
Pędząc przez las, junak ujrzał stojący wśród drzew drewniany kumir Boruty, oblubieńca Dziewanny Medine i Meże Mate, któremu knajacy wiedźmaka utrącili ręce.
- Vujči Pastir jest bez rąk, więc my musimy mu je zastąpić – rzekł Jurga nie przestając pędzić, a Srebroń wskazywał mu drogę.
Ksiądz wielki krobacki gnał jak na skrzydłach Pochwista – Strzyboga, lecz i on był tylko człowiekiem. Wyczerpany zeskoczył z konia, legł pod dębem i zasnął. Upaść może i człowiek wielki, ale zginąć – nikczemy – mawiał król krobacki Stachon – gor. Kiedy Jurga spał, zielony dąb prastary przemówił doń w szumie liści, ludzkim głosem go skarcił.
- Obudź się i siodłaj konia – masz wiadomość. Nie czas na sen. twoja luba wzdycha w bólach niewoli i jęczy za tobą! Zły czar więzi ją na zamku w Grodzie Grodów, a strzegą jej złydnie – oślizgłe potworki o spiżowych zębach. Aby cię nie zjadły, idź do grodu Neopolis Minor, gdzie na ulicy Szerokiej znajdziesz ukrytą przed światem pracownię alchemika Lucisława. On da ci argentum potabile, czyli takie srebro, które można pić bez szkody jak wodę. Srebro to obroni cię przed złydniami, a teraz ruszaj! - gdy dąb skończył szumieć, Jurga obudził się i czym prędzej udał się do wskazanego grodu, gdzie w erze trzynastej przyszedł na świat Adam Mickiewicz.
Odnalazł ukrytą wśród dzikich pijalni wódki tajną pracownię alchemika, a gdy powiedział mu, że przysyła go dąb, ów uwierzył w to bez zastrzeżeń. Lucisław Borojarowicz za garść złotych monet nalał księciu kubek płynnego kruszcu, a ów wypiwszy srebro poczuł jak w jego członkach rozlewa się siła.
- Teraz żaden wąpierz nie będzie mógł cię zabić – z zadowoleniem stwierdził alchemik, syn woja, co nie chciał służyć czarownikowi.






Jurga zaś podziękował mi i udał się na zamek w Hradnie, rzekomo, by nająć się na nosiwodę. Żmijec śledził nowo przybyłego za pomocą zwierciadła i nie było mu tajnym, że jego nowy sługa nie pochodzi bynajmniej z rodziny chłopów jak mówił i że przybył po to, aby uwolnić jedną z jego niewolnic. Kiedy nocą, krobacki książę wyrąbując sobie mieczem drogę przez straże zakradał się do komnaty porwanej niedawno świtezianki, Żmijec wypowiedział zaklęcie: ,,Niech go złydnie oblezą'', którym na przestrzeni lat uśmiercił setki swych wrogów. Ledwo to powiedział, na ciele Jurgi pojawiły się wychodzące ze wszystkich zakamarków obmierzłe potworki podobne do ogromnych larw ważek. Ich żuwaczki potrafiły przecinać stalowe zbroje, a zatrute były jadem stokroć mocniejszym od żmijowego. Jurga uśmiercił dziesięć złydni ostrzem miecza Rezaka, lecz było ich za dużo by mógł wszystkie ubić, więc gryzły go do krwi. Płynne srebro w jego żyłach ochroniło przed jadem złydni, a co więcej, te z nich, które nie zginęły od żelaza, zginęły od srebra. Jurga ociekając krwią rozbił dębowe drzwi, odnalazł Świtkę i inne niewolnice cara. Zaopatrzył je w rumaki z carskich stajni, po czym podłożył ogień i wszyscy uciekli w stronę lasu. Żmijec swą magiczną mocą, jednym mrugnięciem ugasił pożar i wysłał pogoń, lecz znając pieśń ludu wiedział, że tron odbierze mu cudzoziemiec.


*

Jurga i ocalone niewolnice, drzewa zakryły swymi liśćmi, a wilki, Neurowie, tury i żubry rozpędziły ścigających ich carskich wojów. Wiele z ocalonych panien niechętnie uciekło, nie dlatego, że miłowały cara – wiedźmaka, ale dlatego, że po swym uprowadzeniu do jego babińca nie miały już gdzie wracać. Świtka jednak zaradziła temu. Poprosiła o schronienie Sarfanę; królową jeziora Świteź; po części świteziankę, a po części rusałkę. Sarfana nie podlegała władzy Żmijca, ani nie wysyłała mu dani. Była niepodzielną panią swego jeziora. Chętnie udzieliła azylu zbiegłym nałożnicom i zamieniła je w świtezianki, aby car – władca ludzi stracił do nich wszelkie prawa. Uratowane niewiasty – Jelica, Traszymira, Bogdana, Milena, Jarosława i Bogna – Milena otrzymały herby i zostały damami dworu królowej świtezianek.






Tymczasem lud nadświteski – kniaziowie, bojarowie, wołwchowie, kupcy, rzemieślnicy i chłopi, tak jak przed laty ich dziadowie zgromadzeni pod stanicami kniazia Łukojara, wypowiedzieli posłuszeństwo carowi i ruszyli do walki przeciw całej jego potędze. Słowianie obrali na wiecu swoim wodzem księcia Jurgę, bo wierzyli, że jako cudzoziemiec ma od Welesa szczególną moc magiczną i siłę. Oprócz ludzi pod stanicami powstania stanęły szyjące z łuku rusałki i świtezianki: sama królowa Sarfana jechała do boju pozłacanym rydwanem zaprzężonym w białe jednorożce i potrząsała włócznią, Neurowie, Lynxowie, Płanetnicy i żmijowie, krasmoludki, wodniki, południce i nocnice, krocie leśnych zwierząt, a nawet nieco przygłupie skrzaty gamonie. Skrzaty te nie nosiły bród jak krasnoludki, za to zakładały kolorowe; czerwone, lub pomarańczowe czapeczki, miały pękate brzuszki, oraz nosy jak kartofle. Stworzyła je Mokosza w erze czwartej i tylko ona sama wie dlaczego obdarzyła gamonie tak małym rozumkiem. W wojnie ludzi z wiedźmakiem, gamonie i krasnoludki pomagały Słowianom jako szpiedzy i posłańcy, choć trzeba przyznać, że niewiele było z nich pożytku. Ci co powstali z władzy Żmijca pod stanicami księcia Jurgi, zadali mu zrazu szereg klęsk w wojnie szarpanej, lecz najmężniejsi z insuregentów nie mogli sprostać sile Dzikiego Gonu. Liczył on sobie dziesięć razy sześćdziesiąt wojów, a były to człowiecze kościotrupy, uzbrojone po zęby, galopujące po nocnym niebie na szkieletach koni. Owi nieumarli wojowie, zrodzeni z witezi wciągniętych przed wiekami przez trąbę powietrzną, służyli pod czarną stanicą Łowcy Herna, wielkiego pana z ziemi teutońskiej. Gdy czarne jak kir niebo rozdzierał ptasi wrzask Dzikiego Gonu, odwaga opuszczała serca najdzielniejszych. Wojowie i wojowniczki rzucając broń, salwowali się ucieczką, a jedynie książę Jurga z mieczem i maczugą, oraz świtezianka Świtka, w potokach deszczu samotnie odpierali szarżę żywych trupów. Jednak ich męstwo na niewiele by się zdało, gdyby nieoczekiwanie nie wyskoczył z zarośli Zajączek Złocieniaszek, przez Bałtów zwany Puszkaitis, syn Boruty i Leśnej Matki. Wygląd miał zajęczy, lecz futerko złociste, a nad jego głową płonęła ognista korona – znak, że był jednym z Enków. Zajączek Złocieniaszek nie szczędząc butnych słów i naigrywania się rozgniewał wielce Dziki Gon. Nieumarli wojowie wiedźmaka puścili się w pogoń za nim, ostawiając w spokoju Jurgę i Świtkę. Zając biegł niestrudzenie, ciągnąc Dziki Gon za sobą. Nie został złapany. Na końcu pościgu czekał Pochwist razem z rycerzami stuha – ludźmi obu płci, dorosłymi, dziećmi i starcami, oraz gromadą żmijów i groźnych zwierząt. Łowca Hern widząc kogo spotkał, dał swym nieznającym strachu, ani żadnych innych uczuć wojom znak do ataku. Był to ostatni bój Dzikiego Gonu. Po niebie przetoczył się straszliwy łomot i szczęk oręża, a niedługo potem spadł deszcz połamanych kości ludzkich i końskich.


*





Żmijec spał na łożu z kości słoniowej, nakryty wilczymi skórami, a sny jego były straszne. Śnił o tym co ujrzał przed laty, za dni swego dzieciństwa. Oto ze wschodu nadciągnął srogi Wyrwibaj; chan tartarski, a z nim zbrojne hordy jakiegoś dziwnego ludu; ni to ludzi, ni demonów, przybyłych z równoległego świata, albo z przyszłych czasów. Hordy te ciskały piorunami jak oszczepami, a za środek lokomocji służyły im żelazne wozy bez koni, wypuszczające z trzewi dym niczym smoki. Ludzie ci tępili smoki i jednorożce, rozpuszczali krasnoludki w kwasie siarczanym, gwałcili i zarzynali rusałki, palili zaczarowane lasy, obracali w perzynę zamki i ścinali królów. Z ust toczyli pianę jak wilkołaki i co rusz groźnie pokrzykiwali o ,,diabelstwie'', które trzeba wyplenić....
Żmijec obudził się z lotosowego snu. Wyrwibaj i jego hordy dawno już przeminęły, zaś w dniu dzisiejszym miał poważniejsze zmartwienia. Odkąd pojawił się Jurga, czarnoksiężnik stracił najgroźniejsze ze swych potworów – złydnie zostały wytrute płynnym srebrem, a Dzikiemu Gonowi sam Pochiwst połamał kości. Siły księcia Jurgi rosły, na jego stronę przechodzili bojarzy i smerdowie, a lada dzień Hradna miała wpaść w ręce buntowników. Żmijec tracił nie tylko wojów, ale i moc magiczna zdobyta dzięki Čortom powoli go opuszczała. Któregoś dnia, gdy Jurga zadał kolejną klęskę jego wojskom, wiedźmak osiwiał. Koszmary jęły nawiedzać go każdej nocy, w dzień zaś stale czuł, że ktoś za nim chodzi – niechybny znak, że Čorty upominały się o duszę czarownika. Nic go nie cieszyło i nawet myśl o zgnieceniu powstania nie pociągała go jak dawniej. Żmijec był stary – żył już pięć wieków i chętnie by umarł, lecz nawet tego się bał.




Tymczasem książę Jurga rozbił obóz pod wałami Hradny. Żmijec, choć jego własna sztuka magiczna jęła napawać go wstrętem, otworzył księgę zaklęć spisaną na ludzkiej skórze, wyrwał i zjadł serce młodej dziewicy, po czym dygocząc padł na kamienną posadzkę. Wyginał się i syczał aż przybrał postać wielkiego węża trusia o szmaragdowej łusce. Wyszczerzył szpilkowate kły ociekające jadem i sekretnymi korytarzami wyruszył by pożreć krobackiego księcia w jego namiocie. Tymczasem straż jego zamku miast do obrony przykładała się bardziej do rozpusty, pijaństwa i rozkradania skarbów swego pana. Żmijec pełzł w stronę namiotu wodza. Choć wielki jak pyton, zdołał przedostać się niepostrzeżenie. Dopiero przed samym namiotem krobackiego księcia zauważył go wartownik, a była to wydra imieniem Lirsa. Dzielne to zwierzę ubiło już wiele węży – żmij i trusi, obroniło swe młode przed orłem, a ponoć nawet zagryzło rysia Skorosława. Lirsa całą się najeżyła i dobyła zza pasa sztyletu widząc węża – potwora, a ów szybko jak myśl rzucił się na nią z obnażonymi kłami. Pojedynek był długi i zawzięty, a nad ranem gdy zęby wydry skruszyły kręgi szyjne trusia, ów olbrzymi gad ponownie stał się wiedźmakiem Żmijcem. Tymczasem na zamku w Hradnie pijana czeladź zaprószyła ogień.


*





Po upadku czarownika, Jurga i Świtka założyli korony z pawich piór i stanęli na wzorzystym kobiercu przed królową Sarfaną, która udzieliła im ślubu dając do wypicia miód z jednego rogu. Słowianie znad Świtezi i ci możni i ci ubodzy zwołali więc, który obrał Jurgę na nowego władcę, grożąc mu gniewem Enków i ludzi gdyby odmówił. Jurdze z największym trudem udało się wytłumaczyć, że jako wielki książę Czerestwicy ma obowiązki wobec Krobacji, przeto nie może panować nad Świtezią. Obiecał za to, że rządy w Hradnie obejmie jego syn. Jurga i Świtka żegnani z żalem powrócili do Czerwonej Krobacji, gdzie przywitał ich król Mato, oraz królowa Albirea z całym dworem.





Tymczasem Słowianie znad Świtezi obrali swym carem bojara Kanina (Caninus), który niestety poszedł w ślady Żmijca i jął dręczyć swój lud pańszczyzną, daninami, gwałtami i grabieżami. Kanin z racji imienia i charakteru porównywany do wściekłego psa, nękał lud słowiański przez długie lata, aż wreszcie nad Świteź przybył z Krobacji książę Jurga II Parszywa Główka, syn Jurgi I i Świtki. Po matce - świteziance miał cudne, złote włosy, lecz z niewiadomego powodu ukrywał je pod chustą, mówiąc, że ma na głowie paprzysko, czyli strupy. Książę ów zabił cara Kanina, lecz wbrew obietnicy ojca odmówił przyjęcia korony.
,,Nieszczęsny to lud, w którym źli gwałtem obejmują tron, a dobrzy od tronu stronią'' – ułożono potem przysłowie.



sobota, 14 listopada 2015

Smocze plemię




,,Smoki z bajek, cud natury - 
łuski, rogi i pazury,
bazyliszki i potwory - 
kto je ujrzy, już jest chory!
I ty też spotkasz wokół
bardzo dużo różnych smoków:
nagie, śliskie, pełzające,
żmije, żaby i zaskrońce,
salamandry i jaszczurki
- można dostać gęsiej skórki!
Choć z pozoru obrzydliwe,
są na ogół nieszkodliwe.
Zaludniają całą ziemię - 
niezliczone smocze plemię!'' 
- Danuta Wawiłow ,,Smocze plemię'' [w]: ,,Zwierzaki nr 2 (14), luty 1993''



piątek, 13 listopada 2015

Dniepr i Desna

W czasach bohaterskich, nim jeszcze Rus zasiadł na złotym tronie w prastarej Goluni, gdzieś nad rzeką Tinerpą, w miejscu gdzie Sarmaci wybudowali później stolicę swego imperium, Boloskę, żył słowiański król Liman (Limanus). Wielki to był mocarz, syn sławnego herosa Wyrwisosny, łamiący podkowy, kruszący głazy strzałami z łuku, kułakiem obalający drzewa i żubry. Tenże Liman broniąc swych poddanych, objeżdżał swe włości na zrodzonej z morskiej piany białej klaczy z Arabii i zatrutymi strzałami zabijał smoki i połozy, wilkołaki, brukołaki, wąpierze i rozbójników, sprawował sądy, wznosił nowe grody, chramy i kumiry. Brał udział we wszystkich trzech wyprawach carów i kniaziów słowiańskich przeciw Tmu – Tarakanowi i Ginofagom – osiadłemu nad Morzem Ciemnym plemieniu dzikich mężów pożerających niewiasty. Z drugiej z tych wypraw przywiózł sobie żonę, a była to uratowana od pala męczarni rusałka Korsina, nosząca swe imię na cześć Chorsa – Srebronia. Bardzo kochała króla Limana i on ją miłował.




Enkowie obdarzyli ich synem Dnieprem (Nepr, Neprus) i córką Desną (Tesna), nazwanych tak na cześć ,,dopływów Nilu'', wielkich rzek Wschodu.
Dniepr wdał się w swego dziada; Wyrwisosnę, syna Toczygroszka. Wyrósł na męża wysokiego i potężnego. Miał czarne wąsy sumiaste i włosy takiej barwy, nad czołem przycięte w ząbki. W jednym uchu nosił złoty kolczyk pełen mocy magicznej, zdobyty na Zalmoxisie, chanie tartarskim. Idąc do boju brał przecinający stal i skały miecz Zgubę, okrągłą tarczę z wymalowanym na niej złotą farbą Słońcem, maczugę Nasiek, zaś grzbietem służył mu biały koń Kosik, zakupiony w Surażu od kupców arabskich. Wielka była siła Dnieprowa – kruszył żelazo i kamienie w swych rękach, wyrywał wiekowe drzewa, sam jeden kładł pokotem całe zastępy wrogów.





Jego siostra Desna była najpiękniejszą z córek Sklawinii – jej ciało smukłe, białe i bez najmniejszej skazy, długie włosy czarne jak pkieł i miękkie jak kitajka, wielkie oczy mroczne jak czeluść Čortieńska, lśniące i miękkie szaty, czy klejnoty podobne gwiazdom nie miały sobie równych.
Dniepr jako pierwszy z Limanowych dziatek opuścił matczyne łono, przeto przysługiwało mu jako pierworodnemu prawo do specjalnego, ojcowskiego błogosławieństwa, będącego błogosławieństwem samego Ageja. Desna miat cieszyć się ze szczęścia brata, zazdrościła mu tak mocno, że nie mogła spać. Myślała jeno jak by mu wydrzeć błogosławieństwo Limana.





W erze dwunastej przez długie wieki, po lasach i stepach Sklawinii, wśród żalników i kurhanów, w blasku Srebroniowym, w asyście sfory zdziczałych psów, włóczyła się czarownica; budząca strach trucicielka i wróżbitka, królowa służebnic Gorynycza, a imię jej brzmiało Kossa, córka Kocigroszka. Desna nie potrafiąc się wyzbyć swego pragnienia, pewne nocy opuściła dworzec i poszła na kurhany. Zadrżała widząc piękną, lecz bezlitosną twarz słynnej czarownicy, oraz widząc i słysząc jej czarne brytany o śnieżnobiałych kłach i czerwonych oczach, lecz chęć uzyskania ojcowskiego błogosławieństwa była silniejsza niż strach. Dumna córka króla Słowian skłoniła się przed mamroczącą zaklęcia królową czarownic i z uniżeniem poprosiła ją o przysługę.
- Droga mateczko – powiedziała – mam starszego brata, któremu przysługuje błogosławieństwo ojca. Zazdroszczę mu tego, bardzo bym chciała, aby to błogosławieństwo przypadło mnie, a nie jemu, bo przecież nie dałoby się zadowolić obu stron.
- Nie, nie dałoby się – potwierdziła Kossa. - Wy, ludzie macie doprawdy nieziemskie fanaberie, ale nie mam powodu, by wam odmawiać. Ile jesteś gotowa dać za wydarcie bratu jego własności? - spytała czarownica.
- Ile tylko będzie trzeba – odrzekła śmiało królewna Desna.
- Dobrze więc, nakarm moje psy.
- A czym mam je nakarmić? - zapytała Desna. - Nie mam wszak ze sobą ani kaszanki, ani kiełbasy, ani kości.
- Nakarmisz je swoim ciałem, głupia – odpowiedziała czarownica, po czym unieruchomiła królewską córkę silnym czarem i za pomocą noża wycięła jej pośladki, mięśnie ud i skórę pokrywająca nogi, a gdy to wycięła, rzuciła na pożarcie psom.
Desna, odważna jak na córkę słowiańskiego króla przystało, zacisnęła podobne perłom zęby, by nie wrzeszczeć z bólu, zaś to co jej czarownica wycięła, odrosło niczym wątroba Prometeusza. Kossa pełna uznania dla jej męstwa, wręczyła królewnie pęk nawęzów z suszonych żab i padalca, zamkniętych w kaptordze ze skóry dziewicy, Desna zaś podziękowała i udała się w stronę rodowego dworca.
Nazajutrz Dniepr wyruszył wraz z drużyną w step na łowy. Jego siostra zaś mocą nawęzu królowej czarownic wzięła na siebie jego postać, a nawet głos jej brzmiał teraz jak u brata. Ta przemieniona, padła do nóg swego ojca, króla Limana, prosząc by ją pobłogosławił. Król nałożył złotą koronę, wdział karacenowy półpancerz i pelerynę ze skóry panterczej, przepasał się szerokim pasem; darem księcia Słuczan, przypasał do boku czeremiską szablę, zaś prawą dłonią ujął rytualną pałkę pokrytą zielonymi pędami i jabłkami. Desna zamieniona w swego brata, obmyła się w wodzie z Dunaju, po czym wdziała na siebie kolczugę zdobytą na Alanach, błyszczący szyszak, sarmacką opaskę noszoną na czole, pasek ze skóry złotego połoza i skórę panterczą. Jako oręż wzięła miecz i maczugę. Następnie przy dźwiękach trąb padła na kolana u stóp złotego tronu ojca, ów zaś, którego splecione w warkocze włosy i broda jęła pokrywać już siwizna, wstał i nałożywszy córce, którą zmylony czarami brał za syna, dłonie na głowę, począł wypowiadać słowa błogosławieństwa:
- Przez świętą potęgę Ageja i Enków, pozdrawiam cię, synu mój z lędźwi moich! Wesel się w dniu tym i w przyszłych. Niech otaczają się przyjaciele, dzieci i bogactwa. Niech piorun cara Peruna zetrze w proch twoich wrogów, a czeluść cara Welesa ich pochłonie. Obyś żył długo jak smok w szczęściu, pokoju i sławie, a po śmierci godnej męża osiadł na najjaśniejszej z wysp Nawi Jasnej. Tak powiedziałem i tak niech się stanie – po tych słowach dworzanie króla Limana wznieśli radosne okrzyki: ,,Sława mu''! i ,,Miru mu”!, zaś Desna ciesząc się z powodzenia swego podstępu, ucałowała złoty pierścień ojca, a następnie została przeniesiona na tarczach przez jego wojów wokół dębu Zapisu, na którym wyryto imię Ageja. Uroczystość zakończyła wystawna uczta.
Po pięciu dniach, królewicz Dniepr powrócił ze stepów wioząc ubite suhaki i jelenie, olbrzymie dziki o wielkich kłach, skóry wilcze i rysie, oraz rosłe tury z Multanii. Książę począł prosić ojca, by go pobłogosławił, lecz król Liman mu odmówił.
- Błogosławieństwo ojcowskie jest święte i można go udzielić tylko raz. Już cię pobłogosławiłem, teraz mogę cię najwyżej przeklnąć.
Dniepr posmutniał, nie wiedząc co się stało. Aby dociec prawdy chwytał i tarmosił połowieckie niewolnice swej siostry i od nich dowiedział się co zaszło. Posłyszawszy to w jednej chwili znienawidził ukochaną siostrę i choć wojowi nie godziło się zabijać niewiast, zamyślał ją uśmiercić. Desna ostrzeżona przez swą niewolnicę z ludu Płowców, pewnej nocy osiodłała konia zwanego Maha i nie zwlekając pognała w step, błagając Zorzę Lelową, by skryła ją pod swym płaszczem. Jej brat kipiał od gniewu i razem z drużyną pognał tropem siostry, by wymierzyć jej sprawiedliwość.


*




Nieustraszona królewna galopowała przez stepy, zaś Čorty nie dawały jej spokoju w dzień i w nocy, karząc za kradzież i oszukanie ojca za pomocą czarnej magii. Już chciała skończyć ze sobą, gdy jej oczom ukazało się wysokie, zielone drzewo rosnące pośród równiny. Čorty biczowały Desnę bykowcami, ona zaś zlana krwią, upadła na twarz przed drzewem.
- Ratuj mnie grzeszną, mateńko – wycharczała, a z jej ust ciekła krew przemieszana z pianą. Čorty wyraźnie lękały się drzewa, te zaś przemówiło szumem liści w obronie królewny. Następnie okazało się być samą Mokoszą – dobra i łagodną Enką, której lękał się nawet Gorynycz. Čorty wbiły szpony w białe ciało Desny, aby unieść ją ze sobą jak najdalej od Mokoszy, lecz na jej słowo musiały ją ostawić w pokoju i nie wracać na niej więcej, Enkowie mieli bowiem od Ageja moc wypędzania Čortów. Mokosza podeszła do wybatożonej Desny i delikatnie kładąc swe podobne do eburnu dłonie na jej ranach, zagoiła je tak, że nawet blizny nie było.
- Twa tułaczka niedługo się skończy – rzekła Mokosza – spotkasz brata, a on przebaczy ci kradzież. Wcześniej jednak musisz ostrzec ojca przed najazdem, tak jak Tatra ostrzegała Lecha III. Knuje go car Maniak, syn Lutyni.
- Tak uczynię, Postrachu Mocy Čortieńskich – obiecała Desna i chciała z czcią ucałować stopę Mokoszy, lecz Enka znikła.


*




Car Maniak (Maniacus) nie znał litości dla prawdziwych, bądź domniemanych zdrajców i wrogów. Nie zamierzał jej również okazać córce obcego władcy przyłapanej na szpiegowaniu ile on miał pułków i kiedy zamierzał uderzyć. Desna nie prosiła zresztą o zmiłowanie; jako córka króla Limana była na to zbyt dumna. Maniak Lutynicz nie tracąc czasu na choćby pozorowanie sądu nakazać powiesić ją na haku za żebro. Miała umrzeć tak jak w erze trzynastej zginęli Dymitr Bajda i Janosik. Tak car jak i jego wojowie zdumiewali się nie słysząc z ust Limanowej córy ni słowa skargi, ni krzyku bólu. Maniak podszedł do zawieszonej na haku Desny i trącił ją berłem, cmokając z podziwu, bo królewna mimo straszliwego bólu nie wrzasnęła.
- Panie wielki i wspaniały – walcząc z bólem przemówiła Limanowa córka – zaiste wielka jest twa potęga! - Maniak – car mile połechtany nadstawił ucha ku pochlebstwom. - Czuję na swym ciele twą moc i żałuję, że wystąpiłam przeciwko tobie....
- Dobrze mówisz, panienko, ale na żal już za późno. Śmierć musisz ponieść – odparł car Maniak.
- Wiem i godzę się na to – rzekła Desna – ale umrę szczęśliwa, jeśli mi pozwolisz, panie potężny jak smoki i tury, ustrzelić dla twej uciechy, te dwa gołębie co siedzą na dwóch dębach.
- Racz zważyć na chytrość niewieścią, panie – bojar Białynia ostrzegał swego pana, lecz ów zwiedziony próżnością i łakomstwem, rozkazał zdjąć Desnę z haka i dać jej łuk.
Królewna ledwo poczuła oręż w podobnych porcelanie dłoniach, zamiast gołębi ubiła cara Maniaka. Zdaniem kozackich dziadów – lirników uśmierciła strzałami również Maniakową żonę i córkę, lecz ani ,,Perłowy latopis'', ani ,,Codex vimrothensis'' nie potwierdzają tego. Ustrzeliła za to moc chcących ją zatrzymać i ukarać bojarów i carskich wojów, wskoczyła na zdobytego w walce karego, turańskiego konia i pognała na nim co sił w stronę ziem swego ojca. W drodze powrotnej Desna natknęła się na drużynę swego brata, którego okradła z błogosławieństwa. Za swój czyn spodziewała się okrutnej śmierci na palu, albo zaszycia w skórę i porzucenia na stepie. Padła przed nim na twarz, nie śmiąc prosić wybaczenia. Jednak chrobry Dniepr Limanowicz nie był z tych co zabijają niewiasty, bądź przelewają krew w rodzinie. Podszedł do siostry i miast ściąć jej głowę szablą, postawił na nogi i uściskał.
- Nie będę się na ciebie srożył w nieskończoność – przemówił Dniepr – bo czas twego wygnania z pewnością dał ci do myślenia. Jeśli żałujesz, przyjmij me wybaczenie, wróć ze mną na dwór ojca i zacznijmy wszystko od nowa.
Tak oto Dniepr zaprowadził siostrę przed oblicze ich ojca, króla Limana, a ów zapomniawszy o gniewie za to, że został oszukany, na cześć swych dzieci wyprawił ucztę, którą zapamiętano na długo. Desna wypytywana przez ojca i brata opowiedziała o swych przygodach, zaś król Liman rzekł jej:
- Razem z carem Maniakiem uśmierciłaś swój występek. Widać Enkowie dopuścili byś nas oszukała, abyś potem żałując tego, mogła nas ocalić.


*

Parę lat po tych wydarzeniach, Desna poślubiła kupca Porcusa z Italii, rodząc mu syna, a był nim książę Wiślimir, zwany Zabawą, bo w czasie pewnej bitwy tak długo ,,zabawiał'' wrogów, aż nadeszła odsiecz. Wiślimir Świnicz wędrował po całej Sklawinii, ziemicach Bałtów, Sarmatów, Amazonek, Kimerów i Scytów tępiąc potwory, magów i rozbójników, dobywając skarbów, zakładając grody, aż poślubił królewnę zaklętą w drzewie i poślubiwszy ją, założyli ród Wiślan. Od tegoż Wiślimira, syna Desny, córki Limana, syna Wyrwisosny, syna Toczygroszka pochodził żyjący w erze trzynastej Bolesław Limanowski.








czwartek, 12 listopada 2015

Oniricon cz. 161

Śniło mi się, że:

- jestem potomkiem Polan interesującym się plemionami wschodnimi,



- w Parku Kasprowicza w Szczecinie spotkałem piękną i młodą Indiankę, z którą rozmawiałem o wendigo, oraz o moich opowiadaniach o zatopionym kontynencie Sonor, w których występowały ludy przypominające Indian,



- żyłem w Polsce całkowicie opanowanej przez neopogan, gdzie wszedłem do toalety pełnej małych dzieci i zastanawiałem się czy Słowianie mogą czcić Warunę,



- na rysunku pomyliłem tygrysa z lwem,
- zobaczyłem białe zwierzę; skrzyżowanie osła z kozą,



- Jegor; syn Antona Gorodeckiego dostał od Zabulona miecz z ludzkiego kręgosłupa chowany w ciele,
- jakaś dziewczyna pytała mnie czy noszę majtki,
- w szkolnej świetlicy miałem wrzucić resztki jedzenia do kosza na śmieci, przez co zabrudziłem podłogę i ścianę,



- akcja ,,Quo vadis?'' Henryka Sienkiewicza rozgrywa się częściowo w państwie Marboda i w Nubii,
- przekonywałem Pavlasa ov Vidłara, że liberalizm, socjalizm, a nawet feminizm nie mogłyby powstać bez chrześcijaństwa,
- opublikowałem na blogu niedokończone opowiadanie, które potem zamierzałem skończyć.