piątek, 11 grudnia 2015

Człowiek - rak

,,Wołwch, który sprzedał bohaterowi [Ilji Muromcowi] konia, imieniem Izasław miał syna Aloszę, zwanego w 'Codex vimrothensis' - Alosza Syn Wołwcha. Miał splecione w trzy warkocze, złociste włosy i niebieskie oczy. Uczestniczył w wyprawach Ilji, w tym również ostatniej. Ojciec marzył, że syn zostanie wołwchem, lecz Agej we śnie przepowiedział mu inną przyszłość'' - ,,Legenda''



O Aloszy opowiadały pieśni, iż wyskoczył z łona matki zakuty w karacenową zbroję i szyszak z końską kitą, zaś chodzić, jeździć konno i walczyć potrafił zaraz po urodzeniu. W czasie gdy Ilja Muromiec przemierzał oceany na grzbiecie Wyspożółwia, Alosza opuścił Sklawinię, by szukać przygód w Burus – zamieszkałej przez Bałtów krainie nad Morzem Srebrnym, pełnej lasów i wielkich jezior, gdzie na ludzi polowały olbrzymie ryby. Alosza Syn Wołwcha był już niegdyś w owych stronach. Zabił potwora morskiego pustoszącego port w Truso, któremu konat pod naciskiem starszyzny musiał dać na żer córkę, oraz zwyciężył złą czarownicę myjącą włosy w Bełdanach. Ilekroć to czyniła, sprowadzała burze i sztormy niszczące uprawy i zatapiające łodzie rybackie, a biorąc na siebie piękną postać uwodziła junaków, aby ich więzić na dnie jeziora. Ten, którego ruskie byliny nazywają Aloszą Popowiczem miał w Burus przyjaciół tak wśród możnych jak i wśród ubogich.
,,Perłowy latopis'' przedstawia następującą historię o początkach mroźnej krainy jezior, dzikich bestii, oraz barbarzyńskiego, lecz szlachetnego ludu, któy tak chwalił Helmold:




,,Gdy Kurko opuściła łono Gromorodnej Perperuny, każdy z Enków dawał jej coś w darze. […] Przyszła kolej na Mokoszę.
- Znam krainę, gdzie niczym szafiry naszyte na zieloną tkaninę, leżą wielkie jeziora. Nazwy ich: Lykayuk, Tormaytanus, Mamir, Synar, Nidean, Vikora, Einotin i całe mnóstwo innych. Rosną tam lasy pełne dzikiego zwierza, łąki toną w kwiatach, mieszkają tam tacy Enkowie jak: Deneb, Sirrah, Altaira, Wolarz, Betel – Gausse, Rigel. Ryby są tam wielkie jak domy; żyją tam Lynxowie, Neurowie, rusałki, krasnoludki, czarownice, żmijowie, wodniki, inne stwory. Na jeziorze Lykayuk każdego roku od grudnia do marca wznosi się pałac Zimy. Mieszkają tam też ludzie, a kraina ma dostęp do Morza Ancylusa [nazwa Morza Srebrnego w erze dziesiątej] – Mokosza skończyła opowiadać.- Jak nazywa się ta kraina? - spytał Jarowit.- 'Burus', co w języku ludzi znaczy 'Dar' – odrzekła Enka. Następnie wyjęła kłębek nici ze słowami:- Jak wasza córka urośnie, a będzie chciała odnaleźć Burus, niech rzuci przed siebie ten kłębek i idzie za nim, aż do końca. Tam odnajdzie mój dar.- Jesteś kochana, Pani i Siostro! - wykrzyknęła Gromorodna.



*
Kurko rosła, aż osiągnęła dojrzałość. Zapragnęła poznać krainę, o której mówiła jej Mokosza. Rzuciła przed siebie kłębek i szła za nim przez góry, lasy, łąki, aż znalazła się w pięknym miejscu. 'To pewnie jest ta kraina Burus' – pomyślała. Z pomocą ludzi zbudowała sobie chatkę na palach wystających z bagna. W bliskim sąsiedztwie zamieszkała rusałka Vega – córka Goplany III. Zaprzyjaźniła się z Kurką i często odwiedzały się. W jeziorze Mamir zamieszkała królowa Betel – Gausse, a w Synarze – wielki jak słoń, rak Estinus''




Na początku ery jedenastej w Burus zamieszkał król wąpierzy Erydan. Jego siedzibą był budzący trwogę Żelazny Zamek; pełen potworów i złej magii. Zazwyczaj niewidzialny, sprowadzał śmierć na tych z rodu ludzi, którym na mocy klątwy dane go było ujrzeć. Erydan niegdyś będący wodnikiem i przyjacielem Enków, po przemianie w wąpierza, skradł z wozowni Welesa dziki ciągnące rydwan trójgłowego pana Nawi. Za pomocą ohydnych czarów zamienił je w Świniule – uczłowieczone świnie o zielonej skórze, którym nakazał wytwarzanie gnojowicy i wlewanie jej do wielkich jezior. W III wieku jedenastego eonu do Burus przybyła Tatra, której Kościej rozkazał przywieźć do Presnau raka Estinusa. Tatra spaliła wówczas beczki z gnojowicą przeznaczoną do zatruwania jezior. Później król wąpierzy pomścił ową stratę, w Kraju Stepów zamieniając ugryzieniem Tatrę w istotę sobioe podobną; pijącą krew i zepsutą. Tatra jako wampirzyca uczyniła wiele złego, lecz Mokosza odczarowała ją zdobywając jej łzy. Dziewczyna znów będąc człowiekiem, udusiła Erydana włosami. Po jego śmierci Swiniule powróciły do Welesa, by na powrót stać się jego dzikami. Parę lat po tym wydarzeniu na opuszczony tron króla wąpierzy wstąpił Naraicarot I, kochanek mamuny Lochy. Za pomocą intryg i wspierania zbrojnych hulajpartii nękał Aplan, aż Tatra, teraz już królowa owego kraju na Visaną i Morzem Joldów, władająca pod nieobecność króla Lecha III, wkroczyła z wojskiem do Burus i oblegała Żelazny Zamek. W owej wojnie ludzi wspierali Enkowie; tacy jak Deneb, Wiłkokuk, Kurko, Król Węży i Tinez, a także rusałki, Neurowie, Lynxowie i dzikie zwierzęta. Naraicarot I zadał sobie śmierć w czasie oblężenia, Żelazny Zamek zaś został zdobyty i roztopiony. Ocalałe wąpierze pod osłoną nocy udały się do Kraju Stepów.





Zmieniali się ich władcy – Naraicarot II, Żuławisław, Tybald... Nastał potop, jak w kalejdoskopie zmieniali się człowieczy królowie na tronach, lecz wąpierze pamiętały o minionej chwale Erydana i wciąż knuły jak powrócić do krainy, zwanej przez Słowian – Wielką Prusią.
- Nie muszę wam tłumaczyć, bo jako znamienity rycerz wiecie to świetnie, nasz zacny przyjacielu z ziemicy Słowian – mówił na nocnej naradzie w blasku pochodni, w wielkim drewnianym dworcu konata grodu Truso, konat Varsona z Sambii do Aloszy – że wróg, z którym teraz przyszło nam się potykać, daleko sroższy i mocniejszy jest od Swenów – Waregów, czy nawet Tartarów. To sam król wąpierzy Tybald i jego wojewoda; książę Drakar szykują się do ataku na nasze ziemie. Już skierowali tu swoją awangardę. Już lęgną się w lasach i na kurhanach; nocami biorąc na siebie postać wielkich nietoperzy, gryzą i tak ich przybywa. Nie da ich się zwyciężyć tak jak ludzi. To demony.
Narada wojenna buruskich konatów, przełożonych świątyń i starszyzny wojów, zebrała się w grodzie, który dziś nazywa się Elblągiem, by radzić nad odpowiedzią na list od księcia Drakara pełen słów butnych.

,,Książę wąpierzy Drakar, hrabia von Banat, etc. etc do swych niewolników z Burus, odwiecznego Vaterlandu wąpierzy, na pohybel nędznej, śmiertelnej i starzejącej się rasie ludzi. Sława Gorynyczowi! Ja, Nieśmiertelny i Nieumarły, Silny i Jurny, Wiecznie Młody, Bezlitosny i Nieugięty, Nieposkromiony, po wieki Napełniający Trwogą zajęcze serca wasze! Ja, Abiekt, Polujący w Blasku Księżyca, Czarne Słońce Dacji, [….], Potentat od Zmierzchu do Świtu, wzywam was, wy godne pogardy, ciepłokrwiste robaki....''




W liście owym oprócz nieprzeliczonych gróźb i obietnic znalazła się i taka. Wąpierze będą bronić Burus i podzielą się z wybranymi wodzami i kapłanami swą wiedzą czarnoksięską, w zamian za co dostaną dziesięcinę w urodziwych młodzieńców i dziewic, na podobieństwo haraczu ściąganego przez sułtanów Turanu.
- Myślę, że lepiej poświęcić te parę żyć ludzkich, aby reszta mogła żyć w pokoju i jeszcze korzyść osiągnąć – nieśmiało wybąkał gruby i rudy konat Barmulis, zwany Zadem Wołowym, o którym powiadano za jego plecami, że ,,był dobrym biegaczem''. - Wszak sprawiedliwym i zgodnym z naturą jest, aby nieliczni ginęli zamiast licznych – w komnacie dworca wybuchł zażarty spór.
Siwobrody konat Ianitius wołał:
- Nie tak postępowali nasi ojcowie, aby przyszłość swego ludu tchórzliwie oddawać na pastwę potworów.
Jednak całkiem spora grupka wodzów, co prawda niechętnie, ale jednak, gardłowała:
- Czy nie lepiej, aby zginęło paru, niż cały lud?
W dusznym powietrzu unosił się gniew, a sprzeczne racje walczyły o lepsze, niby koguty. Padały coraz ostrzejsze i grubsze słowa; a w ruch szły okute srebrem laski kapłanów, pięści, pałki, pasy i rogi do picia. W końcu Alosza dobył rogu, którego używał na łowach i w bitwie, zadął weń donośnie, a gdy wszyscy umilkli, sam zabrał głos.
- Źle uczynicie jeśli zgodzicie się być niewolnikami Drakara. Ani to honorowe, ani rozsądne – Alosza przemawiał z mocą, w sposób budzący szacunek. - Gorynycz kłamie i jego słudzy kłamią; wszelka uczciwość jest im obca. Jesteście wolnym narodem, więc nie poświęcajcie honoru dla polityki, bo Agej i Enkowie, oraz praszczurowie wasi patrzą na was. Raczej, jeśli chcecie pokoju, szykujcie się do walki, bo nie jest hańbą polec w starciu ze złem, ale mu ulec! - słuchając słowiańskiego witezia, zawstydzili się ci co chcieli ugody z wąpierzami.
Jeden tylko Zad Wołowy próbował oponować:
- To szaleństwo. Czeka nas wszystkich straszna śmierć.
- Lepsza godna śmierć, niźli życie w upodleniu – odparł junak i nikt już nie ośmielił się mu sprzeciwić.
Rada wodzów plemiennych przegłosowała nierówną walkę z księciem Drakarem, wrzucając do kosza białe i czarne kulki. Pozostało jeszcze podyktować kapłanowi – tuliszowi, znającemu tinezyjskie runy, napisanie odpowiedzi na list władcy upadłych upiorów.

,,Konaci Burus do księcia wąpierzy Drakara! Ty, książę, Čorcie wompierski, przeklętego Čorta bracie i towarzyszu, samego Gorynycza sekretarzu. Jaki z ciebie do Čorta witeź, skoro nie umiesz gołą rzycią jeża zabić. Twoje wojsko zjada čorcie g... . Nie będziesz, ty, sukin Ty synu, synów sławiącej Ageja ziemi pod sobą mieć, walczyć będziemy z tobą ziemią i woda, zakręt twoja mać. Kucharzu ty transylwański, kołodzieju arowencki, piwowarze z dalekiego Porx, garbarzu, świński pastuchu, świnio, złodzieju, kołczanie scytyjski, kacie i błaźnie dla wszystkiego co na ziemi i pod ziemią, węża Tat'a potomku i chwoście zagięty. Świński ty ryju, kobyli zadzie, psie rzeźnika, ciemny łbie, zakręt twoja mać. O tak ci plemiona Burus odpowiadają, plugawcze. Nie będziesz ty nawet naszych świń wypasać. Teraz kończymy, daty nie znamy, za co możecie w rzyć pocałować nas. Podpisali: konaci Burus od Pomezanii o Sambię''.




- Niech teraz Perkun i pani Kurko mają nas w opiece, bo właśnie obraziliśmy jedną z największych potęg Čortieńska – bladym świtem zakończył naradę arcykapłan Givur – ozberek. Nastał czas wojny.


*



W jeziorze Synar mieszkał pewien śniardw. Miał postać rosłego człowieka i z wyjątkiem twarzy i nóg okrytego czerwonym, raczym pancerzem. Jego głowę chronił przyrośnięty do niej, żelazny szyszak zwieńczony zielonym ogonem wodnego konia, spod którego blask rzucały wielkie, zielone oczy, niczym u Kościeja II. Pod ludzkim nosem miast wąsów, ruszały się długie czułki, zaś miast rąk srożyły się ogromne , zdolne ciąć blachę kleszcze. Całości dopełniała spódniczka z czerwonej chityny, żywo przypominająca płetwę ogonową raka. Wśród śniardwów zdaje się nie było nigdy samic, a jeśli były, to wymarły na długie eony przed nastaniem człowieka. Istoty te rodziło muliste dno jeziora Synar od ery drugiej poczynając.
Ten śniardw, o którym opowiada przytoczona tu legenda, nazywał się Rusłan (Ruslanus). Liczył sobie trzysetny rok życia, co dla śniardwa znaczyło niewiele, a nasłuchawszy się snutych w myślach opowieści innych śniardwów, o bohaterach swej rasy, który razem z człowiekiem Żalem, zostali przez Kometę przeniesieni na Księżyc, skąd sprowadzili ,,Gołębią Księgę'', któregoś dnia opuścił jezioro Synar, by szukać przygód. Ludzie widząc jak po ich krainie chodzi stwór, znany dotychczas z bajek dla dzieci, mówili: ,,Bliski jest już koniec, bo oto legendy stają się rzeczywistością''. Rusłan przypominający imieniem wielkich bohaterów ludzi – Urusłana i Jerusłana Zalazarowicza, u jednych wzbudzał obawę, innych zaś śmieszył. Czuć było od niego jeziornym mułem; psy nań szczekały, a co bardziej rozwydrzone dzieci rzucały weń kamieniami, on jednak dobrze chroniony chitynowym pancerzem, szedł dalej. Jak każdy śniardw, stwór zamknięty w sobie i nieśmiały, odzywał się niechętnie, a gdy już, to mówił budzącym śmiech piskliwym, dziecinnym głosikiem. Ciekawiło go wszystko, choć sprawiał wrażenie doskonale obojętnego. Gdy dotykał kogoś czułkiem, poznawał jego myśli – sztuka ta wąpierzom też nie była obca. Niewiele czasu potrzebował aby, aby przekonać się, że Burus stoi w obliczu najazdu Mrocznego Wroga. Stanął przeto do walki w hufcu konata Vasimirasa III Starego, a jego towarzyszem broni był sam Alosza Syn Wołwcha.


*




Stary bóbr z jeziora Vikora, o czarnym futrze przetykanym nitkami siwizny, w długi zimowy wieczór opowiadał swym wnuczętom, jak to ongiś wojował przeciwko siłom ciemności...
- ...Polem bitwy był brzeg Vikory – opowiadało zwierzę paląc fajkę ze starego korzenia, prezent od zaprzyjaźnionego wodnika. - Na głos bojowego rogu stanęły pod licznymi i barwnymi stanicami bobry, wydry i jeże; wszystkie uzbrojone w piki niczym zadziorni Celtowie z Helwecji, król węży miedzników Czur; ojciec Ilji Muromca wraz ze swym pokrytym złocistą łuską ludem; wszystkie miedzniki na czas bitwy przybrały postać rycerzy w miedzianych zbrojach, dziki, rysie, borsuki i rosomaki, żbiki; małe, choć zajadłe; o sercach mężnych i pazurach ostrych, potężne orły, sokoły i jastrzębie, tury i żubry o wspaniałych rogach. Prastare drzewa ujrzały hufce Lynxów i Neurów, żmijów, dobrych południc, nocnic i czarownic, zbrojnych w łuki i strzały Wił i rusałek, wodników dzierżących srebrne tarcze i trójzęby, krasnoludków i różnych leśnych duszków, szyjących strzałami ze srebrnych igieł, jednego śniardwa imieniem Rusłan; marzącego o junackich wyczynach, lecz niezdolnego zabić komara bez płaczu i wyrzutów sumienia, wreszcie Płanetników dysponujących całymi tonami gradowych pocisków. Nie zabrakło też ludzi; owych groźnych dwunogów, co polują na nas dla naszego futra, mięsa i stroju. Pod dowództwem starego, a przez to bogatego w doświadczenie konata Vasimirasa (nie raz i nie dwa gościł mnie w swoim dworcu na grze w szachy i paleniu fajki), zebrali się konaci wszystkich plemion Burus od Pomezanii po Sambię, a każdy przyprowadził konnicę i piechotę w zbrojach z łusek olbrzymich ryb. Galindowie, Bortnowie, Sambowie lśnili w promieniach Słońca, a opisu ich wszystkich, wielobarwnych chorągwi nie pomieściłoby nawet grube i rzetelne dzieło herladyczne. Wśród najtwardszych wojów z ludu Bałtów, szczególną odwagą, prawością i siłą wyróżniał się młody Słowianin – Alosza Syn Wołwcha; zabójca potworów.





Wąpierze pod przewodem księcia Drakara w czarną zbroję zakutego, unosząc się na nietoperzowych skrzydłach, runęły na nas jak burzowe chmury. Antracytowy mrok im towarzyszył. W ich szeregach walczyły też strzygi, nocnice, czarownice, harpie, rogate Čorty zbrojne w widły, a nawet ciężki, pełzający na sześciu łapach, czary smok z Bliskiego Zachodu. Nie było czasu na przedbitewne pieśni. Bój zaczął się nagły jak uderzenie pioruna – opowiadał stary bóbr. - Rusłan odbijał szczypcami czarne strzały zatrute piekielnymi jadami, a niejednego wąpierza czy strzygę przepołowił mimo zbroi. Miedzniki wraz ze swym władcą Czurem walczyły z bliska zaklętymi mieczami. Parę z nich zginęło z urwanymi ramionami i rozszarpanymi gardłami. Czur, którego od pozostałych miedzników, węży w ludzką postać obleczonych odróżniał jeno złota korona zatknięta na hełmie, powiewając szkarłatnym płaszczem podbitym gronostajami, niczym prawdziwy żmij ruszył śmiało w stronę czarnego smoka, o skórze nabijanej turkusami i szafirami. Ów nadlebański potwór z rodu Zirnitrydów ognistym tchnieniem obrócił w popiół stada turów, żubrów i dzików, pożarł Lynxa we włócznię o liściastym ostrzu uzbrojonego, buruskiego woja Subrona nacierającego z maczugą i tarczą, oraz dwóch żmijów – bliźniaków. Król Czur odpierając tarczą strumień cuchnącego siarką ognia doskoczył w stronę Zirnitryda i zwinnie niby wąż, którym zresztą był, wpełzł mu pod miękki, oślizgły i śmierdzący brzuch, pod czym jednym ruchem ostrzejszego niż brzytwa miecza wypatroszył potwora. Uczyniwszy to wzniósł w górę ów drgający zezwłok, na postrach wojsku Drakara, po czym uchwycił smoczy ogon, aby wywijać jego właścicielem na wszystkie strony. W końcu Czur wypuścił z rąk ogon, martwy smok zaś poszybował w zakryte czarnym dymem niebo strącając na ziemię markiza Czurpakowa o czerwonej twarzy i dwudziestu innych wąpierzy, których dobili obrońcy Burus. Sprzymierzone z nami czarownice z Wiklinowa unosiły się na miotłach i posyłały z łuków małe, lecz śmiercionośne błyskawice. W przedbitewnym układzie zastrzegły sobie od konatów Milesa i Keszer – Borłoka daniny z ich córek w razie zwycięstwa. O ich magii mówi się, że jest ,,biała'', ale przecież nie znamy wszystkich tajemnic, a ,,nie wszystko złoto co się świeci'' jak głosi przysłowie. Mi w każdym bądź razie ich warunek wydał się podejrzany i razem z tuliszami ostrzegałem konatów na wiecu, ale nikt nas nie słuchał. Jeden z tuliszów, Zygamus Zyndram powiedział mi wówczas, że po wiekach u Słowian nastanie państwo zwane Serenissima, gdzie rządzić będą głupcy, zdrajcy i złodzieje, a ludzie mądrzy i ucziciwi doczekają się jeno szyderstwa, wzgardy i strasznej śmierci. Bywa i tak – bóbr pyknął z fajeczki.
- Dziadziusiu kochany! - zapiszczała wnuczka sędziwego bobra. - Co było dalej?
- Gorynycz jest królem królów! - wrzasnął książę Drakar, a jego oddech był lodowaty i cuchnący.
Alosza, który za ojca miał kapłana, oburącz chwycił za topór, słynny z wyrytych na nim run mocy z Nürtu, po czym z okrzykiem: ,,Słońce zwyciężaj''!, zwalił nim z nóg okrytego kolczugą olbrzyma zwanego Skim. Powaliwszy go niczym stuletni dąb, rozłupał jego tarczę i głowę w szyszaku. ,,Na pohybel loży''! - zawołał Alosza budząc lęk w nieumarłych sercach wąpierzy. Do licznych swych innych czynów godnych sławy, dodał Alosza i ten, że ciężko ranił potwora; wielkiego psa o trzech głowach, o którym śpiewali wajdeloci, że nazywał się Psar, ów zaś otrzymawszy ranę, uciekł skomląc z podkulonym ogonem... Tak to było, drogie dziateczki – bóbr wypuścił kółko dymu – także i ja, wasz dziadek przebodłem piką niejedną strzygę, ażdachę i kikimorę. Bitwa nad brzegiem Vikory dobiegła końca. Wodzowie plemienni odznaczyli najdzielniejszych wojowników, w tym tego nieśmiałego, rozmodlonego śniardwa Rusłana, jednak Drakar uciekł, a to oznaczało, że wojna trwa. O tym jednak jak się skończyła, opowiem wam innym razem – zakończył opowieść dziadek bóbr.

*



Psar, podobny do wielkiego psa doga o ciele białym, czarnymi łatami pokrytym, otrzymał cios toporem w środkowy łeb. Nigdy nie zbywało mu na odwadze. Nie był okrutny jak inne Cerbery, ale litościwym też nie można go było nazwać. Był bojaźliwy i nijaki - ,,lelum polelum'' jak określiłby go pan Andreus ov Leovishiner. Do armii Drakara wstąpił zapędzony batem z łańcuchów; bronią wąpierzy. Zraniony ręką Aloszy, podkuliwszy ogon wydał z siebie straszliwe wycie, po czym z przerażeniem w trzech parach oczu, ewakuował się z pola bitwy. Zwolnił dopiero przed białym namiotem, w którym opatrywano rannych. Namiot ów, znajdujący się poza zasięgiem Cienia, budził nadzieję, lecz Psar, choć zżerany przez muchy, bał się doń podejść. Trząsł się więc ze strachu i płakał jak wtedy gdy był szczenięciem. Tak przy tym biadolił, użalał się nad swym nieszczęsnym losem bestii co miała budzić lęk, lecz nie umiała być straszna, jęczał i smarkał jak człowiek, że poły namiotu się rozchyliły. Psar ujrzał rusałkę i swoim zwyczajem się przeląkł, lecz był zbyt wyczerpany, aby uciec. Owa rusałka nosi w zachowanych pieśniach imię Ludmiła, córka wodnika Wołostara; kniazia jednego z pomniejszych jezior. Urodziwsza niż człowiecze niewiasty, była smukła i wysoka, o cerze jasnej i gładkiej, oczach niebieskich; niewinnych i pełnych blasku, włosach jasnorudych, jedwabistych, pasa sięgających, rozpuszczonych. Odzieniem jej była suknia z białej chmury utkana, oraz okrywające nagość ramion chusty z błękitnego jedwabiu. Całości dopełniały liczne ozdoby ze złota (gwiazdka noszona na czole, finezyjne kolczyki w uszach i w nosie, naszyjnik, pas ze złotych ogniw i obręcze wokół kostek), oraz wieniec z dębowych liści. Ludmiła Wołostarówna tak jak jej siostry władała łukiem, włócznią, czy szablą z rybich ości – tradycyjną bronią Burus, niczym Amazonka, a i odwagi jej nie brakło, jednak decyzją ojca została skierowana do pracy w namiocie szpitalnym. Ujrzawszy Psara wielkiego jak niedźwiedź , albo tygrys, a piszczącego i trzęsącego się jak szczenię, zlitowała się nad nim, chwyciła białą dłonią za jedną z czerwonych, nabijanych stalowymi ćwiekami obroży i łagodnymi słowy zaciągnęła do namiotu. Wewnątrz mimo oporu innych sanitariuszek – gudełek, Wiły i leśnej baby, opatrzyła środowy łeb, przemywając jego ranę lekiem z ziół i własnej rusałczej krwi – niebieskiej i zimnej, co natychmiast pomogło. Psar polizał jej jasną twarz. Choć siny balsam zagoił ranę, odbudowując nawet strukturę czaszki i mózgu rozoranych zaklętym, żelaznym grotem, trójgłowy pies nadal potrzebował pomocy, bowiem choć rany zniknęły, ich skutki pozostały. Jeszcze tydzień musiał poświęcić na leczenie. Opiekę zapewniła mu Ludmiła, którą wielu myli z żoną Jerusłana o tym samym imieniu. Cerber dochodził do zdrowia w położonej na rzecznej wysepce chatce rusałki karmiony mięsem żab i kaczek, oraz obficie pojony jej chłodną, mającą moc panaceum krwią. Dobrze mu było, zaś pozostałe nimfy widząc, że nie czyni krzywdy Ludmile, przestały się go bać. Sama Ludmiła z wielką odwagą odwiodła wojów konata Visiora, polujących na sługi Drakarowe.




- On nie jest złym duchem – mówiła Ludmiła – jeno znającym ludzką mowę, nadprzyrodzonym zwierzęciem. Służył wąpierzom jeno ze strachu, a nie ze złej woli.
Słysząc jej słowa mowy i pieśni, Burusowie zaniechali zabicia Psara. Ów zaś pokochał Ludmiłę jak matkę i chodził odtąd za nią jak mały psiak.


*

Kiedy Ludmiła udała się wraz z uleczonym przez siebie Psarem w głąb lasu, by zrywać jagody, nieoczekiwanie upadła jak kwiat ścięty kosą. Z jej piersi wystawała strzała o żelaznym grocie umaczana w piekielnym jadzie. Rusałka żyła, lecz nie mogła wstać, a jej pełne światła oczy zaszły mgłą. Trzy nosy Psara wnet dostarczyły mu odpowiedzi na pytanie kto strzelił z łuku. Oto wśród liści krył się strzygoń, co miał dwa rzędy kończystych kłów, sługa Drakara. Pies widząc co strzyga uczyniła z jego panią, uczuł gniew i niczym buldog z Britainy, wgryzający się w nozdrza byka, pognał ku straszydłu i w parę chwil rozerwał je na strzępy. Potem siadł u wezgłowia Ludmiły i wył z rozpaczy długo i żałośnie. Piętnaście dni i nocy z rzędu czuwał nad jej ciałem, nie jedząc, nie pijąc, zas ptaki, jaszczurki, żmije, żaby, sarny, traszki, zające, rysie, dziki, żubry, tury, łosie, tarpany, żmije, łasice, kuny, zaskrońce, wilki, lisy, rosomaki, sobole, pokryte grubym futrem nosorożce i jeże przychodziły by pożegnać nimfę. Żyła, lecz działo się z nią coś jeszcze gorszego niż śmierć. Pomalutku rosły jej kły, a niebieska krew zmieniała kolor i zaczynała niemożliwie cuchnąć. Cała leśna społeczność ze zgrozą uświadomiła sobie zamysł Drakara – oto rozesłał swe sługi, aby zatrutymi strzałami przysparzali jego wojsku nowych wąpierzy.
- Płocha sprawa - pokręcił głową w czerwonej czapce siwobrody krasnoludek. - Jedyne co teraz można dla niej zrobić, to przebić jej serce osinowym kołkiem, uciąć głowę i położyć między nogami, a w końcu spalić i wrzucić popiół do ognia – wodnik o szerokiej piersi pokrytej dużymi łuskami pokiwał z uznaniem krótko ostrzyżoną głową, lecz Psar kłapnął wściekle wszystkimi trzema paszczękami naraz, aż krasnoludek mimo sędziwego wieku pomknął szybko jak jeleń mocząc się w spodnie.
- Ostatnio pojawił się u nas śniardw, zwany Rusłanem. Może on by pomógł? - zaproponowała sikorka modra, w może traszka grzebieniasta. .
Posłano więc po Rusałana. Ów ujrzawszy piękną rusałkę zrobił się czerwony na twarzy, w czym wyraził się jego podziw dla jej urody, a zaraz potem zbladł współczując jej cierpieniu. Nie czekając dłużej, zbadał ją czułkami niczym lekarz używający słuchawek, po czym wyciął z jej piersi zatruty grot i tkankę zakażoną (to co wyciął jako chore, miało później odrosnąć jako zdrowe). Uratował jej życie niczym czarnoskóry wodnik Meus, co ocalił królową Afarakę przed Zbreźnią Dzikofiejewem. Jednak resztki jadu usunąć musieli znachorzy z kolegium tuliszów. Odtąd Ludmiła pokochała śniardwa, choć był taki dziwny.


*





W Burus nad niewielkim, śródleśnym jeziorem Podkowianką od ery czwartej poczynając , żyła zrodzona przez Borutę i Dziewannę rasa Podkowców. Stworzenia te miały postać ludzi o głowach nietoperzy, których nosy zakończone były spiczastymi naroślami przypominającymi podkowę. W innej wersji wyglądali jak ludzie, jeno ich mięsiste narośle na nosie i kończyste zęby pozwalały ich odróżnić od prawdziwych synów Novalsa i córek Aivalsy. Podkowcy umieli namierzać dowolny obiekt, człowieka, czy najmniejszego nawet owada za pomocą dźwięków tak wysokich, że nie dosłyszałoby ich ludzkie ucho, które powracały do uszu Podkowców jako pomian (w mowie Greków: echo). Umieli też przybierać postać nietoperzy, stronili jednak od wysysania krwi, a nawet żyli w nieprzyjaźni z wąpierzami i strzygami. Odziewali się w skóry reniferów i jeleni. Zdobili półnagie, smagłe ciała ozdobami z rogów żubrów i turów, pazurów rysi, żbików, rosomaków, kłów wilków i tygrysów szablozębnych, szabli dzików, pelerynami ze skór gronostajów, białych łasic, kun, tchórzy, wydr, norek i zajęcy bielaków, oraz skaryfikacją i malowidłami z urzetu. Mieszkali w paru wioskach złożonych z lepianek na brzegach Podkowianki – jeziora przypominającego kształtem podkowę; herb Rodegasta. Narzędzia i broń wytwarzali z krzemienia, a ich szamani znali wiele zaklęć przeciw wąpierzom i strzygom. Podkowcy żyli się najchętniej owadami, dżdżownicami, ślimakami, ale też rybami, żabami, traszkami, wężami, jajami, pisklętami, kaczkami, jarząbkami, głuszcami, kuropatwami, przepiórkami, zającami, królikami, oraz grubszą zwierzyną od saren po żubry i tury. Spożywali też, choć w mniejszej ilości; jagody, korzonki, żołędzie, kasztany i buczynę, zaś rytualną potrawą świeżo pasowanych wojowników stanowiło mięso rysia i dzika. Zimą Podkowcy zapadali w sen w swych chatach, zaś na straży stały potężne zaklęcia i najdzielniejsi junacy. Tym czym mamuty dla Naradów, a bizony dla Indian, tym dla Podkowców były hrax – raxy przez Słowian zwane ,,gżegżółkami'' – biało – brązowe króliki wielkości źrebaków. Zatknięte na pale czaszki tych wymarłych już dziś zwierząt zdobiły osady nad Podkowianką.
Wojna z wąpierzami wciąż trwała. Bezlitosny wróg krył się w mroku i kąsał, powiększając swe szeregi. Dlatego też konat Morpus wysłał swego syna Nolusa, młodzieńca, który ubił już tura, oraz darzonego uznaniem za odwagę śniardwa Rusłana w poselstwie do Podkowców. W obliczu tak straszliwego wroga, każdy sojusznik się liczył. Trzy dni później u stóp prastarej, zamieszkanej przez driady lipy, gdzie składano ofiary, nastąpiła krwawa bitwa. Błoniaste skrzydła wąpierzy rozsiewały mrok, któremu towarzyszyły piwniczne chłód, wilgoć i miazmaty. Gdy przebrzmiał bitewne pieśni, rusałki, a wśród nich Ludmiła, Wiły, panny wodne, czarownice i południce oddały z jesionowych łuków salwę płonących strzał o srebrnych grotach. Wąpierze ginęły pod ciosami kopii i włóczni Centaurów, mieczy buruskich wojów, złotych trójzębów i harpunów wodników i żmijów... Spustoszenie siały też kły, pazury i rogi Neurów, Lynxów, kotołaków i dzikich zwierząt. Mroczni wojownicy nocy umierali z przeraźliwym wrzaskiem, a ich nieumarłe ciała pochłaniały płomienie z paszcz wodnych smoków z jezior, podobnych do traszek. Czur ubił sześćdziesięciu krwiopijców, jego towarzysz – żubr BojanWładymirowicz stratował osiemnastu, ryś rozdarł trzynastu, zaś rusałki zastrzeliły z łuku aż sześciuset. Jednak to Rusłan, niepozorny śniardw z jeziora Synar skruszył kleszczami czarną zbroję okrywającą księcia Drakara i rozpłatał go jak prosiaka, niszcząc mu serce, zaś truchło rzucając w ogień ze smoczych trzewi. On to zakończył bitwę u stóp Świętej Lipy.
Poślubił rusałkę Ludmiłę, a gdy konaci Burus przesłali królowi Tybaldowi czaszkę Drakara, ów skierował swe krwawe oczy ku innym krainom. Śniardw zaś i rusałka przeżyli razem mnogie lata w szczęściu i miłości otoczeni dziećmi. Synowie wdali się w ojca, a córki w matkę. 

czwartek, 10 grudnia 2015

Oniricon cz. 169

Śniło mi się, że:



- przeglądałem książkę o ochronie zwierząt, w nie były zamieszczone demoty np. o karmieniu rekinów dziećmi,
- jako dziecko wiedziałem, że jest imię Kenta, a nie wiedziałem, że jest imię Błażej,



- piękna syrena Lodyna miała nogi, śniadą cerę i długie brązowe włosy, a jedna z jej fal pomogła Ediemu i Maksowi w odnalezieniu drogi na Wyspę Niedźwiedzi; potem Lodyna szukała tej fali na ulicy Łokietka w Szczecinie, aby ją ukarać, zaś Ptak Grom wysłał niedźwiedziowi polarnemu i królikowi na pomoc sylfidę o imieniu Cynthia,



- św. Joanna d'Arc była Gruzinką, zaś św. Jan Paweł II mówił, że podczas zorganizowanej przez nią mszy polowej, komunię rozdawał człowiek świecki żyjący w grzechu ciężkim,



- w Szczecinie w latach 90 - tych XX wieku przebywał brat Saddama Husajna,



- w czasie deszczu zobaczyłem mnóstwo dżdżownic i tłumaczyłem Pavlasowi ov Vidłarowi, albo mojej córce, że nie są to glisty,



- w 1996 r. w czasie premiery filmu Disneya ,,Dzwonnik z Notre Dame'' w Paryżu terroryści zorganizowali zamach na katedrę Notre Dame z użyciem samolotu, który wstrząsnął światem,
- Maria Siemionowa zamordowała swoje nienarodzone dziecko (w tym śnie zlała mi się w jedno z Ursulą Le Guin),



- w Parku Kasprowicza w Szczecinie mieszkała Oriana Fallaci, a ja byłem jej sąsiadem; nie mogłem znaleźć drogi do domu i spotkałem na ulicy Janesa ov Calcium, który opowiadał swój sen jakimś starszym paniom,



- rosyjska nazwa czwartku to ,,perunica'',



- w ,,Zwierzakach'' wspominano o C. S. Lewisie,
- byłem w Japonii, gdzie siedząc za kierownicą dziwnego, białego samochodu jeździłem po boisku do koszykówki znajdującym się pod gołym niebem,




- byłem żołnierzem i spotkałem małego, czarnego, mówiącego psa o czerwonych oczach, który był na mnie zły, że nie umiem gotować  i chciał mnie gryźć, bałem się, że to diabeł, potem na miejscy psa stanął niski kucharz Chińczyk i wypominał mi, że nie umiem gotować; mówił o tym, że chciał przyrządzić żurawia, jaja jerzyków, albo ,,dyktatory z jeża''. 

środa, 9 grudnia 2015

Aponskie Carstwo (z ,,Chryzantemowej Księgi'')

,, […] Ilja Muromiec na dworze jednego z kniaziów; Szczerbana VI Krutowicza strzałami z łuku strącał złote kopuły z dachów chramów, a pokłóciwszy się z kniaziem rozdarł na strzępy ofiarowaną sobie na znak pojednania szubę z soboli'' - ,,Codex vimrothensis''

,,Nikt, nawet syn księcia nie ma prawa palić ogniska na miedzy. Pod miedzą mieszkają bowiem miedzniki – duchy ludzi, co za życia sporo wycierpieli bez winy, a teraz żyją na polu jako życzliwe nam, pozbawione jadu węże o miedzianozłocistej skórze'' – K. Oppman ,,Perłowy latopis''




,,To pisze mnich Bakashida z klasztoru Enyo w dolinie rzeki Niduri. W roku 9900 odkąd Bóg Burzy ciął szablą przez plecy zdradzieckiego Pana Płomieni, 717 od założenia starożytnego Kame, 669 od założenia cesarstwa w starożytnym Jomon zniszczonym przez potop, 200 od budowy cesarstwa w Cipangu i 20 od wstąpienia na Chryzantemowy Tron cesarza Apuko, ku naszym brzegom przybyli biali barbarzyńcy. Byli to trzej mężowie, straszliwego wręcz wzrostu i siły. Nosili długie włosy i brody niczym Ajnu; półdziki lud z Karafuto i Jēzo, a swe wielkie jak bochny, muskuły skrywali pod pancerzami ze stalowych łusek i płaszczami ze skór niedźwiedzi. Za broń służyły im proste, obusieczne miecze, nabijane krzemiennymi guzami maczugi, tarcze, sztylety, łuki i strzały. Owi wojownicy przybyli jak wieść głosi z pokrytej nieprzebytymi borami Sklawinii, gdzieś na Zachodnim Końcu Świata, to bracia bliźniacy noszący imiona Waligóra i Wyrwidąb, z racji ich nadludzkiej siły, oraz stojący na czele całej wyprawy, siwobrody a zdolny kruszyć skały Rusicz Ilja, zwany Muromcem. Towarzyszyła im biała niewiasta nieocenionej piękności, bardziej bogini niż istota ludzka. Miała przecudną, jasną cerę, oraz długie, złociste włosy. Jej sylwetka była bez skazy, zaś suknię miała na sobie jasnobłękitną. Owi Słowianie; tajemniczy lud rodzący bohaterów, przypłynęli do naszych wybrzeży z Dalekiej Północy, nie w dżonce, lecz na grzbiecie wielkiego jak wyspa żółwia […].





Ilja, wódz Słowian, odkrył dla swego ludu szereg skutych w ziemie lodem wysepek, którym na cześć swego ojca, chłopa Kuryla [Čuryło] nazwał Kurylami [Wyspami Czurylskimi]. Opowiadano mi, w co niepodobna nie wierzyć, że ówże Kuryl był złocistym wężem mieszkającym pod miedzą. Słowianie wielce czczą owe węże miedznikami zwane […]. W święto bogini Amaterasu, Słowianie, którzy nazywają Cipangu 'Aponskim Carstwem' przybyli na dwór cesarski w Kioto, by wziąć udział w turnieju samurajskim.





Starcy i uczeni przypomnieli sobie wówczas okryte kurzem zamierzchłej przeszłości, spisaną na jedwabnych zwojach, opowieści o wojowniku Kurashidzie z Jomonu, który wraz z drużyną przybył na turniej urządzony przez Margusa, barbarzyńskiego króla dalekiej Valkanicy. Margus był władcą pełnym mocy, o ciele silnym i rozumie tęgim, zarządzał państwem potężnym, a obyczaje jego były dworne. Jomończycy choć bitni nie umieli sprostać potędze wojowników Dalekiego Zachodu. Słowianie w Kioto napełnili podziwem serca cesarza Apuko, jego dowrzan i ludu mistrzowskim opanowaniem wszystkich umiejętności samurajskich, będąc pierwszymi tak w jeździe konnej, szermierce, strzelaniu z łuku, jak i zapasach. Co więcej, nadludzko silny starzec, zwany Ilją, jedną strzałą strącił na ziemię złote dachy świątyń, za co cesarz nagrodził go jedwabną tuniką o pięknych kolorach. Zdobywszy moc nagród za odwagę, siłę, zręczność i spryt, Słowianie wsiedli na grzbiet żółwia, wielkiego jak wyspa, pokrytego górami, lasami, rzekami i jeziorami, po czym odpłynęli ku koralowym Wyspom Luzońskim, zostawiając po sobie tęsknotę w sercach niewieścich''. [Po powrocie do Sklawinii, Alosza Syn Wołwcha pozazdrościł Ilji daru cesarza Cipangu i chciał wyrwać mu ową jedwabną szatę, aż ta rozerwała się podczas wyrywania sobie z rąk].





,,Chryzantemowa Księga'' to nazwa najstarszej cipangijskiej kroniki, spisanej na dwunastu jedwabnych zwojach. W erze trzynastej, jedyny egzemplarz został przywieziony w XVII wieku z Japonii do Polski przez Benedykta Koźmianowskiego, bernardyna, który wypłynął na Ocean razem z Portugalczykami. Księga ta stała się jednym ze źródeł pomocnych przy pisaniu ,,Codex vimrothensis''. Jej kopie znajdowały się na zamku w Szubinie, oraz w monumentalnej bibliotece Błyszczyńskich w Wymroczu. W ostatnich latach została wydana w Krakowie z przedmową prof. dr. hab. Jerzego Akenerozarowicza z Uniwersytetu Jagiellońskiego. 

Oniricon cz. 168

Śniło mi się, że:



- w jednym z numerów ,,Zwierzaków'' czytałem, że poganie wierzyli, iż Maryja mieszkała na Księżycu,



- jakiś pijak podobny z wyglądu do Zygmunta Chajzera namawiał kobietę, aby została surogatką, a ja wylałem mu wódkę z kieliszka, bo był sierpień - miesiąc trzeźwości,



- ,,Opowieści z Narnii'' to epos napisany wierszem,



- Dżepetto był jednym z pomniejszych bogów zamieszkujących Morze Śródziemne, noszącym imię Sardynius, albo Sardelus; w tej postaci ukazał się Błękitnej Wróżce i prosił, aby oddać pod jej opiekę Pinokia,



- alchemik Odim Phom był nosorożcem w ciele człowieka przybyłym na Ziemię z Kosmosu; trzymał w ręku płócienną torbę z czerwonym kamieniem, wszedłem do jego siedziby mieszczącej się w ponurym domu, aż błądząc po nim trafiłem do mojego pokoju w starym mieszkaniu, gdzie zdjąłem skarpety,



- byłem samurajem i zapaśnikiem sumo, razem z innymi zapaśnikami sumo tańczyłem w kole przeciskając się przez szczelinę,



- czapla nadobna była pierwowzorem feniksa,



- z obrzydzeniem oglądałem propagandowy film o homoseksualistach, na którym jakiś mężczyzna prowadził na smyczy dwa mopsy,



- przestraszyłem się szympansów w parku,



- żydowska królowa Esztrie była wampirzycą (sen nawiązuje do biblijnej królowej Estery i do wampira Estrie z wierzeń żydowskich),



- czytałem w podręczniku do historii, że Zygmunt August nocą spotkał w lesie nawkę - kobiecy szkielet, który chciał mu sprzedać roślinę zwaną babką,



- byłem chory i nie mogłem z tego powodu przyjmować księdza po kolędzie, lecz uparłem się, że się pojawię; w tym śnie Mama zamówiła dla mnie w Książnicy Pomorskiej jedną z książek Karola Marksa (wyłącznie jako źródło historyczne),
- spotkałem na ulicy Chińczyka lub Wietnamczyka, który zagadnął do mnie, a potem zamienił się w autystycznego chłopca Radzia,



- po latach znalazłem w szafie zestaw ,,Małego technika'' , gdzie przed laty na odwrocie pokrywy  narysowałem dom dla dinozaurów pełen odchodów, co zamierzałem opisać na blogu. 

wtorek, 8 grudnia 2015

Zamorska wyprawa

,, [Sołowiej Chąsiebnik] spotkał przedziwnego syna Juraty – żółwia, na którego skorupie rosły lasy, góry, płynęły rzeki i jeziora. Był to Wyspożółw, w Britainie zwany Fastitocalon. Wyspożółw był tylko sam jeden na świecie. Sołowiej osiedlił się na nim i zbudował sobie dom i skarbiec, w którym zgromadził łupy zdobyte na Niemal Człowieku. […] [Po śmierci Sołowieja, drużyna Ilji Muromca] objęła na własność Wyspożółwia. Osiedliła się na nim i podróżowała po morzach i oceanach całego świata. W owianej mrocznymi legendami Lemurii odkryła, że jej mieszkańcy nie byli magicznymi potworami, tylko zwykłymi ludźmi. Ilja poślubił Wandę i po raz pierwszy przyjął dar z jej dziewictwa. Miał syna Wentę (Ventę) i paru innych, którzy założyli na Wyspożółwiu pływające państwo Vinetę. […] [Wyspożółw] zwany przez Celtów i hobbity 'Fastitocalon', zrodzony przez Juratę jeszcze w erze trzeciej był jedynym takim stworem jaki pływał po morzach i oceanach. Jego ubarwienie to ciemna szarość (lub czerń według innych autorów), zaś oczy miał barwy żółtej. Zamiast płetw jak żółwie morskie miał łapy o palcach spiętych błoną i dosyć długi ogon. Za jednym otwarciem pyska zakończonego dziobem, połykał całe ławice ryb. Pozwalał sobie kierować Wencie, który gdy chciał coś powiedzieć Wyspożółwiowi przykładał trąbkę do ziemi i przez nią mówił'' – K. Oppman ,,Perłowy latopis''




Wanda, córka księcia Siły i czarodziejki Światłowidy (Likostoviżata), siostra obdarzonych nadludzką siłą braci Waligóry i Wyrwidęba, niewiasta rzadkiej urody, założycielka grodu Venetiya – Venteopolis w Italii i królestwa Wandei w Galii, na prośbę Ilji Muromca ujęła złotą lirę w białe dłonie, by przy wtórze jej dźwięku śpiewać pieśni o czasach starożytnych, Enkach i bohaterach. Słuchali jej w blasku ogniska Ilja z Muromy co widział prastarego cara olbrzymów Światogora, bracia Waligóra i Wyrwidąb, którzy w niemowlęcych latach pili mleko niedźwiedzicy i wilczycy, oraz Hagne; córka Libi Palatiry, księżniczka z ziemicy Amazonek, wraz ze służebnicami w białe tuniki odzianymi pannami równie pięknymi i walecznymi jak ona sama. Podczas gdy Wanda o cerze jasnej i włosach długich a złocistych, w suknię z błękitnej kitajki odziana, nie skrzywdziłaby nawet ptaka, Hagne, której imię znaczyło Czysta (Prana) o cerze smagłej i wijących się włosach czarnych jak u Maura, w suknię jak krew smoka czerwoną i karacenowy pancerz ze złocistych łusek odziana, choć liczyła sobie jeno dwunastą wiosnę życia, w czasie czternastu bitew zabiła własnoręcznie pięćdziesięciu mężów silnych i zdolnych do obrony, zaś na łowach ścinała głowy dzików, turów, lwów, tygrysów i bawołów. Obie dziewice smukłe były i wysokie o twarzach niewinnych, pełnych łagodności i doskonałego piękna. Kiedy owa drużyna płynęła na pokrytym lasami, górami, rzekami i jeziorami grzbiecie Wyspożółwia, Wanda otworzyła usta i szarpiąc struny liry wydobyła z nich pieśń o bohaterze z Orlandu co przed potopem żył i walczył.

,,Po cóż ty mnie, nieszczęsnego Dobryniuszkę, porodziła?
Ja Dobrynia nie jeździłbym po pustym polu,
Ja Dobrynia nie zabijałbym niewinnych dusz,
Nie przelewałbym krwi na próżno,
Nie łzawiłbym Dobrynia ojców i matek,
Nie wdowiłbym Dobrynia młodych żon,
Nie skazywał na sieroctwo dzieciątek.
Leżałbym jeno spokojnie, jako ten kamień przy drodze''.

- Dobrynia Zwycięzca z Dzikich Pól – objaśniała Wanda – służył Wołdzie; królowi Orlandu, który czynił wiele niesprawiedliwości wobec ludu sobie przez Enków powierzonego. Nie mogąc odwieść władcy od jego okrucieństw, Dobrynia zawiesił sobie na szyi młyński kamień i wybrał śmierć w wodach jeziora Ilmen. Jednak inna wersja powiada, że bohater ów, przez rusałki przywrócony między żywych łykiem złotej wódki, znalazł śmierć dowodząc zastępem junaków przeciw wężowi Gorynyczowi, co porwał królewnę Zabawę Putiatiszną. Zabił go Zmej Tugarin, Gorynycza syn – jeszcze wiele innych pięknych pieśni Wanda śpiewała owego wieczora, a Srebroń – Chors; car Księżyc jasny i okrągły zatrzymał się na chwilę w swym niebiańskim tańcu.





Wyspożółw przebierał niestrudzenie płetwiastymi łapami, a Ilja jako ten co pokonał Sołowieja Chąsiebnika czyniąc go swym rabem, jako jedyny miał prawo wyznaczać gadowi kierunek rejsu, mówiąc doń przez złotą trąbę przyłożoną do ziemi. Po wielu latach bohater Muromy i Karačoru otrzymał z tego powodu herb Trąby od Arty, królowej Amazonek. Herbu tego używał również jego syn Wenta; pierwszy i zarazem ostatni król Vinety. Wyspożółw opłynął Czarne Królestwa, gdzie właśnie licznych i godnych zapamiętania czynów dokonywał Sokolnik dosiadający wielkiego bielika Igłąda – Ihlada, po czym skierował się w stronę tajemniczych i pełnych wszelkiego bogactwa ziem azjatyckich. W owym czasie do Azji należały olbrzymie, przypominające rozmiarami Grenlandię wyspy Mu i Lemuria (Lemurstan, Lemuriya). Podobnie jak szereg innych lądów – Atlantyda, Avalon, Hy Brasil i Golkonda zostały zrodzone przez Juratę wraz z końcem potopu zamykającego erę jedenastą. Wyspy te ponownie pogrążyły się w odmętach w erze trzynastej za czasów Kraka. Stało się to za sprawą ich licznych niegodziwości, takich jak chociażby bestialstwo na Lemurii. Zatopiły je morskie potwory, mające kniazia nad sobą w osobie smoka z Vovel.





Wśród wolnych służebnic, panien w bieli ze szlachetnych rodów pochodzących, które Hagne zabrała ze sobą z rodzinnego Arxgardu, była najmłodsza i najpiękniejsza z nich, Klea kształcona w licznych naukach w chramie bogini Vardavy. Klea strzelała z łuku biby sama Dziewanna, w Italii zwana Dianą, biegnąc potrafiła dogonić jelenia i jednym ciosem pięści miażdżyła czaszki jasowskich żubrów, jednak w czasie wojennych przygód ubiła tylko jednego wojownika z krainy zwanej Baktrią (Al – Baktar) w upojeniu somą (haomą) przegryzając mu gardło. Klea wielce przodowała w naukach, a zwłaszcza w tej co ją zwą Nauczycielką Życia. Podjęła się przeto spisywania dziejów wyprawy księżniczki Hagne na grzbiecie Wyspożółwia.




,,12 dnia miesiąca ardaszir [w kalendarzu Amazonek: grudzień] dobiliśmy do złotonośnych, obfitujących w perły i klejnoty brzegów wielkiej wyspy Mu, leżącej na południe od Bharacji i Seylanu. Ziemia ta, zrodzona w pierwszym wieku obecnej ery dwunastej, cieszy się łaską Xvaru (Słońca) i deszczami obfitymi. Płyną przez nią cztery wielkie rzeki: Purgara, Ticon, Asfa i Zaiza – nar, nie brak też rozległych, malarycznych bagien pełnych niewyobrażalnych wręcz potworów, oraz wielkich, malowniczych jezior, których największe i najgłębsze jest Zotiq – szan. Jego wody upajają jak soma Ariów i zsyłają natchnienie wieszcze. Najwyższym wzniesieniem jest zawsze pokryta świeżą zielenią, święta góra Turnya (Turana), na której szczyt co roku po stromych schodach wchodzą królowie Mu, aby palić kadzidło bogom w intencji całego królestwa. Nie ma pod Słońcem takich kruszców i kamieni, nawet najrzadszych, których nie można by znaleźć na Mu. Wyspę ową porastają nieprzebyte, wiecznie zielone lasy, pełne dzikiego zwierza, takie jak w Bharacji.
Rośnie tu lotos czarodziejski, używany w obrzędach przez szamanów z dalekiej Białopolski grzyb co sprowadza widzenia, rodzące najzjadliwsze trucizny drzewo Bohun Upas, bagienne i leśne drzewa pożerające ludzi i zwierzęta, a także ryż, palmy wszelkich rodzajów, pomarańcze, persymony, cytryny, pszenica, proso, salaki, kaktusy, których sok mogą pić ludzie, mango, grzyby mun stanowiące przysmak w Sinea, korzeń kudzu, którym Sineańczycy leczą skutki opilstwa, mandragora co krzyczy wniebogłosy gdy ją z ziemi wyrywają, drzewo cynamonowe, sandałowe, tekowe, hebanowe, cudowny lek żeń – szeń, co tak jak mandragora ma korzeń w kształcie człowieka, bagienne mangrowce; drzewa, których korzenie sterczą z wody niczym szczudła, ananasy, aloes, bajecznie kolorowe storczyki i setki innych.
Jeszcze większym bogactwem i różnorodnością odznacza się świat zwierzęcy wyspy Mu. Żyją na niej słonie i tygrysy, złociste i czarne pantery, gepardy, pantery mgliste, irbisy, wilki, cyjony, szakale, hieny, taraje, tury, nosorożce, bydło zebu, bawoły arni, gaury, bentengi, dziki, tapiry czaprakowate, przeróżne małpy – od małych rezusów po duże orangutany, jelenie i antylopy, nietoperze rudawki, czarne pawie, sępy, marabuty, pytony siatkowe, kameleony, gekony, wodne, lądowe i morskie, rodzące szylkret żółwie, warany, jaszczurki zwane 'smokami latającymi', nadrzewne żaby poruszające się lotem ślizgowym, rekiny, płaszczki, morskie i słodkowodne ryby o oszałamiających barwach, ośmiornice, perłopławy, rozgwiazdy, korale, ogromne motyle, wije i pająki, modliszki, patyczaki, straszyki i nieprzebrane zastępy innych. Co więcej na Mu można uświadczyć wielogłowego smoka, bazyliszka, białego jednorożca o czarnym rogu ze świecącym, czerwonym czubkiem i zadem w czarne pasy, gryfa, skrzydlatego warana, olbrzymie nietoperze polujące na ludzi takie jak ahool, sfinksy o ciałach lampartów i tygrysów, zatapiające okręty węże morskie, Centaury – braminów biegłych w czarnoksięskiej sztuce tantry, , feniksy, syreny i morskie rusałki o upajającym głosie, nimfy, które w Bharacji nazywają się 'apsary', elfy zwane 'ribhu', podziemne, dwugłowe karły o brązowej, lśniącej od oliwy skórze, biegłe w sztuce kowalskiej, Cyklopy – ludożerców i zionące ogniem olbrzymy, Nagów – węże o ludzkich głowach, Kynokefale, Akefale, latające na żurawiach afrykańskie skrzaty, zwane Pigmejami... Ludzie z Mu są potomkami Grabu i Jodły. Wzrostu wysokiego, cerę mają ciemną, prawie czarną, włosy czarne i długie. Za strój wystarczą im przepaski z białego jedwabiu, wszyscy zaś, tak niewiasty jak i mężowie, możni i ubodzy uginają się pod ciężarem ozdób ze złota, srebra, pereł, kamieni i kości słoniowej, niczym konie Giptów. Mężowe noszą ponadto białe turbany, w wielkiej cenie jest też malowanie białych kropek na skórze u obu płci, czym podobni są do kaledońskich Piktów. Dzielą się na szereg plemion, takich jak: Tałuzu. Saisa, Szasta, Sorba, Korburu, Sombari, Zibu, Taizona, Kałaba, Koziri, Makuru – anasz, Makuru – abi, Amasa – tari – tari, Muza – sipasz – szan, Kubalone, Konena – arida i szereg mniejszych. Nad nimi wszystkimi panuje plemię Naacala, z którego wywodzą się królowie Mu. Ludy owe czczą niezliczonych bogów i boginie takich jak Latyr – zasiadający na górze Turana władca burzy i Koła Czasu, Turus – władca zwierząt, przedstawiany jako biały jeleń, […] i setki innych. Ludzie z Mu czczą owych bogów sprośnymi przedstawieniami w teatrach, ukazujących ich prawdziwe bądź wymyślone zbrodnie. Źle skończy taki naród, co nawet własnych bogów nie szanuje! Wielkim poważaniem wśród możnych jak i ubogich cieszy się zakon braminów, nazywany Wielkim Białym Bractwem (Brudasaist'vo Gracilis Vakilis). Należą doń siwobrodzi mężowie w powłóczyste, białe szaty odziani, zaś ich siedziba mieści się w wieży z marmuru w grodzie stołecznym. Wielka jest ich władza, uważają się za bogów i nawet król nic nie może uczynić przeciwko nim. Władają sztuką magiczną, tak, że potrafią bez skrzydeł unosić się w powietrzu, spać na gwoździach, zaklinać węże i dokonywać szeregu innych rzeczy dziwnych, na Mu określanych mianem cudów. Mężowie ci wielce są zakłamani; domy wdów objadają dla pozoru odprawiając długie modły. Lubują się w bogactwach i zaszczytach, choć wzywają wszystkich wokół do ubóstwa, skromności i rozwoju duchowego. Choć pod ich oknami dzieci mrą z głodu, nawet palcem nie ruszą, by im pomóc, tłumacząc to obłudnie prawami boga Samsary. Swym uczniom bronią jedzenia mięsa (zamiast niego pić krowią urynę), sami zaś mięsem się raczą od wielkiego święta... czyli bardzo często. Obawiam się, że złość Wielkiego Białego Bractwa przetrwa nawet upadek Mu. Byliśmy w grodzie stołecznym – w porcie Ar – Paragan nad rzeką Zaiza – nar. Miasto to jest dziesięciokrotnie większe niż nasz Arxgard [nad Termodontem], pełne marmurowych pałaców i świątyń o złotych dachach, rzeźbionych kolumn zwieńczonych posągami lwów i sineańskich smoków, teatrów, łaźni, zamtuzów, kramów, warsztatów i dzielnic, gdzie Bieda z Nędzą hulają. Inne wielkie miasta to: Palur – Palarat, Supra – upramat, Pułgar – bułabar, Ar – alarab, Burgora – alabarat, Atuana, Kazir – dżabarat i szereg innych. W chramach Mu i Lemurii kwitna wszelkie nauki, oraz sztuka magiczna, lecz ich osiągnięcia trzymane są w tajemnicy przed innymi ludami. Mu zjednoczył Tamir I Dalima, król plemienia Naacalów w IV wieku ery XII. Obecnym władcą jest Karak (Kharak), o którym mówią, że jest tyranem... [….]'' - pisała w ,,Diariuszu'' Klea z plemienia Amazonek.




Po opuszczeniu Mu, Wyspożółw skierował się w stronę pobliskich wysepek zamieszkanych przez osobliwe plemiona Obojnaków i Rakonogów (Estinogiren).




,, […] Na początku miesiąca surad – aszir [w kalendarzu Amazonek: styczeń], kiedy to śniegi zalegają grubym całunem w krainie Ilji Muromca, Waligóry, Wyrwidęba i Wandy, na niewielkiej wyspie Kiné spotkaliśmy lud Obojnaków (Germoafroditen, Ałgisomokoszinowie). Z uwagi na to plemię, towarzyszący nam Słowianie nazwali tę wyspę imieniem Obojna. Ujrzeliśmy mieszkające w chatkach krytych palmowymi liśćmi niewiasty, bardzo ładne; wysokie o cerze śniadej i włosach czarnych, a ich jedynym strojem były sznury pereł na szyi. Jedynym, za to poważnym defektem ich urody są męskie części sromne. Obojnaki to rasa łagodna, ciekawa świata, ufna, całe dnie pędząca na zabawach w morzu i lesie. Istoty te pytane przez nas jak się rozmnażają, w odpowiedzi pokazały nam leśne źródełko, którego kryształowe wody, przed wiekami zmieszane z nasieniem perskiego boga Mitry, który zażywał w nim kąpieli, mają moc budzić życie w żywocie niewieścim. Jedna z nas [Amazonek] waleczna Kirbas – kubera – ašmi zabrała dzban owej wody do Amazonii by wypróbować jej magiczne działanie na sobie. Obojnaki, wśród których nawiasem mówiąc nie ma kasty kapłańskiej, z bóstw czczą jedynie boga Hermesa i boginię Afrodytę, których towarzyszący nam Słowianie określali imionami: Algis (zapożyczonym od Bałtów) i Mokosza. Z racji ich pochodzenia, docierający tu przed nami żeglarze greccy (jak choćby Arisanos, Dioran, Kalimenes, Stratobonos i Mastiranos z Delos – miletu) określają Obojnaki imieniem 'Hermoafrodytów'. Życie pędzą rozpustnie niczym kozły, albo małpy. Wszystkich perwersji jakim się oddają od najmłodszych lat na wołowej skórze byś nie spisała. W odróżnieniu od ludzi z Mu i Bharacji nie znają pisma, ani żadnej nauki czy sztuki, opowiadać zaś umieją tylko sprośne plotki. Ponieważ nic nie wiedzą o własnych dziejach, ochotnie upamiętniają tych, co ich niegdyś krzywdzili. Mam tu na ziemię wbity miecz Osorkona Obojnakobójcy – trzeciego króla Mu, co zwyciężył Bharację i Seylan. Jak opowiadał mi Ilja Muromiec, powołując się na słowa swego przyjaciela Aloszy, którego ojciec Izasław był wołwchem (kapłanem Antów), ówże król Osorkon bił także Słowian i co więcej, w Visoko w rejonie rzeki Bosny zbudował piramidy ku czci Szamasza, boga Słońca […]''




- głosi kolejny zapis w dzienniku podróży, który sporządziła Klea Dziejopisarka.


*



W dniu, kiedy straszliwa zadymka szalała nad pokrytą białymi zaspami Sklawinią, Ilja Muromiuec wraz z towarzyszami zamorskiej wyprawy; braćmi Waligórą i Wyrwidębem, ich siostrą Wandą oraz Amazonkami, penetrował wiecznie zieloną, pełną Słońca i wielobarwnych muszli na złocistej plaży wysepkę, która w greckich i słowiańskich atlasach nosiła nazwę Estirana. Zamieszkujący ją lud Rakonogów, półnagich ludzi obu płci o stopach odwróconych do tyłu, z zapałem i wyczuciem smaku zdobiący śniade ciała kolorowymi malunkami, perłami, drogimi kamieniami, piórami papug i białych czapli, oraz amuletami, czego naśladować nie należy, okazał się przyjazny i gościnny, znacznie bardziej niż ludzie z Mu, wśród których hulała dekadencja. Plemię owo największą czcią otaczało Anahitę – dziewiczą panią wód słodkich i płodów ziemi, takich jak maniok, niewyobrażalnie piękną, w białą suknię odzianą. Anahita, której imię, co zauważył Ilja Muromiec było jedno z wielu imion Mokoszy, cześć odbierała jako matka najwyższego boga Dievsa, który tak jak Boruta pasł dzikie zwierzęta. Poczęła go gdy promień Słońca złotego o poranku padł na jej łono. Dievs i Anahita przed wiekami żyli na wyspie Estiranie, lecz któregoś dnia odpłynęli za morze, by powrócić za tysiąc lat. Historię tę odkrywcy usłyszeli od Ridukhu – bramina składającego kadzidlane i kokosowe żertwy wspomnianym bóstwom.
- Chcielibyśmy widzieć jakiego to władcę macie nad sobą – spytał Wyrwidąb, na co Ridkukhu uśmiechnął się i skinął nań, po czym zaprowadził do leśnej jaskini oświetlonej setkami świec.
- To jest nasz król – wytłumaczył kapłan wskazując na stojący na kamiennym tronie obraz Rakonoga w sułtańskim turbanie namalowany na cyprysowej desce, która ongiś posłużyła kupcowi Sadce w opuszczeniu władztwa Morskiego Cara.
- To jest obraz – zmarszczyła się Hagne – a gdzie jest ten, kogo wyobraża malowidło?
- Może wasz król jest w dalekiej podróży? - z powątpiewaniem spytał Waligóra.
- Nic z tych rzeczy – bramin złożył dłonie i uśmiechnął się promiennie. - To ten obraz na tronie jest naszym królem. Taki król malowany jest o niebo lepszy niż król z krwi i kości, bo tak mamy ludowładztwo....
- Raczej anarchię – mruknął Wyrwidąb.
Gdy obaj bracia, Hagne i Klea wraz z braminem powrócili z lasu, zapadł zmierzch, zaś na plaży rozpalono zdające się sięgać rozgwieżdżonego nieba ognisko z aromatycznych pnączy. Nadszedł czas biesiady, tańców, pieśni i snucia bajecznych historii. Rakonogi podobnie jak rasa Hermoafrodytów pędziły życie długie i beztroskie, pełne zabawy, a ich jedynym zmartwieniem była walka z nudą. Mimo to ich serca były szlachetne, mimo dumy i zadziorności, zaś każdy gość, tak spodziewany jak i niespodziewany był dla nich istotą świętą, niby Dievsem samym. Dla gości z dalekich ziem przygotowano moc owoców lasu: mango, bananów, kokosów, daktyli, marakui, papai, cytryn pomarańczy, mandarynek, ananasów, arbuzów, jabłek, melonów, salaków, fig, ale nie brakowało też pieczonych tuńczyków, marlinów i innych ryb, krabów, homarów, langust, krewetek, ostryg i innych małży, ośmiornic i kalmarów, rozgwiazd, jeżowców, gołębi z Nicobaru, pawi, bażantów, kurów bankiwa, pieczonych morskich łuskowców o błękitnej łusce chwytających plankton długimi językami, świń, antylop i Fugas – Objadło wie co jeszcze! Rakonogi bardzo lubiły łakomstwo, niby niedźwiedzie szykujące się do snu zimowego, zaś swoim gościom dawali jeszcze więcej niż sami jedli. Uczta nie mogła się odbyć bez żłopanego bez umiaru araku z Bharacji i miejscowej wódki z mango. Ilja Muromiec wzbudził powszechny aplauz swych gospodarzy, opróżniając jedna po drugiej piętnaście beczek araku i co ważne – zachowując przy tym życie i zdrowie. Uczta u Rakonogów ciągnęła się do świtu, oraz przez trzy następne dni i noce, gości zaś bolały brzuchy i głowy.


*

Karak, syn Ołmazdara III, syna Urbos – kardamona, syna Szamasz – apaliddiny, syna Latyr – pałura, syna królowej Axmi, córki Purdan – babura z dynastii Kir a plemienia Naacalów, władał wielką wyspą Mu na Oceanie Wyrajskim, już siódmy rok zasiadając na Pawim Tronie w Białym Domu – pysznym pałacu zdobnym w kolumny, kopuły i minarety w stołecznym Ar – Paraganie. Wzrostu był średniego, skórę zaś miał dużo jaśniejszą niż większość jego poddanych, pokrywały ją zaś wymyślne tatuaże henną wykonane i skaryfikacje tworzące wzory podobne do gwiazd i gwiazdozbiorów. Włosy jego krótkie i czarne, ociekające pachnidłami, podobnie wąsy. Nosił turban jedwabny, duży i biały, zdobiony skrzącym się piórem tęczowego feniksa i drogim kamieniem; chryzoprazem zaczarowanym, który miał moc ukazywania zdarzeń przeszłych, teraźniejszych i przyszłych. Jego ciało, muskularne i lśniące od oliwy zdobiły złote pierścienie i obręcze, oraz ciężki naszyjnik z olbrzymich pereł. Wstyd zasłaniał jedwabną przepaską naszywaną cekinami i brokatem. Jadąc do boju na słoniu, bądź białym, urodzonym z morskiej piany rumaku, zwanym Kalki, zakładał podbity czarnym aksamitem płaszcz ze skóry złocistego lamparta. Berło miał uczynione z eburnu zwieńczone wyobrażeniem ludzkiej dłoni.




W królewskim gineceum, czyli haremie Białego Domu mieszkały setki i tysiące, tysiąc osiemset i więcej młodych i niewyobrażalnie wręcz pięknych niewiast, których prawie nagie ciała zdobiły henna i rzadkie klejnoty. Owe damy z babińca, z których każda posiadała liczne niewolnice – odaliski, kucharzy, słonie, pawie, łabędzie, małpki, fretki, koty, mopsy, lub inne małe pieski, gazele, bądź pantery, sterty pobudzających zmysły sukienek z gazy, szkatułki pereł, drogich kamieni i pachnideł, biegłe były w grze na różnych instrumentach, wróżeniu z dłoni i stóp, oraz z fusów sineańskiej i cipangijskiej herbaty, grze w szachy i karty, w nade wszystko w sztuce zabaw miłosnych. Flota wojenna i handlowa Mu sprowadzała je z Bharacji i wyspy Seylan, Sinea i Cipangu, Kori, Vietmanii, Khemeru, Dżawy, Sumatry, Kalimantianu, Siamu, Arabii i Afryki, Libii i Turanu, Lemurii, Sumeru, Syrii, Atlantydy, Hetycji, Amazonii, Medii, Persji, Baktrii, Sogdiany, Scytii, oraz Sklawinii, zaś doglądał ich cały legion czarnoskórych eunuchów z Zielonego Kontynentu na Wschodnim Końcu Świata, gdzie królowie Mu zakładali kolonie i faktorie.
Skarbiec królewski wykopany przez dwugłowe karły głęboko pod ziemią pękał w szwach od złotych monet, naczyń i ozdób, srebra, platyny, elektronu, bursztynu znad Morza Srebrnego, drogich, rzadkich, czy wręcz zaczarowanych kamieni, pereł i kości słoniowej. Na straży tych bogactw stał zielony smok o trzech głowach i kłach zatrutych jadem. W złote oparcie tronu króla wprawione zostały duże niczym piąstki dziecka kamienie przepięknej barwy, które miały moc widzieć i mówić. Karak co dzień polował, czy to z grzbietu słonia, czy konno, a w jego pałacach myśliwskich, rozsianych po całym Mu, pełno było skór tygrysich, lwich i panterczych, rogów antylop i gazeli, nosorożców i jednorożców, koziorożców, jeleni, skór sineańskich pand i niedźwiedzi, krokodyli i wielkich waranów z Wyspy Szczurów, piór pawi, białych czapli, bażantów argusów, zasuszonych marlinów i żaglic, skorup żółwi szylkretowych i Boruta z Dziewanną wiedzą co jeszcze!
Charakterem i sposobem sprawowania władzy, król Mu niewiele różnił się od Kościeja. W gniewie znosił z powierzchni Ziemi całe miasta i plemiona, wciąż wymyślał nowe tortury, a wyrok śmierci orzekał najczęściej nie za przestępstwo, lecz z nudów, chciwości, bądź chuci. Wówczas wydawał nieszczęśników słoniom do zadeptania, bądź nabijał ich na błyskawicznie rosnący bambus. Dla sławy i łupów pustoszył mnogie krainy – Bharację, Arabię, Axum, Malgalesio, Sumer, Tebet, Sinea, Lemurię.... Choć wysyłał innych na śmierć, samemu nie brakło mu odwagi, co jest rzadką cechą u możnych tego świata. Omal nie wytracił w zupełności plemienia ludożerców Padajów, po czym uczynił kolonią Mu ich krainę zwaną Kasmiria.
Tenże Karak w siódmym roku panowania skierował swe zastępy, które miast koni dosiadały waranów o skrzydłach opierzonych, ku wyspie Rakonogów. Wojownicy z Mu, zbrojni w łuki, strzały, oszczepy i proce, lecieli pozłacanymi rydwanami, magiczną sztuka wyposażonymi w skrzydła łabędzi, zaś ich król jak zwykle zamierzał walczyć w pierwszym szeregu, jak na króla przystało. Czynił tak, bo lubił zabijać, choć dla porównania, gdy grał w szachy, siedział na tronie, zaś sługa w jego imieniu przemieszczał figury, w razie przegranej odpowiadając głową. Plemię zamieszkujące Estiranę, widząc niebo ciemne od powietrznej floty Mu, niby od nalotu szarańczy, bezzwłocznie chwyciło za wszelki dostępny oręż. Do walki stanęli tak mężowie jak i niewiasty Rakonogów. Jedynie dzieci i starcy, oraz chorzy i kalecy pod przewodem Ridukhu i innych braminów, schronili się w chramie Dievsa – Pasterza Zwierząt o dachu zdobnym w iglice, który przed wiekami wznieśli Lemurianie w miejscu, które po ich odejściu na powrót porosło puszczą. Gniew gorzał w sercach Estirańczyków na zdradzieckiego Karaka, co napadając na nich nie raczył wypowiedzieć wojny jak na cywilizowanego władcę przystało. Afekt ten palił i dodawał siły. Królowie i generałowie z Mu nieraz już przekonali się jak groźnym, nieznającym trwogi ni litości przeciwnikiem mogą być pogardzane przez nich plemiona Murzynów, Padajów, Kynokefali z Andamanów i Afryki, Gałmati – okrytych skórami i używających kamiennych narzędzi hobbitów z Flores, czy Rakonogów. Jednak męstwo dzikich obrońców Estirany nie wystarczyło do walki z imperium Naacalów.





Ilja Muromiec siał spustoszenie wśród najezdników, najpierw włócznią, a gdy ta złamała się, mieczem i ciężką jak tur, żubr i niedźwiedź maczugą, wznosił dookoła siebie dymiące stosy ciał ludzi, skrzydlatych waranów i połamanych wozów bojowych. ,,Ten biały barbarzyńca – opowiadali później pochodzący z Mu weterani owej bitwy – walczył jak sam Saitan – dev wcielony''! Słowiańscy autorzy porównywali szalejącego w boju Ilję raczej do Peruna niż któregokolwiek z Čortów.
Podobne przerażenie w sercu samego Karaka, przyzwyczajonego do zabijania przeciwników silnych i zdolnych do obrony, wzbudzili Waligóra i Wyrwidąb. W ich wielkich jak bochny łapskach, stalowa broń, hełmy z bułatu i damastu, oraz kości najroślejszych wojowników z Mu i ich skrzydlatych waranów pękały jak patyki, abo niczym lud na wiosennym jeziorze.
Strzały, którymi raziła księżniczka Hagne (Okiena) wraz z innymi Amazonkami, bzyczały donośnie i złowrogo niby dżiny, ifryty a potępione dusze z najstraszliwszych majaków pustynnego Arabistanu. Żadna z nich nie chybiła celu; każda śmierć zadała, z cichym okrzykiem: ,,Azif''! Jedynie Wanda nie ćwiczona w wojennych i łowieckich sztukach, pozostała w leśnym azylu, gdzie razem z kapłanami pielęgnowała dzieci i chorych.
,,Dlaczego wy, którzy posiadacie tak wiele pałaców, z zawiścią spoglądacie na nasze ubogie namioty''? - rzucił w twarz rzymskiemu cesarzowi Klaudiuszowi, zwyciężony przezeń Caractacus, król Brytów. To samo mogliby rzwc dzicy mieszkańcy Estirany najechani przez Mu. Karak walczył jak berserk z Nürtu. Walcząc czuł, że żyje. Jak faraon kładący trupem Hyksosów, Hapiru, Libijczyków, czy jeszcze innych zakurzonych barbarzyńców z pustyń Semistanu, tak król Mu; Naacal z nasienia Naacalów ciosami żelaznego korbacza zadusił Amazonki; Kirun – arunę, Arubę, Hirkan – barbudę i Silandaar – maranę; niewiasty silne jak niedźwiedzice i pełne wdzięku jak pantery. Wtedy to rozległ się łopot olbrzymich skrzydeł i dał się słyszeć krzyk orła, takiego jak Ziz (Sis), którego bali się Solimowie.

,,Oto wielki jak górski wierch, dwugłowy orzeł, niczym grom rzucił się na węża, zabił go ciosem dzioba w kark i poniósł wysoko, ponad obłoki. Niezwykły to był ptak. Jego dzioby i nogi mieniły się złotem, a pióra wszystkimi i odcieniami szkarłatu, lazuru, złota, zieleni i srebra. Najchętniej przebywał w krainie, która w erze dziesiątej, na cześć królowej rusałek Bharatieny została nazwana 'Bharacją', ale zapuszczał się też w inne rejony Azji.
- Co to było? - spytał Tar – Alatyr, dotąd oniemiały.- Garuda – odparł przytomnie Rysie Uszko. - Ten ptak nazywa się Garuda, a jego pielesze są w górach Imalain […]'' - ,,Szmaragdowy latopis''.




Tenże Garuda, o którym opowiadały już legendy ery siódmej, albo też jego potomek, przyleciał na pomoc Rakonogom. Zawsze to czynił ilekroć ustawiony na szczycie wielkiej góry Meru w Bharacji, magiczny, cynowy kocioł, zdolny pomieścić pięć słoni, napełniał się mięsiwem. Był to znak dla Garudy, że Estirana potrzebuje pomocy. Na sam jego widok budzący w sercach trwogę, taką jaką wzbudzał rogaty bóg Pan, znaczna część najodważniejszych wojowników z Mu, poczęła uciekać w dzikim nieładzie, wypadając przy tym ze skrzydlatych rydwanów, łamiąc sobie karki, albo tonąc w pełnym rekinów Oceanie Wyrajskim. Hagne, przez krasnoludki zwana Okieną, zasłoniła Kleę Dziejoipisarkę grecką tarczą o nazwie ,,hoplon'' . Gdy uderzenie królewskiego korbacza zostało odparte, kosztem wgniecenia w tarczy, księżniczka Amazonek chwyciła za łuk z rogu koziorożca z Nubii i posłała strzałę w serce króla Mu i wielkiego księcia Naacalów. Karak, o którym można było powiedzieć wiele złych rzeczy, ale nie to, że był tchórzem, wyleciał z rydwanu z trzymającą korbacz dłonią przeszytą na wylot i zmartwiałą od ciemięża. Gdy ujrzał Amazonkę celującą doń z łuku, ujął swój oręż w zdrową dłoń i rzucił nim w kierunku potężnej przeciwniczki. Żelazny łańcuch zdusił jej łabędzią szyję, zaś nabita kolcami kula na jego końcu rozbiła czaszkę. Hagne, córka Libi Palatiry odeszła w sposób godny prawdziwej Amazonki; w bitwie i młodo. Zaraz potem głowę Karaka ściął Ilja Muromiec. Taki był koniec bitwy, największej w dziejach Estirany. Poległych oddano płomieniom. Hymny zwycięstwa sławiące Dievsa – Mocarz, co pokonał tura i tygrysa, przeplatały się z lamentami po zabitych Rakonogach.
Gdy ucichły łzawe mowy, nadszedł czas kolejnej uczty, na której nie zabrakło gości z dalekiej Sklawinii. Arak, rum i samogon z mango i liczi lały się tym razem nie strumieniami, lecz wezbranymi rzekami, co dla dziatwy było piękną lekcją ze strony dorosłych. Ilja Muromiec zachwycił tak gospodarzy jak i gości pochłaniając za jednym razem trzy zapiekane w glinie dziki białowąsy i popijając je piętnastoma beczkami araku. Gdy ucichły brawa i wiwaty nagradzające ów wielkopomny wyczyn, podano przystrojone piórami pieczyste z czarnych pawi z Mu, zaś Ilja na prośbę organizatorów biesiady, opowiadać począł o jednej ze swych przygód.
- Razu pewnego – zaczął – ujrzałem na szerokim stepie kamień z napisem głoszący: ,,Kto pójdzie na prawo, ten w małżeńskim jarzmie zajęczy niemrawo''. Ruszyłem w owym kierunku, nie dla żeniaczki jednak, ale dla sławy mołojeckiej i dania świadectwa, że o szczęściu męża decyduje męstwo, a nie ślepe i bezduszne przeznaczenie, którym straszą się Grecy. Podążając junackim szlakiem dotarłem do włości carycy – dziwaczki Usi, córki Gopaka. Miała ona w zwyczaju zapraszać wędrowców do stołu, po to tylko, aby potem za pomocą zapadni wtrącać ich do lochu. Sprawiało jej to radość okrutną i bezmyślną. Również i ja za jej sprawą poleciałem na łeb, na szyję do ciemnicy pełnej mrących z głodu nędzików. Skruszyłem kraty i kajdany, dopadłem carycę Usię i ją samą spuściłem do lochu, by nabrała tam rozumu. Zaręczam, że nauka nie poszła w las – Ilja zamyślił się. - Niektórzy skoromochowie śpiewają, żem spalił carycę dziwaczkę za jej niecne sprawki, ale przecież niewiast się nie zabija. W drodze powrotnej odnalazłem kamień z napisem, co mnie przywiódł do carstwa Uzyszu i wyryłem na nim: ,,Ilja Muromiec poszedł w prawo i nie został żonaty''.
Gdy upłynęły dni uczty, pieśni, pląsów, śmiechów i wszelkich innych uciech, te Amazonki, które przeżyły bitwę, wśród nich Klea, udały się pieszo w głąb Azji ku brzegom jeziora Apin. Słowianie zaś szykowali się, by wsiąść na Wyspożółwia i udać się ku nowym przygodom na pełnych niebezpieczeństw lądach i morzach. Rakonogi ledwie wytrzeźwiały, złożyły ślub w świętym gaju Anahity, że na dziesięć lat zaniechają picia trunków, zaś po upływie tego czasu pić je będą z wielkim umiarem. Fastitocalonauci opuścili Estiranę, zaś ponownie stanęli u jej brzegów po upływie dziesięciu lat. Przez ten czas Rakonogi, choć z najwyższym trudem opanowały swe pijaństwo, rozwinęły handel wymienny z Maladavą i Kynokefalami z Andamanów, zaś ich królem w miejsce obrazu został jeden z bohaterów wojny z Mu. Ilja wraz z drużyną nie mógł się temu nadziwić, na co jeden z Rakonogów odrzekł:





- Czyż nie jesteśmy trzodą Dievsa i Anahity? Z nimi wszystko możemy! 

poniedziałek, 7 grudnia 2015

,,Baśń o Mrozie Czarodzieju''

,, […] Ojczulek Mróz westchnął z irytacją.
- Czy wy, przygłupy, nie zauważyliście, że gdy tylko zaczyna się obca inwazja, macie rekordowo mroźne zimy? Jak myślisz, czyja to robota, co?- Twoja? - Fiodor wypił następny kieliszek cuchnącego samogonu. - Dlaczego?- Bo mi zależy – odparł Ojczulek Mróz; pijacka szczerość zabarwiła jego głęboki głos. - Dbam o was, […]'' - Ekaterina Sedia ,,Tajemna historia Moskwy''




W grudniu 2015 r. obejrzałem po raz drugi sowiecką baśń filmową ,,Baśń o Mrozie Czarodzieju'' (,,Dziadek Mróz''; ,,Morozko'') z 1964 r. w reżyserii Aleksandra Rou (1906 – 1973). Akcja filmu rozgrywa się w czasie nieokreślonym w jakiejś wiosce gdzieś w Rosji. Parą protagonistów są Nastieńka i Iwan. Nastia była młoda, piękna, wrażliwa i pracowita. Żyła w chacie ze starym ojcem, oraz ze złą macochą i przyrodnią siostrą Marfą, które się nad nią znęcały. Dziewczynie pomagały siły przyrody – Słońce, kogut, kwiaty, które wyrosły na zeschłym pniu, pies Ciapek, w końcu zaś tytułowy Morozko – Dziadek Mróz. Iwan był próżnym i samolubnym młodzieńcem, lubiącym strzelać z łuku do zwierząt. Nadludzko silny, odebrał rozbójnikom pałki i wyrzucił je wysoko w górę skąd spadły dopiero na zimę (sic!). Zmienił się na lepsze gdy leśny duch – Dziadek Borowik zaczarował go w niedźwiedzia. Odtąd zaczął troszczyć się o ludzi. Odczarował Nastię, która zamarzła po dotknięciu laski Dziadka Mroza, a potem ją poślubił.
Owa baśń filmowa nawiązuje do klasycznej, rosyjskiej baśni Aleksandra Afanasjewa (1826 – 1871) obficie czerpie z rosyjskiego folkloru.



Dziadek Borowik był znającym czary, leśnym karłem noszącym na głowie szeroki, grzybowy kapelusz. Gdy butny Iwan nie chciał mu ukłonić się w podzięce za przysługę, skrzat zamienił go w niedźwiedzia w chwili gdy Nastieńka założyła mu wiadro na głowę, aby nie powstrzymać go przed zastrzeleniem niedźwiedzicy mającej młode. Iwan myślał, że to dziewczyna zamieniła go w niedźwiedzia i wyzwał ją. Gdy znów spotkał Dziadka Borowika, ten polecił mu czynić ludziom dobro, lecz ci uciekali ze strachu na widok zaczarowanego Iwana. Junak został odczarowany dopiero wtedy gdy bezinteresownie chciał odnieść kostur schorowanej babuszce. Postać ta nawiązuje do słowiańskich duchów lasu takich jak: borowy, leszy, laskowik, lesawik, laskowiec, boruta etc.



Baba Jaga; demoniczna czarownica była stara, brzydka, brudna i miała wystające zęby jak u dzika. Mieszkała w zaczarowanej chatce na kurzych nóżkach razem z czarnym kotem, sową i wężem, zaś latała w drewnianym moździerzu odpychając się miotłą. Służyły jej ożywione drzewa przypominające nieco entów z ,,Władcy Pierścieni'' J. R. R. Tolkiena. Jest to postać negatywna, która chciała upiec Iwana w piecu i go pożreć (tu następuje motyw podstępu z siadaniem na łopacie występujący też w baśni o Jasiu i Małgosi). Zamierzała rozdzielić Iwana i Nastię, a jej kot sprawił, że dziewczyna oparła się o laskę Dziadka Mroza i zamarzła. Gdy Iwan ją odczarował i przeprosił za niesłuszne oskarżenia, Baba Jaga opłaciła rozbójników, aby napadli na zakochaną parę jadącą saniami od Dziadka Mroza. Jednak wtedy na zbójów spadły z nieba ich pałki, zaś Iwan złamał Babie Jadze miotłę i założył jej moździerz na głowę.



Dziadek Mróz był starcem o długiej, siwej brodzie, odzianym w niebiesko – białe szaty (Śnieżynka nie pojawia się na filmie). Opierał się na lasce z lodu mającej moc mrożenia. Kiedy zła macocha kazała ojcu Nastieńki, wywieść córkę do lasu, ta spotkała Dziadka Mroza, który dwukrotnie pytał ją o to czy jest jej ciepło. Dziewczyna, choć umierała z zimna, mówiła, że jej ciepło, za co w nagrodę Mróz zabrał ją do swej lodowej chaty, obdarzył saniami zaprzężonymi w białe konie i połączył ją z Iwanem. Natomiast gdy macocha dowiedziawszy się o tym posłała do lasu swą rodzoną córkę ta została ukarana za niegrzeczne potraktowanie mrozu – nie dostała męża, jej sanie ciągnęły trzy świnie, a ze skrzyni wyleciały wrony...




Omawiany film jest bardzo przyjemny w odbiorze, zabawny, pouczający i wzruszający. Mimo, że nakręcony przez Sowietów, nawiązuje do najlepszych tradycji baśniowych, również i w naszych czasach mógłby być dobrą rozrywką dla całej rodziny ;).