sobota, 5 grudnia 2015

Oniricon cz. 167

Śniło mi się, że:

- spotkałem Macaysa ov Aranicia na ulicy,



- w szkole rozpaliłem ogień pocierając patykiem o drewno,



- jakiś głos w mojej głowie powtarzał imię litewskiego boga Auszeklisa,



- ktoś powiedział, że oglądając Amazonki nie nauczę się historii,



- przyszli do mnie w odwiedziny Sowieci - weterani z Afganistanu, którym nalałem do wanny jakiś żrący środek czystości, a oni zamienili się w chodzące kościotrupy,
- na schodach przed moim domem spotkałem kilku pijaków, którzy nieśli dużo butelek piwa, jeden z nich zasypiał na dworze, a inny pijak budził go kopniakiem, sam byłem śpiący i zasypiałem na schodach, pijacy poszli sobie, bo bali się blondynek, które mogłyby zawiadomić policję,
- poszedłem na zakupy do sklepu spożywczego, lecz zapomniałem wziąć koszyka, widziałem małych chłopców siedzących w koszykach na kółkach, śmiałem się i puściłem bąka, a jakiś chłopiec zwrócił mi uwagę,
- przeglądałem kolejne tomy napisanego przez siebie albumu ,,Ciekawostki z życia zwierząt'',
- na ulicy widziałem basen, a w nim dwie młode kobiety splecione ze sobą w jakimś kokonie,



- ktoś obawiał się, że o. Gabriel Amorth potępi grę komputerową i serial ,,Gra o tron''; ten ktoś porównywał Amortha do ojca Rydzyka,
- Benedykt XVI lub Franciszek w młodości nosili długie włosy i ubierali się w zielone, żółte i czerwone paski,
- uparłem się aby spróbować ludzkiego mięsa, dostałem dwa małe kotlety z człowieka z rosołem i ziemniakami, ale ruszyło mnie sumienie i nie chciałem ich jeść; pan Martinus ov Simcass mówił, żeby na wycieczce kupować colę zamiast pepsi, a mały, maoryski chłopiec ugryzł mnie w ucho,
- ciocia Ursula ov Sienitica powiedziała, że mój ojciec spłodził mnie w wieku 15 lat,



- rysowałem Jenę ov Blackeyovą z bufiastym rękawem symbolizującym jej miłosierdzie, oraz ze złotą ozdobą przypominającą męskie genitalia,



- pewna żaba pływając w wodzie złapała się w sidła, a potem poszła do rzeźnika przygotowującego egzotyczne rodzaje mięsa,
- mój ostatni post na blogu otrzymał pięć komentarzy,



- w II RP żyli ubrani na czarno strażacy z organizacji ,,Palermo'', którzy popełnili jakieś przestępstwo i z tego powodu ludzie przestali im ufać. 

piątek, 4 grudnia 2015

Sokolnik

,,Ilja Muromiec w czasie swych licznych podróży płodzi syna Sokolnika, który potem nierozpoznany, obraża go i zmaga się z nim w walce, chcąc zemścić się za pozostawienie jego matki Złatygorki. Ija rozpoznaje syna dzięki niezwykłej sile i hartowi ducha. […] Zwycięża, obalony co prawda na ziemię, Ilja, jako, że w boju nikt nie mógł go pokonać. Sokolnik ucieka się w nocy do próby skrytobójstwa, wtedy ostatecznie Ilja odcina mu głowę'' - A. Szyjewski ,,Religia Słowian''



,,Podobnie jak lekarze, którzy w swych księgach opisują najcięższe przypadki, oraz sposoby ich uleczenia, po to aby ludzie nauczywszy się leczyć ciężkie choroby z łatwością potrafili usuwać lekkie – tak również Bóg stawia nam przed oczyma grzechy najcięższe, aby ten kto dopuścił się grzechu lekkiego, na przykładzie tamtych, łatwo odnalazł sposób uleczenia. Wszak jeśli nawet grzechy ciężkie mają swe lekarstwa, tym bardziej nie brak ich dla mniejszych przewin'' – św. Jan Chryzostom




W grodzie Stanimirsku leżącym gdzieś między Diviną a Sopračem, żył stary i siwy, a przeto uważany za bardzo mądrego kapłan Pliš służący w kącinie Roda; Enka zawiadującego czasem. Przez długie lata jedna rzecz go trapiła, czego wyraz dawał w modłach.
- Wielki Rodzie, ojcze pór roku! - wołał wytrwale przed wyrzeźbionym w drewnie bałwanem karła, noszącego kobiecą chustę na głowie i futro rysia, mającego nogi z brzozy. - Lata biegną szybko niby konie, a ja, biedny twój sługa nie mogę pojąć, czemu raz deszcze a grady niszczą uprawy, dlaczego co roku trapią nas upały i siarczyste mrozy. Czemu, ach, czemu nie może być u nas, na sklawińskiej ziemi, wieczne lato jak w Wyraju? Czy Zima nie może raz na zawsze nas opuścić; zamieszkać wśród Hiperborejczyków i Samojedów, a na nasze ziemie nigdy nie wracać? - Zima obraziła się wielce na te słowa, aż wytrzeszczyła oczy, zaś jej ojciec, Rod, już piętnasty rok słysząc wołanie swego kapłana o wieczne lato, w końcu postanowił spełnić jego prośbę, aby ów czegoś się nauczył.




Za pozwoleniem Ageja sprawił, że na ziemicy między Diviną a Sopračem zapanowało iście afrykańskie lato trwające cały rok. Ludzie, a zwłaszcza kapłan Pliš, zrazu ucieszyli się z tego wielce i dziękowali Enkom czasu, za to co mieli za ich wielką łaskę. Radość nie trwała jednak długo. Brak mrozów sprawił, że wszelkie owady, płazy i gady rozmnożyły się niemożebnie, tak, że zaczęły kąsać ludzi i zjadać zbiory, aż ci jęli przeklinać kapłana Pliša. Na domiar złego wśród płazów, pojawił się władca zwany Żabim Carem, a była to żaba tłusta, zielona i wielka jak pół byka, do tego znająca ludzką mowę. Tenże Żabi Car, pełen pychy i jurny jak Casanova, któregoś dnia upatrzył sobie młodą i piękną dziewczynę idącą zrobić pranie w rzece. Jej imię brzmiało Bałka i była jedyną, ukochaną nad życie córką kapłana Pliša. Szedł za nią potajemnie, aż ją znalazł na kamiennym dziedzińcu świątyni, gdzie stała kamienna studnia i gdzie Bałka chciała rozwiesić pranie. Żabi Car nadął się pychą i pełnym buty głosem oświadczył się jej. Dziewczyna zrazu rumieniąc się, potem zaś blednąc, niezbyt grzecznie odmówiła monarsze, bo był zimny, śliski i nie był człowiekiem. Ów nadął z gniewu przezroczyste balony po obu stronach głowy i skacząc udał się do jeziora planując zemstę. Na drugi dzień, Słowian poczęły gnębić żmije i szerszenie, osy i komary, zaś nieszkodliwe skądinąd żaby i jaszczurki wpychały się we wszystkie zakamarki, nawet do pieców chlebowych. Żabi Car przemówił w zwidzie sennym do mieszkającego w lesie pustelnika Szarzyna o szarej brodzie i szacie, będącego wrogiem kapłana Pliša. Powiedział mu, że domaga się Bałki, Plišowej córki za żonę. Pustelnik powiedział to ludowi, a lud ku rozpaczy sędziwego kapłana, pochwycił jego dziecię i przywiązał do pala nad brzegiem obfitującego w żaby jeziora. Pliš gorzko zapłakał, przepraszał Roda i Rodzenice – Pory Roku, a zwłaszcza Zimę, którą tak pochopnie miał za niepotrzebną i nic nie wartą, sobie samemu zaś gorzko wyrzucał głupotę. Jego córka obnażona do pasa stała przywiązana do słupa, a komary cięły ją bezlitośnie. Żabi Car wynurzył się z jeziora otoczony dworzanami – dużymi i tłustymi żabami i ropuchami. Zarechotał obleśnie i już począł obmacywać Bałkę zimnymi łapami, ona zaś mdlała z przerażenia.
- Kum, kum, rade, rade! - kumkali i rechotali dworacy, co znaczyło: ,,Gorzko! Gorzko!''
- Będzie przedni amplexus – oblizał się Żabi Car.
Do amplexusu jednak nie doszło. Nad jeziorem pojawili się bowiem dwaj witezie – mężowie potężni jak tury, zbrojami z karaceny niczym smoczą łuską okryci. Przyjechali na wielkich i silnych koniach. Jeden z wojowników, ten co zasiadał na karym rumaku znającym ludzką mowę, miał długą, rozwiewaną przez wiatr, czarną brodę poznaczoną nitkami siwizny. Był to sam Ilja Muromiec, syn kmieci z Karačoru, o którym już za życia śpiewano pieśni. Drugi witeź, młodszy od swego towarzysza, złote warkocze noszący, zwał się Alosza Syn Wołwcha. Po ojcu, oprócz władania bronią, znał również nieco zaklęć i czarów. Ilja widząc Żabiego Cara dobierającego się do dziewczyny, podjechał doń na swym koniu, którego imię brzmiało Homel i jednym ciosem miecza rozpłatał jego płaską głowę wydobywając z niej czarodziejski kamień przez Greków zwany batrocholitem. W tym samym czasie Alosza przebił Żabiego Cara trzema strzałami z łuku, a gdy ów szczeznął, rozciął więzy dziewczynie i zwrócił ją ojcu. Tymczasem żmije i dokuczliwe owady jęły kąsać ludzi ze zdwojoną siłą i byłyby ich wyniszczyły, gdyby Rod nie wysłuchał swego kapłana po raz drugi i nie posłał Zimy. Ta zaś w jednej chwili zasypała pola i stepy całymi pudami śniegu, przez co zabiła mrozem poddanych Żabiego Cara. Ilja i Alosza udali się zaś na wschód, gdzieś nad rzekę Tinerpę, gdzie zawsze mogli liczyć na gościnę pani Złatogorki, samotnie wychowującej syna Sokolnika.


*



Złatogorka (Złotogórka, Auromontica) na starych miniaturach zdobiących pergaminowe karty ,,Codex vimrothensis'' przedstawiona została jako niewiasta wielkiej urody, o ciele smukłym, cerze jasnej i długich, złocistych włosach w pięć warkoczy zaplecionych. Malarz ukazał ją w wianku z bluszczu, złotych kolczykach w kształcie żołędzi i w błękitnej sukni zdobionej Słońcem, Księżycem, kometami, drzewem i wysoką Złotą Górą, na której szczycie lęgły się kruki o żelaznych dziobach. Kiedy witała chlebem i solą Ilję i Aloszę; przyjaciół swego rodu, jej ukochany syn Sokolnik przez wiele lat leżał w stodole spętany łańcuchem, który przyrósł do jego nagich pleców.
- Mój syn nie słuchał matki – płacząc mówiła Złatogorka. - Miast pomagać w gospodarstwie i być mi pociechą na stare lata, wolał całymi dniami przesiadywać w karczmie, aby pić siwą wódkę, grać w kości a swawolić z dziewkami. W końcu doigrał się: sam Koffel Pijanica pod postacią bogatego kupca z Mir – gorodu zarzucił na mego syna łańcuch o ogniwach ciężkich i czarnych jak noc. Od tej pory mój mały Sokół leży i jęczy przygnieciony łańcuchem Čorta pijaństwa... - mówiąc to Złatogorka ocierała błękitne oczy atłasową chusteczką.
- W erze dziewiątej kiedy to na świecie żyło mnóstwo rusałek i wodników, nie było za to ludzi jeśli nie liczyć tych leśnych – zaczął opowieść Alosza – w kronikach zapisano historię wodnika Kiepuna. Był on jednym z nałożników rusałczej królowej Goplany III. Miał tę dziwną przypadłość, że swym pępkiem rodził węże, po czym dusił je rękami. Celował w rozpuście i uczył inne wodniki oraz rusałki bawić się częściami sromnymi, co na dworze Goplany III uważano za zdrowe i zabawne. Jednak Wojtech, zielonoskóry i białowłosy wodnik z Ojcowa, gdzie przestrzegano starych cnót, bolał nad gorszycielem. Upominał go przeto w cztery oczy, potem publicznie, aż w końcu uderzył go w głowę kapeluszem, a tym samym zabił – Ilja słuchając tego chrząknął znacząco.
- Wybaczcie – rzekł po chwili Alosza rozumiejąc, że nie pora na opowiadanie o czasach Goplany III.
- Na co czekamy? Czemu warujemy przy stole jak Hromi Daba przy wilkach, kiedy chłopak czeka na naszą pomoc? - rzekł Ilja i rzucił się by zerwać z Sokolnika upokarzający łańcuch.
Alosza go powstrzymał.
- W ten sposób zedrzesz zeń łańcuch wraz ze skórą. Mam lepszy pomysł – po tych słowach wziął udręczonego, ledwo przytomnego z bólu młodzieńca i zaniósł do lasu, gdzie włożył go w mrowisko rudych mrówek boleśnie kąsających. Wypowiedział nad nimi zaklęcie, one zaś oblazły Sokolnika i jak nie poczną podgryzać go. Syn Żala wił się jak piskorz i wył z bólu, mrówki jednak ominęły szerokim łukiem jego oczy, nozdrza i uszy, a skupiły się na odgryzaniu piekielnego łańcucha przyrośniętego do skóry. Skończyły około północy. Alosza opatrzył rany przyszłego bohatera, zaś przeklęte okowy cisnął do rzeki. Wielka była radość Złatogorki, gdy ujrzała swego syna uwolnionego, lecz ów upragniony dzień był równocześnie dniem rozstania.
- Nie sposób trzymać młodego sokoła w ciasnej klatce – powiedziała Złatogorka i pobłogosławiła syna na drodze ku junackim przygodom.
Sokolnik został giermkiem Ilji Muromca, który przez trzydzieści lat nie mógł chodzić, jeno siedzieć na piecu, aż uzyskał nadludzką siłę spożywając chleb i wino od wędrujących starców – Scyty i Sarmaty. Razem z nim i Aloszą udał się w świat.


*

Dalekie były ich podróże i przygody liczne. O niezliczonych, zwycięskich bojach, które stoczyło trzech witezi – Ilja, Alosza i Sokolnik ułożono setki pieśni, śpiewanych jak Sklawinia długa i szeroka przez dziadów lirników.




,,Ilja siedział przy ognisku razem z rosłymi mężami i niewiastą w jasnobłękitnej sukni, której uroda ustępowała jedynie wdziękowi Mokoszy.
- Jestem Wyrwidąb, a to mój brat Waligóra – przedstawił siebie i brata dryblas. - Mnie wykarmiła wilczyca, a mego brata – niedźwiedzica. Obu nas Agej i Enkowie obdarzyli nadludzką siłą. Pewnego razu mój brat i ja zaszliśmy nad Rajskie Morze i w mieście Venetiji (Wenecji) ujrzeliśmy pannę przeznaczoną dla smoka na żer . Zabiliśmy potwora skałą i dębem, a owa panna, która okazała się być naszą siostrą, to była – wyobraź sobie – założyciela owej Venetiji, nazwa miasta wywodzi się od imienia Wanda. Nasza siostra w swym miłosierdziu sama wydała się na pastwę potwora – opowiadał Wyrwidąb. Głos zabrał teraz Waligóra, dotąd milczący.- Naszą matką była Światłowida, wielka czarodziejka. Pewnego razu spotkała księcia Siłę, naszego ojca. Ten kochał ją najszczerzej i stał się jej mężem. Przed ślubem nasza macierz postawiła mu warunek: aby nie widywał jej w szóstym dniu tygodnia. Ojciec zgodził się, lecz później ciekawość nie dawała mu spokoju – czy Światłowida zdradza go? Postanowił ją podglądać i ujrzał jak zamienia się w węża – takie były jej czary odmładzające. Wtem – spostrzegła, że jest obserwowana i frrr... wyleciała bez skrzydeł przez okno. Zamieniła się w jaskółkę. Książę Siła wyleciał za nią i też stał się ptakiem. Resztę dnia przybierali postaci zwierząt, roślin, stworów, żywiołów, aż późnym wieczorem przebaczyli sobie. Niedługo potem urodziliśmy się my. Nasi rodzice byli bardzo bogaci i szanowani, piliśmy mleko matki w szafirowym pałacu, a nasze kołyski były ze złota. Jednak czarownica Smoczycha, kochanka Gorynycza postanowiła się zemścić na naszym ojcu, że odrzucił jej zaloty, by poślubić naszą matką. Smoczycha stanęła na czele armii ażdach, ał, ludzkiej hulajpartii, wojaków dostarczał jej Niemal Człowiek z Nowej Ziemi i obecny król wąpierzy Tybald. Wydała rozkaz, by zabić 'płody suki', czyli nas, toteż nasza matka dała mego brata na wychowanie wilczycy, a mnie – niedźwiedzicy. Oba zwierzęta były jej wiernymi sługami. Co się działo z Wandą, nim założyła gród, to tylko ona sama może opowiedzieć, podobno chroniła się w Tmu – Tarakanie.- Żyłam zamieniona w żabę – rumieniąc się rzekła krasawica.- W ostatniej bitwie – podjął Wyrwidąb – książę Siła rozgromił połączone siły Smoczychy, Niemal Człowieka i Tybalda. Wówczas spotkaliśmy się z rodzicielami. Pomieszkaliśmy razem, po czym zabraliśmy Wandę i ruszyliśmy szukać przygód. Ilja zauroczony Wandą przyłączył się do jej braci [….]'' - K. Oppman ,,Perłowy latopis''



- Nosorożcu, wilku, byku, pryku! - Sokolnik zbiesił się i skrzyżował miecz z Ilją Muromcem, z którym tyle lat przemierzał dzikie szlaki Wielkiej Sklawinii, mając go za mistrza i przyjaciela.
Stal biła o stal, aż sypały się snopy iskier.
- Szaleńcze, poniechaj tej walki! - upominał go Ilja. - Wymieniliśmy się nawęzami, co uczyniło nas braćmi w oczach Ageja i Enków. Starcy powiedzieli mi, że nie jest dane nikomu pokonać mnie w walce, a zabijać ciebie nie chcę – owe jakże rozsądne argumenty nijak nie zdołały ochłodzić gorącej głowy junaka.
- Zabrałeś mi Wandę, a teraz unikasz walki, stary dziadzie! - dzwoniąc orężem rozgoryczony Sokolnik sączył słowa pełne szyderstwa i zawiści.
- Nic ci nie odebrałem, duraku – warczał Ilja tocząc pianę gniewu wynikającego z obelgi. - Wanda nie jest własnością, ani twoją, ani moją – sama mnie wybrała! - w czasie owej walki, Alosza, Waligóra i Wyrwidąb przyglądali się z oddali, pełni zażenowania.
Sokolnik choć silny jak koń, zwinny i doskonale robiący mieczem, nie był w stanie zwyciężyć Ilji Muromca, ów bowiem otrzymał moc bycia niepokonanym. Walkę zakończyła Wanda, która wybiegła z kniei i stanęła między obu walczącymi.
- Kocham was wszystkich – rzekła do Ilji, Aloszy, Sokolnika, Waligóry i Wyrwidęba – lecz za męża chcę Ilję Muromca i nikogo więcej, bo jego miłuję szczególnie – Sokolnik schował miecz do pochwy i nie zważając na słowa pociechy i zachęty do zgody, tocząc łzy smutku i wściekłości ruszył przed siebie gdzie go oczy poniosły.





W owym to czasie wśród Burów Czarnosiermiężnych pojawił się mocarz, którego nazwano Durak – Psuj; wielki nieprzyjaciel drzew. Był to mąż wyższy i potężniejszy niż zwykle bywają synowie ludzcy, podobny z wyglądu do Tatara, albo Kozaka. Miast dłoni miał przyprawione felczerską sztuką dwie tarcze żelazne, których brzegi najeżone były nożami. Owych pił używał, aby ścinać drzewa i urągając Borucie i Leśnej Matce niszczyć i mordować wszystko co nie mogło przed nim uciec. Ludzi również nienawidził; zarzynał carów i kniaziów z ich rodami, zaś lud prosty obracał w niewolników; dziewczęta brał do rozpusty, a będąc ciężkim jak słoń, kazał się dźwigać na barkach jak jarzmo. Z wielkich i grubych jak kolumny prętów żelaznych sporządził klatkę, rozmiarami przypominającą królewski zamek. Uwięził w niej, dla sobie tylko znanych powodów car – ptaka; orła bielika Ihlada (Igłąda); zabójcę węży, wielkiego i silnego jak smok. Klatka z orłem stała na szczycie skalistego wzgórza, zaś Durak – Psuj siedział u jego stóp na tronie i pilnował. Piły wyrastające z jego rąk, warczały obracając się złowieszczo i wiało grozą. Durak – Psuj nigdy nie spał, niby smok co skarbu pilnuje. Wśród plemienia Burów, co czarne siermięgi nosili, powstało powiedzenie, że kto uwolni orła, ten może też zabić nieprzyjaciela lasów. Nikt jednak nie wierzył, że to kiedykolwiek nastąpi.




Sokolnik posłyszał o owej przepowiedni. Którejś nocy, gdy oczy tego co niszczył piękne i stare drzewa świeciły z oddali krwawą łuną, podobny siłą i pięknem młodemu sokołowi, mistrz miecza jak i łuku posłał strzałę z zamek klatki. Posypały się iskry i rozległ się huk, jakby to sam Jarowit uderzył piorunem. Orzeł się zbudził, rozpostarł skrzydła, zaś żelazne pręty połamały się, a rozsypały niczym układanka z patyków przygniatając Duraka – Psuja. Igłąd krzyknął radując się z odzyskanej wolności, poszybował w stronę Księżyca, po czym opadł w dół i zabrał Sokolnika na swój grzbiet. Ten co napełniał lasy zniszczeniem a i ludzkich osad nie oszczędzał, nie zginął pod stosem żelaza, choć żaden smok nie przeżyłby takiego ciężaru. Piły zastępujące mu dłonie groźnie zawarczały, czarne, sumiaste wąsy i kita na wygolonej głowie zjeżyły się, białe spiłowane na kształt kłów zęby zazgrzytały, ryk wydobył się z nagiej, śniadej piersi. Durak – Psuj biegł przed siebie i niszczył wszystko co mu stanęło na drodze. Powalał wiekowe drzewa, rozpłatał zarówno sarenki, które nie były dosyć szybkie, by przed nim uciec, jak i zakutych w zbroję wojów.
- Skąd się taki wziął? - pytali ludzie. - Widać Čorta miał za ojca!
Dyszał i sapał, aż połknął osę. Użądliła go z taką mocą, że tocząc pianę upadł i już nie powstał. Tylko jego tarczowe piły warczały i warczały, tak, że nikt nie odważył się doń podejść. Gdy w końcu z jego trupa ostały się kości, Słowianie odetchnęli i wielka radość między nimi zapanowała. Osę, która stała się powodem śmierci wroga ludzi i przyrody, uczcili rzeźbą kamienną i mawiali, że pewnikiem była to Dziwica, albo i sama Dziewanna Šumina Mati, dla której dzieci nie miał litości.


*

,,Zwierzęta się tam rodzą w pustyniach, jako są lwowie, wsloniowie, bazyliszkowie, kokodrylowie, pardowie (lamparty), osłowie rogaci i rozmaity naród smoków, takieź wężów, które całe lato nie piją, bo tam wody nie masz'' – tekst polski z XVI wieku



Opowieść o czynach Sokolnika, któremu bielik Igłąd służył za wierzchowca zastała wyryta na złotej blasze pokrywającej tarczę rycerza Janika Janimirowica założyciela grodu Joaniny w Grecji. Orzeł wraz z junakiem uczepionym swej szyi, poszybował wyżej niż sięgają szczyty gór Triglav, Krywań i Dormitor, a jego cień ogromny płoszył stada bydła, koni i jeleni. Sokolnik uczuł się szczęśliwy mogąc lecieć wśród chmur, z nikim o nic się nie wadzić, żyć z łowów i nie mieć zmartwień. Igłąd znał ludzką mowę, a jego głos brzmiał niczym bicie wielu dzwonów. Całymi dniami niósł swego wybawcę ku dalekim, dzikim i pełnym tajemnic ziemicom Nirów, czyli Murzynów, noce zaś spędzali na szczytach gór. W czasie tego lotu Sokolnik rzadko spotykał ludzi, a i nie zabiegał o ich towarzystwo, ciągle mając w pamięci waśń z Ilją o Wandę. Zdziczał przeto jakby. Mijał księżyc za księżycem, setki jadowitych trusi i zabijających wzrokiem połozów zginęły w dziobie Ihlada, aż w końcu Sokolnik po raz pierwszy ujrzał Afrykę. Wcześniej słyszał, że jest to ląd pełen dziwów i czarów, najdziwniejszych potworów, zaginionych miast, plemion i skarbów. Teraz gdy sam zawitał w owej krainie, dotąd znanej z pieśni wędrownych grajków, w pustynnej ziemicy Kałagar, gdzie ziemia jest tak rozpalona, że można na niej usmażyć jajo, ujrzał lecące obok orła stadka wielce osobliwych zwierząt. Wyglądały jak żyrafy, lecz miały olbrzymie skrzydła o czarnych piórach. Nie wiedzieć czemu, nie obawiały się Igłąda, choć ów znacznie przewyższał je rozmiarami. Bielik nie atakował swawolących dookoła latających żyraf.





- To gulgaty – objaśnił Sokolnikowi i znów zapadło milczenie.
W mijanych wioskach człowiek i orzeł spotykali nie tylko ludzi. Nie raz i nie dwa bywali goszczeni przez dziwne rasy Cyklopocentaurów – czarnoskórych Centaurów z jednym okiem pośrodku czoła i Zebrocentaurów – również czarnoskórych, lecz od pasa w dół będących zebrami. Sokolnik wielce się zdumiał ich widokiem, zawsze bowiem myślał, że każdy Centaur od pasa w dół jest koniem, albo osłem i oczywiście ma dwoje oczu. Owe dziwne stwory nie żałowały przybyszom z odległej północy pieczonych świń i antylop, oraz wina bananowego. Któregoś dnia, orzeł Igłąd zabrał Sokolnika do krainy, w której ongiś mieszkali ludzie, lecz w chwili gdy toczy się akcja naszej opowieści, zostały po nich jeno białe kości.
- Ci ludzie – rozległ się orli krzyk białogłowego mocarza przestworzy – ściągnęli na siebie gniew Enków wielce nieobyczajnym żywotem, kalaniem ołtarzy rozpustą i krwawymi ofiarami z dziewic i dzieci. Nie słuchali napomnień mężów Bożych wzywających do porzucenia picia krwi i sławienia čortowskich bałwanów, lecz lud o hardym karku miast ich słuchać, kamieniował. Ludzie ci uparcie odtrącali wolę Ageja, który przecież chciał dla nich wyłącznie dobra, przeto spełniła się ich własna wola, choć inaczej niż tego chcieli. Węże o jadzie palącym ich wytruły... - Sokolnik, którego oczy przewyższały bystrością wzrok innych synów ludzkich, lecąc nad wymarłym królestwem murzyńskim dostrzegł syczące kłębowisko żmii i innych węży; ciemnozielonych i perliście nakrapianych.





Każdy z tych znających mroczne tajemnice Čortieńska potworów potrafiłby w całości połknąć barana. Strasznie urosły, odkąd po raz pierwszy nawiedziły spustoszoną przez siebie ziemicę. Pośród owego gniazda żmijowego, które Ukraińcy nazywają ,,ksykunem'', Sokolnik ujrzał pal z przywiązaną doń królewną murzyńską; panną wielce piękną, w suknię z białej kitajki i skórę panterczą odzianą, a jej złote ozdoby lśniły w blasku Słońca niby gwiazdy na niebie. Junak przypomniał sobie wówczas jak w bronionej zatrutymi cierniami osadzie Cyklopocentaurów usłyszał z ust sędziwego bajarza Sfanadaki opowieść o królewnie zwanej Andax z Milindi. Jej ojciec, król Uba pod naciskiem władających mroczną mocą czarowników, którzy służyli Čortom i zwodzili lud, wydał córkę na pastwę wężowego księcia. Teraz nieszczęsna Andax szlochała, a wielkie, zielone żmije drażniły jej ciało ostro zakończonymi językami. Sokolnik widząc to nie czekał, jeno runął w dół na grzbiecie swego orła i kilkoma ciosami mogącego ciąć stal miecza, uśmiercił władcę węży i dziesiątki jego poddanych, rozciął więzy królewnie i zabrał ją ku niebu. Choć panna była piękna i miła, Sokolnik ciągle mając w pamięci Wandę, która odrzuciła jego zaloty, by poślubić Ilję Muromca, bez żalu oddał Andax jej kochankowi, księciu Makuzu, poecie i marzycielowi, który właśnie gromadził drużynę, by ocalić królewnę.





Sokolnik przeżył w Afryce jeszcze wiele innych przygód. Igłąd zaniósł go do krainy otoczonej budzącymi grozę górami, gdzie prócz strusi nie uświadczyłbyś zwierzęcia ni rośliny, za to po horyzont rozciągały się hałdy diamentów. Klejnoty te różnej były wielkości; od drobinki kurzu, aż do jaja olbrzymiego ptaka vorun – patra z Malgalesio. Stanowiły jedyny pokarm zamieszkujących dolinę strusi. Wiele z owych skarbów miało moc magiczną – umożliwiały widzenie rzeczy odległych w czasie i przestrzeni, wykrywanie trucizn, bądź rozumienie obcych języków. Sokolnik wypchał podróżną torbę diamentami tak, że pękała w szwach, aby zanieść je matce. Wielki był jego smutek, gdy nazajutrz drogie kamieni zamieniły się w wodę.
Gdy powrócił do Sklawinii i pożegnał swego przyjaciela orła, który poszybował w stronę podtrzymującej niebiosa góry Triglav – Gwóźdź, opowiadając o swych licznych wojażach i czynach, najmniej wiary znalazł gdy mówił o tym jak wyzwolił afrykańskie królestwo Mala od potwora Tykwy (Ticva). Miał on postać większego niż dom, zdrewniałego i pustego w środku owocu, który toczył się z miejsca na miejsce pochłaniając żywe istoty od ludzi po robaki. Nie mogli mu sprostać najdzielniejsi Murzyni, Centaury, Akefale, olbrzymy, Czarne Uszy, Agogve, Gnu czy inni wojownicy. Dopiero Sokolnik zniszczył Tykwę rozlewając na trasie jej łowów smołę i rąbiąc toporem. Gdy opuszczał Czarne Królestwa jego imię wspominano tam z czcią.


*

Sokolnik kiedy tylko mógł, odwiedzał swoją matkę Złatogorkę, której krasa przeminęła, lecz serce radowało się ze sławy syna. Tak było i teraz. Nad Jurym Kołczewem, rodzinnym siołem Złatogorki nastał dzień lipcowy, jasny i upalny; rozbrzmiewający buczeniem pszczół a przybrany wielobarwną szatą kwiecia. Na dębowym stole spoczywały chleb i sól, garniec miodu, twaróg i kiełbasa. Sokolnik długo opowiadał o tym co przeżył i co widział w dalekich i nieznanych Czarnych Królestwach Afryki gdzie żar słoneczny i choroby strzegą niezmierzonych skarbów przez chciwością białych królów.
Odkąd sięgał pamięcią zawsze pragnął wiedzieć kto jest jego ojcem, lecz matka unikała odpowiedzi, kierując rozmowę na inne tematy, bo ten był dla niej bolesny. Jednak tym razem wyznała prawdę.
- Twoim ojcem, jasny sokole, jest Żal, co włosy ma białe i wzrok ponury. Jest ci on witeź sławą okryty, co zabił multum potworów i z Księżyca przywiózł świętą Księgę Gołębią. Opowiadają o nim, że jedną rękę ma z ciała i kości, a drugą z marmuru. On to zasiał cię w moim łonie, po czym opuścił beztrosko, by nigdy nie wrócić – Sokolnik zapłonął gniewem.
- Przysięgam na Słońce, Księżyc i Gwiazdę Dennnicę, matuszko, że odnajdę Żala i pomszczę na nim twoją krzywdę! - powiedziawszy to, wielce wzburzony dosiadł konia i ruszył w step, Złatogorka zaś zalała się łzami.
Długo jechał Sokolnik, mijał chutory, sioła i grody, bił Scytów a smoki, aż pory roku się odmieniły i śnieg pokrył grubym całunem ziemicę Rusów. Cały czas wypytywał o Żala, podrzutka i bohatera. Dowiedział się, że złożył hołd kniaziowi Mamrotowi i to w jego służbie udał się na Księżyc po ,,Gołębią Księgę''. W końcu Sokolnik odnalazł ojca. Rozpoznał go po czarnym płaszczu i siedmiu siwych warkoczach. Ujrzał go stojącego jak czarny słup, wokół którego tańczyły białe łzy Zimy, a było to w rocznicę dnia, kiedy to Swaróg po raz pierwszy rozpalił Słońce na niebie. Sokolnik zawołał nań donośnym głosem, a gdy Żal odwrócił się, rzucił mu pod nogi rękawicę. Błysnęły miecze i zaczął się pojedynek.
- Znasz mnie, stary pryku? Pamiętasz cudną Złatogorkę? To ja, Sokolnik, owoc twych lędźwi! Przybyłem ukarać się za to, co uczyniłeś mojej matce i mnie, ty zimny, samolubny draniu! - każdemu z tych gorzkich słów towarzyszył donośny szczęk oręża.
- Nie chcę twej śmierci – wychrypiał Żal. - Gdybym spotkał twą macierz teraz, postąpiłbym inaczej – ostrze Sokolnika rozcięło i tak już pokrytą bliznami twarz jego ojca. - Nikt mnie nie kochał – ciągnął Żal – więc od kogo miałem się uczyć czym jest miłość? - Sokolnik nie czuł żalu.
Śnieg prószył, mróz kąsał, zaś ten z witezi, którego ojca nikt nie znał, schwycił swego syna, owoc łona Złatogorki marmurową ręką; darem króla Płanetników Nestinarza za gardło i lekko ścisnął. Sokolnik z bólu wypuścił miecz i tarczę i padł na wznak. Żal dosiadł konia i odjechał.
Sokolnik nie umarł. Nie przestał też szukać pomsty. Dogonił konno swego ojca i gdy ów spał przy ognisku, zakradł się, aby wrazić mu miecz w serce. Choć skradał się cicho jak kot, Żal został ostrzeżony przez Srebronia – pana Księżyca, tak, że krzyczał przez sen i spostrzegł skrytobójcę. Dobył miecza i po krótkim zmaganiu uciął mu głowę. Dusza junaka uleciała ku niebu pod postacią białego sokoła. Rozpętała się zadymka i zmogła Żala, który pokonał wielu.






Tak opowiadają stare baśnie, legendy i mity. Mówią one o odwiecznych ludzkich pragnieniach, z których każde ma swe korzenie w pragnieniu prawdziwego Boga W Trójcy Jedynego. Nie są to oczywiście opowieści natchnione, czy nawet wolne od fałszu. Przeciwnie. Mimo swego piękna, są tak niedoskonałe jak ludzie, co je tworzą, ale i tak więcej w nich prawdy niż we wszystkich kłamstwach polityków. 

czwartek, 3 grudnia 2015

Pierwszy polski film fantasy, czyli ,,Pan Twardowski''

,, […] Najsłynniejszym polskim czarnoksiężnikiem był niewątpliwie pan Twardowski. Ów szlachcic żyjący w XVI wieku w Krakowie wykształcenie odebrał podobno w Niemczech, choć nie jest to pewne, bo i przecież i nasza Akademia Krakowska w dobie odrodzenia oficjalnie kształciła znanych na całą Europę magów, alchemików i astrologów. Niemniej jednak to nie tytuł magistra, ale pakt z diabłem zapewniał czarownikowi moc i sławę. W zakrystii pochodzącego z początku XVIII wieku kościoła pw. Wzniebowzięcia NMP w Węgrowie na Mazowszu znajduje się zwierciadło, które prawdopodobnie pochodzi od sławnego Twardowskiego. Łaciński dwuwiersz zdobiący lustro w przekładzie mówi: 'W tym zwierciadle Twardowski pokazywał czary; Bogu jednak należne oddawał ofiary'' – Paweł Zych, Witold Vargas ,,Bestiariusz słowiański''




W grudniu 2015 r. obejrzałem po raz drugi czarno – biały film ,,Pan Twardowski'' z 1936 r. w reżyserii Henryka Szaro (właściwie: Henoch Szapiro; 1900 – 1942). Był to pierwszy polski film fantasy, nakręcony całe dekady przed ,,Wiedźminem'', z Franciszkiem Brodniewiczem (1892 – 1944) w roli głównej. Film nawiązywał do polskich legend, oraz do dzieł literackich, w tym do ,,Pani Twardowskiej'' Adama Mickiewicza.



Akcja rozgrywa się w XVI wieku w Krakowie i w okolicach. Z postaci historycznych pojawiają się: Zygmunt August (1520 – 1572) – ostatni król Polski z dynastii Jagiellonów i jego ukochana żona, królowa Barbara Radziwiłłówna (1520/1523 – 1551) otruta przez królową Bonę (1494 – 1557).
Główny bohater już w dzieciństwie panicznie bał się diabła chcącego go nadziać na widły i uwięzić na Księżycu. Wówczas matka nauczyła go śpiewać ,,Godzinki'' – pieśń ku czi Maryi. Twardowski wyrósł na człowieka prawego, o dobrym sercu, współczującego niedoli chłopów, którym okazywał hojność. Unikał pojedynków, a jego szabla zardzewiała. (,,Szabla choruje, gdy jej pić krwi nie dają'' – mówił mu diabeł, który go kusił pod postacią szlachcica).Twardowski pragnął szczęścia jak największej liczby ludzi. Skuszony przez diabła zaczął studiować alchemię u mistrza Marcina, aby móc dzielić się zdobytymi bogactwami (notabene: we ,,Władcy Pierścieni'' J. R. R. Tolkiena, czarodziej Gandalf odrzucił pokusę wykorzystania mocy Pierścienia do czynienia dobra, z czego mogłoby wyniknąć tylko zło). Twardowski zakochał się w pięknej, lecz pustej Necie1, która wiązała się z mężczyznami dla ich bogactw. Zakochany w niej, zaprzedał duszę diabłu i demonstrując nabyte bogactwa, przekonał Netę do poślubienia go, gdy już miała wyjść za bogatego mieszczanina. Ponieważ Neta chciała zostać damą dworu, wymusiła na mężu, aby wywołał dla Zygmunta Augusta ducha Barbary Radziwiłłówny. W czasie seansu spirytystycznego, król ciężko zachorował, zaś Twardowskiego uwięziono. W tym czasie Neta zdradzała go z młodym muzykantem. Gdy Twardowski czarami uwolnił się z okowów, zamienił niewierną żonę w przekupkę, każąc jej sprzedawać garnki na rynku. Polski czarownik dokonał takich czynów jak: zgromadzenie całego srebra w Olkuszu, podniebny lot na kogucie połączony z rozsypywaniem złotych monet, czy sztuczki w karczmie (zamiana ludzi w zająca i psa, picia wódki z głowy pijanego szewca, ukazanie się diabła w kuflu). W końcu został zwabiony przez diabła do karczmy o nazwie ,,Rzym'', a potem porwany. Dzięki wstawienniczej modlitwie kochającej go Kasi i dzięki śpiewaniu ,,Godzinek'' skruszony czarownik uniknął piekła, zaś resztę swych dni spędził na Księżycu.
W filmie spodobały mi się: pochwała kultu Maryjnego, szlachetny charakter głównego bohatera, który zbłądził chcąc czynić dobro (ilustruje to przysłowie: ,,piekło jest dobrymi chęciami wybrukowane''), oraz rola miłości ratującej przed piekłem. Dobrze pokazano również niszczącą siłę chciwości. Jeśli zaś chodzi o efekty specjalne, to myślę, że jak na owe czasy były całkiem dobre ;).




1 W polskiej legendzie Netta była dziewczyną wychowującą się w puszczy, która ocaliła Zygmunta Augusta przed niedźwiedziem. Na jej cześć nazwano rzekę na Suwalszczyźnie.   

środa, 2 grudnia 2015

Oniricon cz. 166

Śniło mi się, że:



- Herakles walczył z Hadesem, który zamienił się w wir wodny, heros zwyciężył słuchając matki, zaś dobrą boginię Alemental zabrała woda,
- pisząc szkolne wypracowanie umieściłem w nim imiona w języku starokrasnym, przez co polonistka obniżyła mi ocenę,



- pani Inha ov (nazwiska nie znam) miała głowę karakala,



- wystąpiłem w rosyjskiej telewizji, gdzie powiedziałem, że nie lubię Putina, choć lubię zwykłych Rosjan,



- byłem na planecie Midgaard, gdzie spotkałem boga Hinda pod postacią wędrownego żebraka - wariata o długiej brodzie,



- w książce ,,Łowcy i ich ofiary'' z serii ,,Tajemnice zwierząt'' ostatni rozdział był o kocie; w tej serii ostatnie rozdziały w spisie treści były zaznaczone na czarno,



- kot domowy pochodzi od kota złotego i żbika,



- Jerzy Urban był pisarzem i jasnowidzem, który przewidział datę śmierci Hitlera, Stalina i pisarza Jana Haty,
- zamieszkałem w piwnicy pełnej obskurnych toalet, jakaś dziewczynka zalała piwnicę wodą z węża strażackiego, spotkałem tam jakieś psychoterapeutki, które chciały mnie kontrolować,



- Czesław Białczyński w ,,Księdze tura'' jako tradycyjną potrawę słowiańską podał czekoladowe ciastko; dowiedziałem się, że pogańska Polska na krótko zajęła miasto Opar w Afryce, gdzie Słowianie uprawiali kakao,
- w klasztorze o. Markusa ov Cosiara pisałem na ścianie zdania z ,,Mistrza i Małgorzaty'',



- trafiłem do jakiegoś kamiennego labiryntu, gdzie widziałem ludzi przebranych za niebieskie stwory o sterczących trąbach zamiast nosów, jednego z tych stworów klepałem po pośladku, a potem się bałem i głośno wołałem: ,,Jezu ufam Tobie''! 



- mówiłem do Jeny ov Blackeyovej, że śmieszy mnie, że kot Behemot nazwał siebie prorokiem, bo przecież był diabłem, a prorok to ktoś przez kogo mówi Bóg,



- na stronie internetowej Telewizji Trwam zostałem skrytykowany za swoją twórczość,



- w alternatywnym świecie bogowie wszystkich panteonów zebrali się na konferencję, widziałem tam jakieś anioły i Welesa walczącego z Cthulhu i Zeusem,



- pewien kot został uwięziony przez rodzinę muzułmanów, wyobrażał sobie, że jest tygrysem i skacząc rozbił szybę, aby uciec; w tym śnie widziałem dwa skaczące lwy,




- pierwszym udomowionym zwierzęciem w historii była karłowata antylopa z Sudetów,



- w pogańskiej Polsce w równoległym świecie postawiono wielki pomnik nagiego króla Lecha trzymającego tarczę. 

,,Demoniczny'' palczak




,, [...] na Madagaskarze, czyli w ojczystych stronach aj - aj, zwierząt tych już prawie nie ma. Posądzane o to, że mają jakieś konszachty z diabłem i sprowadzają nieszczęścia, zostały prawie całkowicie wytępione przez tubylców. [...]'' - ,,Niewinny diabeł'' [w]: ,,Zwierzaki  nr 8 (56), sierpień 1996''

poniedziałek, 30 listopada 2015

Żal

,, […] Ilja znajduje ślady na stepie i zaczyna zastanawiać się, czy może zmierzyć się z jadącym bogatyrem, czy przysporzy mu to chwały. Swiatogor jednak okazuje się być olbrzymem, który nie zauważa nawet Ilji, gdyż jego żona wrzuca mu go do kieszeni. Dowiedziawszy się o tym od konia, obciążonego dodatkowym ciężarem junaka, Swiatogor ścina żonie głowę, Ilji zaś proponuje pobratymstwo: [….]'' - Andrzej Szyjewski ,,Religia Słowian''




Nazywano go bękartem i podrzutkiem. Nie znał swego ojca ni matki, zaś wychowywał się na wsi zwanej Zapadła, na ziemiach zwanych w erze trzynastej Analapią i Polską. Wszyscy wokół bili go i wyśmiewali się zeń, chodził brudny i głodny, a od wielkiej żałości swego żywota, imię Żal otrzymał. Wreszcie, któregoś dnia został wygnany z domu, by ,,szedł na chleb zarabiać, bo w gospodarstwie było z niego piąte koło u wozu''. Ten , którego perskie legendy czynią ojcem bohatera Rustama, bez żalu rozstał się z przybraną rodziną chłopa Pisłoka. Nigdy nie pragnął pracować na roli, jeno jak junacy a witezie z zasłyszanych opowieści, wędrować po świecie szukając przygód. Wyrósł na męża wycharsłego i żylastego o wejrzeniu ponurym, zaś jego włosy w siedem warkoczy splecione, od najmłodszych lat miały barwę białą jak mleko, czym budził strach i nienawiść, bo plotkowano, że był synem strzygi, bądź Čorta. Żal w piętnastej wiośnie życia wydobył z kurhanu słowiańskiego księcia czarną kolczugę i miecz, który nazwał Rzezakiem, zaś za wierzchowca służył mu rumak Gniadosz, którego ukradł Giptom, bo nie miał nikogo kto nauczyłby go, że kradzież jest zła. Ten, którego Perowie nazywają imieniem Zal (Salus) wiele wędrował. Aby nie zginąć z głodu najmował się jako strażnik kupieckich karawan, bądź wykidajło w karczmach. Odniósł krocie ran, a nieraz wychodził z bójek na czworakach. Choć ocalił życie paru pannom, żadna go nie chciała. Stale wędrował, budzący strach i zgorzkniały, a celem jego wędrówki był wschód.


*



Stepy pokrywające znaczne obszary ziemi, zwanej w erze trzynastej Roxem i Rusią Kijowską nie były bezpiecznym miejscem dla ludzi. Lęgły się na nich brukołaki, sysuny, sfinksy, mantykory, zabijające wzrokiem węże połozy, chimery, wilki i wilkołaki. Wśród wybujałych trwa odbywały swe przeklęte obrzędy Čorty i czarownice, zaś na słowiańskie chutory i zimowniki najeżdżały dzikie plemiona Scytów i Kimerów. Żal przebył drogę przez ową poznaczoną kurhanami ziemię, tępił rozbójników i potwory, dobywał skarbów. Zmierzał do bogatego grodu Tajemienia, strzeżonego przez czambuł niedźwiedzi, na dwór kniazia Mamrota, z którego krwi zrodził się po wielu wiekach macedoński witeź Włodzimierz Krasne Słoneczko, który walczył pod Troją przeciw Grekom. Któregoś dnia, gdy junak ruszył po olbrzymich śladach, posłuszny napisowi, który ujrzał na kamieniu, ujrzał parę olbrzymów, wyższych niż jodły, a byli to mąż z żoną, jadący na odpowiednio dużych koniach. Żal zdumiał się wielce tym widokiem, dotąd miał bowiem olbrzymy za istoty z legend. Nie wiedział nic o ich zamiarach i zastanawiał się czy ma je pozabijać tak jak Giża , syn kobiety i lwa, czy też nie. Nagle żona olbrzyma podniosła go z ziemi niby piórko i schowała do kieszeni, albo podróżnej torby męża. ,,A więc to prawda, że one jedzą ludzi'' – pomyślał junak głowiąc się nad sposobem ucieczki. Olbrzym, do którego kieszeni mógł pomieścić się cały pułk junaków usłyszał skargę swego konia, który narzekał, że przybyło mu ciężaru do dźwigania. Zajrzał do torby uszytej ze skóry dzikiego byka Szorobora z gór Solimii, po czym wytrząsnął zeń junaka, a że był krewki i mało cenił sobie życie innych olbrzymów, dobył miecza i skrócił żonę o głowę. Żal patrzył z przerażeniem na fontanny krwi i słuchał łoskotu spadającej na ziemię głowy i reszty ciała olbrzymki. Jej mąż oblizał się widząc Żala i zszedł z konia, aby go złapać, zachęcając go miłymi słowy, aby się go nie bał. Jednak syn nieznanych rodziców znał stare opowieści i wiedział, że kiedy olbrzym oblizuje się widząc człowieka, należy się bać. Gdy wielkolud już miał go złapać, junak z całej siły ciął swym podobnym do katowskiego mieczem w przegub, tak, że znów trysnęła krwawa fontanna. Olbrzym ryczał z bólu, aż jego wycie przerodziło się w huragan, zaś skacząc i tupiąc , powodował trzęsienie ziemi. Żal czym prędzej odjechał, zaś olbrzym do zachodu Słońca zdążył się wykrwawić.





Innym razem przeprawiwszy się przez rzekę Terem, ujrzał zieloną jak wiosenne liście modliszkę, wysoką jak dwóch postawnych mężów. Owad tej wielkości mógł z powodzeniem polować na tury i żubry, jednak tym razem z morderczym uścisku jego odnóży chwytnych wiła się jak wyrzucona na brzeg ryba, rusałka brocząca szafirową krwią. Potwór rzucił na nią urok nie pozwalający zamienić w Światło. Żal nie myśląc wiele rzucił się ku modliszce, odrąbał jej mieczem odnóża i rozpruł brzuch, a gdy zielona bestia piszcząc przeraźliwie, padła na ziemię, oswobodził z jej uścisku zakrwawioną rusałkę.
- Teraz wyleczę twe rany, a gdy się zagoją, użyczę ci swego nasienia – oznajmił Żal.
- Nie potrzebuję twej pomocy – odparła rusałka – wszystkie moje rany się zagoją, nawet blizna po nich nie zostanie. A jeśli chcesz wiedzieć co myślę o twym koncepcie bym z tobą spółkowała, pokażę ci to! - rusałka w mig przybrała postać Światła, czyli błędnego płomyka unoszącego się nad bagnem i nawet nie dziękując swemu wybawcy za uratowanie życia, poleciała w siną dal.
Zaiste, niewiasty z reguły unikały Żala, bo nie znał swych rodziców i w młodym wieku miał włosy białe jak starzec. Jedna tylko Złatogorka, piękna i szlachetna, panna z ziemi zwanej później Rusią, patrzyła na jego serce, a nie wygląd i pochodzenie. Z nią spłodził syna, junaka Sokolnika (Falconinarius), lecz porzucił matkę i dziecko. Później syn odnalazł ojca i stoczył z nim pojedynek, o czym traktuje następna opowieść.


*

O kniaziu Mamrocie, władcy Tajemienia, powiadano, że był synem niedźwiedzia i uprowadzonej przez niego niewiasty. Mieszkał we wspaniałym dworcu, wzniesionym z drewna cedrowego na fundamencie z czaszki wielkiego zwierza mamuta. Dworzec ów posiadał cztery bramy – złotą dla kapłanów, srebrną dla rycerzy, miedzianą dla kupców i rzemieślników, zaś dla chłopów – żelazną. Nigdy nie brakło mu przysmaków – pieczonych łabędzi i piwa z beczek zawieszonych na łańcuchach. Kniaź Mamrot gromadził wokół siebie skoromochów i uczonych mężów, oraz najdzielniejszych rycerzy. Wśród nich sławę zdobył Żal, który dopiero tu zetknął się z szacunkiem i podziwem. Wiernie służył Mamrotowi. Jego czyny opiewano w pieśniach i latopisach, a odwagę i wierność stawiano za wzór. Tylko on, którego nazywano Przybłędą, odważył się spełnić rozkaz kniazia i stanąć do walki ze spaleńcami – podobnymi do na wpół zwęglonych, otoczonych wieńcem płomieni ludzi, trupów pijaków co zginęli w zaprószonym przez siebie pożarze, teraz zaś ożywieni czarną magią wstali ze zgliszcz by pić krew. Żal zabił dwójkę spaleńców, którzy przed spaleniem się żyli ze sobą na kocią łapę, a byli to ciotka i wujek małego dziecka, które chcieli wrzucić w ogień, aby też stało się jednym z nich. Spaleńców można było unicestwić tylko w jeden sposób. Należało mianowicie dotknąć ich lodem, ten zaś Żal dostał od kołoduna – nadwornego kapłana – alchemika, potrafiącego zamrażać wodę, a także sprowadzać śnieg i grad. Działo się to w pobliżu osady Grozień. Na pamiątkę owego zwycięstwa, kniaź Mamrot nadał witeziowi herb Przyjaciel, wyobrażający purpurowe serce na półmisku, na pamiątkę przyjaźni jaką darzył junaka.
Innym razem kniaź zwołał naradę swoich wasali, na której nie zabrakło też Żala, o którym dziady – lirnicy śpiewali, że ubił ogniste demony długimi soplami lodu przytwierdzonymi do miecza, po czym wyrwał im serca. Mamrot usłyszał od mieszkających w jego księstwie wołwchów, żerców, kołodunów, mudrych, jurodiwych i innej kapłańskiej braci rzecz niebagatelnej wagi.
- Oto Agej Zabołat i jego Enkowie wysłuchali naszych próśb – mówił wołwch Bogurad. - Zesłali ku nam z niebios Księgę jedyną, Księgę zawierająca ich Zakon i święte historie.
- Jeśli tak się rzecz przedstawia – orzekł kniaź Mamrot – my, Słowianie, lud jak żaden inny władający słowem, lud, który Słowu naszych praojców zawdzięcza odpowiedź na pytania: kim jesteśmy, skąd się wzięliśmy i dokąd zmierzamy, powinniśmy jako pierwsi zdobyć ową Niebieską Księgę, uczcić ją należycie w zdobionej kącinie i z dumą szafarzyć jej treścią między narodami.
- Mądrześ rzekł, synu Maruchy – pochwalił Bogurad.
- Jeśli mamy posiąść Księgę – zauważył trzeźwo Żal – powinniśmy wiedzieć gdzie jej szukać.
- Księga ta – ozwał się kołodun Sulistraw, ten, który pomógł witeziowi zabić parę spaleńców – nazywana jest ,,Gołębią Księgą'' – Gołubinaja Kniga, bo zniosły ją z nieba białe Gołębie Dziewańskie, a zawarte w niej słowa są głębokie. Sny mówią, że trzeba jej szukać aż na Księżycu, gdzie Srebroń zwany Chorsem na srebrnym tronie zasiada. ,,Gołębia Księga'', zwana też ,,Księgą Niebieską'', czyli pochodzącą z nieba została bowiem w pierwszej kolejności dana Płanetnikom, a są i tacy co twierdzą, że Nestinarz – obecny król Księżyca otrzymał ją od jeszcze jakiejś innej rasy, bytującej w Zaziemiu, której władcą był Dawid – car.
- Dostać się na Księżyc nie jest łatwo – rzekła królowa Euzalia, należąca do kolegium kołbiów, czyli kapłanek wróżących z lotu ptaków. - Można tam dolecieć w ,,jaju płomienistym'', o ile oczywiście Płanetnicy pozwolą wsiąść na jego pokład. Można też zasiąść w rydwanie ciągniętym przez smoki, mantykory, albo gryfy, można też złapać w sieć Kometę. Ma ona postać ognistego ptaka, bądź konia o ciele z płomieni. Jest to istota dobra, choć nieraz zwiastuje nieszczęście. Sieć na Kometę trzeba zrobić ze srebrnych łańcuszków wzmocnionych synkelitem i poświęconych wodą z Sobotniej Góry.
- Czy są gotowi udać się na Księżyc po Świętą Księgę? - spytał kniaź Mamrot swoich rycerzy, lecz ci, tak weseli na ucztach i turniejach, pospuszczali głowy wstydząc się swego tchórzostwa.
Jeden tylko Żal herbu Przyjaciel okazał gotowość do kosmicznej przygody. Nie zwlekając pognał w stronę Burus. W jeziorze Synar od niepamiętnych czasów żyła rasa wodno – lądowych istot, zwanych śniardwami. Miały postać mężów okrytych raczym pancerzem, czerwonym jak krew, mających szczypce i czułki raków. Głowy osłaniali żelaznymi szyszakami, zdobionymi kitami z włosia w jaskrawych barwach. Żal dotąd niechętny towarzystwu innych junaków, w buruskiej karczmie gdzieś na d rzeką Nogat stanął na czele drużyny złożonej z czterech śniardwów - Redivatisa, Korsłana, Kosmasa i Talisa. Śniardwowie bowiem całkiem często opuszczali swe jezioro, by pić siwą wódkę w karczmach, tańczyć z dziewczynami na weselach, a niektóre z nich jak pewien Rusłan wstępowali na junacki szlak, bądź płodzili bohaterów z rusałkami, albo córkami ludzi. W swych wędrówkach nie wystawiali nosa za granice Burus, gdzie ludzie nie bali się ich. Żal udał się razem ze śniardwami do kowala Soliby i złotem danym na drogę przez kniazia Mamrota, zapłacił za wykucie długiego i mocnego łańcucha ze srebra.






- Pochwyćcie nim Kometę, a nie puszczajcie – rzekł kowal Soliba – bo Kometa to stworzenie psotne wielce; na pola zlatuje i depcze je ognistymi kopytami, przez co nadzieję plonu niweczy.
Junak wraz z drużyną zaczaili się nocą na polu kowala i nie czekali na daremno. Obudził ich tętent podkutych kopyt, końskie rżenie, a gdy otworzyli oczy, musieli je zaraz zmrużyć do nieziemskiego blasku bijącego od zwierzęcia wyglądającego jak Pegaz, lecz o ciele utkanym z płomieni.
- Nu, pomagaj, Mat' Syraja Ziemla! - rzekł Żal i niczym kowboj zarzucił na szyję Komety lasso ze srebra. Drugim jego końcem, obwiązał się w pasie, podobnie uczynił śniardwom. Ognisty Pegaz zarżał przestraszony, po czym usiłując przegryźć łańcuch zębami, wzbił się w powietrze, z nieziemską siłą wznosząc w górę Żala i jego towarzyszy, z których każdy ważył tyle co rycerz w pełnej zbroi. Kometa z wielką szybkością unosiła się w górę, a Matuszka Ziemia wciąż malała w oczach junaków.
Znaleźli się w Zaziemiu, między Ziemią a Księżycem. Widzieli jasność niebiańskich świateł i czuli na sobie ich przyjemne ciepło. Kometa pędząca po niebie z dołu przypominała białą gwiazdę z powiewającym warkoczem, a uszy tych co ją schwytali pieściła muzyka grana przez tańczące ciała niebieskie. Gdy przelatywali nad Księżycem, Żak uciął łańcuch mieczem i wraz z całą drużyną miękko opadł na wzgórze całe z twarogu.


*





Na tronie w Kinperokabadzie, stołecznym grodzie księżycowego królestwa Płanetników, przez Słowian zwanego Chorsogrodem, zasiadał król Nestinarz (Jenka, Nestinarius), o którym powiadano, że był wielkim podróżnikiem. W latach swej młodości poleciał ,,jajem płomienistym'' ku planetom, które w listach do swego starego nauczyciela, mistrza Vedogona nazwał Dziewa i Voyn. Na jednej mieszkały boginki, na drugiej zaś boguny. Władcy oby tych ras; Dawid – car i królowa Dulcymonda zasiadający na tronie na wspólnym księżycu obu planet, ofiarowali Nestinarzowi ,,Gołębią Księgę'' mówiącą o Ageju, którą z niebios zniosły Gołębie Dziewańskie. Odtąd owa niebiańska księga stała się największym skarbem Płanetników. Król Nestinarz odkrył również szereg innych planet poświęconych czci Roda, na której żyli ludzie z głowami lisów i morszczynem zamiast nóg, Juraty, Jarowita, Żweruny, gdzie pół – ludzie, pół – psy latali na żołędziach, Kołowierszy, Betel – Gausse, Altairy, gdzie władał król zwany Niebieskim Skorpionem i gdzie rosły dęby zawierające w sobie życie wszystkich żywych istot, których korzenie podgryza smok Wurm, oraz planetę zamieszkaną przez gryfy. Podróże te w ogromnym stopniu wzbogaciły wiedzę Płanetników o Zaziemiu, zaś sam król Nestinarz dowiedział się, że planety Dziewa i Voyn niegdyś stanowiły jedną ,,gwiazdę błądzącą'', lecz rozdzieliła się w wyniku złego czynu pierwszego boguna i pierwszej boginki.





Tego dnia na dworze w Kinperokabadzie widziano posłańców z dalekiej Ziemi. Ową delegację zapamiętano na długo. Na jej czele stał człowiek: wysoki, wycharsły i ponury, o włosach białych jak mleko. Przywiódł ze sobą gromadkę śniardwów – istot zupełnie nieznanych na Księżycu, przypominających ni to ludzi, to raki. Ich wódz zwany w pieśniach ,,mistrzem miecza'', w imieniu słowiańskiego władcy nazywającego siebie kniaziem Mamrotem, przekazał dary królowi Księżyca, po czym w trakcie wystawnej uczty poprosił o ,,Gołębią Księgę''. Król Nestinarz z radością się zgodził, bo nie był ani chytry, ani chytrości nie nazywał dla zamydlenia oczy ,,ezoteryzmem'', czy jakoś podobnie. Czym prędzej rozkazał swym skrybom, aby ją przepisali, podczas gdy Żal z drużyną śniardwów otrzymał komnatę w królewskim pałacu. Płanetnicy wielce byli ciekawi jego przygód; walk z olbrzymami, modliszką i spaleńcami. Junakowi nie brakowało męstwa, ubogi był za to w cierpliwość, zaś przepisywanie i iluminowanie księgi ciągnęło się z roki na rok. W końcu znużył się czekaniem i którejś nocy zakradł się do królewskiej kapliczki kością słoniową zdobionej, gdzie na marmurowym ołtarzu spoczywała ,,Gołębia Księga''. Ostrym mieczem przeciął przytwierdzające ją do ołtarza łańcuchy, ze stopu wielu metali wykute i chciał ją wynieść, aby zabrać na Ziemię. Choć był silny jak tur, Księga okazała się zbyt ciężka, by mógł ją unieść. ,,To dlatego, że chleba nie jadłem, siły teraz nie mam'' – rozmyślał Żal klnąc w duchu jak szewc. Na domiar złego, rozcięty, zaczarowany łańcuch wydał ostrzegawczy dźwięk – cichutkie brzęczenie, które postawiło na nogi straż pałacową. Rano złodziej został postawiony przed królem Nestinarzem, którego niebieska twarz pociemniała z gniewu niczym broda Sinobrodego. Pełen gniewu za obrazę tak świętej księgi, jak i praw gościnności, nakazał człowiekowi uciąć rękę, co też natychmiast wykonano. Dopiero po jakimś czasie za sprawą śniardwów, którzy na cześć swego wodza pozbawili się czułków, Nestinarz pożałował swej zapalczywości i po szczerej rozmowie z Żalem nakazał mu przyprawić nową rękę wykutą z marmuru tak wypolerowanego, że lśnił jak lustro. ,,Gołębia Księga'' zaś została przepisana i ręką Żala zaniesiona Słowianom, którzy przyjęli ją z wielką radością, wśród dymu kadzideł, tańców, śpiewów, uczt i zapasów.