wtorek, 2 czerwca 2020

Sarakin - list Księdza Jana do Ziemowita


Jan III Prester, chrześcijański cesarz Abisynii, Ziemowitowi, synowi Piasta, królowi przesławnej Analapii, pozdrowienia.

Dostojny Panie Bracie!

W swoim ostatnim liście, który dostarczył na mój dwór nasz niestrudzony przyjaciel, kupiec Musa al – Indrik, z wielką ciekawością zapytywałeś mnie o mieszkających w moich włościach mahometan. Spieszę Ci donieść, że kiedy przed paru wiekami pierwsi uczniowie Mahometa doznawali prześladowań w ojczystej Arabii, schronienie znaleźli za morzem, w Abisynii władanej przez jednego z moich przodków. Mojemu berłu podlega czterdziestu wasali mahometańskich, których nazywam 






czasem ,,czterdziestoma rozbójnikami’’ jako, że ustawicznie muszę mieć na nich oko, aby nie krzewili swej, jak to mówią ,,religii pokoju’’ mieczem. Każdy z moich poddanych, czy to chrześcijanin, Falasz – wyznawca zakonu Mojżesza, czy też Saracen, z pradawnego zrządzenia moich czcigodnych poprzedników zobowiązany jest nosić tatuaż dla każdej religii inny, co zapewnia ład i porządek. W czasie swego panowania poznałem różnych mahometan. Są wśród nich ludzie zarówno prawi, jak też nikczemni, podobnie jak ma to miejsce u chrześcijan, Felaszów czy pogan. Nie do mnie, lecz do Boga należy orzekanie, których jest więcej.







W liście zamierzam Ci opowiedzieć o korzeniu wszelkiego zła, a był nim zaprzysięgły wróg wszystkich chrześcijan, szejk Artaban Mormo, zwany Starcem z Gór, który stał na czele krwawej sekty asasynów. Nazywa się tak fanatycznych skrytobójców oszałamiających się haszyszem, którzy skupieni wokół Starca z Gór gotowi byli spełniać jego najokrutniejsze i najbardziej niebezpieczne rozkazy. Siedziba asasynów mieściła się w perskich górach na zamku zwanym Alamut, co wykłada się Orle Gniazdo. Starzec z Gór władał potężnymi czarami zapisanymi ludzką krwią w bluźnierczej 







księdze ,,Haram – Halal’’. Mocą swej magii dosiadał dzikiego zwierza, zwanego centykorą to jest świni wielkiej z rogiem jednorożca wyrastającym z głowy. Asasynów werbował tymże sposobem, że usypiając kandydatów do sekty magicznym proszkiem, przenosił ich do sztucznie urządzonego w swej siedzibie rozkosznego Raju mahometan. Miejsce to obfitowało we wszelkie rzeczy drogocenne i przyjemne, a nadobne hurysy gotowe były zaspokajać wszystkie zachcianki mieszkańców Raju. Potem jednak byli oni znów usypiani i budzili się poza Rajem. Starzec Gór wmawiał im, że tylko paląc, gwałcąc i mordując ze słowami: ,,Allahu akbar!’’ na ustach, mogą wrócić do Raju, oni zaś wierzyli temu gałganowi i żadna miara nie zdołała powstrzymać ich okrucieństwa. Starzec z Gór niczym zdradliwa ośmiornica swymi mackami, roztaczał swe złowrogie wpływy na całym Lewancie, aż po Cesarstwo Bizantyjskie na zachodzie, Bharację i Sinea na wschodzie, kraj Awarów na północy i jezioro Czad na południu. Asasyni, a także asasynki czy to sztyletem, czy to trucizną zabijali zdradziecko książąt, satrapów, generałów, duchownych, nie szczędząc przy tym bezbronnych starców, niewiast i dzieci, byleby tylko porazić strachem jak najwięcej ludzi. Z rąk asasynów oprócz chrześcijan ginęło też wielu mahometan z tych, którzy nie uznawali Starca z Gór. Pochwyceni asasyni zdolni byli do przetrzymywania najsroższych tortur i jeno groźba utopienia w świńskiej krwi działała na nich odstraszająco, wierzyli bowiem, że kontakt z nieczystą świnią zamknie im bramy Raju.







W ostatnich latach do sekty asasynów wstąpił młody Sarakin Abu – Nizar urodzony w Damaszku, który również uległ zwodniczym iluzjom Starca z Gór. Nieraz wyprawiał się w skrytobójczych misjach do Egiptu, Mali, Nubii, Abisynii, Gruzji, Czerkiesji, a nawet pogańskiego Roxu, za każdym razem wracając z rękami po łokcie unurzanymi we krwi niewinnej za co go Starzec z Gór stawiał za przykład dla asasynów.






Raz zapuścił się do słowiańskiej krainy, zwanej Bołgarią, gdzie pojmał nimfę; to jest w mowie słowiańskiej rusałkę, której imię brzmiało Lala. Istota ta wyróżniała się pięknością nawet na tle innych nimf jakie opiewali greccy poeci. Jej cera jaśniała jak najdroższa, wypolerowana kość słoniowa, zaś jedwabiste, złote włosy zdawały się lśnić niczym promienie Słońca. Lala miała oczy duże i niebieskie, pełne wdzięku i niewinności. Sarakin dostał małpiego rozumu na sam jej widok i natychmiast założył jej na kostkę obręcz z łańcuchem. Rusałka zalewała się łzami pachnącymi jak najprzedniejsza arabska żywica i głosem niczym srebrny dzwoneczek błagała o przywrócenie jej wolności. Asasyn jednakże był nieubłagany. Umyślił sobie, że przywiezie brankę do twierdzy Alamut, aby tam jej piękność obnażoną ukazać oczom innych asasynów i samego Starca z Gór. Rusałka pogrążyła się w smutku i przez całą drogę z Bołgarii do Persji odmawiała spożywania jadła i napojów, aż Sarakin począł nożem rozwierać jej zaciśnięte zęby podobne do białych pereł i przemocą wciskać do gardła pożywienie. […].
W wielkiej, oświetlonej blaskiem magicznych kamieni sali na zamku Alamut ukazał oczom swych braci asasynów Lalę obnażoną do pasa i płaczącą ze wstydu wodą różaną. Kiedy asasyni spostrzegli tak urodziwą istotę, zawyli z uciechy jak wilcy i na wyścigi z wystawionymi na widok członkami sromnymi poczęli biec ku rusałce, aby zaspokajać na niej swe plugawe żądze. Sarakin dobył sejmitara i zagrodził drogę swym kamratom.
- Lala nie jest do zabawy! - warknął groźnie.
Wówczas asasynów niczym podmuch gwałtownego wichru liście, zmiotło siarczyste uderzenie bata trzymanego krzepką dłonią Starca z Gór.
- Ta nadobna hurysa to prezent Allaha dla jego wiernego sługi! - oznajmił obleśny Starzec z Gór śliniąc się i oblizując jak wygłodniały pies.






Staruch odepchnął Sarakina i przypadł do Lali jak spragniony zwierz do wodopoju. Rusałka pobladła czując na twarzy jego gorący oddech cuchnący czosnkiem. Trzeba to wiedzieć, że Starzec z Gór miał na szyi oprawiony w złoto szafir wielkości kurzego jaja. Był to kamień czarodziejski zapewniający Artabanowi Mormo władzę nad demonicznym plemieniem dżinów. Lala walcząc z uściskami obleśnego starucha, objęła ustami jego talizman i schrupała go białymi zębami jakby to była kostka cukru. Wówczas w Starca z Gór jakby piorun strzelił; śmiertelnie blady i mokry od zimnego potu, odskoczył od rusałki szczękając zębami z wielkiej trwogi. Wówczas to w komnacie zaroiło się od demonów w postaci komarów, os, nietoperzy, tarantul, skorpionów, węży i szczurów, które całymi chmarami rzuciły się na Starca z Gór i jego asasynów gryząc, kłując i żądląc tak samo nielitościwie jak oni sami byli bez litości. Czarne mrówki o piekącym jadzie oblazły szejka i kąsały go zajadle, na okrzyk ,,Allahu akbar!’’ odpowiadając w ludzkiej mowie: ,,Wasz Bóg nie istnieje!’’. Z zamkowej stajni dał się słyszeć przeraźliwy huk. To centykora zerwała się z łańcuchów i przeraźliwie kwicząc, wbiegła do komnaty. Kiedy ujrzała Starca z Gór, który wielokrotnie katował ją szpicrutą, przebiła go na wylot swym spiralnym rogiem, a następnie pożarła. Asasyni marli w męczarniach tak jak wcześniej ich ofiary. Przeżyli tylko Sarakin i Lala.







- Przebacz mi, żem cię porwał – Sarakin przepraszał rusałkę – teraz pomogę ci wrócić do twego rodzinnego lasu… - jednak dłoń Lali stała się jakby z rozpalonego żelaza i wylądowała na twarzy Sarakina zostawiając na niej po kres jego dni szpecącą bliznę w kształcie zarysu pięciu palców.
Napiętnowawszy Sarakina, rusałka westchnęła i rozwiała się niby mgła. Sarakin opuścił Alamut. Udał się do Bożego Grodu – Jerozolimy gdzie przyjął chrzest i po dziś dzień jako mnich bogobojny pokutuje za zło jakie wyrządził w przeszłości.

Z życzeniami wszelkiego dobra Tobie i Twojemu królestwu
- Ksiądz Jan.

poniedziałek, 1 czerwca 2020

Jeszcze o recenzji







,,Czy opisana tu rzeczywistość opisuje przeszłość, a może jednak przyszłość? Czytelnik sam będzie musiał to ocenić, biorąc do ręki tę wspaniałą książkę, która zawiera w sobie garść wspaniałych emocji'' - z recenzji na stronie ,,tania książka.pl''







Spieszę wyjaśnić, że akcja ,,Tatry. Suplement'' rozgrywa się w erze jedenastej (11 000 lat p. n. e.) zakończonej biblijnym potopem. 

Pierwsza recenzja ,,Tatry. Suplement''






Dziś wchodząc na stronę ,,tania książka.pl'' spostrzegłem opis - recenzję mojej wydanej w poprzednim roku powieści fantasy ,,Tatra. Suplement''. Opis ten - mający zachęcać do kupna książki - sprawił mi ogromną przyjemność, że ktoś tak docenia moją pracę ;). Serdecznie dziękuję za ten opis i zachęcam Czytelników do zapoznania się z nim i kupowania mojej powieści. 





niedziela, 31 maja 2020

,,Przyjaciel wesołego diabła''


,,’Zaprawdę powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego’’ - Mt 18, 3






Kornel Makuszyński (1884 – 1953) był cenionym polskim pisarzem. W wieku przedszkolnym jako pierwsze z jego dzieł poznałem komiksy o Smoku Wawelskim, Koziołku Matołku i Małpce Fiki – Miki z ilustracjami Mariana Walentynowicza (1896 – 1967). W szkole podstawowej przyszła kolej na powieści ,,Awanturę o Basię’’ i ,,Szatana z siódmej klasy’’. W napisanym przeze mnie w klasie trzeciej gimnazjum poemacie dygresyjnym ,,Milenium, czyli Nowe Triumfy’’ Jena ov Blackeyova spotkała Kornela Makuszyńskiego w Armagedonie (odsyłam do posta: ,,Triumf Literatury’’). W pierwszej klasie liceum przeczytałem pozytywnie oceniający twórczość Makuszyńskiego artykuł w ,,Naszym Dzienniku’’. Twórczość Makuszyńskiego była skazana na zapomnieniu w dobie stalinizmu. Dziś w wolnej Polsce inspiruje współczesnych Autorów czego przykładem jest powieść Konrada T. Lewandowskiego ,,Szatan i spółka’’ (2017).






W maju 2020 r. przeczytałem powieść dla młodzieży ,,Przyjaciel wesołego diabła’’ z 1930 r., która moim zdaniem można uznać za jeden z najwcześniejszych polskich utworów fantasy ;). Wcześniej obejrzałem zrealizowany na jej motywach polski film pod tym samym tytułem z 1986 r., powieść uznaję za lepszą.
Akcja rozgrywa się in illo tempore w bliżej niesprecyzowanych krainach. Co ciekawe sam Makuszyński pisał na wstępie, że jego bohater był Polakiem i mieszkał w Polsce.
Głównym bohaterem jest 14 – letni chłopiec Janek, sierota znaleziony w lesie przy martwej matce przez konia Huragana. Wychował go mieszkający na odludziu mędrzec Witalis; lekarz i astronom, człowiek wielce szlachetny, choć nieco niepraktyczny. Autor wyposażył swojego bohatera w same najlepsze przymioty: odwagę, prawość, uczciwość, miłość, zdolność do poświęceń, wierność, oraz wiarę w Boga (był katolikiem). W obronie swych wartości i przyjaciół Janek był gotów znosić największe trudy i upokorzenia. Przykładowo odmówił, gdy sułtan kazał mu wyrzec się Boga i został skazany na pracę niewolnika. Gdy Witalis będąc na tropie epokowego odkrycia kulistości Ziemi stracił wzrok, Janek zgodził się na propozycję ,,czarnego człowieka’’ - w istocie posła z dalekiego kraju, który w zamian za czarodziejskie kryształowe oczy dla ociemniałego mędrca, przystał na okrutny warunek. Miał wyrzec się ukochanej osoby, po czym iść na zachód przez rok i sześć niedziel, pokonując po drodze liczne niebezpieczeństwa. Powiedziano mu, że na końcu czekał go sąd i kaźń. Janek przystał na to wszystko i podpisał cyrograf, aby tylko ocalić Witalisa. Na końcu pełnej przygód wędrówki spotkał uzdrowionego mędrca, zaś sam został koronowany na króla. Wszystkie nieludzkie zadania jakie przed nim stały były próbami jego miłości i hartu ducha; próbami, które przeszedł pomyślnie.
Na swej drodze Janek spotkał wiele istot nadprzyrodzonych.






Obdarzony wolą i mową las (odległe echo słowiańskich leśnych bóstw i demonów), kiedy usłyszał do wiatru o tym jak Janek wyrzekł się i porzucił mędrca Witalisa przegnał chłopca spoza swojego obrębu.






Wilki władały ludzką mową i kiedy spotkały tułającego się Janka, chciały go zagryźć, za to, że wyrzekł się swego dobroczyńcy. Chłopiec wytłumaczył im jednak, że był do tego zmuszony, aby przywrócić wzrok mędrcowi, a wówczas wilki opowiedziały wszystkim leśnym stworzeniom o jego niewinności.






Tytułowym wesołym diabłem, wzorowanym na mało rozgarniętych demonach z polskiego folkloru był Piszczałka – kosmaty chłopiec o kozich racicach. Był sierotą. Wychowywał się w piekle, gdzie diabły kazały mu stać na straży z halabardą w łapie przed wejściem do ich siedziby. Był to początkujący diablik nie mający jeszcze ogona – oznaki diabelskiej dojrzałości. Przyjaźń Janka pomogła Piszczałce zerwać z demonicznym towarzystwem. Janek nauczył diablika modlić się do Boga i Maryi, oraz chronić się pod krzyżem przed innymi diabłami. Choć w rzeczywistości diabeł z własnej woli i winy nie może się nawrócić, historię Piszczałki (a przy okazji też Hellboya ;) jak najbardziej można odnieść do ludzi.






W pościg za zbiegłym Piszczałką ruszyły diabły z piekła, na których czele stał demon Barabasz. Żądały od Janka wydania zbiega, lecz chłopiec odmówił, a schronienia obaj znaleźli w cieniu krzyża.







Mówiące krokodyle mieszkały w czarnej, rojącej się od pijawek piekielnej rzece. Piszczałka odwrócił ich uwagę, dzięki czemu Janek mógł przedostać się na drugi brzeg.







Janka i Piszczałkę schwytali podziemni ludzie – niscy, ciemnoskórzy, o ponurym usposobieniu, oddający cześć świętemu kretowi. Na powierzchnię mogli wychodzić tylko w nocy, bowiem panicznie bali się Słońca. Fanatycznie wierzyli, że Ziemia jest płaska i gotowi byli torturować Janka, aby tylko wyparł się wpojonej przez Witalisa prawdy o kulistym kształcie naszej planety. Janek nie wyparł się prawdy naukowej, choć przypalono mu stopy ogniem. Myślę, że Makuszyński miał szczęście, że nie dożył naszych czasów, kiedy to w Internecie panoszą się wyznawcy Płaskiej Ziemi. 







Janek i Piszczałka zaszli do żelaznego miasta zamieszkałego przez bezduszne automaty (historie o konstruowaniu takich istot były opowiadane już w starożytności o czym przekonuje książka Bartłomieja Grzegorza Sali ,,W upiornym laboratorium’’). Automaty miały ciała zbudowane z metalu i uważały się za wyższą formę życia niż ludzie. Schwytały Janka, ułożyły na ołtarzu i chciały przeprowadzić jego sekcję. Na szczęście aktywne były tylko w dzień, kiedy mogły czerpać energię ze Słońca, zaś nocą zamierały. Wówczas Janek i Piszczałka rozmontowali wrogów i uciekli z ich miasta na żelaznym koniu – automacie.







W górach rannym Jankiem zaopiekował się mieszkający samotnie pokutnik. Niegdyś ubliżał swemu ojcu pasterzowi i został przezeń przeklęty. W zdjęciu klątwy pomógł Janek odważnie dźwigając uciętą głowę nieszczęśnika, podczas gdy jego zimne ciało szło po omacku. Gdy obaj dotarli do osady pasterzy, ojciec spotkał syna i przebaczył mu, a wówczas jego głowa i ciało zrosły się.







Warto wiedzieć, że historycznym pierwowzorem potężnego, wschodniego władcy – sułtana, kalifa, króla i cesarza w osobie był turecki sułtan Sulejman Wspaniały (1494 – 1566). Oprócz gry w szachy jego jedyną miłością była urocza, jasnowłosa córka, księżniczka Roksolana, której matka pochodziła z Lechistanu (Polski). Księżniczka na prośbę Piszczałki przyczyniła się do uwolnienia Janka płacąc zań swoimi włosami, które w oczach jej ojca były cenniejsze niż złoto. Pierwowzorem tej postaci była sułtanka Roksolana, zwana Hurrem (1502 – 1558), ukochana żona Sulejmana Wielkiego, była niewolnica z Rohatynia na Ukrainie, która działała na korzyść Polski. Historyczna Roksolana była pierwowzorem również Czerwonej Sonii z Rogatino, postaci wymyślonej przez R. E. Howarda.
Gdyby Czytelnik miał wątpliwości, to spieszę uspokoić, że powieść nie ma nic wspólnego z satanizmem. Wręcz przeciwnie: jest pełna chrześcijańskich wartości, optymizmu, humoru i wiary w ludzką dobroć, której nie powstydziłby się sam Jeszua Ha – Nocri. Zainteresowanych dalszymi, filmowymi losami Piszczałki odsyłam do posta ,,Bliskie spotkania z wesołym diabłem’’.
Śniło mi się, że mały diabeł Piszczałka, został czarami zamieniony przez zakonników w chłopca (jego matka również otrzymała ludzką postać).

sobota, 30 maja 2020

Oniricon cz. 595

Śniło mi się, że:





- Darth Vader miał hełm wykładany od wewnątrz masą diamentową,






- w XVI wieku Estończycy byli przemocą nawracani na chrześcijaństwo,






- w Empiku spotkałem rodzimowiercę, z którym pracowałem niegdyś w archiwum IPN - u, zaproponował mi udział w neopogańskim obrzędzie, lecz odmówiłem tłumacząc, że jestem katolikiem, mitologią słowiańską interesuję się od strony historycznej i literackiej, a nie religijnej, dodałem też, że czytając książki Jana Parandowskiego i Zygmunta Kubiaka o mitologii greckiej nie oddaję czci bogom Olimpu i że tak samo jest z książkami o mitologii słowiańskiej,






- Andrzej Pilipiuk prosił czytelników o pomoc w odwołaniu dyrektora PUP - u, który był Indianinem z Boliwii,






- Greta Thunberg jest Antychrystem,
- w Trójmieście wybuchła kolejna afera pedofilska, w którą zamieszany był Wojciech Cejrowski, przed sądem biskupim stanął młody ksiądz oskarżony o masturbację, który nie chciał przeprosić,
- na jakiejś wycieczce leżałem w łóżku z piękną terapeutką z KTA noszącą okulary, która prosiła mnie o tłumaczenie wyrazów i całych zdań z języka polskiego na starokrasny, potem wszedł do pokoju o. Markus ov Cosiar i żartobliwie nazwał nas ,,państwem młodymi'', speszyłem się i zaprotestowałem: ,,Ys ein tzay hašpad junis'' (Nie jestem panem młodym),






- zobaczyłem wyznawców santerii i porównałem ich do ,,krzykliwej sekty Niewolnicy Izaury'',





- komentując wybryk studentów, którzy donieśli na wykładowczynię krytykującą LGBT, a potem sami trafili na policję, orzekłem, że sprawiedliwość domaga się dla nich kary osadzenia w obozie, jednak miłosierdzie zakazuje ich zabijać, mówiłem, że gdyby Bóg był wyłącznie sprawiedliwy, musiałby zgładzić całą ludzkość, bo wszyscy są grzesznikami, a zapłatą za grzech jest śmierć, dodałem, że to dobrze, że Bóg nie jest taki jak w książkach Jacka Piekary, odnośnie tego autora mówiłem, że początkowo uważałem go za opętanego satanistę, później jednak czytając jego profil na Twitterze przekonałem się, że jego książki mają wymowę kryptochrześcijańską, bowiem pokazują jakie chrześcijaństwo NIE jest, dzięki czemu można docenić to jakie jest, UWAGA: To tylko sen, na jawie nie chcę nikogo zamykać w obozie,






- zobaczyłem półnagą Orianę Fallaci depczącą Mahometa, któremu odcięła głowę,






- według bułgarskich wierzeń Maryja początkowo była motylem, w jednym z bułgarskich apokryfów została przedstawiona jako poczwarka,






- pan Martinus ov Simcass zapytał co to jest merkawa, odpowiedziałem, że jest to izraelski czołg, w dawnym hebrajskim słowo to oznaczało rydwan, dodałem, że w cyklu ,,Zastępy anielskie'' Mai Lidii Kossakowskiej merkawa była ożywionym rydwanem, powiedziałem, że Kossakowska dużo nawiązuje do wierzeń żydowskich, Janes ov Calcium zapytał mnie czy sama jest Żydówka, a ja odparłem, że nawet jeśli to co w tym złego,
- byłem w zborze amerykańskich Murzynów, gdzie bardzo otyły syn pastora strzelał do ludzi i bił ich pięścią, aż w końcu ojciec uderzył go pięścią w głowę,





- istnieje przysłowie ,,zdrowy jak Żyd'' (odpowiednik: ,,zdrów jak ryba''). 

piątek, 29 maja 2020

Wielka Dulebia








Ukraińcy są młodym narodem, który zaczął się kształtować w XIX wieku (wcześniej byli to Rusini), zaś pierwsze, efemeryczne zresztą organizmy państwowe utworzył dopiero w pierwszej połowie XX wieku. Jak wiele innych młodych narodów posiadają olbrzymie kompleksy, które usiłują tworzyć wymyślając dziwaczne mity o swoim pochodzeniu. Przykładowo ukraiński neopoganin Łew Syłenko twierdził, że do narodu ukraińskiego, który w starożytności wynalazł koło i pług, mieli jakoby należeć … Budda, Zaratusztra i św. Jan Paweł II 1. Innym przykładem jest zawierająca wiele błędów i przekłamań praca neopoganki Haliny Łozko ,,Rodzima wiara ukraińska’’ dowodząca min. autentyczności ,,Księgi Welesa’’ przez świat nauki zgodnie uważanej za falsyfikat.
Dziś w dobie Internetu obserwujemy prawdziwy renesans megalomanii narodowej. Jej przykładem są pseudonaukowe fantazje Polaków o Wielkiej Lechii2 i Rosjan o Wielkiej Tatarii.







Ukraińcy aby nie czuć się gorsi, wymyślili sobie Wielką Dulebię zaznaczoną na mapie Wołyńskiego Centrum Badań Historycznych i Geograficznych oraz opisaną w książce Demjanowa i Andrejewa ,,Wielka Dulebia Rusińska’’, Kijów 2006. Wielka Dulebia była ponoć wczesnośredniowiecznym słowiańskim mocarstwem obejmującym niezwykle rozległe obszary:

,,Poza ziemiami zasiedlanymi przez przodków dzisiejszych Ukraińców w skład tego przepotężnego organizmu wchodzić miały także terytoria obecnej Białorusi, Mołdawii, Rumunii, Słowacji, Czech, Polski, Łotwy, Rosji i Austrii’’ - ,,Wirus ‘Magna Lechia’ dotarł już na Ukrainę...’’ na stronie: ,,Salon 24. Bazyli 1969’’.







Stała na bardzo wysokim szczeblu rozwoju kulturalnego, jednak zniszczyły ją najazdy barbarzyńskich plemion ze stepów. Pozostałością Dulebian są ,,czystej krwi’’ Ukraińcy (jest to rasistowski bełkot, bowiem w Europie – gdzie przez tysiąclecia wędrowały i mieszały się rozliczne ludy – nie ma czegoś takiego jak ,,czystej krwi’’ Ukrainiec; dotyczy to także Polaków i innych narodów, może z wyjątkiem Islandczyków). Postulat odbudowy Wielkiej Dulebii bywa wysuwany w środowiskach ukraińskich nacjonalistów, co stawia pod znakiem zapytania współpracę z Polską i w ostatecznym rachunku służy rosyjskiemu imperializmowi. Dla ciekawostki: Czesław Białczyński interpretuję mapę Wielkiej Dulebii jako mapę Ku – Jawi Kujowskiej ;).







1 Odsyłam po posta: ,,Turbo Ukraińcy’’.
2 Odsyłam do postów: ,,Refleksja lechicka’’, ,,Czesław Białczyński’’, ,,Ave Caesar Chrobry, czyli Słowianie oczami Pawła Szydłowskiego’’, ,,Słowiańscy królowie Lechii’’ i ,,Fantazmat Wielkiej Lechii’’.

czwartek, 28 maja 2020

Oleg cz. 3










Wiele wiorst na wschód od stołecznego grodu Dendropolis, pośród usianych jarami i kurhanami stepów znajdowała się jaskinia zasnuta oparem niosącym odór siarki. Jej mroczne wnętrze zamieszkiwał luty smok trójgłowy pokryty zieloną łuską, a imię jego Seret. W chwili gdy zaczyna się nasza opowieść, kiedy to dorosły już książę Oleg odbił z rąk chazarskich prastare Dendropolis, założone ongiś przez króla Kija, smok Seret przyjmował w swej grocie gościa. Przybył do niego ledwo powłócząc nogami Fugas przez Niemców zwany Schweinhundem, miał bowiem dwie głowy – jedną wieprza, a drugą brytana. Był to Čort z mandatu przeklętego Czarnoboga odpowiedzialny za grzechy obżarstwa o czym świadczył jego zwisający niemal do ziemi brzuch. Całe nagie, żółto – brązowe ciało Fugasa lśniło od pokrywającego je tłuszczu z pożartych kiełbas, kaszanki i ciast. Z jego świńskiego ryja i psiej mordy wydobywał się okropny fetor przetrawionego jadła, trunków i popsutych, pożółkłych zębów. Pod napiętą jak membrana bębna skórą brzucha głośno buzowały nagromadzone w jelitach gazy, które co jakiś czas wydobywały się Fugasowi spod zakręconego ogona z wielkim hałasem i z jeszcze gorszym odorem.









- Jestem nienasycony jak sama Mar – Zanna – kwiczał i szczekał na przemian Fugas – bo zjadłem całą beczkę solonych śledzi z Morza Srebrnego i wciąż było mi mało!
- Tak, tak – pokiwał trzema głowami smok Seret – a za to, żeś smoku z Vovel zeżarł jego ulubioną potrawę z móżdżków, serc i płuc potępionych poetów, wypędzono cię z Čortieńska na zbity łeb, a raczej: na dwa zbite łby – zachichotał smok.
- Ostatnim razem zeżarłem ludziom gotującym się do wesela czterdzieści kołaczy, trzy barany, cztery wieprze, dwa jelenie, tuczonego wołu, misę rosołu, sto pierogów z kapustą i grzybami, trzy olbrzymie bochny chleba, barszcz, kawior, bliny, wypiłem beczkę piwa, wina, wódki, miodu i kwasu chlebowego, a całą wieś tak zapaskudziłem swoimi odchodami, że upodobniła się zupełnie do grodu Kalska z ery jedenastej! - Fugas opowiadając o swoim wyczynie aż trzymał się łapami za brzuch bolący go od śmiechu.
- Słuchaj, drogi Świński Psie – ozwał się smok Seret – mam trzy paszcze i brzuch większy od twojego, przeto potrafię zapełnić go większą ilością jadła niż ty. Łońskiego roku zeżarłem wraz z pasterzem stado wołów przeprawiające się przez rzekę noszącą moje imię, potem spałaszowałem stado baranów, osiem koni z kopytami, jelenia, żubra, a na deser… mmm… zjadłem sobie trzy dziewice słodkie jak miód. Po tym wszystkim nie poczułem nawet bólu brzucha.
- To jeszcze nic – warknął i zachrumkał jednocześnie Fugas. - Kiedy bawiłem w Analapii opróżniłem cały spichlerz ze zboża, a głupi ludzie myśleli, że to zawiniły myszy! Potem wgramoliłem się do spiżarni, gdzie zjadłem wszystkie kiełbasy, sery, szynkę, boczek, miód, kaszę i obwarzanki; znowu wina spadła na myszy. Wreszcie nad brzegiem Morza Srebrnego złasowałem wyrzuconego przez fale wieloryba, który coś tam bredził ludzkim głosem o gniewie Juraty na rozpustnych rybaków. Wciąż było mi mało, więc wlazłem do wody i zacząłem obgryzać macki żywemu Krakenowi, a ten tak się wpienił, że aż rozpętał sztorm. Gdyby moje łakomstwo mogło latać, już dawno przemierzyłbym całe Zaziemie! - na te słowa z trzech par nozdrzy smoka Sereta poczęły wydobywać się opary cuchnącego siarką dymu co oznaczało narastającą irytację.
- Słuchaj, beko sadła! Zaraz dokonam takiego czynu, że o moim łakomstwie skoromochy będą śpiewać w bylinach! - aby nie być gołosłownym, smok rozpostarł błoniaste skrzydła i wzbił się wysoko, zostawiając na dole Fugasa z rozdziawionymi ze zdumienia świńskim ryjem i psią mordą.
- Dziadku, co to za dziwny ptak; taki wielki i zielony, którego skrzydła rzucają cień na ziemię? - sześcioletnia Oleńka pytała starego Owsiwuja o białych jak mleko, sumiastych wąsach, z którym mieszkała w małym chutorze zewsząd otoczonym stepem.
- To nie żaden ptak, wnusiu, jeno smok ognisty – zafrasował się Owsiwuj. - Schowajmy się szybko do chaty, a może nas nie zauważy – dziadek wraz z wnuczką czym prędzej schronili się za drzwiami.
Tymczasem Seret szybował coraz wyżej i wyżej niczym owe gargantuicznych rozmiarów gady latawce żywiące się truchłem smoków, które żyły w erze trzeciej. Seret poleciał wyżej niż największe 










i najsilniejsze orły: Anqa, Bar Juchne, Ziz i Garuda. U kresu swej wędrówki doleciał do samego Słońca. Rozdziawił wówczas wszystkie trzy paszcze i dalejże obgryzać soczysty, palący miąższ słoneczny, dalejże niczym chciwy wąpierz wypijać jego złote i wonne soki jakby to było żółtko jaja wysysane przez węża. Dość powiedzieć, że pożarł Słońce w całości, jakby Swaroga nie było, najedzony zaś ułożył się na olbrzymiej chmurze, owinął swe cielsko ogonem i smacznie zasnął. Wówczas to cały świat ogarnęły egipskie ciemności. Z nimi przyszły strach i trwoga. Rzesze straszydeł opuściły swe komysze, aby czynić nieprawość wobec bezradnych ludzi. W pewnej angielskiej kronice zapisano wówczas, że tego dnia ,,Słońce zgasło na wschodzie’’. Chrześcijanie i Saraceni, Żydzi i poganie z drżeniem i trwogą wyglądali końca świata. Smok Seret zaś spał zwinięty na chmurze i radował się w sercu swym przewrotnym.


*

- Obudź się, Wieszczy Olegu! Nie przystoi, abyś leżał w łożu ululany, podczas gdy twój lud błąka się w ciemności i szczęka zębami z zimna! - kiedy kniaź tytanicznym wysiłkiem otworzył zaspane oczy, ujrzał nad sobą pysk pochylonego nad nim oswojonego do łowów geparda.










- Spać, bo życie zbyt zawiłe… - wymamrotał zaspany Oleg. - Jarema! Po kiego biesa wyrosły ci skrzydła?! - wykrzyknął już bardziej przytomnie.
- Pan Swaróg obdarzył mnie mową i skrzydłami, abyśmy razem przywrócili światu Słońce – cierpliwie objaśniał gepard Jarema.
- To pomyłka – westchnął smętnie Oleg siadając na łożu. - Słońce zeżarł smok Seret i nawet Kazia go nie przywróci!
- I to mówi junak, który w dziecięcych latach po dwakroć wydarł ukochaną siostrę z objęć śmierci, którą chcieli jej zadać wilkołak Dlakosław i Łotr – Jesiotr? Zgnuśniałeś, jak widzę! - zawarczał gniewnie Jarema, a gdyby twarz Olega nie była czerwona od wyżłopanych trunków, okryłby ją teraz purpurowy rumieniec wstydu. - Natychmiast rusz żopę z tego łoża, albo cię zagryzę, a potem sam umrę z rozpaczy! - Oleg zerwał się jak oblany ukropem.
- Co mam czynić? - spytał w jednej chwili wyleczony z choroby z przepicia.
- Każ rabom przygotować twój złoty rydwan i zbroję. Przypasz miecz wykuty przez krywickie olbrzymy z plemienia Asiłków. Zaprzęgnij mnie do rydwanu, abyśmy wyruszyli w podniebną podróż! - Oleg uczynił wszystko tak jak mu polecił skrzydlaty gepard.
Kiedy złoty rydwan Olega stanął na majdanie przed pałacem w Dendropolis, a kniaź wsiadł do swojego pojazdu, załopotały białe, orle skrzydła Jaremy. Oleg poczuł, że wzbija się coraz wyżej; że leci coraz szybciej, a jego twarz chłoszcze coraz zimniejszy wiatr. Im wyżej, tym było zimniej, ogień z dwóch pochodni ledwo się tlił, w powietrzu wirowały płatki śniegu przypominające kunsztowne klejnoty wróżek, a na kożuchu kniazia osadziła się gruba warstwa szronu. Długi był ten lot i niezwykle męczący. Oleg nie wiedząc sam o tym zasypiał na stojąco, śnił koszmary o smoku Serecie rozszarpującym Słońce jak lis kurę, budził się przerażony i po jakimś czasie znów popadał w odrętwienie.











- Musisz być mężny i mocny jak ongiś twój ojciec Ruryk, który uwolnił świat od króla wąpierzy Tybalda. Już niebawem będziemy na miejscu.
Lodowato zimny deszcz spłynął po przemarzniętej twarzy Olega, kiedy łapy Jaremy i złote koła rydwanu miękko stanęły na chmurze tak ogromnej, że można nią było zakryć cały Rox.
- Dobądź miecza i niech walka cię rozgrzeje! - ozwał się Jarema, a z jego oczu wydobyły się dwa długie snopy zielonozłotego światła.
Oleg wyjął z pochwy ze smoczej skóry miecz, zwany Druzgotem, a wtedy w jego członkach rozlało się ożywcze ciepło jakby to nadobne Słonecznice, córy Swaroga i Juraty, nacierały jego umęczone ciało kojącymi balsamami.
W blasku poświaty bijącym z oczu geparda, ujrzał Oleg nagiego olbrzyma o skórze czarnej jak antracyt i błyszczącej jakby ją naoliwiono. Olbrzym ten miał czerwone, świecące w mroku oczy, śnieżnobiałe kły, zaś na jego głowie spoczywała korona z płomieni. Jarema widząc to monstrum o trzęsącym się brzuchu, obnażył kły i najeżył sierść na grzbiecie.








- To Bałwan Solu – zwierz wyjaśnił Olegowi – musisz go pokonać!
Bałwan Solu ryknął przeciągle, a w jego potężnej ręce ni stąd ni zowąd pojawiła się maczuga nabijana bretnalami. Wielkolud biegiem ruszył w stronę Olega. Kniaź, któremu gepard Jarema cały czas przyświecał oczami, uchylił się przed ciosem maczugi mogącej rozłupać czaszkę smoka. Ostrzem swego miecza rozciął przyrodzenie Bałwana Solu. Zatopił oręż w jego podbrzuszu i przekręcił, aż obryzgały go żrące krople jadowicie zielonej krwi, które wypaliły dziury w książęcej zbroi. Bałwan Solu szalał z wściekłości i grzmocił dokoła swą maczugą, aż z chmury strzelały błyskawice. Jarema rozpostarł skrzydła i z całym impetem rzucił się na nogi olbrzyma. Przegryzł w nich ścięgna, a wtedy Bałwan Solu runął na łeb, na szyję z krawędzi chmury. Upadł w okolicach grodu zwanego Rostovem i zabił się na miejscu, a jego zielona krew i mózg z rozbitej czaszki na długo skaziły ziemię.
- Dzięki, Jarema – wydyszał zmęczony walką książę Oleg.
Nie dane mu jednak było odpocząć.
- Kto mnie budzi? - zagrzmiał głos jakby trzech potężnych trąb.
Otworzyły się trzy pary przypominających krwawe gwiazdy oczu. Rozpostarły się, wzniecając wichurę skrzydła błoniaste. Smok Seret stanął na czterech łapach i zamachał ogonem strącając trzecią część gwiazd na ziemię.
- To ja, Oleg Rurykowicz, przybyłem wydrzeć ci Słońce z trzewi! - zawołał kniaź i ruszył do ataku.
Zaśmiał się urągliwie smok Seret i plunął ogniem z trzech paszczy. Oleg zasłonił się szczytem żelaznym, zaś gepard Jarema gryzł i szarpał smocze skrzydła.
- Nigdy nie odzyskasz Słońca! - szydził smok Seret. - Z woli Czarnoboga cały okrąg Ziemi musi sczeznąć w zimnie i ciemności!
Smok zadawał Olegowi bolesne rany szponami i zatrutymi kłami, a krew kniazia padała na ziemię jak czerwona ulewa. Oleg nie pozostawał mu dłużny i ostrzem Druzgota rąbał smocze głowy, aż oddzielały się od ciała. Gdy ściął ostatnią z nich, zatopił miecz w miękkim brzuchu poczwary rozcinając go na całej długości. Taką to zapłatę otrzymał Seret za swoje łakomstwo. Z trzewi wydobył się słup ognia przedziwnie cuchnącego siarką, po czym równie szybko zgasł. Oleg usiadł na chmurze i gorzko zapłakał, bo sprawa przywrócenia światu Słońca wydała mu się już na zawsze stracona. Jarema dzielił jego smutek. Na próżno trącał nogę kniazia wilgotnym nosem, nic nie mogło go pocieszyć.
- Nie tak miało być – jęknął żałośnie skrzydlaty gepard.
- Nie tak – zgodził się Oleg.
Pozbawiony Słońca świat umierał wśród śnieżnej zamieci straciwszy wszelką nadzieję. Łzy Olega zamieniały się w lodowe sople, kiedy kniaź poczuł na ramieniu spracowaną rękę prastarej istoty. Odwrócił się i w świetle wydobywającym się z oczu Jaremy rozpoznał niebieską jak ultramaryna twarz dawno niewidzianego przyjaciela.
- Kalika! Nie sądziłem, że jeszcze kiedyś cię zobaczę! - wykrzyknął Oleg.
Stary Płanetnik miał pokrytą zmarszczkami, łysą głowę, sumiaste wąsy białe jak mleko, odziany zaś był w podarty i upstrzony łatami czerwony kontusz.
- Nie czas na łzy – Kalika szorstko upomniał kniazia – jeszcze jest nadzieja dla świata. Pan Swaróg kazał mi, abym ci przekazał, że konieczne jest byś złożył w żertwie swoje serce; tylko tak przywrócisz słoneczny blask światu. Masz do wyboru: odejść teraz w sławie do Nawi, bądź zhańbić się tchórzostwem na wieki.
- Wybieram to co słuszne – rzekł poważnie Oleg, a Kalika pokiwał głową z aprobatą.
W niebieskiej dłoni Płanetnika zalśnił ofiarny sztylet ze złotym ostrzem z rękojeścią z kości słoniowej.
- Kiedy zatopisz to ostrze w sercu, twoje ciało pochłoną płomienie na znak, że żertwa została przyjęta.
- Zgadzam się – rzekł zdecydowanie Oleg, a Płanetnik pomógł mu zdjąć zbroję.
Kalika otworzył sine usta i jął śpiewać hymn ku czci Nieznanego Boga, którego kniaź czcił w głębi swego serca.
- Agej Zabołat, Agej Gracilis, Agej Viełatifikoł… - zawodził Płanetnik, podczas gdy Oleg szybkim, stanowczym ruchem zatopił sztylet w swej piersi.
Wówczas ciało kniazia zapłonęło niczym pochodnia, a z ust jego wydobył się okrzyk, który słychać było od wschodu po zachód… Oleg cierpiał za starożytne królestwo Wielkiego Rusa i cały okrąg Ziemi…


*

Oleg otworzył oczy. Spostrzegł, że leży przykryty białą pierzyną, a przez okno wpadają promienie Słońca. Przy łożu spoczywał wyciągnięty na perskim dywanie gepard Jarema. Nie miał skrzydeł, ani nie mówił ludzkim głosem.










- Gdzie jestem? Czy to Nawia czy raczej Walhalla? - kniaź spytał urodziwej panny służebnej z plemienia Płowców.
- Miłościwy Panie – rzekła służebnica – jesteś w swoim pałacu w Dendropolis. Wszyscy się lękali, bo niedawno było straszne zaćmienie Słońca i opowiadają, Panie, że udałeś się na daleką i niebezpieczną wyprawę, aby pokonać smoka, który przyniósł światu ciemność – zarumieniła się Połowczanka.
- Sława bogom; to tylko sen – westchnął Oleg gdy wtem na swej obnażonej piersi dostrzegł bliznę po ranie zadanej sztyletem, której wcześniej tam nie było…. KONIEC