środa, 13 listopada 2013

Femme fatale

Sylwia Andrzejczykowa urodziła się 8 maja 1930 roku w Łodzi w rodzinie kupieckiej. W niektórych opowiadaniach pisze się o jej rzekomo  żydowskim pochodzeniu twierdząc, że nazywała się Abigail Markwein. W rzeczywistości było to imię jej pra - pra - pra - babki z XVIII wieku. Pochodziła z wierzącej, katolickiej rodziny, podobnie jak większość Dziadowskich. 



Związała się z ruchem feministycznym, a następnie socjalistycznym, wreszcie gdy w latach 40 - tych przebywała w Lublinie, jej największą miłością stał się Witold Sieradzki, dla którego została komunistką i wstąpiła do Dziadostwa. Zamach przeprowadzony przez Plaptoniusa i Czarnego udaremnił jej plan poślubienia Sieradzkiego. Teraz zaś o zemście nie mogło być mowy; Towarzysz Pogranicznik już nie żył i nikt nie mógł jej pomóc. Z rozmyślań w punkcie obserwacyjnym Fortu Marksa wyrwał ją potężny wybuch. Przyłożyła lornetkę do oczu. To wybuchł słynny ,,Sławoj Hotel''; wczoraj włożyła doń minę przeciwpiechotną. 
- Co za idiotyczna śmierć! - westchnęła konając z nudów i zgryzoty.
Przez długi czas nie widziała nic ciekawego. Na szczęście już niedługo przyjdzie towarzysz Włodzimierz Szurkowski i zastąpi ją w punkcie obserwacyjnym. Potem zapewne pójdzie pilnować Wisły z bronią w ręku. Znów wyrwano ją z zamyślenia. Za pomocą dzwonka. Andrzejczykowa zeszła na dół, a towarzysz Szurkowski zajął jej miejsce.
- Ten dzień - mówił na mównicy zrobionej z ambony Plaptonius - jest dla nas dniem wielkiej żałoby. - ,,Co on bredzi''? - pomyślała Andrzejczykowa. - Tego dnia całe Dziadostwo zostało pozbawione swojego
 Antychrysta, odtąd nie ma z nami Słońca ludzkości, gwiazdy przewodniej narodów, koryfeusza nauki, orła górskiego i najlepszego przyjaciela dzieci; towarzysza Józefa Wissarionowicza Stalina! - tyrada dobiegła końca.



- Wygadał się wreszcie! - pomyślała Andrzejczykowa, a wokół wypadało lamentować, więc lamentowano. 
Nie brak było tych co się cieszyli w głębi duszy.
- Teraz ten dzień będzie dniem żałoby - ciągnął Plaptonius - a żeby uczcić naszego zmarłego dobroczyńcę, niech każdy ze zdwojoną mocą pójdzie w głąb wsi i niech zabije tylu kułaków ile tylko może. Jak mawia nasz towarzysz Bierut: ,,Władza czyni nas bogami''!
- Ave Stalin! - zakrzyknęło wiele głosów idących pod sklepienie Fortu Marksa.
Andrzejczykową przydzielono do grupy podpalaczy; poszli nad Wisłę i wlewali do niej benzynę, którą podpalali, oraz strzelali do wszystkich ruszających się obiektów. Następnie poszli zanieczyszczać Jezioro, a potem profanować groby. Stoczyli kilka drobnych potyczek, a o zachodzie Słońca ruszyli palić chaty i strzelać do wszystkiego co się rusza. Andrzejczykowa nie mogła już tego znieść; teraz ku chwale Stalina miała strzelić do uciekającej z płomieni kobiety w ciąży. Mężczyźni patrzyli wyczekująco, więc zagryzłszy wargi, wzięła karabin i wystrzeliła. Celowo jednak chybiła, po czym udając omdlenie zsunęła się na ziemię, aby nie uczestniczyć w walce. Nad nią rozlegały się szydercze śmiechy mężczyzn, ktoś inny mówił:
- Teraz uczcimy Stalina zabijając dlań sabotażystkę!
- Co ty pleciesz? - ktoś znów zaprzeczył - Jest ciemno, a zapewne i wielka rozpacz po śmierci Wodza musiały utrudnić strzelanie. Z babami zawsze tak jest!
Następnego dnia leżała na spalonym polu twarzą ku niebu. Wczorajsza masakra byłą ponad jej siły. ,,Mamo''! - z domu dobiegał płacz małych dzieci. Otworzyła oczy. Był to tylko sen. Pole, na którym leżała było czarne i pełne popiołu, zapewne tak samo jak spalone wczoraj domostwa. Ręką wyczuła drobne 



kosteczki polnej myszy; nie zdążyła uciec przed pożogą. Potem słyszała płacz noworodka, którego kołyskę pochłonął ogień, a  dziecko płakało nawet zakryte płomieniem. Widzenia były coraz nowsze i nowsze, ale już to wystarczyło. Sylwia leżała wśród popiołów i wylewała na nie potoki łez, łkając nad zmarnowanym życiem, które straciło dla niej sens. Bezbronne owce beczały, a ogień popielił ich runo. Teraz wczorajsza morderczyni pragnęła śmierci dla siebie, a twarz skryła w prochu ziemi...
- Zabij mnie kimkolwiek jesteś! - zakrzyknęła w desperacji widząc kobietę w ciąży, tą samą, którą wczoraj uratowała. - Nie jestem już komunistką, wyrzekam się Stalina i Dziadostwa! To ja paliłam wasze domy i mordowałam wasze dzieci! Zabij mnie! - krzyczała w stronę przybyłej.
Ta jednak pomogła Andrzejczykowej wstać i ocierała jej twarz z łez i popiołów.
- Nie chcę twojej śmierci - mówiła. - Jestem ci wdzięczna za to, że moich dzieci i mnie nie zabiłaś.
Andrzejczykowa popatrzyła zdziwiona w niebieskie oczy chłopki, która jej nie odrzucała.
- Jeśli wyrzekasz się Stalina, zostań z nami. Mój ojciec jest sołtysem, my nie pozwolimy cię zabijać. Zostań z nami! - kiedy to mówiła, Andrzejczykowa zauważyła, że jej rozmówczyni miała nóż wystający z ciemienia. - Jestem Lawendycja de Slony. A ty?
- Sylwia Andrzejczykowa - odparła była członkini Dziadostwa.
- Jeszcze rok temu był u nas Dziad, który przybył z czyśćca - Andrzejczykowa była ateistką, ale teraz była gotowa uwierzyć we wszystko. - Kiedyś powiedział Heńkowi i mnie, że będziemy mieli chłopca i dziewczynkę i kazał je nazwać Stanisławem i Faustyną na cześć Polski i tego czego Polska potrzebuje najbardziej - Sylwia Andrzejczykowa słuchała z zaciekawieniem, sama chciała być kiedyś matką. - Powiedział to w latach 40 - tych, że komuna zniknie za lat trzy i jeszcze cztery...
- Trzy i cztery to razem siedem - zamyśliła się Andrzejczykowa - a siedem to liczba doskonała, ale co ma komuna do tego?
Sylwii odechciało się samobójstwa. Znalazła wreszcie jedyną tak naprawdę od śmierci Sieradzkiego, życzliwą dla niej osobę.
- Dzisiaj przedstawię cię na wiecu i wstawię się za tobą - mówiła Lawendycja.
- W Dziadostwie są tacy - mówiła Andrzejczykowa, - którzy na wielkiej bitwie 50 roku byli leczeni przez ciebie...
- Nie mogłabym tego robić bez pomocy Starej Babuchy, ona jest naszym największym autorytetem naukowym - mówiła Lawendycja.
Andrzejczykowej coś przemknęło po głowie. Spytała się córkę Pana Sołtysa.



- A wstawisz się za mną, abym też mogła zostać znachorką?
- Wstawię się - odpowiedziała Lawendycja.
O więcej nie odważyła się pytać. Na spalonym polu poniewierała się jej legitymacja partyjna. Odtąd zaczęła nowe życie.

*

Nie było jej łatwo, bynajmniej! Wiele osób jej nienawidziło, nie wierząc w chęć poprawy dotychczasowego życia. Znalazła jednak przyjaciół. Przed Księdzem Dobrodziejem odbyła szczerą spowiedź z całego życia, oraz została przyjęta do Kościoła. Stara Babucha, lubo nienawidząca Dziadostwa za zabicie córki, przyjęła Andrzejczykową na uczennicę, zaś Łukasz już długo będący kawalerem, pokochał ją i chciał poślubić. Jednak dzień przed ślubem znalazł ją na polu; zgwałconą i z podciętymi żyłami. Przy jej zwłokach znaleziono kartkę z wierszem Wisławy Szymborskiej:



,,Pod sztandarem rewolucji wzmocnić
warty
Wzmocnić warty u wszystkich bram [...]''
,,Oto Partia - ludzkości wzrok
Oto Partia - siła ludów i sumienie
Nic nie pójdzie z jego życia w zapomnienie [...]''
,,Partia. Należeć do niej
Z nią działać, z nią marzyć
Z nią w planach nieulękłych
Z nią w trosce bezsennej,
Wierz mi to najpiękniejsze,
Co może się zdarzyć''.

wtorek, 12 listopada 2013

Oniricon cz. V

Śniło mi się, że:



- w odległej przyszłości w polskich miastach będą żyć mięsożerne kościotrupy utrzymujące się z pracy mieszkańców wsi,



- indyjska dziewczynka przez Park Kasprowicza w Szczecinie dostała się do alternatywnego świata; szła przez wioskę przypominającą indyjskie miasta i bała się z kimkolwiek rozmawiać, w tym śnie występował samuraj Yoshibana, który zabił żonę, Hinduska w końcu odezwała się do miejscowej dziewczynki, której matka była złą królową tego alternatywnego świata, obie dziewczynki uciekły do naszego świata razem z czerwonym smokiem, ów smok zamienił się w głaz stojący w Parku Kasprowicza,



- w kolorowym czasopiśmie wydawanym przez Radio Maryja, ktoś napisał w dodatku telewizyjnym, że warto oglądać dobre filmy fantasy,
- pomyślałem, że Wałęsa byłby dobrym dyktatorem, ale był za łagodny,



- pływałem razem z żarłaczem tygrysim i włożyłem mu do paszczy puszkę,



- pływałem razem z mantą mającą zęby rekina i drażniłem ją,



- powiedziałem, że Helena Bławatska była Żydówką,
- Hitler zginął 7 lipca 1977 roku,



- dimorfodon zaatakował polskiego szlachcica,



- byłem u rodziny z filmu ,,Odwrócona Góra, czyli film pod strasznym tytułem''; Mamuna chciała abyśmy wszyscy polecieli do szkoły samolotem, w owej szkole spotkałem swoją dawną nauczycielkę, panią Mariłę ov Kendrę,



- Amerykanie sfilmowali ,,Krzyżowców'' Zofii Kossak - Szczuckiej; w jednej z głównych ról zagrała Angelina Jolie,



- w ,,Gościu Niedzielnym'' ukazał się artykuł ,,Co polecał Wellman''? zilustrowany zdjęciem książki dla dzieci, na której okładce był narysowany Japończyk w białym mundurze z czerwonymi oczami,
- ktoś nazwał mnie ,,sumieniem Sapkowskiego'',



- Shahbaz Bhatti uwięził Benazir Butto,



- w lesie żył słowiański demon zwodzący mężczyzn na manowce, zwany czerwoną babą, który przypominał moją koleżankę z liceum Jenę ov Łonhner - piękną blondynkę w czerwonej sukni,
- w południowych dzielnicach Szczecina przechowuje się broń atomową,



- Czarodziejka z Księżyca była jednorożcem, lecz Loki zamienił ją w człowieka; zamieszkała u czeskiej rodziny razem z przybraną siostrą Agnieszką; pewnego razu znalazła pigułki antykoncepcyjne i ciekawości jadła je garściami razem z czarnymi i czerwonymi jagodami; w tym śnie występowały też smerfy,



- w rozmowie z polonistką mówiłem dlaczego znak AURYN przypomina jing - jang,



- Ryszard Lwie Serce urodził się w Świecie Wiedźmina, za radą Geralta i Gandalfa przeniósł się razem z Frodem i Gimlim do naszego świata, aby szukać w nim Graala; po przybyciu do naszego świata Ryszard Lwie Serce przyjął chrzest,



- zetknąłem się ze stwierdzeniem, że nadawana w latach 90 - tych na telewizji ,,Polonia'' reklama herbaty ,,Dilmah'' , na której pokazywano Indie, jest zagrożeniem duchowym.

Spóźnione życzenia




Z okazji wczorajszego święta, Dnia Niepodległości, wszystkim Polakom składam najserdeczniejsze życzenia, aby oni sami jak też ich potomkowie mogli zawsze żyć w wolnej, bezpiecznej, sprawiedliwej , dostatniej i budzącej w oczach świata podziw i szacunek Polsce, która tak jak obecne Węgry potrafiłaby mądrze łączyć tradycję z nowoczesnością.



Sława Wielkiej Polsce!
Fama alden Palana Gracilis!
Slava Vielgoj Palsce!


piątek, 8 listopada 2013

Na śmierć Stalina

,,Gdy Stalin
stolec Moskwy
zdobył
we krwi świat utopić
postanowił.
Przesiedlał więc Tatarów Krymskich;
Mordował Czeczeńców, Inguszów
Głodem morzył Ukraińców rzeszę.
'Wszedł do władzy jak lis
Panował jak lew,
Umarł jak pies'' - ,,Milenium, czyli Nowe Triumfy''




Tego dnia, czarna gleba Cmentarza zamieniła się w błoto, bo ustawicznie zraszały ją łzy uczestników pogrzebu ofiar wczorajszego szturmu na Kościół. Wczoraj pół wsi uczestniczyło we Mszy, teraz pół wsi uczestniczyło w pogrzebie. Bólu rodzin pomordowanych nie sposób oddać słowami.



- Moje dziecko, oni je zastrzelili! - łkała Stara Babucha, której ocalała niegdyś córka, teraz pod kulami bazooki zamieniła się w drgający, zlany niebieską krwią zezwłok, a jej oczy barwy ognia stały się teraz czarne i martwe.
Zginęła cała rodzina Kwiatków, a pan Sołtys miał zakrwawioną, obolałą twarz ze złamanym nosem, w bandażach i ubytkami w uzębieniu. Dziadowscy chcieli wczoraj wymordować wszystkich (może z wyjątkiem Lawendycji), a ich zbrojne szeregi wdzierały się przez wyważone tajemniczym kodem drzwi niczym nadęte fale morza, siejąc spustoszenie. To, że chłopi w ogóle przeżyli było zasługą Kowala; wyrwał ławkę i z jej pomocą tłukł napastników, a tych było niczym szarańczy.
Lawendycja i Heniek szli razem, przytuleni do siebie, nie mogąc nic powiedzieć. Wczoraj Plaptonius domagał się wydania mu żony Heńka, ta zaś nie chciała aby z jej powodu odbywało się oblężenie. Wskoczyła więc pod lufę miotacza płomieni, co niektórzy byliby gotowi porównać do śmierci Wandy.



Ta jednak miała całkiem inne okoliczności. Heniek pobiegł za nią i przeniósł płomień na swoje ubranie, ległszy u boku żony aby razem czekać aż śmierć położy kres cierpieniu. Tak się jednak nie stało; nadbiegli Pan Sołtys i Ksiądz Dobrodziej i peleryną i ornatem stłumili płomienie. Teraz włosy Lawendycji były nadpalone. Pan Sołtys nie był bohaterem dnia. Bynajmniej. Ach, gdyby nie brał tej głupiej spluwy na Mszę i nie pomógł nią Dziadowskim złamać szyfru E (3) 7! Otaczała go powszechna niechęć. Jedynie nieliczne osoby go nie potępiały; mam na myśli rodzinę. Teraz niefortunny lider zwrócił się do Księdza Dobrodzieja, bo wiedział, że ten go nie odrzuci.
- Przepraszam - zaczął, - ale nie wiem co to takiego ten szyfr E (3) 7?
- Jest to najbardziej rozpowszechniony szyfr na świecie - odpowiedział Ksiądz Dobrodziej - jest trudny do odkrycia, a umożliwia dziadostwu dostanie się do wnętrza człowieka.
- To straszne - wzdrygnął się Pan Sołtys - jak można tego uniknąć? - zapytał rzeczowo.
- Wszyscy dysponujemy tym szyfrem - odrzekł Ksiądz Dobrodziej, - ale możemy powstrzymać dziadostwo przed złamaniem go, bezinteresownie kochając bliźnich.
Kondukt żałobny się zatrzymał, ujrzawszy człowieka z siekierą i białą chorągiewką; był to poseł Dziadostwa. Nachylał się i rąbał siekierą jak drewno jakiegoś nieżywego człowieka. Chłopi byli w szoku.
- Ave Stalin! - zakrzyknął do nich poseł. - Waszego Kościoła już nie ma; teraz robimy w nim twierdze Fort Marksa! Piliśmy gorzałę z czaszek waszych trupów - chłopi zamarli z oburzenia - i profanowaliśmy wasze chorągwie, ta jak wy nasze - pięści same się zacisnęły, - a ten człowiek, którego rąbię, to kustosz waszego muzeum, które urządziliście w domu Towarzysza Pogranicznika - chłopi zrozumieli; założone rok temu ,,Muzeum walki i męczeństwa narodu Polskiego w gminie Pawlaczyca w 1950 r.'' znów znalazło się w rękach Dziadostwa. - A to są wasze żałosne eksponaty - mówił poseł wskazując gnaty walające się w krzakach. - Teraz możecie mnie zabić - kontynuował zuchwale, - ale i tak to my was zniszczymy! - widząc, że nikt go nie zabija, oddalił się i zniknął między drzewami. Wybuch płaczu znów obmył groby uczestników zeszłorocznej okupacji i bitwy. Z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, z biegiem miesięcy, Plaptonius gromadził coraz więcej broni, oraz coraz więcej wojowników. Jego pozycji nikt nie zagrażał, bo Andrzejczykowa straciła na zawsze swojego wspólnika w planowanej zemście, którym był Towarzysz Pogranicznik. Od odzyskanej chaty do Fortu Marksa ciągnął się teraz ufortyfikowany sznur samochodów i wozów pancernych, dzielący wieś na dwie części, przy których stały namioty i prowizoryczne punkty obserwacyjno - zaopatrzeniowe. W latach 1952 - 1960 Dziadowscy wybudowali wał ziemny wokół Fortu Marksa, tworząc dziedziniec. Znalazły się w nim budki z benzyną do pojazdów, oraz specjalny dar Partii - cztery helikoptery. Z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc, SCzZDzP popełniał coraz nowsze zbrodnie, dążąc do wytępienia ,,kułackiej'' ludności wioski. Nie przebierali w środkach - ponownie zatruli wszystkie studnie, a poza tym ustawili posterunki strzelnicze nad obydwoma dopływami Wisły i Jeziorem; zabili Rybaka, spalili też dom Młynarza z młynem. Chłopów napadali w nocy, najczęściej wzniecając pożary, oraz rzucali granatami i kierowali kule przeciwko największym zgromadzeniom. 1 maja 1952 roku na pochodzie nieśli ciała pomordowanych. Niszczyli uprawy i stawiali miny możliwie wszędzie. Jednak największą nienawiść żywili do zwierząt dzikich jak i domowych. Granatami niszczyli wszystko od Pasieki po stajnie i obory, a nawet psie budy. Rąbali drzewa w Sadzie (Sadownik zginął w Kościele) jak i w 



Lesie, a z ciał krów i koni układali nazwiska Marksa i Engelsa. Oczywiście Bierut podarł ,,Memoriał o ludobójstwie...'' , kiedy tylko doczytał do informacji o klęsce Dziadostwa.
- Rodacy! Partia ma was w nosie! - mówił eufemistycznie Pan Sołtys na jednym z wieców, kiedy okazało się, że Komitet Centralny aprobuje wszystkie zbrodnie okupantów... Z helikopterów zrzucano granaty, alkohol, ulotki propagandowe i amerykańską pornografię, a od 1953 r. - także zakażoną odzież, oraz haszysz czyli marichuanę.



*




,,Stalinowi powiedz, że jeśli nie przestanie traktować mnie jak swoją niewolnicę, będę dlań szczególnie sroga...''  Była noc roku 1953. Na niebie unosiła się w poświacie Księżyca kobieca postać siedząca nie, nie na miotle, ale na kosie, której ostrze było ustawione do dołu. Kobieta była ubrana na czarno i nie posiadała ani włosów, ani mięśni, ani skóry. Ludzie nie widzieli kościstej latawicy, zaś jej puste 



oczodoły widziały majaczące w oddali kopuły Kremla. Tej nocy towarzysz Józef Wisarionowicz przechodził z łóżka do łóżka, aż areszcie usiadł w gabinecie. Na drugim krześle siedziała Śmierć trzymając kościstą ręką kosę.
- Uczyniłam was swoim współpracownikiem, ale zawsze żałowałam swej decyzji - mówiła nie mając warg, ani ust, a Stalin wybałuszył oczy i nie mógł wymówić ani słowa. - Znam was, możnych tego świata i lubię wam pożyczać swoje kosy. Wy zaś lubicie mi pomagać, ale kiedy przestajecie być potrzebni, robię z wami to co wy robiliście innym ludziom - Stalin otworzył gębę i nadal milczał. - Wiecie co, nienawidzę was możni tego świata! Za waszą pychę. Władza odbiera wam sumienie, ale i rozum. Dlaczego zabijasz, aż tylu ludzi, skoroś sam śmiertelny? - pytała się. - Hitlerowi mówiłam to samo, a wcześniej Abdulhamidowi. Prawdę mówiąc wszyscy jesteście siebie warci. Przegięliście pałę, towarzyszu Dżugaszwili, pokażę wam dlaczego! - Stalin zlał się zimnym potem, a w jego gabinecie ktoś śpiewał:

,,O bogaczu
Godnyś płaczu [...]''




Najpierw wyrzucenie z seminarium duchownego, potem strajk w Batumi.

..Masz gody,
Wygody
I futra
Do jutra''.



Użycie terroru w służbie socjalizmu, śmierć osób cywilnych, znajomość z Wiaczesławem Skriabinem, sąd Rudolfa Krzeczowskiego; Polaka. Dalej wszystko potoczyło się jak w kalejdoskopie. Twarze ofiar czystek; Rosjan, Polaków, Żydów, Ukraińców, Kazachów snuły się niczym chmury po niebie i śpiewały:



,,Skarbiec pełny
Złotej wełny,
Złote runo,
Lecz, że z truną...''



Z bydlęcych wagonów wypadały ciała czeczeńskich, inguskich dzieci, tych i wielu innych narodowości.

,, [...] Ma świat cały cię w respekcie:
A ty wszystkich w tym despekcie [...]''.



Jacyś ludzie byli wiązani drutem kolczastym, a na ich głowy zarzucano worki z trocinami, a potem kule roztrzaskiwały im czaszki. 

,,W złocie chodzisz,
W złościach brodzisz''.

Pies przyjaźnił się z grupą więźniów. Został za to zatłuczony na śmierć kijami.

,,Ta fama
Jest plama.
Trup w szatach
Duch w łatach [...]''.



W arsenałach sroży się broń atomowa, a na Ukrainie ptactwo i ssaki giną pod kulami, aby się nie stać pokarmem dla celowo głodzonych ludzi.

,,Źle żyjesz,
Zawyjesz!
Śmierć nie śmiech,
Dudy w miech [...]''.



Miliony więźniów cierpiało w Gułagu pod hasłem ,,Ciężką pracą odkupuj swe winy''. Krym opustoszał.
Stalin siedzi na krześle, a przed nim kobiecy szkielet w czarnej sukni. Recytacja wokalna ,,Uwag o śmierci niechybnej'' Józefa Baki dobiega końca, a pod sufitem unosi się nagi mężczyzna z ogromnymi, czarnymi skrzydłami, przywołany gestem ręki przez Śmierć. Dalsze losy Stalina okrywa tajemnica...
Nastał ranek a Józef Wisarionowicz długo nie wychodził z gabinetu. Wreszcie gdy zdobyto się na odwagę otwarcia go, zastano wodza martwym. I tak przeminął Stalin jak przemija burza, pożar, powódź, zaraza, czy wojna, a tymczasem gdzieś w Polsce, na Mazowszu, w gminie Pawlaczyca...

środa, 6 listopada 2013

Zemsta

Było to tak. Pan Sołtys w lutym 1951 roku umyślił sobie, że noszenie na plecach karabinu dodaje mu powagi i dostojeństwa. Tak głęboko uwierzył w tą bzdurę, że nie dość, że parkował Ruskomobilem przed Kościołem, to jeszcze wchodził do środka ze swoją strzelającą ozdobą. Biedny Ksiądz Dobrodziej - miał z nim urwanie głowy. Na próżno tłumaczył, że nie spluwa, ale mądrość i dobre serce są prawdziwą ozdobą polskiego działacza samorządowego i że nie godzi się wchodzić z bronią do świątyni Boga, który jest Miłością, że karabin i miłosierdzie pasują do siebie jeszcze mniej niż pięść do nosa. Pan Sołtys jak się raz uparł, to już uparł!
Prowadził Ruskomobil, jadąc razem z żoną, córką, zięciem, synem oraz pukawką i w samochodzie panowała powszechna radość.
- Opowiadaj dalej Przeciwmolówko, tatuś słucha... - prosił córkę.



- Spotkaliśmy w kanale szczura - opowiadała Lawendycja.
- A nie bałaś się? - pytał Pan Sołtys.
- Nie, szczur był bardzo miły i wskazał nam drogę do ambasady RFN abyśmy nie musieli uciekać kanałami.
- A RFN to co to za kraj? - Pan Sołtys zapomniał.
- Niemcy Zachodnie - powiedział Heniek - ambasador pan Rudolf Scheker pomógł nam uciec przed ubekami; zawiózł nas samochodem do Lasu.
- Scheker? - zdziwił się Łukasz. - Ma nazwisko jak ten śp. Berthold z Dziadostwa, co obsługiwał Ul Śmierci.
- Może Scheker to tak samo popularne nazwisko w Niemczech jak Kowalski w Polsce... - odpowiedział Heniek.
- Jak to dobrze, że znów jesteśmy razem! - powiedziała pani Bożena Skyjłycka, a Ruskomobil stanął przed Kościołem obok motorów.
Chłopi wchodzili, wchodzili, a Ksiądz Dobrodziej rozpoczął odprawiać Eucharystię w intencji dziękczynienia.



My już mówiliśmy o Urzędzie Bezpieczeństwa, ale co się stało z Dziadostwem? Gdy Stalin dowiedział się o planach budowy Nowego Bierutowa jako nowej stolicy PRL - u, to ze złości zrzucił Bieruta ze schodów, a ten był blady jak kreda. Stalin groził mu zesłaniem do Kazachstanu, jeśli będzie próbował rozsławiać swoje imię w taki sposób bez zgody dyktatora.
- Zrób kolektywizację i nazwij ten grajdół Stalingradem ku mojej chwale, a nie twojej. Jeszcze raz spróbujesz uszczuplić splendor mi należny. Rób tam PGR - y jak to nazywasz, rób stolicę, a nawet wyrwę w ziemi, aby moje nazwisko było sławione. Niczyje więcej! Zrozumiano? - Bierut miał nieopisane szczęście, że przeżył.
- Tak, tak... Zrobię PGR - y imienia Józefa Wisarionowicza, wszystko skolektywizuję, a co harde - wymorduję - mamrotał półprzytomny i obolały.
- A teraz won, ,,polszaja sobaka''! - Stalin wygnał Bieruta. - I nie zapomnij postawić mi pomnika! - wrzasnął na odchodnym.
Plaptonius na rozkaz Bieruta przygotował się do ponownego szturmu na Pawlaczycę. Z Pomorza Gdańskiego sprowadził nienawidzącą go Sylwię Andrzejczykową, zgromadził też wielu innych współpracowników. Wśród nich był Towarzysz Pogranicznik. Kiedy rok temu został cudownie uzdrowiony za pośrednictwem Księdza Dobrodzieja, w szpitalu psychiatrycznym odkryto, że nie był psychicznie chory. Przeciwnie. Kiedy ochłonął, postanowił porzucić komunizm i prosić o przyjęcie do Kościoła rzymskokatolickiego. Plaptonius wielce się tym przeraził i rozkazał aby za wszelką cenę odwieść Towarzysza Pogranicznika od nawrócenia. Gdy inne metody zawiodły, poddano go silnym elektrowstrząsom, w wyniku których stracił pamięć. Teraz jego świadomość przedstawiała ,,tabula rasa''. Teraz to się zrobi z niego człowieka radzieckiego!
Tymczasem w Pawlaczycy... Stefan i Bożena Skyjłyccy siedzieli na ławce pod ścianą, a nad głowami widniał piękny witraż przedstawiający narodziny Chrystusa w Betlejem. Dziwili się słysząc niepokojący szum, jakby bzyczenie olbrzymiej muchy. Co dziwniejsze na witrażu pojawiła się rosnąca z każdą chwilą szara plama, która robiła się większa i większa. ,,Co to może być''? - zastanawiał się Pan Sołtys. W odpowiedzi kolorowe płytki witraża rozprysły się po całym Kościele raniąc wiele osób. W dziurze w ścianie ujrzano helikopter, za sterem którego siedział Towarzysz Pogranicznik.



- I znów się spotykamy szlachecki łajdaku! - mówił do Pana Sołtysa, choć oczywiście jego krzyku nikt nie usłyszał.
Pan Sołtys najpierw był w szoku, a potem zawrzał wielkim gniewem. Zdjął z pleców swój reprezentacyjny karabin i rozpoznawszy Towarzysza Pogranicznika, wycelował prosto między oczy. Rozprysło się szkło szyby helikoptera, a potem zakrwawiona twarz uderzyła w grządki kolorowych przycisków brudząc je mózgiem. Pan Sołtys strzelał, aż pozbawiony pilota helikopter z wolna zaczął opadać, aż zderzywszy się z podłożem wybuchł żywym płomieniem jako stalowy, płonący grób Towarzysza Pogranicznika. Biedny! Najpierw Pan Sołtys orał nim pole, potem uciął brzytwą ramie, a teraz zastrzelił. nagle dębowa brama rozwarła się na oścież i wyleciała z zawiasów. Weszli do Kościoła uzbrojeni po zęby ludzie, którym



przewodził mężczyzna ubrany w pancerz ze skóry nosorożca indyjskiego, skradzionego z warszawskiego zoo. Tymczasem Pan Sołtys rozgorączkowany trzymał karabin i moczył go potokami zimnego potu.
- Przynosimy wam wolność! - rzekł przerywając milczenie człowiek w skórze nosorożca.
- My już ją znamy! - odkrzyknął Łukasz. - Kimże jesteście?
- Nie poznajesz mnie? - zdziwił się tajemniczy człowiek wybuchając złowrogim śmiechem. - Twój tatuś, Stefan Eustachiewicz nosząc do Kościoła karabin maszynowy pomógł nam złamać szyfr E (3) 7, którym zniweczyliśmy bramy waszej świątyni. A ja jestem Jerzy Plaptonius - zapadła grobowa cisza - czyżbyście mnie zapomnieli? Znów będę liderem pawlaczyckiego Dziadostwa. Przybywam tu w imię Stalina, aby pomścić srogą zniewagę interesu klasy włościańskiej, którą wyrządziliście rok temu - Plaptonius na chwilę zamilkł aby zbadać reakcję. - Poddajcie się kułackie ścierwa, bo towarzysz Bierut dał nam władzę życia i śmierci nad wami, ale choć zasługujecie na śmierć, możecie jej uniknąć. Towarzysz Bierut na moją osobistą prośbę - Plaptonius kłamał jak z nut - zastrzegł, że jeśli dostanę za żonę Lawendycję de Slony, wasza wieś będzie skolektywizowana, a wy wysiedleni na Warmię i Mazury, gdzie już czeka na was przydział ziemi...
Wzburzenie rosło, aż wybuchło jak wulkan.
- Nigdy !!! - jak jeden mąż krzyknęła cała wieś, a Heniek najgłośniej.
- Ognia! - wrzasnął Plaptonius i Dziadowscy nacisnęli spusty kałasznikowów.
Chłopi nie pozostali im dłużni i wyjęli własną broń, oczywiście Pan Sołtys wiódł rej między nimi. Tak oto złamanie przez Dziadostwo szyfru E (3) 7 przeszkodziło w sprawowaniu Eucharystii. Wywiązała się strzelanina - kule dziadowskich wleciały do lufy karabinu Pana Sołtysa, co sprawiło, że oręż uderzył właściciela w twarz. Trup ścieli się gęsto, chłopi przegrywają mimo dzielnej walki. Poza tym Dziadowscy wzięli też bazooki i miotacze płomieni. Ostatecznie chłopi przegrali; z Kościoła udało się wynieść jedynie Najświętszy Sakrament w monstrancji i Biblię, a Dziadowscy pruli na oślep do uciekinierów ścieląc gęsto wyjście zwłokami.
- Wypijmy za zemstę! - mówił Plaptonius podnosząc do góry napełnioną szampanem czaszkę babki Łukasza, pochowanej w Cripta Tanatoporfiria. 
Komuniści usunęli z Kościoła wszystkie obrazy i witraże, wyrzucili relikwie i szczątki zmarłych wójtów i



sołtysów z Cripta Tanatoporfiria. Postanowili zrobić tu fortecę i nazwali ją Fortem Marksa. Zrzucili z wieży krzyż i zastąpili go sierpem i młotem. Dzwony przetopili na broń, a w dzwonnicy urządzili punkt obserwacyjny. Spalili ciała poległych chłopów za pomocą miotaczy płomieni. Wprawili nowe, żelazne drzwi, a potem urządzili libację z ludzkich czaszek. 
Tymczasem chłopi uczestniczyli w mszach odprawianych w stodole Kowala. Jeszcze długo Dziadowscy nosili nad Wisłą i Jeziorem kąpielówki ze zrabowanych ornatów i chorągwi kościelnych.

niedziela, 3 listopada 2013

Wywiad ze szczurem

Była już noc kiedy w ślad za Koszem na Śmieci z Czubkiem w środku, otwór studzienki kanalizacyjnej pochłonął Stracha na Wróble, Lawendycję i Heńka. W ich nozdrza uderzył odór ścieków, a nad głowami szumiała woda w potężnych rurach. Zielony szlam całkowicie zakrył adidasy Lawendycji i zabrudził niebieska sukienkę uszytą ze starego, poplamionego obrusa. Heniek nie wiedział co gorsze; niewola ubecka czy ten exodus? Chyba jednak to pierwsze; teraz byli przynajmniej wolni! Ubecy sprzedali na czarnym rynku ich ubrania, szczególnie wysoką ceną osiągając za złote podkówki z obuwia Lawendycji. Na powierzchni, komendant dowiedział się już o tym co zaszło, przeto postawiono całą esbecką i ubecką Warszawę na nogi. Rozpoczęły się poszukiwania. W kanale pełno było szczurów i karaluchów.



- Nie mogę pojąć co to za dziwni hydraulicy tu przybyli - zastanawiał się na widok naszych przyjaciół szczur wędrowny stojący słupka i uważnie się im przyglądający.
- Nie jesteśmy hydraulikami - powiedział Strach na Wróble, a gryzoń oniemiał, - ale uciekinierami. Jesteśmy z gminy Pawlaczyca na południe od tego miasta - ciągnął - a tych dwoje ludzi i pies, zostali uratowani z niewoli zgotowanej im przez Urząd Bezpieczeństwa. Teraz jego funkcjonariusze zapewne nas ścigają - kiedy to mówił państwo de Slony dziwili się bardzo: dlaczego i co mówi do szczura, który ciekawie przekrzywiał łepek na bok.
- Jeśli umiesz mówić ze szczurami - zwróciła się doń Lawendycja - to powiedz mu, że nie przyszliśmy tu aby go skrzywdzić, ale szukamy schronienia.
- Klap! - oburzył się Kosz na Śmieci na samą myśl, że ktoś może mówić ,,jeśli'' w odniesieniu do zdolności translatorskich Stracha na Wróble.
Ten zaś przekazał szczurowi słowa Lawendycji.
- Możesz im powiedzieć - piszczał szczur, - że nie mam nic przeciwko nim, i że jak chcą uciekać to wskażę drogę do ambasady Republiki Federalnej Niemiec, bo tam znam człowieka, który może im pomóc.



- Mówisz o RFN? - Strach na Wróble tłumaczył klekot blaszanego kubła - przecież oni nie uznają polskiego stanu posiadania na Ziemiach Odzyskanych!
- Ten jest wyjątkiem, podobno ma nawet żonę Polkę - oponował szczur. - Czy w tym co mówisz uznajesz odpowiedzialność zbiorową?
- Nie - zaprzeczyli Strach na Wróble i Kosz na Śmieci.
- A poprawności politycznej też nie uznajecie? - pytał szczur.
- Też nie - potwierdzili Ceta Polikarp i Radodydak.
- Czy uznajecie Niemców za ludzi takich jak wy? - zwrócił się do Heńka i Lawendycji.
- Tak - potwierdzili oboje.
- A teraz:, który naród jest nieomylny, oraz może pogardzać wszystkimi narodami?
- Nie ma takiego narodu.
- W takim razie kogo uznajecie za patriotę? - ale ten szczur był odważny. 
- Prawdziwy patriota to ten kto własny kraj kocha jak matkę, a inne jak braci i siostry - Lawendycja też była uczennicą Pana Konidy.
- Dokończcie zdanie - drążył szczur - granice są potrzebne...
- ... aby łączyć i ubogacać człowieczeństwo narodów - dokończył Heniek.
- Dobrze, a teraz ostatnie pytanie: czy gdyby WSZYSCY mówili, że krowa może latać, a byłoby to kłamstwo, a ci co by je odrzucili, zostaliby wywiezieni do rezerwatu dla ciemnogrodzian i ,,antybostaurystów'', to czy wy byście też tak mówili, a jeśli nie to dlaczego? - ostatnie pytanie przyprawiło Heńka i Lawendycję o napad śmiechu.
- Ha, ha, ha, ha, kłamstwo nigdy nie jest poprawnością, ha, ha, ani polityczną, ani żadną inną, ha, ha, ha - Heniek był oblepiony zielonym szlamem; tak się tarzał ze śmiechu!
Oj, gdyby wrócili do Pawlaczycy, to dopiero mieliby co opowiadać! Kto to widział aby na początku drugiej połowy XX wieku w warszawskim kanale ściekowym, szczur robił test światopoglądowy dwojgu ludzi dopiero co uwolnionych z ubeckiej niewoli!
- No to za mną! - zakomenderował szczur i wszyscy poszli za nim, aż znaleźli się w budynku zachodnioniemieckiej ambasady.

*

Rudolf Scheker, otyły mężczyzna o czarnych, sumiastych wąsach, obudziwszy się, z wolna ogarniał umysłem cały ogrom czekającej go dzisiaj pracy, lecz czuł się ociężały i nie mógł wstać. Wreszcie się przemógł, przeciągnął i opuścił łoże. Z podkrążonymi oczyma stanął przed lustrem w łazience. Patrzy i widzi za sobą jakiś nos z marchwi, żółtą głowę i oczy niby z węgla. Przestraszony krzyknął i odwrócił się za siebie.
- Guten morgen, Herr Scheker - Strach na Wróble elegancko zdjął przed dyplomatą czarny kapelusz.



- Czy, czy jest pan z UFO? - wybąkał Niemiec.
- Rok temu rozmawiałem na weselu z kosmitami z planety Nopes, - ale jestem Strachem na Wróble, zwanym Ceta Polikarp i w kanalizacji rozmawiałem ze szczurem, który polecił mi pana jako sprawiedliwego człowieka - Herr Rudolf szczypał się do krwi w rękę myśląc, że śni.
- Proszę się nie bać - uspokajał go Strach na Wróble - nie przyszliśmy pana skrzywdzić, ale prosić o pomoc. Niech się pan ambasador przygotuje z tą swoją poranną toaletą, a pokażę swoich przyjaciół i powiem o co chodzi.
Niebawem w gabinecie Rudolfa Schekera, Strach na Wróble przedstawił wszystkie osoby.
- Ten Kosz na Śmieci to Radodydak... - zaczął.
- Klap! - odezwał się kubeł.
- To jest Czubek...
- Wow!
- ... a tak naprawdę Uk Tubajtyna, polski owczarek nizinny zakupiony na Ukrainie... - prezentacja trwała.
- ... to jest panienka Lawendycja Ewa Maria Solanescu - ta się skłoniła,- a ten nóż wbił się jej gdy miała osiem latek, a tu mam zaszczyt przedstawić jej męża, pana Gienricha Solanescu z Mołdawii. Ci państwo przyjechali do Warszawy na miesiąc miodowy. Pan Gienrich raczył sfałszować legitymacje z NKWD, ale z żoną wykorzystywał je do czynienia dobra; oczywiście to grzech fałszować dokumenty, ale zostali złapani przez ubeków Grzegorza Kufińskiego i Irosława Morskiego, którzy torturowali ich, a potem chcieli zabić... - ambasador słuchając omal nie zakrztusił się wodą sodową - ... czy pan ambasador wyobraża sobie trzymanie nagich ludzi w szafie, przypalanie ich, cięcie twarzy scyzorykiem - Strach na Wróble był bliski lamentu, a Schekerowi przypomniały się zbrodnie jego własnych rodaków i uznał, że musi zrobić cokolwiek aby pomóc państwu de Slony.
- Czy jest pan Rumunem? - spróbował zagadnąć do Heńka.
- Nie, jestem Mołdawianinem, a mój kraj teraz okupują Sowieci - odrzekł.
- No cóż - teraz Scheker lepiej się przygotował - nie wiem kogo nazywacie szczurem, który mówił o mnie, ale mimo wszystko dobrze trafiliście, bo też jestem przeciwnikiem komunizmu, polskiego i światowego libertyństwa i rządów Stalina, he, he, jestem dyplomatą i nikt mnie nie słyszy, to mogę ich wszystkich smarować ile wlezie, bo zasługują na to! - mówił chichocząc. - Pan Ceta Polikarp mówił, że to grzech fałszować dokumenty. Odnośnie mnie, to uważam, że na końcu jest grób, a za grobem nic nie ma, ale przed grobem łajdactwa nie zniosę. Spuśćcie się na mnie! - zapewnił o swych dobrych zamiarach. 
- To dobrze - odrzekł Strach na Wróble - czy mógłbym prosić o podwiezienie nas na południe na skraj Lasu? Dalej trafimy.
- Aber naturlich! - odparł Scheker i uścisnął dłonie Ceta Polikarpa i de Slony, a dłoń Lawendycji polskim zwyczajem pocałował. 
Wszystkich nakarmił, ubrał, pozwoliwszy wcześniej zażyć kąpieli, a wieczorem zawiózł na południe miasta, gdzie nasi uciekinierzy pożegnali się z dyplomatą i ruszyli w leśne ostępy. Państwo de Slony, a zwłaszcza Lawendycja żałowało, że taki człowiek był ateistą. 
- Mówił, że to dlatego, iż przeszkadza mu hipokryzja osób wierzących - tłumaczył Strach na Wróble.
Tymczasem Urząd Bezpieczeństwa szukał ich w ambasadach Rumunii i USA.
Powrót do Pawlaczycy był bardzo radosny i wręcz niemożliwy do opisania. Dość, że Pan Sołtys poprosił Księdza Dobrodzieja o nabożeństwo dziękczynne za szczęśliwy powrót do domu. Jednak tego dnia stało się coś bardzo złego. Radosne nabożeństwo miało się już wkrótce zmienić w koszmar - Dziadostwo wdarło się do Kościoła!

sobota, 2 listopada 2013

Dzień Zaduszny - Dyń Azenanimatis

,, [...] ten zaś, którego dzieło spłonie, poniesie szkodę, sam wprawdzie ocaleje, lecz tak jakby przez ogień'' - 1 Kor 3,15


Dzisiaj przypada święto tych, którzy pokutują w czyśćcu. Jak uczy Kościół dostają się tam dusze, które zmarły w stanie łaski uświęcającej, lecz z grzechem lekkim. Duszom tym, które czasami ukazują się żyjącym, by prosić ich o pomoc, można pomagać przez modlitwę, post, a w szczególności przez Eucharystię. Pierwsze osiem dni listopada to okazja zyskania odpustu za zmarłych. Warunki jego uzyskania to: nawiedzenie kościoła lub cmentarza, modlitwy ,,Ojcze nasz'' i ,,Wierzę...'', oraz modlitwa w intencjach papieskich.
Dusze czyśćcowe oczyszczają się dobrowolnie. Cierpią z miłości w ogniu rozpalonym przez wielką tęsknotę za Bogiem, a ich udręki zawsze mają swój kres. ,,Miłosierdzie tego nie chce, ale Sprawiedliwość każe'' - jak to ujęła św. Faustyna Kowalska. 
W klasyce światowej literatury, najbardziej znany obraz czyśćca sprezentował Dante w ,,Boskiej komedii''. Giovanni Boccaccio w ,,Dekameronie'' pisał o zazdrosnym mężu, którego ksiądz uwięził podstępem w piwnicy, wmawiając mu, że znalazł się w czyśćcu za zazdrość. 
Na zakończenie chciałbym podać ciekawostkę: kiedy paleontolodzy odkryli eoceńską małpiatkę nazwali ją ... purgatoriusem (łac. ,,purgatorium'' - czyściec),  ponieważ prace nad wydobywaniem i rekonstrukcją jej szkieletu były tak mozolne, że skojarzyły się z pokutą w czyśćcu.