poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Język polski - langudus palanishier - palskij jazyk - li polina

,,Nie damy pogrześć mowy'' – Maria Konopnicka ,,Rota''


Od najmłodszych lat uczono mnie szanować mowę ojczystą, jako jeden z najważniejszych składników polskiej świadomości narodowej. Pamiętam jak w klasie pierwszej szkoły podstawowej gdy pani polonistka kazała wymienić jakiś wyraz na ,,Z'' powiedziałem ,,zygi'' (imieniem Zygi nazwałem swojego chomika, później ,,przechrzciłem'' go na Kuleczkę). W trzeciej klasie na postawie czytanki o Rogasiu napisałem wypracowanie ,,Koziołek 2'', ale pani polonistce Qualsace to się nie spodobało i kazała zmienić tytuł na ,,Dalsze losy koziołka''. W klasie czwartej myślałem, że autorzy lektur pisali je specjalnie po to, aby było co omawiać w szkole. Kiedy pani polonistka kazała wymieniać wyrazy zawierające słowo ,,kot'', podałem jako przykład ,,lotokota'' – azjatyckiego ssaka poruszającego się lotem ślizgowym, lecz nikt w klasie o nim nie słyszał. W klasie piątej języka polskiego uczyła pani Dora ov Petelinova (wyobrażałem ją sobie jako łasicę), która potrafiła utrzymać w klasie dyscyplinę, co zasługuje na wielki podziw i szacunek. Nie każdemu nauczycielowi się to niestety udawało... W 2004 r. Jena ov Blackeyova wspominała jak pani Petelinova z pasją tropiła błędy językowe uczniów i kazała mówić, że coś na tablicy ,,jest napisane'', zamiast ,,pisze''. Pani Petelinova sama siebie określała żartobliwie jako ,,Herod – baba''. W klasie piątej omawiałem na języku polskim mitologię grecką. W klasach od szóstej do trzeciej gimnazjum moją polonistką była pani Anna ov Scareyova (w Polsce znajduje się pewna miejscowość, której nadałem starokrasną nazwę Scareyov). Wyobrażałem ją sobie jako żenetę. Pokazałem jej próbki swojej twórczości na temat ,,Gwiezdnych Wojen''. Czytając moje wypracowania zarzucała mi nadużywanie kolokwializmów (np. słowa ,,super'' w zdaniu: ,,Średniowiecze jest epoką superkontrowersyjną'') i nadmiar przemocy (była szczerze oburzona wypracowaniem, w którym pijany Józef Matusiak pobił Jana Kowalskiego szczeblem od poręczy). Na studiach w czasie wakacji byłem na jej ślubie. W liceum moją polonistką była pani Eva ov Tomas (jej zwierzęcym symbolem był chiton). Bardzo ją lubiłem, choć nie zawsze się zgadzałem. Rozmawialiśmy o literaturze (w tym dziecięcej min. o ,,Harrym Potterze''), historii i polityce (nie lubiła zarówno SLD jak też LPR). Mimo antyklerykalizmu (bardzo nie lubiła Piusa XII, o. Rydzyka i Wojciecha Cejrowskiego), bardzo szanowała św. Jana Pawła II, św. Franciszka z Asyżu, św. Maksymiliana Kolbe, ceniła twórczość Jana Dobraczyńskiego i film ,,Pasja''. Wolała Jana Kochanowskiego od Mikołaja Reja oraz Juliusza Słowackiego i Cypriana Kamila Norwida od Adama Mickiewicza. Czytała mój poemat ,,Milenium...'', oraz ,,Tatrę'', zachęcała mnie abym napisał coś dla dzieci. Później uczył mnie pan Jaroslavus ov Einkupis (jego zwierzęcym symbolem był oftalmozaur – gatunek ichtiozaura o wielkich oczach). Niestety był tak zaślepiony antyklerykalizmem, że nie lubił nawet św. Jana Pawła II, choć w drodze wyjątku cenił poezje ks. Jana Twardowskiego. Był niezadowolony, gdy mówiłem dużo o swej fascynacji twórczością J. R. R. Tolkiena. Gdy zachorował, uczyła mnie pani Anna ov Vyssa (jej symbolem był ichtiozaur). Pomogła mi przygotować się do matury, za co jej dziękuję. Poglądy miała umiarkowane, choć nie lubiła LPR. Przeczytała mój zbiór opowiadań ,,Dom''. Razem z panią ov Vyssą omawiałem swoją ulubioną lekturę - ,,Mistrza i Małgorzatę''. Na jej cześć w 2005 r. nazwałem Vyssą jednego z Płanetników, który w erze drugiej skonstruował statek kosmiczny, zwany ,,jajem płomienistym''. W 2005 r. przygotowałem maturalną prezentację o roli kobiet w ,,Biblii'' i w mitologii greckiej. 



sobota, 9 sierpnia 2014

Podziemnice

,,Nastazja urodziła złotowłosą Valaškę, która przemierzała świat w orszaku Dziwicy i walczyła ze straszydłami'' – M. Rymwid ,,Nymphologia''.

,, […] Valaszka miała być młodszą siostrą Libuszy, a więc także córką Kroka, identycznego zresztą z polskim Krakiem. Legenda mówi też o niej jako Libuszy, Ludmile czy Wandzie. Odznaczać się miała olbrzymią siłą fizyczną i okrucieństwem. Jedna z legend mówi, iż w zawodach łuczniczych Valaszka […] pokonała swego brata. Wystrzelona przez nią z kłodzkiego zamku strzała upadła u stóp odległej o całą milę lipy rosnącej we wsi Żelazna […]'' - M. Derwich, M. Cetwiński ,,Herby, legendy, dawne mity''.



Nastazja kroczyła ku Nowej Ziemi, a towarzyszyła jej drużyna złożona w rusałek, wodników, leśnych ludzi, żmijów, Płanetników, Neurów i Lynxów. Niemal Człowiek, tchórzliwy władca kikimor, którego tron wznosił się na Nowej Ziemi, wysłał naprzeciw Nastazji i Walaszki armię pod buławą dusiołka, grafa Duśćca. Były w niej wśród wielu innych morskie potwory i krewni olbrzyma Warchamieja i trolla Gildensterna chcący zemsty. Parę wiorst od sinego morza rozegrała się straszliwa bitwa. Nastazja ubiła Duśśca, trolle Gima, Swena i Daga Gildensternów, olbrzyma Berendeja, smoka Sowynycza i trzy kikimory, sama jednak poległa, przeszyta zatrutymi włóczniami wąpierzy, gdy walczyła w pierwszym szeregu. Nimfolit z jej głowy, mały barwny kamyczek w kształcie serca, został przyniesiony Niemal Człowiekowi. Choć Walaszka dowodząc dokonywała cudów męstwa, zamiast mieczem walcząc mieczem smoka Siarczyna, bitwa została przegrana. Ciało Nastazji wśród wielkiej żałoby, spalono na stosie kadzidła i drzewa sandałowego, a popioły i kości pochowano w kurhanie razem z bronią. Jej następczynią została Walaszka, na której piersi spoczął czerwony dysk, zwany ,,Sercem Niepodzielnego'', a na gładkie, alabastrowe czoło, mądry Centaur wylał z kryształowej karafki wodę z sinego morza i z Dunaju (Danu, Erydan). Nowa władczyni, choć smukła i wiotka jak łania, umiała niczym Amazonki z er dwunastej i trzynastej skręcić kark tura lub rozerwać niedźwiedzia. Niemal Człowiek mszcząc się nasyłał swe potwory na rusałki i inne spokojne stworzenia, toteż Walaszka podjęła z nim walkę, objeżdżając swe królestwo. Tak to już jest, że miecz podniesiony nawet w dobrej sprawie, często miast pokoju, budzi jeno nienawiść i chęć zemsty.

*



Było to w okolicach sioła, które w erach dwunastej i trzynastej otrzymało nazwę Riadki. Walaszka myła twarz w ruczaju nachylona jak pies chłepczący wodę. Gdy zimna, czysta woda spłynęła po jej gładkiej twarzy, ktoś obserwował nową królową, która zdążyła już uśmiercić wiele potworów służących Niemal Człowiekowi. Córa Nastazji i Warchaja nie tylko była władna rozedrzeć tygrysa, ale również wybornie strzelała z łuku, wspinała się jak kozica, pływała niczym ryba, co u rusałek było czymś zwykłym, a biegnąc potrafiłaby dogonić konia czy jelenia. Niemal Człowiek bał się jej, tak samo jak jej macierzy i wyznaczył nagrodę za jej złote włosy, a było nią sześćdziesiąt kawałków drewna, które w Čortieńsku służyły za pieniądze. Walaszka już miała zanurzyć się w falach ruczaju, gdy spostrzegła, że w wodzie widać jakiś kształt ciemny, niczym cielsko ,,cocodrilusa'' w rzece Nilus. Kształt powoli wynurzał się; już widać było 



bycze rogi, a zaraz potem byczą głowę i muskularne ciało męża. Z ruczaju wynurzył się Minotaur o imieniu Myrsyna. Rzucił się ku królowej, lecz ta miał przy sobie miecz; Minotaur zaś był uzbrojony w maczugę, ciężką jak krowa. Walka trwała w najlepsze, gdy nagle ziemia zadrżała i wyrzuciła z siebie potoki lawy. Powietrze zatruł straszliwy odór siarki i na ziemi późniejszej analapijskiej prowincji Śląża stanął wielki jak 


góra smok Siarkan. Walaszce, która jeszcze nie zebrała własnej drużyny, przybył drugi napastnik, lecz to nie koniec biedy! Z kniei dziko rycząc wybiegł ogromny troll, pochodzący z ziemi byłego Wielkiego Księstwa Nordyckiego (starokrasne: ,,norda'' – północ; od ery jedenastej: Nürt). Nazywał się Galvor, co w mowie 


Słowian znaczy Goworek. Trolle, chodzące na tylnych nogach, pokrywały czarne kudły, a w ich żyłach płynęła czarna krew. Miały głowy nietoperzy i pazury podobne do sierpów. Wywodziły się z występnego związku rusałki z małpą łokisem; porzucone przez matkę i przygarnięte przez Borutę i Dziewannę, zostały oszukane przez Licho i tak stały się sługami Rykara. Walaszka ubiła Minotaura, lecz nawet Herkules nie sprosta tłumowi. Uskoczyła przed lawą z paszczy Siarkana, lecz troll przebił nią palicą, trafiając w serce. Człowiek by tego nie przeżył, lecz Walaszka jako rusałka mogła odtwarzać stracone części ciała niczym stułbia. Brocząc modrą krwią, wyrwała ciężką palicę z serca i już miała nią przebić Galvora, gdy smok postawił na niej łapę cięższą od dębu, tak, że nawet mocarna królowa rusałek nie mogła jej podnieść, a jednocześnie uważał, żeby nie rozgnieść jej. Troll ściął jej złoty warkocz pazurem i schował go do sakwy.
- Teraz rozdepczę ją jak pluskwę – powiedział smok.
- Czekaj, bardziej ją pognębimy – rzekł troll po czym dwiema łapami odsunął głaz, a wtedy ukazała się dziura. - Wrzućmy ją tu! - chwycił Walaszkę wyrywającą mu kłęby futra, z rozmachem cisnął w otwór w ziemi, po czym zakrył go głazem. Królową ogarnęły ciemności, podobne do tych, które zaległy Egipt w erze trzynastej. Spadała dzień i noc, na przemian budząc się i zasypiając i nie wiedziała kiedy to się skończy. Myślała, że na końcu czeka ją śmierć i polecała swą duszę Mokoszy i Dziwicy, przebaczyła tym co ją wrzucili. Spadając straciła rachubę czasu. Wreszcie piątego dnia obudziła się na czymś miękkim co przypominało mech. Ciemności rozjaśniały rozliczne drogie kamienie, a wśród nich najdroższe – białe alatyry. Walaszka wdzięczna Enkom za ocalenie, uświadomiła sobie jak bardzo jest głodna i spragniona. Nieustraszona jak jej macierz, zaczęła iść za blaskiem kamieni, wśród których liczne były gwiezdniki powstałe z opadłych gwiazd, idąc na spotkanie przygodzie...


*


Kiedy szła, piła wodę z podziemnych źródeł, lecz ani białych, ślepych ryb, ani grzybów, ani niczego innego nie mogła znaleźć. ,,Ciekawe jak głęboko jestem''? - myślała. Kiszki grały jej marsza, a gdy zasypiała, śniła, że jest to pasa w wodzie i w zasięgu jej rąk rośnie jabłonka. Jednak ilekroć chce się napić – woda znika, a gdy chce zerwać jabłko – gałąź ucieka. ,,Mokosza, Królowa Ziemi nie zapomni o mnie, bom i ja z jej krwi'' – myślała kuszona przez Zgrzechę Niedowiarka. Walaszka niestrudzenie błąkała się w podziemnym świecie, a jej drogowskazy – klejnoty świeciły barwami białą, złotawą, zieloną, niebieską, czerwoną, tęczową, różową... Choć była niezwykle wytrzymała, z głodu poczynało brakować jej sił. Wreszcie gdy marzyła o figurach wodników z ciasta odkryła, że Podziemie ma swych mieszkańców. Oczom królowej, podobnym do turkusów, albo lapis – lazuli ukazał się widok podobny niezmiernie do tego jaki był na powierzchni. Traktem szła smukła panna w bieli, a jej włosy i oczy były złote. Nosiła ozdoby z lśniących kamieni i koszyk wyglądający na wiklinowy, pełen jakichś grzybów podobnych do pieczarek. Szła podśpiewując, a towarzyszył jej wilczur o trzech głowach. Walaszka na jej widok wydała okrzyk.
- Kimże na Ageja jesteś? Córą Europy, Enką, ułudą? - trójgłowy pies warczał, a koszyk z grzybami wypadł z ręki. Walaszka opanowała się. - Przepraszam, że cię przestraszyłam. Jam Walaszka, córa Nastazji, królowa rusałek – podziemnej nimfie słowa te nic nie mówiły, chociaż ucałowała jej kolano. - Znalazłam się tu wbrew swej woli, słudzy Rykara mnie tu wrzucili. Kim jesteś? - obie rusałki były równe wiekiem.
- Podziemnicą, czyli podziemną rusałką. Nazywam się Mrovica. Zaprowadzę cię do swoich – pies o trzech głowach obwąchał Walaszkę, a ta poszła wraz z Mrovicą w stronę podobnej do ula chaty wzniesionej z głazów. Rodzina Podziemnicy składała się z ojca – wodnika, ubierającego się tak jak wodniki na powierzchni, matki w białej sukni i licznego rodzeństwa. Mrovica pokazała zebrane grzyby, a ojciec zapytał:
- Kim jest twoja znajoma?
- Nazywa się Walaszka, córka Nastazji, ojcze – odrzekła Mrovica. - Mieni się królową rusałek i wodników, przybyłą z powierzchni, czyli kimś większym od naszej wielkiej księżnej. Nosi Serce Niepodzielnego i pierścień z jednorożcem, więc chyba to prawda – cała rodzina oddała jej hołd bijąc czołem o klepisko, a następnie matka Mrovicy posadziła gościa na honorowym miejscu i dała jej co miała najlepszego: potrawy z grzybów, rybę w cieście, najczystszą wodę. Walaszka jadła z apetytem, lecz przestrzegała etykiety. Dowiedziała się, że ojciec Mrovicy nazywa się Byl (Bilus, Vilus), macierz Huragana, a rodzeństwo: Marduła, Anej Młodsza, Starsza i Średnia, Żempatis, Żempata, Podziomek, Podziomka i najmłodsza córka Grażias. Marduła urodził się z rubinem w czole, a trójgłowy pies nazywał się Śpas. ,,Mokosza umiłowała tę rodzinę, czyniąc ją tak liczną'' – pomyślała z podziwem Walaszka. Rodzinie towarzyszyła też nie tak dawno babcia Azjaka (Ayisaca), lecz niestety i tu dotarł lodowy oścień Mar – Zanny, zwanej przez Podziemników i Podziemnice ,,Śmierztecką''. Gospodarze z ciekawością, acz uprzejmie, pytali się o Nadziemie, Walaszkę zaś ciekawiło wszystko co się tyczyło Podziemnic.
- Jesteśmy tu od czasów Anej I, która tak jak ty nosiła Serce Niepodzielnego – opowiadał Byl. - Przejście 



do Podziemia odkrył wówczas ciekawy świata wodnik Sosis z rzeki Nilus. Należał do plemienia Sobaków, co wypasają krokodyle i hipopotamy. Wejście odkrył w podwodnej jaskini. Wszedł tam razem z umiłowaną i potomkami i z jego krwi są Podziemnice. Jedną z jego cór, Asę Parezis, więc wybrał na Wielką Księżną Podziemia. Zwracam uwagę, że nie mamy tu królowych, bo uznajemy wszystkie następczynie Anej I, aż do ciebie. Synowie i córki Sosisa wzięli żony i mężów z Powierzchni; ze świata nakrytego niebem. Asa Parezis wyszła za wodnika Zieleńczyka, a jej ojciec by zdobyć posag dla córki, wdrapał się za pomocą pazurów 



smoka Wyrma o złotej głowie, na wielką górę Elbrus, gdzie gryfy strzegły ogromnego alatyru. Aby go zdobyć, Sosis pozwolił im przekłuć siebie i wyszarpnąć ciała z rąk i nóg, a w zamian otrzymał drogi kamień. Dźwigając go na plecach, zaniósł do Podziemia, a tam trony wyrzeźbiły tron, którego odtąd używają wszystkie wielkie księżne. Smok złotogłowy stał się zaś godłem naszego księstwa.
- Pragnę usłyszeć o waszych współmieszkańcach – poprosiła Walaszka.


- Obecnej wielkiej księżnej Niklinie – rzekła Huragana – towarzyszy wielki jak byk, bury pies Garm, zwany Harmem, którego brzuch jest zawsze skrwawiony. Niektórzy zowią go Garmanem, lub Harmanem i choć groźny, nie jest zły. Żyją tu też psy trójgłowe, potomkowie Cerbera, syna Boruty i Dziewanny Šumina Mati. W rzekach i jeziorach mamy czarne żaby i białe, ślepe ryby. Gdzieniegdzie śpią smoki i wielkie węże. Żyjemy w zgodzie z gnomami i elfami, to jest królikami o trzech nogach.
- U nas na powierzchni, elfy to małe, urocze ludziki ze skrzydłami motyli, latające z kwiatka na kwiatek – skrzywiła się Walaszka.



- Elfy są różne, choć wszystkie wyszły z łona Mokoszy – rzekła Mrovica. - Są to dobre, jasne i piękne stworzenia, te co żyją na powierzchni, ale przecie niektóre z nich zsyłają choroby szyjąc z łuku strzałami o grotach jak haczyki. Istnieją też ciemne elfy, co wybrały Rykara. Pod nami jest Čortieńsk, a jego mieszkańcy często nas napastują.


- Jak duże jest Wielkie Księstwo Podziemia? - spytała Walaszka.
- Liczy wiorst milion milionów, połowę tego i ćwierć tej połowy – rzekł Byl. - Jest w nim wiele kamiennych osad, a stolicą jest położony w środku księstwa, ogromny Czarnogród. Nasza chata jest niedaleko siedziby wielkiej księżnej Nikliny. Możemy cię do niej zaprowadzić – Walaszka rada była zobaczyć stołeczny gród Podziemnic, lecz była już zmęczona, więc gospodarze pościelili dla niej puste łoże, w którym ongiś spała Azjaka. Królowa śpiąc śniła o wodniku, który umarł i w Nawi Jasnej dostał piękną i miłą żonę. Był on jednak stary; siwy i zgrzybiały jak człowiek, więc Weles pokazał mu drzewo, na którym rosły skóry wodników. ,,Jeśli ubierzesz tę, odmłodniejesz'' – tak próbował zrobić, lecz skóra młodego wodnika była bardzo ciasna, aż zamienił się w niedźwiedzia, którego Walaszka ubiła. Dziwny sen! Po nim przyszły następne, lecz były to jeno strzępki myśli, których już królowa nie pamiętała po przebudzeniu. Byl i Huragana ilekroć udawali się do Czarnogrodu, zaprzęgali do ogromnego wozu parę wielkich jak konie, sinych jaszczurek. Wóz był tak wielki, że mieściła się na nim cała liczna rodzina, a i dla gościa znalazło się miejsce. Czarnogród był ośmiokrotnie większy od Toropiecka ; Walaszka nigdy nie widziała tak ogromnego grodu. Wszystkie budowle były z kamienia; zarówno ze zwykłego, jak i w kamieni szlachetnych i półszlachetnych. Mury miasta zbudowano z gagatu – drogiego kamienia czarnego jak węgiel. Gospodarze oprowadzali gościa po Czarnogrodzie; pokazali zabytkową oberżę ,,Pod Czarnym Diamentem'', liczne fontanny, ulice brukowane diamentami i zielonymi perłami, latarnie, w których świeciły perły i rubiny, kapiące od złota marmurowe chramy Mokoszy i Welesa, wreszcie srebrny, o ścianach wysadzanych brylantami, szafirami i alatyrami, pałac wielkiej księżnej. Był właśnie czas zwiedzania i audiencji, toteż Walaszka wraz z rodziną Mrovicy bezpiecznie przeszła przez złotą bramę, której pilnowały dwie żaby; zielone i wielkie niczym krowy. Walaszka chociaż była królową i córą królowej, nigdy nie mieszkała w zamku. Cały czas wędrowała po królestwie walcząc ze sługami Niemal Człowieka, tak jak jej matka. Dotąd, najwspanialszą siedzibą w jakiej przebywała, był zamek werszek Dunaja i Dany, na dnie rzeki Erydan. Pałac Nikliny, wielkiej księżnej Podziemia pełen był rzeźb i fresków, dywanów z Peristanu, złotych i srebrnych naczyń, mieczy i kolczug – a wszystko to wołało o podziw. Wokół słychać było cudowny śpiew, lecz nie był to śpiew syren czy łabędzi, ale pienie rusałek. Powietrze było ciężkie od zapachu kadzidła, a Walaszce przypominało to palenie zwłok jej matki. Rodzinie Mrovicy udzielono audiencji; zgodnie ze słowami Byla, wielka księżna zasiadała na tronie z alatyru, który ongiś Sosis przytaszczył z góry Elbrus (Elburz). Niklina o czarnych puklach, nosiła modrą szatę przetykaną złotem, a na szyi niczym Mokosza, diament o dziesięciu kolcach. U jej stóp leżał pies Garm. Ogromny, kudłaty brytan o wiecznie skrwawionym brzuchu, na widok Walaszki poderwał się i z głuchym warczeniem podbiegł. Królowa nie miała przy sobie miecza, bo straciła go w ostatniej walce, lecz gdyby przyszło co do czego, umiałaby zwyciężyć Garma. Ten jednak wciągnął nosem powietrze, zatrzymał się, odwrócił i tak rzecze:
- Wow! Czuję krew królowej i bicza na potwory! - następnie przypadł do Walaszki i z czcią polizał jej białe dłonie. Wówczas Mrovica założyła jej na szyję Serce Niepodzielnego, a Niklina z dworem padła na twarz, a następnie ucałowała kolano Walaszki. Królowa nie lubiła tego zwyczaju. ,,Wszak jestem jeno stworzeniem''! - mówiła, lecz taka była etykieta sięgająca czasów Anej I. Następnie na cześć ,,królowej ze Świata Całowanego przez Słońce'' wielka księżna wydała ucztę, na której podano jadalną ziemię z Nabatei, , różne kolorowe cukry, rodzynki z drzewa rodzynkowego (do potopu kończącego erę jedenastą rosły takie), oraz wiele innych specjałów. Uczta była długa i radosna, lecz coś ją przerwało …

*



- Za zdrowie Walaszki! - Podziemnik Smokicz, mąż Nikliny wzniósł toast rumianym winem, gdy na salę wbiegł jakiś stworek i przypadł do nóg królowej. Był wielkości zająca, a pokrywała go biała skóra w szare plamki. Chodził na dwóch nogach; miał małe różki, świński ryjek, szponiaste łapy, szczurzy ogon, a jedna jego noga miała stopę kaczki, a druga psa. ,,Ki Čort''? - pomyślała Walaszka chrupiąc głowę cukru pomarańczowego.
- Czego pragniesz, gnomie? - spytał wielki książę Smokicz. - Widzisz, że gościmy królową ze świata owiewanego wiatrem.
- Pani Walaszko – zakwiczał gnom – jestem Udurek, twój sługa. Przychodzę prosić waszą jasność – pomoc; jestem jednym z dziesięciu gnomów porwanych przez Čorty. Licho trzyma mych braci na hakach, lecz ja, dzięki Welesowi uciekłem... - Walaszka wstała od stołu.
- Czyż możemy ucztować, kiedy giną inne dzieci Mokoszy? - Niklina i Smokicz początkowo nie chcieli ryzykować zatargu z Čortami, lecz postawa królowej zawstydziła ich.
- Niech, no kto wskaże mi drogę do Čortlandu! - Niklina skrzyknęła drużynę, po czym zaprowadziła Walaszkę do chramu Welesa, a dokładniej do jego piwnicy. Tam leżał głaz, który królowa, w której wiotkim ciele drzemała siła słonia, przesunęła odsłaniając dziurę, z której buchały opary siarki.


- Nawet najpotężniejsza władczyni sama nie pokona Čortów – ostrzegła kapłanka Luna Čapek. - Sam Agej może zwyciężyć smoka Rykara, a Enkowie tacy jak Jarowit czy Mokosza, których się lęka cały Čortieńsk, mają moc nie z siebie, lecz z Ageja. Pomyśl o tym, pani – nalegała Podziemnica, lecz Walaszka tak jak jej matka Nastazja bywała zarozumiała. Bez słowa zanurzyła się w cuchnącym otworze, a za nią udała się drużyna Nikliny. Podziemnice i podziemniki rzuciły się w ciemność rozjaśnianą nie blaskiem klejnotów, lecz niegasnącym ogniem. Zarówno Walaszka jak Niklina i Smokicz byli odważni, lecz tego miejsca nie przenikała obecność Ageja – panowały tu strach i bezbrzeżna rozpacz. Razem ze swą panią do jamy wskoczył Garm. Niklina miała na szyi diament o dziesięciu kolcach i ten służył za latarnię. Čortieńsk zdawał się być pusty, jeno z bardzo daleka dobiegał ryk smoka piekieł i ujadanie Czarnego Psa. Walaszka i Niklina pozwoliły odejść tym z drużyny, które odczuwały lęk. Światło diamentu rzucało blask na czarne ściany zbryzgane krwią, na których wisiały łańcuchy i szkielety. Długo trwało to oglądanie, aż drużyna nie wiedząc o tym, doszła do tej dziedziny, w której mieszkało Licho. Kiedy światło kolczastego diamentu padło na czarną ścianę, pokrytą bazgrołami, oczom wszystkich ukazały się gnomy i króliki o trzech łapkach, zwane ,,elfami'', które Čorty zawiesiły żywcem na hakach. Nikt ich nie pilnował, więc Walaszka, Niklina i Smokicz uwolnili je z haków, a potem kroplami swej modrej krwi, uleczyli je. Podziemnica Nebeska nosząca to imię z powodu barwy oczu, zaprowadziła gnomy i elfy z powrotem do Wielkiego Księstwa.
- Czas na nas – rzekł Garm – czuję zieloną krew Čortów! - Walaszka i Niklina już miały dać znak do odwrotu, gdy w mroku ujrzały świecące oczy i poczuły odór siarki i smoły. Blask diamentu rzucił światło na półnagiego męża o głowie komarzycy, na plecach mającego kostne skrzydła ptasie bez mięsa i skóry. Wszyscy wiedzieli, że tak wyglądało Licho. Towarzyszył mu wielki wąż, truś o złotej głowie nazywający się Złoczyń i Bęś – gęś wielkości człowieka mająca zęby i zionąca ogniem.
- A kogóż to moje piękne oczy widzą! - zakrzyknęło Licho; na ucieczkę było za późno.


Garm rzucił się z zębiskami na Złoczynia i Bęsia, zaś graf Lichon złożył dwa patyki i wezwał przez nie posiłki. Wąż i potwór podobny do gęsi leżały we własnej, zielonej krwi, lecz wtem zaroiło się od Čortów. Przybył 


Bee – człek z potworną głową barana, jego brat Trysław, zwany Trykosławem, Bukaj Wroga z bagien o wielkich pazurach, z każdą minutą wojsk Rykara było coraz więcej. Walaszka i Niklina wraz ze Smokiczem rzuciły się bronić odwrotu swej drużynie. Straszliwy Vujek o głowie przypominającej gruszkę z ogromnymi kłami i ognistymi ślepiami, wywijając młotem zabił psa Nikliny i począł miażdżyć jej drużynę, aż Walaszka odcięła mu ramię i głowę. Pani Garma ubiła Bee, a jej mąż – Trykosława i Bukaj Wrogę. Jednak Čortów było coraz więcej, zdawały się być liczne niczym piasek na plaży. Walka trwała w najlepsze, gdy wtem 


piekło zadrżało od tupotu potężnych stóp i od wycia jakby tysiąca tysięcy wilków. ,,To idzie Czarny Pies''! - drżały Čorty. Istotnie; w mroku niby dwa czerwone księżyce zajaśniały wielkie oczy brytana ogromnego jak smok i czarnego jak smoła. Ślina z jego paszczy leciała jak wodospad. W erze pierwszej, jeszcze przed zdradą Rykara, Czarny Pies był Enkiem noszącym imię Zmiennik, któremu Agej zlecił stworzenie lądu, lecz Zmiennik nie wykonał polecenia, zajęty podziwianiem swego odbicia w wodzie. Jego zadanie wykonała dopiero Mokosza w erze drugiej. Na jego widok zarówno Čorty, jak i drużyna Nikliny zadrżała w wielkiej trwodze. ,,Uciekajmy, bo nas zje''! - wołały Podziemnice, lecz Walaszka nie okazała strachu, co nie znaczy, że się nie bała. Z rąk jednej z wojowniczek wyjęła ciężką palicę i gromko zawołała:
- Wracajcie do budy, psie Rykara! - Czarny Pies zaryczał jak byk i pochylił łeb, by zdruzgotać Walaszkę potężnymi zębami. Jednak królowa nie ruszyła się z miejsca, jeno palicą przebiła pysk Čorta. Wytrysnęła fontanna zielonej krwi, a Czarny Pies piekieł ryczał z bólu tak głośno, że poczęło pękać sklepienie oddzielające Wielkie Księstwo Podziemne od Čortieńska. To była zagłada marchii założonej ongiś przez Sosisa. Na szczęście wszystkie rusałki i wodniki mocą daną przez Mokoszę zmieniły się w Światła i opuściły ginący świat przez rozliczne jaskinie. Razem z nimi wydostała się Walaszka, a Mrovica złożyła jej hołd, została pasowana na wojowniczkę i odtąd jej towarzyszyła w walce z Niemal Człowiekiem. Wielkie Księstwo Podziemia zginęło, lecz pamięć o podziemnych nimfach przetrwała erę dziewiątą i opowieści o nich zaczęli snuć ludzie. Tak pojawiła się wiara w ,,rusałki katakumbiane'' , które w erze trzynastej miały wskazywać schronienie chrześcijanom w Analapii, których prześladował Artur Apostata. W Szczecinie opowiada się legendę, wg której w przejściu podziemnym na ul. Wyzwolenia są żółte drzwi prowadzące do tajemniczego świata, gdzie rządzi rogaty car Rachman i gdzie wśród wielu innych istot żyją rusałki katakumbiane. Może kiedyś Czytelnicy to sprawdzą...


*


Słowem Podziemnice, ,,Codex vimrothensis'' i encyklopedia ,,Obraz świata'' nazywają również trzy córy Skarbnika i Jedlicy Pustułki. Wszystkie były jytnas wielkiej piękności, a nazywały się Zołta, Mlecznobiała i Doruna. Tak jak ich ojciec mieszkały pod ziemią i opiekowały się górnikami. W erze trzynastej, w analapijskiej prowincji Śląż żył młody górnik noszący imię Bzdurek. Pewnego razu, Podziemnica Zołta, o złotych włosach, ostrzegła go przed zawaleniem, a jego serce poczęło pałać na jej widok. Górnik nie mógł przestać myśleć o uroczej córze Skarbnika, więc oświadczył się jej. Jednak Podziemnica odrzuciła jego zaloty, bo wszystkich górników kochała tak samo i chciała być gotowa do spieszenia pomocą im wszystkim. Poza tym jak powiedziała ,,jytnas się nie żenią, ni nie wychodzą za mąż''. Biedny Bzdurek z rozpaczy zachorował. Gdy leżał w łożu niezdolny do pracy, pielęgnowała go prosta dziewczyna Osobita, która go kochała, lecz on o tym nie wiedział. Gdy wyzdrowiał, pokochał Osobitę, a po długim narzeczeństwie zostali mężem i żoną. Legendy mówią, że Osobita przeżyła męża i została Grochową Matką, wśród dojrzewającego grochu karmiąca swe dzieci.






czwartek, 7 sierpnia 2014

Oniricon cz. 51

Śniło mi się, że:


- wsiadłem do autobusu zdobionego wizerunkiem Conana, a tymczasem jakiś mężczyzna rzucał w niego kamieniami, gdy wysiadłem, zobaczyłem jak obrzucali się kamieniami komuniści i ich przeciwnicy; byłem zły z tego powodu i zerwałem plakat z napisem ,,Żercy - Narnia - komuna'' i wołałem: ,,Precz z komuną'' oraz ,,Lewaki do psychiatry'',



- pomyślałem o Monice Stiepankovic, że kiedyś dziewczyny w jej wieku wstępowały do zakonu i zostawały świętymi,



- widziałem piękne Egipcjanki z czasów starożytnych,



- Mama mi opowiadała, że w filmie ,,Dziecko Rosemary'' mały chłopiec oddał mocz na piasek i zobaczył w nim diabła, chciał mu pomóc egzorcysta,



- mówiłem, że ,,Luzjady'' Camoesa to może nie fantasy, ale też fantastyka,
- pomyślałem, że gdyby nie te wszystkie wojny, wiek XX byłby całkiem fajną epoką,



- jakiś starszy pan wspominał jak w czasach II RP kupił loda na randce z dziewczyną,



- zasadziłem na brzozie jemiołę i miałem wątpliwości czy w ten sposób nie niszczę drzewa,



- byłem na spotkaniu autorskim z Mają Lidią Kossakowską, która powiedziała mi, że powinienem się wykąpać,
- papież Franciszek chwalił Lecha Wałęsę mówiąc, że prowadził dobrą politykę gospodarczą, choć źle zrobił nie przyjmując od Ukraińców jakiejś mierzei nad Morzem Czarnym, zadowalając się Mierzeją Kurońską nad Bałtykiem,



- czytałem opowiadanie fantasy Clarka Ashtona Smitha, mające w tytule Eryks, którego akcja toczyła się w Kosmosie, występowali tam Polacy, potomkowie Amerykanów, którzy utworzyli barbarzyńskie plemię oraz nadzy Marsjanie o rdzawej skórze mający dziwne, spłaszczone głowy jakby salamander olbrzymich, w opowiadaniu pojawiły się symbole chrześcijańskie i masońskie (biała lilia, cyrkiel, jakaś gwiazda),
- papież Franciszek głosił kazanie w szczecińskiej drogerii i zdenerwował się gdy popsuł mu się mikrofon,



- księżniczka Turandot została uwięziona czarami w środku pomarańczy,
- w średniowieczu żyła Łakoma Henrietta, którą wielokrotnie w ciągu dnia próbowano otruć (min. zupą chińską), ale ona choć zjadła bardzo dużo zatrutych potraw, nawet się nie rozchorowała,
- byłem pacjentem szpitala psychiatrycznego na ul. Broniewskiego w Szczecinie prowadzonego przez zakonnice, chciałem pokazać swojego bloga matce przełożonej,



- jakiś Mulat, który potem zamienił się w Indianina, upierał się w rozmowie ze mną, aby nazywać rasę białą słowem ,,Manak'', ów człowiek zorganizował wyprawę badawczą do niezamieszkanej przez ludzi Ameryki Północnej,



- Trakowie skolonizowali południe Półwyspu Apenińskiego,



- jakiś człowiek nie lubił małp mających ogony, bo kojarzyły mu się z pająkami huśtającymi się na nitkach pajęczyny.

środa, 6 sierpnia 2014

Komandosi Kościoła

,,Byłem we śnie na tej łące. Nagle dostrzegłem mroczny, czworokątny dół. Nigdy przedtem go nie widziałem. Zbliżyłem się ciekawie i spojrzałem. Ujrzałem wiodące w głąb kamienne schody. Nie bez wahań i lęku jąłem schodzić. Na dole, za zieloną kotarą, znalazłem łukowate odrzwia. Zasłona, szeroka i ciężka, była jakby z lnianej czy jedwabnej surówki. Uderzyło mnie jej bogactwo. Rozsunąłem ją z ciekawością. Leżało przede mną skąpane w mrocznej poświacie prostokątne, blisko dziesięciometrowe pomieszczenie. Kamiennemu sklepieniu odpowiadała posadzka z flisów. Pąsowy chodnik wiódł od progu po niską estradę ze wspaniałym, pozłocistym tronem. O ile pomnę, leżała na nim bodaj czerwona poduszka. Tron był pyszny, bajeczny, iście królewski. Na nim stało coś. Ogromne, sięgające aż po strop. Najpierw pomyślałem, że to wielki pień. Szerokie to było na pięćdziesiąt, sześćdziesiąt centymetrów, wysokie na cztery do pięciu metrów. Był to jednak twór osobliwszy: ze skóry i żywego ciała, zakończony jakby stożkowym, łysym łbem: miast oblicza tkwiło na czubku samotne oko, wpatrzone nieruchomo w górę.To coś trwało bez ruchu, miałem jednak poczucie, że gotowe jest zaraz opuścić tron i popełznąć ku mnie niby robak. Stałem jak wryty ze zgrozy. W tej nieznośnie dłużącej się chwili dobiegł mnie nagle jakby z góry, z zewnątrz, głos matki. 'Przyjrzyj no się – wołała. - To ludojad'! Sen ów absorbował mnie całe lata'' – Carl Gustav Jung ,,Autobiografia''.



O zakonie jezuitów (Societas Iesu) dowiedziałem się w 1996 r. z cytowanej poniżej książki:

,,KIEDY ZAŁOŻONO TOWARZYSTWO JEZUSOWE?
Towarzystwo Jezusowe założył św. Ignacy Loyola w 1534 r.
Loyola […] był początkowo hiszpańskim rycerzem, później został księdzem. Wraz z sześcioma innymi duchownymi założył w Paryżu nowy zakon katolicki, uznany przez papieża Pawła III w 1540 r.
Członkowie zakonu, nazywani jezuitami, poświęcają się przede wszystkim wychowaniu i pracy misyjnej'' - ,,Kiedy było...? Księga pytań i odpowiedzi o dziejach świata''.

W klasie szóstej uczyłem się o jezuitach w kontekście reformacji i kontrreformacji. Z podręcznika wyłaniał się ich obraz raczej negatywny – jako zakonu wrogiego wolności wyznania, prowadzącego kiepskie szkoły, którego rozwiązanie w XVIII wieku umożliwiło w Polsce utworzenie Komisji Edukacji Narodowej. Wstyd o tym mówić, ale wówczas oceniałem ów zakon negatywnie, za co teraz serdecznie przepraszam ojców jezuitów. Dopiero później dowiedziałem się o licznych pozytywach ich działalności jak książka ,,Ćwiczenia duchowe'' św. Ignacego Loyoli (czytałem, pomogła mi w rozwiązaniu pewnego problemu), działalność charytatywna, patriotyczna i literacka ks. Piotra Skargi, przekłady ,,Biblii'' ( przekład polski Jakuba Wujka, angielska ,,Biblia z Douay'' mniej popularna od protestanckiej ,,Biblii Króla Jakuba''), prowadzenie szkół (w tej dziedzinie duże zasługi miał również inny zakon - pijarzy), działalność misyjna św. Franciszka Ksawerego (dla ciekawostki: uważał Japończyków za najszlachetniejszych ludzi na świecie), pokojowa chrystianizacja Chin i Indii w XVIII wieku (szacunek jezuitów do miejscowych zwyczajów aż ocierał się o synkretyzm), czy działalność naukowa niektórych członków zakonu (Teilhard de Chardin, Aleksander Posacki). W XVIII wieku papież Klemens XIV skasował znienawidzony przez wrogów Kościoła zakon dokumentem ,,Dominus ac Redemptor noster'' (wcześniej, w 1759 r. jezuici zostali wygnani z Portugalii, w 1764 r. - z Francji, w 1767 – z Hiszpanii, zaś 1768 – z Neapolu). Po kasacie jezuici zostali tylko w Rosji i Prusach – Katarzyna II i Fryderyk II zabronili odczytać breve, aby w myśl zasady ,,divide et impera'' móc rozbijać Kościół. W 1814 r. zakon został przywrócony bullą papieża Piusa VII ,,Sollicitudo omnium Ecclesiarum''. Od XVI aż po XXI wiek jezuici padli ofiarą wielu oszczerstw, stając się bohaterami licznych teorii spiskowych. W XVII wieku, kłamstwo Tytusa Oatesa o rzekomym jezuickim spisku rozpętało w Anglii serię prześladowań katolików. W XIX wiecznych Prusach antyjezuicka histeria sięgnęła zenitu, gdy obwiniano Towarzystwo Jezusowe o … otrucie lwa w ogrodzie zoologicznym. Do jezuity porównywano potwora, który przyśnił się czteroletniemu Jungowi, chociaż stwór ten bardziej przypomina potwory z mitologii Ctulhu (myślę, że Jungowi mógł się przyśnić diabeł). We współczesnych teoriach spiskowych, które są bzdurne i niegodne wiary, jezuici rozpętali obie wojny światowe, a nawet zorganizowali zamach na World Trade Center! Niektórzy błędnie przypisują im założenie sekty Iluminatów w XVIII wieku (tak naprawdę ich założyciel Adam Weishaupt został Iluminatem po odejściu z zakonu jezuitów). Inni jeszcze wierzą w prawdziwość falsyfikatu ,,Secreta Monita'' (1611 r.) błędnie przypisywanego Claudio Acquavivie. Jego faktycznym autorem był Hieronim Zahorski, który napisał ów paszkwil w zemście za wydalenie z zakonu.
W mojej twórczości do zakonu jezuitów należał żyjący w XVII – wiecznym Wilnie o. Aleksander Solewicz; przyjaciel i spowiednik pana Innowojciecha Błyszczyńskiego, autor ,,Glosariusza''.



Śniło mi się, że:

- będąc na spotkaniu z o. Posackim miałem przy sobie papierową torbę ze straszydłami z ,,Monster High’’ i wstydziłem się tego, tłumaczyłem jezuicie, że to nie ja ją kupiłem, ale Mama i że ja kupiłbym sobie inną torbę,
- w jednym ze szczecińskich parków za ogrodzeniem mieszczącym stację gazową, o. Posacki razem z dwoma innymi duchownymi rozmawiał o egzorcyzmach, podsłuchiwałem, a potem upadłem w błoto i się pobrudziłem, uznałem to za karę Bożą za to, że podsłuchiwałem i zastanawiałem się czy nie jest to grzech ciężki. 

wtorek, 5 sierpnia 2014

Wiosna

,, [...] A wiosna przyszła pieszo.
Już kwiaty z nią się spieszą,
już trawy przed nią rosną
I szumią; - Witaj wiosno!’’ – Jan Brzechwa ,,Przyjście wiosny’’.



Wiośnie służyły następujące Zviezduny – Miesiące:

Marzec (Martius) otrzymał imię od bliskiej zażyłości z wielkim wojownikiem Enków, Mieczysławem, którego Rzymianie nazywali Marsem. Miał postać junaka w kolczudze i spiczastym hełmie z czerwoną kitą, noszącego zieloną tarczę i miecz sporządzony przez Swarożyca z ogromnej bryły szmaragdu. Sławiono w pieśniach jego zwycięstwo nad końską czaszką na króciutkich, ludzkich nóżkach, ognistą miotłą, która sama latała, nad Čortem rozpusty Kanią i potworem podobnym do żmii. Był pierwszym Zviezdunem, który rozpoczął służbę Wiośnie.
Kwiecień (Łżykwiat) był świadkiem narodzin Teosta – wcielonego Swaroga nad rzeką Nilus, a później jego zamordowania przez Czerwonego Wiaczesława Amosowa i triumfu Cara Słońce nad Mar – Zanną. Przedstawiano go jako męża o złotych włosach przystrojonych krokusami. Należał do dworu nie tylko Wiosny, ale też Jaryły.
Maj był ojcem Mai – kochanki króla greckiego Jeszy, zwanego przez Greków Zeusem, a przez Rzymian – Jowiszem. Maja urodziła Hermesa przez Rzymian zwanego Merkurym. Najpiękniejszy ze Zviezdunów, zdobiący niwy i lasy ku czci Mokoszy i Dziewanny Šumina Mati, miał postać wiecznie młodego męża, o złotych włosach i oczach turkusowych jak nawki; zdaniem niewiast nie było odeń piękniejszego wśród wszystkich synów Novalsa. Potrafił też pięknie grać na flecie lub multankach, a jego nauczycielem był sam Rigel o głowie słowika, który sprowadził na Ziemię Perły Głosu. Mokosza wdzięczna za cześć jaką jej stale okazywał, wyprosiła dlań u Ageja, przywilej stworzenia jakichś istot rozumnych dla upiększenia świata i tak pojawiły się majki. Zviezdun ten o sercu czułym i szlachetnym, litował się nad każdą niedolą i usiłował jej zaradzić. Jego przyjacielem był słowik o upajającym głosie.



Śniło mi się, że istnieje dodatkowy, wiosenny miesiąc bosoń, następujący po maju, kiedy to chodzi się boso.

Zima

,,Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
Szczypie w nosy, szczypie w uszy
Mroźnym śniegiem w oczy prószy,
Wichrem w polu gna!
Nasz zima zła!

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
Płachta na niej długa, biała,
W ręku gałąź oszroniała,
A na plecach drwa...
Nasza zima zła!

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
A my jej się nie boimy,
Dalej śnieżkiem w plecy zimy,
Niech pamiątkę ma!
Nasza zima zła!’’ – Maria Konopnicka ,,Zła zima’’.



Zimie służyły następujące Zviezduny – Miesiące:

Grudzień miał postać siwego starca z długą brodą i włosami, a szatę nosił białą, lub czarną. Zima dałą mu moc tworzenia grud z ziemi, skąd otrzymał swe imię. W dniu kiedy Swaróg rozpalił po raz pierwszy Słońce na niebie, chodził razem z jytnas Dziadkiem Mrozem, albo z Gwiazdorem i rozdawał prezenty.
Styczeń w Italii zwany Janusem i odbierający cześć boską od Rzymian, miał dwie twarze – jedną z przodu, a drugą z tyłu głowy, co tłumaczono jako zwrócenie wzroku na rok, który odszedł i na rok, który się zaczął. W ręku trzymał kij. Towarzyszył mu wilk, stąd otrzymał od Anglów imię Wilczeń.



Luty (Groźny, Srogi) nosił karacenową zbroję z lodu i lodowy hełm. Okrywał się skórą niedźwiedzia, a buty miał ze skóry górskiego smoka. Można go było poznać po marsowym wzroku czterech oczu i po długich włosach, wąsach i brodzie barwy kory dębu. Na tarczy miał namalowany biały kwiat, zwany przebiśniegiem, który kwitnie zimą. Służąc swej siostrze, zamrażał rzeki, jeziora i morza niebieskim mieczem, który Swarożyc wyrzeźbił z szafiru, a z wielkiego wora, noszonego na plecach wysypywał mnóstwo śniegu. 

Jesień

Jesieni służyły następujące Zviezduny – Miesiące:



Wrzesień nosił wieniec z wrzosów i biały kaftan cały czas noszący trzy niewyblakłe plamy krwi. Gdy panował w przyrodzie, jaskółki poczynały się chować w rzekach i jeziorach – zimą wisiały przyczepione do lodu jak szynki w wędzarni. We wrześniu te z rusałek, które służyły Zimie poczynały topić dziewczęta, by te po obudzeniu się ze snu podobnego do śmierci, jaki powoduje utopienie, stały się jednymi z nich. Wrzesień otoczył specjalną opieką królewicza Wrzosa, syna Żmija Ognistego Wilka, pierwszego króla Sogdiany.
Październik miał postać potężnego jak tur męża o rudych włosach, wąsach i brodzie. Na głowie miał wieniec z kolorowych liści i hełm, czarodziejką mocą sporządzony z paździerzy. Chroniła go cudowna zbroja z lnu, wyglądająca na spiżową, a szary płaszcz z włókna konopnego czynił go niewidzialnym. Ostatni raz ludzie widzieli go w erze trzynastej, kiedy w Analapii panował król Bogdal. Wówczas to Październik bronił chrześcijańskiego, leżącego w Azji Środkowej, królestwa Chorezmu przed żądnymi krwi hordami cara Czerwonego Człowieka, na których czele stał potwór Lein.



Listopad (Prosiniec) świadek świąt Dziadów i Bab, które ustanowił Teost, miał postać męża, którego młodość już przeminęła, lecz jeszcze nie postarzał się na dobre. Nosił wieniec z brązowych, kruszących się liści na długich włosach i szarą opończę. Miesiąc ten kończył Rosalny Tydzień – ostatnie dni, podczas których rusałki służące Zimie kończyły topienie niewiast. Przyglądał się też biciu świń na szynki i kiełbasy na zimę, skąd otrzymał imię Prosiniec. Widywano go gdy chodził między kurhanami i mogiłami i odpędzał szablą te Osmętnice, które siejąc smutek w sercach niewiast, doprowadzały je do samobójstw.