wtorek, 1 września 2026

Anielski William Goffe?



 ,,Odparcie ataku Indian na Hadley  przez długi czas uchodziło za wydarzenie cudowne, w którym na rzecz białych musiały działać siły nadprzyrodzone. [...] Czerwonoskórzy uderzyli na osadę w momencie, gdy prawie wszyscy jej mieszkańcy  zgromadzili się na modłach w miejscowym zborze, a że czas był niespokojny, każdy z przybyłych miał pod ręką muszkiet do obrony. Trudno jednak był sprostać furii napierających Indian. Wydawało się już, że nie ma nadziei na przetrwanie, rozpoczął się nawet odwrót ze świątyni do pobliskich lasów. I w owym krytycznym  momencie pojawiła się wśród obleganych tajemnicza postać. Był to wysoki starzec o rozwianych włosach i z długą siwą brodą, o zawziętym obliczu i gorejących oczach. W ręku trzymał szablę. Ze sposobu wydawania rozkazów przerażonym ludziom i z całej jego postawy można było wnosić, że to człowiek obeznany z wojennym rzemiosłem i wprawny w dowodzeniu. Wsparci jego przykładem osadnicy zaatakowali i przepędzili Indian z osady. Po zwycięstwie zaczęto rozglądać się za wybawcą, ażeby podziękować mu za ocalenie. Przepadł jednak niczym kamień rzucony w wodę. Orzeczono więc, że musiał to być posłaniec z niebios, specjalnie przybyły z ratunkiem dla pobożnych purytanów  przed czerwonoskórymi diabłami. [...] Dzielnym dowódcą okazał się angielski generał William Goffe, służący niegdyś pod Cromwellem. Był on jednym z sędziów, którzy skazali na śmierć króla Karola I. Kiedy na tronie osiadł Karol II, wkrótce po śmierci Cromwella, na 'zabójców króla' urządzono istne polowanie. Pojmanych albo wieszano, albo po krótkiej rozprawie sądowej skazywano na dożywocie w twierdzy. Kilku z nich zbiegło do dalekich krajów - tak właśnie jak Goffe. Dotarł on aż do Hadley i tam ukrywał się w domu swego przyjaciela nazwiskiem Russel. Cała ta historia wyszła na jaw, kiedy Goffe w wieku siedemdziesięciu czterech lat zmarł, w cztery lata po uratowaniu osady''  - Zbigniew Teplicki ,,Wielcy Indianie Ameryki Północnej''

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz