wtorek, 19 stycznia 2016

Petygor

Było to za Żmijewicza, wielkiego cara Słowian. Gdzieś pośród stepów, tam gdzie gród Uherce stoi, w rodzinie grododzierżcy, w czas wielkiej ulewy, kiedy to i pioruny raz po raz biły, urodził się bohater potężny. Za oknem książęcego dworca, w strugach ulewy i pośród kałuży tańczyły i cichutko, jękliwie śpiewały pluchy – słotnice. Były to nimfy w szare łachmany odziane, co taki miały zwyczaj, że ludziom ukazywały się tylko w czas słoty i tańczyły w zimnie, zawsze przemoczone do suchej nitki, a deszcz ściekał strumieniami z ich długich, złotych włosów. Smętnymi głosy sławiły swą matkę Mokoszę, bez której błogosławieństwa nie byłoby dżdżu, a nieraz dotrzymywali im towarzystwa deszczowi ludzie i deszczolwy. Kniaź uherecki Władybor Staniborowicz, któremu właśnie rodził się syn z łona Zerny Milaniewnej, gościnny jak na Słowianina przystało, chciał zaprosić smutne, lecz nieszkodliwe pluchy – słotnice do swego dworca, lecz te uprzejmie odmówiły, wypowiadając za to takie słowa:




- Twój syn będzie bohaterem; chrobrym o sercu łagodnym dla skrzywdzonych. Nazwij go Petygor, bo będzie pierwszym między najdzielniejszymi z witezi Żmijewicza – ulewa skończyła się, zaczęło się przejaśniać, więc deszczowe rusałki gdzieś się zapodziały. Władybor i Zerna zgodnie z ich słowami nazwali syna Petygorem (Petigorus).


*

Car Żmijewicz, z początku rex ambulans, z czasem wybudował sobie stolicę – gród Czernozielsk, dziś zwany Czarnobylem, a było to w miejscu gdzie bujnie rosły piołuny, które zamieszkujące w okolicznych jarach czarownice dodawały do uzwarów. Czernozielsk o stu bramach, otoczony wysokim a grubym wałem z drewna i ziemi, ludny i bogaty, przyciągał kupców a odstraszał najeźdźców. Wszyscy królowie Słowian – Białych i Czerwonych Krobatów, Chrobatów żyjących w rejonie Gór Czarownic, Rusiczów, Burów Czarnosiermiężnych, Lugiów, Wolinian – potomków mężnego króla Barnima Maczugi przez Arabów zwanego Madżakiem, Traków, Bolgarów znad Kamy, Korutanów, Rudawian, Szumawian, Słowińców – Kuszobów, Połabian, Łużyczan, Miłżan, Ranów, Słoweńców znad jeziora Ilmen oraz wszystkich innych, na rynku Czernozielska składali hołd carowi – synowi żmija, Żmijewiczowi o brodzie w trzy warkocze zaplecionej, którego Chrobaci ukoronowali na Łysej Górze na kagana, czyli słowiańskiego cesarza, zasięgali jego rady, świadomi jego żmijowej mądrości – chytrości oraz prosili o rozstrzyganie spraw sądowych, obalanie tyranów i przywracanie sił żywotnych umierającym królestwom i ludom. Żmijewicz spełniał pokładane w nim nadzieje, zaś kierowana przez niego Wspólnota Słowiańska posłużyła za wzór późniejszym amfiktioniom greckim. Czernozielsk; Miasto Piołunów; dziś pod inną nazwą będące symbolem straszliwej ponad ludzkie wyobrażenia i haniebnie zatajonej katastrofy atomowej, której można było uniknąć, w erze dwunastej było opiewane przez poetów i kronikarzy, a jego chwała dorównywała chwale Vinety. Sam zamek kagana – cara – króla Żmijewicza przewyższał swym ogromem i przepychem Pergamon – kasztel trojańskiego króla Priama, a i na Atlantydzie mało było budowali mu równych. Nikt też z zamku Żmijowego Syna nie odchodził głodny, ani obdarty, aż poczęto myśleć, że car jest Enkiem.




Petygor liczył sobie osiem lat i postrzyżyny miał już za sobą, gdy razem z ojcem i matką pojechał do Czarnozielska, bo sam car Żmijewicz, w mowie krasnoludków zwany Vyperosin, zaprosił jego ojca na swój dwór. Chłopiec nigdy wcześniej nie widział grodu tak wielkiego i pełnego wspaniałości, przeto trzymając się matczynej sukni, rozdziawiał szeroko usta i pokazując paluszkiem, pytał się: ,,Co to''? Istotnie; miał się czemu przypatrywać. Rynkiem ciągnęły karawany dwugarbnych wielbłądów z Baktrii i dromaderów z Arabii, Efy i Madianu, rżały konie i ryczały jaki z Napalu; podobne do sklawińskich turów, lecz okryte znacznie dłuższym włosiem. Pełno było kupców białych z Nürtu, żółtych z prastarego Sinea, czarnych znad Morza Trzcin i brązowych z Bharacji, a tych wszystkich towarów – kobierców z Medii, przypraw z Dżawy, skór panterczych, złota, srebra, bursztynu, kości słoniowej i wszelkich innych z płowieckimi niewolnicami włącznie, Petygor zobaczył w jeden dzień więcej, niźli w Uhercach zobaczyłby przez całe życie. Szczególną uwagę, tak dzieci jak i dorosłych przykuwał śnieżnobiały słoń, zdobyty przez cara Żmijewicza w czasie jednej z granicznych potyczek z Sarmatami i ich sojusznikami z dalekiej Bharacji. Ogromne zwierzę ni z tego, ni z owego, dostało nagle szału. Donośnie rycząc i zabijając chcących go powstrzymać wojów ciosami trąby, biały słoń począł biec i tratować targowiska. Ludzi ogarnęła panika.




- Tu trzeba trzynastu Rmoahalów – Błękitnych Nomadów z Lemurii, ich siły i oręża, bo zwykły człowiek nie jest w stanie ubić tej bestii! - krzyczał biegnąc na oślep przed siebie jakiś gruby Arab, zaś słoniowe uszy kojarzyły się teraz niejednemu z błoniastymi skrzydłami Čortów. Najzupełniej nieoczekiwanie ośmioletni zaledwie Petygor, na oczach cara i całego tłumu wskoczył na słonia, łapiąc się jego uszy i usiadł się na jego głowie.
- Słoniu, głupi słoniu – chłopiec bił piąstkami w łeb zwierzęcia jak w bęben – czemu tak wszystko rozwalasz? - Petygor choć był dopiero dzieckiem, miał już w sobie tyle siły, że powalił trąbowca na ziemię.
Słoń obity niby kijem – samobijem tak, że zdawał się martwy, po chwili powstał i popędził przed siebie unosząc małego Petygora na swej głowie. Wreszcie wbiegł porykując do miejskiego zieleńca, gdzie osłabiony ciosami chłopca runął z hukiem na ziemię.
- Czemu mnie dręczysz? - spytał słoń Petygora, któremu już w Uhercach zdarzało się ucinać pogawędki z czarną kotką Murką, białym psem Mleczkiem, kurami i szpakami.
- A ty czemu wszystko niszczyłeś? - spytał Petygor i wywiązała się z tego długa rozmowa.
Gdy do zieleńca przybyli dorośli, Petygor powiedział carowi Żmijewiczowi, że słoń wściekł się dlatego, że zatęsknił za ojczystą puszczą, gdzieś nad Gangosem.
- On żałuje, nawet płakał. Czy możesz pozwolić mu tam pójść, panie? - spytał żmijowego syna.
- Pozwolę – odparł Żmijewicz – i zapłacę grzywnę za tych, których zabił ich zadrugom, choć kara śmierci nie byłaby dlań niesprawiedliwa. Nikt nie może zabijać mego ludu, bo się wściekł. Słoń będzie żył, bo okazał skruchę, jednak musi obiecać, że idąc ku Bharacji powstrzyma się od niszczenia upraw, a nie będzie krzywdził ludzi i ich trzody. W przeciwnym razie sam go ubiję.
Słoń obiecał i nawet słowiańskim obyczajem wezwał Welesa na świadka swej przysięgi, po czym poszedł wolno. Niby korab brodził w zieloności stepów, po czym zaszył się w lesie, pod opiekę Boruty i Dziewanny Šumina Mati i słuch o nim zaginął. Tymczasem car Żmijewicz pasował Petygora na najmłodszego ze swoich witezi, czyli rycerzy.
- Kim będzie to dziecię? - pytali się tak Słowianie jak i obcoplemieńcy, jednak Petygor wciąż jeszcze musiał się wiele nauczyć i wciąż jeszcze był dzieckiem.


*

,,Petygor z rodu Staniborowiczów wzrastał w latach i łasce u Enków, aż wyrósł na wielkiego mocarza; bogatyra galopującego przez stepy na bielszym niż śniegi koniu. Włosy miał czarne i długie; wielka siła w nich zaklęta była, ciało zaś blizny liczne pokrywały. Silniejszy był niźli niedźwiedzie. Prawicą sosny obalał, miecz jego ciął stal i kamienie. Jedno oko miał błękitne, a drugie złote jak serce Welesa. Mowę zwierząt rozumiał. Lękali się go Sarmaci i rozbójnicy'' – Wojusz z Gozdowa ,,Gędźba o junakach''



Petygor udał się na zachód, nad rzekę Visanę, do Czerwonej Krobacji, albo jak inni powiadają, do kraju Mazivów – Mazonów, posłyszał bowiem o trapiącym te okolice lutym demonie wezwanym z ognistych czeluści Čortieńska przez sarmackich magów, aby dręczył Słowian. Owego potwora, przed którym drżeli najodważniejsi witezie, nazywano Białym Divem, czyli Bielanem (Divus Vakilis – Vakilidan), pokryty był bowiem białym futrem o lekko żółtawym odcieniu. Petygor zakuty w zbroję karaceńskiej roboty z czerwonym ryngrafem z imieniem Mokoszy na piersi, ujrzał swego przeciwnika wyższego niż koń, o wilczym, albo małpim ogonie, ze szponami straszliwej długości. Głowę miał ci on sineańskiego smoka zwieńczoną bawolimi rogami. Podobnie wyglądał Czarny Div




– Czerlon zabity przez Urusłana wraz z synem Klimkiem, choć pokrywające go kudły miały barwę smoły. Syn kniazia Władybora natarł dłonie ziemią, aby sił mu użyczyła, po czym dosiadając swej klaczy, której imię brzmiało Jasnost', zaszarżował jak husarz i jednym ciosem miecza Budzisława ściął smoczy łeb dewa, dając wytrysnąć fontannie zielonej krwi. Z przeciętej szyi buchnął śmierdzący ogień i Čort nałożywszy sobie łeb na kark skoczył jak pantera i obalił Petygora na ziemię.
- Teraz to ja jestem piwo, a ty pragnienie! - rzekł Biały Div.
W jego wyłupiastych ślepiach junak widział korowód obrazów nęcących spokojem, bogactwem, władzą i rozkoszą płynącą z cielesnego obcowania z licznymi a zepsutymi niewiastami. ,,Zyskasz wielką sławę bez najmniejszego wysiłku, czy cierpienia, ale najpierw zaprzestań ze mną walki... a potem mi służ'' – czytał w tych okropnych oczach pełnych jadu i mrozu. Bezwiednie dotknął ryngrafu z imieniem Mokoszy i wówczas ocknął się. Rozciął brzuch Białego Diva jednym płynnym ruchem Budzisława, aż wyleciały zeń śmierdzące siarką, płonące flaki. Potwór złapał się szponiastymi łapami za brzuch i zamarł w tej pozycji. Petygor spojrzał za siebie i zobaczywszy Mokoszę unoszącą się nad stepem na białym obłoku z palcem wycelowanym oskarżycielsko w sługę Gorynycza, zrozumiał wszystko. W miejscu gdzie Słowianie rozrzucili popioły z truchła Białego Diva, powstała wieś Bielany, w erze trzynastej słynna z eremu karmelitów i karuzeli.


*

Rycerski dwór cara Żmijewicza budził uznanie swym umiarkowanym przepychem; ściągali doń pieśniarze, artyści, jurodiwi i uczeni. W czas wystawnej uczty, kiedy Petygor jako gość Żmijewicza zasiadał na nakrytym białym obrusem stołem na kozłach, uginającym się od dziczyzny, ryb, chleba, kołaczy i złotych pucharów, kubków i rogów z winem, piwem i miodem, razem z innymi witeziami, sarmacki poeta przygrywając na złotej lutni sławił wspaniałość krain dalekich...




- Za Tygrysem, za Eufratem leży prastara kraina piękna niby ogród jaki, rajec. Peristanem się nazywa, w lasy, skarby i zwierzynę opływa. Nie uświadczysz w niej człowieka, jest to Peri – pięknych Wojownic domena... - owe Peri miały być córkami Mokoszy, przez Sarmatów czczonej pod imieniem Aradvi – Sura – Aredvi – Anahita – Spenta Aramaiti. Do pasa miały postać niezwykle pięknych niewiast (stąd perskie powiedzenie: ,,ona ma twarz jak Peri''), biegle władających łukiem, włócznią i arkanem, bądź czakramem, od pasa w dól zaś były to pawie o przecudnych ogonach. Dalej pieśniarz wysławiał niezrównaną krasę i mądrość królowej tych demonów, Atrabasty, w tak kunsztownych słowach, że niejedno męskie serce poczęło tęsknić do jej wdzięków, zaś Fez Urtaman, ów jakże zdolny poeta sarmacki otrzymał gromkie brawa i sowitą zapłatę. Car Żmijewicz tak jak jego ojciec, budził miłość we wszystkich sercach niewieścich, lecz przez całe dziesięciolecia nie miał żony, może dlatego, że nie chciał patrzeć jak po kolei umierają wszyscy ci, których ukochał. Teraz jednak ponad wszystko zapragnął poślubić królową Atrabastę. Na próżno jego doradcy – wołwchowie z Wijska i świętej góry Bogit, żercy z Lipska i rycerze Budziwoj, Gniewosław, Siem, król Pakosław XIII z Czerwonej Krobacji i sam Petygor odradzali mu ten pomysł, tłumacząc, że Peri nie są dobrym towarzystwem dla ludzi – nawet w przypadku dobrego człowieka i dobrej Peri.
- Jest tyle cudnych a miłych córek człowieczych, Wił i rusałek, z których każda oddałaby życie, by być twą żoną, bądź nałożnicą, panie – tłumaczył kaganowi król Pakosław, lecz Żmijewicz się zadurzył i nie dawał się przekonać.
- Sam jestem synem istoty ludzkiej i żmija, więc i następca mojego tronu też może mieć mieszanych rodziców i tak jak ja, być bohaterem – oznajmił.
W poselstwie do Peristanu wysłał Petygora, ów zaś jako wierny wasal bezwłocznie wyruszył w swaty.


*

Droga wypadła przez Sarmację, na której tronie zasiadał Barta III, którego matką była córka chana Tartarów. Petygor jechał wciąż na wschód, ku Azji, za jedynego towarzysza mając swą klacz Jasnost'. ,,Kroniki Sarmatów'' Rusdaja Mumarjego opisują przygody jakich wtedy doświadczył; o tym jak jedną strzałą z łuku rozbił w drzazgi drzewo, będące krójówką czterdziestu, nie pozwalających jechać dalej zbójów, o tym jak odmówił przyjęcia skarbu od starca, opierającego się na złotym kosturze, czy o zwyciężeniu dzięki nadludzkiej sile w zapadach młodego jeszcze smoka Taszkana, syna Gorynycza, któremu jednak witeź darował życie w zamian za obietnicę nieszkodzenia ludziom. Petygor gościł na dworze Barty III, który zmusił go do walki z lwem i tygrysem na arenie ku uciesze jego córki. Potem przepłynął Morze Ciemne na korabiu o żaglach ze szkarłatnego jedwabiu wraz z sarmackim księciem Chuszą i jego drużyną, szykującymi się do łupienia grodów trackich i greckich. Nie to było jego zamiarem; Petygor nigdy nie pragnął służyć królowi Sarmatów, ani nie składał mu hołdu. Na korabiu ,,Tchnienie Bolosa'' znalazł się jako więzień Barty III, siłą wcielony do jego wojska, a uprzednio upity winem zaprawionym nasennym naparem i zmuszony do walki ze zwierzętami jak zwykły zbrodzień czy niewolnik, mimo tylu dobrodziejstw wyświadczonych ludowi sarmackiemu, wyniszczeniu tylu rozbójników, strzyg, wąpierzy, mantykor, chimer, sfinksów, brukołaków, sysunów, złych czarownic, wilkołaków, czy olbrzymów. Jakby tego





jeszcze było mało, przed wypłynięciem z portu Samas, Libirana, sarmacka królewna spędziła z Petygorem kilka upojnych nocy, czemu ów był nierad. Jakżeby inaczej, skoro królewska córka, chcąca mieć dzieci z krwi wielkiego bohatera, choć twarz miała jak Peri, to od pasa w dół była żmiją. ,,Widać jej prawdziwym ojcem był żmij'' – pomyślał Petygor. W Grecji, przy pierwszej nadarzającej się okazji, Petygor zbiegł i ostrzegł Karekina; króla Koryntu o szykującej się napaści, dzięki czemu Grecy odparli atak Sarmatów. Sam bogatyr uczestniczył w obronie Koryntu i w walce ściął głowę księcia Chuszy.




Został ugoszczony przez króla Karekina i zabawił na jego dworze około roku. Poznał wówczas i pokochał damę dworu Khojnę (Chojne), nazywaną przez poetów Niewiastą w Czerwonej Sukni, zawsze bowiem nosiła ów strój, nigdy nie zakładając innych kolorów. Niektórzy Grecy obawiali się jej, plotkując, że jest córką bogini Hekate i zna czary takie jakie znało Bractwo Czcicieli Rykara czy Loża Szyderców, ale to oszustwo. Chojne umiała jeno kołbić (wróżyć z lotu ptaków), czego jednak Czytelnik nie powinien naśladować. Wielka i szczera była miłość Petygora do niej i zapragnął ją poślubić, ona zresztą też, ale król Koryntu nie był rad z ich narzeczeństwa i jako warunek sine qua non poślubienia Niewiasty w Czerwonej Sukni postawił zabicie Malakosa; potężnego czarnoksiężnika i króla Argos, który ongiś pokonał Korynt i nakazał sobie dostarczać jako dań niemowlęta i dziewice, aby móc pić ich krew. Petygor udał się do Argos, ściął głowę Malakosa i wyłupił zeń dwa szmaragdy, które ów miał zamiast oczu. Następnie opuścił Grecję, obiecując wrócić, gdy zakończy misję. Przebył ziemicę Hetytów, napoił konia w Tygrysie i Eufracie, aż znalazł się w Persji.
- Odradzam ci drogę wiodącą do Peristanu – mówił bohaterowi goszczący go w swym klasztorze, mag Keszla (Keshla), z którego krwi po wiekach narodził się Kieślowski. - Peristan jest niebezpieczny nawet dla takiego pahlewana jak ty.
- Pokonałem już wiele niebezpieczeństw; czy Peri są groźniejsze niźli smok Taszkan, któregom pokonał w sarmackiej ziemi? - spytał Petygor Keszlę.
- Aż tak groźne to nie są – zgodził się siwobrody mag w czarnej szacie – niemniej jest ich dużo i świetnie władają orężem; waleczne są jak Amazonki, dlatego nazywa się je Wojownicami. Urodne są co prawda, owe niewiasty – pawie, lecz od jakiegoś już czasu, obrały za swą boginię Mahr, dostarczającą rozkoszy wężowi piekieł Ażi – Arymanowi – Petygor domyślił się, że chodzi o Marę, kochankę Gorynycza. - Składają jej w ofierze ludzi pochwyconych w obrębie włości ich królowej Atrabasty, w szczególności zawzięte są na torturowanie i patroszenie mężczyzn; niewiastom i dzieciom z reguły darują życie – Petygor poprosił maga Keszlę o więcej nowin. - Peri wielce są długowieczne, a ich młodość nigdy nie gaśnie. Gdy znuży im się dziewictwo, (które mają moc odzyskiwać) parzą się z dżinami a ifrytami, po czym składają wielkie, bajecznie kolorowe jaja, z których wykluwają się nowe Peri. Czy koniecznie musisz, pahlewanie, iść do ich krainy? - spytał Keszla.
- Gdybym nie składał przysięgi wierności swojemu carowi, panu wielkiemu Żmijewiczowi, to bym nie musiał się tam udawać, a nawet bym nie chciał.




- Niech więc cię Ahura Mazda prowadzi, pahlewanie – pożegnał go mag.
Gdy Petygor przekroczył znaczoną zbielałymi czaszkami rubież Królestwa Peri, wielce urodne Wojownice zatrzymały go, odebrały mu miecz i maczugę, po czym zaprowadziły przed oblicze królowej Atrabasty, którą młodociany poeta Orcio nazywał ,,najpiękniejszą między aniołami''. Atrabasta roześmiała się jeno słysząc Petygorowe poselstwo; oświadczyny cara Żmijewicza.
- Niech krew tego pahlewana nasyci naszą panią Mahr – Peri zawiodły junaka przed wykuty w kamieniu wielki i straszny posąg Mary, kochanki Czernoboga, odziany w suknię z żył i zębów ludzi zabitych na jej ołtarzu. Petygor nie dał się zabić. Bracia sokoły – Lelum i Polelum; synowie kosmicznej łabędzicy Łady i raka Estinusa zrzuciły mu do stóp jego łuk i kołczan pełen strzał, a wtedy to najlepszy ze Żmijewiczowych rycerzy wypuścił strzałę i rozbił nią zbryzganego ofiarną krwią bałwana, tak jak wcześniej obrócił w drzazgi dąb – kryjówkę czterdziestu rozbójników. Peri, widząc to, załamały zdobione henną ręce, a ich wielkie, czarne oczy hurys czy też gazeli poczęły lelić ślozy. Petygor widząc ich rozpacz, ujawniającą się w rozdrapywaniu paznokciami cudnych piersi, zabrał głos i zaczął nauczać o Ageju – bogu nieskorym do gniewu i bardzo łaskawym, przyjacielu wszystkich istot skrzywdzonych przez Čorty. Mówił też o Enkach, a zwłaszcza o łagodnej i pełnej współczucia Mokoszy, matce nimf, niweczącej knowania złych duchów.
- Miast Mary powinnyście czcić Mokoszę – Anahitę, bo ona was kocha i swymi prośbami oddala od was sprawiedliwy gniew Ageja, chce wam dać szansę, mimo że zasmucają ją wasze nierozumne występki, podczas gdy Mara was nienawidzi, chytrze udaje przychylność ku wam, a tymczasem chce was pogrążyć w ogniu i smole Čortieńska! - Peri zaczęły się naradzać; widząc, że ich fałszywa bogini nic nie może poradzić na zniszczenie swego bałwana, doszły do wniosku, że: ,,Sława Agejowi przez Mokoszę''.
Obmyły się w potoku Kišłar, na znak, że rozpoczynają nowe życie, spaliły posążki królowej Čortów i poświęcone jej nawęzy. Ugościły Petygora z przykładną gościnnością, zaś królowa Atrabasta zgodziła się udać do dalekiego Czernozielska na ślub z carem Żmijewiczem.




Wielka była złość Mary, aż popłakała się z wściekłości. Gdy Petygor i Atrabasta szli przez Persję, druga obok mamuny Lochy, królowa Čortów wzięła na siebie postać wybranki serca Petygorowego; damy dworu korynckiego króla, urodziwej Chojne; Niewiasty w Szkarłat Odzianej. Stanęła przed bogatyrem, gdy ów przy ognisku siedział, gdzieś w stepie pilnując snu Atrabasty. Tak jak ongiś czarownica Morana, córka Lilith kusiła jytnas Zdenka, późniejszego opiekuna Teosta – wcielonego Swaroga do porzucenia czystości, tak i teraz Mara wdzięczyła się do Petygora, a każde jej pełne słodyczy słowo, każdy ruch i gest, doprowadziłyby chyba każdego mężczyznę do utraty zmysłów z rozkoszy.
- Nie wiem jak tu trafiłaś, ale chwała Mokoszy, że tu jesteś! - ledwo Petygor wypowiedział imię Mokoszy; postrachu duchów Čortieńska, Mara pełna nasienia Gorynyczowego, utraciła swój powab, a objawiła się tym czym była – pełnym sromoty, obrzydliwym demonem. Witeź dobył miecza, ściął jej głowę i przebił serce, a wtedy ta, co ustanowiła czarownictwo, z szyderczym śmiechem rozpłynęła się w oparach siarki i ognia.
W Sarmacji, na której tronie, po śmierci Barty III zasiadł król Zamabel I, spustoszenie siał smok Taszkan, ten sam, któremu ongiś Petygor darował życie. Od tego czasu smok wyrósł niepomiernie; stał się większy niż cztery stodoły, a ponadto wyrosły mu dwa dodatkowe łby. Pokrywała go zielona, kolczasta skóra, łopot jego skrzydeł wywoływał wichury i tornada, a ogon zmiatał trzecią część gwiazd z nieba. Ogniem swych trzewi żyzne pola, wioski i lasy obracał w ponure usypiska popiołów. Pożarł też czternaście sarmackich królewien. Gdy podniósł łapę o spiżowych pazurach na Atrabastę, Petygor mocą Mokoszy mu tę łapę odrąbał. Ściął wszystkie trzy smocze głowy, a truchło oddał płomieniom. Zanim ściął ostatnią głowę, rzekł do potwora:
- Obiecałeś mi przed laty, że nie będziesz krzywdził ludzi ni innych istot rozumnych. Gdybyś dotrzymał słowa, to byś żył.



- Prawda – odparł smok, a Petygor go dobił.
W końcu rycerz sprowadził Atrabastę, królową Peri, do Czernozielska, na dwór cara Żmijewicza, a ów ją poślubił i wielka była ich miłość. Petygor zaś udał się w podróż do Koryntu, gdzie poślubił Chojne – Niewiastę w Czerwonej Sukni i przeniósł się z nią do Sklawinii, gdzie mieli synów i córki i jak to mówią w baśniach - ,,żyli długo i szczęśliwie''.


*


Co do królestwa Peristanu, istniało ono jeszcze parę wieków po opisywanych tu wydarzeniach aż w końcu zostało podbite przez Sarmatów i Persów, którzy przesiedlili jego mieszkanki. Dziś nie spotyka się już Peri, a może jednak gdzieś jeszcze przeżyły? Zapytajcie o to tych co byli w Afganistanie. 





Biała żyrafa




,, [...] Już od dwóch dni wędrowaliśmy po parku Tarangire w Tanzanii w poszukiwaniu białej żyrafy. Mijaliśmy dziesiątki tych zwierząt, [...], lecz wszystkie były w brązowe cętki. [...] Biała żyrafa od ponad dwudziestu lat żyje na wolności. Miejscowa ludność opowiada, że nie jest ona prawdziwym zwierzęciem, lecz zjawą, której nic nie zagraża, bo przecież nikt nie może zbliżyć się do ducha'' - Eric Robert, Sylwia Bergerot ,,Na tropie albinosów'' [w]: ,,Zwierzaki'' nr 1 (37), styczeń 1995


Karol Wielki jako heros kulturowy




,,Legenda twierdzi, że Karol Wielki 'wymyślił' szkołę i że ujednolicił w swym imperium miary.
Jeśli o te ostatnie idzie, to dysponujemy paroma tekstami normatywnymi Karola Wielkiego i jego następców. [...]'' -
Witold Kula ,,Miary i ludzie''

niedziela, 17 stycznia 2016

Oniricon cz. 179

Śniło mi się, że:



- widziałem w sklepie butelkę kwasu chlebowego, który wyglądał jak żur,
- w jakimś budynku o ścianach wyłożonych perłowymi kafelkami nadepnąłem na głowę małego ni to smoka, ni to krokodyla,



- przeglądałem bogato ilustrowaną książkę Mirosława Salwowskiego, w której min. pochwalał Targowicę,
- w gazecie widziałem na plaży piękną kobietę, która nacierała się piaskiem i jagodami,



- Turcja zamierza zmienić nazwę na Amazonia,
- Stalin najechał fantastyczny świat zwany Cudomirią, a jego potomkiem był Ardian - Żelazny Car,



- pewien chłopiec panicznie bał się lwów, więc jego matka czytała mu ,,Opowieści z Narnii'', aby poznawszy Aslana przestał bać się tych zwierząt,



- dawni Bałtowie czcili boginię o imieniu Żywila,



- narysowałem swoją korepetytorkę Donatę jako morświna, b była pulchna,



- w jednej z książek Jacka Piekary o inkwizytorze Mordimerze Madderdinie pojawił się odwrócony krzyż,



- Dante przeczytał ,,Wedy'' i uznał, że ,,Biblia'' jest ciekawsza,



- pomyślałem o podobieństwie Tasza do bóstw indyjskich, o tym, że Joseph Smith zwiódł wielu dobrych ludzi, i że umieszczenie Mahometa w piekle, tak jak uczynił to Dante, dziś wymagałoby dużej odwagi,
- na ulicy widziałem łysego, murzyńskiego chłopca,



- oglądałem film fabularny o Słowianach, na którym widziałem Słowianki w czerwonych sukniach,
- w USA znajduje się Domowy Park Narodowy,
- przysłuchiwałem się rozmowie Jeny ov Blackeyovej z jakimś chłopakiem,



- wywoływałem duchy, UWAGA: To tylko sen, na jawie jestem przeciwnikiem spirytyzmu jako najprostszej drogi do opętania,
- pani Jovita ov Joxicus - Vrabelis wymogła na ambasadorze Niemiec wypłatę odszkodowań dla wszystkich Polaków w wysokości 200 000 zł za zbrodnie wojenne z okresu II wojny światowej, co bardzo mi się spodobało; wcześniej przewidziałem to zdarzenie pisząc powieść o królowej Tatrze, w której niejaka Liliana wymusiła reparacje wojenne od Kościeja; napisałem w zeszycie: ,,Sława Polsce, śmierć IV Rzeszy''!



- w gazecie przeczytałem nekrolog Ryszarda Kotysa, odtwórcy roli Mariana Paździocha; jego żona nazywała się Klara.

sobota, 16 stycznia 2016

Wierzenia litewskie, a mitologia slawianistyczna

Postaci i istoty z mitologii Bałtów w mojej twórczości:

Żweruna – w czerwcu 2005 r. narysowałem Żwerunę; leśną Enkę, córkę Boruty i Dziewanny; matkę wszystkich psów, jako wielką, burą sukę nieokreślonej rasy, biegnącą przez zielony, liteński las u podnóża zielonej góry. Żweruna miała wywieszony język i koronę z płomieni. Wiele lat później proponowałem jej imię dla jednego ze szczeniąt płci żeńskiej urodzony przez Verę Ravialis; suczkę rasy beagle należącą do mojego przyjaciela Voytakusa ov Višnica.





Bruten i Wajdenuta – żyli w erze trzynastej na Litenie. Bruten był arcykapłanem (krive krivejte), zaś jego siostra Wajdenuta była czarownicą, matką potwornego niedźwiedzia Szemiota, z walczył Rzymianin, Julian Ursinus (przodek Juliana Ursyna Niemcewicza), towarzysz Palemona, za pomocą magicznego Czerwonego Kija.




Czeltice – używane przez Liteńczyków określenie morskich rusałek; nereid i okeanid, żyjących w Morzu Srebrnym. Zostały zrodzone w erze dziewiątej przez Juratę.





Giltina – pomniejsza Enka z orszaku Mar – Zanny, która stanęła po stronie smoka Rykara. Nosiła białą, żałobną suknię, często przebywała na grobach i zabijała ludzi i zwierzęta swoim długim, ostro zakończonym językiem wstrzykującym jad pod skórę.

Wilika – pomniejsza Enka, która wiosną rozdaje dzieciom malowane jaja w oknie. Nauczyła ludzi zostawiać kądziel dla Marudy, by ta nie męczyła dzieci.

Priparchis i Kremara – para pomniejszych Enków, prarodziców rasy chlewników, czyli skrzatów opiekujących się trzodą chlewną.

Kierpicz i Silinicz – bliźnięta, Enkowie mchu zrodzeni przez Mokoszę. Mieli postać nagich skrzatów o zielonej skórze.

Pipka – jeden z pomniejszych Enków, wynalazca fajki.

Piroga, zwany też Knyszem – jeden z pomniejszych Enków, wynalazca pierogów.




Algis – przez Greków zwany Hermesem, a przez Rzymian – Merkurym, jeden z pomniejszych Enków, wyobrażany z uskrzydlonymi stopami; syn Świętowita i Mokoszy, służący za herolda mieszkańców Wielkiego Dębu. 

piątek, 15 stycznia 2016

Władcy i miary




,,Po starożytności pozostały legendy: o zarządzeniach unifikacyjnych Filipa Macedońskiego i Aleksandra Wielkiego, o mierze kapitolińskiej, o reformie unifikacyjnej Justyniana. Nie jesteśmy kompetentni do wypowiadania sądu, jakie jest zachowane w tych legendach ziarno prawdy. Sam fakt jednak zachowania się tych legend, z których wszystkie traktują reformy  unifikacyjne jako jeszcze jeden tytuł do chwały wielkich starożytnych, jest bardzo wymowny'' - Witold Kula ,,Miary i ludzie''


Legenda o trzech braciach

,,Sarmacja (łac. Sarmatia) u geografów rzymskich nazwa […] [krainy] zamieszkałej przez Sarmatów (Sauromati), o których istnieniu wiedział już Herodot, a którzy dzielili się według Ptolemeusza na: Estów […], Wenedów […], Bastarnów […] i Jazygów […]. Właściwi Sarmatowie (na dzisiejszej Ukrainie) byli zapewne koczownikami pochodzenia irańskiego, Estowie są zapewne równoznaczni z późniejszymi ludami bałtyckimi, a Wenedowie ze słowiańskimi. Sarmatowie zajęli obszary zamieszkałe od III w. przed Chr. przez Scytów […]'' - ,,Encyklopedia Powszechna Wydawnictwa Gutenberga tom 15 Rewir do Serbja''



,, […] Mity te zostały ponoć sprowadzone do Europy w czasach rzymskich przez dwie fale barbarzyńców pochodzenia scytyjskiego – Sarmatów, którzy dotarli do rzymskiej Brytanii, i Alanów, którzy osiedlili się w Bretanii i Prowansji'' – Carl Olson, Sandra Miesiel ,,Oszustwo Kodu Leonarda da Vinci''





Sarmaci (Asarmathei) byli wielkim i chrobrym ludem, najbardziej walecznym z ludów Hairan – Iran – Iranistanu, biorącego swój początek od Grabu i Jodły. Ich herosem – eponimem był Sarmata (Asarmath), brat Scyty (Skifa), założyciela innego bitnego ludu, oraz Nastazji, która poślubiła Złodzieja – Rozbójnika, przez Polaków zwanego Madejem, po rozbiciu jego hulajpartii przez jej braci. Na starość, bracia Scyta i Sarmata udali się do Karačoru, gdzie poczęstowawszy siedzącego na piecu trzydziestoletniego Ilję Muromca chlebem i winem, wyleczyli go z paraliżu, umożliwiając tym samym wejście na junacki szlak. Ludy, których praojcami byli Scyta i Sarmata używały mowy podobnej do języka Persów, Medów, Kimerów i Amazonek. Pierwotne siedziby sarmackiego narodu mieściły się nad Morzem Ciemnym (Czarnym) na ruskiej ziemi. Lud, któremu dane było zawojować znaczną część ówczesnego świata, utrzymywał się podówczas z pasterstwa i łupieskich wypraw przeciw Scytom, Grekom, Dakom i Trakom. Nieliczne grody Sarmatów w owym okresie to: port Samas na Wyspie Eleuteryjskiej, Skelurous, Skibaar, oraz Bolospur. Później powstały Magnagaar, Apipur, Apigird, Jazdea, oraz największy i najbogatszy z nich – Skalagird o złotych kopułach. Pierwszym królem wszystkich szczepów sarmackich był Amyntes, prowadzący liczne wojny ze Scytami, Słowianami, Tmutarakańczykami i Amazonkami, z których to ostatnich ręki poniósł śmierć w bitwie. Od czasów Amyntesa datuje się zwyczaj noszenia przez królów zamiast korony złotej gwiazdy przymocowanej do czoła (królowe używały gwiazdy srebrnej).
Sarmaci tak jak późniejsi Rzymianie sławili wielu bogów, co więcej w miarę podbojów wzbogacając swój panteon o bóstwa podbitych ludów. Za najwyższego boga uznawali Bolosa, przez Słowian zwanego Welesem, na którego cześć stolicę swego imperium nad rzeką Tinerpą nazwali Boloska. Pomniejsze bóstwa to: Jasde (Jarowit – Perun), Api (Kołowiersza, Hestia, Westa), Mitra, Wisznu, Zurwan (Rod), Izyda (uznana za boginię królowa z Mu, władająca nad rzeką Nilus), Varia (Jurata), Mania Koza i Sus (bóstwa zapożyczone od Orian, potomków Oryja, wodza Słowian), Perunica (Perperuna), Baba – Jaga, Zmiejny Car Ir z żoną Iricą, bóg Paw, bóg Gawial i bogini Khemi, przez Słowian zwana Panną z Mokrą Głową (bóstwa alchemików), bóg Wyrak, złoty wąż Czur, Złoty Lew, Teost Kowal, bóg Lemur (bóstwo cudzoziemców, handlu i żeglugi), Vaju (Pochwist), Varuna (mąż Varii – Juraty), Isztar, Baal, Remfan, Komus, Mamon i Mamona, czczone misteriami bóstwa Lubonie, bóg Orzeł (biały), bóg Bażant i Mistrz Purpurowej Sosny (bóstwa Sineańczyków), Krisin – Kriszna, Biały Tygrys, Złoty Tygrys, Czarny Tygrys, Pan Zwierząt i Pani Zwierząt (Boruta i Dziewanna), bóg Kameleon, Hanuman, Mahasamatman – Majtreja, Nebo – bóg pisma, Tiamat (Altaira), Aryman (Czernobog), Ormuzd (Agej), Biały Słoń, Biały Jednorożec, Czarny Słoń, Czarny Jednorożec, bogini Sroka (bóstwo złodziei), Anat – Pawlilimira, złoty wąż Kundalini z Bharacji, bogini Sobaka (Żweruna), bóg Potwór (Świętowit), bogini Muroma i setki innych. Jako bogów czczono ponadto wszystkich królów i to już za ich życia (jedynie Słowianie odmawiali im czci boskiej powołując się na zakon Ageja i Enków zawarty w ,,Gołębiej Księdze'' i byli od tego przymusu zwolnieni, aż do czasów ostatniego króla, Atamrasa).




Mężowie sarmaccy brali sobie wiele żon, im który był bogatszy tym miał ich więcej. Własnością króla były wszystkie niewiasty w imperium, nawet te zamężne. Każda z żona króla Sarmatów miała tytuł królowej, oraz własny dwór i niewolnice – odaliski. Niektóre królowe sarmackie odgrywały wybitną rolę jak Hapszara, Idia, Molokia, Hadal – gambis, Sis – apuchara, Apigambis, Vestalena, czy Arvagambis, która dochowała wierności poślubionemu sobie królowi Azarmarotowi nawet po jego przemianie w potwora Simargła – Paskudja; wielkiego, czarnego ptaka o psiej głowie. Wiele Sarmatek służyło też w imperialnej armii na równi z mężczyznami, jako łuczniczki. O nich to pisał Pomponiusz Mela:

,, […] kobiety przy boku mężów biorą udział w wojnach. Dziewczętom zaraz po urodzeniu wypalają prawą pierś. W ten sposób prawa ręka lepiej jest przystosowana do walki. Każda dorosła dziewczyna obowiązana jest zabić nieprzyjaciela. Jeśli tego nie uczyni okrywa się hańbą i za karę nie może wyjść za mąż''.

Rzymianin pisał to w erze trzynastej, wiele tysięcy lat po upadku obu imperiów sarmackich, toteż nie był ścisły – Sarmatów mylił z Amazonkami. Sarmatki, których urodę i dobre obyczaje powszechnie chwalono, często służyły w chramach jako kapłanki. Nosiły białe szaty z wizerunkami bóstw, którym ślubowały dziewictwo, a zajmowały się leczeniem, wróżeniem (z wosku, wody, lotu ptaków i dłoni), szyciem szat dla kapłanów, pieczeniem chlebów i ciast pokładnych, nauczaniem dzieci, tańcem i śpiewem. Po podboju Bharacji Sarmaci wprowadzili do swego kultu prostytucję sakralną, która na długie wieki zadomowiła się na Cyprze.
Wierzyli w życie po śmierci, w nagrodę czekającą dobrych i karę przygotowaną dla złych, a ponadto miejsce zwane Komnatą Ognia, gdzie oczyszczali się ci, co byli nie dość dobrzy by wejść do Raju, ale i nie dość źli, aby spotkać się z potępieniem. Sąd bogów wymagał, aby dusza przeszła nad otchłanią ognia po moście cienkim jak włos, a ostrym jak brzytwa.
Jako czciciele ognia, Sarmaci oddawali swych zmarłych płomieniom, wcześniej włożywszy do ust monetę przez Greków zwaną obolem, jako zapłatę przewoźnikowi dusz. Następnie sypali bardzo wysokie kurhany, tak jak to czynili Słowianie i Scytowie, zaopatrując je w ogromne ilości złota i wszelkiego rodzaju innych precjozów, które w erze trzynastej wzbogaciły niejednego Kozaka.
Sarmaci używali pisma tinezyjskiego. Szanowali poetów i uczonych; gromadzili ich dzieła w ogromnych bibliotekach. Największa z nich; Biblioteka Królewska w Bolosce liczyła sobie 90 000 tomów.
Dysponowali liczną, mężną i stale doskonalącą się armią, w której służyły liczne ludy. Z jej pomocą Sarmaci mistrzowsko władający łukiem i lekkozbrojną konnicą podbili całą Sklawinię, Iran, Turan, Syrię, Sumer, aż ustanowili imperium rozciągające się na trzy kontynenty. Upadło ono po piętnastu wiekach, za panowania króla Atamrasa prześladującego Słowian, pod wpływem powstania Jeszy – późniejszego króla Grecji, oraz najazdu Scytów, Amazonek i Hunów. Najazd ów zaaranżował król wąpierzy Tybald.

,, […] Dynastia sarmacka panowała w Analapii [w erze trzynastej] , gdy w Egipcie panowali Ramzesydzi. Liczyłą pięciu królów: Arksa, Barksesa, Araksisa, Witesa i Raszida. Gdy Sarmację nad Morzem Czarnym nawiedziła susza, jej bitni mieszkańcy poczęli napadać na ościenne kraje. Wpierw podbili Rox, a jego król udał się na wygnanie do Analapii. Stopniowo ujarzmiali Kałmuków, Marijczyków, Komiaków, Baszkirów, Bałtów, Analapów, Madunów (na węgierskiej ziemi), Multańczyków i Daków. Nie mogli sprostać tylko Scytom i Amazonkom. Król Analapii schronił się w Bohemii, a król Roxu – w Slawi. Powstało drugie imperium sarmackie, rozciągające się od Lebany po Pasmo Gorynycza i Promet, oraz od prowincji Kola po Montanię i Erydan (Dunaj), ze stolicą w Neście. […] Sarmatydzi nosili na czołach złote gwiazdy (królowie), a ich żony srebrne. Barkses Kszatria prowadził wojnę ze Svamami, lecz został zwyciężony u podnóża zamku Karel […]. Mimo to ogłosił bitwę pod Karel za zwycięską dla Sarmatów. Najechał również Bohemię i Slawię, lecz poniósł klęskę […]. Poza Araksisem traktowali poddanych wyłącznie jako 'mięso armatnie'. Ów wysyłał kupców w odległe strony, aż do Krainy Białych Pól, skąd wrócili z futrami, złotem, piżmem, ciosami mamutów, a także żywymi tygrysem i reniferem. Raszid planował wielką wojnę ze Scytami, lecz zamiast tego poślubił ich królową, która była morą. Liczył, że z pomocą nowych sprzymierzeńców rozgromi państwo Amazonek. Mora nazywająca się Gama wysłała hordy Scytów do walki z amazońską władczynią Atarą. Tymczasem od południa uderzyli król Analapii, Częstogniew I, potomek Juranda III, którego Arx pozbawił władzy i król Roxu, Wiwołd V. […]. Częstogniew wyzwał na pojedynek Raszida, lecz tego zadusiła żona. Drugie imperium sarmackie się rozpadło'' - ,,Legenda''.


W erze trzynastej zanikł dumny i waleczny naród Sarmatów, lecz sława po nim nie zaginęła. Krew sarmacka płynie dziś w żyłach wielu Polaków, Rosjan, Serbów i licznych innych narodów, tak Słowian i Bałtów, jak i Gruzinów, Ormian, Persów, Hindusów, Afgańczyków, czy Greków. Z Sarmatami jako swymi przodkami utożsamiali się zwłaszcza dawni Polacy, śpiewający:

,,Dalej, bracia, do bułata!
[…] Pokażemy, że Sarmata umie jeszcze wolnym być''.





Styl życia polsko – litewsko – ruskiej szlachty XVI – XVIII wieku, wraz z przyświecającą mu ideologią nazywa się sarmatyzmem. Żyjący w XVII wieku pan Muszalski; znakomity łucznik, a znajomy Wołodyjowskiego i Zagłoby opowiadał o swym irańskim przodku imieniem Musca. Również polski neopoganin Stanisław Szukalski, człowiek wielce utalentowany, który niestety zbłądził w wierze, porzucając Drogę, Prawdę i Życie dla majaków i wyobrażeń, roił o Sarmatach. Dowodził, że Słowianie pochodzili z Wyspy Wielkanocnej, po której opuszczeniu osiedli na wyspach Lechia i Sarmacja. ,,Przedziwnie tasują się karty'' – powiadał Woland. Duch Sarmatów żyje do dziś w wielu Polakach i wciąż domaga się wolności. Dotyczy to jakże inaczej, samej Jeny ov Blackeyovej, co widziała Triumfy, a której ród słynący bohaterami można wywieść w prostej linii od króla Amyntesa i jego następców. Tymczasem wróćmy do ery dwunastej, kiedy pierwsze imperium sarmackie było dopiero w powijakach....


*

Była noc gdy trzech braci; książąt plemienia Lugiów galopowało w blasku Srebroniowym na spienionych koniach przez zalany mrokiem las, gdzieś na ziemiach późniejszej Analapii. Działo się to w czas najazdu Sarmatów na Słowian, kiedy to królem ze złotą gwiazdą na czole był Siparhes II z rodu Amyntesa. Trwała właśnie wojna niezmiernie krwawa i długa, bo pięć wieków trwająca, ze zmiennym szczęściem toczona. Sarmaci wyszli znad Ciemnego Morza niby mór, niby pożoga. Poległ Lug I Łęga, król Lugiów wraz ze swym rycerstwem, zaś jego trzej ocaleni z ogólnej rzezi synowie, starsi królewicze Helisin i Nahanarwal wraz ze swym młodszym bratem Nakonem, na złamanie karku gnali na zachód, szukając schronienia u zaprzyjaźnionego plemienia Wkrzan, nad rzeką Wkrą. Starsi bracia nazywani byli mądrymi, młodszy zaś – głupim. Po piętach deptali im wrogowie, wraże pułki sarmackie, bo trzej królewicze uciekali z sarmackiej niewoli. Helisin i Nahanarwal; brodaci i rośli jak dęby, umykali na skradzionych ciemiężcom koniach; białym jak mleko i czarnym jak węgiel. Brat im zawadzał, więc go zostawili i dalej pognali, choć ów, gołowąsy o włosach jasnych, zawodził wniebogłosy i błagał braci, by go nie zostawiali. Biegł za nimi, białe nogi o kamienie ranił, lecz bracia byli już daleko.
- Agej jest miłosierny – mówił Helisin do Nahanarwala – wybaczy nam jak przeprosimy, ogień mu zapalimy, jego Enków chramem uczcimy... - obaj złożyli ślub, że chram wybudują, piękny a okazały, lecz ich ślub nie był miły ani Agejowi, ani Enkom.
Sarmaci dogonili wątłego z natury Nakona i już mieli zarzucić nań arkan, gdy z nieba spadł piorun biały, od którego blasku zrobiło się jasno jak w dzień. Jarowit wysłuchał Nakona i zesłał mu ocalenie. Chłopiec na chwilę oślepł i ogłuchł, stracił też przytomność. Gdy znów otworzył oczy, ujrzał nad sobą pochylony łeb sapiącego niedźwiedzia, na niedźwiedziu zaś siedział szczur. Nakon (Naconus) przestraszył się, lecz był zbyt słaby, aby walczyć swym krótkim mieczykiem, lub uciekać. Dręczył go głód i pragnienie, drętwiał z przerażenia, gdy potężny niedźwiedź lizał go po twarzy. ,,Przynajmniej umrę wolny'' – myślał najmłodszy z braci, kiedy niedźwiedź zaciągnął go do gawry. Płonne były jednak Nakonowe obawy. W gawrze szczur przytknął mu do ust blaszany kubek pełen parującego, gorącego miodu z korzeniami. Na niskim stole paliły się świece; było ciepło, jasno i przyjemnie. Na półmisku królowała pieczona gęś. ,,Umarłem, czy co?'' - pomyślał królewicz.





- Jestem Tyta, syn Półpana – zapiszczał nagle ludzkim głosem szczur.





- Ja zaś nazywam się Jaruta – zamruczał niedźwiedź – chcesz to możesz tu mieszkać i być naszym bratem – poza gawrą szaleli wrogowie, bracia się go wyrzekli, nie miał więc gdzie pójść, toteż Nakon zgodził się na propozycję przyjaznych zwierząt.
Odtąd zamieszkał z nimi w lesie, niedźwiedź Jaruta zaś, całując go w usta, użyczył mu swej siły, niby Światogor Ilji Muromcowi, a także co dzień z nim trenując zapasy, walkę maczugą a mieczem, uczynił zeń chrobrego i sprawnego wojownika. Już niebawem przyszło Nakonowi wypróbować swe umiejętności w praktyce....




Z Wielkiego Stepu ,,[...] przybył k'nam naród Tartarów. Nie znamy ich języka, ani wiary'' - ,,Czerwony latopis''. Tartarzy, czyli Piekielnicy porażali swą dzikością tak Słowian jak i Sarmatów. Uznający samych siebie za poddanych króla – chana Zamolxa, czciciela Nieba, który miał białego orła w herbie, Tartarzy byli niscy i krępi, o oczach kosych, skórze żółtej i włosach czarnych. Odziani w baranie kożuchy, dosiadali małych i włochatych koni, brzydkich, lecz wytrzymałych. Z barku spyży potrafili jeść nawet susły, wilki i wszy, mistrzowsko też władali szablą, łukiem i arkanem. Trawa przestawała rosnąć w miejscach, które pustoszyli. Palili grody i sioła, zatruwali studnie, wyrzynali starców i tych co stawiali opór, a niewiasty i dzieci brali w jasyr. Przed tronem Zamolxa usypywali stosy zrabowanych kosztowności; złotych i srebrnych naczyń ze świątyń Enków. Strach jaki budzili, sprawiał, iż myślano, że nie są to ludzie, jeno Čorty, przez Sarmatów zwane Devami. Witezie słowiańscy i sarmaccy zawiesili oręż, by wspólnie pod sztandarem Mokoszy – Spenta Aramaiti odpierać znienawidzonych wrogów.
W ordzie Zamolxowej był pewien rycerz, nazywany w pieśni Hałagajem, synem Mamaja. Tego samego Mamaja, który wraz ze swym wojskiem poległ z ręki Ilji Muromca, a gdy bohater po zwycięstwie uniósł się pychą, wówczas z dopustu Ageja, Tartarzy powstali z martwych, tak, że Ilja i Alosza okazawszy skruchę, musieli ich zabijać powtórnie. Hałagaj Mamajowicz, mąż wysoki jak Goliat, zawsze walczył mając na głowie odrażającą, czarną maskę z Mogol, zwieńczoną trupimi czaszkami. Nie rozstawał się z nią, a nawet gdy komuś zdarzyło się ujrzeć potwornego wojownika i szamana bez maski, ten ginął wkrótce straszną śmiercią. Z woli Zamolxa, Hałagaj, ów lubownik okrucieństwa, warował u bram grodu zwanego Brodeń w okolicach rzeki Virany na polańskiej ziemi i ścinał głowy wszystkim, którzy doń wchodzili i zeń wychodzili, tak, że zagroził im głód. Nakon wiedział o tym, ilu już bohaterów zginęło w starciu z olbrzymim Tartarem. Kto żył, odradzał mu walkę, czynili tak nawet szczur Tyta i niedźwiedź Jaruta, zaś junak choć silny mocą Ziemi i dobrze uzbrojony, bał się. Mimo to wyruszył nad Viranę. Hałagaj rozmawiający z duchami, przywitał go szyderstwem. Jego miecz, tnący kamień i żelazo długi był jak Nakonowa noga, zaś tarcza 





ciemiężyciela Słowian sporządzona ze skóry centykory, moc miała zatrzymywać nie tylko wszelki oręż, ale też ogień i wodę. Rozpoczęło się zmaganie. Nakon posłał zatrute ciemieżem strzały w pierś i krocze wroga, lecz ów wyrywał je z ciała, odrzucał i walczył dalej. Pod nogami Tartara ziemia płakała i pojękiwała, zaś jego miecz omal nie przepołowił junaka, lecz zamiast niego, rozciął dąb aż do korzenia.
- Nie uciekaj, pchło jedna, zaraz zrobię z ciebie ścierwo dla psów! - ryknął syn przeklętego Mamaja, którego Ilja Muromiec zabił dwa razy.
Jego głos huczał jak wicher. Nakon posłał kolejną strzałę w Tartarzyna; za cel obrał głowę. Strzała utknęła w wyłupiastym oku, lecz było to za mało, aby zadać śmierć. Nakon posłał drugą strzałę w drugie ślepie; i to nie zabiło Hałagaja. W końcu zdesperowany junak trzema strzałami przedziurawił gardło olbrzyma, ale i to nie pomogło. Oczy szamana zapłonęły nagle żywym ogniem pochłaniającym obie strzały, po czym plunęły w stronę Nakona dwoma ognistymi strumieniami. Junak uskoczył. Pot go zimny oblewał.
- Aradvi Sura Aredvi Anahita – ratuj! - wezwał imienia Mokoszy i zaraz ujrzał jak olbrzymi Azjata pada na twarz niby zrąbane drzewo. - Sława Mokoszy! - zawołał Nakon i zobaczył, że to niedźwiedź Jaruta obalił Hałagaja całym swym ciężarem.
- Co, chłopie? - spytał niedźwiedź. - Nie wiedziałeś, że niedźwiedzie i wilki mają moc zabijać Čorty? - kiedy to mówił, kręgosłup Hałagaja pękał z donośnym trzaskiem pod jego ciężarem, zaś szczur Tyta podziurawił jak rzeszoto srebrnym sztyletem głowę czarownika razem z koszmarną maską.
- Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie – rzekł w powagą Nakon, po czym jednym ciosem miecza odrąbał głowę okrutnika, ułożył mu ją między nogami, przebił mu serce, po czym oddał jego olbrzymie cielsko na pastwę płomieni, ku wielkiej radości mieszkańców grodu.
- Strach myśleć jaki byłby z niego wąpierz – rzekł Nakon.
Następnie razem z Tytą i Jarutą, skierował się ku Hałagajowym lochom; przepastnym a głębokim. Rozpędził strażników jak prosiaki, po czym jednym ciosem srebrnego topora rozłupał bramę. Powódź światła wlała się do środka. Nakon wraz ze swymi zwierzętami zbiegł po licznych i stromych schodach w głąb więzienia i dalejże rąbać, a zrywać ciężkie łańcuchy. Wśród Hałagajowych więźniów ujrzał Pojatę; księżniczkę Bałtów z ziem późniejszej Liteny, pannę wielkiej piękności. Umiłował ją, a poślubił, razem osiedli wśród Słowian, mieli synów i córki. Tartarzy opuścili Sklawinię; w decydującej bitwie pod Brodniem nad Viraną. Nakon przebił pierś króla – chana Zamolxa kopią niby smoka, a jego herb – białego orła uczynił swoim. Potem był to herb wszystkich Lugiów.
Tymczasem Sarmaci po odejściu Tartarów znów poczęli niepokoić Słowian.


*

,, - Przebaczam ci – mówił chłop Czuryło (Čurilo) z Karačoru (Karaczorowca), podgrodzia grodu Muromy, do klęczącej przed nim żony Jagi, która zeszłej nocy zdradziła go ze żmijem. Czuryło zapłonął gniewem, wyobrażał sobie jak cały Karačor wypędza 'nieczyste zwierzę', jego wiarołomną żonę do lasu, albo jak ginie ona straszną śmiercią. Jaga klęczała i zalewała się łzami, aż jej mąż pożałował gniewu i przebaczył żonie, bo ją miłował, 'a ten żmij to huncwot' – rzekł. Od tej pory nigdy więcej go nie zdradziła. Mijały miesiące, aż łono niewiasty opuścił chłopczyk'' – K. Oppman ,,Perłowy latopis''.

Wielu bohaterów poczęło się w niezwykły sposób, za sprawców swego istnienia mając niezwykłych ojców. I tak Żmij Ognisty Wilk był synem niewiasty i świetlistego latawca o złotym warkoczu i anielskich skrzydłach, który osłabł i umarł ukochawszy jego matkę. Księcia Ścibora, syna księżnej Żywi, siostry Sediny, władczyni Słowian Połabskich, spłodził saski król, który czarami wziął na siebie postać wielkiego, żółtego węża, bijącego wziętą do niewoli Żywię ogonem po udzie. Herosów Słońcesława i Chorsamira z Vinety powiła dziewica, na której łono padały promienie słoneczne i księżycowe, podobnie jak w przypadku Vasyla Ogniewicza, którego dziewicza matka poczęła dzięki oparzeniu się iskrą z paleniska. Sukosław Suczyc z Beliny za matkę miał sukę Żwerunę, ojcem Giży ze Śląża był lew, zaś Merlina (,,św. Merlinusa'' – jak pisał o nim pewien Polak) spłodził diabeł – inkub. Wielu bohaterów zostało spłodzonych przez lud żmijów – jak Ilja Muromiec, Aleksander Wielki – syn żmija Mirczy i macedońskiej królowej Olimpias, czy wreszcie car Żmijewicz, który zasłynął jako obrońca Słowian przed uciskiem Sarmatów.




Był ci on mąż jak smok; wielki i silny, odważny i znający wiele tajemnic, lecz co ważniejsze bronił słabych i nigdy nie szedł na kompromis ze złem. Urodził się na ziemiach późniejszej Rusi w rodzinie książęcej; jego ojciec, kniaź Spiczygniew poległ walcząc ze Scytami. Jego miecz przecinał diamenty, a koń szybszy był od wiatru. Wokół Żmijewicza, niszczyciela strzyg i wąpierzy, smoków, mantykor, chimer, połozów, czarownic, wilkołaków i wszelkiej maści rozbójników, z wolna gromadzili się tak możni jak i ubodzy; jego drużyna gotowych na wszystko junaków rosła z każdym dniem, a książęta i królowie zaczęli widzieć w nim swego suzerena; cara i składać mu pokłon. W końcu nawet dumna Biała Krobacja u źródeł Visany zawarła przymierze ze Żmijewiczem o brodzie w trzy warkocze zaplecionej. Sarmaci, na których tronie zasiadał nowy król, Agrost, wciąż dybali na ziemice Sklawinów i Antów, lecz car Żmijewicz jak prawdziwy syn żmija, wciąż zadawał im coraz to nowe klęski, niby Krak bijący Awarów, czy Artur zwyciężający Saksonów. W bitwie pod Uchaniem po stronie żmijowego syna walczył również i Nakon na czele chrobrego pułku z Brodenia. Surowa to była rzeźba; Sarmaci zostali odparci. Żmijewicz odznaczył Nakona; order Złotego Smoka do piersi mu przypiął, a order ten upamiętniał smoka z Zaziemskiego Oceanu; wierzchowca Swarożyca i towarzysza jego zabaw. Nakon znów podniósł topór swój srebrny i bramy sarmackiego lochu rozbił. Wielkie było jego zdumienie, gdy pośród mnogich jeńców ujrzał Helisina (Gelisina) i Nahanarwala (Naganarvalusa), swych braci uznających się za mądrzejszych od niego. Nakon ujrzał ich siwych jak Rimski po spotkaniu z wampirem Warionuchą, a do tego zakutych w ciężkie kajdany, brudnych i chudych jak szkielety.
- Panie złoty, sokole, uratuj nas! - skomleli oślepieni powodzią słonecznego światła.
Nakon rozciął mieczem ich okowy.
- Choć oni uczynili mi krzywdę, czemu nie mogę być lepszy od nich? Wszak to wciąż są moi bracia – pomyślał Nakon, odrzucając kuszące myśli o zemście.
Powiedział bowiem kim jest i przebaczył im, oni zaś płakali z żalu i wstydu. Najmłodszy z braci, uważany dotąd za głupka, zaprosił ich do siebie do Brodenia, ugościł w sposób godny bana i przedstawił im swoją młodą żonę, księżniczkę Pojatę. Dzięki Żmijewiczowi, bracia powrócili do władzy nad Lugiami i stali się założycielami trzech plemion lugijskich: Hariów – Nakoniczów, Helisjów i Nahanarwalów.


*



Rod, przez Sarmatów i Persów zwany Zurwanem, pan Koła Czasu, widząc cnoty cara Żmijewicza, pobłogosławił go długim życiem, trwającym aż trzysta lat przy równoczesnej sprawności ciała i umysłu. Owe trzy wieki były dla Słowian błogosławionym czasem pokoju i dostatku, czasem chrobrych witezi i ich niezwykłych przygód. Gdy po trzech wiekach zmarł car Żmijewicz siwobrody, posłyszawszy o tym Sarmaci znów wyruszyli ze swych komyszy nadczarnomorskich na podbój Sklawinii. Wielka ich siła stanęła na stepach ukrainnych; nie brakło łuczników, tarczowników, ani ciężkozbrojnych, skrzydlatych kopijników na siwych koniach. Była nawet wowa (vova) – czarna jak noc i większa niż żubr, sześcionoga ropucha o głowie hieny, którą prowadził na srebrzystym łańcuchu sarmacki kapłan, zwany magiem. Zawyły złote surmy, zadudniły bębny i wojewodowie obu armii znak dali do zaciętej walki. Sarmaci zawsze słynęli z odwagi; nikt bezkarnie nie posądzał ich o tchórzostwo. Jednak tym razem porzucili broń i poczęli uciekać w wielkim popłochu.
- Żmijewicz z martwych powstał! - krzyczeli z wielkim przestrachem, bo też Słowianie zwlekając z oddaniem ciała swego wodza pogrzebowym płomieniom, przywiązali jego trupa do końskiego grzbietu, czym skutecznie wyprowadzili wrogów w pole. Rozszalała wowę ubili palicami Słowianie; odtąd gdy pokazywali na coś brzydkiego, mówili: ,,Chro, wowa!'' Bitwa została wygrana. W erze trzynastej podobny fortel zastosowali średniowieczni Hiszpanie, walczący z Maurami używając trupa Cyda.





Jednak żadne królestwo nie jest wieczne i niebawem po usypaniu kurhanu Żmijewiczowi pod Żółtymi Wodami w miejscu niedawnej bitwy, Sarmaci po raz kolejny uderzyli na Słowian i wielkie było ich zwycięstwo. Na wiele wieków zajęli obie Krobacje, kraj Lugiów, Bliski Zachód, wyspy Ranę, Wolin i Uznam, ziemice Neurów i Burów Czarnosiermiężnych, wszystkie inne krainy Słowian i Bałtów, a nawet Grecję, Lewant, Bharację i część Sinea. W owym pierwszym imperium Sarmatów, Słowianie tworzyli elity i uczyli wielu pożytecznych rzeczy swych półdzikich zwycięzców. Ich sytuację można więc porównać do sytuacji Greków w starożytnym Rzymie, Polaków w carskiej Rosji, czy Ormian w sułtańskiej Turcji.