,,Kiedy
dzień we mgłach zachodnich przyśnie,
Zaszumi
Gopło – srebrną falą pryśnie
I
wnet wypłynie z niego krasna dziewa:
Blade
ma liczko – pianką się odziewa,
Dwie
łzy ma w oku – jak dwie deszczu krople
Albo
dwie gwiazdy utopione w Gople.
I
ząbki u niej – jak pereł dwa rzędy.
Skryte
pod różą – ni ponętne wędy!
Wdyć
nie na pstrągi ani na szczupaki,
Ale
na młode goplańskie rybaki.
Ona
tą wędą róż i pereł zdradnie
Póty
ich k’sobie i wabi i nęci,
Aż
ich pędzistym wirem nie zakręci
I
mokrą chustą nie okryje na dnie!’’
-
Ryszard Berwiński ,,Bogunka na Gople’’
Trzy
ostatnie królowe
rusałek i wodników nosiły imię Goplana. Ta, którą rozsławił
Juliusz Słowacki, nazywała się Goplana IV i żyła w erze
trzynastej na terenie sławnego Królestwa Analapii. Każda z tych
władczyń zasiadała na kryształowym tronie już nie w Toropiecku
na ukraińskiej ziemi, jeno na dnie jeziora zwanego Gopłem.

Matka
Goplany I nazywała się Bogunka. Miała oczy barwy chabrów i
długie, złociste włosy o zielonych końcówkach. Snop światła na
czasy, w których żyła, rzucają jej wiersze, w wśród nich
proroctwo Czarnego Potopu, wielkiej powodzi smoły wylewającej się
z pękniętego serca Mokoszy, która miała zniszczyć królestwo jej
wyuzdanej prawnuczki, Goplany III Wszetecznej. Bogunka pozostawiła
też po sobie niezwykle ciekawy ,,Pamiętnik’’
spisany pismem toropieckim na welinie ze skóry rogatego smoka,
kozidraka, który niedawno spolszczyła profesor Zyta Godlewska z
Uniwersytetu Stanisława Szukalskiego w Złocieńcu. Na
jego kartach Bogunka odmalowała barwny obraz życia rusałek i
innych istot u schyłku ery dziewiątej, który stał się dla mnie
cenną pomocą w pisaniu tej opowieści.
*
W
rodzinie Bogunki
panowała sięgająca czasów królowej Nastazji tradycja nakazująca
przesypianie zimy na dnie Gopła w srebrnych łożach nakrytych
materacami z miękkich wodorostów. Tak było również tej zimy. W
kryształowym domu, kryjącym się pod grubą warstwą lodu, spali
pospołu Mangalfa i Ereń, matka i ojciec Bogunki, jej siostry; Miła,
Krasa i Przytulia, oraz bracia Kazyr i Kaczak. Jedynie srebrne łoże
samej Bogunki stało puste. Bogunka nie mówiąc nic bliskim o swoim
zamiarze, wypłynęła przez okno ku powierzchni jeziora. Przyłożyła
prawą dłoń do lodowej pokrywy.
-
Toplica – soplica! - Wypowiedziała zaklęcie przekazane jej
niegdyś przez babcię. - Dłoń rozbłysnęła na moment czerwonym
światłem, a dotknięty nią lód począł topnieć tworząc
przerębel.
Bogunka
wyszła na powierzchnię, rozglądając się ciekawie. Nigdy
wcześniej nie widziała śniegu. W przyrodzie począł panować
siwobrody Grudzień. Łąki i lasy wokół Gopła pokryła gruba
warstwa białego puchu. Bogunka miała na sobie jedynie cienkie,
białe giezło do kolan, ociekające wodą. Brodziła bosymi stopami
w kopnym śniegu i wcale nie czuła się źle. Temperatura ciała
zdrowej rusałki wynosiła jedynie dwadzieścia stopni Celsjusza.
Istotom tym niestraszne było zimno, które dla większości ludzi
okazałoby się zabójcze.
-
Jaka piękna jesteś,
Pani Zimo! - Uradowana rusałka klasnęła z uciechy w dłonie i
włożyła sobie do buzi śnieżną kulkę.

Nigdy
wcześniej nie widząc śniegu, myślała nawinie, że z nieba spadł
deszcz bitej śmietany, którą uwielbiała. Ciesząc się pięknem
zimy, Bogunka poczęła tanecznym krokiem zagłębiać się w
nadgoplański las. Była zaskoczona gdy zimowy dzień szybko minął
i wnet zaczęło robić się ciemno. Błękitne oczy Bogunki lśniły
w mroku jak gwiazdy. Panna, odgarniając śnieg, usiadła na
powalonym ongiś przez wichurę stuletnim drzewie. Wtedy do jej
ozdobionych kolczykami uszu
poczęły dobiegać radosne okrzyki i słowa swawolnej piosenki.
Oczom młodej nimfy ukazały się zapalone pochodnie. Ujrzała
przejeżdżający wśród ośnieżonych drzew kulig złożony z
pięciuset sań obwieszonych dzwonkami i zdobionych złotem, srebrem,
elektronem, malachitem, bursztynem, perłami, drogimi kamieniami,
oraz orichalkiem i platyną. Do sań zaprzężone były konie z
pawimi piórami wplecionymi w grzywy, białe renifery, jelenie i
daniele ze złotymi porożami, łosie, noszące na szyjach mosiężne
łańcuchy, olbrzymie sobole, pantery, wilki, pegazy o zielonych i
czerwonych grzywach, irbisy z dalekich gór Azji i podobne do nich
białe waździerze z Krępaku, śnieżne smoki, białe koziorożce ze
srebrnymi dzwoneczkami zawieszonymi na szyjach, lwy jaskiniowe,
niedźwiedzie polarne i Boruta z Dziewanną wiedzą, jakie jeszcze
inne zwierzęta z
mroźnych okolic! Bogunka widziała jak w saniach zasiadali,
popijając grzaną nalewkę z imbirem i cynamonem, udali junacy
odziani w tęczowe mundury, nad których głowami unosiły się
diademy z płomyków, satyry o nosach czerwonych od picia wina, peri,
czyli uzbrojone w refleksyjne łuki, nadobne pół – kobiety, pół
– pawie, słodko śpiewające syreny z ogonami pokrytymi złotą i
srebrną łuską, figlarne rusałki w wieńcach z ostrokrzewów,
pukaki z Puszczy Dąbrójeckiej mające postać ludzi z głowami
dzięciołów, śliczne gajewki, panny porośnięte białym
futerkiem, šumskie
dekle w grzybowych kapeluszach, kosmate varibusy i ałmasy, paru
Sobolan, to jest ludzi z głowami soboli oraz ciągle spluwająca,
ruda driada Titiki, której ślina w zetknięciu ze śniegiem
zamieniała się w żywe wiewiórki.
-
Jakie to jest piękne!
- Westchnęła rozmarzona Bogunka. - Żałuję, że sama nigdy nie
jeździłam saniami!
Zaledwie
wypowiedziała to życzenie, jakieś potężne ręce uniosły ją i
delikatnie posadziły w pędzących saniach zaprzężonych w szóstkę
białych koni ze złotymi kopytami. Bogunka zrazu pisnęła
przestraszona.
-
Nie bój się, maleńka – powiedział do niej uspokajająco potężny
woj w zielonym, wyszywanym złotem żupanie, mający podgoloną głowę
i sumiaste wąsy barwy słomy.
Nad
jego głową unosiła się korona z płomieni, zaś u pasa nosił
szablę w pochwie ze smoczej skóry. Dał Bogunce do rąk złoty
kubek napełniony parującym, korzennym naparem.
-
Kim pan jest? - Spytała Bogunka upijając łyk.
-
Zowię się Szlichtad, książę na zamku Kuli. Jestem jednym z Enków
z orszaku Zimy. W erze czwartej podczas Pierwszej Zimy Śnieżnej
pokazałem Zajęczanom jak budować sanie i czerpać przyjemność z
jazdy kuligiem.
-
Dokąd mnie zabierzesz, panie? - Spytała Bogunka.
-
Jedziemy do zamku Kuli, gdzie czeka na nas dobra zabawa! - Oznajmił
Szlichtad. - Oczywiście jeśliś nie rada tej przejażdżce, mogę
waćpannę tu i teraz wysadzić i nie będę miał żalu za tę
odmowę.
-
Jasne, żem rada jechać z wami do waszego zamku, książę! -
Odrzekł Bogunka uśmiechając się od ucha do ucha.
-
A więc wiśta, wio, moje koniki! - Zakrzyknął książę Szlichtad.
Sanie
pędziły szybko jakby unoszone skrzydłami wiatru. Gdy wielki, złoty
zegar na szczycie białej wieży wybił dwunastą, cały kulig
zatrzymał się pod misternie zdobioną, kutą bramą olśniewająco
białego zamku zbudowanego na planie koła. Nigdzie wokół nie było
drzew, za to zalegał nieskazitelnie czysty, kopny śnieg. Było to
daleko na północy, gdzieś za samojedzką ziemią. Książę
Szlichtad wyszedł z sań. Przyłożył obie dłonie i czoło do
pełnej ozdób bramy z kutego złota i wypowiedział słowa:
-
W imię Ageja, stań otworem!
Brama
posłuchała rozkazu i otwarła się bez najmniejszego zgrzytu. Na
znak księcia wszyscy uczestnicy kuligu, opuścili sanie i weszli
przez złotą bramę. Tymczasem służba rekrutująca się z ras
płanetników i śnieżnych bab zajęła się saniami i ciągnącymi
je zwierzętami.
Szlichtad
prowadził Bogunkę przestronnym, białym korytarzem oświetlonym
przez dziesiątki złotych lichtarzy. Za pomocą ziela zwanego
rozkownikiem otworzył przestronną salę balową udekorowaną
strusimi i pawimi piórami oraz girlandami tropikalnych kwiatów.
Ustawione w podkowę stoły uginały się od kryształowych dzbanów
pełnych rosy miodowej, naparu z wymarłej dziś rośliny, zwanej
sylfionem, śledzi w śmietanie, orzechów, fig, daktyli, cytryn,
pomarańczy, kapusty z grzybami, pigw, smażonych dorszy, wędzonych
łososi, barszczu, krokietów i klusek oblanych miodem. Na niewielkim
podwyższeniu zespół złożony z satyrów i leśnych ludzi
przygrywał skocznie do tańca. Szlichtad skłonił się Bogunce,
niemal dotykając kępka płowych włosów błyszczącej podłogi i
zapytał dwornie.
-
Czy zgodzisz się zatańczyć ze mną, panienko?
-
Z przyjemnością – zgodziła się Bogunka, po czym cała sala
ruszyła w tany.
-
Gdy ja tańczę zwinna, żywa, kosa za mną wkoło pływa… -
śpiewały rozradowane rusałki.
W
przerwach między tańcami, uczestnicy kuligu zasiadali do stołu
racząc się wybornym jadłem i napojami, po czym znów ruszali w
pląsy. Książę Szlichtad rozdawał prezenty z hojnością właściwą
Enkom, aż w końcu został w samych pludrach. Dwóch Lynxów,
Drasław i jego siostra Arissa posadziło go na beczkę z piwem i tak
woziło po całej sali balowej.
Bogunka
powróciła do rodzinnego jeziora o brzasku, wraz z pianiem koguta.
Leciała nad Gopło usadowiona wygodnie na latającym dywanie utkanym
przez nadobne peri o pawich piórach. Był to dar dla niej od księcia
Szlichtada. W czasie lotu strzegły jej w oddali dwa śnieżne smoki.
*
Kiedy
Bogunka liczyła sobie dziesiątą wiosnę życia, nieodłączną
towarzyszką jej zabaw stała się urocza, biała myszka z czarnymi
łatkami. Potrafiła mówić i nosiła imię Mysia Kapotka. Bogunka
otrzymała to zwierzątko w prezencie od Gwiazdki, Borowej Ciotki,
albo samej Dziewanny Šumina
Mati. Z wielką ochotą wychodziła z Gopła, by bawić się z Mysią
Kapotką wśród łąk, pól i lasów.
-
Pi, pi! Biegnijmy w las, tam wesoło będzie nam mijał czas! - Mysia
Kapotka zachęcała przyjaciółkę, zaś małej nimfie nie trzeba
było dwa razy tego powtarzać.

Zdyszana
rusałka i jej myszka zatrzymały się, by odpocząć na skraju
Puszczy Dyjskiej, rosnącej sto mil na wschód od Gopła. W owym
czasie na tronie Rodzenic zasiadało Lato w wieńcu z kłosów, zaś
wśród Zviezdunów panowanie objął Lipiec, władca pszczół,
kwiatów, ptaków i motyli. Puszcza Dyjska pachniała upajająco
miodem przelewającym się z leśnych barci. Rozbrzmiewały w niej
głosy fujarek leśnych ludzi. Serce Bogunki radowało się
doświadczając zmysłami tych wszystkich barw, woni, kształtów i
dźwięków. Kiedy mała rusałka schyliła się, aby zerwać biały
mak z zamiarem wplecenia go we włosy, ujrzała między drzewami
silny rozbłysk biało – złotego światła. Wśród drzew ukazała
się wysoka i smukła driada odziana w powłóczystą suknię barwy
szmaragdów. Jej rozpuszczone, jasnobrązowe włosy opadały w
miękkich puklach do pasa. Piękne, duże oczy lśniły zielonym
blaskiem. Bogunka na widok pięknej pani, upuściła kwiatek z ręki
i przyklękła na oba kolana.
-
Bądź pozdrowiona, Dziewanno Šumina
Mati! - Przywitała ją z szacunkiem należnym Ence.
-
Nie jestem Leśną Matką, Dziewanną, ale rusałką tak jak i ty –
przemówiła driada. - Nazywam się Sylwia i z mandatu Pani Dziewanny
zasiadam na tronie księżnej Puszczy Dyjskiej. Tron, na którym
zasiadam, pracowite karły sporządziły ze złota, zaś umocowany
jest on do poroża wiernego jelenia Chrobotka. Tam gdzie on biegnie,
tam niesie i mój tron na głowie.
-
To musi być bardzo silny jeleń – stwierdziła Bogunka.
-
To prawda – przytaknęła Sylwia. - Chrobotek jest znacznie
silniejszy niż bywają zwykłe jelenie. Nie musisz przede mną
klęczeć. - Dodała po chwili, a zmieszana Bogunka powstała z
kolan. - Z woli Mokoszy wszystkie rusałki mają być dla siebie
siostrami. Jeno władcy strzyg, kikimor, wąpierzy i im podobnego,
piekielnego tałatajstwa, radzi są gdy ich poddani lękają się ich
i pełzają przed nimi jak robaki.
Następnie
Sylwia przytuliła mocno Bogunkę i ucałowała ją w czoło.
-
Składam ci hołd jako wybranej przez Ageja, przyszłej matce
królowej rusałek i wodników. Jej imię rozsławi jezioro Gopło po
całym świecie. Będzie ona ujeżdżała żubry, a z jej ręki zginą
marnie tyrani w skórach dwóch bestii.
-
Nigdy nie pragnęłam zostać królową ani wojowniczką –
zaczerwieniła się Bogunka. - Czuję, że na moje potomstwa spadnie
ciężkie brzemię – zasmuciła się.
-
O tak – rzekła poważnie Sylwia. - Brzemię bycia królową okazać
się może zbyt ciężkie dla latorośli twej latorośli. Nie płacz,
kochana. Każdy musi przejść przez ogień pokus, aby zostać
wypróbowanym jak złoto w tyglu. Odrośl z twojego pnia nie musi
wcale iść na zatracenie. Jej przyszłość zależy od wyborów
jakich dokona… Zmieniając temat: czy rada byłabyś rozgościć
się w powierzonym mi mateczniku?
-
Z miła chęcią – odparła Bogunka.
-
Ja też jestem temu rada – zapiszczała Mysia Kapotka.
Sylwia
wzięła młodszą rusałkę za rękę i poprowadziła ją w głąb
puszczy. Gdy obie nimfy doszły do matecznika, przywitał je chór
ptasich głosów, filigranowe elfy z motylimi skrzydłami, szarpiące
struny małych harf oraz krasnoludki grające na trąbkach i
cymbałach. Jeleń Chrobotek schylił głowę do ziemi, zaś księżna
Sylwia usiadła wygodnie na złotym tronie umocowanym w jego
wyjątkowo wielkim i rozgałęzionym porożu. Leśne chochliki w
czapkach z płatków kwiatów, uwijały się jak w ukropie,
przynosząc księżnej i jej gościowi złote czarki z rosą miodową,
oskołą zaprawioną sokiem z żurawiny, orzechami laskowymi,
malinami, jagodami, sałatką z jaszczurczych ogonów przyprawionych
lukrecją, smakowitymi poczwarkami mrówek oraz marynowanymi
podgrzybkami i rydzami. Przyniosły nawet małą gomółkę sera z
mleka łani dla Mysiej Kapotki. Poczęstunek bardzo przypadł Bogunce
do gustu. Kiedy skończyła pałaszowanie smakołyków, Sylwia kazała
małpie łokisowi podać sobie złotą harfę. Szarpiąc jej struny,
rozpoczęła opowieść, której poszczególne sceny, czarodziejskim
sposobem ukazywały się oczom zasłuchanej Bogunki wśród drzew
matecznika.

-
Koło Czasu trzydzieści razy wykonało pełen obrót, nim spotkałam
cię w lesie – zaczęła swą opowieść Sylwia. - Byłam wówczas
panną, do której urody wzdychali leśni ludzie, wodniki, żmijowie
i mężowie innych ras rozumnych. Dopiero niedawno, po nocy spędzonej
w chramie Dziewanny Šumina
Mati, otrzymałam z jej rąk koronę Puszczy Dyjskiej. Kiedy
ukoronowana opuściłam chram, oddały mi pokłon wszystkie leśne
zwierzęta, drzewa, trawy, kwiaty i zioła, a jeleń Chrobotek niósł
mnie na swojej głowie. Niestety już trzeciego dnia od wstąpienia
na tron, przyszło mi zmierzyć się z zagrożeniem, które
przerastało moje siły. Oto ze wschodu przypełzły wielkie węże,
zwane trusiami. Każda trusia była długa na pięć arszynów, a do
tego dysponowała jadem palącym. Węże te zabijały swym jadem
więcej zwierzyny, niż władne były pożreć. Wśród ich ofiar
zdarzały się też driady i leśni ludzie. Strzały z mojego łuku z
wielką trudnością dziurawiły ich twarde łuski. Choć zdołałam
ubić piętnaście trusi, kłębiło ich się znacznie więcej niż
byłam w stanie wytrzebić.
-
I co dalej? Gdzie są owe trusie? - Przerwała zaciekawiona Bogunka.
-
Traciłam nadzieję, że uratuję swą puszczę, a me serce z wolna
wypełniało się mrokiem. Wtedy to zjawił się w mych włościach
potwór Żma. Pokryty szmaragdową łuską przypominał ni to smoka o
olbrzymich kłach, ni to nosorożca z trzema rogami i kostną krezą
chroniącą kark. Z zębatej paszczy przyniósł mi poczerniały ze
starości pergamin zapisany nieznanym mi pismem i językiem.
-
Złóż tu podpis, pani, a uwolnię twą puszczę od trusi!
Zdesperowana
zgodziłam się na ten warunek. Złożyłam podpis krwią z
serdecznego palca, nie zauważając klauzuli spisanej pismem drobnym
jak głowa mrówki. Tymczasem Żma zabrał się do tępienia trusi.
Deptał je ciężkimi kopytami, przebijał na wylot rogami i pożerał
białymi kłami. Był całkowicie odporny na ich ukąszenia. Ostatnie
trusie skryły się na Bagnach Mokrackich, które nie podlegają
mojej jurysdykcji. Wówczas Żma powołując się na zapis
cyrografu, zażądał, aby została jego żoną. Przeraziłam się
nie na żarty. Wcale nie chciałam dzielić łoża ze smokiem, lecz
ten przymuszał mnie.
-
Jak mi odmówisz, przebiję rogami twe piersi i wstyd dziewiczy! -
Groził Żma, a ja płacząc, błagałam Dziewannę, aby oszczędziła
mi tej sromoty.
Bogunka
słuchając tej opowieści, na przemian bladła i czerwieniała z
przejęcia.
-
Na szczęście w dniu, w którym Żma miał mnie posiąść, w
puszczy zjawił się wodnik Żyrosław. Uzbrojony w złocisty topór,
dar jak się później okazało, samego Peruna, po ciężkiej walce
porąbał nim Żmę na sto kawałków. Następnie ochłapy te oddał
na żer płomieniom. Z ciała Żmy pozostał jedynie rdzeń kręgowy.
Żyrosław nie będąc w stanie inaczej go zniszczyć, pogrzebał go
pod ciężkim głazem z ruinach zamku, aby potwór nie zdołał się
z niego odrodzić. Od tego czasu Żyrosław jest moim oblubieńcem i
księciem u mego boku. O wilki mowa! - Sylwia z uśmiechem skończyła
opowieść i powstała z tronu.
Między
drzewa matecznika wszedł żółtooki, łysy wodnik o zielonkawej
cerze i podobnej do wodorostów brodzie zaplecionej w warkocz. Driada
i wodnik padli sobie w objęcia i uściskali się. Następnie
Żyrosław z galanterią ucałował rękę Bogunki.
-
Dziękuję państwu za gościnę, ale czas już na mnie. Rodzice będą
się niepokoić – Bogunka pożegnała Sylwię i Żyrosława, po
czym z Mysią Kapotką siedzącą na ramieniu, pognała w stronę
rodzinnego jeziora.
*
,,STAWR
I GAWR w mit.
wschsłow. (brus.) dwa ulubione, przyboczne psy księcia Boja, który
po śmierci faworytów ustanowił ich kult. Na grobie Stawra i Gawra
podwładni Boja składali w wyznaczonym terminie ofiary z napoju i
jadła, a nadto organizowali całodzienną ucztę (triznę), podczas
której wzywali psy po imieniu. Na Białorusi utrzymywano, że w
związku z tym obrzędem pozostaje roczne święto zmarłych przodków
– Stawruskie Dziady (...)’’ - Andrzej M. Kempiński
,,Encyklopedia mitologii ludów indoeuropejskich’’

Bogunka
pobierając nauki w szkółce starej i mądrej baby wodnej, Potapii,
poznała rusałkę Sławicę o czarnej kosie i szmaragdowych oczach.
Obie panny wnet zaprzyjaźniły się co przypieczętowały wymieniem
się nawęzami. W ,,Pamiętniku’’ Bogunki czytamy jak to
Sławica w latach swej młodości, lękała się na myśl o związku
małżeńskim. Tymczasem pokochał ją niezrównany pogromca strzyg,
książę Boj. Jego ojcem był dwugłowy Mieczysław, pan wojny
sprawiedliwej, matką zaś meliada Eleni. Boj posiadał głowę ze
złota i dodatkową, srebrną twarz na piersiach, a ponadto biegle
władał mieczem i toporem. Oświadczył się osiemnastoletniej
Sławicy, która ze strachu ukryła się pod kamieniem i drżała
niczym w febrze. Dopiero mediacja Stawra i Gawra, dwóch łowczych
psów księcia Boja, z których jeden był biały jak mleko, a drugi
czarny niczym smoła, przyniosły skutek. Mądre psy przekonały
wystraszoną rusałkę, że książę Boj nie skrzywdzi jej, lecz
przeciwnie, będzie ona z nim szczęśliwa. Niedługo potem Boja i
Sławica stanęli na ślubnym kobiercu i pili miód z jednego rogu.
Wśród zaproszonych gości znalazła się również Bogunka,
rozradowana szczęściem swej przyjaciółki.