środa, 18 grudnia 2013

Zbrodnia i kara

,,A jeśli ktoś nasz polski dom zapali
To każdy z nas gotowy musi być
Bo lepiej abyśmy stojąc umierali,
Niż na kolanach klęcząc mieli żyć''
(z ulotki naklejonej na murze).



W Pawlaczycy wszystko było jak przed pielgrzymką, tyle tylko, że towarzysz Plaptonius już wrócił z Warszawy. Zwierzęta były zdziwione i zawiedzione, że po ich Lesie jedzie czołg. Żołnierz jednak starał się jak najszybciej opuścić Las, aby nie wyrządzić więcej szkód. Był już na wsi, a Lawendycja wskazała mu drogę do siedziby Dziadostwa.
- To ten domek - wskazała - tylko panie Żołnierzu jest bardzo ciężko go zniszczyć!
- No cóż, nie ryzykuje ten kto zdycha! - powiedział Żołnierz i wycelował lufę czołgu w styk dachu ze ścianami.
Rozległ się potężny huk i siedziba Dziadostwa stała się dymiącą kupą gruzów. Na nogach ostał się tylko Plaptonius, ledwo przytomny ze strachu, uwalony tynkiem, co upodabniało go do piekarza bardziej niż członka Partii, a gdy zobaczył czołg, zaczął uciekać. Żołnierz wybiegł z morderczej machiny, dogonił Plaptoniusa i powalił go na ziemię.
- Litości, wielki wodzu kontrrewolucji, oszczędź mnie! - błagał skomląc jak szczeniak.
- Na takich karierowiczów jak wy, to szkoda kuli - uspokoił go Żołnierz - proszę cię tylko abyś poszedł do Fortu Marksa i powiedział swoim towarzyszom, że chcemy aby się poddali.
Plaptonius nawet nie myślał stawić oporu. Pobiegł do Fortu Marksa, a czołg jechał za nim. Wbiegł na dziedziniec i krzycząc jak szaleniec i machając rękoma jakby chciał odlecieć, mówił o wielkiej, światowej kontrrewolucji, która zmiotła właśnie siedzibę Dziadostwa. Strażnicy wprowadzili go do kwatery i dali ciepłą herbatę. Następnie cała załoga postanowiła drogo sprzedać swój bastion komunizmu w Pawlaczycy.
- Debile, głupie alfonsy! - krzyczała w stronę Fortu Marksa Lawendycja wychylając się z czołgu i naśladując zarzucony już styl Evcelmy. - Wyrzuciliście stąd Pana Jezusa, aby zrobić w naszym Kościele ,,świniarnię'', więc nie liczcie, że będzie was bronił przed nami!
- To ta krwawa suka tak wykończyła towarzysza Plaptoniusa! - mruknął strażnik z wieży obserwacyjnej i strzelił w stronę ,,krwawej suki''.
Kula musnęła skroń Lawendycji nie uszkadzając skóry i utknęła w jej długich włosach. Lawendycja weszła z powrotem do czołgu, a z Fortu Marksa rozpoczęła się kanonada.
- Szkoda, że nie przywieźliście z Warszawy broni przeciwpancernej! - ktoś mówił do Plaptoniusa, wręcz zielonego z wrażenia.
Tymczasem lufa podniosła się i czołg przy akompaniamencie ostrzału karabinowego Dziadowskich, wpełzł na dziedziniec. Znów coś wstrząsnęło powietrzem. Potężna, żelazna brama Fortu Marksa była teraz zbiorowiskiem opiłków rozrzuconych w dzikim nieładzie po okolicy. Pocisk leciał dalej, zniszczył mównicę, która niegdyś była amboną, zabijając na miejscu wydającego rozkazy towarzysza Romana Wieleskóra, zastępcę Plaptoniusa, po czym rąbnął w ścianę.
- Poddajmy się! - histerycznie wrzasnął Plaptonius, przebywający na poddaszu.
- Zdrajco! - towarzysz Krzysztof Raniuk uderzył go w twarz, aż ten upadł. - Partia nigdy się nie poddaje! - jakby na potwierdzenie tych słów Dziadowscy ( z wyjątkiem Plaptoniusa) chwycili za karabiny, inną broń palną, a nawet za benzynowe kanistry, lecz czołg parł naprzód.
- Co za heroizm! - wyrwało się Łukaszowi widzącemu walkę z Dziadowstwem.
Zastępy Dziadowskich topniały jak wiosenne śniegi, zaś lufa czołgu, (którą przysłużyła już do zniszczenia ofiarowanego niegdyś przez Gomułkę helikoptera) teraz wysunęła się do środka przez wyrwę w miejscu bramy.
- Dynamit! - ktoś wrzeszczał. - Dajcie dynamit! - marzono o wepchnięciu materiału wybuchowego przez lufę i wysadzeniu czołgu.
Na próżno! Kartacz szedł za kartaczem, w pył rozniesiony został stół biesiadny zrobiony niegdyś z ołtarza, obrazy Lenina, Breżniewa, Gierka i Plaptoniusa zostawały wepchnięte w ścianę, ta zaś poczynała się kruszyć. Artyleryjska kanonada zburzyła ścianę, a z lufy leciał dym. Teraz biegnie ktoś z dynamitem w dłoni, lecz Łukasz wychyliwszy się z czołgu wyrwał materiał wybuchowy z ręki Dziadowskiego i rzucił czerwoną laskę w popiersie Lenina.
Czołg wycofał się i nagle zaczął strzelać w następne ściany. Beznadziejna kanonada trwała po obu stronach, a tymczasem pół wsi się zbiegło. Pielgrzymka skończyła się. Jaruzelski dotrzymał obietnicy złożonej papieżowi i zabronił zabijać Pana Sołtysa wracającego ze szpitala. Tak więc Pan Sołtys wrócił Ruskomobilem do Pawlaczycy, a wraz z nim przyjechali inni członkowie delegacji. Powitał ich niesamowity



rumor. Oblężeni komuniści ginęli jak ranne bawoły, ostatnie chwile konania poświęcając na zadawanie



śmierci wrażych wojsk kontrrewolucji. Ginęli w milczeniu, armia Antychrysta, zabójcy polskiego chłopstwa i raby totalitaryzmu, który teraz rozpoczął pożeranie własnych kapłanów. Po godzinie z Fortu Marksa została się tylko góra dymiących, skąpanych we krwi gruzów.
Wrażenie było zbyt wielkie, aby ktokolwiek krzyczał: ,,Wygraliśmy''! Pierwsza z czołgu wybiegła Lawendycja. Znalazłszy się przy rumowisku, ujrzała wśród pokruszonych cegieł jakiegoś wciąż żywego człowieka.
- Dobrze mówiłam - strasznym głosem pogwałciła ciszę - zrobiliście w Kościele ,,świniarnię'', a świniami byliście wy. Teraz też zginiecie śmiercią świńską. Jak świnie będziemy was wydobywać z gruzów i zarzynać, tylko, że nie zasługujecie aby was jeść. Po tych słowach wyjęła nóż z ciemienia i nachyliła się nad półżywym człowiekiem aby go dobić.
- Nie, siostro - poczuła znów bielmo na oczach, od dłuższego już czasu, a także czyjąś męską rękę.
Była to ręka jej brata Łukasza.
- Dziadowscy zabili Stasia i Faustynkę - powiedziała twardo, lecz łez nie mogła powstrzymać.
- Papieżowi mówiłaś, że postarasz się przebaczyć - drążył Łukasz, lecz Lawendycja nie odpowiadała. - Dlaczego chcesz być jak oni? Nie powtarzaj ich zbrodni. Twój mąż i ja chcemy cię prawdziwej, bez bielma na oczach.
- To dzięki twojej dobroci przestałem być przemytnikiem - mówił Heniek. - Jesteś moim autorytetem moralnym. Tak bardzo ciebie podziwiałem gdy nie chciałaś aby Strach na Wróble zabił ubeków, tak bardzo byłaś wtedy w pełni KOBIETĄ... Nasze dzieci z pewnością już przebaczyły swoim mordercom. Teraz ty pokaż kim jesteś... - Lawendycja schowała nóż do ciemienia, lecz nie mogła powstrzymać płaczu.
- Niezależnie kto wygra, prawdziwym zwycięzcą jest ten kto umie wybaczyć - pocieszał ją Ksiądz Dobrodziej. - Oni już nikogo nie skrzywdzą, a ci co przeżyli zostaną osądzeni - czy klątwa Astarota nadal będzie ciążyć?
Nie tylko Lawendycja odczuwała wielki ból z winy Dziadostwa. Tak naprawdę, mówiąc słowami Sienkiewicza: ,,Nienawiść wrosła w serca i zatruła krew pobratymczą...'' Niemal każdy chłop i każda chłopka stracili kogoś bliskiego podczas okupacji lat 1951 - 1979. Za radą Księdza Dobrodzieja, Pan Sołtys nakazał wyciągnąć ludzi spod gruzów, poległych godnie pochować, a rannych wyleczyć, aby było kogo sądzić. Rozkaz spełniono i już po tygodniu sprowadzono Dziadowskich na sąd. Między nimi był Jerzy Plaptonius. Nastroje były wrogie i pełne oczekiwania na surową sprawiedliwość.
- Mordercy! - krzyczała i groziła pięścią wiekowa już Stara Babucha. - Wasze miejsce jest w piekle!
- I dobrze! - odkrzyknęła Lawendycja. - My też się tam znajdziemy jeśli będziemy postępować jak oni!
Nikt nie liczył na litość, kiedy w roli sędziego wystąpił Pan Sołtys. Proces był długi i miał burzliwy przebieg, ale Dziadowscy otrzymali adwokata aż z Magdalenki. W końcu zapadł wyrok skazujący.Wszyscy oczekiwali na śmierć, a Pan Sołtys dał ręką znak, że chce mówić.
- Zasługujecie na śmierć, lecz jej nie otrzymacie, bo to nie my, ale wy jesteście Dziadowscy. Idźcie do Warszawy i powiedzcie swojej Partii, że oto w całym zniewolonym przez was świecie nadchodzi POWRÓT WOLNOŚCI...
Ten wyrok był szokiem zarówno dla chłopów jak i podsądnych. Z tych ostatnich wygnanych do Warszawy, byli tacy co się nawrócili na katolicyzm, a nawet zamieszkali w Pawlaczycy żeniąc się z chłopkami. Jednak najsroższych zbrodniarzy ukarano niczym w nowej Norymberdze. Plaptonius został uwięziony w drewnianej chacie z napisem ,,Wróg Narodu''.



- Erashim tzay gracilis! - mówiła po starokrasnemu o Panu Sołtysie Anej e Rion, co znaczyło ,,On jest wielki''!
Kiedy Lawendycja sprzeciwiła się Starej Babusze, jej oczy znów były niebieskie, a serce szczęśliwe. A było to tak. Jeszcze przed pielgrzymką schwytała dwóch Dziadowskich; Pawła Szmaciaka i Adolfa Skoratyszyckiego i  uwięziła ich w swojej piwnicy aby zabić. Nie zdążyła tego zrobić, bo pojechała do Warszawy. Teraz widząc jak trudno będzie wybaczyć, postanowiła uwolnić jeńców. Weszła do piwnicy i chciała spełnić swój zamiar...
- Przebaczam wam! Jesteście wolni! Żyjcie! - wołała, a odpowiedziało jej rzężenie umierających.
- Za późno, pani - zdołał wyrzec towarzysz Szmaciak, a Skoratyszycki już nie żył. - Baliśmy się waszej srogości w tępieniu nas i podcięliśmy sobie żyły, bo wiedzieliśmy, że śmierć jaka pani by nam zadała byłaby długa i bolesna, jak śmierć pani dzieci... - dalej nie mógł mówić, oczy same mu się zamykały.
Lawendycja chciała ich ratować, lecz stracili zbyt dużo krwi i było już za późno na ratunek.
- My już zmarnowaliśmy swoje życie - ostatkiem woli mówił Szmaciak - lecz żeby pani nigdy nie mówiła tego... - głos zamarł, a w piwnicy domu państwa de Slony leżały dwa trupy, a w kałuży krwi Lawendycja płakała długo i żałośnie...
Przypominały jej się dzieci; te straszne chwile gdy trzymała dwa zimne, skrwawione ciałka na rękach i obmywała je łzami. Nie wiedziała tego, ale wówczas zanim jeszcze bielmo przykryło jej oczy, jakaś sikora modra wyprowadzająca pisklęta z gniazda, na ich pytanie ,,Co to takiego człowiek''? odpowiedziała



wskazując na Lawendycję z martwymi dziećmi: ,,Ecce homo''. Pierwsza przeklęta Polka była pierwszą, która złamała klątwę Astarota.
Grzmiało i z nieba lunęła ulewa wymywająca krew z ziemi i roślin, kiedy na gruzach Fortu Marksa, Ksiądz Dobrodziej znów sprawował Eucharystię.
- A z wami co będzie panie Żołnierzu? - życzliwie spytał Pan Sołtys.
- Do Warszawy nie mam co wracać, boby mnie oskarżono o zdradę stanu - odpowiedział Żołnierz - czy mógłbym u was zamieszkać?
- Ależ oczywiście - odpowiedział Pan Sołtys.
I tak Żołnierz dostał chatę, którą rozbudował, swój czołg zaparkował do stodoły, zaczął uprawiać pole i hodować zwierzynę i został narzeczonym Ayisaki e Rion. Na jednym z wieców powiedział: 
- Jeśli komuniści znów was zaatakują obronię was swoim czołgiem!



Nie wiedział, że niedługo straszna śmierć rozłączy go z Ayisaką i Pawlaczycą. 

niedziela, 15 grudnia 2013

Cudowna podróż

Wczoraj nad ranem wróciłem z dwudniowej pielgrzymki do Krakowa (starokrasne: Grakchov, runwirskie: Krakovo, toropieckie: Caroduna1), Łagiewnik (Lagenova, Łagivniki, Laina) i Wieliczki (Salta Gracilis, Vilička, Sol), odbytej ze szczecińską parafią św. Jana Chrzciciela. Jechaliśmy wiele godzin mijając min. Gorzów Wielkopolski (Zarko Gracilipalanishier, Gorov Vielgopalskij, Zarako Magnapolina) i Wrocław (Vratislava, Vraclav, Vrotisla), a z okien autokaru ujrzałem dinozaura (oczywiście nie żywego, tylko figurę). Ksiądz proboszcz czytał żywot św. Stanisława, z którego wynikało, że cud ze wskrzeszeniem Piotrowina miał miejsce naprawdę (dotychczas myślałem, że to tylko legenda, ale czy nie myślał Czytelnik, że być może za tysiąc lat rzeczywiste cuda np. św. ojca Pio i ojca Johna Boshobory też będą przez wielu uważane za legendy?).




W Krakowie zwiedzaliśmy z przewodnikiem i sprzętem nagłaśniającym katedrę na Wawelu – obok Jasnej Góry najważniejszą świątynię w Polsce. Obok bramy zawieszone były na łańcuchu kości wieloryba i mamuta – pamiątka z czasów kiedy tego rodzaju przyrodnicze kurioza gromadzono w kościołach tak jak dzisiaj w muzeach. Do katedry prowadzi ozdobna metalowa brama zdobiona literami ,,R'' (łac. ,,rex'' – król) w koronie. Pamiętam z lat 90 – tych, że owa brama zdobiła wówczas czołówkę Telewizji Kraków. Zwiedzając katedrę ujrzałem sarkofag Władysława Jagiełły (u jego stóp leżał smok jako symbol zwyciężonego zła), cenotaf (pusty sarkofag) jego syna Władysława Warneńczyka, Jana III Sobieskiego, Władysława Łokietka i jego syna Kazimierza Wielkiego (u jego stóp leżał bóbr symbolizujący to, że ostatni z Piastów na polskim tronie był wielkim budowniczym. Ujrzałem też groby Adama Mickiewicza i Juliusza Słowackiego (choć za życia byli skłóceni, spoczęli w jednej krypcie), Józefa Piłsudskiego (serce Marszałka i jego matki znajdują się na Rossie w Wilnie) i największego z polskich prezydentów, śp. Lecha Kaczyńskiego z żoną Marią. Widziałem też ogromny Czarny Krucyfiks, przed którym modliła się królowa św. Jadwiga (w jednym z numerów ,,Listu'' zetknąłem się z taką interpretacją mistyczną, że ów krucyfiks jest dlatego czarny, że znalazły się na nim ludzkie grzechy). Pokonując strach wspiąłem się na wysoką wieżę, aby zobaczyć Dzwon Zygmunta. Został on odlany w XVI wieku z moskiewskich dział zdobytych w bitwie pod Orszą w 1514 roku (Orsza leży na terenach dzisiejszej Białorusi). Istnieje przesąd, w myśl którego kto dotknie lewą ręką Dzwonu Zygmunta, temu spełni się pomyślane życzenie. Przy ołtarzu św. Stanisława uczestniczyłem we Mszy Świętej, którą koncelebrował biskup Tadeusz Pieronek. Moja parafia otrzymała w darze relikwie św. Stanisława. Kraków to wspaniałe miasto, pełne pięknych zabytków, ważnych dla naszej historii i kultury. Miasto to ma w sobie coś baśniowego, co wykorzystał Andrzej Pilipiuk pisząc trylogię o kuzynkach Kruszewskich.




Jeszcze tego samego dnia pojechaliśmy do Łagiewnik. Następnego dnia z rana widziałem jak jakaś kobieta jadąc samochodem obaliła znak drogowy i pojechała dalej (jedna z pań biorących udział w pielgrzymce spisała numer rejestracyjny samochodu). Uczestniczyliśmy w Mszy Świętej w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia – jednej z najpiękniejszych świątyń, jakie widziałem. Udział w Eucharystii był wspaniałym przeżyciem. Widziałem też kaplice różnych narodów, w tym bardzo piękną kaplicę węgierską ozdobioną kolorową mozaiką przedstawiającą węgierskich świętych. Potem ruszyliśmy w dalszą drogę z daleko podziwiając Sanktuarium Błogosławionego Jana Pawła II.




W Wieliczce, której nazwa oznacza ,,Wielką Kopalnię Soli'' zwiedzaliśmy podziemną kopalnię. Niegdyś w miocenie na jej miejscu znajdowało się morze. Ujrzałem podziemne, słone jeziora, przepiękne żyrandole wykonane z kryształów najczystszej soli – halitu, oraz. wiele wykonanych z wielkim trudem rzeźb z zielonej soli (min. św. Antoniego, św. Kingi, która według legendy sprowadziła sól do Polski, św. Barbary, bł. Jana Pawła II, Józefa Piłsudskiego, Mikołaja Kopernika, który jako pierwszy zwiedzał Wieliczkę w celach turystycznych, potężnych rozmiarów hermę Kazimierza Wielkiego a nawet posąg niemieckiego poety J. W. Goethego, który niegdyś zwiedzał Wieliczkę u boku księcia Weimaru). Jako fantasta nie mogłem przegapić rzeźb krasnoludków i smoka. Widziałem też prezentację multimedialną przedstawiającą wypalanie niebezpiecznego gazu – metanu. Dowiedziałem się też o rywalizacji między Wieliczką a Bochnią (Vokina, Bochnija, Bohena), oraz o tym, że koni w Wieliczce przestano używać dopiero w … 2002 roku.
Potem wsiedliśmy do autokaru i ruszyliśmy do Szczecina. Wróciłem do domu nad ranem i uważam, że warto było pojechać, bo jak mówił mój katecheta z liceum, dominikanin o. Marcus ov Cosiar: ,,Wiara potrzebuje 'dopalaczy'''. Poza tym miałem okazję lepiej poznać swoją Ojczyznę, która jest bardzo piękna, chociaż zaniedbana.


1 Nazwę wymawia się tak jak się pisze

czwartek, 12 grudnia 2013

Oniricon cz. IX

Śniło mi się, że:


- Michał Cetnarowski napisał powieść, w której demon mający wydrążoną dynię zamiast głowy i ubrana na czarno czarownica podczas Halloween zniszczyli czarami miasteczko,



- prof. Jerzy Robert Nowak miał pretensję do Geralta, że ten uprawia magię,



- kukułki podrzucają jaja zimorodkom,



- kiedy byłem małym dzieckiem płynąłem na arce Noego, po potopie wszyscy złożyli ślub, że zostaną wegetarianami, ja jednak zjadłem po kryjomu kilka plasterków kiełbasy chorizo z dinozaura, potem się z tego spowiadałem, a ksiądz jako pokutę zadał mi codziennie uczestniczyć w Eucharystii,



- Dave Martyniuk (jeden z bohaterów ,,Fionavarskiego gobelinu'' Guya Gavriela Kaya) zamienił się w tyranozaura,



- kiedy Kane umarł, Bóg karząc go za zabicie brata, umieścił go na Księżycu, aby stamtąd oglądał przez teleskop wszystkie zabójstwa popełnione na Ziemi,



- w starożytności w Barbaricum żyło dwóch braci; jeden z nich udał się do Imperium Rzymskiego, gdzie przyjął chrzest i został kapłanem, po czym wrócił do Barbaricum, aby chrystianizować swoich rodaków,



- było dwóch dorosłych braci, którym umarła matka; pochowano ją w dwóch grobach; na obu bracia zasadzili białe kwiaty, ale jeden z nich oblał je czerwonym barwnikiem,



- szedłem boso po Szczecinie i spotkałem siwiejącą już panią Jolenę ov Symetayak, która uczyła mnie fizyki, p. Jolena powiedziała kiedyś klasie coś o morświnach, dlatego teraz porównałem ją do Juraty - bogini Bałtyku, p. Jolena powiedziała mi, że pan Andreus ov Leovishiner umarł,



- kąpałem się w basenie razem z dwiema pięknymi dziewczynami noszącymi wyszukaną biżuterię, przypatrywały się nam dwie staruszki - ich matki,



- pewien polski szlachcic noszący czerwony kontusz był dyktatorem i zabronił Polakom w jakichkolwiek sytuacjach zdejmować buty lub skarpety, nawet w kąpieli,



- zostałem wywieziony do sowieckiego łagru na Syberię, aby budować kolej transsyberyjską, jakiś sołdat o siwych włosach chciał mnie zabić, walczyliśmy kijami, w końcu zabiłem go dwoma nożami, lecz on później ożył,



- Pavlas ov Vidłar był dwa razy w Rumunii,
- puściłem bąka, a potem tak się tego wstydziłem, że zacząłem wrzeszczeć i zdemolowałem pokój,
- jakiś starzec powiedział mi, że na dobrym blogu nie powinno być żadnych komentarzy,
- w jakiejś szczecińskiej piwnicy mogącej pełnić funkcję schronu mieściła się restauracja, gdzie grano kolędy, a szef torturował pracowników,



- piękna dziewczyna o ciemnorudych włosach trafiła do fantastycznego świata, gdzie spotkała Wielką Boginię; złożyła się jej w ofierze i została świętą, potem chciała jeszcze dwa razy zostać złożona w ofierze, aby stać się anielicą, a potem boginią.

środa, 11 grudnia 2013

Chwała Różańcowi!

- ,,Musicie być mocni tę mocą, którą daje wiara! Musicie być mocni mocą wiary! Musicie być wierni''! - brzmiało zbawienne orędzie.



Enigmatyczny, czarno ubrany osobnik czegoś szukał ręką w kieszeni skórzanej kurtki i uporczywie gapił się na nauczającego papieża, a Pan Sołtys na niego. Z każdą sekundą był coraz bardziej niespokojny. ,,Co on chce zrobić''? - myślał gorączkowo Pan Sołtys, zaś w dłoniach obserwowanego człowieka coś złowrogo błysnęło. Pan Sołtys jeszcze zanim nazwał rzecz po imieniu, zasłonił sobą widok na Jan Pawła II, a jego niebieskie oczy zderzyły się z czarnymi okularami.
- Nieeee !!! - z gardła Pana Sołtysa wydobył się tylko ten dźwięk, zagłuszony hukiem wystrzału z pistoletu.
Ratownik osunął się na bruk, a niedoszły zamachowiec wyparował jak kamfora. Wśród warszawiaków zrobił się zator; tu i ówdzie rozległy się groźne okrzyki piętnujące zamachowców, wielu słusznie uznało Pana Sołtysa za bohatera. Choć na Placu Zwycięstwa pełno było radiowozów Milicji Obywatelskiej nikt nie ścigał zamachowca. Nie znaczy to, że władze nie reagowały. Skądże! Czytałem, że Jaruzelski zagroził śmiercią każdemu dziennikarzowi, pracownikowi radia, czy ,,Dziennika Telewizyjnego'', który by wspomniał choć słówkiem czy zdjęciem o zaszłej sytuacji, niemniej brakuje dokumentów, które by to potwierdzały. MO, LWP, żandarmeria, UB i SB - otrzymały rozkaz bezwzględnej konfiskaty jakichkolwiek materiałów naświetlających sprawę. Dlatego też do dzisiaj niemal nikt nie wie nic o pierwszym zamachu na papieża (w 1979 roku!), ani o bohaterskim czynie Pana Sołtysa, który choć miał wiele wad i dziwactw jak widzimy potrafił być człowiekiem szlachetnym! Fakt poznano dopiero w roku 2002 po przeprowadzeniu wywiadu z



zamachowcem obecnie mieszkającym w Izraelu, a potwierdziła go ostatnio wizyta historyków z San Marino w archiwach watykańskich. Zamach zaplanował Plaptonius bez wiedzy i zgody władz państwowych. Papież przerwał naukę i ujął się za nieznanym sobie obrońcą; wyjednał dla niego karetkę i opiekę medyczną, lecz długo władze nie chciały się zgodzić na odwiedzenie poszkodowanego w szpitalu. Nasza delegacja szła tam niczym karawan za karetką w stronę szpitala. Papież bardzo współczuł swojemu obrońcy. Tymczasem kula utkwiła w podbródku Pana Sołtysa...
Tymczasem w siedzibie Partii siedział za biurkiem świeżo upieczony członek Komitetu Centralnego, nie kto inny, ale sam przywódca pawlaczyckiego Dziadowstwa , Jerzy Plaptonius. Nie było go na Placu Zwycięstwa. Z samego rana przyszła do niego jakaś kobieta błagając o uwolnienie syna z esbeckich więzień. Plaptonius chciał ją wyrzucić, lecz nieszczęśliwa matka dała mu jako łapówkę całe oszczędności, a gdy było mu mało dorzuciła też rodzinne precjoza, które tak wiele przetrwały ze stalinizmem włącznie! Plaptonius dał się skusić. Przyjął łapówkę, a kobiecie nakłamał, że jej syn - opozycjonista został wcielony do wojska, a któregoś dnia zbiegł do Szwecji, choć w rzeczywistości esbecy dawno go zabili w najwymyślniejszych męczarniach. Drugim interesantem tego dnia był z wolna dobiegający emerytury, oficer UB, Irosław Morski, ten sam, który wraz z Grzegorzem Kufińskim więził w 1951 roku  Heńka i Lawendycję na ul. Miodowej.
- Możecie mi załatwić - pytał Plaptoniusa - zarząd nad wszystkimi siłami tajnych służb, mających jechać do tej waszej Pawlaczycy po zdławieniu kontrrewolucji? Dajcie towarzyszu, nie bądźcie ,,ryj'', dam wam walutę! - kusił Morski.
Plaptonius nie lubił gdy mówiło się o ,,jego'' Pawlaczycy, ale myśl o ,,walucie'' działała nań jak najlepszy balsam.
- Dobra, towarzyszu Morski, zrobię wam o co prosicie, dajcie mi forsę, a jeszcze spróbujcie zabić Jaruzelskiego, bo mnie korci jego stołek. Gdybym na nim zasiadł, to nie musiałbym już gnić w tej śmierdzącej, reakcyjnej dziurze - Pawlaczycy! - rzekł Plaptonius.
- Ma się rozumieć, towarzyszu Jerzy - odrzekł sprzedajny ubek.
- Jeszcze jedno! - Plaptonius ze śmiertelnie poważną miną uniósł palec w górę. - Tylko nie próbujcie mówić, że to ja kazałem wam zabić Jaruzelskiego, bo wtedy skapuję was za waszą łapówkę! - Irosław Morski załatwiwszy sprawę z Plaptoniusem wyszedł z siedziby Partii, wsiadł do czarnej wołgi , lecz jechał bardzo nierozważnie. Przed oczami bowiem latały mu zielone banknoty. Nie zauważył autobusu, zderzył się z nim i zginął w wypadku. Tak oto wieloletni funkcjonariusz Urzędu Bezpieczeństwa podzielił los swoich ofiar. Tymczasem Plaptonius nie mając nic do roboty, zaczął wypowiadać chamskie bluźnierstwa. Przed jego biurkiem stał nagi mężczyzna z ogromnymi, czarnymi skrzydłami i ogromnym, wstrętnym penisem pokrytym łuskami, z którego wyciekała lodowata sperma.



- Dobrze, że was widzę, towarzyszu Astarot - mówił doń Palptonius - sami wiecie Wojtyła przyjechał, za nim chłopi z Pawlaczycy, a teraz towarzysz Jaruzelski  mówił mi przez telefon, że jakiś grubas we fraku został ranny w podbródek i tym samym udaremnił (słowo nienadające się do druku) zamach - na twarzy diabła Astarota malowała się żądza mordu. - Ja się pytam dyrekcję szpitala o tego franta, a oni mi (to samo słowo) mówią, że nazywa się Stefan Eustachiewicz Skyjłycki. On musi umrzeć! - ryknął Plaptonius a Astarot poruszył skrzydłami. - Jeszcze dzisiaj! Wykończę tę przeklętą wieś, gdy zabiję ich sołtysa. Pawlaczyca musi umrzeć! - diabeł zniknął z gabinetu Plaptonusa ryczącego jak jakiś szaleniec, podczas gdy w jednej ze szpitalnych sal, mieszczącej tylko jednego pacjenta z obandażowaną dolną szczęką, miało miejsce odmawianie Różańca. Tymczasem u dyrektora...



- Ależ pani Sonio, myślałem, że pani jest wciąż na chorobowym! - mówił dyrektor szpitala do czarnowłosej i niebieskookiej pielęgniarki, którą w rzeczywistości był Astarot.
- Tak się złożyło, że wyzdrowiałam wcześniej niż się tego spodziewałam - kłamał demon.
- No to świetnie, pani Sonio - mówił dyrektor - skieruję panią do sali nr. 10, tam jest tylko jeden pacjent - fałszywa pielęgniarka ruszyła pod wskazany numer.
Astarot szedł pustym korytarzem o ciemnozielonej podłodze, a w kieszeni pielęgniarskiego fartucha srożyła się strzykawka z cyjankiem potasu. Pan Sołtys leżał w łóżku, kiedy drzwi do jego sali się otworzyły.
- Panie Skyjłycki - zawołał kobiecym głosem Astarot - pora na lekarstwa! - po tych słowach przyszykował zabójczą strzykawkę.



Jednak Pan Sołtys nie reagował, tylko leżał i przesuwał między palcami paciorki różańca.
- Panie Skyjłycki - ponaglała pielęgniarka - modlitwę dokończy pan później, teraz muszę panu dać zastrzyk! - pan Skyjłycki miał szczęście nie widzieć, ani nie słyszeć tego, który próbował dokonać na nim eutanazji.
,,Spróbuję podejść do niego, chociaż się boję'' - pomyślał Astarot. Jednak gdy tylko słyszał ,,Zdrowaś Maryjo'' coś odrzucało go z dużą siłą od łóżka Pana Sołtysa. Powtórzyło się to jeszcze kilka razy. Astarot starał się zagłuszyć w modlącym się Panu Sołtysie słowa modlitwy, odwrócić jego uwagę, lecz Pan Sołtys, (po którym mało kto spodziewałby się wytrwałości) nie przerywał odmawiania Różańca, choć szło mu jak po grudzie. Teraz pielęgniarka zrzuciła fartuch, załopotała wielkimi skrzydłami barwy nocy, a na podłodze leżała warstwa lodu o zapachu uryny, siarki i piwnicznego zaduchu. Diabeł był zdesperowany. Wzleciał nad łózko ze strzykawką w jednej ręce, a drugą usiłował wyrwać różaniec z ręki. Ledwo go dotknął, wrzasnął jak oparzony i uderzył nagimi plecami o ścianę, a Pan Sołtys teraz już łatwiej angażował się w modlitwę. Był rok 1950, w Pawlaczycy zbliżała się wojna z Dziadostwem, a Pan Sołtys żalił się przed Księdzem Dobrodziejem, że jakoby jego modlitwy o pokój nie zostały wysłuchane...
- ,,Jeśli swoje posłuszeństwo chcesz koniecznie opierać na strachu, to idź służyć Stalinowi i naprawdę nie rezygnuj z odmawiania Różańca, jeszcze zostaniesz nim uratowany'' - mówił mu ongiś Ksiądz Dobrodziej.
Teraz niebieskie oczy pielęgniarki Sonii rozjarzyły się niczym żarówki  i przybrały barwę - właśnie przeciętnej żarówki. Astarot widząc nimi modlącego się Pana Sołtysa, chciał podbiec i zadźgać go strzykawką niczym sztyletem. Zobaczył jednak coś więcej. Razem z Panem Sołtysem modlili się Aniołowie, a także Matka Boska.



- To znowu Ona... - wyszeptał trwożnie Astarot - w 1800 zabrała mi Atanazego Konidę, a teraz tego Stefana - myślał ze złością.
W ekspresowym tempie przybrał postać pielęgniarki i czmychnął z sali szpitalnej, a biegnąc korytarzem ujrzał dyrektora szpitala, który prowadził samego Jana Pawła II (dziennikarze mieli zakaz przekazywania tej informacji), a z nim szli Łukasz, Heniek, Lawendycja z kokardką w miejscu dziury w głowie. Reszta osób otrzymała pozwolenie odwiedzin dopiero w innym terminie (dyrekcja szpitalna tłumaczyła to troską o kanon higieniczny, tudzież o ochronę przed hałasem, a w rzeczywistości przyczyna była niedostateczna ilość foliowych woreczków nakładanych na obuwie). Astarot gnał korytarzem jak burza nie zamieniwszy ani słówka ze zdumionym dyrektorem, a uciekając (strzykawka z trucizną poniewierała się na podłodze sali nr. 10), rzucił przekleństwo:
- Żebyście znienawidzili tego kogo dzisiaj witacie! - mówił oczywiście o papieżu.



Moc przekleństwa została osłabiona. Polacy tak jak w 1979 roku, tak i dzisiaj okazują wielką miłość swojemu wielkiemu Rodakowi, ale nic go nie słuchają, oj strasznie nie słuchają, choć poważanie okazują. Było to przekleństwo wielkiego duchowego lenistwa, a także konformizmu. Polacy nie słuchają się papieża, bo jest to dla nich niewygodne i wymaga radykalnej zmiany na lepsze, za to wygodniej jest mieć ,,zdjęcie w klapie''. Co prawda istnieją wyjątki, nie jest bowiem nigdy możliwe, aby jacyś ludzie byli wyłącznie dobrzy, lub wyłącznie źli. Kiedy dyrektor wprowadził papieża do sali nr. 10, Pan Sołtys już skończył odmawianie Różańca.
- Ekm, ekm - odchrząknął dyrektor placówki medycznej. - Pana dzieci panie Skyjłycki zrobiły panu niespodziankę! Wiem, że pan, panie Skyjłycki dostał kulę w podbródek, bo uratował Ojca Świętego przed nieznanym zamachowcem - mówił z dziecięcym uśmiechem. - A pańskie dzieci powiedziały o panu, samemu Ojcu Świętemu i Ojciec Święty przyszedł do pana, aby panu podziękować - zakończył i opuścił salę.
Za papieżem weszli Łukasz, Lawendycja i Heniek. Spotkanie było bardzo serdeczne, pełne wdzięczności i wdzięku. Rozmowy były pełne pytań Jana Pawła II o Pawlaczycę, wyrazów współczucia, dużo było rozmów o tematyce religijnej i zdrowego poczucia humoru. Pan Sołtys ośmielił się poprosić papieża  o spowiedź i ją otrzymał, a potem w ślad ojca poszła córka. Odbyła szczerą rozmowę na temat przebaczenia. Papież wysłuchał jej wspomnień o Stasiu i Faustynce i płakał razem z rozmówczynią, szczerze bowiem żałował zabitych dzieci. Lawendycja chociaż z trudem, postanowiła, że postara się przebaczyć Dziadostwu. Jednak klątwa Astarota już zaczęła zbierać swoje żniwo; choć Lawendycja słuchała Jana Pawła II jak najlepszego przyjaciela, to jego pocieszenie jednym uchem wchodziło, a drugim wychodziło. Teraz przyszedł ubrany po cywilnemu, lecz uzbrojony milicjant i po impertynencku nakazał ,,obywatelowi Wojtyle'' opuścić w imię Gierka szpital i wrócić na Plac Zwycięstwa. Papież nie okazał lęku, a odchodząc obiecał Panu Sołtysowi, że wstawi się za nim u pierwszego sekretarza, aby ten pozwolił mu wrócić bezpiecznie do rodzinnej wioski. Ze szpitala wyszedł też Łukasz i państwo de Slony. Heniek wziął z ręki czekającej pod szpitalem Nataszy Warfołomiejewnej Symetayovej - żony Dymitra smycz Czubka i wszyscy udali się w nieznanym kierunku. Tak oto spróbowałem napisać o pierwszej papieskiej pielgrzymce do Ojczyzny. Cokolwiek napisałem, chwały tym papieżowi nie mogę ani dodać, ani odjąć.
Tymczasem w siedzibie Partii...
- Zabiłem Stefana Eustachiewicza - kłamał Astarot stojąc przed biurkiem Plaptoniusa.
- Łżesz psie! - ryknął Plaptonius - ja potrafię dostrzec co jest prawdą, a co kłamstwem! - był bowiem podobnie jak Jan Czarny czarownikiem i potrafił czytać w myślach.
- Ale towarzyszu - Astarot wiedział, że się sianem nie wykręci - on wzywał Jej imienia, byłem bezradny...
- Nic nas to nie obchodzi! - znów ryknął Plaptonius. - Regulamin partyjny ma dla towarzysza Astarota tylko jedną karę - po tych słowach czegoś długo szukał w biurku. - Pokropienie wodą święconą! - wrzasnął triumfalnie i zaatakował go mokrym kropidłem niegdyś zarekwirowanym w jakimś kościele na Mokotowie.
,,Czekaj parszywcze - myślał z gniewem Astarot - jak tylko umrzesz, to dam ci wycisk!''Głośno jednak nie powiedział tego. Wydobył z gardzieli przenikliwy krzyk, o którego wyleciały wszystkie szyby w siedzibie Partii i zniknął. Wszystkich obecnych w budynku, a także wielu przechodniów ogarnęło zdumienie połączone z przerażeniem. Ostatecznie w ,,Dzienniku Telewizyjnym'' winą obarczono opozycję, a konkretnie Komitet Obrony Robotników ,,KOR''.



Gdy jeszcze inni z delegacji przebywali na Placu Zwycięstwa, a Pan Sołtys leżał w szpitalu, Łukasz, Heniek i Lawendycja ze smyczą Czubka w ręku chodzili po Warszawie, ale nie był to zwykły spacer; oni czegoś szukali, a Lawendycja była tego inicjatorką. Doszli na teren polskiego poligonu, gdzie właśnie miała miejsce przerwa w ćwiczeniach.
- Tylko nie szalej Przeciwmolówko! - nalegał pokornie Heniek. - Uważaj na swoje zdrowie i życie!
- A nie lepiej umrzeć niż żyć na kolanach?! - odpowiedziała śmiejąc się, a w jej niebieskich oczach dojrzał coś kpiącego ze swoich zabiegów.
- Zrozum, że narażasz życie nie tylko swoje, ale i nasze! - upominał siostrę Łukasz.
- Jak się boisz to idź na Plac Zwycięstwa! - odpowiedziała Lawendycja, a Łukasz skonfundowany zamilkł.
- Pomnij - mówił Heniek, - że cię kocham i nie chcę abyś umierała. Jako twój mąż zakazuję ci to czynić! - powiedział tak do Lawendycji pierwszy raz od momentu ślubu.
- Jeśli mnie kochasz to umieraj razem ze mną! - odrzekła Lawendycja, a Heniek tylko westchnął.
Nasi bohaterowie ujrzeli czołg, a obok niego stał zadumany, polski Żołnierz. Lawendycja choć krew napłynęła jej do głowy, a serce biło szybciej, podeszłą do niego.
- Czy lubi pan Dziadostwo? - zapytała.
- Nie - odparł lakonicznie Żołnierz - dziadostwo to brud, smród, nędza i nieład, czyli to co Partia daje Polsce.
- My też nie lubimy - zaoponowała Lawendycja, - ale Dziadostwo to coś więcej. To taka organizacja. Nazywa się Socjalistyczny Czarny Zakon Dziadostwa Polskiego - tłumaczyła cierpliwie.
- Aaaa... - zamyślił się Żołnierz - mówicie zapewne o Lidze Masońsko - Komunistycznej, takiej międzynarodowej organizacji. Znam gagatków. U nas w LWP należy do nich wielu oficerów. To oni niewolą Polskę... - dodał z naciskiem.
- Nas też! - odpowiedziała Lawendycja. - Jestem córką sołtysa gminy Pawlaczyca, to taka wieś na południe od Warszawy, nazywam się Lawendycja. To jest mój mąż Heniek, to brat Łukasz, a to nasz pies Czubek - przedstawiła wszystkich. - Jestem zdesperowana więc zadam panu desperackie pytanie: czy pojedzie pan z nami, aby zniszczyć Dziadostwo? - po tym pytaniu zamarła, a nawet Czubek nie szczekał.
- Precz z komuną! - odpowiedział Żołnierz, zdarł z siebie odznakę Ludowego Wojska Polskiego i otworzył właz czołgu. 
- Wsiadajcie wszyscy! - zaprosił i pomógł ulokować się w wojennym pojeździe.
Lawendycja poinstruowała go aby jechał stale na południe. Heniek zaś przecierał oczy ze zdumienia.
- Przeciwmolówko - mówił zdumiony - jak ty umiesz agitować! Toż to mogłabyś przemawiać na wiecu, albo w ,,Dzienniku Telewizyjnym''! 
Lawendycja słysząc to zlała się purpurą, zdjęła kokardę z głowy i z powrotem ulokowała nóż w dziurze w ciemieniu,
- Nie rozumiem tylko - dodał po chwili, - że skoro jesteś taką dobrą agitatorką, to nigdy nie możesz mnie zagnać do mycia talerzy!



Wszyscy się roześmiali oprócz Żołnierza, współczującego Lawendycji. Pielgrzymka dobiegła już końca, prymas Wyszyński założył okulary, aby odczytać tekst pożegnania papieża, a ten miał łzy w oczach. Tymczasem czołg jechał ulicami Warszawy, aż zniknął w kniejach.

sobota, 7 grudnia 2013

W stronę Papieża

Lawendycja w stanie euforii wbiegła do Aula Nigra; pokoju o czarnych ścianach pełniącego w domu państwa Skyjłyckich rolę sali porodowej, gdzie na łóżku leżał Pan Sołtys - rekonwalescent po wczorajszej strzelaninie z Dziadostwem. Leżał dręczony bólem i apatią; był dzień a on próbował spać i o niczym nie wiedzieć. Tymczasem...
- Tatusiu! - oczy Lawendycji znów były niebieskie, a zamiast bielma skrzyły się w nich łzy radości. - Wiesz 



co mówili dzisiaj w ,,Wolnej Europie''? - jej twarz zdawała się promienieć.
Pan Sołtys otworzył oczy i powoli próbował wrócić do rzeczywistości.
- Mów Przeciwmolówko, tatuś słucha - wymamrotał.



- Rok temu Ojcem Świętym został Polak; Karol Wojtyła, teraz nazywa się Jan Paweł II... - mówiła Lawendycja.
- Że co proszę? - Pan Sołtys zdumiony aż złapał się za głowę.
- A w tym roku - Lawendycja zawiesiła głos - Ojciec Święty będzie w Warszawie! - nie mogąc nic więcej powiedzieć Lawendycja rzuciła się ojcu na szyję.



Pan Sołtys zmuszał się do snu i marzył aby umrzeć podczas jego trwania, teraz jednak niczym jastrząb zerwał się z łóżka i kiedy udzieliła mu się euforia jego córki, zaczął pełen szczęścia krzyczeć na całe gardło.
- Bożenka! Łukasz! Heniek! Kowalu! Szewcze! - wołał rodzinę i przyjaciół napływających szeroką falą do Aula Nigra. - Teraz, przed chwilą Przeciwmolówka mówiła mi, że do Warszawy nowy Ojciec Święty przyjedzie!
- Ależ panie Stefanie! - powiedział Szewc - my już to wiemy, bo wszyscy przed chwilą słuchaliśmy Wolnej Europy.
- Naprawdę? - ucieszył się Pan Sołtys. - No to wyjdziemy mu na przeciw.
Pan Sołtys przyszykował Ruskomobil i ustalono skład delegacji. Osoby jadące do Warszawy: Pan Sołtys, Pani Sołtysowa, Łukasz, Lawendycja, Heniek, Dymitr i Natasza, ciekawi ujrzenia ,,Patriarchy Zachodu'' i chcący też przy okazji znaleźć cerkiew aby zawrzeć ślub, a także kołodziej Bartłomiej Bambo i jego żona Evcelma. Ruskomobil przypominał teraz puszkę sardynek, do której zmieścili się również Ksiądz Dobrodziej, Stara Babucha, Czubek i Strach na Wróble. Dodać należy, że osób chętnych było znacznie więcej. Dozór nad wsią powierzono Koszowi na Śmieci, oraz żonom Kowala i Szewca - proszę się nie śmiać! Te osoby (blaszany kubeł i dwie kobiety) naprawdę były na tyle kompetentne aby rządzić wsią. Lawendycja była ubrana w swój ludowy strój i wciąż wyglądała tak samo jak wtedy gdy poznała Heńka. Jednak Pan Sołtys wyjął jej nóż z ciemienia.
- Bo to nieochędożnie iść do Ojca Świętego z dziurą w głowie - mówił zawiązując córce kokardę aby zakryć wciąż otwartą ranę.
- Tak samo nieochędożnie jest iść do Pana Jezusa z grzechem w sercu - rzekł Ksiądz Dobrodziej, a Pan Sołtys zrozumiawszy poszedł do spowiedzi.
Po uroczystym pożegnaniu Ruskomobil ruszył na północ w stronę Lasu.
- Coś dzisiaj Dziadowscy siedzą cicho - zauważył Łukasz, a wtem, gdy już mieli wjechać między drzewa na samochód zwaliła się kanonada.
- Nie wywołuj wilka z lasu! - upomniała brata Lawendycja.
Na drzewie mieścił się zamaskowany  posterunek Dziadostwa.
- Jeśli chcecie jechać do Papieża, to my wyślemy was do Nieba! - szydził jeden z Dziadowskich, po czym na potwierdzenie swych słów wycelował w opony, lecz chybił.
- Niedoczekanie wasze! - Pan Sołtys nacisnął czerwony guzik i zniszczył posterunek działem Ruskomobila.
Wtem jednak ozwały się strzały z innych drzew. Raz w dach uderzył pocisk z broni przeciwpancernej, który przebijając go śmignął Lawendycji koło ucha nie naruszając go, a odbiwszy się rykoszetem od hamulca ugodził w siedzenie robiąc małą dziurkę oddzielającą Dymitra od Nataszy.
- Skończyło się na strachu - wszyscy odetchnęli, lecz Pan Sołtys fioletowym przyciskiem uruchomiwszy dźwignię kołowo - podwoziową, uderzył w ,,niebezpieczne'' drzewa niczym taran, aż wreszcie oczyścił teren. Na trawie leżeli martwi i półżywi Dziadowscy.
- Teraz zapłacicie za swe zbrodnie! - ryknął Pan Sołtys z kanistrem benzyny w ręku.
Po chwili  jednak coś go tknęło. ,,Przecież papież, do którego jedziemy nie pochwaliłby tego co chciałem zrobić'' - mruczał pod nosem. Dziadowscy czekali tymczasem na śmierć w płomieniach.
- Oszczędzę was - mówił Pan Sołtys - bo dzisiaj jadę do papieża i byłoby mi głupio stanąć przed nim po powtórzeniu waszych zbrodni - odłożył kanister benzyny, a leżących ogarnęło zdumienie.
,,To niemożliwe, aby kułak postępował tak szlachetnie''! - myśleli.
Tymczasem ,,kułak''...
- Przeciwmolówko racz wyjść z samochodu i udzielić im pierwszej pomocy! Wiem, że to mordercy, zabili twoje dzieci (mówił o nich jako o członkach organizacji, bezpośredni mordercy dzieci już przecież nie żyli), ale do Ojca Świętego jedziemy, to nie wypada, aby ludzi bez pomocy zostawiać. Chociaż to szuje, to my nie bądźmy jak oni. I ty Stara Babucho ulituj się nad nimi! - obie kobiety spełniły rozkaz sołtysa, a w samochodzie Ksiądz Dobrodziej mówił do trzech osób:
- Tak trzymać!
Po uratowaniu wrogów, Ruskomobil znów parł na północ. Poruszał się wolno niczym ślimak, bo było w nim bardzo tłoczno. Ksiądz Dobrodziej wysunął propozycję, aby część osób szła na zewnątrz, aby zmniejszyć obciążenie. Pan Sołtys zatrzymał pojazd, aby wysłuchać propozycji, a Ksiądz Dobrodziej powtórzywszy ją, otworzył drzwi i wyszedł na zewnątrz.
- To dobry pomysł tato! - pochwaliła Lawendycja i na dowód uznania opuściła Ruskomobil, a za nią wyszli jej mąż, Czubek, ten jako pies szczekał, że nie musi już imitować sardynki, a także Łukasz i Stara Babucha. W automobilu zostało dziewięć osób. Teraz wędrówka przebiegała dużo sprawniej. Nasi bohaterowie dotarli do Wielkiego Dębu i tu doszło do zamiany. Strach na Wróble wyszedł z Ruskomobila, a z nim Kowal, Szewc, Dymitr, Natasza, Bartłomiej Bambo i Evcelma. Tymczasem węglowe oczy Stracha na Wróble dostrzegły jakąś kobiecą postać w zielonym płaszczu.



- Niemożliwe... - mamrotał słomianymi ustami. - To przecież... - coś odżyło w jego wspomnieniach. - Anej! - wypowiedział jej imię.



To właśnie była Anej e Rion, która znów pojawiła się w Lesie, a na powitanie wybiegła jej młodsza siostra Ayisaca. Przez ten czas Strach na Wróble zaczął dostrzegać niektóre jej błędy, ale uczuł też wdzięczność, że nie zgodziła się gdy nazwał chamem jakiegoś kozioroga bukowca (,,ad pa Brutisen opositiyon ysen''? - pomyślał wtedy ironicznie) i za to, że dzięki niej myślał nie tylko o sobie. Znał jednak swoje tchórzostwo; nigdy nie odważył się pierwszy do niej odezwać, ale chętnie odpowiadał na pytania.
- Anej! - teraz zdobył się na wypowiedzenie pierwszych słów. - Gdzie tak długo byłaś? - Ruskomobil zaparkował wśród kniei.
- Pojechałam na Wschód, a tam zginęli moi rodzice - w oczach Anej były łzy - a gdy wchodziłam na górę Megiddo, miałam wypadek i gdy leżałam w szpitalu w Tel Awiwie - teraz popatrzyła w węgle wystające ze słomy - odwiedziłeś mnie... - mówiła z dziwnym przekonanie.
- Nigdy nie byłem w Izraelu, Anej - zaprzeczył Strach na Wróble - miałem tylko sen, że jesteś sierotą i, że 



odwiedziłem cię w szpitalu nazywając cię swoją Laurą, Beatrycze, Natalią...
Zapadło milczenie, a Pan Sołtys głowił się nad tajemnicą snu...
- Twój narzeczony nie jest debilem, ani głupim alfonsem - odezwała się Evcelma do Anej - a ty też nie jesteś taka jak myślałam.
- Daj spokój, już dawno ci przebaczyłam - odrzekła Anej i obie istoty padły sobie w ramiona.
- To już nie jesteś mamuną? - spytała Ayisaca e Rion.
- Nie, przestałam nią być, odkąd kocham jego - mówiąc to wskazała na swojego męża, Bartłomieja Bambo.
Zaciekawieni chłopi wyszli z Ruskomobila i przyłączyli się do rozmowy. Anej rozłożyła wśród trawy bogate zbiory naukowe zebrane podczas podróży.
- Zbierałam o zwierzętach i roślinach, ale najwięcej o ludziach - mówiła Anej do oglądających.
- Wow? - zapytał ją Czubek, żyjący rekordowo długo jak na psa dzięki karmieniu czarodziejskim miodem.
- Ze zwierząt najbardziej lubię pieski i małpki, a nie lubię kotów.



Teraz Strach na Wróble przypominał sobie ubiegłe lata. Rusałka z rodziny ov Mohl (jej matka, Niemka utopiła się u ujścia Wisły) i córka pawlaczyckiego kołodzieja zmusiły Stracha na Wróble aby skakał przez skakankę, a on odczuwał to jako przymus. Z radością udzielił Anej swojego miejsca, ale sam odniósł z tego korzyść - więc nie uważał tego za przejaw miłości. Później Anej mówiła mu, że nie cieszy się z końca lata, a jeszcze później prosiła go o pomoc w nauce języka starokrasnego. Strach na Wróble ją odpytywał, lecz odmówił gdy Anej chciała jemu zadać pytania. W ogóle opisywanie roli Anej w jego życiu mogłoby zająć całą osobną książkę. Teraz znów byli razem.
- Dlaczego mnie kochasz? - spytała Anej, kiedy byli oddaleni od samochodu.
- Bo tyś uratowała moje człowieczeństwo - powiedział z dobrą chęcią, choć niefortunnie, odnośnie zwrotu ,,człowieczeństwo'' w odniesieniu do kukły.
Jednak Anej nie spodobało się to wytłumaczenie; to prawda, że dostrzegała w nim dobro, wyraziła współczucie, nazywała go koleżeńskim wśród wrogów, że tylko z nią mógł normalnie, życzliwie porozmawiać, ale co z tego skoro to nie wystarczyło. Strach na Wróble mógł długo mówić na temat jej wiedzy na temat reformacji, statków, filozofii przyrody (tak w Lesie nazywano fizykę), pięknie jej rysunków i pięknie jej głosu (co z tego, że cichego, skoro właśnie to czyniło go pięknym?!), ale wiedział, że to nie jest miłość. Widział niektóre jej wady, ale nie przeszkadzały mu one. Dostrzegał pewne wypaczenie jej dobroci, którego skutek był taki, że wsparta osoba otrzymywała zachętę do lenistwa. A jednak nie potępiał Anej, widział jej zalety i wady.
- Kocham cię za nic - powiedział w końcu - wystarczy mi, że żyjesz - następnie wyjął z kieszeni zawieszone na czarnym sznurku duże, czerwone i błyszczące koło. - Aby być ciebie godnym podjąłem walkę ze swoim Nałogiem, który był dla ciebie wielką zniewagą, poszedłem w bój, a to mój medal - mówiąc to zawiesił tajemniczą ozdobę na szyi Anej.
- Tamuj ygzen pa Horror Passerini... - mówiła po starokrasnemu Anej.
- ... tamuj ys Anej e Rion - dokończył wzruszony Strach na Wróble i ucałował Anej słomianymi wargami.
Ona i jej siostra wyraziły pragnienie pójścia do Warszawy.
- Jeśli pani chce iść z nami - mówiła Lawendycja - to dam swój zapasowy ubiór, bo przecież do miasta nie można iść w samym zielonym płaszczu.
Natomiast Ayisaca dostała zapasową odzież od Nataszy Warfołomiejewnej.
- Komu w drogę temu czas! - powiedział Pan Sołtys i Ruskomobil ruszył ku metropolii.

,,Bądź pozdrowiony Gościu nasz,
W radosne progi nasze wejdź
My zapalimy zamiast lamp
Radosne ognie naszych serc''.



Wśród pełnych entuzjazmu i nadziei tłumów znalazła się też delegacja z Pawlaczycy. Było to w dziewięćsetną rocznicę śmierci św. Stanisława na Placu Zwycięstwa. Oto przybywa on! Jan Paweł II wychodzi z helikoptera i z czcią pada na ziemię by ją ucałować. Anej wyjęła węgiel z kieszeni - oko Stracha na Wróble, by mógł widzieć (nie przyjechał do Warszawy, aby ludzi nie straszyć).
- Dlaczego Ojciec Święty całuje ziemię? - zapytał Pan Sołtys Księdza Dobrodzieja.
- W ten sposób zaznacza, że każda ziemia jest Ziemią Świętą - wyjaśnił kapłan. 
Obecni byli też przedstawiciele władzy - obecny Wielki Mistrz, Edward Gierek i generał Wojciech Jaruzelski. Nie mogło też zabraknąć prymasa Stefana Wyszyńskiego. Tymczasem papież rozpoczął homilię:
- ,,Nie sposób zrozumieć dziejów narodu polskiego - mówił - tej wielkiej tysiącletniej wspólnoty, która tak głęboko stanowi o mnie, o każdym z nas - bez Chrystusa. Jeślibyśmy odrzucili ten klucz do zrozumienia naszego narodu, narazilibyśmy się na zasadnicze nieporozumienie. Nie rozumielibyśmy samych siebie - zebrani słuchali całym sercem - I wołam ja, syn polskiej ziemi, a zarazem ja Jan Paweł II papież, wołam z całej głębi tego tysiąclecia [...] wołam wraz z wami wszystkimi:



Niech zstąpi Duch Twój!
Niech zstąpi Duch Twój!
I odnowi oblicze ziemi.
Tej ziemi''

Dymitr i Natasza byli zachwyceni; nie spodziewali się tak głębokich myśli po polskim katoliku. Pan Sołtys słuchał z wypiekami na twarzy, kiedy z burzy oklasków wyłowił jakieś rozmowy...
- Ale dużo ludzisków mieszka w tej Warszawie... - dumała Lawendycja już dawno zapomniawszy o swym niefortunnym miesiącu miodowym.



- Żałuj, że cię nie było w Chinach - odrzekł żartobliwie Heniek. 
- Ej, dzieci - skarcił małżeństwo Pan Sołtys - Ojciec Święty przyjechał, a wy tylko o bzdurach rajcujecie!
- ,,Więc mówię za Chrystusem samym - nauczał papież. - Weźcie Ducha Świętego! (J 20, 22). I mówię za Apostołem: ,,Ducha nie gaście''! (1 Tes. 5,19). I mówię za Apostołem: ,,Ducha Świętego nie zasmucajcie'' (por. Ef. 4,30). Musicie być mocni drodzy bracia i siostry!''
Pan Sołtys chociaż przerwał rozmowę córki z zięciem sam nie uważał na kazaniu. Niepokoił go tajemniczy mężczyzna uporczywie wpatrujący się w nauczającego Ojca Świętego...

piątek, 6 grudnia 2013

Mikołajki - Nikolaiken

Rok 2013 nazywam rokiem Jarosława Grzędowicza. W tym roku bowiem, po długich namowach ze strony pana Filipusa ov Falconiusa przeczytałem wszystkie cztery tomy ,,Pana Lodowego Ogrodu''1, a ponieważ owa powieść bardzo mi się spodobała, sięgnąłem również po równie dobry zbiór opowiadań ,,Wypychacz zwierząt''2. Jedno z opowiadań zatytułowane ,,Trzeci Mikołaj''3, którego akcja toczy się w czasie Wigilii Bożego Narodzenia opowiada o chłopcu, którego ojciec zarabiał jako mikołaj w centrum handlowym. Chłopca czekały smutne święta z powodu biedy, choroby siostry i kłótni rodziców. Kiedy płakał w swym pokoju przyszedł do niego drugi mikołaj – przebrany za czerwonego krasnoluda symbol komercjalizacji świąt Bożego Narodzenia. Śpiewał parodie kolęd namawiające do szaleńczego wydawania pieniędzy i miał charakter wyraźnie demoniczny. Wreszcie przyszedł trzeci, tym razem prawdziwy Święty Mikołaj – biskup Miry (drugim z polskich fantastów, który przedstawił św. Mikołaja w sposób zgodny z pierwowzorem jest Andrzej Pilipiuk w książce ,,Wampir z MO''4). Święty biskup słowem ,,apage'' przepędził podszywającego się podeń demona komercji, zaś rodzinie, do której przybył ofiarował miłość, zdrowie i nadzieję na lepsze jutro. To opowiadanie bardzo mi się spodobało, że względu na wybitnie chrześcijańską wymowę, dobre zakończenie i oryginalny, niestety rzadko spotykany w fantastyce sposób przedstawienia św. Mikołaja. Wszystkim Czytelnikom bloga życzę:



Bogatego Mikołaja!
Divesa Nikolaosa!
Bogatyja Mikulaša!

1 Po starokrasnemu: ,,Hašpad ov Gortus Glacialis'', po runwirsku: ,,Pan Lodovyja Agrada''
2 Starokrasne: ,,Stufatorus animalitis'', runwirskie: ,,Vipichač z'viřov''
3 Starokrasne: ,,Tyjen Nikolaos'', runwirskie: ,,Trij Mikulaš''
4 Starokrasne: ,,Vompirus ezen MC [Miliciya Civilis]'', runwirskie: ,,Vompieř z MA [Milicijej Abivatiełskoj]''

czwartek, 5 grudnia 2013

Kolejny krok naprzód




Właśnie skończyłem publikować drugi tom ,,Pawlaczycy''. W tym miesiącu czeka mnie jeszcze praca nad tomem trzecim zatytułowanym ,,Powrót wolności''. Obejmuje on lata 1979 - 1990. Udręczona wieś odzyska wolność, ale czy aby na pewna nadchodząca Nowa Polska spełni wszystkie marzenia patriotów? Czy powieść naprawdę zakończy się happy endem? Co słychać u leśnej piękności Anej e Rion? Wreszcie kim okaże się być tajemniczy Mąż Stanu i czy okaże się narzędziem Nieba, czy ... Piekła? Odpowiedzi na te wszystkie pytania znajdzie Czytelnik w następnych postach, mnie zaś pozostaje życzyć przyjemnej i owocnej lektury.