niedziela, 13 grudnia 2015

Kukuł Wyrajokrążca





W krainie Rosz, to jest na rusickiej ziemi, nieopodal Srebrnej Góry miał swój zamek zwany Lamus, heros Jarogryf; mocarz biegły tak w magii jak w robieniu włócznią bądź toporem. Ruszając do boju zakładał zbroję z łusek czarnego smoka, zdobioną złotymi gryfami i wężami, a jego rumakiem był dywan latający zdobyty w dalekim Arabistanie, w ruinach Zapomnianego Grodu na pustyni. Za oręż służył Jarogryfowi miecz samosieczny i nabita ostrymi kawałkami krzemienia pałka samobijąca. Karmił i poił go stół co sam się nakrywał. Zamek jego pełen był cudów wszelakich. Jego mury zrośnięte były ze skórą srebrnego smoka o łusce twardej jak kamień i dodatkowo chronione potężnymi zaklęciami przeciw oblężeniom, zaś w szerokie, przepuszczające całe kaskady światła okna wprawione zostały szklane szyby ukazujące ruszających i mówiących jytnas i Enków. Nazywano je ,,wieszczymi szybami''. Zamek Lamus (Glamus) pełen był wykutych przez karły, albo i Greków marmurowych i eburnowych rzeźb o zachwycających, delikatnych kształtach, turańskich, słowiańskich, greckich, cipangijskich i nordyjskich zbroi, oraz wszelkiego oręża; spisanych na pergaminie, jedwabiu, palmowych liściach, glinie i papirusie ksiąg magicznych, poetyckich i naukowych z całego świata; czarodziejskich artefaktów, takich jak używane przed potopem na zamku Ossoria klejnoty wyświetlające słowa i obrazy, skóry pantercze, rogi bawołów z Afryki i inne łupy zdobyte podczas łowów, kiedy to Jarogryf stawał do zapasów z dzikim zwierzem okryty jeno przepaską na lędźwiach i uzbrojony w sam sztylet, oraz hałd złota i srebra wytwarzanych mocą kamienia filozoficznego. Nie mogę tu pominąć w swojej opowieści basenu z tańczącą, żywą wodą, która leczyła wszystkie rany i choroby, oraz zapewniała wieczną młodość, a także licznych jak gwiazdy na niebie komnat, któe prowadziły bądź to do miejsc odległych w czasie lub przestrzeni, a nawet do innych światów, o których prawią fantastyczne książki. Owe portale otrzymał Jarogryf w darze od Boruty, który dysponował podobnymi w Rokitnickim Siole, w zamian za zapas starego jak świat wina z Madunii, albo z Multanii. W piwnicy zamku Glamus stała pokryta kurzem i pajęczynami wielka maszyna z wiertłem i gąsienicami jak u czołgu, napędzana olejem rzepakowym, a służąca do penetrowania Świata Podziemnego. Zbudował ją inżynier Toltec (Toltecus) z Atlantydy. Jarogryf nie garnął się do ludzi, milsze były mu łowy i czytanie ksiąg poetyckich, jednak okazywał wielką życzliwość ubogim i nieszczęśliwym zabłąkanym na jego włościach. Karmił głodnych, leczył chorych, a nawet wyjednał u Swaroga odwołanie suszy.




Żył samotnie od lat trzystu i trzystu, aż któregoś dnia zapragnął mieć żonę. Choć podobał się licznym niewiastom, nie tylko tym ludzkim, swoją uwagę skupił na Polanicy, córce Ilji Muromca. Jej ojciec spłodził ją w jednym z mijanych zimowników na stepie, po czym odjechał zostawiając pierścień mający służyć rozpoznaniu po latach. Matka nadała jej dumne imię, oznaczające w mowie słowiańskiej Amazonkę i nauczyła nienawidzić mężczyzn. Polanica wyrosła na pannę wysoką i smukłą, o wielkiej sile, zręczności i odwadze. Jej włosy opadały do pasa lśniącą, złotą kaskadą, oczy zaś miała błękitne. Nosiła przepaskę z niedźwiedziej skóry, napierśniki z karaceny, oraz niczym królowa rusałek Nastazja z ery dziewiątej – naszyjniki z kłów i pazurów ubitych przez siebie dzikich zwierząt, wrogich wojowników – Scytów, Kimerów i Muromców, oraz strzyg, kikimor i innych potworów. Jej białe ciało celtyckim zwyczajem pokrywały malowidła wykłute siną farbą, nie mówiąc już o złotych ozdobach zrabowanych z kurhanów scytyjskich królów. Jak prawdziwa Polanica, ta, która znała swego ojca z pieśni skoromochów, lepiej od niejednego junaka władała każdym rodzajem broni – mieczem, szablą, maczugą, młotem, toporem, włócznią, sztyletem, arkanem, a w szczególności łukiem, oraz jeździła konno, pływała, biegała, oraz walczyła w zapasach lub na pięści. Całe dnie spędzała na stepie polując z sokołami, lub broniąc karawan kupieckich przed Scytami i Tartarami. Czasem udawała się w dalekie strony – do Wałdaju, gdzie zabiła wielkiego, szarego jaszczura Bokruga z jeziora Brosło, do Elamu, Lemurii, Sundy, na daleką, rodzącą przyprawy wyspę Dżawę, do Bharacji, Ofiru, gdzie na oczach króla dogoniła i skrępowała arkanem rozpędzonego strusia, na wyspę Mu, do ziemicy Hiperborejczyków, gdzie zamożni ludzie znudzeni życiem zabijali się skacząc ze skał, bądź z dachów, na archipelag Lyonesse (Lonia, Loniya), z którego pochodził waleczny Tristan, do Mogol – Tartarii i Sinea, do celtyckiego grodu Ys nad Atlantykiem, gdzie biły porcelanowe dzwony i gdzie słowiańską wojowniczkę przyjmowała królowa – dobra czarownica Dahud (Daguda).... Polanica poszukiwała rosnącej w ziemi jak trufle kości słoniowej w mroźnym chanacie Sybir – Tartarii, była w Grecji i nad rzeką Nilus (jako pierwsza z białych dotarła do jego źródeł), żyła wśród dzikich, praktykujących mroczne kulty Piktów z Alby i wśród druidów w Irlandii. Przemierzyła też całą Sklawinię, ziemice Bałtów, Turan i Iran, a jej odwaga zawstydziła najmężniejszych. Porównywano ją do królowych Tatry i Ruty, które również wiele podróżowały dokonując bohaterskich czynów. Dla mężów miała w swym sercu jeno pogardę. ,,Twój ojciec obiecał wrócić, gdy skończy się wojna dziesięciu kniaziów przeciw imperium Kimerów. Wojna się skończyła, przeżył ją, a mimo to złamał przysięgę. Nie jest godny zaufania'' – mówiła jej matka. Wielu młodzieńców ubiegało się o rękę Polanicy, lecz ona albo ich wyśmiewała, albo zabijała uprzednio skalpując, gdy nie byli w stanie zwyciężyć jej w zawodach sportowych.




Tymczasem z woli Mokoszy tak się złożyło, że pojąć Polanicę za żonę zapragnął witeź i czarodziej Jarogryf, pan na zamku Lamus, w miejscu gdzie padał cień Srebrnej Góry. Na próżno starał się pozyskać jej sympatię, obdarowywał ją barwnymi sukniami z drogiej tkaniny z Sericum, jabłkami w lukrze i spisanymi w greckiej mowie wierszami na jej cześć. Nie pomagały też wymyślne ozdoby z szylkretu z Sinea, kości słoniowej z Nubii, Axum i Merunu, gdzie żyły ngoubou, obszyte gronostajowym futrem atłasowe płaszcze z Fryzji, bursztynowe nawęzy znad Morza Srebrnego, pachnidła z Arabistanu, szmaragdy z Pasma Gorynycza, wachlarze z pawich piór z Bharacji i Seylanu, a nawet ułożone do polowań białozory z Ultima Thule. Polanica, panna o sercu dumnym i hardym, dla której tylu junaków postradało życie, pokochała Jarogryfa dopiero wtedy, gdy ów zleciał z nieba wprost na jej podołek pod postacią zabiedzonej kukułki, ściganej przez ulewę i drapieżne ptaki. Wojowniczka zlitowała się nad ptaszkiem – ogrzała go pszytulając do piersi i zaniosła do swego zimownika na stepie, aby osuszyć go przy ogniu. Choć była twarda, pyskata i nieskora do sentymentów, teraz sama nie do końca wiedząc dlaczego, długo gładziła miękkie piórka kukułki, przemawiając do niej czule jak do dziecięcia. Gdy zaczęła się jej zwierzać, że w głębi duszy chciałaby być matką, ale nie może być, bo jeszcze nie spotkała junaka, który pokonałby ją siłą lub fortelem (nie należy tu brać pod uwagę pewnego wojownika i maga, który dostał się do jej chaty przez piwnicę za pomocą skonstruowanej przez Atlantów maszyny wiertarkowatej do podróżowania po podziemiach, bowiem techniką Polanica zwyczajnie gardziła, jako rzekomą sprawką sił nieczystych). Gdy tak, owa nieznająca strachu niewiasta żaliła się suchej już kukułce, przy akompaniamencie ulewy i trzaskającego ognia w kominku, ptak w chwili gdy uderzył piorun przybrał postać Jarogryfa. Dotychczas Polanica zagradzała jego zaloty niegodnymi damy przekleństwami, przy których zarumieniłby się niejeden szewc, a nawet wybijaniem zębów, teraz jednak poczuła, że go kocha – tak po prostu, za to tylko, że jest. Ona i Jarogryf w milczeniu wyszli za drzwi, nabrali w dłonie rozmoczonej ziemi i wobec Mokoszy: Wiążącej Stadła Małżeńskie, przysięgali sobie dozgonną miłość i wierność. Gdzieś w oddali rozległ się grzmot na znak, że Enkowie błogosławią nowożeńcom, ci zaś w mroku chałupy na wilczych skórach konsumowali swój związek. Jarogryf zabrał Polanicę na swój zamek, a rok później, gdy na nocnym niebie gwiazdy ułożyły się na kształt okrętu, urodził się im syn, który otrzymał imię Kukuł. Wsławił się dalekimi podróżami po odległych; dzikich i palonych Słońcem stronach, takich jak Ofir w Afryce, otrzymał przeto przydomek ,,Wyrajokrążca'' (Cuculus Orientopleusta).


*



Na Łysej Górze, albo jak podają inni autorzy na małej wysepce na rzece Tinerpie, w miejscu, gdzie na początku ery trzynastej król Kij, syn Rusa wzniósł gród Dendropolis, w czas przypadającego na pełnię Księżyca sabatu czarownic – tańce, hulanki, swawole. Wszystkiego tu nie powiem, po prostu dla przyzwoitości, bo nagie i bezwstydne niewiasty złej magii oddane, pijące czarne wino z trupich czaszek i ptaszące się z Čortami, dawały przykład sprośności. Jedna z nich imieniem Głubinia (Głuba, Głubczyca); gamratka wielce urodna, o skórze miękkiej jak atłas i gorącej jak kartofel wyjęty z ogniska, przyniosła wiklinowy koszyk pełen (wstyd to mówić!) świeżych i żywych męskich członków sromnych. Odjęła je z ciał ich właścicieli za pomocą sromotnej magii, a teraz z dumą pokazywała swój łup innym czarownicom, które pochylały się nad nim cmokając z ukontentowaniem.
- Cenne jest moje trofeum – rzekła Głubinia – ale nigdy się nie dowiecie jak bardzo, ha!
- No powiedz, Głuba, nie bądź tym co ryje! - nalegały jej koleżanki.
- Oto kiep samego grafa Jarogryfa Srebrnogórskiego! - wiedźma z nieukrywaną dumą ujęłą w dwa palce zakończone orlimi szponami, dorodny członek wijący się jak robak.
- Piękny – rzekła Kulcza, rudowłosa o maślanych oczach. - Chętnie bym go rozdeptała, słuchając z lubością jak pęka z trzaskiem pod mą stopą jak kiełbasa w ogniu, odgryzłabym mu napletek, albo cisnęła do ogniska, ażeby upokorzyć te wszystkie szowinistyczne, męskie świnie i ich Ageja, który każe nam tkać, prać, gotować, rodzić i niańczyć głupie i niepotrzebne bachory, podczas gdy zajęciem niewiasty wyzwolonej jest czcić Czarnoboga, czarować, latać na miotle, latać na miotle, odbierać krowom mleko, powodować poronienia i po opiciu się uzwarem nago tańcować przy Księżycu! - dodała mściwie, zaś Głubinia cofnęła rękę ze wstydem.
- Ja w to nie mogę uwierzyć – rzekła inna czarownica, Lasota z Bochni – wszak Jarogryf jest wielkim czarodziejem, pogromcą Čortów i straszydeł, on jest po prostu zbyt potężny, aby mogło go to spotkać.
- Już nie – rzekła Głubinia. - Założył rodzinę, spłodził syna, a jakiś czas potem stracił swe moce. Wyłysiał jak kolano i pogrążył się w tak strasznej apatii, że nawet najlepszy błazen Tirs – Ciaruszek nie zdołałby go rozśmieszyć. O! Teraz głosy w głowie mi mówią, że przed chwilą skonał, a ta jego żonka, Polanica, kazała wraczom otworzyć mu trzewia, by zobaczyć jego serce, a to było czarne jak rzyć Murzyna, hi, hi, hi! - czarownice wyły ze śmiechu.
Sabat trwał jeszcze długo, zaś na wyniosłym zamku Lamus, stara piastunka Kukuła mówiła do kucharki, kobiety z ludu tak jak i ona.
- Trza było zostawić czarodziejstwo czarodziejskim istotom, bo nie jest to zajęcie dla ludzi - ,,i miała rację'' głosi średniowieczna glossa w jednym z przechowywanych na Wawelu zapomnianych rękopisów.





Po śmierci Jarogryfa dla zamku Lamus nadeszły ciężkie czasy. Ze stepów semickich przybyły imperialne wojska Analekitów, w których żyłach płynęła krew olbrzymów, Hiramitów i koczowniczych Setytów z pustyń i zalała rusicką ziemię niby powódź. Analekici mający słonie, tarany, a nawet prymitywne działa z Sinea, oblegali zamek Lamus, któego nie chroniły już czary Jarogryfa i zburzyli go, po uprzednim dokładnym złupieniu. Polanica zmarła od licznych ran zadanych strzałami, przed śmiercią ubiwszy tuziny wrogów ciężkim toporem na długim trzonku.
Jej syn Kukuł przeżył jako jedyny z mieszkańców zamku uprowadzony jako niewolnik do Bard – abarduru; stołecznego grodu imperium Analekistanu. Razem z innymi słowiańskimi niewolnikami, któregoś dnia zabił w czasie uczty Bozdrasza; króla Analekitów i Mezdreusza; króla Hiramu, oraz czternastu szejków setyckich, którzy kazali Słowianom dla swej uciechy naciągać ciężkie łuki z bawolich rogów, należące niegdyś do olbrzymów. Junacy podpalili zamek Magaal, w którym służyli mordercom swych rodzin, po czym po wielu przygodach i potyczkach dotarli do Sklawinii. Przyłączyli się do powstania, na którego czele stał kniaź Złotomor i po trzech latach zmagań wypędzili najeźdźców. Kukuł Jarogryfowicz na nadanej przez zwycięskiego Złotomora ziemi postawił sobie dworzec, który wyposażył w trzy bramy; złotą dla władców, kryształową dla rycerzy i cynową dla prostego ludu. ,,Wszystkie hierarchie są niebiańskie – mawiał - jeno u Čortów wszyscy są równi''. Kukuł podobał się niewiastom. Był młody i silny, miał jasną cerę, długie włosy skręcone w złote loki, oczy zaś duże i niebieskie. Wybornie władał mieczem i łukiem, jeździł konno na rumaku o wypielęgnowanej, złotej grzywie i ogonie; umiał też układać pieśni, oraz polować na tury z Multanii i żubry z Madunii. Ujmował swoją dwornością i biegłością w ars amandi – miał wiele kochanek, co ukrywał przed innymi bojarami. Gnuśniał nie mając wroga, z którym mógłby walczyć. Lubiany i szanowany za swe chrobre czyny sprzed lat, zabijał teraz nudę odwiedzając cudze żony i równie namiętnie grając w karty – nową grę, która przybyła znad rzeki Nilus. Pędząc w ten sposób rok za rokiem, przysporzył sobie długów karcianych i wrogów – szukających pomsty carów, kniaziów i witezi, którym przyprawił rogi.
Z ich powodu opuścił Sklawinię w wielkiej niesławie i szukając przygód zawędrował aż do Ofiru w Afryce. Zaskarbił sobie łaskę króla Ormenazdara, który z niewolnego gladiatora, co rozdarł na arenie mangustę olbrzymią, uczynił Kukuła Wyrajokrążcę pierwszym z książąt, nadał mu herb przedstawiający złote oko na czarnym polu, obdarował stadami bydła i zastępami pięknych niewolnic. Jako książę Ofiru po latach spotkał jako przybysza innego Słowianina; ślepego Dziuka z Wieńca (Diuka Stiepanowicza). Powodowany jakąś dziwną płochością miast przyjąć go z należytą gościnnością, począł go nękać zmuszając do brania udziału w nikomu niepotrzebnych zakładach, które sam przegrywał. Karą za ich przegranie (dotyczyło to przeskoczenia konno rzeki i zwodów w to komu wystarczy ubrań do codziennego zmieniania) miało być ścięcie głowy, lecz zwycięski Dziuk z Wieńca za każdym razem darował mu życie. Gdy na tron w Ofirze wstąpił nowy król, nakazał opuścić swe ziemie wszystkim ludziom białej rasy, zabraniając im zabierać jakiekolwiek kosztowności. Kukuł Wyrajokrążca, niczym żyjący tysiące lat później pewien Analap, co przywiózł żonę z Bohemii, opuścił niegościnny kraj wozem zaprzężonym w woły, zaś wydrążone w środku koła napełnił złotem. Dmny z tego wyczyny zmienił sobie herb.





Opuścił Afrykę i udał się do Azji. Nad rzeką Hermos, w krainie obfitującej w złoto, poślubił miejscową królową Lidię, w której żyłach płynęła krew rusałek; pannę nie tylko urzekająco piękną, o twarzy jasnej jak Księżyc i czarnych włosach; długich a kręconych, ale i odważną, mądrą, sprawiedliwą i mądrą. Ona to została wybrana na królową po tym jak ubiła włócznią nękającego miejscowe plemię Lidów, mające swe osady między królestwami Karów i Myzjów, olbrzymiego zielonego węża o lwiej głowie. Potwór ten mieszkał w rzece i od czasu do czasu porywał ludzi i ich zwierzęta. Kukuł zostawszy królem, zasiadającym na tronie w założonym przez siebie grodzie stołecznym Sardes, zjednoczył okoliczne plemiona, a założone przez siebie państwo nazwał na cześć żony Lidią (Lidiya, Lidistan). Jako następca pozostawił po sobie syna Atyadesa, założyciela nowej dynastii, a gdy umarł śmiertelnie raniony na polowaniu na dzika, opłakiwały go wyłącznie niewiasty.







O Kukule Wyrajokrążcy jako o swym przodku i opiekunie z dumą opowiadał lidyjski król Krezus, od którego bogatszy był tylko Midas, władca Frygii. Sława po nim zachowała się długie wieki w Roxie i na Rusi, a nawet dotarła do uszu Mikołaja Reja. 





sobota, 12 grudnia 2015

Dziuk z Wieńca

,,Choć o tym się nie mówili
w Rosji, Wilnie, Kazachstanie, Gruzji
bakteriologiczną broń Sowieci
wytwarzali
by mordować mężczyzn, kobiety, dzieci
Alibekow to opisał – Kazach, co
programem tym kierował'' - ,,Milenium, czyli Nowe Triumfy''




W zapadłej, otoczonej gąszczem lasów i bagien wsi Wieniec (Stefanos) w kurnej chacie mieszkał ślepy chłopiec. Nie widział już od urodzenia, przeto tajnym mu było jak cenny dar go ominął. Choć w gospodarstwie był jeno piątym kołem u wozu, niczym Ilja Muromiec do trzydziestego roku, ojciec i matka kochali go prawdziwie, bo nie za zdrowie, lecz mimo kalectwa. Chłopiec ów nazywał się Dziuk (Diuk, Dux), zaś w ruskich bylinach – Diuk Stiepanowicz. Niczym polski książę Bolesław – władca dzielnicowy miał długie włosy skręcone w złote pukle.





Gdy siedział na brudnym klepisku koło pieca, jedząc palcami twaróg z miodem, w izbie rozległ się głośny syk, jakby syczało całe gniazdo żmijowe. W stronę ślepego chłopca szybko niby mamba pełznął długi i gruby jak męska noga truś o skórze ciemnozielonej z antracytowym zygzakiem i wielkich kłach jadem ociekających, w imię jego w krywickiej pieśni przechowane brzmiało: Żmij. Los chłopca zdawał się przesądzony. Zdarzyło się jednak coś, co uznano za wspaniałą zapowiedź przyszłych czynów bohaterskich Dziuka. Ślepiec jakby jego słabą ręką kierował jytnas Ilja Muromiec, pochwycił maczugę swego ojca, której ten używał do polowań na dziki, po czym w przeciągu godziny zatłukł nią Żmija. Nie czuł się mężnym. Przeciwnie. Drżał i szczękał zębami, nie mogąc uwierzyć w swój wyczyn, a pot po nim spływał. Wielkie było przerażenie i radość mużyka Seforiusza; Dziukowego ojca i matki tego, z którego krwi po wiekach narodził się Bogdan Komoniaka; kniaź Krywiczów, co zginął w bitwie najeżony strzałami, przodek Stewajki i Longinusa Podbipiętów, gdy ujrzeli to co uczynił ich syn.
- Widzę, że sam Perun – Jarowit wybrał cię do wielkich rzeczy, mój synu – rzekł ojciec – bacz przeto, aby nie gardzić słabszymi od siebie jak czynią to wołszebnicy, ale z miłością bronić ich a służyć im, bo nawet największy mocarz ma Mocniejszego Pana nad sobą – mówił ojciec dumny z syna, klepiąc go po ramieniu.
Dziuk jednak rozpłakał się swymi zakrytymi bielmem oczami, po czym przytulił się do swej matki Korfeny z plemienia Cymbrów. Trzy dni później do Wieńca na krywickiej ziemi przybył srebrnobrody Stawłar, dziad na złotej lirze grający, którego głowa pełna była barwnych opowieści. Gdy na niebie ukazał się Księżyc wraz z gwiazdami, rataje wraz z żonami i dziećmi zasiedli przy ognisku, u stóp świętego dębu, dziad zaś ociemniały, lecz oczami serca widzący rzeczy zdawałoby się błahe, a nawet szkodliwe, a mimo to potrzebne, rozpoczął pieśń sławiącą to co piękne, dobre i prawdziwe.
- Pragnę śpiewać z minstrelami o Ślepowidza sławnych czynach – dziad trącał struny brudnymi, powykręcanymi palcami. Nad nim śpiewały gwiazdy, wtórowały im świerszcze wśród mokrych traw. Gdzieś w oddali zawył wilk. - Był ci on z rasy Lynxów – leśnych ludzi o głowach rysiowych, a był to lud prastary, mężny i silny, o bystrym wzroku kiej u rysia; zwierza co przenika wzrokiem swym ostrym drzewa i skały, a umiera z goryczy dar widzenia utraciwszy. Tak też i dla Lynxa – Rysianina wzroku utrata nieszczęściem jest straszliwym. Tymczasem przytrafiło się to w dziecinnych latach bohaterowi naszej pieśni. Stało się to za sprawą burej jaskółki; brzegówką zwanej, która oślepiła go swym kałem. Rysiański chłopiec otrzymał wtedy imię Ślepowidza; jego poprzednie okryła niepamięć – śliczna, złotowłosa Cymbarka, której krew płynie w żyłach Jeny ov Blackeyovej, złożyła puszystą główkę na piersi matki, zaczynając śnić o rzeczach pięknych. - Towarzysze jego zabaw wyśmiewali jego kalectwo, aż któregoś dnia pożarły ich dwa niedźwiedzie. Ślepowidz nie chciał tego, naprawdę nie chciał. Nie miał przyjaciół oprócz Urocha Raczyca; sześciorękiego człowieka, co jak Pociek przybył z dalekiej Bharacji i wierzył ponadto, że jego ojcem był wielki rak Estinus; król jeziora Synar w Burus. W Bharacji oprócz wielu innych dziwów, żyje też plemię ludzi; mężów i niewiast o sześciu rękach, przez niektórych uważani za bogów. Gdy Ślepowidz dożył dwunastej wiosny życia, razem z Urochem Raczycem, uzbrojony w topór i dębową tarczę ruszył do boju w obronie lynxyjskiej osady Ynańsk nad jeziorem Ynańska Lykanus przeciw hordom strzyg, kikimor i wąpierzy. Choć wzrok został mu odjęty, młody Lynx niby lew walczył dzielnie. Wroga lutego w dal przepędził, od księcia Ynańska naszyjnik ze srebrnych kłów otrzymał w dowód męstwa, wraz z sześciorękim Urochem i innymi wojami. Na pamiątkę jego czynów pojawiła się zabawa ,,Ślepowidz z toporem'' przez ludzi zwana ciuciubabką. Ten co Ynańsk prastary, przedludzki obronił, a na turnieju witeskim nad wielką rzeką Tinerpą zatajając swą ślepotę zwyciężył Ilję Muromca, Aloszę Syna Wołwcha, Sokolnika i sześćdziesięciu rycerzy z ludu Gotów, miał syna Jersołoda, który wyleczył ojca kładąc na jego oczy dar Juraty, a była to żółć Regulusa z Afryki; podobnego wężom potwora, który palił wszystko wokół siebie wzrokiem, tak, że żyć musiał na pustyni. Jurata pod postacią morskiej rusałki Lidy ubiła Regulusa przywołując ku niemu śpiewem potężne fale morza... - dziad zakończy pieśń i odłożył lirę
Chłopi z Wieńca wciąż trwali jeszcze w krainie marzeń, do której furtkę uchyliła pieśń, niektórzy z tych twardych, oswojonych z ciężką pracą ludzi, mieli nawet łzy wzruszenia w oczach. Jeden tylko Seforiusz uniósł w górę swego ślepego syna Dziuka i pokazując go innym gospodarzom, powiedział:
- On też będzie bohaterem – po czym wyjaśnił jak to Dziuk zabił Żmija.
Suty poczęstunek nie ominął dziada.


*




Ten, którego Roxowie nazywali Diukiem Stiepanowiczem miał młodszą siostrę Cymbarkę (Cimbarca, Simbarca). Swe imię otrzymała od matki Koryfeny na cześć celtogermańskiego plemienia Cymbrów znad Morza Srebrnego, którego była księżniczką. Koryfena, córka Erka Nerika, zawędrowała nad Veresinę, gdzie pojął ją za żonę chłop Seforiusz w siedemnastej wiośnie życia, kiedy u wybrzeży Burus rozbił się jej pozłacany okręt ,,Galaar'' w drodze na dwór księcia Chociesława VII w Nowym Grodzie Północy. Urodziwa Cymbryjka była przeznaczona na żonę dla władcy potężnego emporium handlowego, z którego pochodził Sadko. Jako jedyna ocalała z załogi. Błąkała się po puszczach i bagnach, korzystając z gościny rusałek i ludzi, aż zaszła do Wieńca na białoruskiej ziemi.
Cymbarkę lubiano nie tylko za rzadkie piękno, ale i za dobroć, łagodność, delikatność i wszelkie inne cechy właściwe płci niewieściej. Sam jej głos, który po wiekach odziedziczyła Jena ov Blackeyova serca radował.




Seforiusz zatrudniał jako parobka, chłopa o imieniu czy też raczej przydomku Charkotek (Khark). Miał on włosy czarne a kędzierzawe, siwizną przyprószone, twarz ogorzałą, jakby małpią, nos podobny do kartofla, czy bezmyślne. Kiedy Charkotek zamieszkały we wsi Łada na ziemiach późniejszej, analapijskiej prowincji Mazivy, był dużo młodszy i dopiero co odziedziczył po ojcu gospodarstwo, w drodze powrotnej natknął się na Homen, czyli orszak widm, demonów i straszydeł służących Zarazie. Pochwyciły pijanego włościanina i grożąc śmiercią jego młodej żonie, wymogły na nim, by tak jak one przyłączył się do dzieła rujnowania ludzkiego zdrowia. Dostał worek, z którego niewidzialny rozsiewał choroby – te niezbyt groźne, objawiające się kaszlem. Jednak głupi kto pokłada ufność w słowach Zarazy; córki Mar – Zanny. Machając czerwoną chustką sprowadziła śmierć na piękną Choćkę o złocistych włosach; Charkotkową żonę i jej dziecię. Chłop, przerażony i wściekły, gdy tylko się o tym dowiedział; wyrzucił wór z chorobami do oparzeliska, po czym zrozpaczony uciekł jak najdalej na wschód. Gonił go Czarny Pies Zarazy uzbrojony w kosę. Byłby zabił Charkotka, gdyby nie nadjechała na jednorożcu Dziewanna Šumina Mati, niezrównana łuczniczka, której towarzyszyła jej córka, groźna suka Żweruna trzymająca zębami pochodnię. Pod tej przygodzie biedny Charkotek udał się do Wieńca, szukać pracy. Jednak Licho na prośbę Zarazy rozpuściło plotki o tym, że był siewcą chorób; to zaś nie przysporzyło mu zaufania. Jeden tylko Seforiusz, Dziukowy ojciec, nie wierząc Stugębnej Famie, przyjął nieszczęśnika na parobka , ten zaś odpłacił mu wiernością, ciężką, rzetelną pracą i dobrocią jaką okazywał ślepemu chłopcu. Cymbarka i Charkotek byli jedynymi przyjaciółmi Dziuka; inne gospodarskie dzieci unikały go, bo jak mówili ich rodzice ,,został ukarany kalectwem, za to, że jego matka współżyła cieleśnie z psotnym duchem Przeleśnikiem, co przemierza świat na zielonopiórych skrzydłach i doprowadza niewiasty do wyczerpania swą chutliwością''. Było to kłamstwo. Minęły lata i Charkotek poślubił Cymbarkę. Seforiusz i Koryfena, aby to uczcić wyprawili wspaniałe wesele, na które przybyli żebrzący kudesi z kąciny Boruty, liczni grajkowie, rusałki, wodniki, Lynxowie, Neurowie, bogaci i biedni gospodarze, parobkowie, dziewczyny i dzieci. Na stole królowało tuczne prosię z pieczonym jabłkiem w ryju, wielkie kołacze i korowaje, tak kolorowe, że aż oczy bolały, oraz miód, wódka, a nawet wino zakupione u greckich kupców. Jeden tylko Dziuk pozostawał smutny, bo nie miał pomysłu czym obdarować nowożeńców.


*

,, […] Chiram przysłał dla tych okrętów swoich poddanych, żeglarzy znających morze, [aby pływali razem] z poddanymi Salomona. Udali się [oni] do Ofiru, zabrali stamtąd czterysta dwadzieścia talentów złota i przywieźli królowi Salomonowi'' – 1 Krl 9, 27 – 28



Ofir (Ofirus, Ofirstan) jak podają ,,Manuskrypty Pnakotyczne'', leżał w głębi Afryki, daleko na południe od Nubii i Axum, zaś na ziemiach, które niegdyś zajmował powstało Wielkie Zimbabwe. Sąsiadował ze sławnym, czarnym królestwem Sulu, które wydało zdających się nie znać strachu, głodu czy bólu wojowników i srogich władców, z pustyniami Namby, gdzie lud !Kung – san porozumiewający się mlaskaniem, a powstały ze zmieszania plemion czarnych i żółych, żył w strachu przed ognistym olbrzymem Demogorgonem Nienasyconym, czarnymi królestwami Sotho i Savizi, oraz z dziesiątkami innych, pomniejszych krain. Miał również dostęp do Oceanu Wyrajskiego, potężną flotę wojenną i handlową, kolonie na wyspach Malgalesio, na Molukach, w Bharacji i w Adenie (Adenistan). Królowie Ofiru prowadzili nawet wojny morskie z Egiptem, Kartaginą, Mu, Lemurią, Sundą i Atlantydą.
Najwyższym szczytem była Góra Arbora (Drzewiasta), pokryta wiecznie zielonym lasem śpiewających drzew, znajdująca się w zamieszkanym przez goryle paśmie Garerö. Ofir obfitował w rzeki (Sambesi, Limpe – papaja, Acraputra, Mitroputra, Palezi, Mamba – bambara, Bilboga, Burbunda, Sampalinputra, Patalimira, Orbiega, na rubieży północnej – Kongo), jeziora (Niasa, Jezioro Smocze, Jezioro Białe, Jezioro Czarne, Malba, Mona – göłaga, Gorbuga, Pulda, Mancu – zulca), oraz leżące na północy królestwa największe mokradła ówczesnego świata (Słoniowe Bagno, Estuarium Magnum, Błota Ludojadów).
Z Ofiru, w darze dla króla Salomona, przez Słowian zwanego carem Salomonem Mądrym i dla Balkis – Michaldy; królowej Saby; krainy ciągnącej się od Jemenu po Abisynię, oprócz kości słoniowej, hebanu, małp, papug i pawi, szeroką strugą płynęły złoto, srebro i platyna, miedź, cyna, perły z Maladavy i Lakszadiwów, diamenty, opale, rubiny, szafiry, szmaragdy, topazy, ametysty, turkusy, karbunkuły, korale z Adenu, a także skóry złocistych panter, mające jakoby moc uzdrawiania rogi nosorożców, szylkret z Moluków, mirrę i kadzidło z Arabistanu, czarnych niewolników z podbitych plemion, przyprawy, oraz opium, które zgubiło nieszczęsną Julię Rzymską, żonę Kraka, królową Analapii.
Ofir porastały gęste puszcze, oraz sawanny. Miejscowe, spisane hieroglifami na pergaminie encyklopedie wspominają min. o narkotycznych kwiatach lotosu – od czarnych do sinych, poprzez szkarłatne i złote, o Pinoxie – rosnącej w ogrodzie chramu boga Bulka sośnie, która pożerała ludzi i zwierzęta, o innych mięsożernych drzewach, bluszczu – dusicielu dzieci, fidze, której pnącza dusiły drzewa, muchołówkach chwytających małpy i ptaki, olbrzymim krzewie z Malgalesio, któremu składano ofiary z dziewic, gruszy, której owoce świeciły w mroku nocy jak małe księżyce, oraz setkach innych, bardziej zwyczajnych jak ryż, sorgo, proso, baobaby, akacje, palmy rodzące banany i kokosy.





Jeszcze liczniejsze i bardziej różnorodne były zwierzęta jak chociażby lwy, pantery, gryfy, słonie, smoki, bazyliszki, olbrzymie mandryle i pawiany, pożerające ludzi goryle o siwym futrze, mahamba – długie na 15 metrów krokodyle z bagien północnych, mokele – mbembe; taplające się w błocie roślinożerne jaszczury o długich szyjach i ogonach, kongamoto – napastliwe wobec ludzi jaszczury o długich dziobach i błoniastych skrzydłach, gnieżdżące się nad wodą, jednorożce, czarne słonie (jeden z nich imieniem Tore był czczony jako bóg przez Bambutów), nosorożce trójrogie, albo o jednym rogu, czarne pytony dorastające do 42 metrów, olitiau – nietoperze tak wielkie, że mogące polować na ludzi, mngvy, afrykańskie orangutany i nietoperze – wampiry, nienaturalnie wielkie węże, jaszczurki i żółwie, czarne i czerwone mantykory, leofontony przez Słowian zwane ,,lwitrutami'', żurawie mogące unieść na swym grzbiecie dorosłego człowieka, pegazy z gór Rufansa, jednorogie zebry, żyrafy modre, wobo i nieprzeliczone rzesze innych.
Ludzie nie byli jedyną rasą rozumną zamieszkującą Ofir. Feniccy żeglarze, poddani króla Hirama (Giramus) , założyciela pierwszej loży od czasów zniszczonego przez potop Bractwa Czcicieli Rykara, pisali w swych pamiętnikach o napotkanych w dużej ilości włochatych, leśnych karłach Agogve, Kynokefalach, Akefalach, Centaurach, Papagajach – przybyłym z Moluków plemieniu ludzi o głowach papug zwanych ara, skrzatach Pigmejach toczących wojny z żurawiami, olbrzymach i Cyklopach z Sulu, czarownicach, których rydwany ciągnęły hieny, syrenach i tym podobnych istotach.





Ludność Ofiru stanowili Murzyni z rządzącego plemienia Kafrów, a także ludy Vantu, Sutoma – partuša, Bemboto, Beczuanowie, oraz leśne karły – Bambutowie. Stolica mieściła się w grodzie Arkud (Kudu) pełnym kapiących od złota pałaców i wież z kości słoniowej. Inne wielkie miasta (najmniejsze z nich było siedmiokrotnie większe niż obecne Mexico City) to Picara, port Fuldag (jego zabytkiem były prowadzące do Oceanu schody ze srebra), Fulbe, Parekore, Corum i Bimaldi. Ofir został założony w VIII wieku ery XII przez króla Fičar – parekiego I. Po wyjątkowo krwawej wojnie domowej, zwanej Wojną Dwóch Leopardów, tron objęła dynastia Arpaconów, królestwa zaś stało się mocarstwem równym przedpotopowej Tassilii i chrześcijańskiemu królestwu Księdza Jana. Ofir prowadził wówczas handel nie tylko z Fenicją i królestwem Salomona, ale nawet z Sinea i chanatem Sybir – Tartarów. Ostatnim królem był żyjący w erze trzynastej Pułomba XII. Po jego śmierci Ofir rozpadł się na setki i tysiące krajów, które pogrążyły się w Wiekach Ciemnych.


*

- Takiego prezentu tośmy się nie spodziewali! - błyskając białymi jak perły zębami mówiła złotowłosa Cymbarka z Wieńca. Dziuk zabrał ją i jej męża Charkotka w wymarzoną podróż do Afryki, w podróż niebezpieczną, lecz jakże ekscytującą! Choć ślepy nauczył się walczyć każdym rodzajem broni, oprócz łuku, a dzięki wyostrzonemu słuchowi stał się niemal równie groźnym co widzący wojownicy. Upodobnił się do Ślepowidza; bohatera swego dzieciństwa. Nabrał siły i odwagi, tak, że dusił lwy i szare małpy – ludożerców. Przy nim i Charkotku, Cymbarka mogła czuć się bezpiecznie, zaś przeciw wszelkim zjadliwym chorobom, które zapewniły Afryce sławę ,,grobu białego człowieka'' chroniły medykamenty zakupione u wraczy i znachorów z chramu Złotej Baby w grodzie Leczycy. Cała trójka udała się do królestw Kuba, gdzie władał tyran Kastrek i Luba, gdzie urodziły się dzieci Charkotka i Cymbarki – Bożeń, Władybor, Zarzyczka i Mopka. Gdy podrosły, udały się razem z rodzicami i ślepym Dziukiem w dalszą drogę, do Ofiru gdzie jak wieść niosła, jeszcze nigdy nie stanęła stopa Słowianina.





W kraju tym wędrowcy spotkali plemię Onokefali – potomków olbrzyma Seta, który władał pustynnymi burzami. Byli to czarnoskórzy luzie o oślich głowach – lud pokojowo nastawiony, pożywiający się głównie ostem, gościnny i uparty. Nie byli głupi jak powiadali o nich ich złośliwi sąsiedzi oraz liczni podróżnicy. Choć Onokefale żyły w biedzie, ugościły przybyszów z dalekiej Sklawinii serdeczniej niż niejeden człowiek, częstując ich mięsem specjalnie zabitego na tę okazję lwa, po którym miało się ochotę ryczeć.
Po przybyciu do Arkudu – grodu stołecznego królestwa Ofiru, gdzie zasiadał na kapiącym od złota i drogich kamieni tronie król Ormenazdar, Dziuk wraz z drużyną, przekonał się, że już wcześniej był tu Słowianin – junak Kukuł Wyrajokrążca, sługa króla. Przybył do Afryki z ziemicy, zwanej w późniejszych czasach przez Solimów – Rosz (Rox). Mąż to był silny, biegły w robieniu mieczem. Do Ofiru dostał się jako niewolnik schwytany przez plemię Boma i przeznaczony do walki na arenie w stolicy. Ofirscy kronikarze i autorzy pamiętników opisywali jak gołymi rękami rozdarł mangustę olbrzymią – bestię wielkości tygrysa, zdolną zabijać słonie, o ludziach nie wspominając. Słowianin z Rosz otrzymał za ten czyn wolność, z czasem zaś wspierając króla Ofiru w odpieraniu ataków Sulu i Cyklopów został księciem.
Gdy spotkał Dziuka z Wieńca, ekscytowany jakąś płochą chęcią nie wiadomo czego, począł robić z nim zakłady, w których stawką miało być ścięcie głowy pokonanego. Kukuł szydząc z ubóstwa Dziuka, samowolnie go uwięził, po czym kazał, by ten każdego dnia miesiąca zakładał nową ozdobną szatę. Cymbarka rozpłakała się; jej dzieci również. Nawet Charkotek choć mężczyzna, był słaby, smutny i bezradny. Na szczęście od momentu opuszczenia Wieńca, Dziukowi służył wierny i znacznie mądrzejszy niż to bywa u koni, rumak Burka Wieszczy, podzwaniający w biegu złotymi nawęzami przeciw ukąszeniom muchy tse – tse. Cymbarka uczona w dziecięcych latach przez matkę pisma tinezyjskiego, napisała na karcie pergaminu list do Dziewanny Šumina Mati, czczonej przez wszystkie plemiona Słowian, z prośbą o dostarczenie potrzebnych ubrań. Burka Wieszczy pomknął jak wiatr, nie raz i nie dwa wymykając się lwom, aż dobiegł do Rokitnickiego Sioła – położonej wśród lasów i bagien siedziby Boruty i Leśnej Matki. Powrócił z dwoma workami ozdobnych szat. Gdy obaj junacy rozpoczęli realizować zakład, po czasie okazało się, że Kukuł Wyrajokrążca, książę Ofiru, choć bogatszy od Dziuka, wyczerpał swój zapas ubrań. Zgodnie z warunkami umowy, musiał teraz dać głowę pod topór. Był gotów to uczynić, lecz Dziuk, po części dlatego, że nie chciał, aby w dalekim Ofirze myślano, że Słowianie nie umieją żyć ze sobą w zgodzie, wyprosił darowanie życia dla wnuka Ilji Muromca i byłego gladiatora. Kukuł zachował głowę, lecz otrzymał surową naganę od króla Ofiru. Niestety niewiele go to nauczyło, bo znów wyzwał Dziuka na pojedynek – tym razem miała spaść głowa tego kto nie przeskoczy konno rzeki Porkor. Dumny zabijaka z Rosz i tym razem przegrał zakład, jednak i tym razem Dziuk z Wieńca darował mu życie. W końcu ten, którego ojciec brał na siebie ptasią postać, zrozumiał swój błąd i podczas wydanej przez siebie uczty prosił o wybaczenie swych współplemieńców, których choć nie znał, dla głupiej fantazji potraktował jak wrogów. Jednak jego zamiłowanie do burd i hazardu, oraz do uwodzenia niewiast zemściło się na nim. Został bowiem wygnany z Ofiru po śmierci króla Ormenazdara przez jego syna Afkulika I. Kukuł Wyrajokrążca opuścił Afrykę i udał się do Azji, gdzie założył królestwo Lidię (Lidistan).


*

Od jakiegoś czasu, Ofir przestał być przyjaznym miejscem dla cudzoziemców. Nowy król; młody i energiczny, w przeciwieństwie do swego starego, zapijaczonego i rozwiązłego ojca, myślał o naprawie państwa. Dał jednak posłuch złym doradcom; tak jak później Atamras – król Sarmatów, co skutkowało edyktami wypędzającymi najpierw Bambutów, potem Giptów, Egipcjan, Libijczyków, Arabów, Turańczyków, Sumerów, Solimów, Fenicjan, Greków, oraz wszelkie inne obce nacje, w tym Słowian. Tak to Afkulik pierwszy tego imienia stał się tyranem. Dziuk z Wieńca wraz z rodziną Charkotka opuścił Ofir, strącając proch z nóg na jego rubieży, po czym wszyscy udali się na północ w stronę Europy.
- Dobrze byłoby nam znów ujrzeć rodzinną wieś, nasz Wieniec – rzekł Dziuk.
Cymbarka i Charkotek również serdecznie zatęsknili za osadą, w której żyli ich bliscy, gdzie spędzili tyle lat życia, gdzie pragnęli umrzeć, a której nie widzieli tak długo. Ich dzieci urodziły i wychowały się w Afryce. Nigdy jeszcze nie widziały Sklawinii, smaganej śnieżnymi zamieciami, pełnej lasów, stepów i bagien ziemicy Rosz, jak nazywali ją poddani Salomona i Hirama, za to, choć duże, popłakiwały z żalu za utraconymi przyjaciółmi z Ofiru. Bożeń; młodzieniec zwyciężający Sulusów, lwy i lamparty opłakiwał urodziwą Lexavę z Harp – apozad, którą wielce miłował, wiedział bowiem, że już jej nie zobaczy, dopóki świat się nie odmieni.





Nagle – Burka Wieszczy wiozący Dziuka stanął jak wryty, po czym zgiął kolana niby wielbłąd. Dziukowi towarzysze padli na twarze, bo ujrzeli zawieszony w powietrzu złoty róg, adorowany przez klęczące Mokoszę, Korę – Pokrowę, Wiosnę o bocianich skrzydłach i Dziewannę Šumina Mati z kołczanem pełnym strzał, przewieszonym przez plecy. Z rogu wylewała się krew, a była to krew Teosta Cara – Słońce.
- Czy pragniesz widzieć? - spytała Kora.
- Jak niczego w świecie – odparł Dziuk, na co Leśna Matka nabrała świętej krwi wcielonego Swaroga na koniec złotej strzały, wykutej przez Hiperborejów i dotknęła nią zakrytych bielmem oczu.
Dziuk przejrzał i wielka była jego radość, a i wdzięczność niemała, która napełniła również serca jego przyjaciół. Cztery królowe dyskretnie usunęły się w cień, a z nimi życiodajny róg.
- Teraz to już tylko trzeba do szczęścia, aby ojciec i matka dowiedzieli się o moim uzdrowieniu! - zawołał radośnie Dziuk z Wieńca i podkręcił sumiastego wąsa.



,,Powiadają starcy siwi jak gołębie, że z rodu Diuka Stiepanowicza, oprócz krywickiego kniazia Komoniaki, wyszedł również św. Longinus, soldatus romanus, który odzyskał wzrok, uleczony krwią z boku naszego Pana, Jezusa Chrystusa, Boga Jedynego i Prawdziwego'' - ,,Codex vimrothensis''

piątek, 11 grudnia 2015

Człowiek - rak

,,Wołwch, który sprzedał bohaterowi [Ilji Muromcowi] konia, imieniem Izasław miał syna Aloszę, zwanego w 'Codex vimrothensis' - Alosza Syn Wołwcha. Miał splecione w trzy warkocze, złociste włosy i niebieskie oczy. Uczestniczył w wyprawach Ilji, w tym również ostatniej. Ojciec marzył, że syn zostanie wołwchem, lecz Agej we śnie przepowiedział mu inną przyszłość'' - ,,Legenda''



O Aloszy opowiadały pieśni, iż wyskoczył z łona matki zakuty w karacenową zbroję i szyszak z końską kitą, zaś chodzić, jeździć konno i walczyć potrafił zaraz po urodzeniu. W czasie gdy Ilja Muromiec przemierzał oceany na grzbiecie Wyspożółwia, Alosza opuścił Sklawinię, by szukać przygód w Burus – zamieszkałej przez Bałtów krainie nad Morzem Srebrnym, pełnej lasów i wielkich jezior, gdzie na ludzi polowały olbrzymie ryby. Alosza Syn Wołwcha był już niegdyś w owych stronach. Zabił potwora morskiego pustoszącego port w Truso, któremu konat pod naciskiem starszyzny musiał dać na żer córkę, oraz zwyciężył złą czarownicę myjącą włosy w Bełdanach. Ilekroć to czyniła, sprowadzała burze i sztormy niszczące uprawy i zatapiające łodzie rybackie, a biorąc na siebie piękną postać uwodziła junaków, aby ich więzić na dnie jeziora. Ten, którego ruskie byliny nazywają Aloszą Popowiczem miał w Burus przyjaciół tak wśród możnych jak i wśród ubogich.
,,Perłowy latopis'' przedstawia następującą historię o początkach mroźnej krainy jezior, dzikich bestii, oraz barbarzyńskiego, lecz szlachetnego ludu, któy tak chwalił Helmold:




,,Gdy Kurko opuściła łono Gromorodnej Perperuny, każdy z Enków dawał jej coś w darze. […] Przyszła kolej na Mokoszę.
- Znam krainę, gdzie niczym szafiry naszyte na zieloną tkaninę, leżą wielkie jeziora. Nazwy ich: Lykayuk, Tormaytanus, Mamir, Synar, Nidean, Vikora, Einotin i całe mnóstwo innych. Rosną tam lasy pełne dzikiego zwierza, łąki toną w kwiatach, mieszkają tam tacy Enkowie jak: Deneb, Sirrah, Altaira, Wolarz, Betel – Gausse, Rigel. Ryby są tam wielkie jak domy; żyją tam Lynxowie, Neurowie, rusałki, krasnoludki, czarownice, żmijowie, wodniki, inne stwory. Na jeziorze Lykayuk każdego roku od grudnia do marca wznosi się pałac Zimy. Mieszkają tam też ludzie, a kraina ma dostęp do Morza Ancylusa [nazwa Morza Srebrnego w erze dziesiątej] – Mokosza skończyła opowiadać.- Jak nazywa się ta kraina? - spytał Jarowit.- 'Burus', co w języku ludzi znaczy 'Dar' – odrzekła Enka. Następnie wyjęła kłębek nici ze słowami:- Jak wasza córka urośnie, a będzie chciała odnaleźć Burus, niech rzuci przed siebie ten kłębek i idzie za nim, aż do końca. Tam odnajdzie mój dar.- Jesteś kochana, Pani i Siostro! - wykrzyknęła Gromorodna.



*
Kurko rosła, aż osiągnęła dojrzałość. Zapragnęła poznać krainę, o której mówiła jej Mokosza. Rzuciła przed siebie kłębek i szła za nim przez góry, lasy, łąki, aż znalazła się w pięknym miejscu. 'To pewnie jest ta kraina Burus' – pomyślała. Z pomocą ludzi zbudowała sobie chatkę na palach wystających z bagna. W bliskim sąsiedztwie zamieszkała rusałka Vega – córka Goplany III. Zaprzyjaźniła się z Kurką i często odwiedzały się. W jeziorze Mamir zamieszkała królowa Betel – Gausse, a w Synarze – wielki jak słoń, rak Estinus''




Na początku ery jedenastej w Burus zamieszkał król wąpierzy Erydan. Jego siedzibą był budzący trwogę Żelazny Zamek; pełen potworów i złej magii. Zazwyczaj niewidzialny, sprowadzał śmierć na tych z rodu ludzi, którym na mocy klątwy dane go było ujrzeć. Erydan niegdyś będący wodnikiem i przyjacielem Enków, po przemianie w wąpierza, skradł z wozowni Welesa dziki ciągnące rydwan trójgłowego pana Nawi. Za pomocą ohydnych czarów zamienił je w Świniule – uczłowieczone świnie o zielonej skórze, którym nakazał wytwarzanie gnojowicy i wlewanie jej do wielkich jezior. W III wieku jedenastego eonu do Burus przybyła Tatra, której Kościej rozkazał przywieźć do Presnau raka Estinusa. Tatra spaliła wówczas beczki z gnojowicą przeznaczoną do zatruwania jezior. Później król wąpierzy pomścił ową stratę, w Kraju Stepów zamieniając ugryzieniem Tatrę w istotę sobioe podobną; pijącą krew i zepsutą. Tatra jako wampirzyca uczyniła wiele złego, lecz Mokosza odczarowała ją zdobywając jej łzy. Dziewczyna znów będąc człowiekiem, udusiła Erydana włosami. Po jego śmierci Swiniule powróciły do Welesa, by na powrót stać się jego dzikami. Parę lat po tym wydarzeniu na opuszczony tron króla wąpierzy wstąpił Naraicarot I, kochanek mamuny Lochy. Za pomocą intryg i wspierania zbrojnych hulajpartii nękał Aplan, aż Tatra, teraz już królowa owego kraju na Visaną i Morzem Joldów, władająca pod nieobecność króla Lecha III, wkroczyła z wojskiem do Burus i oblegała Żelazny Zamek. W owej wojnie ludzi wspierali Enkowie; tacy jak Deneb, Wiłkokuk, Kurko, Król Węży i Tinez, a także rusałki, Neurowie, Lynxowie i dzikie zwierzęta. Naraicarot I zadał sobie śmierć w czasie oblężenia, Żelazny Zamek zaś został zdobyty i roztopiony. Ocalałe wąpierze pod osłoną nocy udały się do Kraju Stepów.





Zmieniali się ich władcy – Naraicarot II, Żuławisław, Tybald... Nastał potop, jak w kalejdoskopie zmieniali się człowieczy królowie na tronach, lecz wąpierze pamiętały o minionej chwale Erydana i wciąż knuły jak powrócić do krainy, zwanej przez Słowian – Wielką Prusią.
- Nie muszę wam tłumaczyć, bo jako znamienity rycerz wiecie to świetnie, nasz zacny przyjacielu z ziemicy Słowian – mówił na nocnej naradzie w blasku pochodni, w wielkim drewnianym dworcu konata grodu Truso, konat Varsona z Sambii do Aloszy – że wróg, z którym teraz przyszło nam się potykać, daleko sroższy i mocniejszy jest od Swenów – Waregów, czy nawet Tartarów. To sam król wąpierzy Tybald i jego wojewoda; książę Drakar szykują się do ataku na nasze ziemie. Już skierowali tu swoją awangardę. Już lęgną się w lasach i na kurhanach; nocami biorąc na siebie postać wielkich nietoperzy, gryzą i tak ich przybywa. Nie da ich się zwyciężyć tak jak ludzi. To demony.
Narada wojenna buruskich konatów, przełożonych świątyń i starszyzny wojów, zebrała się w grodzie, który dziś nazywa się Elblągiem, by radzić nad odpowiedzią na list od księcia Drakara pełen słów butnych.

,,Książę wąpierzy Drakar, hrabia von Banat, etc. etc do swych niewolników z Burus, odwiecznego Vaterlandu wąpierzy, na pohybel nędznej, śmiertelnej i starzejącej się rasie ludzi. Sława Gorynyczowi! Ja, Nieśmiertelny i Nieumarły, Silny i Jurny, Wiecznie Młody, Bezlitosny i Nieugięty, Nieposkromiony, po wieki Napełniający Trwogą zajęcze serca wasze! Ja, Abiekt, Polujący w Blasku Księżyca, Czarne Słońce Dacji, [….], Potentat od Zmierzchu do Świtu, wzywam was, wy godne pogardy, ciepłokrwiste robaki....''




W liście owym oprócz nieprzeliczonych gróźb i obietnic znalazła się i taka. Wąpierze będą bronić Burus i podzielą się z wybranymi wodzami i kapłanami swą wiedzą czarnoksięską, w zamian za co dostaną dziesięcinę w urodziwych młodzieńców i dziewic, na podobieństwo haraczu ściąganego przez sułtanów Turanu.
- Myślę, że lepiej poświęcić te parę żyć ludzkich, aby reszta mogła żyć w pokoju i jeszcze korzyść osiągnąć – nieśmiało wybąkał gruby i rudy konat Barmulis, zwany Zadem Wołowym, o którym powiadano za jego plecami, że ,,był dobrym biegaczem''. - Wszak sprawiedliwym i zgodnym z naturą jest, aby nieliczni ginęli zamiast licznych – w komnacie dworca wybuchł zażarty spór.
Siwobrody konat Ianitius wołał:
- Nie tak postępowali nasi ojcowie, aby przyszłość swego ludu tchórzliwie oddawać na pastwę potworów.
Jednak całkiem spora grupka wodzów, co prawda niechętnie, ale jednak, gardłowała:
- Czy nie lepiej, aby zginęło paru, niż cały lud?
W dusznym powietrzu unosił się gniew, a sprzeczne racje walczyły o lepsze, niby koguty. Padały coraz ostrzejsze i grubsze słowa; a w ruch szły okute srebrem laski kapłanów, pięści, pałki, pasy i rogi do picia. W końcu Alosza dobył rogu, którego używał na łowach i w bitwie, zadął weń donośnie, a gdy wszyscy umilkli, sam zabrał głos.
- Źle uczynicie jeśli zgodzicie się być niewolnikami Drakara. Ani to honorowe, ani rozsądne – Alosza przemawiał z mocą, w sposób budzący szacunek. - Gorynycz kłamie i jego słudzy kłamią; wszelka uczciwość jest im obca. Jesteście wolnym narodem, więc nie poświęcajcie honoru dla polityki, bo Agej i Enkowie, oraz praszczurowie wasi patrzą na was. Raczej, jeśli chcecie pokoju, szykujcie się do walki, bo nie jest hańbą polec w starciu ze złem, ale mu ulec! - słuchając słowiańskiego witezia, zawstydzili się ci co chcieli ugody z wąpierzami.
Jeden tylko Zad Wołowy próbował oponować:
- To szaleństwo. Czeka nas wszystkich straszna śmierć.
- Lepsza godna śmierć, niźli życie w upodleniu – odparł junak i nikt już nie ośmielił się mu sprzeciwić.
Rada wodzów plemiennych przegłosowała nierówną walkę z księciem Drakarem, wrzucając do kosza białe i czarne kulki. Pozostało jeszcze podyktować kapłanowi – tuliszowi, znającemu tinezyjskie runy, napisanie odpowiedzi na list władcy upadłych upiorów.

,,Konaci Burus do księcia wąpierzy Drakara! Ty, książę, Čorcie wompierski, przeklętego Čorta bracie i towarzyszu, samego Gorynycza sekretarzu. Jaki z ciebie do Čorta witeź, skoro nie umiesz gołą rzycią jeża zabić. Twoje wojsko zjada čorcie g... . Nie będziesz, ty, sukin Ty synu, synów sławiącej Ageja ziemi pod sobą mieć, walczyć będziemy z tobą ziemią i woda, zakręt twoja mać. Kucharzu ty transylwański, kołodzieju arowencki, piwowarze z dalekiego Porx, garbarzu, świński pastuchu, świnio, złodzieju, kołczanie scytyjski, kacie i błaźnie dla wszystkiego co na ziemi i pod ziemią, węża Tat'a potomku i chwoście zagięty. Świński ty ryju, kobyli zadzie, psie rzeźnika, ciemny łbie, zakręt twoja mać. O tak ci plemiona Burus odpowiadają, plugawcze. Nie będziesz ty nawet naszych świń wypasać. Teraz kończymy, daty nie znamy, za co możecie w rzyć pocałować nas. Podpisali: konaci Burus od Pomezanii o Sambię''.




- Niech teraz Perkun i pani Kurko mają nas w opiece, bo właśnie obraziliśmy jedną z największych potęg Čortieńska – bladym świtem zakończył naradę arcykapłan Givur – ozberek. Nastał czas wojny.


*



W jeziorze Synar mieszkał pewien śniardw. Miał postać rosłego człowieka i z wyjątkiem twarzy i nóg okrytego czerwonym, raczym pancerzem. Jego głowę chronił przyrośnięty do niej, żelazny szyszak zwieńczony zielonym ogonem wodnego konia, spod którego blask rzucały wielkie, zielone oczy, niczym u Kościeja II. Pod ludzkim nosem miast wąsów, ruszały się długie czułki, zaś miast rąk srożyły się ogromne , zdolne ciąć blachę kleszcze. Całości dopełniała spódniczka z czerwonej chityny, żywo przypominająca płetwę ogonową raka. Wśród śniardwów zdaje się nie było nigdy samic, a jeśli były, to wymarły na długie eony przed nastaniem człowieka. Istoty te rodziło muliste dno jeziora Synar od ery drugiej poczynając.
Ten śniardw, o którym opowiada przytoczona tu legenda, nazywał się Rusłan (Ruslanus). Liczył sobie trzysetny rok życia, co dla śniardwa znaczyło niewiele, a nasłuchawszy się snutych w myślach opowieści innych śniardwów, o bohaterach swej rasy, który razem z człowiekiem Żalem, zostali przez Kometę przeniesieni na Księżyc, skąd sprowadzili ,,Gołębią Księgę'', któregoś dnia opuścił jezioro Synar, by szukać przygód. Ludzie widząc jak po ich krainie chodzi stwór, znany dotychczas z bajek dla dzieci, mówili: ,,Bliski jest już koniec, bo oto legendy stają się rzeczywistością''. Rusłan przypominający imieniem wielkich bohaterów ludzi – Urusłana i Jerusłana Zalazarowicza, u jednych wzbudzał obawę, innych zaś śmieszył. Czuć było od niego jeziornym mułem; psy nań szczekały, a co bardziej rozwydrzone dzieci rzucały weń kamieniami, on jednak dobrze chroniony chitynowym pancerzem, szedł dalej. Jak każdy śniardw, stwór zamknięty w sobie i nieśmiały, odzywał się niechętnie, a gdy już, to mówił budzącym śmiech piskliwym, dziecinnym głosikiem. Ciekawiło go wszystko, choć sprawiał wrażenie doskonale obojętnego. Gdy dotykał kogoś czułkiem, poznawał jego myśli – sztuka ta wąpierzom też nie była obca. Niewiele czasu potrzebował aby, aby przekonać się, że Burus stoi w obliczu najazdu Mrocznego Wroga. Stanął przeto do walki w hufcu konata Vasimirasa III Starego, a jego towarzyszem broni był sam Alosza Syn Wołwcha.


*




Stary bóbr z jeziora Vikora, o czarnym futrze przetykanym nitkami siwizny, w długi zimowy wieczór opowiadał swym wnuczętom, jak to ongiś wojował przeciwko siłom ciemności...
- ...Polem bitwy był brzeg Vikory – opowiadało zwierzę paląc fajkę ze starego korzenia, prezent od zaprzyjaźnionego wodnika. - Na głos bojowego rogu stanęły pod licznymi i barwnymi stanicami bobry, wydry i jeże; wszystkie uzbrojone w piki niczym zadziorni Celtowie z Helwecji, król węży miedzników Czur; ojciec Ilji Muromca wraz ze swym pokrytym złocistą łuską ludem; wszystkie miedzniki na czas bitwy przybrały postać rycerzy w miedzianych zbrojach, dziki, rysie, borsuki i rosomaki, żbiki; małe, choć zajadłe; o sercach mężnych i pazurach ostrych, potężne orły, sokoły i jastrzębie, tury i żubry o wspaniałych rogach. Prastare drzewa ujrzały hufce Lynxów i Neurów, żmijów, dobrych południc, nocnic i czarownic, zbrojnych w łuki i strzały Wił i rusałek, wodników dzierżących srebrne tarcze i trójzęby, krasnoludków i różnych leśnych duszków, szyjących strzałami ze srebrnych igieł, jednego śniardwa imieniem Rusłan; marzącego o junackich wyczynach, lecz niezdolnego zabić komara bez płaczu i wyrzutów sumienia, wreszcie Płanetników dysponujących całymi tonami gradowych pocisków. Nie zabrakło też ludzi; owych groźnych dwunogów, co polują na nas dla naszego futra, mięsa i stroju. Pod dowództwem starego, a przez to bogatego w doświadczenie konata Vasimirasa (nie raz i nie dwa gościł mnie w swoim dworcu na grze w szachy i paleniu fajki), zebrali się konaci wszystkich plemion Burus od Pomezanii po Sambię, a każdy przyprowadził konnicę i piechotę w zbrojach z łusek olbrzymich ryb. Galindowie, Bortnowie, Sambowie lśnili w promieniach Słońca, a opisu ich wszystkich, wielobarwnych chorągwi nie pomieściłoby nawet grube i rzetelne dzieło herladyczne. Wśród najtwardszych wojów z ludu Bałtów, szczególną odwagą, prawością i siłą wyróżniał się młody Słowianin – Alosza Syn Wołwcha; zabójca potworów.





Wąpierze pod przewodem księcia Drakara w czarną zbroję zakutego, unosząc się na nietoperzowych skrzydłach, runęły na nas jak burzowe chmury. Antracytowy mrok im towarzyszył. W ich szeregach walczyły też strzygi, nocnice, czarownice, harpie, rogate Čorty zbrojne w widły, a nawet ciężki, pełzający na sześciu łapach, czary smok z Bliskiego Zachodu. Nie było czasu na przedbitewne pieśni. Bój zaczął się nagły jak uderzenie pioruna – opowiadał stary bóbr. - Rusłan odbijał szczypcami czarne strzały zatrute piekielnymi jadami, a niejednego wąpierza czy strzygę przepołowił mimo zbroi. Miedzniki wraz ze swym władcą Czurem walczyły z bliska zaklętymi mieczami. Parę z nich zginęło z urwanymi ramionami i rozszarpanymi gardłami. Czur, którego od pozostałych miedzników, węży w ludzką postać obleczonych odróżniał jeno złota korona zatknięta na hełmie, powiewając szkarłatnym płaszczem podbitym gronostajami, niczym prawdziwy żmij ruszył śmiało w stronę czarnego smoka, o skórze nabijanej turkusami i szafirami. Ów nadlebański potwór z rodu Zirnitrydów ognistym tchnieniem obrócił w popiół stada turów, żubrów i dzików, pożarł Lynxa we włócznię o liściastym ostrzu uzbrojonego, buruskiego woja Subrona nacierającego z maczugą i tarczą, oraz dwóch żmijów – bliźniaków. Król Czur odpierając tarczą strumień cuchnącego siarką ognia doskoczył w stronę Zirnitryda i zwinnie niby wąż, którym zresztą był, wpełzł mu pod miękki, oślizgły i śmierdzący brzuch, pod czym jednym ruchem ostrzejszego niż brzytwa miecza wypatroszył potwora. Uczyniwszy to wzniósł w górę ów drgający zezwłok, na postrach wojsku Drakara, po czym uchwycił smoczy ogon, aby wywijać jego właścicielem na wszystkie strony. W końcu Czur wypuścił z rąk ogon, martwy smok zaś poszybował w zakryte czarnym dymem niebo strącając na ziemię markiza Czurpakowa o czerwonej twarzy i dwudziestu innych wąpierzy, których dobili obrońcy Burus. Sprzymierzone z nami czarownice z Wiklinowa unosiły się na miotłach i posyłały z łuków małe, lecz śmiercionośne błyskawice. W przedbitewnym układzie zastrzegły sobie od konatów Milesa i Keszer – Borłoka daniny z ich córek w razie zwycięstwa. O ich magii mówi się, że jest ,,biała'', ale przecież nie znamy wszystkich tajemnic, a ,,nie wszystko złoto co się świeci'' jak głosi przysłowie. Mi w każdym bądź razie ich warunek wydał się podejrzany i razem z tuliszami ostrzegałem konatów na wiecu, ale nikt nas nie słuchał. Jeden z tuliszów, Zygamus Zyndram powiedział mi wówczas, że po wiekach u Słowian nastanie państwo zwane Serenissima, gdzie rządzić będą głupcy, zdrajcy i złodzieje, a ludzie mądrzy i ucziciwi doczekają się jeno szyderstwa, wzgardy i strasznej śmierci. Bywa i tak – bóbr pyknął z fajeczki.
- Dziadziusiu kochany! - zapiszczała wnuczka sędziwego bobra. - Co było dalej?
- Gorynycz jest królem królów! - wrzasnął książę Drakar, a jego oddech był lodowaty i cuchnący.
Alosza, który za ojca miał kapłana, oburącz chwycił za topór, słynny z wyrytych na nim run mocy z Nürtu, po czym z okrzykiem: ,,Słońce zwyciężaj''!, zwalił nim z nóg okrytego kolczugą olbrzyma zwanego Skim. Powaliwszy go niczym stuletni dąb, rozłupał jego tarczę i głowę w szyszaku. ,,Na pohybel loży''! - zawołał Alosza budząc lęk w nieumarłych sercach wąpierzy. Do licznych swych innych czynów godnych sławy, dodał Alosza i ten, że ciężko ranił potwora; wielkiego psa o trzech głowach, o którym śpiewali wajdeloci, że nazywał się Psar, ów zaś otrzymawszy ranę, uciekł skomląc z podkulonym ogonem... Tak to było, drogie dziateczki – bóbr wypuścił kółko dymu – także i ja, wasz dziadek przebodłem piką niejedną strzygę, ażdachę i kikimorę. Bitwa nad brzegiem Vikory dobiegła końca. Wodzowie plemienni odznaczyli najdzielniejszych wojowników, w tym tego nieśmiałego, rozmodlonego śniardwa Rusłana, jednak Drakar uciekł, a to oznaczało, że wojna trwa. O tym jednak jak się skończyła, opowiem wam innym razem – zakończył opowieść dziadek bóbr.

*



Psar, podobny do wielkiego psa doga o ciele białym, czarnymi łatami pokrytym, otrzymał cios toporem w środkowy łeb. Nigdy nie zbywało mu na odwadze. Nie był okrutny jak inne Cerbery, ale litościwym też nie można go było nazwać. Był bojaźliwy i nijaki - ,,lelum polelum'' jak określiłby go pan Andreus ov Leovishiner. Do armii Drakara wstąpił zapędzony batem z łańcuchów; bronią wąpierzy. Zraniony ręką Aloszy, podkuliwszy ogon wydał z siebie straszliwe wycie, po czym z przerażeniem w trzech parach oczu, ewakuował się z pola bitwy. Zwolnił dopiero przed białym namiotem, w którym opatrywano rannych. Namiot ów, znajdujący się poza zasięgiem Cienia, budził nadzieję, lecz Psar, choć zżerany przez muchy, bał się doń podejść. Trząsł się więc ze strachu i płakał jak wtedy gdy był szczenięciem. Tak przy tym biadolił, użalał się nad swym nieszczęsnym losem bestii co miała budzić lęk, lecz nie umiała być straszna, jęczał i smarkał jak człowiek, że poły namiotu się rozchyliły. Psar ujrzał rusałkę i swoim zwyczajem się przeląkł, lecz był zbyt wyczerpany, aby uciec. Owa rusałka nosi w zachowanych pieśniach imię Ludmiła, córka wodnika Wołostara; kniazia jednego z pomniejszych jezior. Urodziwsza niż człowiecze niewiasty, była smukła i wysoka, o cerze jasnej i gładkiej, oczach niebieskich; niewinnych i pełnych blasku, włosach jasnorudych, jedwabistych, pasa sięgających, rozpuszczonych. Odzieniem jej była suknia z białej chmury utkana, oraz okrywające nagość ramion chusty z błękitnego jedwabiu. Całości dopełniały liczne ozdoby ze złota (gwiazdka noszona na czole, finezyjne kolczyki w uszach i w nosie, naszyjnik, pas ze złotych ogniw i obręcze wokół kostek), oraz wieniec z dębowych liści. Ludmiła Wołostarówna tak jak jej siostry władała łukiem, włócznią, czy szablą z rybich ości – tradycyjną bronią Burus, niczym Amazonka, a i odwagi jej nie brakło, jednak decyzją ojca została skierowana do pracy w namiocie szpitalnym. Ujrzawszy Psara wielkiego jak niedźwiedź , albo tygrys, a piszczącego i trzęsącego się jak szczenię, zlitowała się nad nim, chwyciła białą dłonią za jedną z czerwonych, nabijanych stalowymi ćwiekami obroży i łagodnymi słowy zaciągnęła do namiotu. Wewnątrz mimo oporu innych sanitariuszek – gudełek, Wiły i leśnej baby, opatrzyła środowy łeb, przemywając jego ranę lekiem z ziół i własnej rusałczej krwi – niebieskiej i zimnej, co natychmiast pomogło. Psar polizał jej jasną twarz. Choć siny balsam zagoił ranę, odbudowując nawet strukturę czaszki i mózgu rozoranych zaklętym, żelaznym grotem, trójgłowy pies nadal potrzebował pomocy, bowiem choć rany zniknęły, ich skutki pozostały. Jeszcze tydzień musiał poświęcić na leczenie. Opiekę zapewniła mu Ludmiła, którą wielu myli z żoną Jerusłana o tym samym imieniu. Cerber dochodził do zdrowia w położonej na rzecznej wysepce chatce rusałki karmiony mięsem żab i kaczek, oraz obficie pojony jej chłodną, mającą moc panaceum krwią. Dobrze mu było, zaś pozostałe nimfy widząc, że nie czyni krzywdy Ludmile, przestały się go bać. Sama Ludmiła z wielką odwagą odwiodła wojów konata Visiora, polujących na sługi Drakarowe.




- On nie jest złym duchem – mówiła Ludmiła – jeno znającym ludzką mowę, nadprzyrodzonym zwierzęciem. Służył wąpierzom jeno ze strachu, a nie ze złej woli.
Słysząc jej słowa mowy i pieśni, Burusowie zaniechali zabicia Psara. Ów zaś pokochał Ludmiłę jak matkę i chodził odtąd za nią jak mały psiak.


*

Kiedy Ludmiła udała się wraz z uleczonym przez siebie Psarem w głąb lasu, by zrywać jagody, nieoczekiwanie upadła jak kwiat ścięty kosą. Z jej piersi wystawała strzała o żelaznym grocie umaczana w piekielnym jadzie. Rusałka żyła, lecz nie mogła wstać, a jej pełne światła oczy zaszły mgłą. Trzy nosy Psara wnet dostarczyły mu odpowiedzi na pytanie kto strzelił z łuku. Oto wśród liści krył się strzygoń, co miał dwa rzędy kończystych kłów, sługa Drakara. Pies widząc co strzyga uczyniła z jego panią, uczuł gniew i niczym buldog z Britainy, wgryzający się w nozdrza byka, pognał ku straszydłu i w parę chwil rozerwał je na strzępy. Potem siadł u wezgłowia Ludmiły i wył z rozpaczy długo i żałośnie. Piętnaście dni i nocy z rzędu czuwał nad jej ciałem, nie jedząc, nie pijąc, zas ptaki, jaszczurki, żmije, żaby, sarny, traszki, zające, rysie, dziki, żubry, tury, łosie, tarpany, żmije, łasice, kuny, zaskrońce, wilki, lisy, rosomaki, sobole, pokryte grubym futrem nosorożce i jeże przychodziły by pożegnać nimfę. Żyła, lecz działo się z nią coś jeszcze gorszego niż śmierć. Pomalutku rosły jej kły, a niebieska krew zmieniała kolor i zaczynała niemożliwie cuchnąć. Cała leśna społeczność ze zgrozą uświadomiła sobie zamysł Drakara – oto rozesłał swe sługi, aby zatrutymi strzałami przysparzali jego wojsku nowych wąpierzy.
- Płocha sprawa - pokręcił głową w czerwonej czapce siwobrody krasnoludek. - Jedyne co teraz można dla niej zrobić, to przebić jej serce osinowym kołkiem, uciąć głowę i położyć między nogami, a w końcu spalić i wrzucić popiół do ognia – wodnik o szerokiej piersi pokrytej dużymi łuskami pokiwał z uznaniem krótko ostrzyżoną głową, lecz Psar kłapnął wściekle wszystkimi trzema paszczękami naraz, aż krasnoludek mimo sędziwego wieku pomknął szybko jak jeleń mocząc się w spodnie.
- Ostatnio pojawił się u nas śniardw, zwany Rusłanem. Może on by pomógł? - zaproponowała sikorka modra, w może traszka grzebieniasta. .
Posłano więc po Rusałana. Ów ujrzawszy piękną rusałkę zrobił się czerwony na twarzy, w czym wyraził się jego podziw dla jej urody, a zaraz potem zbladł współczując jej cierpieniu. Nie czekając dłużej, zbadał ją czułkami niczym lekarz używający słuchawek, po czym wyciął z jej piersi zatruty grot i tkankę zakażoną (to co wyciął jako chore, miało później odrosnąć jako zdrowe). Uratował jej życie niczym czarnoskóry wodnik Meus, co ocalił królową Afarakę przed Zbreźnią Dzikofiejewem. Jednak resztki jadu usunąć musieli znachorzy z kolegium tuliszów. Odtąd Ludmiła pokochała śniardwa, choć był taki dziwny.


*





W Burus nad niewielkim, śródleśnym jeziorem Podkowianką od ery czwartej poczynając , żyła zrodzona przez Borutę i Dziewannę rasa Podkowców. Stworzenia te miały postać ludzi o głowach nietoperzy, których nosy zakończone były spiczastymi naroślami przypominającymi podkowę. W innej wersji wyglądali jak ludzie, jeno ich mięsiste narośle na nosie i kończyste zęby pozwalały ich odróżnić od prawdziwych synów Novalsa i córek Aivalsy. Podkowcy umieli namierzać dowolny obiekt, człowieka, czy najmniejszego nawet owada za pomocą dźwięków tak wysokich, że nie dosłyszałoby ich ludzkie ucho, które powracały do uszu Podkowców jako pomian (w mowie Greków: echo). Umieli też przybierać postać nietoperzy, stronili jednak od wysysania krwi, a nawet żyli w nieprzyjaźni z wąpierzami i strzygami. Odziewali się w skóry reniferów i jeleni. Zdobili półnagie, smagłe ciała ozdobami z rogów żubrów i turów, pazurów rysi, żbików, rosomaków, kłów wilków i tygrysów szablozębnych, szabli dzików, pelerynami ze skór gronostajów, białych łasic, kun, tchórzy, wydr, norek i zajęcy bielaków, oraz skaryfikacją i malowidłami z urzetu. Mieszkali w paru wioskach złożonych z lepianek na brzegach Podkowianki – jeziora przypominającego kształtem podkowę; herb Rodegasta. Narzędzia i broń wytwarzali z krzemienia, a ich szamani znali wiele zaklęć przeciw wąpierzom i strzygom. Podkowcy żyli się najchętniej owadami, dżdżownicami, ślimakami, ale też rybami, żabami, traszkami, wężami, jajami, pisklętami, kaczkami, jarząbkami, głuszcami, kuropatwami, przepiórkami, zającami, królikami, oraz grubszą zwierzyną od saren po żubry i tury. Spożywali też, choć w mniejszej ilości; jagody, korzonki, żołędzie, kasztany i buczynę, zaś rytualną potrawą świeżo pasowanych wojowników stanowiło mięso rysia i dzika. Zimą Podkowcy zapadali w sen w swych chatach, zaś na straży stały potężne zaklęcia i najdzielniejsi junacy. Tym czym mamuty dla Naradów, a bizony dla Indian, tym dla Podkowców były hrax – raxy przez Słowian zwane ,,gżegżółkami'' – biało – brązowe króliki wielkości źrebaków. Zatknięte na pale czaszki tych wymarłych już dziś zwierząt zdobiły osady nad Podkowianką.
Wojna z wąpierzami wciąż trwała. Bezlitosny wróg krył się w mroku i kąsał, powiększając swe szeregi. Dlatego też konat Morpus wysłał swego syna Nolusa, młodzieńca, który ubił już tura, oraz darzonego uznaniem za odwagę śniardwa Rusłana w poselstwie do Podkowców. W obliczu tak straszliwego wroga, każdy sojusznik się liczył. Trzy dni później u stóp prastarej, zamieszkanej przez driady lipy, gdzie składano ofiary, nastąpiła krwawa bitwa. Błoniaste skrzydła wąpierzy rozsiewały mrok, któremu towarzyszyły piwniczne chłód, wilgoć i miazmaty. Gdy przebrzmiał bitewne pieśni, rusałki, a wśród nich Ludmiła, Wiły, panny wodne, czarownice i południce oddały z jesionowych łuków salwę płonących strzał o srebrnych grotach. Wąpierze ginęły pod ciosami kopii i włóczni Centaurów, mieczy buruskich wojów, złotych trójzębów i harpunów wodników i żmijów... Spustoszenie siały też kły, pazury i rogi Neurów, Lynxów, kotołaków i dzikich zwierząt. Mroczni wojownicy nocy umierali z przeraźliwym wrzaskiem, a ich nieumarłe ciała pochłaniały płomienie z paszcz wodnych smoków z jezior, podobnych do traszek. Czur ubił sześćdziesięciu krwiopijców, jego towarzysz – żubr BojanWładymirowicz stratował osiemnastu, ryś rozdarł trzynastu, zaś rusałki zastrzeliły z łuku aż sześciuset. Jednak to Rusłan, niepozorny śniardw z jeziora Synar skruszył kleszczami czarną zbroję okrywającą księcia Drakara i rozpłatał go jak prosiaka, niszcząc mu serce, zaś truchło rzucając w ogień ze smoczych trzewi. On to zakończył bitwę u stóp Świętej Lipy.
Poślubił rusałkę Ludmiłę, a gdy konaci Burus przesłali królowi Tybaldowi czaszkę Drakara, ów skierował swe krwawe oczy ku innym krainom. Śniardw zaś i rusałka przeżyli razem mnogie lata w szczęściu i miłości otoczeni dziećmi. Synowie wdali się w ojca, a córki w matkę.