środa, 18 kwietnia 2018

Oniricon cz. 395

Śniło mi się, że:






- miałem licznych młodszych braci, z którymi poszedłem do sklepu ze słodyczami i z trudem zachowałem umiar,
- w bibliotece znalazłem zbiór baśni rosyjskich ,,Mocarni czarodzieje'' pod zmienionym tytułem, lecz z tą samą postacią na okładce,
- poszedłem do biblioteki i spotkałem tam różnych ludzi min. pilota samolotu,








- Ryszard Kukliński w czasie II wojny światowej uratował życie Wojciechowi Jaruzelskiemu,







- Czesław Miłosz występował publicznie z brązową, papierową torebką na głowie,
- Lenin powiedział, że do wkręcenia żarówki potrzeba bardzo wielu komunistów, a gdy zapytano go kogo uważa za lepszego komunistę od siebie, odpowiedział: ,,Powiedziałbym, że Romana Andriejewicza, ale nie powiem tego'',
- byłem J. R. R. Tolkienem i w Polsce na zapleczu sklepu chciałem obejrzeć plakat o Żołnierzach Wyklętych; potem się dowiedziałem, że na owym zapleczu jest burdel i sam postanowiłem skorzystać z usług prostytutki,








- poszedłem do apteki i zostawiłem w niej różową różę dla pewnej kobiety; pomyślałem, że Sławomirze taki kwiat bardzo by się spodobał,
- widziałem sceny z rewolucji 1904 r. kiedy to robotnicy machali ukraińskimi flagami,









- na zajęciach z ideologii gender na Wałach Chrobrego w Szczecinie feministka kazała przedszkolakom tańczyć w wielkim kole co im się nie podobało, a potem dzieci zaczęły ją wypytywać o sprawy osobiste,
- byłem Wiłkokukiem i zaszedłem do leśnej chaty, w której razem z agresywnymi ludźmi mieszkał wilkołak Biega von Oppeln, aby się przed nim bronić wyryłem nożem magiczny znak na nodze od stołu,








- zobaczyłem Zielonego Kucharza (miał zieloną skórę i był ubrany na zielono),








- Zosia z ,,Pana Tadeusza'' Adama Mickiewicza była słowiańską boginią mądrości,
- poszedłem do sklepu spożywczego gdzie kasjerka kazała mi zapakować ser w kostce w woreczek foliowy i napisać jego nazwę, bo tak kazało prawo, byłem tym początkowo poirytowany, lecz  w końcu spełniłem wymóg,
- byłem z Janesem ov Calcium na stacji kolejowej, a potem jechałem pociągiem przez las,
- jakiś ksiądz dostał nagrodę za to, że w swoim pokoju ustawił za szybką białą świecę i dwie książki, jedną napisaną przez Marksa, a drugą przez Engelsa. 

,,Magiczne zawody. Kowal, czarodziej, alchemik''


,,Wzywam dzisiaj te wszystkie cnoty, przeciw wszelkiej wrogiej bezlitosnej sile, która mogłaby napaść na moje ciało, lub duszę […] przeciw czarom kobiet, kowali i druidów’’ - św. Patryk ,,Lorica’’







W kwietniu przeczytałem najnowszą książkę Witolda Vargasa i Pawła Zycha ,,Magiczne zawody. Kowal, czarodziej, alchemik’’ z serii ,,Legendarz’’. Cenną inspiracją posłużył staropolski poemat ,,Officina ferraria’’ Walentego Roździeńskiego (1560 – 1621) – cenne źródło do poznania górniczego i hutniczego folkloru doby nowożytnej jak i praca naukowa ,,Kowale i alchemicy’’ Mircei Eliadego (1907 – 1986).








Odkrycie żelaza i opanowanie metod jego wytopu było jednym z największych osiągnięć w dziejach ludzkości, oprócz wynalezienia koła i pisma. W dawnych kulturach strategiczny surowiec jaki stanowiło żelazo, było metalem rzadkim, trudnym do uzyskania, a tym samym bardzo cennym. Przypisywano mu magiczne pochodzenie i właściwości. Powstawać miało z ciał spadłych z nieba na ziemię ognistych demonów – atworów (zmitologizowanych meteorytów, istotnie zawierających żelazo). Po upadku, żelazo kryło się w łonie Matki Ziemi (ślad wiary w słowiańską Mat’ Syraję Ziemlę), gdzie dojrzewało i rosło (dawniej wierzono, że metale i minerały mogą rosnąć tak jak organizmy żywe). Po wydobyciu i obróbce miało magiczną moc odstraszania czarownic i demonów. W legendach pojawiają się też magiczne istoty o ciałach z żelaza jak: potworny Żelazny Wilk (z jego związku z porwaną kobietą zrodziły się wilkołaki) i ożywiony przez kowala Żelazny Maciek żywiący się żelazem.
Niegdyś istniał zawód rudnika, który sam wykonywał pracę wydobywania, przetapiania i kucia metalu. W wykrywaniu złóż rudy pomagały mu w czasie burzy z piorunami istoty nadprzyrodzone takie jak anioły ukazujące się jako opary mgielne. Z czasem zawód rudnika zanikł, a drogi górników, hutników i kowali rozeszły się.










Górnicy pracowali w bliski, fizycznym sąsiedztwie piekła, przeto na swej drodze spotykali liczne demony, z których w polskiej świadomości narodowej najmocniej zakarbował się śląski Skarbnik. Był wśród nich śląski Szarlej, który przez długi czas zaopatrywał Bytom w srebro, kobale (duchy kopalń wskazujące nowe złoża kopalin, polski odpowiednik germańskich koboldów, wietrunki (niewidzialne duchy pod postacią wiatru ostrzegające przed niebezpieczeństwem) i Dydek (ukazywał się pod postacią zmarłego człowieka i wskazywał nowe złoża). W hutach i kuźniach pomagały ludziom skrzaty zwane niebożętami. Władze nad kopalinami miał też pogański Duch z Ryzenberku (niem. Riesengebirge, czyli Karkonosze), który pokonany przez św. Wawrzyńca stał się lokalnym demonem Liczyrzepą i podobny do straszliwego konia, duch z Anaberku (w wierzeniach słowiańskich zmory czasem przybierały postać końską, co mogło stanowić relikt koni jako wierzchowców bogów takich jak Weles czy Świętowit).










Pierwszymi kowalami byli bogowie ognia jak grecki Hefajstos, rzymski Wulkan, czy słowiański Swaróg (trochę dziwne, że w książce nie został omówiony ruski mit o Teoście i kleszczach spadłych z nieba zapisany w ,,Powieści lat minionych’’). W średniowiecznej symbolice (francuska ,,Powieść o Róży’’) sama Matka Natura została przedstawiona z kowalskim młotem i kowadłem służącymi jej do wykuwania nowych istot żywych w tym ludzi. W mitologii greckiej pierwszymi uczniami Hefajstosa były jednookie olbrzymy, cyklopy. Jednak w synkretycznych wierzeniach ludowych sprawy przedstawiały się inaczej. Gdy Hefajstos spadł na wyspę Lemnos i okulał, nauczył sztuki kowalskiej mieszkające tam małpy (mityczne związki małp z kowalami występują nie tylko u Słowian, ale też w … baśniach braci Grimm). Pierwszym człowiekiem, który wykradł małpom tajniki kucia żelaza był Cygan. W jednej z legend to właśnie Cygan współczując cierpiącemu Jezusowi, ukradł jeden z gwoździ, który miał być wbity w serce Zbawiciela. Od tego czasu Cyganie jako jedyny naród mają prawo kraść.
W słowiańskich legendach o kowalach pojawiają się też biblijne sposoby wyjaśnienia ich pojawienia się na świecie. Pierwszymi kowalami mieli być już bracia Abel i Kain. W innej wersji pierwszym kowalem jak i wynalazcą muzyki był Tubal Kain – potomek Kaina z wyglądu przypominający … małpę.











Zawód kowala był trudny i niebezpieczny, często też oszpecający fizycznie. Dawny kowal zajmował się nie tylko wyrobem przedmiotów metalowych, ale też … leczeniem, graniem na weselach, snuciem opowieści o odbytych podróżach, wyrywaniem zębów i dawaniem popisów siły ku uciesze gawiedzi. Zawód ten kojarzono z siłą i wolnością, ale też z pijaństwem (nie tylko przysłowiowy szewc pił jak szewc), kradzieżami i fałszowaniem pieniędzy. Największy rozwój artystycznego kowalstwa ludowego na ziemiach polskich miał miejsce w XIX wieku. Do tego czasu (uwłaszczenia chłopów) kowale przeważnie żyli biednie, zwłaszcza ci co pracowali dla wsi, a nie dworu. Reliktem dawnych, pogańskich jeszcze wierzeń było przypisywanie kowalom magicznych mocy. Wierzono, że współpracują z diabłami, bądź potrafią je przechytrzyć. W posiadaniu kowala znajdowały się magiczne przedmioty takie jak: kożuch (kowal mógł nim wyławiać potępione dusze z piekielnych kotłów; jeden kowal, który dostał się do Nieba wyjednał tam miejsce dla Żyda Wiecznego Tułacza), pojemnik z masłem (można w nim było uwięzić diabła, małpy, a nawet samą Śmierć), ławę, która unieruchamiała tych co niej siadali, oraz gruszę obwiązaną łańcuchem, z której nie można było zejść (pewien kowal uwięził na tym magicznym drzewie Śmierć i ludzie przestali umierać, aż pewna baba siłą uwolniła kostuchę).









Opisane zostały również przygody płatnerzy – wytwórców zbroi (jeden z nich zabił bazyliszka dzięki zbroi wykonanej z luster), alchemików (Piotra Szafrańca trudniącego się również rozbojem, wybitnego uczonego Michała Sędziwoja), oraz najsłynniejszego polskiego maga – Twardowskiego, którego sylwetka siedząca na Księżycu znajduje się na samej okładce książki.











Z tych pełnych magii i mitologii opowieści wyłania się zaskakująco chrześcijańska puenta. W ludowych opowieściach kowali na swej drodze spotykał sam Jezus Chrystus razem ze św. Piotrem i Jego moc zawsze była silniejsza niż moc kowala. Jeśli św. Piotr lub sam kowal chcieli naśladować cuda Jezusa związane min. z ożywianiem zabitych osób, zawsze kończyło się to tragicznie. Ludowe legendy tak jak wiele klasycznych dzieł fantasy i science fiction ostrzegają przed pychą – człowiek nie może zająć miejsca Boga, o czym boleśnie przekonał się kowal św. Eligiusz, który przy całej swej zarozumiałości nie potrafił uzdrowić odciętej nogi konia. Pycha i chciwość są karane przez siły wyższe jak w przypadku pięknej, lecz próżnej dziewczyny zaklętej przez kowala w… tytoń (jej brzydka siostra w nagrodę za pokorę otrzymała od kowala urodę), bezwzględnego Niemca Fleszera wyzyskującego hutników (za karę został obdarty przez diabła ze skóry), czy księcia żagańskiego Henryka Żelaznego (1312/ 1321 – 1369), który według legendy został uwięziony w lochu przez własnych rycerzy i porwany przez diabły do piekła.










Zagadnienia opisane w książce odcisnęły swe piętno również na literaturze fantasy, gdzie synami kowali byli: Conan, Ged i Wilczarz, a kowalstwem zajmowali się Valar Aule z ,,Silmarillionu’’ i główny bohater powiastki ,,Kowal z Podlesia Większego’’ J. R. R. Tolkiena. O alchemiku Sędziwoju pisał Andrzej Pilipiuk w cyklu o kuzynkach Kruszewskich, zaś Twardowski jest jednym z bohaterów powieści ,,Królikarnia’’ Macieja Guzka.

wtorek, 17 kwietnia 2018

Hatteria








,,Jaszczurkopodobne sfenodonty mają bardzo długą historię; ich reliktowy przedstawiciel – tuatara – żyje do dziś’’ - David Norman, Angela Milner ,,Patrzę, podziwiam, poznaję. Dinozaury’’









Hatteria, zwana też tuatarą, lub ruatarą, mimo zewnętrznego podobieństwa nie jest jaszczurką. Mezozoiczna grupa sfenodontów zajmowała niszę ekologiczną jaszczurek, lecz w kredzie nastąpił ich regres spowodowany pojawieniem się bardziej zaawansowanej grupy. Obecnie żyją tylko dwa gatunki: Sphenodon punctatus i Sphenodon guntheri. Hatterie należą do czołówki najrzadszych gadów świata – S. guntheri żyje na wyspie North Brother, zaś S. punctatus – w Cieśninie Cooka (cztery wyspy) i u północno – wschodnich wybrzeży Wyspy Północnej (25 wysp). W sumie zasiedlają 29 wysp należących do Nowej Zelandii. Dlaczego doszło do takiej sytuacji? Jan Żabiński w ,,Zagadce ewolucjonizmu’’ poruszając ten problem porównał hatterie do obrazów Rembrandta w czasie II wojny światowej. Oczywiście ocalały te, które znajdowały się z dala od okupacji i linii frontu. Analogicznie organizmy reliktowe (np. hatterie) większe szanse na przeżycie mają na terenach izolowanych, z dala od nowych, ,,przedsiębiorczych’’ konkurentów.
Co świadczy o pierwotnym charakterze współczesnych sfenodontów? Ich kręgi mają taką samą budowę jak u ryb, również zastawki sercowe zdradzają ,,starożytny rodowód’’. Między ich dwuwklęsłymi (amficelicznymi) kręgami widać … resztki struny grzbietowej! Jednak najbardziej charakterystyczną cechą ich anatomii jest obecność aż trzech oczu! (sic!). Owe trzecie oko jest tzw. okiem ciemieniowym – znajduje się ukryte pod skórą i reaguje na zmiany natężenia światła. Szyszynki młodszych kręgowców biorą swój rodowód właśnie od oczu ciemieniowych. Z wyglądu hatterie przypominają galapagoskie legwany lądowe. Skóra szara, maskuje gady wśród skał. Głowa zaokrąglona i masywna, u S. punctatus oczy mają kolor ciemnoczerwony z czarnymi źrenicami. Ogon długi i łamliwy; na nim i na grzbiecie występują kolce. Hatterie mierzą ok. 60 cm długości (na głowę i tułów przypada 19 – 28 cm). Są aktywne nocą w temperaturze 12 – 16 º C. Rano wygrzewają się, uzupełniając stracone ciepło. Ich locum może się mieścić zarówno w pniach drzew, jak również na wybrzeżach morskich w norach petreli. Sąsiadujące ptaki i gady nie wchodzą sobie w szkodę.
W czasie nocnych wypraw zjadają: owady, inne bezkręgowce, jaszczurki (scynki i gekony), a także plądrują gniazda petreli. Nie kłóci się to z tym o czym wcześniej napisałem, bowiem potrafią identyfikować ,,własne’’ petrele i oszczędzać ich jaja i pisklęta.
Zapłodnienie odbywa się bez udziału organów kopulacyjnych. Rozmnażają się co cztery lata składając jaja. Nie przejawiają instynktu macierzyńskiego. Zarodek w złożonym jaju rozwija się w temperaturze 18 – 22 º C w warunkach wiwaryjnych. Pod tym względem hatterie są najmniej wymagające z wszystkich gadów. Trwa to 11 – 16 miesięcy. W pojedynczym złożeniu jest 1 – 18 jaj, z których wykluwają się 10 – centymetrowe młode, osiągające dojrzałość płciową po ukończeniu 11 – 12 lat życia.
Długość życia może wynosić ok. 101 lat (żółwie mają ,,konkurencję’’). Inni szacują ją na od 60 – 70 lat (samice pozostają płodne aż do 60 roku życia).







Znanym pokłosiem wypraw odkrywczych jest zalew nowych wiadomości o wszelkiej egzotyce, nieraz odbiegających od prawdy. W naszym przypadku wyprawy Jamesa Cooka w XVIII wieku na Nową Zelandię rozpowszechniły mity o straszliwych smokach tuatarach (min. strzegących również zmitologizowanego ptaka moa), choć prawdziwe hatterie nie są groźne dla ludzi.
To raczej ludzie (co prawda pośrednio) zepchnęli je na skraj zagłady. Reprezentanci grupy wzrastającej w cieniu dinozaurów i przez jaszczurki usuniętej na wyspy wokół Nowej Zelandii nie są tam bezpieczni. Zagrażają im szczury niegdyś zawleczone przez ludzi. Znajdują się pod całkowitą ochroną prawną.

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Płazy beznogie









Już na bagnach karbońskich żyły podobne do węży opiderpetony, czy swego czasu odkryte w Czechosłowacji – dolichosomy, ale były jedynie beznogimi formami lespospondyli.









Mało wiemy o ewolucji prawdziwych płazów beznogich (analogicznie nie wszystkie ptaki czy ssaki żywiące się mięsem zaliczamy do drapieżnych!). W Arizonie (USA) w złożach z okresu jury odkryto 38 szczątków Eocaecilia micropodia. Było to zwierzę spokrewnione z salamandrami i wymarłymi już mikrozaurami (płazami z okresu paleozoiku). Zwracam uwagę, na nazwę najstarszego płaza beznogiego – przedrostek ,,micro’’ oznacza coś małego, zaś ,,podia’’ to nogi. I rzeczywiście zwierzę posiadało zredukowane, trójpalczaste kończyny tylne.
O młodszych gatunkach wiedzę czerpiemy z nielicznych, zachowanych kręgów, toteż mało o nich wiemy. Należą tu apodopsy (nazwa wskazuje na brak kończyn) z górnokredowej Boliwii i paleoceńskiej Brazylii.







Współczesne płazy beznogie bardziej przypominają ogromne (10 – 160 cm) dżdżownice niż węże. Zresztą niektóre z nich nawet żyją w glebie, chociaż istnieją też gatunki ściśle związane z wodą. Płazy beznogie są najrzadsze z wszystkich przedstawicieli gromady Amphibia – brak ich zupełnie w strefie umiarkowanej. Żyją tylko w Azji, Afryce i Ameryce Południowej w klimacie tropikalnym (brakuje ich jednak na Madagaskarze, w Australii, Nowej Gwinei i na wyspach Oceanu Indyjskiego). Skupiają ok. 160 gatunków zgrupowanych w 6 rodzin. Podobieństwo do dżdżownic (bez żadnego związku z pokrewieństwem!) potęgują poprzeczne, skórne pierścienie, możliwe, że pomagające w poruszaniu się. Kości czaszki są zwarte, dzięki czemu wytrzymują napór gleby, kiedy omawiane zwierzęta drążą nory. Płazu beznogie nie mają otworów słuchowych, ani obręczy barkowych, które pierwotnie stanowiły miejsce przyczepu dla kończyn. Zdaje się to potwierdzać twierdzenie Lamarca, że nieużywany organ ulega zanikowi. Oczy również uległy redukcji. U wielu gatunków zostały po nich tylko niewielkie, ciemne plamki. Jednakże nie mający polskiej nazwy Scolecomorphus kirkii jako jedyny kręgowiec potrafi wysuwać gałki oczne poza obręb czaszki. Również nie mający polskiej nazwy Aretochaona eiselti nie ma płuc ani nozdrzy. Blisko owych narządów zmysłów funkcjonują czułki, u wielu gatunków ruchome. W zależności od rozmiarów płazy beznogie mogą mieć 60 – 285 dwuwklęsłych (amficelfalicznych) kręgów. Oprócz tego posiadają tzw. dwugłowe żebra, a niektóre gatunki mają … łuski (zaważyło to nawet na nazwie jednego z nich – łusecznika). Co do ogona jest on bardzo krótki, bądź też nie ma go wcale (abstrahując w stronę gadów, węże nie składają się tylko z głowy i ogona, chociaż patrząc na nie trudno orzec gdzie ogon się zaczyna). Płazy beznogie mają w zależności od gatunku 1 – 2 płuc (zwykle tym jednym jest płuco prawe, zdarza się, że płuco lewe jest zredukowane).
Jak wszystkie płazy są mięsożerne, odżywiają się drobnymi zwierzętami.
Są rozdzielnopłciowe i w zależności od gatunku jajorodne lub żyworodne (np. Typhlonectidae, niektóre marszczelce, część Scolecomorphidae). Odpowiednikiem penisa u samców jest tzw. fallodeum używane do zapłodnienia wewnętrznego. Fallodeum jest wysuwane na tę okoliczność. W przypadku gatunków rozmnażających się jajorodnie istnieją dwie alternatywy rozwojowe:
- ze skrzeku powstają osobniki przypominające miniaturki swych rodziców, dochodzi więc do pominięcia stadium larwy,
- rozwój z udziałem larwy na drodze metamorfozy osiągającej dojrzałość płciową.
Wielokrotnie powiela się obraz łusecznika owiniętego wokół skrzeku w celu chronienia przed zjedzeniem. Pochodzi on z okresu kiedy owe płazy beznogie zostały odkryte przez Sarasina.
Niezwykłe obyczaje i budowa anatomiczna upodabniająca je do węży często bywa powodem zguby – te nieszkodliwe stworzenia bywają mylone z jadowitymi wężami i jako takie zabijane. Zresztą nie tylko na nie został wydany ,,wyrok bez sądu’’.











niedziela, 15 kwietnia 2018

Latimeria


,,Najwcześniejsza znana ryba trzonopłetwa pochodzi sprzed 390 mln lat. Długo uważano, że ryby te wymarły pod koniec kredy. Dopiero w latach trzydziestych XX w. złowiono żywy okaz należący do tej grupy’’ - David Norman, Angela Milner ,,Patrzę, podziwiam, poznaję. Dinozaury’’







,,Odkrycie latimerii, po wsze czasy splecione z imieniem profesora J. L. B. Smitha, słusznie uchodzi za największą sensację zoologiczną naszego stulecia’’ - Jacques Millot w artykule na łamach ,,Timesa’’.








Ryby trzonopłetwe (np. rhipidisti, undina, latimeria) wyewoluowały w dewonie. Otrzymały swą nazwę od mięsistych wyrostków (,,trzonów’’), na których wspierały się płetwy, na których wpierały się płetwy, co umożliwiało im wychodzenie na ląd. Z nich wyewoluowały płazy, stając się przodkami gadów, te zaś stały się protoplastami ptaków i ssaków. Do tych ostatnich należy również człowiek. Wszystko to trwało miliony lat i miało bardzo skomplikowany przebieg, a u podstaw tego procesu legło wyjście ryb z wody. Dlaczego to tego doszło? Częste wysychanie zbiorników wodnych, obecność drapieżników (np. eogyrinus w karbonie), w końcu obfitość pokarmu na lądzie – wszystkie te czynniki działały na korzyść ryb z płetwami osadzonymi na trzonach, które w innych warunkach byłyby tylko ,,wybrykiem natury’’. Podczas gdy jednej ryby trzonopłetwe ewoluowały, przekształcając się w płazy, inne ,,zawróciły’’ z obranej drogi i zasiedliły morza i oceany – prastare locum ich przodków.









Do takich należy właśnie latimeria. Na początku XX wieku ludzie mieli pełne prawo uważać, że ryby trzonopłetwe wymarły 65 mln lat temu razem z dinozaurami. W złożach kenozoicznych nie znaleziono wszak ani jednej łuski jakiejkolwiek ryby trzonopłetwej! W 1938 r. u wybrzeży Komorów (ówczesnej kolonii francuskiej) kuter ,,El – 8’’ razem z innymi rybami wyłowił … żywą latimerię! Niemal półmetrowy stwór ugryzł mechanika w rękę, gdy ten dotknął niezwykłego zwierzęcia. Istotę włożono do skrzyni z lodem, gdzie po pewnym czasie zdechła z braku tlenu rozpuszczonego w wodzie. Zaczęła się psuć, więc kapitan Goosen oddał latimerię kustoszowi muzeum w Grahamstown, M. Courtney – Latimer (od jej nazwiska utworzono później nazwę omawianej ryby), ,,Duża, ciężka ryba, tłusta od smarów pokładowych’’ (według opisu Latimer) została przywieziona do muzeum taksówką. Początkowo jej kierowca nieświadomy wartości okazu nie chciał przewozić gnijącej ryby, ale groźba skorzystania z usług konkurencji zrobiła swoje i taksówkarz pokonując obrzydzenie zawiózł rybę do muzeum. Tam latimeria została wypreparowana, a ponieważ kustosz nie potrafiła zidentyfikować okazu, zawiadomiła prof. J. L. B. Smitha z Uniwersytetu Rhodesa. Ichtiolog otrzymał list z opóźnieniem z powodu natłoku świątecznej poczty, lecz po zapoznaniu się z jego treścią od razu wyczuł sensację. ,,Gdybym spotkał żywego dinozaura nie byłbym bardziej zdumiony’’ - słusznie skomentował. Smith nadał jej nazwę łacińską Latimeria chalumnae. Jej drugi człon podkreśla, że rybę złowiono u ujścia rzeki Chalumny. Profesor żałował, że musiał badać rybę jedynie na podstawie spreparowanego okazu. Zapragnął poznać budowę świeżo złowionej latimerii, toteż opracował ulotki informujące o wyglądzie samej ryby, o sposobie zakonserwowania jej oraz o nagrodzie. Jednak II wojna światowa pokrzyżowała te plany. Wśród dalszych okazów złowionych po jej zakończeniu była dostarczona przez Eryka Hunta tzw. malania – domniemany drugi gatunek ryby trzonopłetwej, nazwany tak przez Smitha na cześć premiera Daniela Malana. Okazało się jednak, że malania to po prostu … okaleczona latimeria! Miały również miejsce próby poznania sposobu w jaki latimerie się rozmnażają. W 1998 r. złowiono latimerię u wybrzeży Azji Południowo – Wschodniej. W wielu przypadkach posiadamy skąpy zasób wiedzy o tych rybach.
Co w ogóle o nich wiemy? Są to dosłownie grube ryby i złowione na wędkę stawiają zaciekły opór (jeden z rybaków, Ahmed Husein początkowo myślał, że przynętę złapał … rekin). Pysk masywny, stożkowaty, wypełniają go ostre zęby. Ogon zakończony płetwą w kształcie rombu. Najbardziej charakterystyczną cechą są oczywiście owe mięsiste kikuty, na których wspierają się płetwy piersiowe i odbytowe. U pokrewnych gatunków przekształciły się w łapy płazów. Latimeria badana przez profesora Smitha była stalowoniebieska z matowymi oczami. Tymczasem okaz złowiony przez Huseina (zabity pchnięciem włóczni o kilkunastu grotach) był oliwkowobrązowy z fosforyzującymi, białymi łatami. Również wnętrze jej organizmu zdradza pierwotne cechy. Przykładowo zamiast kręgosłupa ma strunę grzbietową, a jej serce i żołądek również jaskrawo odcinają się od budowy anatomicznej innych ryb.
Latimeria jest mięsożerna. Odżywia się innymi rybami, mięczakami i skorupiakami.


,,Samica składa około 20 jaj. Wiek dojrzały osiąga po roku […]. Samica składa duże jaja, o średnicy 8 – 9 cm i wadze 300 – 340 gramów’’ - Michel Cuisin ,,Tajemnice zwierząt. Prehistoria’’ (rok wydania: 1979).


Rozmnażanie jest najbardziej kontrowersyjnym elementem życia latimerii. Cytowany na początku niniejszego artykułu Jacques Millot pokładał wielkie nadzieje w poznaniu sposobu w jaki te ryby się rozmnażają. Uważał, że obserwacja rozwoju embrionalnego ryb trzonopłetwych pozwoli lepiej poznać (niczym na filmie) kolejne stadia ewolucji kręgowców. W końcu udało się złowić zapłodnioną samicę bliską złożenia ikry i umieszczono ją w łodzi wypełnionej wodą. Niestety z obserwacji były ,,nici’’ - ryba zdechła i nie złożyła oczekiwanej ikry. Co ciekawsze chowała się przed światłem. Prawdopodobnie latimerie są przykładem tzw. fotofobii, czyli lęku przed światłem. Jest to tym bardziej prawdopodobne, zważywszy, że należą przecież do ryb głębinowych. Niektórzy przypuszczają, że odbywają sezonowe wędrówki związane z tarłem podobnie jak łososie lub węgorze, ale nie wiemy, czy na pewno tak jest.
Do 1938 r. o latimeriach nic nie wiedział świat nauki. Jednak ludność autochtoniczna Madagaskaru i Komorów (chociaż nie pojmowała wartości naukowej latimerii) znała ją stosunkowo dobrze. Były one odławiane do celów konsumpcyjnych jak inne ryby, zaś ich ogromne łuski miały zastosowanie w łataniu … przebitych dętek od rowerów!
Choć ryby trzonopłetwe przeżyły tyle zmian wokół siebie, w ostatnich czasach mogą zginąć z głębin oceanów. Są bowiem nadmierne poławiane na potrzeby przemysłu pamiątkarskiego. Znajdują się pod ochroną. Wątpliwe, abyśmy mogli kiedykolwiek ujrzeć żywe dinozaury, czy diatrymy. Niektórzy twierdzą, że na Syberii przetrwały niedobitki mamutów, ale to tylko domysły. Latimeria jest natomiast tak samo realnym zwierzęciem (bez żadnych wątpliwości), jak pies, czy kot, chociaż starszym, rzadszym i mniej poznanym. Nie możemy zmarnować unikalnej szansy jej poznania, która trafiła się nam tak niespodziewanie.

sobota, 14 kwietnia 2018

,,Legendy zamków sudeckich''


,,SUDETY, góry na granicy Polski i Czech, dł. ok. 300 km, najwyższy szczyt Śnieżka (1602 m). Główne pasma górskie: Góry Izerskie, Karkonosze, Góry Stołowe, Góry Sowie, Jesioniki. Góry zrębowe o charakterystycznych wysoko wzniesionych powierzchniach zrównań i stromych stokach. W zach. części (Góry Izerskie) dotknięte katastrofą ekologiczną. Region turystyczny i wypoczynkowy. Liczne uzdrowiska, m. in. Cieplice Śląskie – Zdrój, Świeradów – Zdrój’’ - Encyklopedia Powszechna Wydawnictwa Gutenberga Geografia L – Ż’’







Wciąż pamiętam jak wiele lat temu, bodaj w szkole podstawowej lub gimnazjum usłyszałem w szkolnej świetlicy jak jakiś chłopiec uznał za zabawną nazwę zamku Czocha. W gimnazjum czytając po raz pierwszy ,,Herby, legendy, dawne mity’’ Marka Derwicha i Marka Cetwińskiego zetknąłem się po raz pierwszy z legendą o śląskim rycerzu Glaubicu, który ukarał śmiercią córkę i jej wybranka z niższego stanu. Od tej pory straszy jako bezgłowy jeździec. Wybawić może go dopiero dziecię, które spoczywało w kolebce z drzewa dotkniętego klątwą. Inną sudecką legendą zawartą w tej książce był przekaz o księżniczce zaklętej w żmiję trzymającą w pysku pęk kluczy. Aby ją odczarować należało żmii wyrwać klucze, bądź też ją zabić. Historię tę wykorzystałem pisząc opowiadanie fantasy o miłości Rybołowa i Rybitwy ze zbioru ,,Legenda’’. Wierzenia sudeckie wywarły całkiem spory wpływ na moją mitologię, gdzie Sudety znajdując w Królestwie Analapii nosiły nazwę Gór Mędrców – na pamiątkę rozmowy jaką odbył w nich młody Platon z Aten z pokutującym Karkonoszem. Ponadto w innym opowiadaniu przedstawiłem królewnę Śnieżkę jako Słowiankę z Bohemii, na której cześć został nazwany szczyt górski. Nie zabrakło również w mojej mitologii Liczyrzepy ;). 







W kwietniu 2018 r. przeczytałem ,,Legendy zamków sudeckich’’ pióra historyka, etnologa i krajoznawcy Bartłomieja Grzegorza Sali z czarno – białymi ilustracjami Pawła Zycha i Witolda Vargasa wydaną w serii ,,Legendarz’’.







Akcja prezentowanych legend rozgrywa się od starożytności, aż po początki XX wieku. Reprezentantem starożytności był sam Apoloniusz z Tiany (15 – 100 n. e.) - grecki filozof neopitagorejczyk cieszący się sławą maga i cudotwórcy. Według ezoterycznej legendy świeżej daty, w czasie swoich licznych podróży, Apoloniusz z Tiany był też jakoby w Sudetach, gdzie zostawił magiczny przedmiot – czakram, który dziś znajduje się na jednym z zamków.







Z kolei księżna Daisy (Maria Teresa Oliwia Hochberg von Pless; 1873 – 1943); pani na zamku Książ, z pochodzenia Angielka, z podróży dookoła świata odbytej razem ze swym mężem; księciem Janem Henrykiem XV przywiozła 6 – metrowy sznur pereł. Nad klejnotami tymi miało ciążyć przekleństwo rzucone przez umierającego, arabskiego poławiacza pereł z Adenu.








Wędrując śladem historycznych i baśniowych postaci poznajemy zamki w: Prudniku, Łące Prudnickiej, Ząbkowicach Śląskich (dawna niemiecka nazwa tych ostatnich to … Frankenstein; skojarzenia ze słynną powieścią grozy Mary Shelley są tu jak najbardziej na miejscu ;), Trzebieszowicach, Międzylesiu, Gniewoszowie, Starej Łomnicy, Zielonym – Ludowie, Ratnie Dolnym, Ścinawce Średniej, Ścinawce Górnej, Nowej Rudzie, Zagórzu Śląskim, Grzmiącej, Rybnicy Leśnej, Czarnym Borze, Wałbrzychu, Cieszowie, Świnach, Bolkowie, Płoninie, Jamnicach Wielkich, Jeleniej Górze, Starej Kamiennicy, Rybnicy (jej eponimem był pomorski książę Rubin), Siedlęcinie, Łapkach, Proszówce, Świeciu i Leśnej.








W Sudetach od wieków ścierały się wpływy kultury polskiej, czeskiej i niemieckiej co nie pozostawało bez wpływu na legendy. Przykładowo czeskiego pochodzenia jest legenda o pochodzeniu polskiego rodu Świnków. Ich protoplastą miał być czeski wojownik Biwoj, który gołymi rękami obronił księżną Libuszę przed ogromnym dzikiem. Otrzymał za to rękę jej siostry Kassy i herb Świnia Głowa. Jego potomkowie słynęli z predylekcji do picia alkoholu. Z kolei pochodzenia niemieckiego są legendy o pochodzeniu rodów Harbensteinów (od styryjskiego chłopa, który znalazł w ziemi diament i oddał go cesarzowi za co został nagrodzony szlachectwem) i o Fünkelsteinie – przodku rodu Hochbergów, który jakoby odkrył węgiel i ofiarował go cesarzowi Henrykowi I Ptasznikowi.
Według legend dawne Sudety zamieszkiwały liczne i zróżnicowane istoty nadprzyrodzone.








Wśród nich pojawiają się jeszcze przedludzcy mieszkańcy Ziemi – olbrzymy. Jeden z nich, groźny dla ludzi, zginął z ręki łucznika Saula Raki, założyciela rodu Odrowążów (nazwanego tak od wąsa olbrzyma oderwanego strzałą z łuku). Saul Raka pojawia się również w legendach z Gór Świętokrzyskich (odsyłam do posta: ,,Legendy zamków świętokrzyskich’’). Szkielet olbrzyma złożony do stosownie wielkiej trumny odkryto w Wambierzycach, gdzie ponadto widziano Maryję objawiającą się na lipie (jak podają Marek Derwich i Marek Cetwiński w ,,Herbach, legendach, dawnych mitach’’ lipa była atrybutem bogiń pogańskich; jest to przykład inkulturacji, czyli wykorzystania formy dawnych religii do przekazywania prawd chrześcijańskich).







Siły ciemności reprezentuje Piekielny Łowca działający poprzez złych ludzi. To z jego inspiracji w 1606 r. grabarze z Frankensteinu (dziś: Ząbkowice Śląskie) zawiązali spisek mający na celu sprowadzenie dżumy do ich miasta. Potajemnie truli swych ziomków proszkiem z trupich kości, a gdy się rozzuchwalili, zaczęli wyrywać nienarodzone dzieci z łon matek (taki ówczesny odpowiednik Planned Parenthood i tym podobnych zbrodniczych organizacji…), jak i pożerać serce dzieci. W końcu spisek został wykryty, a jego uczestnicy straceni. Jak więc Czytelnik widzi teorie spiskowe nie są specjalnością wyłącznie XX i XXI wieku ;).







W jednej z legend pojawia się Neya – piękna kobieta, która odrzuciwszy zaloty czarownika, stała się ofiarą jego klątwy. Mężczyźni, których kochała wieszali się na ogrodowym świerku w kształcie szubienicy, co napełniało ją rozpaczą. Przypuszczam, że imię Neya może pochodzić od Nyi – słowiańskiego boga zmarłych wchodzącego w skład panteonu Jana Długosza.







Licznych reprezentantów w sudeckich zamkach mają dobre i złe duchy zmarłych jak: Białe Damy (min. mieszkanka zamku Czocha w Leśnej, której towarzyszyły demoniczne, czarne pies i kot), duch Julianny z Międzylesia, zjawa wiarołomnej żony – morderczyni z zamku Homole (pojawiała się pod postacią żmii z pękiem kluczy w pysku), czarna kwoka (duch matki zabiegającej o godny pochówek swoich dzieci), żarłoczny duch szwedzkiego dowódcy z okresu wojny trzydziestoletniej (zabitego przez dwóch chłopów przedstawiających się jako poszukiwacze skarbów), dobry duch bohaterskiego psa strzegącego rodu von Eben (polski odpowiednik św. Guineforta ;), duch raubrittera Jana z Czernej, oraz duch nieszczęsnego błazna z Bolkowa. O tym ostatnim można przeczytać co następuje w innej książce z serii ,,Legendarz’’:

,,Nadworny błazen księcia Bolka II zwykł dużo spacerować i rozmyślać. Pewnego razu przemierzając zamkowe mury, trącił niechcący nogą obluzowany kamień. Pech chciał, że spadający odłamek uderzył w głowę syna władcy zamku. Na nic zdały się tłumaczenia, błazna skazano na śmierć za atak na przedstawiciela panującego rodu. Więzień musiał się jednak cieszyć jakąś sympatią księcia, bo zginął od ciosu mieczem, co było wyrazem szacunku dla skazanego. Od tego czasu niewinnie ścięty błazen błąka się po blankach, niosąc przed sobą odrąbaną głowę’’ - Witold Vargas, Paweł Zych ,,Duchy polskich miast i zamków’’.







Postrachem Sudetów byli raubritterzy – rycerze rozbójnicy. Jeden z nich miał dobrą i współczującą córkę Wenedę, która skończyła zaklęta w żmiję noszącą koronę (ślad legend o Królu Węży). W innej legendzie, nieznana z imienia córka Dzikiego Jana została przez czarownicę zaklęta w głaz.







Z kręgu demonologii chrześcijańskiej pochodzą diabły. Dziki Jan zawarł pakt z nimi; miały zbudować most w zamian za duszę raubrittera. Warunkiem było wyrżnięcie całego drobiu w okolicy, aby jego pianie nie przeszkodziło złym duchom w pracy. W ostatniej chwili przeszkodził im jedyny ocalały z rzezi kogut. Diabły pojawiają się również w legendzie o Stoimirze. Ów możnowładca wydał ucztę, lecz nikt z zaproszonych na nią nie przybył. Wówczas w gniewie zaprosił na nią diabły, które dokonały spustoszeń na zamku i porwały dziecko Stoimira. Na szczęście uratował je prosty chłop.








W Sudetach całkiem licznie trafiały się również nimfy. W jednym z lasów żyła rusałka jeżdżąca na białej łani. Pokochała myśliwego i zamieszkała z nim w jego zamku, lecz zaniedbywana przezeń, powróciła do kniei. Książę Hochberg ujrzał w sennej wizji dwie nimfy; jedną ubraną na biało, a drugą na czarno (sen ten zapowiadał zarówno przyszły rozwój gospodarczy, ale też dewastację przyrody). Z kolei piękna wodnica Liszka w pewien sposób przypomina francuską Meluzynę. Jej ukochany rycerz zginął za to, że wbrew obietnicy podglądał ją w kąpieli.
W XVIII wieku w czasie wojny o sukcesję cesarzowej Marii Teresy, pewien ślusarz przymuszony przez austriackich żołnierzy szukających skarbów za żelaznymi drzwiami znalazł tam tajemniczych starców pochylonych nad księgą i tak się ich przestraszył, że uciekł.







Postrachem Bolkowa był wampir, w którego zamieniła się po śmierci stara zielarka.






Z kolei w Siedlęcinie straszyła zmora powstała z garbatej i dokuczającej wszystkim wokół dziewczyny, pokonana przez świeckiego egzorcystę.







Na długo nim Amerykanie wymyślili ,,Noc żywych trupów’’ w sudeckiej legendzie ożywione ludzkie szkielety należące do ofiar epidemii, rzucały swoimi czaszkami w dziedziczkę Hildegardę mszcząc się na niej za śmierć niesłusznie skazanej zielarki Częstochy.







Bardzo oryginalnym odpowiednikiem tradycyjnych smoków był Żytni Żmij z Wlenia:

,,Żył na Dolnym Śląsku pewien gospodarz […] dotarł do zamkowej spiżarni, przez nikogo nie strzeżonej, w której szmer jakiś posłyszał. Uchylił drzwi skrzypiące i choć nie jego to była sprawa, zaniepokojony zapytał.
- Kto tu łazi?Z ciemności głos sykliwy się odezwał:- A ty po co tu łazisz, kiedy ja pracuję? Dużo jeszcze narobić trzeba, żeby w nędznej łupinie ziarno powynosić! - mówił jak do swego potwór jakowyś.Poznał zaraz gospodarz, że Żytni Żmij tutaj się zagnieździł. Przestraszony zamknął więc wrota do komory i czym prędzej zamek opuścił, życie swoje, a nie dobytek pana na Wleniu mając na uwadze’’ - Bartłomiej Grzegorz Sala ,,Księga smoków polskich’’







W dawnych wierzeniach, Sudety i inne mało znane, dzikie góry przedstawiano na mapach jako siedlisko gryfów. Owe fantastyczne hybrydy lubujące się w mięsie koni sprawiały ludziom wiele kłopotów, toteż piastowski książę Bolesław Wysoki osobiście pozabijał znalezione w gnieździe gryfie pisklęta, na pamiątkę czego pobliski zamek został nazwany Gryfem.







Dobroczynny duch wiernego psa nie był jedynym zwierzęciem sprzyjającym ludziom. Św. Jadwiga Śląska miała oswojoną sarnę, która energicznie tupiąc raciczkami wskazała jej ukryte naczynie ze złotymi monetami potrzebnymi do ufundowania nowego kościoła. Z kolei gdy pewna księżniczka uratowała przez zabiciem myszkę, otrzymała od wdzięcznego gryzonia pierścień niegdyś zgubiony przez jej męża ;).







Jednak zamiana w zwierzę była ukazywana jako kara. Spotkała ona zakonnice, które za złamanie ślubów czystości zostały zamienione w sowy. Podobny motyw występuje również w jednej z legend o Liczyrzepie – ambiwalentnym genius loci, który ukarał bandę raubrittera Schaffgotscha zamieniając ich w kruki.
W moim subiektywnym rankingu, w którym zestawiłem legendy karpackie, świętokrzyskie i sudeckie, stwierdzam, że te ostatnie należą do najbardziej fantastycznych opowieści w południowej Polsce ;).